W szwajcarskim reportażu, podobnie jak w niemieckim z „Die Zeit Geschichte”, mowa jest o historii i stosunku do niej, ale więcej uwagi poświęca się problemom teraźniejszości. Reportaż zatytułowany „Miasto w bursztynie” ma bardziej wymowny podtytuł: „Wiele planów, mało postępu w Kaliningradzie”. A tytułowy bursztyn nie jest w artykule nawet wspomniany.
Judith Leister – autorka reportażu – stawia „diagnozę” w pierwszych zdaniach:
„Czasem wydaje się, że siedemdziesiąt lat po zakończeniu wojny nad Pregołą istnieją dwa miasta: Królewiec i Kaliningrad. To, że obie wyobrażone przestrzenie istnieją obok siebie i bez żadnego związku, widać przede wszystkim w centrum miasta”.
Po takim wstępie można się domyślić, że reportaż będzie mówił o zewnętrznym obliczu współczesnego Kaliningradu (temat ten porusza także wielu kaliningradczyków) i o tym, jaki obraz układa się gościom miasta na podstawie wrażeń wzrokowych. W centrum miasta Judith Leister zobaczyła Dom Sowietów, przypominający o „złotym wieku Związku Radzieckiego”. Ale budynek, pomyślany niegdyś jako nowy symbol miasta, jest dziś w fatalnym stanie: parter jest zamurowany, a szyby powybijane. Jako przyczyny szwajcarska dziennikarka wymienia bagnisty grunt, przez który Dom Sowietów pozbawiony jest statyki, brak pieniędzy i inwestorów. Obok Domu Sowietów znajduje się miejsce, gdzie przez lata wznosił się Zamek Królewiecki, zniszczony w czasie wojny, a jego częściowo ocalałe mury wysadzono w 1968 roku. „Teraz na tym terenie nic się nie dzieje” – kończy swoją refleksję o centrum Kaliningradu Leister.
Dwoistość Kaliningradu/Królewca dziennikarka „Neue Zürcher Zeitung” dostrzega także w sposobie obchodzenia jubileuszy miasta, a ściślej – miast. W 2005 roku w Kaliningradzie świętowano 750-lecie Królewca i 60-lecie Kaliningradu, jakby nie można było zdecydować się na jedno święto. Jubileusz Królewca stał się, nie bez niemieckiego udziału, jak zauważa Judith Leister, dobrą okazją, by uporządkować historyczne części miasta. Wyremontowano Bramę Królewską i budynek Dworca Południowego, uporządkowano teren wokół Stawu Dolnego. Kaliningradzki uniwersytet otrzymał wtedy imię Immanuela Kanta, pojawił się projekt Wioski Rybackiej i rozpoczęły się wykopaliska na terenie zamku królewieckiego. Szwajcarski dziennik przypomina też o czymś, o czym w Kaliningradzie wielu zapewne już zapomniało: że Władimir Putin obiecał wówczas przeznaczyć na odbudowę zamku w Kaliningradzie 1,5 miliarda rubli.
Ale od 2006 roku, zdaniem autorki artykułu, wszystko poszło w przeciwną stronę – zaczęła się symboliczna rusyfikacja miasta.
Świadczą o tym zmiany w wyglądzie placu Zwycięstwa, na środku którego pojawiła się kolumna na cześć zwycięstwa w Wielkiej Wojnie Ojczyźnianej. Na placu, który stał się centralnym miejscem Kaliningradu, wyrosły centra handlowe, których w mieście, w przeliczeniu na liczbę mieszkańców, jest więcej niż w innych rosyjskich miastach. W 2006 roku rozpoczęto budowę soboru Chrystusa Zbawiciela, a patriarcha moskiewski ogłaszał w tym czasie, że Kaliningrad „to ziemia rosyjska, to ziemia prawosławna”. Od czasów pierestrojki, zauważa autorka, Rosyjska Cerkiew Prawosławna z pewnym powodzeniem domagała się przekazania jej działek i budynków przedwojennych niemieckich kościołów.
