/ Królewiec

W porcie królewieckim

W porcie królewieckim

Ilustracja z książki „Podróże po Morzu Północnym i Bałtyckim” (1880).

W 1855 roku w saksońskim tygodniku „Altana” (Die Gartenlaube) ukazał się artykuł niemieckiego pisarza Alexandra Junga (Alexander Jung, 1799–1884) „W porcie królewieckim”. Dzięki uprzejmej zgodzie tłumaczki Tatiany Koliwaj przedstawiamy go Państwa uwadze.

LEGENDY PRUS na blogu Tatiany Koliwaj.

I.

Życie na wsi, w małym miasteczku czy w wielkim mieście ma swoje uroki i dostarcza obserwatorowi bogatego materiału do rozmyślań. Wieś zawsze będzie nam przypominać o pierwotnym stanie ludzkości, niezależnie od współczesnego zbytku, który zagościł i tutaj, w bogatych majątkach. Niemało strawy dla umysłu i rozmyślań może nam dać życie prowincjonalnych miasteczek. Wreszcie wielka metropolia nierzadko ofiarowuje nam cały świat w jednym miejscu, zwłaszcza jeśli jest to miasto portowe.

Przyznaję, że w tak pięknym mieście jak Królewiec w Prusach, które zawsze budzi w podróżnym nowe wzruszenia, moim ulubionym spacerem jest spacer do portu, ​​do statków. Wrażenia, których doznaję tu o każdej porze dnia, unoszą mnie daleko poza granice kontynentu i łączą z odległymi zamorskimi krajami i ich mieszkańcami.

Port sięga aż do samego centrum Królewca, co w miastach portowych zdarza się bardzo rzadko. Można tu zobaczyć Skandynawów, Holendrów, Anglików, Amerykanów, Francuzów — krótko mówiąc, wszystkie narody zamieszkujące kulę ziemską. Zobaczyć i czegoś się o nich dowiedzieć.

Idzie się jedną z najpiękniejszych ulic miasta, przez tak zwaną Zieloną Bramę1, na most łączący Knipawę z Vorstadtem (czyli „przedmieściem”), i od razu porywa nas niezwykły widok. Po prawej stronie rozciąga się osobliwe miasto, którego domami są statki. Ma ono własne ulice, zaułki, ślepe uliczki, przeplatające się z otwartymi przestrzeniami, które prowadzą nasz wzrok aż po horyzont. Portowe miasto czarodziejsko rozpływa się w sinym atramencie zmierzchu, a w południe w złocie słońca. Na końcu mostu skręcamy za róg w prawo i idziemy wałem bastionu. Cóż za niewyobrażalna mieszanina zapachów, dźwięków, gwar, strojów, gestów, póz i czynności nas otacza! Na masztach flagowych mnóstwa statków powiewają, łopocząc na wietrze, tysiące flag, sztandarów i proporców we wszystkich kolorach tęczy. Wśród tych wszystkich białych, czerwonych, pomarańczowych, niebieskich, zielonych flag trafia się też jedna szczególna, z rozsypanymi gwiazdami na niebieskim tle. To rzadka bandera amerykańskiego statku, który, aby tu dotrzeć, musiał przepłynąć Ocean Atlantycki.

Jeśli teraz jeszcze uważniej przyjrzymy się naszemu okrętowemu miastu, aby bliżej je poznać, to oprócz Niemców (głównie mieszkańców Królewca, Kłajpedy, Szczecina i Hamburga) naszą uwagę przyciągną Duńczycy, Szwedzi i Norwegowie. Z reguły odmienny charakter narodów europejskich i pozaeuropejskich znajduje odbicie już w nazwach statków.

Z ich pokładów dobiegają nas najrozmaitsze gwary i wymowy. Języki Skandynawów mają na przykład całkiem osobliwą melodyjność. Od razu rozpoznajemy w nich pierwiastek germański, zmieszany oczywiście z czymś trudnym do określenia.

Statki Skandynawów są bardzo skromne i proste. Dziób i rufę mają prostokątne. Bardzo często są niezwykle małe. Mimo woli zdumiewa człowieka, jak skandynawscy żeglarze, przy całej swojej zręczności, odważają się wypływać na otwarte morze w takich łódeczkach, podobnych do łupinek orzecha.

Przychodzą na myśl wyprawy dawnych Normanów, tych Arabów Północy, z ich żądzą przygód i śmiałością, która pozwalała im pokonywać ogromne odległości.

Zupełnie inne wrażenie wywierają na nas żeglarze holenderscy. Krępi, są niespieszni, niemal flegmatyczni. I ich statki są podobne do swoich właścicieli. Solidnie zbite, masywne, zaokrąglone na dziobie i na rufie, zbudowane są z twardego, jędrnego drewna. Można je porównać do okrągłych holenderskich serów twardych, które z reguły przewozi się na pokładach Holendrów.

Trzeba zobaczyć holenderskiego kapitana wśród jego marynarzy, aby łatwo wyobrazić sobie całą Holandię z jej czyściutkim, przytulnym światkiem i flegmatyczną niespiesznością. Taki kapitan nigdy nie odbywa rejsu sam ze swoimi marynarzami, o nie — ma na pokładzie całą rodzinę, która zabrała ze sobą wszystko, co niezbędne, aż po dziecięce zabawki. Na holenderskim statku jest mnóstwo zwierząt: psy, koty, kaczki, kury, a trzeba przyznać, że czystości i porządku przestrzega się przy tym święcie. Jeśli obserwuje się taką rodzinę na pokładzie, odpoczywającą po południowym obiedzie pod zgrabnym daszkiem, mimo woli trzeba uznać, że gust i rubaszna naiwność malarstwa malarzy niderlandzkich w pełni odpowiadają rzeczywistości.

Mężczyzna i kobieta siedzą w rodzinnym gronie wraz z dziećmi i domownikami i z hałasem trawią spożyty posiłek. Oczywiście stoi to w zupełnej sprzeczności z tym, co rozumiemy przez przyzwoitość i zasady dobrego tonu. Zwykle tego rodzaju odbijanie świadczy o tym, że z żołądkiem są pewne problemy. Ale Holender, czy to mężczyzna, czy kobieta, uważa je za równie naturalne, jak, powiedzmy, wciągnąć powietrze albo odetchnąć z ulgą.

