Czym właściwie jest fort?
Aby wszystko, co zostanie napisane poniżej, nie wymagało dodatkowych wyjaśnień, bardzo krótko omówmy podstawowe pojęcia fortu i twierdzy fortowej. Otóż fort to budowla przystosowana do długotrwałej samodzielnej obrony. Wynika z tego, że fort musi mieć znaczne rozmiary, aby pomieścić wystarczającą liczbę żołnierzy załogi. Musi być przystosowany do obrony okrężnej i mieć potężne mury oraz stropy, by nie dać się zniszczyć w krótkim czasie. Jasne jest też, że oprócz pomieszczeń bojowych fort musi mieć pojemny arsenał, magazyny żywności, zapasy paliwa i wody oraz autonomiczny system podtrzymywania życia.
Część fortu zwrócona ku przedpolu nazywa się czołową. Elementy fortu w części czołowej również określa się jako czołowe: wał czołowy, kaponiera czołowa, koszary czołowe itd. Przeciwległa część fortu nazywa się szyją (szyja fortu), a po lewej i prawej stronie znajdują się barki fortu.
Ważnym elementem fortu są kaponiery – kazamatowane pomieszczenia umieszczone na poziomie fosy, które pozwalają ostrzeliwać fosę ogniem wzdłużnym („flankują fosę”). Jeśli kaponiera służy do ostrzału fosy w obu kierunkach, nazywa się pełną lub po prostu kaponierą; jeśli fosa jest ostrzeliwana z kaponiery w jednym kierunku – jest to półkaponiera.
Podziemną, dobrze osłoniętą ziemią i kamieniem galerię fortu nazywa się poterną. Czasem poternami nazywa się tylko te galerie, które prowadzą od szyi ku części czołowej, a te biegnące od barku do barku – po prostu galeriami.
Fosa wokół fortu ma dwie ściany: ta, która jest dalej od samego fortu, nazywa się przeciwskarpą, a ta bliższa – skarpą. Przed fosą znajduje się pusta, dobrze ostrzeliwana przestrzeń – stok bojowy (glacis). Opada on w stronę przeciwnika, a jego profil stara się dobrać tak, by kule i pociski jakby „ścieliły się” wzdłuż stoku, co pozwala nie zmieniać celownika w miarę zbliżania się przeciwnika.
Uzbrojeni teraz w wiedzę o podstawowych elementach fortu, przejdźmy do historii ich powstania.
Cesarstwo potrzebuje nowych twierdz
W 1862 roku zakończono budowę drugiego obwodu wałowego Królewca, częściowo zachowanego do naszych czasów w postaci bram miejskich, umocnień wałowych w rejonie ul. Litowskij Wał i w parku „Jużnyj”, a także reduty bastionu „Sternwarte” przy prospekcie Gwardyjskim. Rozpoczynając budowę tej kolosalnej budowli, fortyfikatorzy opierali się na doświadczeniach wojny z Napoleonem, lecz nie wzięli pod uwagę, jak błyskawicznie w tych latach zacznie rozwijać się artyleria. Gdy budowano nowy pas bastionowy, rusznikarze Europy opanowali produkcję odtylcowych dział gwintowanych, mających znacznie większy zasięg przy zwiększonej masie pocisku w porównaniu z artylerią gładkolufową. Wzrosła też szybkostrzelność dział. W rezultacie twierdza zaprojektowana jako pierwszorzędna pod koniec budowy nie spełniała głównego warunku, jakiego wymagali od niej wojskowi: nie była w stanie utrzymać nieprzyjaciela w takiej odległości, z której nie mógłby on ostrzeliwać pociskami centrum miasta. Przy tym usunięcie tej wady jakąkolwiek modernizacją istniejących umocnień nie było już możliwe. Nie wiadomo, jaka zapadłaby decyzja, ale wtedy przy przeciwległych wobec Królewca granicach Prus wybuchła brzemienna w skutki dla nich wojna francusko-pruska 1870–71. Dlatego sprawę twierdzy Królewiec na razie po prostu odłożono.
Ta właśnie wojna nie tylko zrodziła nowe potężne państwo europejskie – Cesarstwo Niemieckie – ale jej przebieg i wyniki zmusiły do zrewidowania wszystkich istniejących rozwiązań fortyfikacyjnych. Cóż takiego się tam wydarzyło?
