/ Obwód kaliningradzki

„Spływy kajakowe nie stały się u nas jeszcze masową rozrywką”

„Spływy kajakowe nie stały się u nas jeszcze masową rozrywką”

Turystyka kajakowa z roku na rok zyskuje na popularności. Pod koniec wiosny wielu kaliningradczyków wyciąga kajaki z komórek i rusza w podróż po rzekach obwodu. O głównych problemach i perspektywach turystyki wodnej rozmawialiśmy z Aleksiejem Anochinem (na zdjęciu u góry), doświadczonym kajakarzem, który o rzekach obwodu kaliningradzkiego wie praktycznie wszystko.

— Aleksieju, proszę opowiedzieć, jak narodziła się Pana pasja.

— Zupełnie przypadkiem, lubię wszystko, co aktywne. Przy okazji kupiłem używany kajak, który zresztą do dziś jest cały i pływa. Od niego wszystko się zaczęło. Wcześniej pływaliśmy z przyjaciółmi na nadmuchiwanych tratwach ratunkowych. Ale tratwy nie są stabilne, dlatego kajaki podobają mi się bardziej. Z czasem rozbudowałem swoją flotę do 4 kajaków.

— Czy turystyka kajakowa to kosztowna przyjemność? Kogo stać na kupno kajaka?

— Jeśli mówić o kupnie kajaka, to jest to już droga turystyka, bo kajak kosztuje około 25–30 tys. rubli i więcej. Z drugiej strony są dziś w naszym obwodzie ludzie i pojedyncze firmy, które oferują przejażdżki i organizują poważniejsze spływy. Ostatecznie można po prostu kajak wypożyczyć. W zeszłym roku wynajem dwuosobowego kajaka kosztowałby 600 rubli. W sieciach społecznościowych, przede wszystkim na „WKontaktie”, są specjalne grupy, w których można znaleźć te informacje.

— W Europie, a także w Rosji, spływy kajakowe to popularna forma aktywnego wypoczynku. Na ile popularne są spływy kajakowe w obwodzie kaliningradzkim?

— Jeśli chodzi o obwód kaliningradzki, to turystyka wodna jest u nas dobrze rozwinięta. W naszym regionie są doświadczeni ludzie, którzy jeżdżą daleko: Ałtaj, Karelia, Baszkiria, czyli trasy o bardzo wysokiej kategorii trudności. Natomiast jeśli mówić o samych kaliningradzkich miejscach, gdzie się pływa, to spływy kajakowe nie są zbyt rozwinięte. Na poważnych imprezach sportowych zbiera się najwyżej 15–20 kajaków.

— A którymi rzekami w naszym obwodzie biegną główne trasy?

— Od razu powiem, że przy wyborze trasy mamy dwa główne czynniki.

Po pierwsze, odległość od Kaliningradu: im dalej, tym trudniej dojechać. Po drugie, spadek terenu, czyli im bliżej Kaliningradu, tym rzeki są bardziej płaskie i leniwie płynące.

Biorąc pod uwagę te czynniki, moim zdaniem najdogodniej położona jest Węgorapa (Angrapa), która płynie na długości 85 km od Oziorska do Czerniachowska. Na Węgorapę dość łatwo się dostać i równie łatwo z niej wrócić. Oczywiście zdecydowanie mogę polecić rzekę Łynę (Ławę): Prawdinsk–Znamiensk – 50 km. Ale tam rzeka jest już spokojniejsza, płynie przez mniej więcej równinną część obwodu.

Spływ Łyną

Spływ rzeką Łyną.

