/ Kaliningrad

Kościoły Heitmanna

27 października przypada 173. rocznica urodzin Friedricha Heitmanna, architekta, który w dużej mierze ukształtował wygląd Kaliningradu-Królewca. W losach jego dzieł, jak w lustrze, odbiła się historia miasta i nasz stosunek do niej.

Jeśli się nad tym zastanowić, Kaliningrad to zupełnie przypadkowe miasto. Jego historia mogła potoczyć się inaczej, mógł nosić inną nazwę i wyglądać zupełnie inaczej.

Po prostu tak się złożyło, że w wyniku II wojny światowej Prusy Wschodnie wraz ze swoją stolicą zostały przyłączone do ZSRR, po prostu Stalin postanowił „nadać” staremu Królewcowi imię nieszczęsnego starca, który odgrywał rolę błazna na kremlowskich pijatykach, i to zrobił, po prostu nowi mieszkańcy tej ziemi część tego, co zbudowali ich poprzednicy, zburzyli, a część — pozostawili. Czym się przy tym kierowali? Względami ideologicznymi? Częściowo — tak. Jednak w większości przypadków o losie danego budynku decydował ślepy traf.

Ogólnie rzecz biorąc, los, jak widzimy, obszedł się z Królewcem wyjątkowo niemiłosiernie. Miasto praktycznie zniknęło. W gruncie rzeczy przyjezdnym możemy pokazać zaledwie kilka zabytków architektury zachowanych z czasów przedwojennych. A znaczna ich część to dzieła niemieckiego architekta Heitmanna. Jak to się stało? W zasadzie także przypadkiem…

Wyzywająco ostra, ostentacyjnie nie nasza

Friedrich Heitmann (urodził się 27 października 1853 roku w westfalskim mieście Ahlen) budował w Królewcu dużo i z przyjemnością. Według jego projektów wzniesiono około dwóch trzecich willi w Amalienau. Jednak największą dumą Heitmanna (podobnie zresztą jak i naszą) są oczywiście kościoły. Do naszych czasów przetrwały: kościół pamięci królowej Luizy (Königin-Luise-Gedächtniskirche, dziś Teatr Lalek), kaplica św. Wojciecha (Adalbertkapelle, laboratorium IZMIRAN) oraz kościół Świętej Rodziny (Kirche zur Heiligen Familie, sala koncertowa Filharmonii Kaliningradzkiej).

Kościół pamięci królowej Luizy powstał w Królewcu na przełomie XIX i XX wieku, w 1901 roku. Styl, w którym go wzniesiono, określa się jako neoromański.

Niektórzy specjaliści dostrzegają w nim jednak elementy neorenesansu i secesji. Tak czy inaczej, mieszkańcy miasta szybko go pokochali, a Heitmann po zakończeniu budowy ostatecznie ugruntował swoją sławę wielkiego mistrza.

Podczas II wojny światowej budynek, podobnie jak całe miasto, mocno ucierpiał, ale przetrwał. Miejscowe kierownictwo partyjne nie było jednak, jak się zdaje, specjalnie zadowolone z tego faktu. Wyzywająco ostra, ostentacyjnie nie nasza, nie radziecka iglica kościoła kłuła je w oczy, co w końcu doprowadziło do rozkazu rozwiązania problemu za pomocą dynamitu.

Wyczyn sapera

Wszystko zmierzało do tego, że to dzieło Heitmanna wyleci w powietrze, tak jak wcześniej wyleciało wiele innych arcydzieł architektury Królewca. Kościół miał jednak szczęście, bo jego wysadzenie powierzono młodemu wojskowemu saperowi Grigorijowi Zacerkownemu.

I nie chodzi o to, że był złym minerem. Wręcz przeciwnie — był bardzo dobry. Po prostu Zacerkownemu nie było obojętne, co wysadza. I to odróżniało go od większości kolegów. Wiele, wiele lat później Grigorij Moisiejewicz opowiadał, że nie potrafił podnieść ręki na piękny budynek, dlatego zameldował przełożonym, że zniszczenie kościoła jest niemożliwe, ponieważ mogłyby przy tym ucierpieć sąsiednie domy.

