/ Królewiec – Kaliningrad

Tajemnica Bursztynowej Komnaty

Tajemnica Bursztynowej Komnaty

Mapa dzielnicy (1944) Kaliningradu (Królewca), gdzie w podziemnym bunkrze po dziś dzień może być przechowywana Bursztynowa Komnata.

Zagadka zniknięcia Bursztynowej Komnaty w kwietniu 1945 roku jest najsłynniejszą tajemnicą naszego miasta. Sama nazwa tego „ósmego cudu świata” uosabia zarówno niezliczone dobra kultury wywiezione z okupowanych terytoriów ZSRR, jak i powojenne poszukiwania skarbów – oficjalne i naukowe, ale też amatorskie, owiane aurą romantyzmu i mistycyzmu. I oczywiście bezlitosną rolę wojny w losach ludzi, miast, muzeów i dzieł sztuki. Nie podejmę się ocenić, ilu ludzi na serio lub w wolnych od pracy chwilach próbowało odnaleźć Bursztynową Komnatę w piwnicach dawnych królewieckich budynków albo jej ślady w dokumentach archiwalnych, ale nie pomylę się, jeśli powiem, że rzadko który mieszkaniec Kaliningradu nie zastanawiał się, gdzie się ona obecnie znajduje lub w jakich okolicznościach zaginęła.

Rozważając zagadkę zniknięcia Bursztynowej Komnaty, nie sposób pominąć historii samego przedmiotu poszukiwań ani wydarzeń, które poprzedziły jego pojawienie się w naszym mieście. Bursztynowy Gabinet to dzieło pruskich mistrzów bursztyniarskich, uchodzących w XVIII wieku za najlepszych w Europie. Wykonano go dla pierwszego króla pruskiego, Fryderyka I, którego ambicję musi podkreślić każdy, kto o nim wspomina. Fryderyk I pragnął, by jego dwór porównywano z Wersalem, dlatego nie szczędząc sił ani skarbca, wypełniał go kosztownymi eksponatami i przedmiotami zbytku. Istnieją też wszelkie podstawy, by twierdzić, że sam pomysł komnaty z bursztynu należał do małżonki Fryderyka I, królowej Zofii Charlotty, a projekt – do jej ulubionego architekta Eosandra.

Bursztynowy Gabinet miał w zamyśle króla stać się tą wyjątkową rzeczą, o której zacznie mówić cała Europa i o której na próżno będą marzyć inni monarchowie.

Właśnie tym tłumaczy się drobiazgowość, z jaką Eosander nadzorował prace nad gabinetem. Od chwili zatwierdzenia projektu w 1701 roku szlifowaniem bursztynowych płytek zajmował się mistrz Wolfram. W 1706 roku Eosander zwolnił go za zbyt powolną pracę, a na jego miejsce do wykonania gabinetu zaangażowano dwóch mistrzów z Gdańska – Schachta i Turaua. Niestety królowa Zofia Charlotta nie doczekała końca prac. Zmarła w 1709 roku, a niepocieszony Fryderyk kazał przemianować na jej cześć pałac Lietzenburg, w którym miały zostać zamontowane bursztynowe panele, na Charlottenburg, wszystkie zaś pomieszczenia pozostawić w takim stanie, w jakim były za życia królowej. Gabinet był gotowy do 1713 roku, ale właśnie wtedy zmarł sam Fryderyk I, a jego następca na tronie, Fryderyk Wilhelm I, był całkowitym przeciwieństwem ojca.

Przedwojenna kolorowa fotografia Bursztynowej Komnaty

Przedwojenna kolorowa fotografia Bursztynowej Komnaty.