A wydarzyło się to, że po raz pierwszy od wielu lat strona nacierająca (Prusy) musiała prowadzić pełnoskalowe operacje zdobywania twierdz przeciwnika. Wiele twierdz broniło się dość długo i zacięcie, lecz mimo to nie wykonało wszystkich powierzonych im zadań. Twierdza Strasburg skapitulowała w 52. dniu oblężenia, choć jej położenie nie było beznadziejne. Jednak władze miejskie, zmęczone ciągłym bombardowaniem dzielnic mieszkalnych przez artylerię, zmusiły komendanta do wywieszenia białej flagi. Twierdza Toul poddała się z tego samego powodu, ale zaledwie 10 godzin po rozpoczęciu szturmu. Twierdze Metz i Paryż miały ogromne garnizony liczące 140 i 400 tysięcy żołnierzy, lecz te olbrzymie armie szybko wyczerpały zapasy żywności i dlatego zmuszone były skapitulować. Tak oto z kampanii francuskiej w naturalny sposób wypłynęły dwa wnioski: konieczność zapobieżenia wszelkimi sposobami oddziaływaniu artylerii wroga na dzielnice mieszkalne miasta-twierdzy oraz niedopuszczalność wykorzystywania twierdzy jako wielkich koszar wojskowych. W twierdzy powinien pozostawać garnizon wystarczający do jej obrony, a jednostki polowe mają osłaniać twierdzę, pozostając poza jej granicami.
Te wnioski, a przede wszystkim to, że Cesarstwo Niemieckie zyskało teraz nie tylko status czołowego mocarstwa europejskiego o dalekosiężnych planach, lecz także nieuniknionych przy takich planach potencjalnych wrogów, zmusiły niemieckie władze wojskowe do pośpiesznego zajęcia się kwestiami budownictwa twierdzowego. Zlikwidowano 14 twierdz z 50. Za to z pozostałych 36 aż 29 podlegało gruntownej modernizacji. Wśród nich był Królewiec. Zadanie nieco ułatwiały ogromne kontrybucje, które pokonana Francja płaciła młodemu Cesarstwu Niemieckiemu, oraz dysponowanie przez Niemcy darmową siłą roboczą w postaci pół miliona francuskich jeńców.
Modernizacja twierdzy Królewiec należała do zadań priorytetowych, ponieważ zanosiło się na ochłodzenie stosunków rosyjsko-niemieckich. Oczekiwanie to wynikało z faktu, że Niemcy w osobie Bismarcka nie zamierzały spełnić złożonych w zamian za neutralność w wojnie francusko-pruskiej obietnic pomocy w zniesieniu postanowień pokoju paryskiego, ograniczających obecność Rosji w regionie czarnomorskim.
Twierdza I rangi
Idea nowych twierdz polegała na tym, że w odległości 5–7 km od starego obwodu twierdzy buduje się pierścień fortów – potężnych, umocnionych, stałych pozycji artyleryjskich. Jednostki polowe rozmieszcza się w przerwach między fortami. Tym samym zadanie powstałej w ten sposób twierdzy fortowej sprowadza się do utrzymania przeciwnika w odległości 2–5 km od linii fortów, a w razie przełamania linii obrony forty bronią się samodzielnie, powstrzymując przeważające siły przeciwnika. W tym czasie armia ma przerzucić na odcinek przełamania odwody i przywrócić dotychczasowe położenie na teatrze działań wojennych. Skuteczne przeciwdziałanie fortów artylerii oblężniczej przeciwnika zamierzano osiągnąć dzięki jakościowo lepszej pozycji, jaką dysponuje załoga fortu, co zostanie bardziej szczegółowo omówione poniżej.