Holenderskie damy ubrane są bardzo malowniczo. Z reguły mają tęgie figury. Kobiety noszą zwykle czarną suknię z bogatą draperią i luźno skrojony kaftanik bez kołnierza. Szczególnie osobliwe jest nakrycie głowy Holenderki. Ściśle przylegający do głowy czepek, ozdobiony najdelikatniejszą koronką brabancką, spięty jest po obu stronach dużymi złotymi klamrami, które lśnią z daleka jak nisko opuszczony diadem. I cały ten strój wraz ze złotymi i brylantowymi pierścieniami na palcach pozostawia wrażenie solidności i bogactwa.

Na tle tego czarnego damskiego kwietnika, lśniącego złotymi ogniami, do którego skromnie dołącza męska połowa w czarnych frakach, ostro wyróżniają się czerwone bluzy krzątających się na statku marynarzy. Ale na czym polega ich praca?

Zajmują się tym, że napełniają swoje wiadra wodą, aby wylewać ją wszędzie, gdzie się tylko da. Ich zadaniem jest, żeby wszystko na statku lśniło i błyszczało. Taka mania czystości nie ma sobie równych. Górny i dolny pokład, dziób i rufa statku, kajuty kapitana i marynarzy, okna i drzwi, podłoga i sufit są czyszczone, płukane, woskowane, wycierane i polerowane codziennie, od rana do wieczora.

Lustrzany połysk i wypolerowanie wszystkich powierzchni statków z Niderlandów można porównać z parkietami wytwornych salonów wielkich miast. Jasnoniebieskie, obramowane na czerwono beczki z wodą, stojące równymi rzędami na pokładzie, wyglądają tak apetycznie, jakby cukiernik dopiero co ulepił je z cukru, a kajuta kapitana z lśniącymi lustrzanymi oknami, zastawionymi doniczkami z kwiatami, i ze śnieżnobiałymi firankami po bokach przypomina pokój nowożeńców.

Jaskrawym przeciwieństwem holenderskiego statku, czyściutkiego jak ceglany domek w Rotterdamie, jest jego sąsiad — trzymasztowy angielski statek gigantycznych rozmiarów. Jego czarny bukszpryt2 wysuwa się daleko poza burty jak groźne berło Neptuna. Anglik cały pokryty jest pyłem węglowym, jakby dopiero co wyszedł z prochowego dymu bitwy morskiej, jeśli nie z samych piekieł. Nawet jego żagle pociemniały od tego antracytowego pyłu i patrzą na nas złowrogo, jak okręt powracającego do ojczyzny Tezeusza, który zapomniał postawić biały żagiel zamiast czarnego3. Angielski statek od pierwszego wejrzenia świadczy o tym, że nie mamy do czynienia z byle kim, lecz z Brytanią, Władczynią mórz. Od pawęży do kilu, od grotmasztu z jego bocianimi gniazdami do najdrobniejszej starannie splecionej liny jak czerwona nić przewija się idea tego, co trwałe, praktyczne, wygodne. Panuje tu nie drobiazgowość, lecz praktyka, która stawia sobie realne cele i je osiąga; porządek, w którym każdemu gwoździowi wyznaczone jest jego miejsce, a ostatni kuchcik w kambuzie odpowiada za każdą szmatę.

Cały statek ma ogromne rozmiary. A jednak, mimo okazałości poszczególnych jego części, od razu rzuca się w oczy lekkość, wręcz wdzięk konstrukcji. Statek z godną pozazdroszczenia szybkością zgrabnie sunie po falach. A brytyjscy marynarze! Ileż razy malarze przedstawiali ich na swoich płótnach! To rodzaj ludzi, którym nie ma równych. Można by pomyśleć, że zrodziła ich nie śmiertelna kobieta, lecz samo morze, tak bardzo są zespoleni z morskim żywiołem.

Marynarz z Albionu jest w pracy zwinny, ruchliwy, przebiegły jak fala, ale gdy odpoczywa w portowej karczmie, pogrąża się w milczącej zadumie — jak morze, kiedy nastaje cisza. Sądząc z jego niedostępnej miny, można by pomyśleć, że raczy się befsztykami i porterem, choć w rzeczywistości zadowala się skromnym posiłkiem z peklowanego mięsa, sucharów i porcji gorzałki.

Trzeba go zobaczyć w tych dwóch stanach, w ruchu i w bezruchu, aby wyrobić sobie o nim właściwe pojęcie. Miło na niego popatrzeć tam, w górze, nawet wtedy, gdy statek płynie po falach. Takielunek angielskiego żaglowca to prawdziwy labirynt lin, sznurów i cum. Żaden linoskoczek nie znalazłby tu drogi, a już tym bardziej, gdyby nagle znalazł się na środkowym maszcie, którego wysokość często wynosi sto stóp, z tą siecią dookoła, splecioną z tysięcy i tysięcy lin, i z ziejącymi w dole ciemnoniebieskimi głębinami morza.

Angielski marynarz natomiast biega, a raczej fruwa po wszystkich tych splotach z taką samą lekkością i pewnością jak pająk po swojej sieci. Znalazłszy się na samej górze, przywiązany, przez jakiś czas kołysze się na samym ​​szczycie masztu, najwyraźniej z czystej swawoli. Unosi się w powietrzu jak w hamaku, a potem równie zwinnie i wesoło schodzi po linie.

W niedzielę na angielskim statku panuje zupełna cisza i pustka. Tego dnia nie tylko ludzie, ale nawet myszy, ba — nawet korniki nie ruszają się i ruszać się nie powinny. Wszystkie kajuty są puste. Na pokładzie wszystko uprzątnięte, tylko pył węglowy jak zwykle leży na wszystkim. A gdzieś w kącie siedzi zwykle starzec i czyta modlitewnik albo Biblię. Po obiedzie marynarze siedzą grupkami ze skrzyżowanymi rękami albo, oparci o pokład, patrzą nieruchomym wzrokiem za burtę. Zresztą raczej niczego tam nie widzą. Angielski marynarz jest pogrążony w sobie, wędruje myślami po Starej Anglii. To stan wygodnej introspekcji, porównywalnej z wygodą niektórych zwierząt, kiedy przeżuwają. Angielski marynarz żuje tytoń i myślami jest gdzieś daleko, daleko stąd.

