/ Mierzeja Kurońska

Zimowe połowy na Zalewie Kurońskim

Zimowe połowy na Zalewie Kurońskim

Kulminacja – sieć z połowem wyłania się spod wody!

W styczniu 1952 roku w gazecie „Ostpreußen-Warte” ukazał się artykuł Wandy Wendlandt o podlodowym połowie ryb na Zalewie Kurońskim.

Stróż właśnie odtrąbił na swoim rogu czwartą, noc wciąż wisi nad wioską tak gęsto, że nie sposób dojrzeć własnej ręki, i tylko na wschodzie i północy odległy ciemnoszary pas zdradza, gdzie kończy się bezkresna gładź szarej lodowej powierzchni zalewu. Stamtąd wieje ostry, przenikliwy wiatr ze wschodu, ciskający ostrymi jak brzytwa kryształkami lodu w małe okienka wiejskich domów, za którymi dawno już obudziło się życie.

Ze stajni pada mętne światło, dobiega uspokajające mlaskanie koni przeżuwających owies i sieczkę, stukot ich kopyt i parskanie. Małe, kudłate koniki rybaków to szczególna rasa, niezwykle niewymagająca i wytrzymała. Ich właściciele to również szczególny rodzaj ludzi, a łącząca ich więź to przyjaźń na śmierć i życie.

Rybacy z Mierzei Kurońskiej są wysocy i jasnowłosi, mają jaskrawoniebieskie oczy i przenikliwe spojrzenie. Są potomkami Kurów, plemienia żeglarzy.

RycinaZimowy połów na lodzie zalewu w pobliżu Nidden (Nida).

Teraz stoją w izbie, oświetlonej słabym światłem ogarka świecy, i tupią obcasami swoich sięgających do bioder rybackich butów o próg, aby stopy w grubych pończochach wygodniej ułożyły się na wyściełanej słomą gumowej wkładce. Z kuchni dochodzi pobudzający apetyt zapach smażonych ziemniaków z rybą i zanim rybacy wyruszą na lodowaty mróz, ich żołądki napełnią się gorącym, rozgrzewającym jedzeniem.

Dopóki jednak mężczyźni są jeszcze w domu, kobiety za nic nie będą sprzątać ani zamiatać, bo zniweczyłoby to szczęście w czekającym połowie. Nie należy też niczego wołać za odjeżdżającymi rybakami, gdyż nieuchronnie przyniesie to pecha całemu przedsięwzięciu. Wiele przesądów sięga zamierzchłych czasów i jest święcie przestrzeganych, bo jak nieprzewidywalne są powodzenie i zarobek rybaka, tak bezgranicznie niebezpieczny jest jego ciężki zawód. To nieustanne ryzyko dla życia, zwłaszcza podczas zimowych połowów.

Ale oto mężczyźni wkładają swoje sztormiaki (Südwester), wiążąc ich długie nauszniki pod brodą, zaprzęgają kudłate koniki do sań z długimi dyszlami, do których wrzucają liny, sieci, czekany i łyżwy oraz stawiają skrzynkę z prowiantem (Lölschke).

Sanie ruszają w stronę zalewu, nad którym jasna łuna już wyraźnie zwiastuje rychłe nadejście nowego dnia. Najpierw droga wiedzie wzdłuż „fuzenów” (Fuhsen) – niewielkich sosnowych słupków, drogowskazów od jednej wsi na wybrzeżu do drugiej, ustawionych w odległości około 30 metrów od siebie.

Wkrótce sanie są już na lodzie zalewu. Stuk-stuk-stuk – z jakimś szczególnie głuchym dźwiękiem podkowy koni stukają na siarczystym mrozie o gruby lód, a ten z kolei co jakiś czas złowieszczo trzeszczy.

Jeden z rybaków przypina holenderskie łyżwy (Holländer Schlittschuhe) z długimi płozami, bierze czekan i odjeżdża przodem, by sprawdzić, czy na lodzie nie ma niebezpiecznych pęknięć i torosów.

Czekan do lodu (Eisaxt) to niezastąpiony sprzęt rybaka zimą. Za jego pomocą sprawdza się wytrzymałość lodu: trzy mocne uderzenia gwarantują, że lód utrzyma ciężar sań. Podczas trudnych przepraw czekan przywiązuje się pod saniami jako przedłużenie płóz, a wreszcie służy on za hamulec na bardzo śliskim lodzie, zapobiegając niebezpiecznemu zarzucaniu pojazdu.

– No, to jesteśmy na miejscu – rybak zwiadowca zatrzymuje się w miejscu na pozór niczym niewyróżniającym się, które rybacy nierzadko wybierają we śnie. Czekanami wykuwa się kwadratowe przeręble, potem długimi drągami wpycha się sieci pod lód. Kiedy wszystkie sieci są już rozstawione, w przerębel położony z dala od pozostałych wsuwa się pod określonym kątem długą wąską deskę i zaczyna się w nią uderzać drewnianym młotem. W rezultacie pod wodą powstaje dudniące echo, rozchodzące się na wszystkie strony. To ono napędza ryby w rozstawione sieci.

