
Pál Tamás
(ur. 1948)
Węgierski socjolog, dyrektor Centrum Polityki Społecznej Uniwersytetu Corvinus w Budapeszcie, od 2014 roku profesor Katedry Teorii i Ekonomii Mediów Wydziału Dziennikarstwa Moskiewskiego Uniwersytetu Państwowego im. M.W. Łomonosowa. Jeden z czołowych specjalistów w dziedzinie badań nad transformacjami społecznymi w krajach „postkomunistycznych”.
– Niedawno w Kaliningradzie wznowiono historyczny bestseller „Zmierzch Królewca” Michaela Wiecka – niemieckiego dyrygenta, który urodził się w Królewcu w rodzinie żydowskiej i przeżył tu przedwojenne lata nazizmu oraz szturm miasta. Zna Pan tę książkę?
– Mam pierwsze wydanie, które ukazało się u nas, o ile pamiętam, w latach 90. Książka jest znana w Niemczech dzięki temu, że przedmowę do niej napisał wspaniały niemiecki pisarz Siegfried Lenz. Tak więc tę książkę znam.
– Otóż Michael Wieck pośrednio sugeruje, że Stalin chciał zgładzić ludność niemiecką głodem. Jak Pan sądzi, na ile takie sformułowanie jest uzasadnione?
– Myślę, że Wieck jest dobrym pamiętnikarzem. Jest interesujący przede wszystkim jako świadek tamtych wydarzeń. Ale mówienie o tym, co Stalin myślał, a czego nie myślał, jest po prostu śmieszne – on nie ma o tym pojęcia. Wielu wypowiedzi Wiecka nie należy traktować poważnie. To po prostu niemiecki pamiętnikarz, uczciwy człowiek, ale nie jest ekspertem od historii radzieckiej.
– Jak Pan sądzi, czy kierownictwo radzieckie miało w ogóle jakieś konkretne plany co do ludności niemieckiej po podjęciu decyzji, że terytorium Prus Wschodnich przypadnie Związkowi Radzieckiemu?
– Mogę z całą pewnością powiedzieć, że w 1945 roku kierownictwo radzieckie nie miało planów co do miejscowej ludności niemieckiej. W ogóle sytuacja jest bardzo interesująca: do tego czasu przytłaczająca większość mieszkańców Prus Wschodnich już opuściła swoją rodzinną ziemię.
W 1939 roku, przed wojną, w Prusach Wschodnich mieszkało dwa i pół miliona ludzi. Na terytorium dzisiejszego obwodu kaliningradzkiego, czyli w północnej części Prus Wschodnich, żyło wówczas według moich przybliżonych szacunków od 1,5 do 1,7–1,8 mln osób. Z nich do lata 1946 roku – bo o tym okresie teraz mówimy – pozostaje 108 tysięcy. Ludność zniknęła. Musimy zdawać sobie sprawę, że Królewiec był praktycznie pusty.
Pozostało niewielu, i to w znacznej mierze nie królewczanie starej daty. Ci w większości wyjechali. W mieście przebywali wtedy głównie chłopi, którzy zostali w regionie, bo musieli doglądać swoich gospodarstw. Uciekają do Królewca jesienią, zimą i wiosną 1944–1945, czyli w czasie operacji wschodniopruskiej. Uciekają ze swoich wsi i zagród, bo boją się zemsty i wszystkiego innego.
– A kiedy i dokąd podziała się reszta ludności?