Przyjemne wrażenie pozostawia Szeszupa, ale niestety jest tam krótki odcinek, który można przepłynąć, nie wchodząc do strefy przygranicznej: zaledwie około 33 km, od Krasnoznamienska do wsi Lesnoje. Przy dobrym stanie wody można przepłynąć rzekę Pissę: od okolic Gusiewa do ujścia do Węgorapy z metą w Czerniachowsku. Czasem przepiłowywaliśmy szlak, czyli usuwaliśmy drzewa i gałęzie zwisające nad wodą, i specjalnie w tym celu płynęliśmy rzeką Krasną. Jest tam zresztą jedno gospodarstwo agroturystyczne, którego właściciel wypożycza kajaki. Otóż on sam przepiłował odcinek 3 km. Jak na rzekę Krasną to prawdziwy wyczyn. My w ciągu jednego dnia przepiłowaliśmy zaledwie 1,5 km. I Pissa, i Krasna to takie bystre, przyjemne rzeki w naszym obwodzie.

Mamy jeszcze jedną dobrą i długą rzekę – Korniewkę, ale niestety jest zawalona drzewami. Choć w naszym regionie brzmi to ironicznie, to typowa rzeka górska. Spływ nią jest niebezpieczny, bo może wciągnąć pod drzewo. Hydrodynamika wody w Korniewce jest niesamowita. Oczywiście można oczyścić poszczególne odcinki rzeki, ale nie ma gwarancji, że w najbliższym miesiącu nie przewróci się kolejne drzewo. Wszystkie próby jej oczyszczenia zakończyły się niepowodzeniem.

Pissa

„Przeczołgiwanie się” pod zatorem, rzeka Pissa.

— Słyszałem bardzo wiele pochlebnych opinii o trasach kajakowych w rejonach polesskim i sławskim. Jak Pan je ocenia?

— Z jednej strony rejony sławski i polesski to wspaniałe miejsca. Nazwałbym je nawet „kaliningradzką Wenecją”. Szlaków wodnych jest tam więcej niż dróg samochodowych. Ale z drugiej strony teren jest tam płaski, więc trzeba ciągle wiosłować, wiosłować i wiosłować. Na przykład najcięższy spływ w moim życiu wiąże się z rzeką Matrosowką, płynącą przez rejon sławski. Matrosowka to poważna, ogromna rzeka, znacznie większa od Pregoły. Trafiliśmy wtedy na silny wiatr w twarz. Każdy miał dość, a kiedy rzeką Towarną wypłynęliśmy na Zalew Kuroński, zrozumieliśmy, że dalej płynąć nie ma żadnego sensu. Dzieci płakały, mężczyźni nieśmiało kręcili się w miejscu i mówili, że tam nie musimy płynąć.

Matrosowka

Ulewa na rzece Matrosowce.

— A ile czasu zwykle zajmuje spływ kajakowy?

— Mam taką radę. Mimo strachu przed nocowaniem nie warto płynąć na jeden dzień, bo więcej czasu zajmie dojazd na miejsce, przygotowanie sprzętu, a potem powrót do domu. Z drugiej strony dwa–trzy dni to maksimum czasowe, na jakie pozwalają nasze trasy. Zaplanowanie dłuższych tras jest bardzo trudne. Jeśli długo płynie się kajakami, to w gruncie rzeczy zamienia się to w pływanie w miejscu: wędkowanie, odpoczynek, plażowanie. A jeśli jednak płynąć bez przerwy, to Węgorapę pokonuje się w jakieś trzy dni, Szeszupę – w jeden dzień, najwyżej można tę trasę rozciągnąć na dwa. Na rzekach rejonów sławskiego i polesskiego można oczywiście pływać dłużej. Nurt nigdzie nie pogania, płynąć można w dowolnym kierunku. W ogóle układanie własnych tras to bardzo ciekawy temat. W wielu grupach na portalu „WKontaktie” jest on żywo dyskutowany. Jestem bardzo wdzięczny tym, którzy nie skąpią i publikują opisy swoich tras, żeby nowicjusze mogli zobaczyć, dokąd warto pojechać.

Suszenie kajaków

Suszenie kajaków.

— A czym są dla Pana spływy – odpoczynkiem, rywalizacją czy czymś innym?