Tak więc już w 1871 roku główny niemiecki inspektor twierdz Kameke postawił przed komitetem inżynieryjnym zadanie zaprojektowania fortu, który stanie się podstawą wszystkich niemieckich twierdz fortowych. Projekt miał uwzględniać doświadczenia minionej wojny; fort miał być rozległy, mieścić znaczny garnizon i uzbrojenie artyleryjskie, a także wszystko, co niezbędne do długotrwałej obrony w warunkach całkowitej izolacji. Stropy fortu miały mieć grubość muru co najmniej 1 metra, a obwałowanie miało osiągać grubość 5 m zamiast przyjętych dotąd 1,8 m. Warto zauważyć, że niemieccy fortyfikatorzy zwrócili się o radę w sprawie rozmieszczenia artylerii do słynnego rosyjskiego inżyniera wojskowego Eduarda Iwanowicza Totlebena. I już wspólnie z nim wypracowano koncepcję rozmieszczenia głównej artylerii twierdzy na pozycjach polowych obok fortów i w przerwach między nimi. W ten sposób już pod koniec XIX wieku, w trakcie budowy fortów, znaczenie pozycji artyleryjskich bezpośrednio na terenie fortów stało się drugorzędne. To ważny moment, pozwalający zrozumieć prawdziwą rolę fortów Królewca podczas ich szturmu w kwietniu 1945 roku.
Główne wejście do fortu nr 3 „König Friedrich III”.
Budowa fortu nr 3, nazwanego od miejsca położenia „Quednau”, trwała już od dwóch lat, gdy wreszcie gotowy był projekt niemieckiego fortu typowego. Prawdopodobnie właśnie ta okoliczność sprawiła, że fort nr 3 wyszedł większy i bardziej rozbudowany od wszystkich pozostałych. Za to wszystkie pozostałe duże forty (oprócz fortu nr 7) były tymi właśnie „niemieckimi fortami typowymi” bez żadnych „ale”.
Typowymi – a jednak żaden z nich nie był dokładną kopią innego. Różnice i tak się znajdowały: w typie fosy (mokra lub sucha), w układzie koszar szyjowych (liczba kondygnacji i różne zarysy), w rozmieszczeniu poszczególnych pomieszczeń. Fort nr 7 wyraźnie odróżniał się od pozostałych kształtem: ze skróconą szyją i bez kaponier był bliski kształtem pięciokątowi foremnemu. Początkowo forty otrzymały nazwy od miejsca położenia: I – „Lauth”, II – „Neudamm”, III – „Quednau”, IV – „Beydritten”, V – „Charlottenburg”, VI – „Marienburg” (lub „Juditten”), VII – „Holstein”, VIII – „Kalgen”, IX – „Hoch Karschau” lub „Ponarth”, X – „Schönfließ” (lub „Altenberg”), XI – „Seligenfeld”, XII – „Neuendorf”. Wkrótce jednak przemianowano je na cześć przedstawicieli dynastii Hohenzollernów i przedstawicieli pruskich rodów szlacheckich, znanych z zasług wojskowych. Nowe nazwy brzmiały następująco: I – „Stein”, II – „Bronsart”, III – „König Friedrich III”, IV – „Gneisenau”, V – „König Friedrich Wilhelm III”, VI – „Königin Luise”, VII – „Herzog von Holstein”, VIII – „König Friedrich I”, IX – „Dohna”, X – „Canitz”, XI – „Dönhoff”, XII – „Eulenburg”. Forty obowiązkowo łączono ze sobą drogą, ponieważ już wtedy stało się jasne, że manewr wojskami nabiera szczególnego znaczenia dla każdej operacji wojskowej. Ostatnim akcentem budowy pierścienia fortów była budowa trzech małych fortów Ia, IIa i Va, które od razu otrzymały nazwy: „Groeben”, „Barnekow” i „Lehndorff”.
Teraz Królewiec miał dwa pierścienie obronne – zewnętrzny i wewnętrzny. Pod względem zajmowanej powierzchni i potęgi budowli fortyfikacyjnych Królewiec stał się jedną z największych twierdz swojej epoki. Dlatego otrzymał dumny status twierdzy I rangi.
Cóż nam szkodzi fort zbudować
Idea fortu typowego rozwiązywała mnóstwo problemów. To, co typowe, jest zawsze tańsze od tego, co oryginalne. Do prac typowych łatwiej przygotować inżynierów i budowniczych, a do typowego garnizonu – żołnierzy. Ich szkolenie można zacząć jeszcze przed zbudowaniem fortu, na innym, analogicznym obiekcie. Niemiecki fort typowy miał jeszcze jeden technologiczny smaczek – do jego budowy nie trzeba było ani dowozić, ani wywozić ziemi. Obwałowanie wykonywano z gruntu wydobytego przy kopaniu fosy i dziedzińców wewnętrznych. Pierwotna grubość ceglanych murów i stropów wynosiła co najmniej 1 m.
