Miasto stopniowo traci ostatnie „niczyje” tereny zielone, domy stawia się tak gęsto jeden przy drugim i na tak małych działkach, że nie ma mowy ani o parkingu z rozsądną liczbą miejsc, ani o placach zabaw i boiskach, ani o zieleni. Tym bardziej nie warto nawet wspominać o estetycznej stronie budownictwa „dogęszczającego”. Krótko mówiąc, jak powiedział kiedyś gubernator obwodu kaliningradzkiego Nikołaj Cukanow, „zabudowa plombowa poważnie zabiła Kaliningrad”.
Choć zabudowa „plombowa” „zabija Kaliningrad” już od ponad dziesięciu lat, władze miasta nie podejmują zauważalnych wysiłków, by rozwiązać ten problem. Zwykle konfrontacja aktywnych obywateli z administracją miasta i deweloperami kończy się porażką tych pierwszych, ponieważ pojęcie „zabudowy plombowej” nie jest zapisane ani w rosyjskim Kodeksie urbanistycznym, ani w ustawodawstwie obwodu.
Walczyć trzeba więc nie z samą zabudową, lecz z towarzyszącymi jej „procedurami”: nielegalnymi sposobami uzyskiwania pozwoleń na budowę, wycinką drzew, naruszaniem norm urbanistycznych i sanitarnych i tak dalej.
Najbardziej zasmucony tym faktem jest oczywiście szef okręgu miejskiego „Miasto Kaliningrad” Aleksandr Jaroszuk, który wcześniej zauważył: „Władze miasta wiele robią z zabudową plombową. Ja w ogóle nie rozumiem, co to jest zabudowa plombowa i kto ją w ogóle wprowadził. Specjalnie poprosiłem prawników, żeby przygotowali mi notatkę. Przejrzeli cały kodeks urbanistyczny i doszli do wniosku, że takiego terminu nie ma. No nie ma go! Dlatego nie rozumiem, o czym mowa”.
W takich warunkach walka z zabudową plombową jest praktycznie niemożliwa: można opóźnić wydanie pozwolenia na budowę, zwrócić uwagę opinii publicznej, bić na alarm w sprawie korupcyjnego wymiaru problemu, publicznie piętnować przedstawicieli władz i deweloperów i tak dalej, i tak dalej, ale szanse na zwycięstwo (w typowej sytuacji) są znikome.
Czasem jednak niepohamowana zabudowa plombowa może dotykać nie tylko wyglądu miasta, jego zagospodarowania i komfortu mieszkańców, ale także innych, bardziej drażliwych dla władz kwestii, których zignorowanie oznacza naruszenie prawa federalnego. Właśnie z takim przypadkiem zetknęłam się osobiście.
Parę miesięcy temu zupełnie przypadkiem dowiedziałam się, że na skrawku ziemi naprzeciwko mojego domu stanie wieżowiec. A ściślej – dowiedziałam się o konsultacjach społecznych w sprawie wydania pozwolenia na budowę domu firmie o obiecującej nazwie Kremień sp. z o.o.
Historia banalna: w centralnej dzielnicy pozostał niezabudowany skrawek ziemi (zaniedbany, rzecz jasna) z trawką, drzewkami, strumyczkiem – jedno z ostatnich schronień właścicieli psów. Z tą działką sąsiaduje Regionalne Centrum Perinatalne.
Ale trawka, drzewka, pieski, strumyczek, rodzące kobiety – to nikogo nie obchodzi.
Postanowiłam zapoznać się z treścią uchwały o przeprowadzeniu konsultacji. I proszę, co za traf: na tym skrawku ziemi znajduje się schron obrony cywilnej (na zdjęciu poniżej), potocznie „schron przeciwlotniczy”, potężna taka budowla, a co najważniejsze – chroniona prawem (ustawa federalna nr 28-FZ z 12.02.1998 „O obronie cywilnej”, rozporządzenie Rządu Federacji Rosyjskiej z 29.11.1999 nr 1309, rozporządzenie Rządu Obwodu Kaliningradzkiego z 4 lipca 2011 r. nr 509).

Schron obrony cywilnej przy Alei Kasztanowej.
Tylko że, o pech, w uchwale o konsultacjach społecznych nie ma o schronie ani słowa. Zupełnie, ani linijki. Myślę sobie: tak nie można, jak można było zapomnieć o tej budowli, to przecież obiekt obrony cywilnej, a jak można zapomnieć o obronie, przecież wszyscy powinniśmy być teraz gotowi do obrony. Napisałam więc „suplikę” do administracji miasta: wy tu pozwolenie na budowę przygotowujecie, a w dokumentacji luki, jakże to o schronie zapomnieliście, czyż tak można?!
