/ Kaliningrad

Kaliningradzka dialektyka

Kaliningradzka dialektyka

Bezludne miejsce, wiecznie stojący zegar i ziejący pustymi oczodołami wybitych okien wątpliwy przykład architektury epoki konstruktywizmu – historyczne centrum miasta trwa w przedłużającym się odrętwieniu.

Dość często zdarzało mi się spotykać ludzi, którzy mieszkając w Moskwie, nie znosili stolicy każdą cząstką swojej duszy. Znałem rodowitych mieszkańców Tuły, Permu, Czeboksar, którzy nawet słyszeć nie chcieli o swoich rodzinnych miastach. Kiedyś przyszło mi rozmawiać z petersburżaninem, który marzył, żeby uciec gdziekolwiek od śmiertelnie mu obrzydłych arcydzieł architektury, białych nocy i mostów zwodzonych. A przy tym ja, urodziwszy się i przeżywszy całe życie w Kaliningradzie, ani razu nie spotkałem człowieka, który nie kochałby tego miasta. Albo, powiedzmy łagodniej – nie żywiłby do niego ciepłych uczuć. Oczywiście tacy ludzie są i być może nawet nie jest ich wcale tak mało, ale na mojej drodze nie trafili się ani razu. Tak już wyszło.

Moje życiowe doświadczenie mówi, że Kaliningrad, jak kotki w internecie, podoba się wszystkim – i miejscowym, i „przyjezdnym”. Jeśli jednak przyjrzeć się uważnie, można zauważyć, że ludzie zakochani w Kaliningradzie kochają w nim bynajmniej nie to samo. Ktoś szaleje za historycznym dziedzictwem miasta, za zachowanymi niemieckimi budynkami, za brukiem, za alejami wzdłuż dróg, za czerwoną dachówką, za ostrymi iglicami kościołów, za willami Amalienau i Maraunenhofu. A dla kogoś wszystko powyższe nie ma większej wartości. Bliższe ich sercu są nowe osiedla Selmy, topole na pustej wyspie Kanta, w końcu Dom Rad. Przy tym obie kategorie wielbicieli Kaliningradu z reguły są niezadowolone z obecnego stanu rzeczy w mieście.

Przedstawiciele pierwszej kategorii smucą się, że z Królewca zachowały się tylko okruchy, przedstawiciele drugiej uważają, że tym okruchom poświęca się zbyt wiele uwagi.

Dość oglądania się w przeszłość, mówią, trzeba budować nowe, nowoczesne miasto.

Ludzie do ochrypnięcia spierają się, co lepsze – odbudować Zamek Królewski czy reanimować Dom Rad, dobra czy zła jest Wioska Rybacka, czy warto zabudowywać dawną Knipawę, czy lepiej zachować tam nieużytek, który oficjalnie z jakiegoś powodu nazywa się parkiem. Nikt nie chce ustąpić, nikt nie chce słuchać oponentów. Czasem odnosi się wrażenie, że z obecnej sytuacji nie ma wyjścia, tak bardzo wszystko jest tu pod względem architektonicznym poplątane, przeplecione, a nawet związane w węzły, których, jak legendarnego gordyjskiego, zdaje się zupełnie nie da się rozwiązać, a można je tylko przeciąć. Ale w rzeczywistości przy dobrej woli kompromis wydaje się całkiem realny.

Trzeba po prostu rozejrzeć się wokół i zobaczyć, jak urządzone są sąsiednie miasta. A urządzone są niemal zawsze jednakowo. Mają obowiązkowo historyczne centrum, które może być duże i, jak to się mówi, naturalne, jak na przykład w Pradze, a może być bardzo zwartym „nowoczesnym odtworzeniem”, jak choćby w dobrze znanym większości kaliningradczyków Gdańsku.

To serce miasta, jego dusza. Ale przy duszy musi być ciało. Dlatego obok historycznego centrum jest centrum biznesowe, a tam zupełnie inna architektura. Śmiała, nowoczesna, czasem nawet w dobrym tego słowa znaczeniu chuligańska. Przypomnijmy choćby słynny Tańczący Dom w Pradze. Czyli miasta europejskie to niemal zawsze – dwa w jednym. Tam wszystko jest wyraźnie rozdzielone – historia i współczesność, pamięć i ruch naprzód, tradycja i nowatorstwo. Dwie części jednej całości karmią i uzupełniają się nawzajem, nigdy przy tym do końca się nie zlewając.

Można więc powiedzieć, że miasta europejskie żyją zgodnie z jednym z podstawowych praw dialektyki, które polega na jedności i walce przeciwieństw.

W Kaliningradzie wszystko jest inaczej. W swoim architektonicznym obliczu jest on zdumiewającym koktajlem, w którym stare niemieckie budynki sąsiadują z radzieckimi budowlami z gazobetonu i postpierestrojkowymi konstrukcjami ze szkła i betonu. Nie ma jedności, nie ma wspólnego stylu, nie ma harmonii. I to rodzi poczucie pustki, niedopowiedzenia, niedokończenia. A czasem i poczucie zażenowania.