Ale ten angielski żaglowiec ustępuje oczywiście trwałością konstrukcji, ogromem, elegancją i przepychem wyposażenia potężnemu Amerykaninowi, który cumuje obok. To także żaglowiec, a kiedy płynie po oceanie pod wszystkimi żaglami, wydaje się, że potężny kondor szybuje nad prerią z rozpostartymi skrzydłami. Teraz jednak jego żagle są zwinięte, a w tym namiocie z żagli mógłby się wygodnie pomieścić cały batalion żołnierzy.

Żaglowiec przybył do nas z Nowego Jorku i tutaj, w porcie królewieckim, przyjmuje na pokład emigrantów. Zmęczone Europą tłumy ludzi spieszą do dalekiej zamorskiej krainy swoich pragnień i obietnic szczęśliwszej przyszłości.

Mazurzy i Litwini w strojach ludowych rozgościli się bez ceremonii przy sterze i dojadają swój skromny obiad. Młody czeladnik ciesielski ze wspaniałą bujną brodą, ale w lichym ubraniu skarży się na górze, na pokładzie, że chciał zapłacić za przewóz pracą na statku, ale kapitan stanowczo mu odmówił. Tuż obok, przy tylnym maszcie, stoi z niewzruszoną miną sam kapitan. Jego krępa postać wydaje się odlana z żeliwa. Szerokoskrzydły filcowy kapelusz nasunięty jest nisko na uszy, wzrok przenikliwy, coś rozważa. Jego czerwona, dobrze odżywiona twarz jest zwierzęco poważna, ręce wsunięte głęboko w boczne kieszenie. Marynarze z gęstymi bakami, obnażoną piersią i w lśniących płaskich okrągłych kapeluszach, z których zwisają, powiewając na wietrze, długie wstążki, rozwijają liny.

Po moście przy dźwiękach orkiestry wojskowej maszeruje pruskie wojsko. Rozlega się ogłuszający werbel, trąbi pułkowy róg. Szereg za szeregiem przechodzi, każdy żołnierz wyprężony jak struna. Marynarze i kapitanowie statków, nawet angielskich, wchodzą na beczki, pompy, wspinają się po trapach i masztach, aby lepiej przyjrzeć się wojskowym i nie przegapić niczego z rozgrywającego się przed nimi widowiska. Tylko amerykańskim marynarzom jest wszystko jedno, nie odrywając się, pracują dalej, jedynie kapitan świdruje nieruchomym spojrzeniem przechodzących obok nich przez most Prusaków.

Przemarsz wojska dobiegł końca i tłum na brzegu przechodzi na drugą stronę bastionu, aby obejrzeć angielski parowiec śrubowy, który przybył jakiś czas temu. Trwa tam teraz załadunek towarów na pokład. Cały proces wygląda dość zabawnie: od jednego ze spichlerzy do ładowni statku ustawił się ożywiony łańcuch mężczyzn i kobiet. Rzucają sobie nawzajem szarozielone kwadratowe płyty nawozu rolniczego. Ładunek układany jest w ładowni niewiarygodnie szybko, a statek pod jego ciężarem z każdą minutą coraz głębiej zanurza się w wodzie. Ten parowiec jest swego rodzaju wzorem budownictwa okrętowego. Każdy szczegół jest znakomicie dopracowany, wykonany z porządnej blachy żelaznej, tak że cały statek odznacza się niezwykłą wytrzymałością. Żaden kornik nie zdoła przebić tego pancerza. Fale rzeki czarodziejsko odbijają się w czarnym metalowym kadłubie, nad którym niczym dzwonnica wznosi się czerwony komin niezwykłej grubości. Statek nazywa się „Countess of Durham”4.

Odświętnie ubrane, jakby wybierały się nie na spacer do portu, lecz do kościoła, tłumy ludzi tłoczą się w przejściach statku z obu stron. Hełmy kirasjera i szeregowego żołnierza sąsiadują z zieloną woalką dostojnej damy, obok miejscowego dandysa, ubranego według najnowszej mody, widać polskiego Żyda w długiej szacie.

Każdym kieruje jedno i to samo pragnienie: dostać się na pokład statku i zobaczyć mechanizm śrubowy tego morskiego cudu. Szybkość parowca w jego biegu po falach jest tak wielka, że najszybszy żaglowiec w porównaniu z nim po prostu pełznie, niczym gad po ledwie wilgotnym dnie wyschniętego kanału.

Czasami zauważamy w naszym porcie także Francuzów i Portugalczyków; przychodzą tu jednak rzadziej. Na niewielkich statkach przywożą nam wina, głównie z Bordeaux. Jakiś czas temu dostrzeżono tu nawet statek z Azorów, na którego pokładzie byli nie tylko opaleni na czarno, ale i prawdziwie czarni marynarze.

Jeśli staniemy na samej krawędzi wału bastionu i rozejrzymy się dookoła, zobaczymy piękną panoramę miasta rozłożonego wzdłuż majestatycznej rzeki. Tam, w oddali, na północnym zachodzie, na przeciwległym brzegu, widać wieżę słynnego obserwatorium Bessela. Mimo jaskrawego słońca jego świetliki są otwarte. Przypominają oczy dziwnej istoty z innej planety. Z tych otworów, niczym macki niewidzianego potwora, sięgają ku niebu najrozmaitsze przyrządy astronomiczne.

Na drugim brzegu Pregoły znajduje się miejsce zrzucania balastu ze statków. Przysłowie mówi: „Nigdy nie zejdą się ze sobą kamienie, góry i drzewa dalekich krajów, ale ludzie się schodzą”. Tutaj jednak widzimy wyjątek. Właśnie w tym miejscu ziemia z najodleglejszych zakątków naszej planety miesza się ze sobą: piaski Żyrondy5 spotykają się z wapieniem skał angielskiego hrabstwa Northumberland, łupki Szwecji z pyłem mahoniu z Brazylii. I wszystkie one znikają pod górami miejscowego piasku.

Stocznia znajduje się bardziej na prawo. Tam bez przerwy, o każdej porze roku, coś płonie i dymi: ciosa się kile, gnie deski, prostuje pokładniki, uszczelnia, smołuje i woduje statki.