Oryginalny schemat fortu nr 11 „Dönhoff”.
Budowa fortu jest dość prosta. Jeśli spojrzycie na schemat fortu, zobaczycie, że składa się on z dwóch wałów – czołowego i szyjowego, w których korpusie mieszczą się koszary o tych samych nazwach. Koszary czołowe zawierały pomieszczenia bojowe, szyjowe – bytowe. Oczywiście przy obronie okrężnej wszystkie pomieszczenia stawały się bojowymi. Od szyi do wału czołowego biegnie dobrze obwałowana główna (centralna) poterna (ЦП), która zaczyna się od jedynego wejścia do fortu (Вх). Poterna rozdziela lewy i prawy dziedziniec (ЛД i ПД). Podczas szturmu szczególną rolę odgrywają kaponiera czołowa (НК) i dwie półkaponiery (ЛПК i ППК). W kaponierach ustawiano 3,7-cm szybkostrzelne działka rewolwerowe, które skutecznie spełniały zadanie obrony fosy przed nieprzyjacielem, który się do niej przedarł. Flankowanie fosy od strony szyi realizowano różnymi sposobami. Na schematach odbywa się ono z koszar szyjowych o zarysie bastionowym i z budowli wejściowej pełniącej rolę kaponiery szyjowej. Czasem na barkach zamiast zarysu bastionowego stosowano dodatkowe półkaponiery szyjowe, a czasem poprzestawano na flankowaniu tylko z jednej kaponiery szyjowej.
Na czym zatem polegała przewaga pozycji artyleryjskiej na wale czołowym fortu względem pozycji przeciwnika w polu przed fortem? Działa fortu były umieszczone 4–6 m wyżej od poziomu stoku bojowego, a względem przeciwnika – nawet do 20 m wyżej.
Tym samym, gdy przeciwnik znajdował się w zasięgu ognia płaskotorowego, fort miał przewagę zasięgu rzędu kilkuset metrów. Ale wszystko zaczynało się wcześniej, gdy przeciwnik zbliżał się do linii fortów na jakieś 5–7 kilometrów. Pozycja działa na forcie pozwalała prowadzić zarówno ogień płaskotorowy, jak i stromotorowy, zapewniający maksymalny zasięg. Pojedynek artyleryjski na takich odległościach również dawał przewagę fortowi. Kanonierzy jego załogi otrzymywali dokładne wskazanie celów, ponieważ z wysokości wału fortu teren był jak na dłoni, a poza tym wszystkie główne punkty orientacyjne były wcześniej wstrzelane. Natomiast nacierający przeciwnik, strzelając z ciężkich dział ogniem stromotorowym, bardzo słabo orientował się, gdzie padają jego pociski, ponieważ trafienie w fosę przed fortem, w dziedziniec wewnętrzny czy w fosę za fortem dawało obserwatorowi podobny obraz wybuchów. Dlatego skorygowanie ognia co do odległości było dla strony atakującej znacznie trudniejsze. A teraz wyobraźcie sobie, że bateria ciężkich dział oddaje jedną salwę co 2–4 minuty. Oznacza to, że wstrzeliwanie się mogło zająć bardzo długi czas. A przy zmianie pozycji, ponieważ łatwo ją było nakryć ogniem z fortu, wstrzeliwanie trzeba było przeprowadzić od nowa.
Przewaga pozycji i osłony – oto główna idea fortu.
Tymczasem fort jako pozycja artyleryjska miał też mnóstwo wad – część z nich istniała od początku, inne zaczęły dawać o sobie znać później. Ponieważ działa fortu stały odkryte na ogień stromotorowy, wystarczyło, by artyleria polowa przeciwnika wstrzelała się w fort, a jej ogień prowadził do dużych strat w artylerii i obsłudze dział. Gdy rozwinęły się środki zwalczania artylerii przeciwnika, obiekt taki jak fort nakrywała artyleria średniego kalibru w ciągu kilku minut. Prowadziło to do wyłączenia dział z walki i uniemożliwiało wyprowadzenie na pozycje dział rezerwowych.
