Co więcej, wygląda na to, że tamto, niemal zupełnie zatarte miasto podoba nam się bardziej niż to, które wyrosło po wojnie. Kiedy bowiem odwiedzają nas przyjaciele z „wielkiej Rosji” czy z zagranicy, nie prowadzimy ich, by podziwiali kompleks sportowy „Junost’”, gmach prokuratury obwodowej albo kino „Oktiabr’” (dziś Dom Sztuki). Pokazujemy gościom katedrę, Muzeum Bursztynu, Teatr Lalek. No i wreszcie zoo.
Zresztą w Kaliningradzie trudno, a właściwie nie sposób uniknąć spotkania z bodaj najbardziej znanym obiektem architektonicznym epoki radzieckiej — Domem Rad, który stoi na Królewskiej Górze, niemal unosząc się nad miastem.
„Boże, co to jest?!” — dziwią się zazwyczaj ludzie, którzy po raz pierwszy widzą ten olbrzymi, niezdradzający oznak życia gmach. A wy, rzecz jasna, wyjaśniacie, nie zapominając przy tym wspomnieć, że dawniej znajdowały się tu ruiny zamku królewieckiego, wysadzone pod koniec lat 60. ze względów ideologicznych.
Przywiązanie do „potwora”
Jestem pewien, że wielu z nas, udzielając tego rodzaju wyjaśnień, czuje się nieswojo z powodu swojego miasta. Dom Rad wygląda po prostu zbyt niedorzecznie, zbyt wyraźnie przegrywa z Zamkiem Królewskim, którego wizerunki wiszą w Kaliningradzie wszędzie — od przystanków komunikacji miejskiej po gabinety miejscowych urzędników.
Przyjezdni w większości nie potrafią pojąć, dlaczego kaliningradczycy przez tyle lat (wkrótce minie już pół wieku!) tolerują w centrum miasta martwego potwora.
Wśród tych, którzy się temu dziwią, trafiają się zresztą bardzo znani architekci. Na przykład parę lat temu Duńczyk Jan Gehl (ten sam, który uczynił z Kopenhagi miasto rowerzystów), będąc w Kaliningradzie, nazwał Dom Rad nieszczęsną, przypominającą słonia budowlą i zaproponował, by natychmiast go rozebrać.
Okazało się jednak, że nie jest to takie proste. I wcale nie chodzi tu o brak pieniędzy ani o trudności prawne związane z procedurą przeniesienia praw własności — Dom Rad ma przecież właścicieli. Przy odrobinie dobrej woli wszystkie te problemy, jak sądzę, dałoby się rozwiązać.
Po prostu dla wielu z nas (zwłaszcza dla tych starszych) przyznanie się do prostego faktu, że popełniono kiedyś błąd, okazało się bardzo trudne.
Dlatego wielu, mówiąc o Domu Rad, wymyśla milion powodów, dla których koniecznie trzeba go zachować. Że niby to autorski projekt, w którym na nowo przemyślano idee Brazylijczyka Oscara Niemeyera, i wyrazisty przykład konstruktywizmu, i dobitna ilustracja zastosowania technologii nowatorskich jak na swoje czasy, i tak dalej, i tym podobne…
Pamiętam, jak kiedyś pewien znany w Kaliningradzie architekt, wykorzystawszy w rozmowie ze mną wszystkie wymienione argumenty i zrozumiawszy, że mimo to nie przekonał mnie do swoich racji, powiedział: „Proszę posłuchać, nie można ot tak wziąć i zburzyć Domu Rad. Bo jeśli to zrobimy, wyjdzie na to, że całe pokolenie na próżno żyło i pracowało. Chruszczowki, breżniewki i inne radzieckie budynki rozsypią się za 30–40 lat. A Dom Rad przetrwa jeszcze bardzo długo, przypominając o minionej epoce”.
I właśnie to budzi obawy. Bardzo nie chciałoby się, żeby stał długo.