Wodowanie statku to prawdziwie majestatyczne widowisko: statek ozdobiony zielonymi wieńcami, przy radosnym ryku tłumu na górnym pokładzie, zsuwa się po namydlonej pochylni i po raz pierwszy dotyka tafli wody, aby już nigdy się z nią nie rozstać.

Być może właśnie tutaj, w tym miejscu, słynny królewiecki mistyk Johann Schönherr6 przy wielkim zbiegowisku ludu zwodował swoje dzieło — osobliwy statek, który po wielu latach rozmyślań i obliczeń zbudował na wzór arki Noego i na którym chciał wypłynąć na otwarte morze, być może po to, by na nowo odnaleźć utracony raj ziemski. Ale jego wspaniały wynalazek, znalazłszy się w wodzie, niestety nie wykazał zdolności do poruszania się. (Tym samym odwiedziny rajskich ogrodów trzeba było odłożyć.)

A tam, w okolicy ulicy Lizentgraben7, gdzie na redzie stoją parowce, mieszkał niegdyś genialny Johann Georg Hamann8, który nazywał siebie Magiem Północy...

My jednak skręcamy na brzeg Pregoły, gdzie oprócz statków jest na co popatrzeć. Tam na rogu wznosi się dom konsula francuskiego, z osobliwymi ozdobnymi blankami na dachu i wystającymi balkonikami. Dalej znajdują się spichlerze; ich kolosalne magazyny w porównaniu ze starymi spichlerzami świadczą o postępie technik budowlanych. W okolicach tych olbrzymich faktorii w różnych czasach szalały wielkie pożary, które można było porównać chyba tylko z pożarami Pery9 i starego Stambułu. Niczym zbuntowani czerwoni janczarzy wdzierały się nawet na przedmieścia. Te klęski skończyły się całkiem niedawno, ale na jak długo?

Bliżej nas otwiera się przestrzeń, która bardzo ożywia cały krajobraz naszej wodnej alei. Na ogromnym placu rozpostarto czyste białe płótna, na których usypano wysokie góry błogosławionych płodów Cerery10: owies, jęczmień, groch, kukurydzę. Tutaj przesiewa się je i oczyszcza przed załadowaniem na statki. Ludzie z łopatami podrzucają kukurydzę w powietrze: z góry obficie leje się złoty deszcz ziaren kukurydzy, a lżejsze plewy unosi wiatr.

II.

Wśród rozmaitych scenek z życia, w które obfituje miasto portowe, jest wiele sytuacji zarówno komicznych, jak i tragicznych. Komedia i tragedia są w życiu ściśle ze sobą związane, a wszystko, czego trzeba, to wprawne pióro, aby opisać to, co się dzieje.

Letnie południe. Jesteśmy na bastionie, na lewym brzegu Pregoły. Nagle pojawia się ogromny tłum ludzi. Zmieszali się w nim przedstawiciele najróżniejszych stanów. Tłum utworzył wielki krąg. Przepychamy się do środka i widzimy pośrodku człowieka w stanie afektu, w rozpaczy, domagającego się naszego współczucia, naszej litości i wsparcia.

Człowiek chodzi tam i z powrotem, załamuje ręce i bije się w czoło tak, że kapelusz spada mu z głowy. Jest to najwyraźniej Holender, i to kapitan statku. Nawiasem mówiąc, nieopodal wznosi się maszt statku z szeroko powiewającą banderą tego królestwa. Nasz kapitan zatrzymuje się, grozi komuś w przestrzeń pięścią i wydaje się, że za chwilę, odwróciwszy się do widzów, wybuchnie gniewną tyradą, ale wtedy zapiera mu dech i ledwie zdoła wykrztusić:

Myne Heeren, öss dat moenslik?

co w przekładzie na nasz szacowny górnoniemiecki znaczy: „Panowie, czy to do pomyślenia?”. Nieszczęśnikowi przydarzyło się, zdaje się, coś nie tylko dziwnego, nie — coś tak oburzającego, przechodzącego wszelkie pojęcie, że słowa więzną biednemu żeglarzowi w gardle. Tupie nogami, podskakuje jak ukąszony przez tarantulę, załamuje ręce, potrząsając nimi, i coraz szybciej, jak zepsuty mechanizm, powtarza swoje:

Myne Heeren, öss dat mönslik?

Cóż to za potworne, wołające o pomstę zdarzenie się tu wydarzyło? Wszyscy spoglądamy po sobie, wypytujemy się nawzajem, chcemy pomóc, przywrócić sprawiedliwość. Nikt jednak nie wie, jak pomóc nieszczęśnikowi, choćby nie wiem jak żarliwie nas pytał. Ludzie dookoła szepczą między sobą, dziwią się, próbują się wtrącać, coś mówią, jak chór w greckiej tragedii, nie mając przy tym najmniejszego pojęcia o tym, co się stało. Niektórzy już głośno wypowiadają domysł, że ten człowiek postradał zmysły, i proponują wezwać lekarzy. Ale z wolna sprawa się wyjaśnia.

Poprzedniego dnia marynarze duńskiego statku wdali się w sprzeczkę z załogą holenderskiego statku, który stał obok na kotwicy. Sprzeczka przerodziła się w zaciekłą kłótnię i Duńczycy postanowili — rzecz jasna bez wiedzy swojego kapitana — jak najdotkliwiej dokuczyć Holendrom.

Kiedy następnego dnia holenderscy żeglarze z kapitanem na czele poszli do miasta i na statku prawie nikt nie został, Duńczycy, manewrując swoim statkiem, przycisnęli holenderską jednostkę do nabrzeża tak, że miejski ściek kanalizacyjny znalazł się dokładnie nad starannymi, czyściutkimi holenderskimi beczułkami z wodą. Zły los sprawił, że tego dnia wszystkie beczki z wodą były wietrzone i stały otwarte. Wspominaliśmy już wyżej, jaki porządek panuje na statkach przybywających do nas z piernikowo czyściutkiego Amsterdamu. W tych beczkach pluskała się dziewicza, najświeższa woda źródlana do przygotowywania potraw i do picia, starannie zebrana i przefiltrowana. Duńczycy bardzo trafnie wybrali odpowiedni moment, ponieważ ich statek nie wziął jeszcze na pokład żadnego ładunku, a zatem był bardzo lekki i zwrotny, z wysokimi burtami, podczas gdy statek holenderski, i tak już niezgrabny ze względu na swoją konstrukcję, był załadowany po brzegi i ledwie utrzymywał się nad wodą. Holenderska załoga odkryła, co się stało, dopiero po kilku godzinach.