Zainteresowania nowego króla skupiały się na stworzeniu w Prusach najlepszej armii w Europie, a wszelkie wydatki na zbytki ponad absolutną konieczność (łącznie z własną koronacją) uważał za niedopuszczalne. Mimo to Bursztynowy Gabinet zmontowano jednak w berlińskim zamku królewskim, ponieważ był już całkowicie gotowy, a koszty przechowywania go w stanie rozebranym byłyby porównywalne z kosztem montażu. „Feldfebla na tronie”, który powiedział kiedyś o Leibnizu: „Uważam go za człowieka do niczego, który nie potrafi nawet stać na warcie”, Bursztynowy Gabinet nie cieszył, a raczej wręcz ciążył mu koniecznością utrzymywania służby do jego pielęgnacji. Dlatego z wielką radością włączył osobliwość do podarunków dla cara Rosji Piotra I, który zdążył zachwycić się gabinetem jeszcze przed jego zmontowaniem.

Panele dostarczono do Sankt Petersburga, lecz i tu długo przeleżały w skrzyniach, czekając na swoją kolej. Zmontowano je dopiero za panowania Elżbiety Piotrowny.

Kierujący pracami włoski mistrz Martelli stwierdził znaczne uszkodzenia oryginału; część bursztynu zastąpił szkłem podłożonym folią. Ponieważ przydzielona komnata w trzecim Pałacu Zimowym była zbyt duża, architekt Rastrelli uzupełnił ją lustrami z pilastrami oraz kilkoma panelami-imitacjami. W 1746 roku Bursztynowa Komnata została zmontowana, ale już po 9 latach przeniesiono ją do Wielkiego Pałacu w Carskim Siole. Nowe pomieszczenie okazało się jeszcze większe od poprzedniego, dlatego ci sami Martelli i Rastrelli ponownie dodali lustra i imitacje. W 1763 roku w losach Komnaty nastąpił zasadniczy zwrot: cesarzowa Katarzyna II poleciła zastąpić wszystkie imitacje naturalnym bursztynem z Prus. W tym celu sprowadzono pruskich mistrzów bursztyniarskich i zużyto 450 kilogramów pierwszorzędnego bursztynu. Komnatę uzupełniły cztery mozaiki florenckie: „Wzrok”, „Słuch”, „Smak” oraz „Węch i dotyk”. (Nikt wówczas nie przypuszczał, jaką rolę odegrają one w jej losach wiele, wiele lat później!) W 1770 roku prace zakończono, a Bursztynowa Komnata ukazała się w takiej postaci, w jakiej przetrwała aż do 1941 roku.

Po zajęciu przez Niemców miasta Puszkin udrapowaną, lecz nieewakuowaną Komnatę odkryli żołnierze Wehrmachtu.

Część bursztynu natychmiast rozkradziono na pamiątki, ale do akcji wkroczyły specjalne oddziały trofiejne: komnatę rozebrano, zapakowano do skrzyń i przewieziono do Królewca. Wyborowi miejsca przeznaczenia sprzyjały osobista znajomość i korespondencja dyrektora miejskich zbiorów sztuki Królewca Alfreda Rohdego z dowódcą Grupy Armii „Północ” von Leebem, przy aktywnym wsparciu gauleitera Ericha Kocha. W „Księdze darów Muzeum Królewieckiego” Bursztynowa Komnata z Rosji figuruje pod okrągłym numerem 200.

Alfred Rohde znalazł dla komnaty pomieszczenie w południowym skrzydle zamku. Było ono mniejsze i niższe niż to, w którym komnatę zmontowano w Pałacu Katarzyny. Nie było to przypadkowe. Rohde uważał, że wartość historyczną ma pierwotny Bursztynowy Gabinet, a wszystkie późniejsze dodatki są wypaczeniem prawdziwego niemieckiego dzieła sztuki. To bardzo ważny szczegół, który może wiele wyjaśnić: dawna Bursztynowa Komnata została podzielona na części, przy czym ta, która pozostała w skrzyniach, była przez dyrektora muzeum uważana za wartość drugorzędną.

Wiadomo na pewno, że część dawnej Bursztynowej Komnaty, nazywana „Niemieckim Gabinetem Bursztynowym”, była eksponowana w zamku od 1942 do lutego 1944 roku.

