/ Kaliningrad

Miasto, do którego chce się wracać

Miasto, do którego chce się wracać

Kaliningrad wszystkich wabi. Przyjeżdżają do nas w odwiedziny ze wszystkich zakątków Rosji ci, którzy chcieliby zobaczyć Europę, ale nie mają ochoty zawracać sobie głowy wizami. Bałtyk wydaje się też wielu świetną alternatywą dla nieco już opatrzonego Morza Czarnego w Soczi, Anapie, Jałcie i innych kurortach przestrzeni postsowieckiej. W efekcie ci, którzy jadą do naszego miasta, żeby „wziąć” od życia wszystko, mogą się srodze rozczarować...

Żeby zobaczyć w Kaliningradzie Europę, trzeba jej poszukać. Jest, ale przeciętny turysta nie zdoła jej poczuć w dziesięć dni. Zbyt wiele czynników będzie go zbijać z tropu: chruszczowki i breżniewki zasłonią przed wami piękne trzypiętrowe niemieckie kamienice, w poszukiwaniu bruku trzeba będzie przejść niejeden kilometr po asfalcie, a Dom Sowietów i inne, delikatnie mówiąc, dalekie od arcydzieł architektury budowle nad brzegami Pregoły mogą wywołać dysonans, który zamaże całe wrażenie z miasta. A to zapewne jeszcze nie wszystko. Jednak po powrocie do domu (zwłaszcza jeśli mieszkacie w jakiejś miejscowości, która nie rozpieszcza ani pogodą, ani wyszukaną architekturą) będziecie wspominać Kaliningrad. Wspominać tak, że zapragniecie wrócić, przeprowadzić się tu albo po prostu opowiedzieć nam o swoich wrażeniach z pobytu na najdalej na zachód wysuniętym skrawku naszej bezkresnej Rosji.

Kaliningrad bierze w objęcia i nie wypuszcza

Roman Siemiszkur, zastępca kierownika działu produkcji ds. automatyki, Gazprom pererabotka sp. z o.o. (Surgut)

Parada 9 maja. Mam jakieś 6 lat. Siedzę dziadkowi na kolanach i oglądam jego medale. Spośród kilkunastu odznaczeń uwagę przyciąga jedno – groźną obcą nazwą miasta i kolorem wstążki w czarne i turkusowe pasy: „Za zdobycie Królewca”. Właśnie taka była moja pierwsza, kwietniowa wizyta w Królewcu – groźna katedra, bastiony i lazurowy błękit morza. Miasto i okolice od razu urzekły mnie surowością, przemyślnością fortyfikacji, bajkowymi domkami jak dla lalek w Swietłogorsku, zapachem morza, wiatru i sosen Mierzei Kurońskiej, duchem wyczuwalnym w opuszkach palców. Potem był jeszcze jesienny Kaliningrad, kiedy w dwa tygodnie przejechałem samochodem cały obwód wzdłuż, wszerz i dookoła, a to piękne miasto przemierzyłem pieszo. Jest dobre, jest wspaniałe, czule bierze w objęcia i nie wypuszcza. Do zobaczenia, Kaliningradzie, do zobaczenia…

W Kaliningradzie są czarne jagody – to mnie ostatecznie podbiło!

Nadieżda Kołodko, studentka Wołgogradzkiego Uniwersytetu Państwowego (Wołgograd)

Bardzo długo marzyłam o wyjeździe do Kaliningradu, dlatego wiele oczekiwałam od tego pięknego miasta. Nie mogę powiedzieć, że moje oczekiwania spełniły się w stu procentach. Zabrakło mi niemieckiej architektury (widziałam jej na ulicach miasta bardzo mało), ale wszystko, co zobaczyłam, było po prostu oszałamiające. Kaliningrad spodobał mi się swoją swobodą i życzliwością, niskimi cenami i czystymi ulicami.

W tym mieście chce się żyć i rozwijać, iść do przodu. Zapewne niemałą rolę w moim pozytywnym odbiorze odegrało to, że trafiłam do Kaliningradu w Dzień Miasta. Po prostu zachwyciła mnie atmosfera święta i twórczości, niezwykle barwne lokale i jarmarki pod gołym niebem. Jako mieszkankę strefy stepowej bardzo przyciągają mnie lasy i parki Kaliningradu; prawdziwą przyjemność estetyczną dały mi wycieczki po obwodzie kaliningradzkim, a także wizyta w miejskim parku nad Stawem Górnym.