Żartowniś i miłośnik cytatów mógłby tu przytoczyć, nieco je zmieniając, znane słowa naszego wielkiego poety11:

„Ten, komu zły los przypadł —
Stać się wrogiem wroga...”

To, że po tak podłym figlu holenderski kapitan oniemiał i długo nie mógł się uspokoić, jest całkiem zrozumiałe. Jego załoga musiała wylać całą zawartość wspomnianych beczek, wyszorować je w środku i na zewnątrz, wywędzić i wyparzyć na nowo. Któż mógłby w to wątpić?! A właściwie beczki te należało rozbić w drzazgi, spalić, zetrzeć z powierzchni ziemi, a sam statek sprzedać — choćby i ze stratą. Tego wymaga duma narodowa Holendrów, ich dążenie do czystości. A na pytanie, które bez końca powtarzał kapitan, czy to, co mu zrobiono, jest „do pomyślenia”, musielibyśmy oczywiście odpowiedzieć tak: „To wszystko ludzkie, niestety, zbyt ludzkie...”12.

III.

Akwen portu w Królewcu daje nam również możliwość zobaczenia żeglugi w jej niemal pierwotnym stanie. A głównymi postaciami są tu ludzie, którzy co roku przypływają do nas z rosyjskiej Polski pod nazwą dzimków13.

Na przybycie latem tych wodnych koczowników można liczyć równie pewnie jak na przylot wiosną ptaków wędrownych. Przychodzą w czerwcu i odchodzą na początku września. Pochodzą głównie z okręgu wileńskiego, z okolic Kowna, Trok, Miednik, Jurborka, Smorgoń, Kiejdan, Kroży14 i są przeważnie ubogimi mieszkańcami wsi.

Ich jednostki pływające i miejsca postoju dają osobliwe, a zarazem świeże obrazy, którym nie sposób odmówić malowniczości, zwłaszcza jeśli porównać je z nowoczesnymi statkami Anglików i Amerykanów. Ich jednostki to tratwy noszące nazwę „wiciny”. Wiciny mają często od 500 do 600 stóp długości i więcej. Kiedy widzi się z daleka zbliżające się po wodzie karawany tratw dzimków, ma się wrażenie, że podpływa pasmo wzgórz, leśny grzbiet, cała osada z domami, zabudowaniami i ich mieszkańcami. Pływająca wyspa sunie i sunie i, zdaje się, nigdy się nie skończy.

Wreszcie się kończy, ale za nią płynie nowa wyspa równie niewiarygodnej długości. Wydaje się, że odbywa się wielka wędrówka ludów po wodzie. Słychać dzikie, szorstkie głosy. Całkiem możliwe, że kiedyś tak gardłowo nawoływali się Hunowie. Tratwy dzimków płyną czasem tak wolno, że ich ruch trudno w ogóle dostrzec, gdyż nurt Pregoły jest dla tych ogromnych konstrukcji zbyt słaby. Argonauci starożytnych Greków, choćby nie wiem jak niedoskonałe były ich statki, mieli tę przewagę, że mogli od czasu do czasu przenosić je drogą lądową, ale sam Herakles nie wziąłby sobie na barki wiciny i nie dźwigałby jej od Kowna. Najdłuższych wicin nie wpuszcza się do portu królewieckiego, bo zajmują ogromną przestrzeń, na której zmieściłoby się 4–5 dużych statków morskich. Kilka z tych tratw średniej wielkości znajduje się tuż przed nami i możemy uważnie obejrzeć je wraz z mieszkańcami we wszystkich szczegółach.

Te pływające „wyspy” mają dowolne kształty; wszystko w nich jest ledwie sklecone, a mimo to wiciny w pełni odpowiadają swojemu przeznaczeniu, wprawdzie bez jakichkolwiek logicznych proporcji, nie mówiąc już o symetrii.

U podstawy wiciny znajduje się coś, co przypomina barkę albo prom, a jednak w całości jest ona bardzo podobna do zwykłej tratwy, której pnie wcale nie są ze sobą ściśle połączone, tak że woda z rzeki strumieniami chlusta przez szczeliny.

Jeden nieostrożny krok — i łatwo ryzykuje się utonięcie na samym środku tratwy. Pośrodku wiciny stoi słup. Jest tu najwyższy i w gruncie rzeczy dźwiga całą nadbudówkę. Dach ma więc najwyższy punkt pośrodku, ale potem dwoma spadami opada w dół po obu stronach, wsparty na innych słupach różnej wysokości.

Dach tej wydłużonej budowli, skleconej z desek i listew, pokryty jest matami i przysypany korą drzewną. O oknach i drzwiach nie ma mowy, zamiast nich widać małe i duże otwarte, kwadratowe otwory, z których gdzieniegdzie sterczą głowy dzimków — zupełnie jak główki kurcząt wyglądające spod piór napuszonej kwoki.

Najlepszym pomieszczeniem na wicinie jest kajuta kapitana obok steru, czyli polskiego Żyda z długą brodą, dwoma pejsami opadającymi do ramion, w czarnym płaszczu sięgającym do butów i z długim kijem w ręku. Budując kajutę kapitana, cieśla wykazuje całą swoją sztukę. Urządził coś w rodzaju pokoju, którego ściany krzywo sterczą na wszystkie strony. W prowizorycznych drzwiach wejściowych jest nawet wizjer wielkości małego lusterka do golenia.

Podłogę stanowią tu, tak jak na otwartym pokładzie, związane ze sobą nieobrobione pnie drzew i tu również bez przerwy przesącza się woda. Trzeba ją wypompowywać po kilka razy w dzień i w nocy. Członkowie załogi, jak niewolnicy na galerach, muszą utrzymywać swoją tratwę na powierzchni, nieustannie wybierając wodę, aby nie utonąć.

Dzimkowie przyjmują tę niewygodę jako coś oczywistego. Są obojętni wobec śmierci i tak beztroscy w swoim bytowaniu, że niektórzy z nich czasem toną, gdy po ciemku, odurzeni oparami alkoholu, trafiają nogami w szpary między pniami tratwy i bezradnie znikają w głębinach wód.