Tak oto fort wyłączano z walki bez przebijania stropów kazamat, wyłącznie dzięki zmasowanemu ogniowi nie najpotężniejszych środków rażenia. Wadę tę przezwyciężano, budując tak zwane forty pancerne, których artylerię umieszczano w pancernych wieżach – artyleria polowa ich nie przebijała, a ciężka oblężnicza mogła uszkodzić wieżę tylko przy całym szeregu sprzyjających okoliczności. Jednak w Królewcu forty nie miały takich elementów pancernych, z wyjątkiem pancernej kopuły obserwacyjnej. Przez jej strzelnice dowództwo fortu mogło bez ryzyka kontrolować sytuację, lecz tylko na froncie fortu. Takie kopuły zainstalowano na fortach nr 2, 3, 5, 6, 10, 11.
Odwieczna walka tarczy i miecza
Forty zaczęto modernizować dosłownie zaraz po zbudowaniu. Przyczyną konieczności modernizacji była wciąż ta sama rosnąca siła artylerii. Nie wszystkie 12 dużych fortów zdążyło wejść do służby, gdy pojawienie się nowych pocisków kruszących i prochu piroksylinowego postawiło pod znakiem zapytania skuteczność nowych budowli twierdzowych. Strzelania na poligonach wykazały, że dla nowych dział wielkiej mocy metrowe ceglane sklepienie nie stanowi przeszkody. Zagłębienie pocisku w ziemię przed wybuchem sięgało 5 m. I nawet jeśli znajdujące się pod wałem ziemnym ceglane sklepienie nie ulegało zniszczeniu, potężna fala uderzeniowa odłupywała od spodu ceglanego stropu mnóstwo odłamków cegły, które raziły ludzi kryjących się w kazamatach. Ale i przebicie takiego stropu na wylot stawało się raczej regułą niż wyjątkiem.
Drugim problemem, z jakim zetknęli się fortyfikatorzy, był zwiększony zasięg ognia artylerii. Znajdując się 5–7 km od obwodu twierdzy, fort nie mógł już zagwarantować ochrony dzielnic miejskich przed ogniem wroga.
Trzeci aspekt już wspominaliśmy – to podatność artylerii na wałach fortu. A czwartym kłopotem okazało się to, że przystosowany do obrony okrężnej fort stawał się dla swojej załogi „kamiennym workiem”, gdy tylko przeciwnik zablokował jedyne wejście do fortu. Wydostać się z niego było nie łatwiej niż dostać się do środka.
Oznacza to, że zablokowanemu fortowi pozostawała tylko obrona bierna, bez możliwości wypadów i odblokowania siłami garnizonu. Nie mogła też załoga fortu pomóc śpieszącym na odsiecz wojskom odblokowującym.
Pierwszą wykrytą wadę usunięto stosunkowo łatwo: przeprowadzono modernizację kazamat fortu. Ceglane budowle zasypano metrową warstwą piasku. Na wierzch kładziono warstwę lepkiego betonu, także o grubości jednego metra. Następnie odtwarzano obwałowanie ziemne. W podobny sposób wzmocniono wszystkie ważniejsze pomieszczenia i budowle fortu. W drugorzędnych, a także tam, gdzie wykonanie poduszki piaskowo-betonowej było niemożliwe, poprzestano na zabezpieczeniu muru ceglanego od wewnątrz blachą falistą. Między cegłą a metalem wykonywano niewielką warstwę piasku. Takie rozwiązanie nazwano ochroną przeciwodłamkową, ponieważ służyło zapobieganiu powstawania odłamków cegły wewnątrz pomieszczenia.
Zwiększony zasięg artylerii oblężniczej postanowiono zneutralizować wzmocnieniem polowych baterii przeciwbateryjnych, które miały szybko wykrywać i obezwładniać ostrzeliwujące miasto działa wroga.