Bardzo mi się podobało, że miasto „oddycha”, jest zielone i przyjazne! Nawet chłód nie zdołał odstraszyć mnie, południowczyni przyzwyczajonej do upalnego lata. W ciągu trzech dni pobytu w Kaliningradzie zdążyłam też poznać miejscowych wykonawców, bo byłam na koncercie charytatywnym fundacji „Wierzę w cud”. Zebrałam mnóstwo wrażeń, odpoczęłam duchowo i z pożytkiem. Chcę zaznaczyć, że do miasta przywiódł mnie wolontariat na forum młodzieżowym „Bałtycki Artek”. Bardzo zaskoczył mnie poziom polityki młodzieżowej w mieście i w regionie, to motywuje, żeby do was wracać i zdobywać doświadczenie. Poza tym jestem wielką miłośniczką czarnych jagód, a tym, że ich tu nie brakuje, Kaliningrad ostatecznie mnie podbił.

Współczesne oblicze Kaliningradu nas rozczarowało

Jurij Siemienkow, projektant, fotograf (Surgut)

Odwiedziliśmy Kaliningrad w ramach długiej eurotrasy po różnych zachodnich stolicach i oczywiście na ich tle miasto nie zrobiło na nas szczególnego wrażenia. Byliśmy na przykład w podobnie zniszczonych w 1945 roku niemieckich miastach – Dreźnie i Breslau (dziś polskim Wrocławiu) – i współczesne oblicze Kaliningradu nieco nas rozczarowało. Gdybyśmy oprócz niego odwiedzili Niżniewartowsk, Łangiepas i Pokaczi, wrażenia byłyby oczywiście jak najbardziej różowe. Ale obok Pragi, Warszawy, Drezna i Kopenhagi miasto nie wypada zbyt korzystnie. Mimo to Kaliningrad wydał nam się bardzo ciekawy, zwłaszcza jego przedmieścia i miasta powiatowe obwodu. Szczególną zaletą była dla nas możliwość dzwonienia do wszystkich znajomych i krewnych po tanich stawkach, wysłania do domu Pocztą Rosji wszelkich nakupowanych gratów i oczywiście napicia się rosyjskiej wodziczki...

Młodzież aktywna, towarzyska, miejscami nawet agresywna

Siergiej Stukałow, dyrektor generalny agencji SMM „Reaktiw Media” (Wołgograd)

Kaliningrad jest wyjątkowy i oryginalny. To naprawdę zakątek Europy w Rosji, ale już ze znacznym nalotem kultury rosyjskiej. Jest sporo cudzoziemców, którzy chętnie rozmawiają z miejscowymi. Miejscowi odpowiadają im bez większego zainteresowania. Wszystko jest oswojone. Mieszkańcy starszego pokolenia niewiele różnią się od mieszkańców „wielkiej Rosji”, za to młodzież jest aktywna, towarzyska, miejscami nawet agresywna. Wspomnę o niezwykłej miejscowej kuchni, a zwłaszcza o sposobie podawania potraw. Takiej pomysłowości nie widziałem nigdzie! Szczególnie zainteresował mnie nie sam Kaliningrad, na który miałem mało czasu, lecz obwód z nadmorskimi rejonami. Zielenogradsk z Mierzeją Kurońską, gdzie jest bezkresne morze i ogromne wydmy. Bałtijsk z Mierzeją Wiślaną, gdzie zachowała się historia ubiegłego stulecia, a przyroda dookoła jest po prostu zdumiewająca!

Zazdroszczę ludziom, którzy tu mieszkają

Aleksandra Pietrowa (Surgut)

Spędziłam w Kaliningradzie czarowny czas. W mieście, w którym co trzy godziny trzeba się uszczypnąć, żeby zrozumieć, że to nie sen. Po surguckich blokach, po syberyjskich deszczach i wiecznej bieganinie w sprawach znaleźć się tam, gdzie można spacerować i podziwiać miasto – to bezcenne. Tutaj można wieczorami karmić kaczki, siedząc na ławce nad jeziorem, i zazdrościć ludziom (oni tu mieszkają!), którzy w pośpiechu wyprowadzają psy.