Na drugim końcu wiciny jest wolne miejsce, gdzie stoi pompa; obok niej znajduje się długie koryto, z którego dzimkowie długimi drewnianymi łyżkami albo gołymi rękami, na oczach mnóstwa widzów tłoczących się na bastionie, czerpią swoją polewkę z wody i otrąb. Jest ona okraszona odrobiną tłuszczu, być może także z dodatkiem grochu. Zagryzają ją dużymi kawałkami chleba upieczonego z mąki i tych samych otrąb. A jednak jest to jedzenie, którego smak wywołuje wyraz błogości na ich zadowolonych twarzach.

Mogłoby się wydawać, że ten zabawny wodny ludek nie odstępuje na krok swoich wicin. Ci energiczni mężczyźni i młodzieńcy, mieszkający w swoich chatach na tratwach, żywo przypominają chińskie rodziny na łodziach i tratwach Pekiangu koło Kan-Beg15, które rodzą się na swoich łodziach, dorastają, żenią się, rodzą dzieci i umierają, często ani razu nie stanąwszy na stałym lądzie.

Dzimkowie noszą kurtki tego samego koloru co maty, na których siedzą; podobnie w przyrodzie są owady ubarwione na ten sam kolor co liście, na których żyją. Pod kurtką dzimek nosi koszulę z grubego szarego płótna, przepasaną rzemieniem, i szerokie spodnie z tej samej tkaniny. Nakrycie głowy i obuwie nadają mu lekki, niemal południowy wygląd: nosi słomkowy kapelusz ozdobiony czarną wstążką, a na nogach coś w rodzaju sandałów. Zresztą dzimek lubi skrajności i w największy upał potrafi czasem włożyć gruby kożuch i zamienić lekki słomkowy kapelusz na futrzaną czapkę.

Wkrótce jednak przekonujemy się, że nasi flisacy z Kowna to bynajmniej nie chińscy przewoźnicy z Pekiangu. Na tych wicinach nie mają rodzin: dzimkowie w ogóle nigdy nie zabierają ze sobą kobiet. Aby zaspokoić swoją ciekawość, starają się jak najszybciej wydostać na brzeg. Zobaczyć takie miasto jak Królewiec, przejść się po nim pieszo — to niezapomniane wydarzenie w życiu takiego podróżnika. Widzimy w dzimku, choćby był głębokim starcem, że dziecko sąsiaduje w nim z dzikusem. Uwielbiają brać udział w ożywionym handlu wymiennym, takim, jaki marynarze zwykli prowadzić z dzikimi, tyle że tutaj tubylcy reprezentują cywilizację, a w roli dzikich występują flisacy. Wszelkie głupstwo, każda błahostka, nawet dziecięce zabawki mają dla dzimka nieskończony urok. Oferuje na wymianę plecione maty, misternie rzeźbione leszczynowe laseczki i wymienia je na rzeczy, których nawet nie wie, jak używać. Metalowe guziki, nożyki, nożyczki, dziecięce lusterka i grzechotki wprawiają go w nieopisany zachwyt i jest gotów na wszystko, by je zdobyć. Te prostoduszne dzieci natury tłumnie schodzą na brzeg i wałęsają się po ulicach. I wtedy można zaobserwować prawdziwie niezwykłe scenki, godne naszej najżywszej uwagi. Oto na swoją tratwę wraca z dorocznego jarmarku w Królewcu stary dzimek. Kupił tam dziecięce skrzypki, a może róg albo bęben, zawiesił go sobie na szyi i z upodobaniem uderza w niego pałeczkami. Za nim ze śmiechem i wrzaskiem biegnie gromada miejskich chłopaków. Naszego dzimka to jednak nie niepokoi. Wali z całych sił w swój bęben, wywołując u towarzyszących mu wyrostków głośny, radosny śmiech. Chłopcy zagradzają mu drogę, śmieją się, ciągną go z tyłu za połę kurtki, przeszkadzają mu tak, że chybia i uderza obok, a on się nie złości, przeciwnie, uśmiecha się radośnie i zaczyna swój bębniarski utwór znowu i znowu.

Inny przedstawiciel tego samego gatunku dobrodusznych pierwotnych ludzi, na swój sposób dążących do postępu, schodzi na brzeg w szorstkim brązowym odzieniu, słomkowym kapeluszu, z odsłoniętą szyją i piersią, w sandałach na bosych stopach, a wraca z miasta całkowicie odmieniony. Za nim podąża nieodłączna gromada ulicznych urwisów.

Nasz dzimek nie ma pojęcia, jak śmiesznie wygląda — uważa się za przyjętego do cywilizacji, do lepszych warstw miejskiego towarzystwa. Kupił puszystą sukienną czapkę, która jest na niego za duża, a małe urwisy, podskakując, jeszcze bardziej naciągają mu ją na głowę. Dzimek ma na sobie halsztuk, który z niewiedzy zawiązał w najdziwaczniejszy sposób, ale najbardziej szpeci go surdut, a ściślej frak z niebieskiego sukna, z którego mężczyzna dawno wyrósł: rękawy ledwie sięgają mu do nadgarstków, talia znajduje się gdzieś na wysokości piersi, a poły ledwie zakrywają to, co powinny zakrywać.

O wielu zamożnych kupcach Królewca mówi się, że przybyli do naszego miasta jako najbiedniejsi z biednych: właśnie jako tacy polscy dzimkowie, zaczęli od wymieniania swojego nieskomplikowanego towaru na guziki i dziecięce zabawki, potem stopniowo doszli do handlu hurtowego i milionowych fortun i wciąż nie mogą się zatrzymać.

Na swojej tratwie tacy dzimkowie, kiedy nie mają szczególnej pracy, spędzają monotonne dni, które mimo to pełne są wrażeń z życia portu i samego Królewca. A wieczorami, zjadłszy ze smakiem swoją grochówkę, zebrawszy się całą gromadą na bastionie, urządzają tańce na oczach licznych widzów.

Dzimek namiętnie kocha grę na skrzypcach i tańce. Za to jego śpiewu prawie nigdy nie usłyszycie. Tańczy z godną pozazdroszczenia zręcznością, zgodnie z wrodzonymi zdolnościami swego narodu, ale potrafi też wydobyć z trzech i pół struny swoich skrzypiec takie dźwięki, że chce się uciekać przed drapiącą ostrością tonacji durowej, podczas gdy moll napełnia was tęsknotą.