Można powiedzieć, że właśnie od tego momentu zaczyna się najciekawsza część reportażu szwajcarskiej dziennikarki. Pisze ona, że nie wszystkie wspólnoty religijne utrzymują tak dobre stosunki z rządem kraju jak Rosyjska Cerkiew Prawosławna. W akapicie poświęconym gminie żydowskiej Kaliningradu przytoczona jest opinia jej przedstawiciela, który mówi, że kaliningradzcy Żydzi boją się trafić na listę „zagranicznych agentów”, tym bardziej że w swoich projektach korzystają z finansowania napływającego od międzynarodowych fundacji żydowskich.
Judith Leister była najwyraźniej także w Jantarnym, gdzie na pomniku ofiar Holokaustu zauważyła wstążkę św. Jerzego i dodała, że ten kawałek dwubarwnej tkaniny stał się obecnie także symbolem separatystów na Ukrainie. Wracając do tematu obecnej sytuacji gminy żydowskiej Kaliningradu, autorka dochodzi do wniosku, że budowa synagogi przy ul. Oktiabrskiej w Kaliningradzie, z zewnątrz identycznej z Nową Synagogą Liberalną Królewca, która stała w tym samym miejscu do 1938 roku, opóźnia się z przyczyn politycznych.
O swoich problemach dziennikarce ze Szwajcarii opowiedzieli też kaliningradzcy muzułmanie. Według własnych danych szacują, że w regionie mieszka około 100 tysięcy muzułmanów, co stanowi 10% ogółu ludności. Ale nie mają ani jednej świątyni. Projekty przedstawiane władzom miasta były odrzucane z powodu protestów części mieszkańców. W końcu udało się rozpocząć budowę meczetu w Parku Południowym, ale przed zakończeniem prac budowlanych sąd wstrzymał budowę. Jak się okazało, działka, na której muzułmanie budują meczet, nakłada się na teren Muzeum „Brama Frydlandzka”. W tym roku gmina muzułmańska złożyła skargę do Europejskiego Trybunału Praw Człowieka w Strasburgu. Aby usłyszeć opinie obu stron konfliktu, Judith Leister porozmawiała z dyrektorem Muzeum Dawnego Królewca w Bramie Frydlandzkiej. Z tej rozmowy zapamiętała słowa:
„Kant i Herder to nasi krajanie”.
O meczecie w ogóle nie rozmawiano. Za to samo muzeum wydało się szwajcarskiej dziennikarce niezrozumiałe.
Pisze, że można w nim zobaczyć różnego rodzaju przedwojenne przedmioty, na przykład szyldy z niemieckimi napisami, ale nie ma między nimi żadnego związku, stoją w muzeum jak znaleziska archeologiczne.
Brakuje też objaśnień do eksponatów dla odwiedzających, w większości Rosjan.
Leister zadała dyrektorowi muzeum jedno ciekawe pytanie: „Czy planowana jest wystawa o wypędzeniu Niemców z Prus Wschodnich?” – i otrzymała stanowczą odpowiedź: „Zginęło 27 milionów ludzi. Dopóki jestem dyrektorem tego muzeum, wystawy na ten temat nie będzie”.
Reporterka „Neue Zürcher Zeitung” odwiedziła jeszcze kilka miejsc w Kaliningradzie: Muzeum-Bunkier i Fort nr 5. Wrażenia po nich pozostały mniej więcej takie same jak po Bramie Frydlandzkiej – dziwne. To, co autorka nazywa rosyjską polityką pamięci, odbijającą się w kaliningradzkich muzeach, wydało jej się zbiorem różnych przedmiotów i elementów historii, czasem bez wyraźnego związku.
W artykule autorka nie zapomniała też wspomnieć o mistrzostwach świata w piłce nożnej. Kiedy Judith Leister była w Kaliningradzie, budowa stadionu jeszcze się nie zaczęła. Pokrótce wymienia też plany przebudowy historycznego centrum, czyli słynny projekt „Serce Miasta”.
W podtytule artykułu była mowa o planach rozwoju miasta; w zakończeniu autorka wraca do tych samych planów, podkreślając, że jest ich bardzo wiele, a na ich realizację warto czekać z niecierpliwością.