Pojechałam do najdalszej cząstki mojej ojczyzny i zrozumiałam, że chciałabym tu mieszkać. Może niedługo, ale przez jakiś czas – koniecznie. Ale tylko tu – na ulicy Wierchnieoziornej. Gdzie jest piękno, cisza, piesze spacery, łagodne poranne słońce przezierające przez zielone październikowe liście. Gdzie pod nogi spadają kasztany, których wcześniej nigdy nie widziałam. Zwykle przywożę z urlopu mnóstwo zdjęć, ale nigdy ich potem nie oglądam. Owszem, pokazuję je przyjaciołom, kolegom z pracy, drukuję mamie do rodzinnego albumu. Ale zdjęcia z Kaliningradu oglądam codziennie. Chcę wrócić. Myślę, że wkrótce moje życzenie się spełni. Nie na darmo dreptałam do latarni w Wiosce Rybackiej, do wszechmocnej mewy.

Miasto, w którym wciąż pamięta się, co to dres i spiczaste buty

Darjana Ioda, fotografka (Wołgograd)

Kaliningrad zawsze będzie dla mnie Królewcem – miastem stanu pogranicza, używanych samochodów, brukowanych dróg, dachówek. Miastem z bocianimi gniazdami na wieżach ciśnień, z bujną roślinnością, kasztanowymi alejami, piwoniami i niezapominajkami. Polami rzepaku i makowymi łąkami. Mostami grożącymi zawaleniem, wąskimi ulicami, korkami. Miastem budek z polskimi produktami, litewskiego piwa w sklepach, babć z włosami ufarbowanymi na wszystkie możliwe kolory.

Miasto, w którym wciąż pamięta się, co to dres i spiczaste buty. W którym second hand nazywa się „Odzież z Europy”, żeby od razu nie spłoszyć klientów ubraniami z drugiej ręki. Miasto pół godziny jazdy od morza. Z promenadami, białym piaskiem i bursztynem. Miasto, do którego chce mi się wracać, ale niestety nie z powodu ludzi.

W duchu przygotowałem się już na nudę, podczas gdy żona będzie spacerować z przyjaciółką

Aleksandr Zujkin, specjalista ds. public relations Międzyregionalnej Organizacji Społecznej „Ekonadzor” (Surgut)

W Kaliningradzie byłem tylko raz. Była to podróż, do której zupełnie się nie przygotowałem. Wytaczając walizkę na kółkach z drzwi lotniska Chrabrowo w ciepły lipcowy wieczór 2014 roku, nie miałem pojęcia, co czeka mnie w mieście. Dokąd iść? Co oglądać? Wyobraźnia podsuwała mi typowe sowieckie miasto, którego wartość turystyczna ogranicza się do przypadkowych wysepek ocalałej przedwojennej niemieckiej zabudowy, wycieczki na Mierzeję Kurońską i pamiątek w rodzaju bursztynu i miniaturowych popiersi Kanta.

W duchu przygotowałem się już na nudę, podczas gdy żona będzie spacerować z przyjaciółką. W skrócie – nie zgadłem. Owszem, co do „wzorcowego sowieckiego miasta” moja wyobraźnia w ogólnych zarysach się nie pomyliła: szarość typowej zabudowy w centrum od razu daje do zrozumienia, że przyjechało się właśnie do Kaliningradu, a nie do jakiegoś tam Królewca. Owszem, dziury w popękanych płytach chodnikowych, przepełnione kosze na śmieci, na wpół zrujnowane stare (zapewne zabytkowe) domy i inne swojskie realia jakby przypominają, że choć terytorialnie jest się już w Europie, to kulturowo i administracyjnie wciąż w Federacji Rosyjskiej. Ale to nie jest najważniejsze. Najważniejsze, że mimo wszystko Kaliningrad okazał się przyjemnym, zadbanym miastem o wyjątkowej i pozytywnej atmosferze.