Potem panele ponownie rozebrano i złożono w skrzyniach. Stało się tak z powodu dziwnego pożaru, który objął sąsiednie pomieszczenie, gdzie wystawiano nazistowskie materiały propagandowe. Mówiono, że było to podpalenie dokonane przez antyfaszystów. Tak czy inaczej, zdarzenie to niewątpliwie uratowało Komnatę przed dywanowym bombardowaniem w sierpniu 1944 roku. Przez niedopatrzenie Rohdego drzwi przeciwpożarowe między pomieszczeniami nie zostały zamknięte. Bursztynowe panele nie spłonęły, ale pokryły się sadzą i nalotem spalenizny, a zważywszy, że od dłuższego czasu z Berlina napływały polecenia przewiezienia bursztynowego skarbu do stolicy Rzeszy, dążenie Rohdego do zatrzymania komnaty pod własnym nadzorem mogło zostać uznane za przestępstwo. Dlatego polecił on na wszelki wypadek przenieść komnatę do piwnic zamku. Od tej pory o Bursztynowej Komnacie można mówić jedynie jako o panelach w skrzyniach. Ostatnie zeznanie świadka, że skrzynie znajdowały się w zamku, pochodzi z 5 kwietnia 1945 roku. Od tamtej pory nikt już nigdy ich nie widział.

Wojenna archeologia polowa

Jak wiadomo, większość przestępstw wykrywa się po świeżych śladach. Właśnie dlatego misja profesora Aleksandra Jakowlewicza Briusowa, wysłanego w maju 1945 roku na poszukiwanie dóbr kultury zrabowanych w ZSRR, miała największe szanse na wyjaśnienie losów Bursztynowej Komnaty. Jednak ci, którzy wysłali Briusowa do Królewca na jej poszukiwanie, popełnili dwa niewybaczalne błędy: zupełnie źle wybrali kandydata na kierownika poszukiwań i nie wyodrębnili poszukiwań Bursztynowej Komnaty jako samodzielnej operacji. To właściwie przesądziło o wyniku misji. Analizując przebieg poszukiwań, zrozumiemy, dlaczego błędy te okazały się tak fatalne w skutkach.

A zatem pod sam koniec maja 1945 roku Briusow, wyposażony w szerokie pełnomocnictwa do poszukiwania kosztowności, przybywa do Królewca.

Pełnomocnictwa wzmocniono pagonami pułkownika, ponieważ autorytet osoby cywilnej w mieście pełnym wojska mógłby okazać się niewystarczający. Trudno powiedzieć, czym kierowano się w Moskwie, ale na organizatora operacji poszukiwawczej zatwierdzono profesora archeologii. Dobrego archeologa, notabene, lecz niestety śledztwo i muzealnictwo zupełnie nie były jego domeną. Wydawałoby się, że wszystko układa się wspaniale: jeszcze przed przyjazdem Briusowa, pod koniec kwietnia 1945 roku, odnaleziono „Księgę darów Muzeum Królewieckiego”, w której wymieniono wszystkie kosztowności wywiezione z ZSRR przez specjalne oddziały, jakie trafiły do muzeum.

Profesor Aleksandr Jakowlewicz Briusow


Aleksandr Jakowlewicz Briusow,

profesor.

W pierwszych dniach pracy komisji, gdy Briusow, kierując się raczej intuicją, spędza większość czasu na obserwowaniu wykopalisk na Zamku Królewieckim, przypadkiem (!) poznaje głównego świadka w sprawie zaginionej komnaty, doktora Alfreda Rohdego, który wałęsał się po ruinach zamku i właśnie tym zwrócił na siebie uwagę. Raz jeszcze chcę podkreślić: gdyby Rohde siedział cicho w piwnicy razem z pozostałymi Niemcami, nikt nie podejrzewałby w tym człowieku urzędnika, który osobiście kierował pakowaniem i wysyłką dóbr kultury zarówno na zachód Niemiec, jak i do kryjówek na terenie Prus Wschodnich. Kilka dni później, znów przypadkiem (!!!), Briusow zastaje Rohdego nocą na terenie zamku w chwili, gdy ten palił jakieś ważne papiery, i dzięki temu samemu szczęśliwemu zbiegowi okoliczności papiery te w większości ocalały. Z żadnego z tych szczęśliwych przypadków Briusow nie zdołał w pełni skorzystać.