Oczywiście nie była to prawda. Doświadczenie i kwalifikacje pozwalały Zacerkownemu łagodnie „posadzić” kościół, nie wyrządzając przy tym nikomu szkody. Postanowił jednak pójść na fortel. Kto wie, jak mogło się to dla niego skończyć? Niewykluczone, że gdyby oszustwo wyszło na jaw, saper straciłby nie tylko stopień, ale i wolność. A czasy były wówczas bynajmniej nie łagodne.

Pod prąd

Przez długi czas Luisenkirche stała na wpół zrujnowana i opuszczona. Pod koniec lat sześćdziesiątych ojcom miasta i obwodu się to znudziło i postanowili urządzić w niej teatr lalek. Opracowanie projektu powierzono architektowi Jurijowi Waganowowi. Prace posuwały się z trudem, ponieważ miejscowi partyjni bonzowie nieustannie ingerowali w proces — żądali, by teatr jak najmniej przypominał niemiecki kościół. Żadnych iglic, żadnego stylu neoromańskiego, żadnych aluzji do przedwojennej przeszłości tej ziemi.

Waganow miał jednak w tej sprawie własne zdanie i mimo poważnych nacisków ze strony rozmaitych zwierzchników zdołał go obronić. A przecież wszystko mogło potoczyć się inaczej, gdyby projektem zajmował się nie Waganow, lecz ktoś inny — bardziej ustępliwy i skłonny do kompromisów. Kierując się prostą życiową mądrością, nie spierałby się z partyjnymi funkcjonariuszami, tylko zrobiłby tak, jak mu kazali. Usunąłby to, co zbędne, a co potrzebne — dodał.

I stałoby dziś w parku Centralnym nie dzieło Heitmanna, lecz jakieś bezosobowe pudło.

Nikt by oczywiście od tego nie umarł. Niebo nie spadłoby na ziemię, Pregoła nie popłynęłaby w przeciwną stronę. Przeciwnie, wielu uznałoby zapewne nowy budynek za całkiem znośny. A architekt, udzielając dziś wywiadów, mówiłby pewnie, że zachowanie kościoła w pierwotnej postaci było technicznie niemożliwe, a w ogóle — ostra iglica nijak nie pasowała do idei teatru lalek, więc trzeba było ją usunąć. Przecież wszyscy rozumiecie, prawda? A my oczywiście byśmy zrozumieli, zaakceptowali i wybaczyli.

Na szczęście nie było to jednak konieczne, ponieważ Zacerkownemu, Waganowowi i całej rzeszy ludzi, którzy im pomagali, udało się zachować ten miejski zabytek niemal w takiej postaci, w jakiej zbudował go Heitmann.

Obserwatorium, protezy i organy

W pewnym sensie podobny (choć oczywiście nie tak dramatyczny) los spotkał dwie inne świątynie Heitmanna — kaplicę św. Wojciecha i kościół Świętej Rodziny.

Kamień węgielny pod pierwszą z nich położono w 1902 roku, a uroczyste otwarcie nastąpiło w 1904 roku. 28 lat później „doczepiono” do niej przybudówkę, która okazała się niemal dwukrotnie większa od samej kaplicy. Całość nazwano kościołem św. Wojciecha (Adalbertkirche). Podczas II wojny światowej przybudówka została niemal całkowicie zniszczona, a kaplica straciła iglicę. Być może właśnie to pozwoliło jej przetrwać. Wszak bez iglicy kościół nie wygląda już na tak bardzo ideologicznie szkodliwy. Przez pewien czas w kaplicy mieściła się organizacja wytwarzająca protezy dla inwalidów, a później przeniosło się tam laboratorium obserwatorium magnetyczno-jonosferycznego IZMIRAN.

Natomiast w przypadku chyba najbardziej znanego kościoła Heitmanna — kościoła Świętej Rodziny (budowę ukończono w 1907 roku) — wysoka iglica, która przetrwała zacięte walki, nie zaszkodziła mu nawet w czasach radzieckich. Być może znaczenie miało tu to, że kościół ten nie stoi w centrum miasta i, jakby ukryty za otaczającymi go domami, nie rzuca się zbytnio w oczy.

O ile kościół królowej Luizy widać z daleka, o tyle wspaniałością kościoła Świętej Rodziny można się nacieszyć dopiero z bliska.