– Większość mieszkańców Prus Wschodnich do tego czasu opuściła ten obszar. Exodus ludności zaczyna się w październiku 1944 roku. To bardzo szczególna historia, związana z miejscowością Nemmersdorf [dziś osiedle Majakowskoje w rejonie gusiewskim – przyp. aut.]. Pod koniec października 1944 roku niewielka część przygranicznego obszaru Prus Wschodnich przechodzi pod kontrolę Armii Czerwonej. Niemcy bardzo szybko odbijają ten rejon i odkrywają, że część ludności cywilnej zginęła. Propaganda nazistowska wykorzystuje to do swoich celów. Wszystkie te okropności pokazuje się w całym regionie. Machina Goebbelsa pracowała na pełnych obrotach: „Mieszkańcy Prus Wschodnich, wiedzcie, że to, co stało się w Nemmersdorfie, spotka i was. Jeśli przyjdą żołnierze radzieccy, musicie walczyć, stawiać opór do ostatniego Niemca”. Taką właśnie ideę rozpowszechniali. Ale Niemcy, miejscowi Prusacy, zareagowali na tę kampanię, na tę propagandę zupełnie inaczej.
I do końca 1944 roku region opuszcza około pół miliona ludzi. I to oni mieli szczęście, bo już przed Nowym Rokiem trafiają na obecne terytorium Niemiec – do krewnych albo nie do krewnych, różnie bywało. Nie musieli więc przechodzić przez bardzo trudną ewakuację zimy 1945 roku.
Druga fala ludzi – również około pół miliona – znika po styczniu 1945 roku, gdy rozpoczyna się skonsolidowany radziecki atak na Królewiec. W tym czasie walki toczą się już na Pomorzu. Drogą lądową dostać się do „klasycznych” Niemiec było bardzo trudno. I mniej więcej pół miliona ludzi musiało przeprawić się tam drogą morską [z obecnego terytorium obwodu kaliningradzkiego – przyp. red.] .
W gruncie rzeczy była to jedna z największych operacji morskich związanych z przerzutem ludności cywilnej. Trzeba pamiętać, że z kotła, który powstał w rejonie Prus Wschodnich i Pomorza, wywieziono około 2 mln ludzi. Wykorzystywano do tego wszystkie dostępne wówczas jednostki pływające: od promu po krążownik, od statków cywilnych po małe szkunery rybackie. Statki płyną do Hamburga, do Kilonii, czyli do dużych niemieckich portów.
– Kto zostaje w Prusach Wschodnich? Jaki jest społeczny portret tej ludności?
– Po pierwsze, zostaje ludność dość „uparta” i słabo poinformowana. Ci ludzie nie wiedzieli, co ich czeka. Nie rozumieli, czym jest wojna. Po drugie, zostają przekonani naziści, którzy bronią terytorium jako cywile, a nie wojskowi. Ale nie jest ich wielu. I po trzecie, zostali nieszczęśni chłopi, którzy świetnie żyli i pracowali na swoich gospodarstwach i nie wiedzieli, że poza gospodarstwem istnieje inne życie. W sumie zostało gdzieś około 250 tysięcy ludzi. Po roku liczba ta wynosiła już mniej więcej 100 tysięcy. Pozostali zginęli w wyniku działań wojennych, głodu i innych trudów czasu wojny, część wywieziono do Związku Radzieckiego na roboty przymusowe itd. Wojna to zawsze straszne, pełne dramatyzmu karty historii.
– A kiedy Stalin postanowił deportować ludność, która pozostała w Prusach Wschodnich?
– To bardzo interesująca historia, bo o nich zapomniano. To bardzo ważne! Nie chciano ich zgładzić – o nich po prostu zapomniano.
Zgodnie z decyzją konferencji poczdamskiej z Europy Wschodniej i wschodnich prowincji Niemiec do „dużych” Niemiec miało zostać przesiedlonych około 14 mln Niemców. I w 1945, a w większości w 1946 roku rozpoczęło się masowe wysiedlanie Niemców z Polski i Czechosłowacji. Tak zapisano w postanowieniach poczdamskich. O Niemcach z Prus Wschodnich nie było w tych postanowieniach ani słowa.
– Jak więc ostatecznie rozwiązano tę kwestię?