Nie widzieliście nigdy, jak przewodnicy opowiadają turystom o Królewskiej Górze i jej okolicach? O, to cudowny widok! Oprowadzają ludzi wokół Domu Rad i szczegółowo opisują Zamek Królewski. Tu, mówią, stało skrzydło zachodnie, tu – wschodnie, a tam – Wieża Owsiana. Dalej, za tamtym blokowcem, zaczynało się Stare Miasto, a przy tamtej stacji benzynowej do Pregoły wpadał Koci Potok.

Ludzie uważnie słuchają, zadają pytania. Nawet w takim stanie (czyli w żadnym) historyczne centrum miasta ich ciekawi. Byłem na kilku takich wycieczkach i ani razu nie usłyszałem od turystów ani słowa oburzenia. W rodzaju: co to, pokazujecie nam jedno, a opowiadacie o drugim? Obrazki, które pokazujecie, mogę sobie obejrzeć i w internecie. Nie, wszystkim, na ile można sądzić, wycieczki się podobały.

A mnie jako miejscowemu było wstyd. Wstyd, że ani na Królewskiej Górze, ani wokół niej praktycznie nic nie zachowało się z czasów przedwojennych (może poza Stawem Zamkowym), wstyd za puste oczodoły Domu Rad, wstyd za ogromny parking, który powstał w miejscu zburzonej „Starej Baszty”, wstyd za zaniedbanie i ogólną nieprzytulność.

Niektórzy w Kaliningradzie mówią, że problem Królewskiej Góry polega na tym, że Dom Rad jest martwy. Uważają, że jeśli go ożywić, będzie tam weselej. Może i tak, nie spieram się. Wątpliwe jednak, by turyści specjalnie przychodzili w to miejsce po to, żeby zobaczyć Dom Rad. Nie interesuje ich w żadnej postaci – ani żywej, ani martwej.

Czy się to komuś podoba, czy nie, ale w Kaliningradzie najbardziej atrakcyjny dla turystów jest Królewiec. A w szczególności jego historyczne centrum.

Ludzie gotowi są zwiedzać nawet nieistniejący wirtualny Zamek Królewski, ale raczej nie zainteresuje ich wycieczka do Domu Rad, nawet jeśli będzie on żywszy od wszystkich żywych. Zresztą wcale nie wynika z tego, że Dom Rad to groza, która nadlatuje na skrzydłach nocy. W pewnym sensie to również zabytek architektury. Dość interesujący przykład konstruktywizmu lat 60. i 70. Jego nieszczęście polega na tym, że stoi nie na swoim miejscu. Gdzieś na Selmie albo może obok budowanego stadionu na wyspie Październikowej byłby królem, a tu zawsze będzie w cieniu Zamku Królewskiego, niezależnie od tego, czy zamek kiedyś odbudują, czy nie.

Trudno powiedzieć, jak będą się dalej rozwijać wydarzenia, który punkt widzenia na architektoniczną przyszłość Kaliningradu przeważy, ale byłoby świetnie, gdyby ci, którzy podejmują decyzje, przestali wymyślać koło na nowo i zwrócili uwagę na udane doświadczenia europejskie. Naszemu miastu zdecydowanie potrzebne jest historyczne centrum – odbudowane w całości albo przynajmniej częściowo. Chodzi przede wszystkim o fragmenty Knipawy i Starego Miasta.

Nie ma żadnych wątpliwości, że ten projekt odniesie sukces. Przecież nawet przerobione na styl hanzeatycki „chruszczowki” przy prospekcie Lenina przyjęto z zachwytem, przecież nawet zbudowana, jak to się mówi, „na motywach” starego miasta Wioska Rybacka została przyjęta entuzjastycznie. Oczywiste jest, że na tego rodzaju architekturę istnieje zapotrzebowanie.

Przy czym zapotrzebowanie to płynie nie tylko od turystów, z których wielu nie może zrozumieć, dlaczego w Kaliningradzie nie ma dzielnicy z wąskimi, wybrukowanymi kocimi łbami uliczkami, gdzie jest dużo sklepików z pamiątkami i kawiarni, ale i od wielu miejscowych mieszkańców, którzy chcą czuć się w rodzinnym mieście jak w każdym europejskim.

Jeśli zaś chodzi o centrum biznesowe, to i tu wszystkie drogi są otwarte. Selma, wyspa Październikowa albo nawet koniec prospektu Moskiewskiego w okolicy obwodnicy mogą stać się miejscem naszego kaliningradzkiego City, w którym architekci mogą dać upust swojej twórczej energii.

W ten sposób w Kaliningradzie pojawią się dwa bieguny, dwa miasta, które będą stanowić jedną całość. I wszystkim będzie dobrze – i tym, którzy patrzą naprzód, i tym, którzy oglądają się wstecz.

Architektoniczna mozaika oczywiście nie zniknie, ale przy dwóch centrach miasta będzie odbierana już nie tak ostro i boleśnie.

Oczywiście wszystko to tylko marzenia, fantazje, które mogą się całkiem rozbić o twardą rzeczywistość. Przecież rej wodzi interes finansowy deweloperów, którzy w większości chcą budować zwyczajne betonowe pudełka i z przyjemnością powtykają je wszędzie (nawet na Królewskiej Górze), jeśli dać im wolną rękę. Ale przecież miasto musi mieć duszę?


Przetłumaczono z języka rosyjskiego przy pomocy AI (Claude, Anthropic), październik 2026 r.