Trzecie rozwiązanie okazało się zgubne dla wiodącej roli fortów w obronie miasta. Postanowiono usunąć z fortów całą artylerię wielkokalibrową. Odtąd znajdowała się ona tylko na bateriach przylegających do fortu i na pozycjach polowych. Oczywiście działa nie stały się przez to lepiej chronione, ale teraz trudniej je było wykryć, a w razie wykrycia pozycję można było szybko zmienić. Nieco później także artyleria średniego kalibru opuściła wały fortów. Zostały tylko działka rewolwerowe w kaponierach do obrony samego fortu przed szturmem.
Czwartą kwestię rozwiązano mniej radykalnie, ustawiając na niektórych fortach dodatkowy blokhauz osłaniający wejście. Skuteczność tego przedsięwzięcia, powiedzmy wprost, wydaje się wątpliwa.
Analizując przeprowadzone zmiany, można zrozumieć, że stały się one agonią samej idei twierdzy fortowej i fortyfikacji twierdzowej w ogóle. Jej główny składnik – fort – można było nadal wzmacniać i obwałowywać, lecz nieuchronnie tracił on swoją rolę kluczowego węzła obrony.
Fort nieuchronnie przekształcał się w głuchy bunkier, zdolny w najlepszym razie przez pewien czas bronić samego siebie. I choć na początku I wojny światowej forty wciąż pozostawały w służbie, ich czas minął. Ogromne armie wymagały równie rozległych rejonów umocnionych. Najgroźniejsze kierunki, z których można było spodziewać się ataku, przegradzały teraz rzutowane w głąb stałe linie obronne (jak na przykład Linia Maginota). A jeśli stare twierdze fortowe znajdowały w nich miejsce, to jedynie jako element, i to bynajmniej nie najpewniejszy.
Do końca XIX wieku w fortach zaszły jeszcze pewne zmiany: tam, gdzie pozwalała na to fosa, w jej przeciwskarpie zbudowano kazamatowane pomieszczenia – kofry. Połączono je z centralną poterną podziemnymi przejściami pod fosą. Przeznaczenie kofrów było takie samo jak kaponier – ostrzeliwać fosę ogniem flankowym. Tyle że kofry były wygodniejsze, ponieważ dopóki żołnierze przeciwnika nie znaleźli się w fosie, nie mogli ich w żaden sposób ostrzelać, a więc ułatwić sobie szturmu. Poza tym fosę wyposażono w kratę przeciwszturmową z potężnymi ostrymi zębami.
A jeszcze nieco później forty zelektryfikowano. Przy tym istniało zarówno zasilanie zewnętrzne, jak i autonomiczne.
Stara gwardia rwie się do boju
A jednak to się stało. Wydawałoby się, że wysłane już na emeryturę forty Królewca zostały ponownie powołane do czynnej armii. Na początku 1945 roku, gdy przez terytorium Prus Wschodnich przetoczyła się fala ognia i stali, docierając w ciągu dwóch tygodni aż do ich stolicy, po raz pierwszy od czasów powstania pogańskich Prusów w 1260 roku Królewiec nie opuścił flagi przed nacierającym przeciwnikiem. Komendant oblężonego miasta-twierdzy generał Otto Lasch otrzymał jednoznaczne polecenie bronienia stolicy Prus Wschodnich do ostatniego obrońcy. Jednak w odróżnieniu od wydających taki rozkaz führerów różnego kalibru był on wojskowym, a zatem rozumiał, że w zaistniałej sytuacji czas od śmierci pierwszego obrońcy twierdzy do śmierci ostatniego może okazać się wcale nie tak długi. W gruncie rzeczy jednostki Armii Czerwonej mogły podjąć walki o miasto z marszu. Pod sam koniec stycznia 1945 roku w mieście panował chaos, obrona nie była należycie przygotowana. Wszystko zmierzało ku nieprzewidywalnemu pod względem strat starciu nieprzygotowanej obrony z nieprzygotowanym szturmem...
Jednak dowództwo radzieckie w osobie marszałka Wasilewskiego i jego sztabu wybrało najbardziej wyważone rozwiązanie: wziąć miasto w okrążenie, a jego szturm rozpocząć dopiero po starannym przygotowaniu i uzupełnieniu strat w armiach 3. Frontu Białoruskiego przeznaczonych do szturmu miasta.