– Rozwiązano ją w następujący sposób. Okazało się, że na terytorium Niemiec, w tym na ziemiach „radzieckiej strefy okupacyjnej”, było dość dużo tak zwanych „Prusaków”, czyli uchodźców, których krewni zostali w Prusach Wschodnich. I tych ludzi wciąż nie wysyła się do Niemiec – co to za nonsens? I ci wschodniopruscy uchodźcy zaczęli pisać do specjalnego urzędu na terytorium „radzieckiej strefy okupacyjnej”, który zajmował się przesiedleńcami, że, do licha, zostali tam jeszcze nasi! Dużo czy mało – ale wciąż tam są. I wtedy niemiecko-radzieckie organy zameldowały o tym problemie do Moskwy. A aparat na szczeblu państwowym podjął decyzję: pozostałych Niemców przesiedlamy do Niemiec! Dekret o przesiedleniu podpisał minister spraw wewnętrznych Siergiej Nikiforowicz Krugłow.
Główna faza przesiedlenia przypadła na lata 1947–1948. Wysłano łącznie 42 pociągi i wszystkie jechały na jeden dworzec we wschodnich Niemczech, położony w pobliżu Magdeburga. Trzeba też wziąć pod uwagę fakt, że wszyscy ci ludzie znaleźli się na terytorium przyszłej NRD. I aż do końca 1989 r. ich losów, ich obecności, ich rozpłynięcia się w niemieckim otoczeniu zbytnio nie nagłaśniano.
– Na początku wywiadu powiedział Pan, że opiera się głównie na źródłach niemieckich. Jak więc źródła niemieckie przedstawiają relacje między radzieckimi przesiedleńcami, którzy przybyli w 1946 roku na terytorium obwodu kaliningradzkiego, a ludnością niemiecką, która zaczęła wyjeżdżać w zasadzie dopiero w 1947 roku?
– Od razu powiem, że istnieje dość pokaźna warstwa literatury – wspomnienia uchodźców z Prus Wschodnich, ale wszystkie one kończą się w zasadzie na roku 1945. Powtórzę: większość „Prusaków” uciekła, zostało tylko 250 tysięcy, z których przeżyła tylko połowa. Nic więc dziwnego, że we wspomnieniach praktycznie nie znalazła odzwierciedlenia historia relacji między Niemcami a radzieckimi przesiedleńcami. Większość Niemców opuściła terytorium Prus Wschodnich, zanim przybyła radziecka ludność cywilna.
Chciałbym podzielić się jeszcze jedną obserwacją natury kulturoznawczej. Na początku lat 2000. w Kaliningradzie powołano rosyjsko-polsko-niemiecką komisję historii mówionej. Komisja ta szukała ocalałych Niemek i Niemców, tak zwanych „starych królewczan”, którzy pozostali w mieście. Odnaleziono w sumie siedem osób, rzecz jasna w podeszłym wieku. Wszyscy zostali obywatelami radzieckimi. Troje z nich udzieliło wywiadu. Pierwsze, co rzuca się w oczy w rozmowach z nimi: nie wspominają w ogóle niczego poza rokiem 1945. Ich stan można opisać tak: w 1945 roku przejechał przez nich „pociąg”. Po drugie, wszyscy zostali w obwodzie kaliningradzkim, ponieważ zarejestrowali się jako Litwini.
Co do relacji z radzieckimi przesiedleńcami wspominają, co następuje: byli ludzie, którzy im pomagali, byli też tacy, którzy nie pomagali, lecz „siadali im na karku”.
I jeszcze jedna obserwacja, związana z poprzednią. Trzeba pamiętać, że rok 1945 to osobisty dramat niemieckich rodzin, które doświadczyły na sobie wszystkich okropności wojny. Ten okres wyraźnie wrył się w ich pamięć. Szok roku 1945 był bardzo silny. Natomiast lata 1946–1947 w sensie kulturowym są bardziej znaczące przede wszystkim dla radzieckich przesiedleńców niż dla Niemców. Niemcy mało interesowali się przybyłą ludnością. Myślę, że w latach 1946–1947 nadal walczyli o przetrwanie i przygotowywali się do wyjazdu.
Zdjęcia: Bundesarchiv.
Przetłumaczono z języka rosyjskiego przy pomocy AI (Claude, Anthropic), październik 2026 r.

