Z reguły przesiedleńcy piszą o Kaliningradzie w entuzjastycznym tonie. Czasem wydaje się nawet, że w zbyt entuzjastycznym. Nie wiem, jak inni kaliningradczycy, ale ja, czytając takie artykuły, mam mieszane uczucia.
Z jednej strony, oczywiście, miło, że twoje miasto ocenia się tak wysoko. Nie opuszcza mnie jednak myśl, że takie oceny wystawia się po prostu z grzeczności. Przecież wcale nie trzeba mieszkać tu przez długie lata, by zobaczyć, że to miasto jest, delikatnie mówiąc, dalekie od doskonałości. Szczególnie jasno rozumie się to, gdy patrzy się na nie z najwyższego piętra jakiegoś wieżowca – Domu Sowietów, „Plazy” czy na przykład Bałtyckiego Centrum Biznesu.
Nędzne chruszczowki, niezgrabne breżniewki, bezgustowne centra handlowe służą za składniki jakiejś zupełnie nieapetycznej sałatki, gęsto, niczym majonezem, zaprawionej koślawymi budkami, niechlujnymi minitargowiskami i obdrapanymi przystankami komunikacji miejskiej.
Pierwsza myśl, jaka przychodzi do głowy, gdy patrzy się na Kaliningrad z lotu ptaka: po co temu miastu główny architekt, skoro i tak zabudowuje się ono chaotycznie, skoro wszystkie budynki są różne, skoro nie ma nawet cienia jedności stylistycznej? Czy nie rozsądniej byłoby zlikwidować to stanowisko? Zawsze to jakaś oszczędność dla budżetu…
Zresztą widok na miasto z Domu Sowietów jest jednak przyjemniejszy dla oka niż widok z innych miejscowych wieżowców – choćby dlatego, że z Domu Sowietów nie widać samego Domu Sowietów, którego zła sława jako szkaradzieństwa dawno rozeszła się po świecie.
…Dlaczego więc ludzie chwalą Kaliningrad? Dlaczego tak się cieszą, że Bóg podsunął im pomysł, by się tu przeprowadzić? Może dlatego, że miasta, z których pochodzą, są jeszcze gorsze? Mam bardzo skromne doświadczenie podróży do „wielkiej Rosji”. Ale to, co zobaczyłem, wystarczyło, by pozbyć się wielu złudzeń.
Porównywanie Kaliningradu z Moskwą i Sankt Petersburgiem jest śmieszne. Ale na przykład z Tułą czy z Pskowem – można. I wcale nie jest pewne, że Kaliningrad wypada na ich tle lepiej. Tak, jest tu pewien europejski posmak, ale ledwie uchwytny, prawie niezauważalny. Ogólnie jednak nasze miasto, postępowe, jak uważają miejscowi snobi, niewiele różni się od jakiegokolwiek innego rosyjskiego. Ten sam brud na ulicach, te same nieuśmiechnięte twarze dookoła, te same rozklekotane autobusy, ta sama chaotyczna zabudowa, ten sam lekceważący stosunek do dziedzictwa historycznego. Różnica polega tylko na tym, że u nas wysokoczołowi analitycy budują wielopiętrowe teorie na temat tego, dlaczego ten czy inny kościół (dwór, twierdza) nie jest odbudowywany, lecz rozbierany przez miejscowych na cegły – niby lud nie uważa tego wszystkiego za swoje, nie czuje związku z niemiecką przeszłością tej ziemi. A w „wielkiej Rosji” często obywają się bez tego rodzaju mędrkowania. Po prostu przyjmują ruinę jako coś oczywistego.
…Co zatem mimo wszystko przyciąga tu ludzi? Może morze? Po części – tak. Klimat mamy jednak kapryśny, nie każdego lata zdarza się pięć ciepłych dni z rzędu, więc rzadko udaje się wylegiwać na plaży do woli.
A i obsługa w miejscowych kurortach nie jest znowu zbyt nachalna. Co więc zostaje? Wygląda na to, że tylko bliskość Unii Europejskiej. Właściwie wielu z tych, którzy postanowili zamienić swoje miasto na nasze, nie zaprzecza, że był to jeden z głównych powodów przeprowadzki.
My, kaliningradczycy, przywykliśmy uważać położenie geograficzne naszego miasta za jego wielki atut. I rzeczywiście jest to atut. Jeśli się jednak zastanowić, to w tym, że ludzie przeprowadzają się do nas tylko dlatego, że mamy zagranicę pod bokiem, jest coś bardzo przykrego. To tak, jakby kobieta uzasadniała swoją zgodę na ślub z Pietią tym, że Pietia mieszka obok wspaniałego człowieka Wasi, do którego można często, choćby codziennie, chodzić w gości.
Ludziom podoba się, że można po prostu wsiąść do samochodu i w kilka godzin dojechać do Warszawy albo do Berlina. Wychodzi na to, że te miasta jakby dzielą się z naszym cząstką swojego uroku. Kaliningrad w tym układzie współrzędnych to coś w rodzaju skromnego przedpokoju w luksusowym wielopokojowym mieszkaniu. A skoro tak, to po co zwracać uwagę na niedostatki przedpokoju, po co w ogóle mu się przyglądać, gdy otwarte są drzwi do lśniącego salonu?
Ale czy Kaliningrad może być interesujący sam w sobie? Bez Europy? Dla większości z tych, którzy się tu urodzili, takie pytanie w ogóle nie istnieje.
Myślę, że wielu z nas doskonale zdaje sobie sprawę, że to miasto jest oszpecone, okaleczone fizycznie i moralnie. Kochamy je jednak tak, jak chyba kocha się chore dzieci.
To znaczy widzimy, jak ogromna przepaść dzieli Kaliningrad od sąsiednich miast europejskich, wyraźnie rozumiemy, że nigdy nie uda się jej pokonać. Ta smutna okoliczność jedynie jednak wyostrza ciepłe uczucia do małej ojczyzny, czyni więź z nią jeszcze ściślejszą.
Co do przyjezdnych – są różni. Niektórym udaje się poczuć Kaliningrad z jego estetyką wiecznego upadku i nieprzemijającą tęsknotą, zobaczyć za niepozorną fasadą wielką przeszłość, dostrzec szczegóły, które czynią nasze miasto naprawdę pięknym. No a dla innych na zawsze pozostanie ono tylko przedsionkiem europejskiego „raju”.
Tak czy inaczej, być kaliningradczykiem (urodzonym tutaj albo „napływowym”) to mimo wszystko szczęście. Co prawda chwilami dość trudne…
Przetłumaczono z języka rosyjskiego przy pomocy AI (Claude, Anthropic), październik 2026 r.