Postać Alfreda Rohdego wymaga osobnego opisu. Jego działalność naukowa jako historyka sztuki rozpoczęła się w 1912 roku. W 1926 roku zostaje dyrektorem miejskich zbiorów sztuki Królewca.

Rohde był fanatykiem muzealnictwa i jednym z najbardziej uznanych znawców bursztynu na świecie, autorem znakomitych prac z historii sztuki bursztyniarskiej w Prusach.

A oto jak Briusow charakteryzuje Rohdego w swoich notatkach:

„Rohde – z wyglądu starzec, z trzęsącą się prawą ręką. Ubrany niechlujnie (celowo?). Historyk sztuki. Ma w dorobku szereg prac naukowych. Alkoholik. Nie budzi zaufania. Wciąż mam wrażenie, że wie więcej, niż mówi, a kiedy mówi, to nierzadko kłamie. Jeśli się na niego nie patrzy, tylko obserwuje go z daleka albo ukradkiem, jego ręka przestaje drżeć. Zapewnia, że najlepsze kolekcje zostały ewakuowane, ale nie wie dokąd; kiedy go zapytałem, czy przypadkiem nie do Rastenburga [obecnie polski Kętrzyn – red.], natychmiast wykrzyknął: «To wy je znaleźliście?». I tak dalej.”

„Rohde stał na czele ochrony dóbr muzealnych w całych Prusach Wschodnich. Wywoził stąd rzeczy do «zamków». Przygotowywał wywóz Bursztynowej Komnaty do Saksonii. Ale nic nie da się z niego wydobyć. Nie kłamie, ale mówi bardzo mało i tylko wtedy, gdy sami coś odkryjemy. Nie mogę się doprosić, żeby porozmawiano z Rohdem poważnie, a nie głaskano go po główce i wabiono «metodą marchewki». Po dobroci nic nie powie. Moim zdaniem — zatwardziały faszysta.”

Bursztynowy gabinet w zamku (1943)

Bursztynowy gabinet w zamku w 1943 roku.

W rzeczywistości Rohde nie był faszystą, nie sympatyzował też z lewicą, jak utrzymywał jego bliski znajomy, dyrektor restauracji „Blutgericht” Feyerabend. Briusow nie zrozumiał, co działo się wówczas w myślach i uczuciach dyrektora królewieckich muzeów, i dlatego nie zdołał wykorzystać go jako najpewniejszego środka do ustalenia miejsca, w którym znajduje się Bursztynowa Komnata. Rohde był fanatycznym sługą sztuki. Nazizm i rozpętana wojna pomogły mu znacznie powiększyć kolekcje powierzonych mu muzeów. Faktycznie osiągnął szczyt kariery i spełnił swoje najskrytsze marzenia. Potem przyszły dwa brytyjskie naloty, oblężenie, szturm miasta i z dawnej świetności Rohdego nie zostało nic. Oprócz tajemnic, które niewątpliwie znał i dlatego nie spieszył się, by się z nimi rozstać. Można się tylko domyślać, co kierowało jego dziwnym i dwuznacznym zachowaniem, ale jedno jest jasne: nikt z „pracujących” z nim radzieckich wojskowych i cywilów nie zdołał dobrać do niego „kluczyka”.

Od samego początku Rohde zachowywał się w następujący sposób: nie odmawiał współpracy, ale coś istotnego przekazywał dopiero pod presją wychodzących na jaw faktów i okoliczności.