Skoro bowiem jasne jest, że to błąd (a architekt, z którym rozmawiałem, musiał w końcu przyznać, że Dom Rad, przy wszystkich swoich niezaprzeczalnych zaletach, znacznie lepiej wpisywałby się w otoczenie gdzieś w okolicach ulicy Internacjonalnej czy Lubowi Szewcowej), to trzeba go naprawić. Okaże się w tym więcej szacunku dla tych, którzy go popełnili, niż w konserwowaniu skutków tego błędu. Czyż nie?
Nasza historia
Zresztą rozbiórka Domu Rad to dopiero połowa sukcesu. Kto powiedział A, musi powiedzieć B. Czyli odbudować Zamek Królewski. Bynajmniej nie wszyscy kaliningradczycy są jednak gotowi zaakceptować takie zmiany. Argumentów mają mnóstwo. Ale i one wszystkie są, ogólnie rzecz biorąc, naciągane.
Bardzo często można na przykład usłyszeć, że zamek królewiecki to dziś jakoby cudza historia. A skoro tak, to nie trzeba go odbudowywać. A to dopiero! Posłuchajcie, jeśli to nie nasza historia, to dlaczego w każdym sklepiku z pamiątkami leżą góry magnesów z wizerunkiem zamku? Dlaczego miejscowi artyści niestrudzenie go malują i układają z bursztynu? Domu Rad z bursztynu nikt jakoś nie układa (ja w każdym razie nigdy czegoś takiego nie widziałem). Ani Pałacu Ślubów, ani Domu Związków Zawodowych. A Zamek Królewski w Królewcu — bez przerwy.
A wszystko dlatego, że teza o „nienaszości” Zamku Królewskiego jest z gruntu fałszywa. Wszystko, co tu było, wszystko, co jest, i wszystko, co będzie — jest nasze. Również historia tej ziemi.
W pewnym sensie jest ona naszym trofeum. I to bezcennym. Można oczywiście puścić ją z wiatrem, wykreślić i zapomnieć, ale znacznie rozsądniej jest starannie wpisać ją we własną.
Przypadło nam w udziale wielkie miasto, wielka historia, wielka kultura. I wydaje mi się, że powinniśmy to wszystko troskliwie chronić, a to, co utracone, w miarę możliwości odbudowywać. Taka postawa wcale nie jest przejawem słabości. Przeciwnie — jest przejawem mądrości i siły.
Ideologia pokoju
Kolejny co do popularności argument przeciwników odbudowy zamku królewieckiego w Kaliningradzie ma charakter architektoniczno-estetyczny.
„Nowa kopia nikogo nie zainteresuje” — przepowiadają.
„Jeśli będzie to projekt długofalowy, jeśli rzetelnie odtworzymy zamek takim, jakim był, to, proszę mi wierzyć, stanie się to wydarzeniem — polemizuje ze sceptykami najbardziej gorący i konsekwentny zwolennik odtworzenia dawnej dominanty miasta, architekt Artur Sarnitz. — Wydaje mi się, że w odbudowie zamku ważny jest nie tylko sam rezultat (choć ten niezwykle piękny budynek po prostu odmieni miasto), lecz także proces, w który zaangażowane zostanie mnóstwo ludzi z różnych krajów. Poprzez pracę będą przesiąkać ideologią pokoju i tworzenia. Można powiedzieć, że Zamek Królewski w Kaliningradzie stanie się symbolem końca wojny”.
Co zaś do nowych kopii, to po drugiej wojnie światowej wiele europejskich miast zostało faktycznie odbudowanych od nowa. W Berlinie, w Warszawie, w sąsiednim Gdańsku rekonstrukcje są na każdym kroku. I nikomu to nie przeszkadza.