— Mimo że na zawodach zajmowaliśmy pierwsze miejsca, wciąż jest to dla mnie po prostu jedna z gałęzi turystyki. W ogóle jestem turystą od stóp do głów: kiedyś zacząłem od turystyki pieszej, potem wodnej, teraz już rowerowej. Za każdym razem, kiedy ma się ochotę chwycić za wiosła, najpierw próbuje się znaleźć ciekawą trasę. I często nawet podczas pieszych wędrówek wypatruje się rzeczek na spływy. Tak kiedyś po prostu spacerowaliśmy po centrum Wilna i zobaczyliśmy Wilię, która wpada do Niemna, i postanowiliśmy, że trzeba nią przepłynąć. W efekcie wyszedł siedmiodniowy spływ pierwszej kategorii trudności po Litwie.

— Aleksieju, pływa Pan kajakiem nie od dziś. Proszę powiedzieć, jakie główne problemy są Pana zdaniem charakterystyczne dla spływów kajakowych w obwodzie kaliningradzkim?

— U nas w zasadzie nie ma problemów, bo rzeki są niezwykle bezpieczne. Kajaki świetnie pasują do naszych rzek. I w zasadzie na brzegach nawet najczęściej odwiedzanych i najpopularniejszych rzek wystarcza i miejsc na biwak, i drewna na opał. Spływy kajakowe to swobodna i komfortowa forma turystyki. W porównaniu z turystyką pieszą nie dźwigasz na sobie 25–30 kg, wszystko płynie w kajaku. Swojego syna zabrałem na trzydniowy spływ, gdy miał 5 lat, a w zeszłym roku na własne oczy widziałem, jak na spływ zabrano małą dziewczynkę, która miała zaledwie półtora roku.

Jaz w Majakowskim

Szturm na jaz w Majakowskim.

— A zdarzały się w Pana praktyce turystycznej przypadki wywrotek kajaka?

— Od razu powiem, że wywrotka kajaka nie jest u nas niebezpieczna, bo nasze rzeki tam, gdzie płyną szybko, mają z reguły najwyżej do kolan. Czasem i płycej. A tam, gdzie są głębsze, woda jest po prostu spokojna i przy najszczerszych chęciach nie da się wywrócić. W obwodzie kaliningradzkim kajak przewrócił mi się tylko dwa razy. Najczęściej zdarza się to z niewiedzy. Raz wywróciłem się na rzece Krasnej, kiedy był silny nurt. A drugi raz po prostu się zapatrzyłem i źle oceniłem odległość do drzewa zwisającego nad wodą.

— A jak wygląda u nas sytuacja z progami?

— Naturalnych progów w obwodzie kaliningradzkim nie ma, ale ciekawe sztuczne przeszkody – owszem. Wśród nich jaz w Majakowskim na Węgorapie, a także jaz elektrowni wodnej koło Znamienska na Łynie.

Jaz na Łynie

Pokonywanie sztucznej przeszkody na Łynie.

No i oczywiście jaz elektrowni wodnej we wsi Priozierje na Pissie. Nic niebezpiecznego sobą nie przedstawiają, wszystkie pokonuje się bez specjalnego przygotowania, byle tylko w rzece była woda. Nawiasem mówiąc, w lipcu i sierpniu, czyli w najlepszych miesiącach na spływy kajakowe, mamy często problem z niskim stanem wody w naszych rzekach z powodu rzadkich deszczów. Wtedy bardzo mocno rozrastają się wodorosty. Raz na przykład popłynęliśmy Pissą i nasze wiosła dosłownie ugrzęzły w roślinności. Taka podróż zamienia się w męczarnię.

— W Kaliningradzie często trafiają się polskie broszury informacyjne w języku rosyjskim, opisujące polskie szlaki kajakowe ze świetnie rozwiniętą infrastrukturą. A jak wygląda infrastruktura dla spływów kajakowych w obwodzie kaliningradzkim?

— Nijak. Możemy się co najwyżej pochwalić tym, że poszczególni właściciele mają pewną liczbę kajaków. I w związku z tym mają też środki do ich przewożenia.

Na tym cała infrastruktura się kończy: nie ma ani przystani przeznaczonych specjalnie dla kajaków, ani slipów do ich wodowania.