Informacje uzyskane od Rohdego w zadziwiający sposób nie odkrywały niczego nowego, co więcej, ani nie potwierdzały, ani nie obalały wersji roboczych. I tak najpierw wskazał miejsce, gdzie Bursztynowa Komnata była zmontowana i eksponowana — całkowicie zniszczone południowe skrzydło zamku. Gdy zaoponowano, że wiadomo, iż jeszcze przed nalotami komnatę spakowano do skrzyń i przeniesiono w inne miejsce, Rohde wskazał salę rycerską (a ściślej remter marszałkowski — tak w średniowieczu nazywano salę jadalną), która ocalała zarówno podczas bombardowań, jak i w czasie szturmu. To tam, w niewielkim zakamarku nad stosem zwęglonych głowni, 12 czerwca 1945 roku sporządzono osławiony protokół o zniszczeniu Bursztynowej Komnaty w pożarze, który wybuchł 9–11 maja tego samego roku. Pożar wybuchł z nieznanych przyczyn, gdy zamek znajdował się już pod kontrolą oddziałów Dywizji Moskiewsko-Mińskiej, i strawił wiele z tego, co cudem przetrwało działania wojenne. Po sporządzeniu tego protokołu Briusow całkowicie przerzucił się na poszukiwania innych kosztowności. I wtedy nastąpił najbardziej zagadkowy epizod jego misji w Królewcu...

Bunkier Briusowa

Z papierów odebranych doktorowi Rohdemu podczas próby ich spalenia Briusow dowiedział się, że istnieje jakiś Hoffbunker (dosłownie „bunkier podwórzowy”), o którym Rohde pisał, że „klucz do niego zaginął”. Briusow zbeształ Rohdego za to, że przemilczał istnienie tego bunkra. Rohde odpowiedział, że klucz dawno się odnalazł i że chciał zaprowadzić profesora do bunkra, ale w pobliżu rozlokowało się wojsko i dostęp jest utrudniony. Trudno uwierzyć, by Rohde nie zdawał sobie sprawy, że profesor z pagonami pułkownika bez trudu dotrze do bunkra, dlatego to wyjaśnienie można śmiało uznać za wymyślone. Hofbunker znajdował się, według Briusowa, „na Rosenstraße, w pierwszym lub drugim domu od skrzyżowania ze Steindammem”. Dziś uliczki Rosenstraße już nie ma, pozostał po niej jedynie bezimienny przejazd między domami nr 2–4 i 6–8 przy ul. Żytomierskiej, który dochodzi do pięciokondygnacyjnego bloku przy ul. Wagnera 2–8. Gdzieś tutaj rozegrały się dalsze wydarzenia. Rohde zaprowadził Briusowa i towarzyszące mu osoby do zrujnowanego domu, w którego piwnicy znajdowało się wejście do bunkra. Zeszli stromymi schodami 4 lub 5 kondygnacji w dół i odkryli pomieszczenia przygotowane do przebywania ludzi i przechowywania kosztowności. W podziemiach stały łóżka, w tym dziecięce, walały się różne rzeczy, wśród których Briusow odnotował jakieś rzeźby i obrazy. Widać było, że ktoś już tu był. Briusow określił w notatkach te przedmioty jako „mało wartościowe”, choć mimo to zabrali spośród nich na powierzchnię kilka cenniejszych rzeczy. Na tym oględziny bunkra zakończono.

Dopiero w Moskwie Briusow nagle się zreflektował: Rohde nie potrzebował ani jednego klucza, by zejść na dolne kondygnacje bunkra.

Za to na dwóch górnych kondygnacjach znajdowały się zamknięte na klucz drzwi do nieznanych pomieszczeń, których komisja nie raczyła otworzyć i obejrzeć. Briusow zaznacza też, że podczas oględzin bunkra Rohdego przy nich nie było. Gdzie wtedy przebywał, nikt nie wie — podobnie jak nie wiadomo, dlaczego tak skwapliwie zgodził się zaprowadzić członków komisji do bunkra, skoro wszystkie inne polecenia wykonywał z nieskrywaną niechęcią. Briusow przypuszczał, że wizyta w bunkrze była Rohdemu potrzebna, by coś sprawdzić, a bez towarzystwa Briusowa nie mógł się tam dostać.

