Wspominam: mam jakieś trzy lata, idziemy z mamą plażą wzdłuż linii wody. Jestem szczęśliwy, czuję mokrą fakturę piasku, słońce pali mi ramiona, i to nieopisane uczucie „tu i teraz”, jakby cały świat istniał tylko wokół ciebie, stworzony dla ciebie jednego i dla tej właśnie chwili. Mama schyla się i wyławia spośród kamyków „diabelski palec”. I opowiada jakąś historię o zabursztynionym prehistorycznym mięczaku, który ma miliony lat. Robię okrągłe oczy. Przede mną ogromny cud świata. Kładzie mi go na otwartej dłoni. Wczepiam się w niego i próbuję przymierzyć palec... który to, wskazujący czy serdeczny?
A potem słowo „bursztyn” zaczyna mnie wszędzie prześladować. Jest w nazwach osiedli, fabryk, jakichś durnych konkursów amatorskiej twórczości, restauracji, a do tego te szkaradne pamiątki na każdym kroku, festiwale.
Z festiwalem w ogóle wyszła zabawna historia. Był taki festiwal „Bursztynowa Pantera”. Robiła go ówczesna wiceburmistrz do spraw kultury. I coś jej nie wyszło z tłumaczami. A festiwal był przecież międzynarodowy, no, albo chciał się takim wydawać. No i organizatorzy postanowili przetłumaczyć nazwę festiwalu własnymi siłami. I przetłumaczyli. I wyszło im: Amber panter. W angielskim rzeczywiście jest słowo panter, a jest też słowo panther. To drugie naprawdę oznacza „panterę”, ale oni z jakiegoś powodu użyli pierwszego, opuścili literkę h. I w rezultacie Amber panter wzięła się od czasownika to pant, co znaczy „sapać”. Tak powstał wspaniały festiwal „Bursztynowa Sapaczka”. Światowej sławy.
Nigdy nie podobała mi się biżuteria z bursztynu. To znaczy podchodziłem do tych wszystkich kiosków, straganów i nie mogłem zrozumieć, co w niej pięknego.
Owszem, widziałem, że przez całą tę okropną ludzką robotę mógł nagle przypadkiem błysnąć promień marokańskiego słońca i umrzeć pod tą stertą pozłacanego, wymyślnego żelastwa.
I dopiero po prawie 30 latach zobaczyłem coś, co naprawdę mną wstrząsnęło. Stało się to na festiwalu „Zorza Polarna” w Petersburgu. Po otwarciu jury i honorowych gości zaproszono na niewielki poczęstunek. Była tam między innymi stara, już rozpadająca się na kawałki ciała Michèle „Angelika” Mercier, swego rodzaju „brzydka księżna”. Ale ja od razu zobaczyłem jego. Był w stroju w kolorze bursztynu, a na palcu lśnił mu bursztynowy pierścień epickich rozmiarów. Nazywał się Andrew Logan i był rzeźbiarzem z Wielkiej Brytanii. Rozgadaliśmy się i okazało się, że bursztyn to jeden z jego ulubionych materiałów. A ja powiedziałem, że jestem właśnie z tego miejsca, gdzie znajduje się 96% światowych zasobów bursztynu. Oczy mu zabłysły, a ja pierwszy raz w życiu byłem dumny ze słowa „bursztyn”.
Ale dobrze pamiętam, jak na długo przedtem słowo „bursztyn” dosłownie zaczęło doprowadzać mnie do szaleństwa. Właśnie pojawiły się kolejne bursztynowe gitary, bursztynowe naszyjniki i bursztynowe nerki.
A ja musiałem wymyślić nazwę dla jakiegoś festiwalu filmowego, i wtedy postanowiłem przebić ich wszystkich i nazwałem go „Bursztynowy Bursztynek”.
I poszedłem do ówczesnego mera bronić swojego projektu. Pomysł festiwalu filmowego „Bursztynowy Bursztynek” był bardzo prosty. Należało zebrać w kinie „ZARIA” 400 widzów, ale zamiast pokazywać im film na dziesięciometrowym ekranie, wytaszczyć na scenę 30-calowy telewizor i wyświetlać filmy na nim. Wydawało mi się to dziko oryginalne i świetnie pasujące do nazwy. Kiedy mer to usłyszał, przez chwilę milczał, a potem bez słowa wyszedł do sąsiedniego pokoju. Wrócił z papierosem. Chcę przez to powiedzieć jedno. Widzicie, do czego prowadzi nadmiar bursztynu. Ludzie dosłownie zaczynają się zabijać.
Oczywiście słyszałem o nielegalnych poszukiwaczach. Ale w latach 90. tak się ich nie nazywało. To byli po prostu moi koledzy z klasy. Pewnego razu wymyślili, żeby wleźć do kopalni odkrywkowej i zgarnąć stamtąd wszystko, co zbędne. Mieli znakomity plan. Doczekać zmroku i pod jego osłoną tam ruszyć. I wiecie, wszystko wyszło jak w jakimś filmie. Kiedy jedna banda w maskach wbiega do banku, a drugim wejściem wbiega inna banda w maskach, która w tej samej chwili też postanowiła obrabować ten sam bank. Tylko że w przypadku moich kolegów band było ponad dziesięć. A psów jeszcze więcej. Krótko mówiąc, tak się nie wzbogacili.