Powstała przerwa pozwoliła komendantowi oblężonego miasta w pełni opanować sytuację. Sądząc z pamiętników, Otto Lasch nie był zagorzałym nazistą, gotowym bez mrugnięcia okiem zginąć tylko dlatego, że tak zażyczył sobie führer. Zresztą postąpić wbrew woli Hitlera – poddać miasto bez walki – Lasch z wielu powodów nie mógł. Jego wspomnienia o wydarzeniach tamtych dni przepełnione są nutami beznadziei i poczuciem nieuchronnej zguby. Ale chyba nie tracił jednak nadziei, że miasto pozostanie w statusie oblężonej cytadeli aż do kapitulacji naczelnego dowództwa w Berlinie.
Tak czy inaczej, organizując obronę, generał Lasch nie mógł zignorować faktu, że Królewiec ma forty. Goebbels natychmiast ogłosił pas fortów „koszulą nocną Królewca”, w której może on spokojnie spać, nie obawiając się przeciwnika. W jaki sposób koszula nocna chroni przed śmiercionośną bronią – tego, co prawda, nie wyjaśnił.
Generał Lasch (przynajmniej w pamiętnikach) miał o wytrzymałości tej „koszuli” inne zdanie. Pisze, że linia obrony z konieczności przebiegła wzdłuż linii starych fortów. To bardzo trafne określenie roli fortów – są, a to lepiej, niż gdyby ich nie było. Lecz gdyby ich nie było, obrona i tak przebiegałaby na tym rubieżu. Po pierwsze dlatego, że biegnie tu bardzo dogodna droga rokadowa, znana nam dziś jako obwodnica. Po drugie dlatego, że właśnie przed tymi rubieżami zatrzymała się Armia Czerwona. Z tyłu przedmieścia, z przodu pole. Między nimi obwodnica. Wygodniejszej pozycji być nie może. A forty – to miły dodatek do tego wszystkiego.
Należy tu doprecyzować, że w chwili okrążenia Królewca jego garnizonowi pozostawało już 14 fortów z 15. Kazus przydarzył się z fortem nr 9 „Dohna”.
Okoliczności, w jakich strona niemiecka utraciła ten fort, do dziś nie zostały ostatecznie wyjaśnione. W dawnych czasach zrodziło to mnóstwo legend, które pojawiały się nawet w poważnej literaturze o szturmie Królewca. Nie ma sensu wyliczać wszystkich wersji, w jakich przedstawiano wydarzenia pod tym fortem, ale współczesna ich wersja wygląda następująco: w nocy z 29 na 30 stycznia 1945 roku pododdziały 11. Armii Gwardii generała Galickiego dotarły do fortu nr 9. Dalej nasza i niemiecka wersja przebiegu wydarzeń poważnie się rozchodzą. Źródła niemieckie, a przede wszystkim komendant Lasch, twierdzą, że Rosjanie z marszu (niemal przypadkiem!) wjechali do fortu czołgami (lub działami samobieżnymi), a odkrywszy pod gąsienicami kaponiery, zażądali kapitulacji fortu. W odpowiedzi garnizon fortu (dwie kompanie ozdrowieńców, pluton Volkssturmu i pluton radiotelefoniczny pod dowództwem dwóch oficerów podjął decyzję o wysadzeniu fortu, po czym wysadzono arsenał, a większa część załogi zginęła pod jego gruzami.
Nasza wersja wygląda bardziej przekonująco: do fortu podeszła kompania zwiadowcza 11. Armii Gwardii i stwierdziła, że załoga fortu wyjątkowo źle pełni służbę wartowniczą. Na pomoc wezwano 41. samodzielny szturmowy batalion inżynieryjno-saperski, którego żołnierze wysadzili przeciwskarpę fosy. Pod osłoną ognia z pistoletów maszynowych i karabinów maszynowych saperzy założyli 200-kilogramowy ładunek, by wysadzić kaponierę czołową, której ogień utrudniał szturm fortu. Potężny wybuch wywołał detonację amunicji wewnątrz fortu, wskutek czego jego stropy zawaliły się na znacznych odcinkach, a obrońcy, którzy pozostali przy życiu, stracili wszelką wolę oporu i poddali się do niewoli.