Odtworzona Bursztynowa Komnata w Pałacu Katarzyny

Odtworzona Bursztynowa Komnata w Pałacu Katarzyny (Puszkin).

Dalej dziwnych rzeczy przybywa: we wspomnieniach Briusow podaje, że w bunkrze znajdowały się nie przedmioty małej wartości, lecz obrazy mistrzów włoskich z XVI–XVII w., „ułożone w stosy”. Jeśli tak było, to „bunkier Briusowa” był największym znaleziskiem! Dalsze postępowanie kierownika ekspedycji wprawia jednak w konsternację: zamyka on wejście do bunkra na klucz, który wręcza żołnierzom wraz z rozkazem, by nikogo nie wpuszczali do środka aż do przybycia oficjalnej grupy z komendantury. Co wydarzyło się potem, nie wie nikt; nie odnaleziono żadnych materiałów, spisów ani rozkazów świadczących o tym, że kosztowności zostały z bunkra wydobyte. Już po śmierci Briusowa, podczas prób odnalezienia bunkra, przesłuchano wszystkich żyjących jeszcze członków jego grupy poszukiwawczej, ale nikt nie potrafił sobie przypomnieć, by był z nim w tym bunkrze. Mimo to w 1976 roku podjęto poważne próby odnalezienia podziemnego magazynu. Jedynym znaleziskiem okazała się piwnica przykryta 55-centymetrową, mocno zbrojoną płytą betonową. Pod płytą znajdowało się jednak tylko jednokondygnacyjne pomieszczenie z zardzewiałymi przedmiotami codziennego użytku, pryczami, wbudowanym w ścianę, otwartym już wcześniej sejfem oraz dwiema również otwartymi kasetkami pancernymi. Postanowiono uznać obiekt „bunkier Briusowa” za wytwór wyobraźni profesora i zamknąć wszelkie związane z nim prace. Co zresztą nie przeszkodzi nam powrócić do niego na końcu artykułu. Chciałbym dodać tylko tyle, że ludzie, którzy pospiesznie ogłosili Briusowa „dziwakiem ze sklerozą”, nie zadali sobie nawet trudu, by sprawdzić, że wszystkie swoje najważniejsze prace napisał on już po wydarzeniach królewieckich, co byłoby raczej niemożliwe, gdyby profesor miał skłonność do demencji i bezpodstawnych fantazji.

Pacjent raczej żyje

Mogłoby się wydawać, że w sprawie Bursztynowej Komnaty postawiono kropkę – stał się nią oficjalny akt o zniszczeniu bursztynowych paneli w płomieniach pożaru 9–11 maja w Sali Rycerskiej zamku. Na szczęście był jednak ktoś, dla kogo odnalezienie arcydzieła z Pałacu Katarzyny stało się sprawą honoru. To on kierował ewakuacją zbiorów muzealnych z Puszkina w 1941 roku i dlatego nigdy nie przestał obwiniać się o to, że Komnaty nie zdemontowano na czas i nie wywieziono na wschód kraju. Nazywał się Anatolij Kuczumow. W latach powojennych zasłynął tym, że odnalazł, zidentyfikował i odesłał do ojczyzny tysiące bezcennych eksponatów.

I choć poszukiwania Briusowa doprowadziły do oficjalnego wniosku, że Bursztynowa Komnata spłonęła na zamku królewieckim, on nie spieszył się z uznaniem tej wersji za niepodważalną.