Niestety, administracja miasta odpowiedziała na pytania, których nie zadałam. Ze wszystkimi szczegółami opowiedziano mi i o dokładnym położeniu działki, i o artykule 39 Kodeksu urbanistycznego FR, którego dniem i nocą strzegą w komitecie architektury i budownictwa, i o łaskawej zgodzie obwodowej Agencji Mienia na wydanie pozwolenia na budowę (między wierszami dało się wyczytać: kochamy, całujemy, dziękujemy, że tak dociekliwa osoba mieszka w naszym mieście).
Konsultacje się odbyły. Rzecz jasna, pod adresem firmy budowlanej nie padła ani jedna poważna uwaga, poza numerem wpływu mojego alarmującego pisma wraz z tematem wystąpienia.
Zmartwiłam się i napisałam kolejną „suplikę”, tym razem do zarządu MCzS: oto płaczę nad gorzkim losem budowli obronnej, a administracja miasta nie podziela mego głębokiego smutku, nie uznaje ustaw federalnych o obronie cywilnej i obiektach ochronnych i w ogóle nie może pojąć, o co chodzi. Przyznaję, wielkie było moje zdziwienie, ale zarząd zareagował już następnego dnia po zgłoszeniu. Schron jest w ewidencji, a w MCzS pamiętają o nim i kochają go nie mniej niż ja. Kilka dni temu otrzymałam pisemną odpowiedź.
O tym, że administracja zezwoliła na budowę wieżowca na tym terenie ze schronem, obwodowy zarząd MCzS dowiedział się ode mnie; nikt nie zwracał się do nich o dane wyjściowe ani o wymagania dotyczące realizacji odpowiednich przedsięwzięć z zakresu obrony cywilnej i sytuacji nadzwyczajnych przy budowie budynku mieszkalnego.
Po tym, jak zarząd MCzS zwrócił się do mera Aleksandra Jaroszuka z prośbą o wyjaśnienie sytuacji, administracja wykazała się niewiarygodną świadomością obywatelską (której z jakichś powodów nie potrafiła wykazać, reagując na moje pismo) i poinformowała, że pozwolenie na wykorzystanie gruntu pod budowę domu zostanie wydane dopiero wtedy, gdy firma Kremień sp. z o.o. otrzyma dane wyjściowe i wymagania dotyczące realizacji przedsięwzięć albo gdy schron zostanie skreślony z ewidencji.
Na świętowanie zwycięstwa jest jednak za wcześnie. Żadnych wymagań zatwierdzonych przez MCzS firma budowlana, rzecz jasna, nie będzie w stanie spełnić, bo inaczej na tym skrawku nie zostanie miejsca na dom.
Wiadomo, że wszelkimi siłami będą próbowali skreślić schron z ewidencji; sprawa wygląda tak: albo schron, drzewka, trawka, pieski i wesołe zjazdy dzieci z „obronnej górki” zimą, albo wieżowiec.
Tak się złożyło, że schron, przeznaczony do ochrony ludności przed czynnikami rażącymi, umożliwił podjęcie prób działań obronnych przeciwko zabudowie plombowej. Gdyby go tam nie było, wkrótce na tym skrawku ziemi straszyłby paskudny płot budowy, wszystkie drzewa zostałyby wycięte, wąską dwukierunkową drogą przeciskałyby się ciężarówki, a odgłosy i wstrząsy wbijania pali radośnie dodawałyby otuchy rodzącym kobietom i niemowlętom w sąsiednim Centrum Perinatalnym. Krótko mówiąc, wszystko byłoby prawie jak zawsze.
Co do przyszłości tej ziemi nie mam wielkich złudzeń – przecież firma budowlana, która włożyła w to wysiłek i (jak wszyscy rozumiemy) pieniądze, nie wycofa się z powodu jakiejś tam obrony jakichś tam obywateli. I, jak się wydaje, jeśli jednak uda im się skreślić schron z ewidencji, zabudowa tej działki będzie kolejnym przykładem nie tylko lekceważącego stosunku władz lokalnych do wyglądu miasta, jego zagospodarowania i praw mieszkańców, ale także pokazem stosunku władz już wszystkich szczebli do kwestii bezpieczeństwa ludności.
Zdjęcia autorki.
Przetłumaczono z języka rosyjskiego przy pomocy AI (Claude, Anthropic), październik 2026 r.