Ale ciekawsze od samego artykułu mogą się wydać komentarze czytelników, które pojawiły się pod nim w internetowym wydaniu gazety. Uwagę zwracają obszerne uwagi kaliningradzkiego architekta Dmitrija Suchina, na które podobnej objętości tekstem odpowiada Judith Leister. Zauważa on, że wykopaliska na terenie zamku zaczęły się już w latach 90., a nie dopiero w 2005 roku; że brak statyki Domu Sowietów to tylko bezsensowne plotki, ponieważ budynek tej wielkości z takiego rodzaju wadą, jeśli się o niego nie dba – jak w przypadku Domu Sowietów – rozpadłby się w ciągu 20–25 lat. Uważa też, że wybór elementów kultury pamięci przedstawiony w reportażu jest arbitralny i nie pokazuje pełnego obrazu. Suchin występuje także w obronie ustawy o „agentach zagranicznych”, przytaczając przykład podobnych środków w Niemczech. „W każdym akapicie trochę prawdy, ale jednak zniekształconej” – pisze Dmitrij Suchin. Na zarzut Suchina, że wybór opisanych miejsc, ludzi i innych elementów kaliningradzkiej rzeczywistości jest przypadkowy i nieobiektywny, Judith Leister odpowiada, że nie da się napisać wszystkiego o wszystkim, dziennikarz zawsze musi wybierać.
Inny kaliningradczyk – dziennikarz Aleksiej Szabunin – prowadzi w komentarzach rozmowę ze szwajcarskim, a może niemieckim czytelnikiem, który oburzył się tym, że dla kaliningradczyków Kant jest ich krajanem. W końcu Szabunin przekonał rozmówcę, że ma to sens, przytaczając prosty argument: „Czy jeśli urodziłem się w tym samym mieście, nawet jeśli nie w tym samym czasie, nie mogę uważać słynnego filozofa Immanuela Kanta za swojego krajana?”. I cała ta dyskusja przebiegała uprzejmie, bez agresji, opierała się na rzeczowych argumentach. Żadnych trolli. I choć niektóre komentarze zawierają krytykę artykułu i jego autorki, jest ona wyrażona kulturalnie i merytorycznie.
Judith Leister ma szczególne spojrzenie na obwód kaliningradzki: interesuje się historią regionu, ale nie skupia się wyłącznie na jego przeszłości (choć to dość zwyczajne i zrozumiałe zjawisko, że niemieckich dziennikarzy bardziej ciągnie do Królewca niż do Kaliningradu, a autorka reportażu jest Niemką). Ogólne wrażenie, jakie pozostaje po lekturze szwajcarskiego reportażu, jest takie, że Judith Leister nic nie rozumie. Nie rozumie, o czym opowiada muzeum w „Bramie Frydlandzkiej”, i w ogóle kultury pamięci regionu. Dla niej wszystko to jest mieszaniną przypadkowych elementów, które w efekcie tylko podkreślają napięcie między niemieckim a rosyjskim (radzieckim) dziedzictwem. Nie rozumie, dlaczego Żydzi i muzułmanie nie mogą dogadać się z miejscowymi władzami, nie rozumie, jaki związek ma wstążka św. Jerzego z ofiarami Holokaustu.
Nie ma tu romantycznej podróży do dawnego Królewca, jest za to pytanie o aktualny stosunek do własnej historii. I choć nie wprost, autorka daje odpowiedź, która nie cieszy. „Wiele planów, mało postępu”.
Można się spierać z Judith Leister w niektórych punktach, tak jak robi to Dmitrij Suchin w swoich uwagach, ale jej punkt widzenia jest mimo wszystko bardzo cenny. Nie upiększa rzeczywistości, stara się przekazać ją czytelnikowi tak, jak ją widzi i odczuwa. Kaliningradczykom może się to podobać lub nie, ale dowiedzieć się, jak inny człowiek patrzy na miejsce, w którym żyjesz, zawsze powinno być ciekawe.
Przetłumaczono z języka rosyjskiego przy pomocy AI (Claude, Anthropic), październik 2026 r.