Trudno powiedzieć, jak potoczyłaby się cała historia poszukiwań Bursztynowej Komnaty, gdyby w 1945 roku do Królewca wysłano historyka sztuki Kuczumowa, a nie archeologa Briusowa, jedno jednak można stwierdzić z całą pewnością: Anatolij Michajłowicz miał wszystkie te cechy, których Briusowowi zabrakło w poszukiwaniach skarbów z radzieckich muzeów. Otrzymawszy delegację służbową na poszukiwanie eksponatów z muzeów Carskiego Sioła, Kuczumow postąpił jak prawdziwy śledczy: pojechał do Moskwy do Briusowa i szczegółowo wypytał go o wszystkie okoliczności poszukiwań Bursztynowej Komnaty w Królewcu, otrzymując przy tym z jego rąk notes z zapiskami profesora o przebiegu prac poszukiwawczych. Po przybyciu do Królewca Kuczumow natychmiast podjął starania, by odnaleźć Rohdego, nie miał bowiem najmniejszych wątpliwości, że to on trzyma w rękach wszystkie klucze do tajemnicy zaginionej Komnaty. Jakież było jego rozczarowanie, gdy okazało się, że Rohde i jego żona zmarli już pod koniec 1945 roku. Przyczyna śmierci małżonków Rohde do dziś pozostaje nieznana. Początkowo dominowała wersja o śmierci na tyfus (lub ostrą czerwonkę), którą zastąpiła wersja o samobójstwie. Zawsze przy tym dodawano, że nie można wykluczyć, iż Rohdego „usunięto”, ponieważ wiedział za dużo.

Historyk sztuki Anatolij Michajłowicz Kuczumow


Anatolij Michajłowicz Kuczumow,

historyk sztuki.

Najważniejsze odkrycie czekało jednak na Kuczumowa podczas oględzin zamku. Badając miejsce, w którym według Rohdego zginęła Bursztynowa Komnata, rozpoznał on w zwęglonych kawałkach drewna, o których wspominał już Briusow, komplet mebli Keyserlingków z Carskiego Sioła (zaprocentowała gruntowna znajomość przedmiotu). A dalej, pod warstwą popiołu – nadpalone mozaiki z wystroju Bursztynowej Komnaty. Trzy z czterech. Czwartej mozaiki Kuczumow nie zdołał odnaleźć, co uznał za dowód, że Bursztynowa Komnata była przechowywana w częściach. W tym przypadku się pomylił, gdyż historia kradzieży mozaiki „Węch i dotyk”, do której doszło jeszcze przed przybyciem skrzyń z bursztynowymi panelami do Królewca, w pełni wyszła na jaw dopiero w naszych czasach. Za to trzy inne dowody tej tezy – brak śladów spalonego bursztynu, brak resztek szkła luster i ich brązowych ram, a także to, że kubatura pomieszczenia nie pozwalała na zmieszczenie całej zapakowanej Komnaty – do dziś stanowią kluczowe argumenty w szeregu hipotez, według których skrzynie z częścią jej paneli spoczywają gdzieś głęboko pod ziemią. Anatolij Michajłowicz nie znał też innego, omówionego przez nas wcześniej faktu: doktor Rohde dążył do odtworzenia właśnie historycznej, niemieckiej części Bursztynowej Komnaty, a zatem została ona podzielona na części, jeszcze zanim po raz ostatni ją zapakowano i przygotowano do przechowania.

Wszystko to budzi poważne nadzieje, że ta niemiecka i – z punktu widzenia Alfreda Rohdego – najcenniejsza część Bursztynowej Komnaty przetrwała.