Ten sposób połowu nazywa się „Kołatką” (Klappern). Stosują go nawet rybacy łowiący w pojedynkę, ale dużo w ten sposób się nie złowi.

KołatkaPrzerębel z „kołatką”, napędzającą ryby do sieci. Po prawej rybak z czekanem.

Znacznie wydajniejszy jest połów „Wielką Siecią” (Große Garn). Wymaga on nieporównanie więcej czasu, ludzi i sprzętu, a przede wszystkim wiąże się z ogromnym ryzykiem.

SchematSchemat przerębli do podlodowego połowu wielką siecią. W odróżnieniu od terminologii sambijskiej rybacy kurońscy wszystkie przeręble wykonane ręką ludzką nazywali „Zesslöcher”. Proces stawiania sieci nazywał się „Zessen”: 1. Einlassloch (przerębel wejściowy, przez który opuszcza się sieć); 2. Zesslöcher / Verschiebelöcher (otwory, przez które sieć przepycha się dalej); 3. Zukehrungswake (przerębel zwrotny, przy którym zmienia się kierunek ruchu sieci); 4. Holung (przerębel, przez który wyciąga się sieć z połowem).


Konie są wyprzężone i przykryte derkami, sanie zestawione razem, a za osłonę przed silnym lodowatym wiatrem służą stare żagle.

Zaczyna się długa, ciężka praca na mrozie: najpierw wykuwa się duży przerębel, potem według szczególnego schematu w pewnej odległości od niego wybija się mniejsze otwory. Następnie do przerębla wpycha się wielką sieć tak daleko, jak sięgają długie drągi, a przez sąsiednie otwory – jeszcze dalej. Otwór wykonany z dala od pozostałych służy do „kołatki” (zob. wyżej), która napędzi ryby do sieci. Przy każdym otworze stoi rybak; brody, kurtki i sztormiaki mężczyzn pokrywa skorupa lodu. Pracują bez rękawic, bo te na palącym mrozie nasiąkają wilgocią, natychmiast zamarzają i tylko przeszkadzają.

Napięcie rośnie, zbliża się moment kulminacyjny: wszyscy zebrali się wokół głównego przerębla i zaczynają za pomocą drewnianego kołowrotu, umocowanego na saniach, stopniowo wyciągać sieć z wody. Czy dzień będzie dziś udany, czy sieci okażą się puste, a cała ciężka praca daremna? Rybacy spluwają przez ramię, żeby nie zapeszyć, i oto z wody wyłania się jakby nie sieć, a wielki siatkowy wór, w którym trzepoczą się, wiją i podskakują sandacze, szczupaki, leszcze, miętusy, sielawy, okonie, płocie, stynki...

KołowrótSpecjalne sanie z kołowrotem do wyciągania sieci.

W ukośnych promieniach południowego zimowego słońca srebrzy się rybia łuska. Ze słomy w saniach wyjmuje się dzban ze sznapsem i podaje z rąk do rąk: bogaty połów trzeba oblać.

Bogaty połówRybacy cieszą się z dobrego połowu. Po lewej, po prawej i w głębi rybacy na łyżwach.

Takie szczęście zdarzało się jednak rzadko, a poczta pantoflowa roznosiła wieść o nim po wszystkich wsiach Mierzei Kurońskiej z szybkością pożaru lasu. Potem przez kilka tygodni rozmawiano tylko o bogatym połowie, jakby ktoś wygrał na loterii główną nagrodę.

Po lodzie zalewu rybacy jeździli dopóty, dopóki był w stanie utrzymać sanie, a to oznaczało, że każdej zimy tracono nie tylko sprzęt, sanie i konie, ale i ludzkie życie. Regularnie wczesne wiosenne odwilże przynosiły rozdzierający serce krzyk „Panie, ratuj!” (De Jes jeihtl!), oznaczający, że nie wszyscy rybacy zdążyli zejść z lodu i kogoś uniosło na krze w głąb zalewu. Bywało wtedy, że przez kilka dni rybacy dryfowali na niej, dopóki nie nadeszła pomoc albo rzadki szczęśliwy przypadek nie pozwolił im wydostać się o własnych siłach. Ale często, bardzo często w najbliższą niedzielę wiejski kościół był przepełniony ludźmi, a pastor w kazaniu mówił o nieszczęsnych ofiarach rybackiego rzemiosła i o cierpieniu kobiet i dzieci w czarnych chustach, które na próżno czekały na powrót swoich żywicieli.


Źródło
Ostpreußen-Warte, Folge 01 vom Januar 1952 (s. 5)
Eisfischerei auf dem Kurischen Haff. Von Wanda Wendlandt
https://archiv.preussische-allgemeine.de/ow1952/1952_01_01_01.pdf


Zdjęcia
Bildarchiv Ostpreußen bildarchiv-ostpreussen.de.

LEGENDY PRUS na blogu Tatiany Koliwaj.


Przetłumaczono z języka rosyjskiego przy pomocy AI (Claude, Anthropic), październik 2026 r.