Pierwszy raz mama zabrała mnie do muzeum bursztynu, kiedy miałem jakieś pięć lat. Ekspozycja wydała mi się bardzo mała, choć przecież sam byłem mały, a w dzieciństwie wszystko wydaje się większe. Nic mnie nie zaciekawiło. Chyba że wewnętrzny dziedziniec, fajnie było tam posiedzieć na słoneczku. I może jeszcze inkluzje. Nie samo słowo, tego wtedy nie umiałem zapamiętać. Ale ta próba, żeby przed snem zamknąć oczy i wyobrazić sobie, że jestem takim żukiem albo pająkiem, który wspina się po pradawnym pniu drzewa, i nagle spływa na niego lepka kropla żywicy. Moje nóżki w niej grzęzną, zapiera mi dech, nie mam czym oddychać, i razem staczamy się do wody, kropla twardnieje, zamurowując mnie na wieczność.
I wciąż się zastanawiałem, czy umieram od razu, czy jeszcze przez jakiś czas mogę patrzeć na otaczający podwodny świat przez bursztyn. A on, przeciwnie, chroni mnie przed tym agresywnym wdzieraniem się wody do moich płuc...
Europa dowiedziała się o bursztynie za czasów rzymskiego cesarza Nerona. Miał go wtedy odwiedzić jakiś wschodni władca i Neron postanowił go oślepić. A jak lepiej oślepić, jeśli nie kierując na kogoś promienie swojego osobistego słońca? Pierwsi Rzymianie byli już w naszych stronach i przywieźli ze sobą niewidziany dotąd kamień słoneczny. Neron zamówił więcej. Tak bursztyn wszedł w Rzymie w modę. Podobno Neron tak przyozdobił swój pałac, że wschodni władca został niemal spopielony jego blaskiem i bogactwem.
No i jak tu się obejść bez Bursztynowej Komnaty. Wszyscy o niej wiedzą.
Ostatni raz widziano ją gdzieś w piwnicach Zamku Królewskiego, a potem zniknęła bez śladu. Myślę, że w ten sposób wyznaczyła kierunek postępowania dziesiątkom ton bursztynu, który zniknął z Kombinatu Bursztynowego.
Więc nie ma co nikogo winić oprócz tej właśnie komnaty. Ale oto co myślę. Pewnego razu dziewczyna o imieniu Lena, która pomagała mi wtedy przy festiwalu filmów krajów UE, zaprzyjaźniła się z wielkim włoskim scenarzystą Toninem Guerrą. To on pisał scenariusze razem z Fellinim i Antonionim, napisał scenariusz „Nostalgii” razem z Tarkowskim. Otóż pojechała do niego w gości do Włoch, opowiedziała mu o naszym mieście i festiwalu i zaprosiła go tutaj, a on obiecał, że się postara. Festiwal się zbliżał, ona dzwoniła do niego i dzwoniła, a on wciąż nie dawał ostatecznej odpowiedzi. A potem, kiedy nie można już było dłużej zwlekać, powiedział:
– Leno, jesteś wspaniałą dziewczyną. Zawsze będę rad gościć cię u siebie. Ale spójrz. Jestem już starym człowiekiem, nie wiem dokładnie, ile mi zostało. Zapraszają mnie ze wszystkich zakątków planety. Powiedz mi, dlaczego spośród wszystkich zakątków miałbym wybrać właśnie Kaliningrad?
I Lena się zmieszała. Można było coś tam powiedzieć o Kancie, o Mierzei, o złożonej historii regionu, o 96% światowych zasobów bursztynu, ale jakoś to wszystko nie chciało się skleić.
– Wiesz – powiedział Tonino Guerra – musicie wymyślić legendę. Prawdziwą legendę, jak w Transylwanii legenda o Drakuli. Niech nie było żadnego Drakuli, ale wszyscy tam jeżdżą, żeby zobaczyć jego zamek. Albo taki Sherlock Holmes... I wtedy wszystko wam się uda. Przyjadą do was wszyscy. Legenda jest cenniejsza niż jakakolwiek infrastruktura.
I teraz myślę o Bursztynowej Komnacie. O wszystkich jej beznadziejnych poszukiwaniach, o wszystkich opowieściach i filmach. I dziwię się, dlaczego u nas jej nie ma. Dlaczego w Pałacu Katarzyny teraz jest, a u nas nie ma. Co nam przeszkadza stworzyć kopię? Przecież mamy 96% światowych zasobów bursztynu. Dostajemy go taniej niż ktokolwiek na świecie!
Przecież to właśnie jest nasza legenda. To ona może sprawić, że ludzie tu przyjadą. Wyobrażam sobie tę Bursztynową Komnatę.
Trzeba ją ukryć w jakimś tajnym miejscu, może w tych samych piwnicach Zamku Królewskiego. I trzeba wymyślić grę terenową. Wydawać turystom mapę już na lotnisku. Żeby gra zaczynała się właśnie tam. Żeby przyjeżdżali i od razu trafiali w tę atmosferę poszukiwania naszego skarbu. To właśnie jest nasza szansa, żeby stać się miejscem światowej sławy. A do tego czasu będziemy dalej bursztynową sapaczką.
Przetłumaczono z języka rosyjskiego przy pomocy AI (Claude, Anthropic), październik 2026 r.