Trójkąt Steindammu

Dlaczego więc, mówiąc o możliwym miejscu ukrycia skrzyń z bursztynowymi panelami, szczegółowo omówiliśmy jedynie „wersję steindammską”? Odpowiedź jest prosta: wersję tę wspiera szereg świadectw, logicznych argumentów i technicznych warunków jej realizacji. Istnieje mnóstwo niezależnych relacji, że właśnie tu, w rejonie „trójkąta Steindammu”, wyznaczonego przez ulice Steindamm (Żytomierska i część Prospektu Lenina), Lange Reihe (Barnaulska) oraz Kopernikusstraße z Oberrollberg (Kopernika), ukrywano jakieś duże, długie, a zarazem niezbyt ciężkie skrzynie. Inni świadkowie (jak Briusow) widzieli w tym rejonie rozległe budowle podziemne. Ich zeznania różnią się tylko w jednym: co do dokładnego miejsca, w którym znajdował się sam bunkier lub wejście do niego. U Niemca Bilkego jest to tajne przejście do podziemi Steindammer Kirche, u Polaka Jabłońskiego – podziemia garażu SS na placu Heumarkt (początek ul. Barnaulskiej), u innego Niemca, Wiesta – jakiś bunkier „B-III” na tym samym placu. Jeśli dodać do tego relacje naszych wojskowych o podziemiu z bursztynowymi przedmiotami w domu towarowym „KEPA” (Prospekt Lenina 18) oraz o podziemnym przejściu pod ul. Barnaulską z wejściem przy budynku dawnej kliniki okulistycznej (Barnaulska 8), to bardzo trudno po prostu zbyć wersję o istnieniu tutaj jednego dużego obiektu podziemnego lub szeregu mniejszych bunkrów.

Steindamm (Steindamm)

Steindamm. Na lewo od wysepki rozdzielającej tory tramwajowe widać skręt w Rosenstraße – w rejon miasta, gdzie pod ziemią wciąż może być ukryta Bursztynowa Komnata.

Co więcej, przeprowadzone poszukiwania (przyznają to sami ich uczestnicy) w gruncie rzeczy nie wykluczyły ostatecznie i nieodwołalnie żadnego z typowanych obiektów. Za każdym razem, gdy analizuje się ich przebieg, odnosi się wrażenie, że wystarczyłoby wywiercić otwór nieco głębiej albo przekopać rów odrobinę obok, a oczom poszukiwaczy ukazałby się tajemniczy obiekt podziemny. Ani głębiej, ani obok jednak się nie udawało – z powodu ograniczonych środków i czasu, a czasem także z braku dostatecznej wiary w sukces. Zeznaniom świadków wtórują logika i geologia: wzgórze Rollberg i okolice Steindammu leżą niedaleko zamku, co ułatwiało przewiezienie tam kosztowności, a znaczne wyniesienie ponad poziom Pregoły stwarza najlepsze warunki do urządzenia podziemnych magazynów.

A biorąc pod uwagę ogólnie dostępne informacje o losach Bursztynowej Komnaty, bez przeprowadzenia dodatkowych poszukiwań w tym rejonie twierdzenie, że nie ma szans na odnalezienie śladów arcydzieła w Kaliningradzie, jest przedwczesne.

Kończąc już ten artykuł, znalazłem czas, by raz jeszcze przejść się po podwórzach dawnego Steindammu, po Targu Siennym (Heumarkt), który utracił status placu, oraz ulicami Lange Reihe i Kopernikusstraße. I z każdym krokiem jakimś wewnętrznym zmysłem wyczuwałem, że być może dzielą mnie zaledwie metry od rozwiązania największej tajemnicy XX, a teraz już i XXI wieku. Ogromne głazy na podwórzu pięciokondygnacyjnego bloku przy ulicy Żytomierskiej, stare włazy kanalizacyjne w rosyjskim asfalcie ulicy Wagnera, wzniesienie schronu przeciwlotniczego przy dawno zburzonej Neuroßgärter Kirche, gdzie urządzono boisko szkoły nr 23, granitowe krawężniki nieistniejącej już Heinrichstraße… Niczym doktor Rohde w świecie, który stał się dla niego obcy, skrywają pod wiekową tajemnicą wszystko, co widziały, i wszystko, co wiedzą. Dopóki nie znajdziemy do nich kluczyka.


Przetłumaczono z języka rosyjskiego przy pomocy AI (Claude, Anthropic), październik 2026 r.