Wrażenia pozostały wyłącznie pozytywne: wiele dzielnic z niską zabudową, wiele cichych, przytulnych uliczek i miejsc do spacerów, dużo zieleni i przestrzeni publicznych, no i oczywiście wszystko to blisko morza. Kaliningrad i obwód kaliningradzki zapamiętałem także z ich europejskiej zwartości i różnorodności. Można, powiedzmy, spacerować po mieście i wyszukiwać owe „wysepki ocalałej niemieckiej zabudowy” (w praktyce jest to ciekawsze, niż brzmi), a potem wsiąść do samochodu i po pół godzinie znaleźć się w innym świecie – w nadmorskim kurorcie, gdzie czerwoni od słońca ludzie w kąpielówkach jedzą lody i smarują się kremem do opalania. Jeszcze godzina jazdy – i jesteś na zupełnie dzikiej plaży, gdzie wieje silny wiatr i dookoła ani żywej duszy. A po kolejnych dwóch, trzech godzinach jazdy stoisz już na głównym placu stolicy innego państwa. To bardzo wygodne, zwłaszcza po Syberii, gdzie z miasta do miasta trzeba pół dnia zasuwać dwupasmówką przez głuchą tajgę.

Podbijają mnie miasta, w których morze jest blisko

Lubow Jarłykowa, aktorka Teatru na Jugo-Zapadzie (Moskwa)

Do Kaliningradu po raz pierwszy przyleciałam na gościnne występy. I od razu mogę powiedzieć – miasto mnie oczarowało. Przywieźliśmy bardzo mocne spektakle: „Miłość i gołębie”, „Aparaty fotograficzne”, „Babcia Chanel”, „Psy” i „W poszukiwaniu skarbów”. Graliśmy na scenie Kaliningradzkiego Obwodowego Teatru Dramatycznego od 22 do 25 listopada 2014 roku. Ledwie cztery dni, a ile dały – począwszy od ciepłej atmosfery kaliningradzkiego teatru (widzowie przyjmowali spektakl za spektaklem okrzykami „brawo!” i burzą oklasków), a skończywszy na niezapomnianej wycieczce na smaganą wszystkimi wiatrami Mierzeję Kurońską.

Pierwszego wolnego dnia postanowiłam obejrzeć całe miasto, a przynajmniej postawiłam sobie za cel zobaczyć wszystko, co zdążę – w Kaliningradzie uderza kontrast przedwojennych budynków i współczesnej architektury. No i oczywiście wrócić do domu, do Moskwy, nie zobaczywszy tutaj morza – tego bym sobie nie wybaczyła. Szczególnie podbijają mnie miasta, w których jest ono tuż obok; to przecież, jak mi się wydaje, takie szczęście – mieszkać nad morzem, oddychać nim. Dlatego z przyjaciółką, nasyciwszy się do woli spacerem po ulicach, obejrzawszy katedrę królewiecką i nakarmiwszy drożdżową bułką mewy w Wiosce Rybackiej, wsiadłyśmy do autobusu i pojechałyśmy do Swietłogorska. Ledwie jakieś 40 minut i oto ono – morze, szumi i wabi falą przyboju. A dookoła sosny i urocze domki.

Miasto pozostawiło jak najcieplejsze wrażenia i – nie ma co ukrywać – bardzo chciałabym znów przyjechać do tego miasta, posłuchać organów w katedrze, przejść się uliczkami, na których przetrwał oddech europejskiego miasta, jeszcze raz odwiedzić Bałtyk. I oczywiście znów zagrać nasze spektakle dla kaliningradzkiej publiczności.