Jeżeli nauczyciel tańca dzimka miał talent pedagogiczny, a szkołą była karczma w rodzinnej wsi, dzimek wykonuje swego mazurka, warszawiankę, polkę ze zręcznością i zdumiewającą pomysłowością.

Jego sandały mają wtedy elastyczność i sprężystość, do których daleko jakiemukolwiek wytwornemu obuwiu; w jego ciele jest taka giętkość, wrażliwość i upojenie tańcem, że pozazdrościłaby sama Terpsychora16. Przy tym w najdrobniejszych szczegółach przestrzega obyczajów swojego narodu i przodków, nigdzie nie przekraczając granic. Chociaż naród polski od dawna przestał być zjednoczony i służy panom całego świata, dzimek w swoich tańcach nigdy nie przyniesie wstydu honorowi Polaka.

Ale oto nadchodzi sierpień i napełnia serce wrażliwego królewczanina jakąś melancholią. Przypomina mu, że nadchodzi koniec lata, zbliża się jesień, bociany odlatują do dalekich krajów, a poczciwi dzimkowie wkrótce zaczną rozbierać swoje drewniane chaty na wodzie. Dach jest już zdjęty, drewniane krokwie smutno na nas patrzą, jedna po drugiej zdejmowane są belki, rozbierane wszystkie deski, deseczki i listwy, rozbijana na kłody sama tratwa. Dzimkowie łażą po niej tak długo, aż ostatni kawałek drewna zostanie zniesiony na brzeg. Kapitan-Żyd zamienia całe to drewno na pieniądze, zwalnia swoich ludzi, a oni grupami ruszają lądem do ojczyzny, by w długie zimowe wieczory, przy dźwiękach skrzypiec, opowiadać rodzinie o cudownych dniach przeżytych w Królewcu.

ANEKS

KULTURA I HISTORIA KRAJU KŁAJPEDZKIEGO:
MĘŻCZYŹNI NA ZAROBKACH. DZIMKOWIE

(Kulturgeschichtliches zum Memelland. Losmänner und Dzimken)

Szeroki Niemen, zawsze pokryty licznymi łodziami i tratwami, zaopatruje Tylżę w produkty sąsiedniej rosyjskiej Litwy, zwłaszcza w drewno, konopie, len i zboże, którymi miasto prowadzi zyskowny handel z Królewcem. Najrozmaitsze, czasem dziwnie wyglądające jednostki płyną i dryfują w górę i w dół rzeki. Przepływają obok całe lasy: potężne świerki, jodły i dęby. Takie drzewa w naszej części świata rosną tylko w rosyjskich lasach. Nieobrobione lub ociosane pnie, belki, kloce i deski, drewno opałowe i użytkowe połączone są w ogromne tratwy, po których z krzykiem biega tam i z powrotem załoga. Posługując się długimi drągami do przesuwania swojej kołyszącej się, niezgrabnej jednostki, mniej lub bardziej zręcznie utrzymuje ją z dala od brzegu i od innych statków. Na tych tratwach wzniesiona jest zwykle słomiana chata, która jest jednocześnie spiżarnią i sypialnią załogi, tych wytrzymałych i niewymagających ludzi, których potocznie nazywa się dzimkami, ponieważ rekrutują się głównie spośród Żmudzinów, a w ich języku tak nazywa się wąski przygraniczny pas ziemi oddzielający Litwę pruską od rosyjskiej. Czasami na tych tratwach znajduje się także cały drewniany dom, złożony z kilku pokoi, kuchni i salonu podobnego do werandy. To mieszkanie żydowskiego kapitana, który często jest właścicielem tratwy i ładunku...

Codzienna praca dzimka jest ciężka i żmudna. Ponieważ ich dziurawa jednostka nabiera dużo wody, muszą nieustannie brać do rąk wiadra i wybierać wodę. Do pracy przy potężnych wiosłach potrzeba aż czterech ludzi.

Wioślarze muszą pokonywać nieskończone trudności, ponieważ ich tratwy potrzebują co najmniej pięciu stóp wody pod kilem, a w suche lato łatwo osiadają na mieliznach Niemna i Pregoły, gdzie płycizn jest wiele.

Praca jest ciężka, a wyżywienie dzimków skąpe. Ich zwykłe pożywienie to ziemniaki, groch, kasza i kleik, które gotują sobie w ogromnych kotłach i garnkach na brzegu i czerpią z drewnianych misek i koryt drewnianymi również łyżkami. Mięsa dzimkowie prawie nie jedzą, ale zamiast masła dodają do potraw trochę słoniny, którą jedzą też na surowo z chlebem.

Ich odzież jest prosta i prymitywna. Dzimkowie noszą długi kaftan z szarego filcu albo z wywróconej na lewą stronę owczej skóry, szorstką lnianą koszulę rozpiętą na piersi, takie same spodnie, futrzaną czapkę z frędzlami albo szorstki słomkowy kapelusz, a na nogach łapcie, tak zwane parreski. Dzimek wierzy, że futro chroni zarówno przed upałem, jak i przed zimnem, dlatego latem wywraca szorstki kożuch na lewą stronę, tak by wełna znalazła się na zewnątrz. Odrobinę zetknęli się z miejską cywilizacją tylko starsi dzimkowie, którzy już kilka razy odbyli podróże na tratwach i bywali w wielkich miastach. Zamieniają łapcie na buty, słomkowy kapelusz na czapkę i ruszają do miasta w poszukiwaniu „modnej” odzieży. Kupują sobie różnobarwne kamizelki, kolorową kurtkę albo szal w krzykliwych barwach. Takie elementy stroju źle się komponują z resztą ich ubioru. Z chłopakami, którzy chodzą za dzimkami krok w krok, toczy się nieustanny handel wymienny. Dzimkowie dają im kije, które zdobią piękną rzeźbą, a w zamian dostają guziki, zwłaszcza metalowe, z których są w nieopisanym zachwycie.