…A przeciwnicy odbudowy Zamku Królewskiego chętnie przeciwstawiają go pozostałemu dziedzictwu architektonicznemu Prus Wschodnich. Że niby zamiast stawiać makietę (bardzo lubią używać słowa „makieta”, wydaje im się ono pogardliwe), lepiej odbudować rozsiane po obwodzie zamki i kościoły. Takie postawienie sprawy wydaje się nieco dziwne. To tak, jakby zarzucać komuś, że leczy chorą głowę, zamiast leczyć chorą nogę. Jeśli boli i noga, i głowa — leczyć trzeba jedno i drugie. A jeśli znajdzie się inwestor gotów wyłożyć środki na odbudowę Zamku Królewskiego, to raczej nie powinno się mu wypominać, że nie inwestuje w renowację jakiegoś na wpół zrujnowanego kościoła w obwodzie.
Vox populi*
Zakładano, że kres tego rodzaju sporom położy niedawno zakończony konkurs architektoniczny na zagospodarowanie Królewskiej Góry „Post-zamek” (organizator — biuro urbanistyczne „Serce Miasta”). Jego wyniki jednak tylko je zaostrzyły.
Zwyciężył projekt studenta Politechniki Mediolańskiej Antona Sagala, który zaproponował zarówno zachowanie Domu Rad, jak i odbudowę-budowę zamku Królewiec-Kaliningrad. Nie w całości jednak, a jedynie częściowo. Co więcej, według jego zamysłu fragmenty zamku miałyby być połączone elementami współczesnej architektury. Słowem, niby wszyscy powinni być szczęśliwi — i zwolennicy zamku, i ci, którym miły jest Dom Rad, i ci, którzy patrzą w przyszłość.
Jak to jednak często bywa w takich przypadkach, zadowolonych okazało się niewielu.
„Patriotycznie” nastawioną część społeczeństwa zamek w Kaliningradzie oburzył nawet w tak okrojonej postaci, a ci , którzy uważają Dom Rad za potwora, nie zrozumieli, dlaczego należy go zachować. A co najważniejsze, dla wielu stało się jasne, że Kaliningrad, jak ów Bolivar, nie uniesie dwóch. Miasto (a ściślej jego mieszkańcy) będzie musiało wybrać — albo zamek, albo Dom Rad. I wygląda na to, że mieszkańcy dokonali wyboru na rzecz scenariusza rozwoju, który zakłada powrót Zamku Królewskiego do Kaliningradu. Po tym, jak jury konkursu (w połowie złożone z miejscowych urzędników) ogłosiło zwycięzcę, zorganizowano głosowanie internetowe, zakończone 6 listopada.

6 listopada 2015 r. o godz. 19.00 (pięć godzin przed zakończeniem głosowania internetowego na stronie tuwangste.ru) projekt Artura Sarnitza, zakładający odbudowę zamku, wyprzedzał najbliższych rywali o ponad 700 głosów. O 22.30 dystans dzielący uczestników konkursu nawet nieco się zwiększył.
Pierwsze miejsce, z bardzo wyraźną przewagą nad rywalami, zajął Artur Sarnitz, którego projekt przewiduje pełną odbudowę zamku królewieckiego wraz z przylegającymi do niego kwartałami. Dla Domu Sowietów zabrakło w nim przy tym miejsca.
…Jeśli projekt Sarnitza zostanie kiedyś zrealizowany (a bardzo chciałoby się w to wierzyć), Kaliningrad po prostu powróci w nurt europejskiej tradycji architektonicznej. Przecież niemal wszystkie otaczające go miasta są urządzone mniej więcej tak samo. Mają historyczne centrum, które zostało zniszczone w czasie wojny, a potem pieczołowicie odbudowane. Dlaczego mamy szukać jakiejś szczególnej drogi? Dlaczego znowu mamy wyważać otwarte drzwi? Owszem, trochę się spóźniliśmy – o jakieś siedemdziesiąt lat – i nadłożyliśmy historycznej drogi, ale wygląda na to, że wracamy do punktu wyjścia.
* Głos ludu (łac.)
Przetłumaczono z języka rosyjskiego przy pomocy AI (Claude, Anthropic), październik 2026 r.