Budynek ten utrzymany jest w stylu neogotyckim (zanim przystąpił do projektowania, Heitmann długo studiował kościoły wzniesione w czasach zakonu krzyżackiego) i jest całkowicie symetryczny, co nie jest zbyt typowe dla twórczości architekta. Zgodnie z zamysłem Heitmanna kościół miał być ciepły, domowy, jasny, a przede wszystkim — oddawać atmosferę ziemskiej rodziny Chrystusa. I z tym zadaniem, jak się wydaje, sobie poradził. Świątynia wyszła zaskakująco radosna. Podobno nigdy nie odprawiano w niej nabożeństw żałobnych. Tylko chrzty i śluby.

Zaraz po wojnie w kościele Świętej Rodziny urządzono magazyn. Jednak kilkadziesiąt lat później zabytek architektury znalazł godniejsze zastosowanie. Pod koniec lat siedemdziesiątych rozpoczęła się zakrojona na szeroką skalę przebudowa (kierował nią architekt Pawieł Gorbacz), zakończona w 1980 roku, po czym do dawnego kościoła przeniosła się filharmonia. Dwa lata później zainstalowano tam organy czeskiej firmy Rieger-Kloss, których piszczałki dzięki znakomitej akustyce sali (to bez wątpienia zasługa Heitmanna) potrafią wydobyć zupełnie fantastyczne brzmienie.

Nie ma kościoła — nie ma problemu

Szczęście uśmiechnęło się jednak nie do wszystkich kościołów Heitmanna. Niestety, jego ostatnie dzieło — wzniesiony w 1910 roku kościół Lutra (Lutherkirche) — możemy oglądać już tylko na fotografiach. Dziś w miejscu, w którym stał (mniej więcej naprzeciwko administracji rejonu Moskiewskiego), nie ma nic. Jest tam po prostu puste miejsce.

Gorzka ironia losu polega na tym, że ten kościół miał znacznie większe szanse na długie życie niż jego siostry, ponieważ w czasie wojny praktycznie nie ucierpiał. Jednak w 1976 roku smukły, piękny i wciąż bardzo solidny budynek wysadzono w powietrze bez podania przyczyn.

Przyczyny jednak, jak mówią, były. Według jednej z wersji kościół zniszczono, ponieważ ubiegali się o niego miejscowi prawosławni. Podobno napisali list „na górę”, w którym prosili o przekazanie im kościoła, skoro i tak stoi pusty, a wierni nie mają gdzie się modlić.

Trzeba zaznaczyć, że w czasach radzieckich obwód kaliningradzki, nie mając ani jednej czynnej świątyni (pierwsza została tu otwarta dopiero w 1985 roku), uchodził za najbardziej ateistyczny w kraju.

Obwodowe kierownictwo partyjne było bardzo dumne z tego „osiągnięcia” i stanowczo nie zamierzało nikomu oddawać palmy pierwszeństwa w tak ważnej kwestii. Najwyraźniej więc postanowiło pozbyć się kościoła. Bo skoro nie ma budynku, to i przekazywać wiernym niby nie ma czego.

Krótko mówiąc, można przypuszczać, że gdyby prawosławni poprosili nie o kościół Lutra, lecz, powiedzmy, o kościół Świętej Rodziny, to w jego miejscu również byłby dziś pusty plac. No, albo jakieś centrum handlowe.

Zapomniany za życia

Dziś mało kto pamięta już o kościele Lutra. Nazwisko jego twórcy również znane jest nielicznym. Gwoli sprawiedliwości trzeba jednak zaznaczyć, że Heitmann został zapomniany bynajmniej nie w czasach radzieckich.

Gwiazda architekta zaczęła gasnąć po I wojnie światowej, z której wrócił jako ciężko chory starzec. Architekt stale źle się czuł, więc nie mógł pracować. Bardzo szybko skończyły mu się oszczędności, nadeszła bieda. Heitmann musiał sprzedać swoją willę w Amalienau i zamieszkać w zbudowanym niegdyś przez siebie domu pastora, stojącym obok kaplicy św. Wojciecha. Tam też właśnie w 1921 roku zastała go śmierć. Słynnego architekta pochowano po cichu, bez honorów, na cmentarzu (w rejonie dzisiejszej ulicy Lesoparkowej), po którym dziś nie pozostał nawet ślad.

Dlatego w urodziny Heitmanna — 27 października — nie ma gdzie złożyć kwiatów, choć chętnych, jak sądzę, znalazłoby się niemało…


Przetłumaczono z języka rosyjskiego przy pomocy AI (Claude, Anthropic), październik 2026 r.