Dzimkowie są smukłej budowy, średniego wzrostu, często o ujmującej, bardzo sympatycznej, ale zwykle nieco prostodusznej fizjonomii, z ciemnymi gęstymi włosami i jasnymi dobrodusznymi oczami. Cała ich natura jest dobroduszna i pokojowa, jak u dziecka. Choć w dużych miastach można ich spotkać często setkami, nie usłyszy się o nich nic złego. Spacerują po ulicach w wygodnym, spokojnym próżnowaniu. Dziecięce zabawki w kramach, jeździec na koniu albo orkiestra muzykantów pociągają ich bardziej niż największe budowle i najbardziej niezwykłe miejsca, na które nie zwracają uwagi. Choć dzimkowie dosłownie nie mają nic poza własnym życiem, są zawsze weseli i skorzy do śmiechu.

Wieczorami przy ogniskach rozpalanych na brzegu rozbrzmiewają przeciągłe chóralne pieśni dzimków. Wkrótce jeden z nich bierze do rąk skrzypce albo dudy, pozostali chwytają się za ręce, skaczą i tańczą w kole. Taniec bywa też solowy, a czasem tańczą dwaj naprzeciw siebie. Tańczący wykonują szybkie ruchy, które są szczególnie interesujące.

Górna część ciała tancerza jest prawie nieruchoma, ale nogi poruszają się nieustannie, wykonując drobne, niemal niezauważalne obroty i ​​podskoki. Skrzypce grają przejmującą melodię, widzowie klaszczą do taktu muzyki i ruchów tancerza, nie szczędząc dłoni, czasem ktoś wybucha głośnymi okrzykami...

Za swoją pracę dzimkowie otrzymują marne wynagrodzenie, które jeszcze niedawno, gdy byli chłopami pańszczyźnianymi, wynosiło nie więcej niż jednego rubla na osobę za całą podróż; i zwykle wydają je na zakup harmonii ręcznej, nowych skrzypiec albo ładnej fajki z brzozowej narośli w oprawie z nowego srebra. Drogę powrotną do domu odbywają pieszo w dużych grupach. Dzimkowie maszerują po zakurzonej szosie w wyczerpującym sierpniowym upale, a mimo to mają na sobie wywrócone kożuchy i grube filcowe kaftany. Kilku, uzbroiwszy się w świeżo kupione harmonie i skrzypce, gra na nich na zmianę podczas swojej wędrówki. Idą na przedzie, pozostali podążają za nimi, śpiewają, wydają radosne okrzyki, skaczą i tańczą. Od czasu do czasu w koło puszczana jest butelka sznapsa. Gromada wracających do domu dzimków przypomina pochód rozbawionych bachantek starożytnej Grecji. Każdy dzimek jest urodzonym muzykantem, a największą przyjemnością są dla niego muzyka i sznaps”.



WYKORZYSTANA LITERATURA

1. ORYGINAŁ: "Im königsberger Hafen" von Alex. Jung. 1855. LINK
2. Kulturgeschichtliches zum Memelland. Losmänner und Dzimken. LINK
3. Rosenkranz, Karl: Königsberger Skizzen. Ständisches Leben in Königsberg. LINK
4. DZIMKE m., definition. LINK

LEGENDY PRUS na blogu Tatiany Koliwaj.

PRZYPISY

1. Knipawa (Kneiphof) — historyczna nazwa jednego z trzech miast Królewca. Współczesna nazwa — wyspa Immanuela Kanta. Zieleń jest symbolicznym kolorem Knipawy, dlatego brama prowadząca do tej dzielnicy nazwana została Zieloną. Ponadto na Knipawę prowadził Zielony Most, był tu też Zielony Dźwig i Zielona Waga.

2. Bukszpryt — poziome lub ukośne drzewce wysunięte do przodu z dziobu żaglowca. Bukszpryt służy do przesunięcia do przodu środka ożaglowania, co poprawia zwrotność statku.

3. Grecki bohater Tezeusz wierzył w pomyślny wynik swojej wyprawy na Kretę, do labiryntu Minotaura, i przy rozstaniu obiecał ojcu, że jeśli wróci zwycięsko, sternik postawi na jego okręcie biały żagiel zamiast czarnego. Jednak wracając do ojczyzny, Tezeusz zapomniał zmienić czarny żagiel na biały. Egeusz, który czekał na syna na Akropolu, z daleka ujrzał jego okręt i uznawszy, że Tezeusz nie żyje, rzucił się w dół i zabił się. („Mity i legendy starożytnej Grecji”).

4. „Hrabina Durham”.

5. Żyronda (fr. Gironde) — departament w południowo-zachodniej Francji. Stolica — miasto Bordeaux.

6. Johann Schönherr (niem. Schönherr, Johann Heinrich; 1771–1826) — królewiecki teozof i mistyk.

7. Ulica Lizentgraben (obecnie Mariupolska) w historycznej dzielnicy Lizent. „Graben” to po niemiecku „rów, kanał”. A licentami nazywano niegdyś cła handlowe. Całkiem możliwe, że właśnie tutaj pobierano „licenty” od floty handlowej.

8. Johann Georg Hamann (niem. Johann Georg Hamann; 1730–1788) — niemiecki filozof, ideolog ruchu literackiego „Burza i napór”.

9. Pera — historyczna (grecka) nazwa dzielnicy Beyoğlu w Stambule (Konstantynopolu), Turcja.

10. Cerera (łac. Cerēs) — starorzymska bogini urodzaju i płodności.

11. Zmienione wersy „Ody do radości” Friedricha Schillera:

Ten, komu przypadło szczęście
Stać się wiernym druhem druha....

/Wem der große Wurf gelungen,
Eines Freundes Freund zu sein../

12. Warto zauważyć, że zdanie to przypisuje się dziś Fryderykowi Nietzschemu (1844–1900), który w czasie opisywanych wydarzeń miał 11 lat.

13. Dzimek (niem. Dzimke) — wyraz zapożyczony z polskiego ziomek m. ‘ziomek, krajan’. Także dschimke, schimke. Określenie polskich flisaków i przewoźników w dawnych Prusach Wschodnich i Zachodnich.

14. Kowno, Troke, Miedniki, Jurburg, Smorgonie, Kjedany, Kroge.

15. Rzeka Pekiang w Chinach. Jest jednym z dopływów Rzeki Perłowej (albo Perłowo-Macicznej).

16. Terpsychora — muza tańca w starożytnej Grecji.


Przetłumaczono z języka rosyjskiego przy pomocy AI (Claude, Anthropic), październik 2026 r.