Aura bezczasu w Kaliningradzie przetrwała

Rada Anczewska, wokalistka, liderka zespołu „Rada i Ternownik” (Moskwa)

Kaliningrad to dla mnie Kionig, miasto mityczne i dziwne, zaczarowane. Za pierwszym razem graliśmy tam w klubie z miejscową kapelą gotycką, wyłaziliśmy na scenę z jakiegoś podziemia i spacerowaliśmy po miejscowym cmentarzu. Wtedy też kupiliśmy hantle i wieźliśmy je do domu do Moskwy, szokując celników (chyba nawet powiedzieliśmy im: „piłujcie”). Za drugim razem przylecieliśmy do Kioniga zagrać na festiwalu ku pamięci Oldiego – geniusza, który stworzył reggae na brudnym śniegu. Jechaliśmy z lotniska po tym właśnie brudnym śniegu, jedliśmy kolację w uroczym barze i graliśmy w miejscowym domu kultury na dobrym sprzęcie. Miasto się zeuropeizowało, na cmentarz już nas nie zapraszano, ale ta aura bezczasu – przetrwała. Kionig to gotyk, Kant, Oldi, smutne i nieco zagubione dziewczyny, prześwitująca kultura wyspy. Miasto – wyspa.

Do dziś pamiętam chrzęst muszelek pod stopami

Jelena Tołmaczowa, strateg w firmie LAR (Saratów)

Byłam w obwodzie kaliningradzkim bardzo dawno temu. Pamiętam morze, pierwsze morze, jakie zobaczyłam w życiu. Było zimne latem, kąpało się bardzo niewielu, za to na wybrzeżu spacerowało mnóstwo ludzi. Pamiętam, że wszędzie sprzedawano bursztyn – korale, bransoletki, i mnie też coś kupiono. Pamiętam piękną przyrodę; kiedyś zajechaliśmy do jakiejś laguny (czy czegoś takiego) i wszystko było tam zasłane muszelkami zamiast piasku. Jakby dziś słyszę ich chrzęst pod stopami. Pamiętam jeszcze jezioro z łabędziami. Nie oswojonymi, tylko dzikimi. Pamiętam wielką, ogromną czerwoną gotycką katedrę i zielony trawnik przed nią. Chyba właśnie ona zapadła mi w pamięć najbardziej. Pamiętam, że stał tam statek Jacques’a Cousteau, taki biały, i oprowadzano po nim wycieczki. To też jedno z najciekawszych wspomnień, bo do ładowni trzeba było schodzić po linie. Pamiętam dużą statuę rakiety albo statku na wzniesieniu. Nie wiedziałam wtedy, jak jest w Europie, ale teraz już sobie uświadamiam, że było tam jak w Europie: czysto, dobrze, piękna architektura. Do tego dość ciepło i sucho nawet jesienią.

W Kaliningradzie zupełnie nie czuć atmosfery Królewca

Anna Nowikowa, studentka (Jarosław)

Do Kaliningradu przyjechałam na międzynarodowe forum „Bałtycki Artek”. Jechałam nie tylko na samo forum, ale i do miasta. Od dawna marzyłam, żeby trafić do Kaliningradu. Ale większość czasu spędzaliśmy na terenie Arteku, a z miejscowych zabytków (poza morzem) był tylko stary kościół. Kilka razy wyrwaliśmy się do Swietłogorska. Za pierwszym razem – na „Gołosiaszczij KiWiN”. Wtedy właśnie zakochałam się w Swietłogorsku od pierwszego wejrzenia! Wróciliśmy tam kilka dni później. Przespacerowaliśmy się promenadą, głównymi ulicami, piliśmy kawę w miejscowym „Königsbäckerze”. To były czarowne chwile w czarownym mieście!

Ostatnie półtora dnia spędziliśmy w Kaliningradzie. Najpierw poszliśmy w miejsca, o których najwięcej słyszałam – do Wioski Rybackiej z latarnią i do katedry z grobem Kanta. Wioska Rybacka, nawiasem mówiąc, bardzo przypominała mi Krasną Polanę w Soczi. Bardzo malownicze miejsca! Następnego dnia – muzeum bursztynu, lotnisko i odlot.

Z minusów – zupełnie nie czuć atmosfery dawnego Królewca. To raczej typowe prowincjonalne rosyjskie miasto z blokowiskami, w którym tylko gdzieniegdzie zostały echa tamtej wspaniałości. Możliwe, że po prostu nie znalazłam więcej. Chciałabym jeszcze wrócić.

Zdjęcia wykorzystane w publikacji pochodzą z prywatnych archiwów uczestników ankiety.


Przetłumaczono z języka rosyjskiego przy pomocy AI (Claude, Anthropic), październik 2026 r.