Co prawda kajaki nie są pod tym względem szczególnie wymagające. Oczywiście nieźle byłoby, gdyby u nas, tak jak w Polsce, pojawiły się wypożyczalnie rozmieszczone wzdłuż rzeki. Ale niestety na razie ich nie ma. Z drugiej strony może to i lepiej, bo spływy kajakowe nie stały się u nas jeszcze taką masową rozrywką, w której, umownie mówiąc, spływ kajakowy to atrakcja na dwie–trzy godziny. Wydaje mi się, że to bardzo zaszkodziłoby wrażeniom i emocjom ludzi.

— Wychodzi na to, że w obwodzie kaliningradzkim praktycznie brakuje infrastruktury dla spływów kajakowych. Jak w tej sytuacji oceniłby Pan perspektywy turystyki kajakowej w naszym regionie?

— Najważniejsze, że mamy porządnych ludzi, którzy mają wiele kajaków i oferują prawdziwe, pełnowartościowe trasy kajakowe. Wiele z tych tras ma dużą wartość krajoznawczą. Część z nich jest pouczająca pod względem flory i fauny. Inna część poświęcona jest poznawaniu budowli hydrotechnicznych: to wspaniałe śluzy na rzekach Łynie, Matrosowce i na Kanale Mazurskim.

A w kontekście turystycznym coraz więcej kaliningradczyków zwraca uwagę na tę formę wypoczynku.

Nawiasem mówiąc, przyjeżdżają do nas nawet Polacy, bo chcą nie tylko po prostu spłynąć rzeką, ale także rozbić namiot na brzegu i rozpalić ognisko. W Polsce takie rzeczy są praktycznie niemożliwe. U nich to, jak to się mówi, raczej „przejażdżki”.

— A czy sąsiedzi często przyjeżdżają do nas na spływy?

— Z jednej strony było kilka centralnie organizowanych imprez, kiedy z Polski do obwodu kaliningradzkiego rzeką Łyną odbywał się międzynarodowy spływ kajakowy. Z tej okazji na rzece utworzono nawet wyjazdowy punkt kontroli granicznej. Z drugiej strony polscy kajakarze w obwodzie kaliningradzkim to oczywiście wielka rzadkość. Obwód kaliningradzki nie jest aż tak atrakcyjny nawet w swoich podstawowych rodzajach turystyki – krajoznawczej czy zdrowotnej, cóż dopiero mówić o niszowych formach turystyki. Tym bardziej że nasze krajobrazy i rzeki są podobne do polskich.

Rzeka Towarnaja

Rzeka Towarnaja.

Naszym atutem może być połączenie tras kajakowych z obiektami krajoznawczymi. Wtedy trasa staje się wyjątkowa. Co prawda i tak pozostanie to romantyką „dzikiej” turystyki: namiot na brzegu, ognisko. I oczywiście, żeby rozwijać tę dziedzinę, trzeba włożyć pewien wysiłek organizacyjny. Co najmniej na polskim rynku powinny być dostępne broszury informacyjne albo katalogi.

— W takim razie pytanie o wysiłek organizacyjny. Nasze władze bardzo lubią pisać różnego rodzaju koncepcje rozwoju turystyki w obwodzie kaliningradzkim. Czy w tych koncepcjach jest miejsce dla turystyki kajakowej?

— Raczej nie niż tak. Po pierwsze, to amatorska turystyka sportowa. Po drugie, mówiąc językiem rynku, to nie jest ten rodzaj turystyki, który z finansowego punktu widzenia jest atrakcyjny dla naszych lokalnych władz. Kajaki to nie jachty. To tak, jak ludzie zbierają w lesie grzyby: nikomu od tego ani zimno, ani gorąco, ale grzyby rosną, a ludzie lubią je zbierać.

Zdjęcia: Aleksiej Anochin


Przetłumaczono z języka rosyjskiego przy pomocy AI (Claude, Anthropic), październik 2026 r.