Jakkolwiek by było, upadek fortu nr 9 „Dohna” dobitnie pokazał całą podatność fortu jako węzła obrony. Co więcej, pierścień fortów był już przełamany w jednym miejscu, a powstały przyczółek zagrażał trwałości całej południowej linii obrony miasta.
Za to pozostałe forty nie tylko pozostały w rękach armii niemieckiej, ale nadal je umacniano w oczekiwaniu na nadchodzący szturm. Przede wszystkim wzmocniono je zasiekami z drutu kolczastego i polami minowymi. Na wałach dobudowano stanowiska strzeleckie.
Uzbrojenie garnizonów fortów stanowiły głównie karabiny i karabiny maszynowe. Uzbrojenie artyleryjskie samych fortów składało się z lekkich dział małego i średniego kalibru, a także moździerzy. Ustawianie tu ciężkiego uzbrojenia było niecelowe ze względu na niemożność zamaskowania fortu jako pozycji artyleryjskiej. Potężniejsza artyleria (105-mm lekkie haubice polowe) znajdowała się na pozycjach przylegających do fortów. Wielkim błędem niemieckiego dowództwa był brak na fortach skutecznych środków przeciwpancernych, przede wszystkim artylerii przeciwpancernej (posiadane działa 37 mm były skuteczne tylko przeciwko lekkim czołgom). Fakt ten znacznie przyśpieszył upadek fortów, które znalazły się w pasie natarcia wojsk radzieckich.
Forty Królewca stały się obiektem propagandy zarówno niemieckiej, jak i radzieckiej. Przy tym obie strony kładły nacisk na potęgę i niezdobytość tych budowli, tyle że cele były różne: hitlerowcy w beznadziejnej sytuacji podnosili morale obrońców Królewca, radzieccy politrucy przygotowywali żołnierzy do zaciętych i krwawych walk, słusznie zakładając, że lepiej przecenić zdolność obronną przeciwnika, niż ją nie docenić. Właściwie ta propaganda stała się podstawą stereotypu o Królewcu jako twierdzy pierwszorzędnej. Pierwszorzędnych twierdz w tym czasie już nie było, przede wszystkim dlatego, że same twierdze były przeżytkiem minionych epok.
Zresztą gdy obie strony w odezwach i instrukcjach nazywają średniowieczny zamek krzyżacki „cytadelą twierdzy Królewiec”, staje się jasne, że wszystko to jest czystą walką o umysły i ducha żołnierzy, a nie elementami nauki wojskowej.
„Koszula nocna” przeciw artylerii specjalnej mocy
Chwila prawdy dla królewieckich fortów nadeszła 2 kwietnia 1945 roku, gdy rozpoczęło się przygotowanie artyleryjskie do szturmu miasta. Przez cztery dni forty w pasie natarcia Armii Czerwonej były metodycznie ostrzeliwane ze wszystkich dostępnych systemów artyleryjskich średniego i dużego kalibru, a także wielkiej i specjalnej mocy. Tak długie przygotowanie artyleryjskie przeprowadzono po raz pierwszy w całym przebiegu wojny, dlatego zostało ono uzgodnione na najwyższym szczeblu – z Naczelnym Wodzem. Ogólnie plan natarcia artyleryjskiego był następujący: pierwszego dnia prowadzi się rozpoznanie celów artylerią kalibru do 152 mm. Obserwatorzy artyleryjscy mieli rejestrować trafienia w konstrukcje ceglane i betonowe oraz odnotowywać niszczenie obwałowania ziemnego. Następnie do akcji wkracza artyleria wielkiej i specjalnej mocy. Tę pierwszą reprezentowały pod Królewcem zdobyczne działa 211 mm K.38 i krajowe haubice B-4 kalibru 203 mm. Jej zadaniem było niszczenie 120–160-kilogramowymi pociskami schronów bojowych i ziemianek w pasie natarcia.
Przeciwko fortom proponowano zaś użyć najpotężniejszej broni, jaką dysponowała Armia Czerwona – moździerzy 280 mm Br-5 i jeszcze przedrewolucyjnych haubic 305 mm wzór 1915 z pociskami przeciwbetonowymi o masie odpowiednio 246 i 377 kg.
Zrozumiały jest też tak długi czas przeznaczony na ostrzał fortów przed szturmem: działa specjalnej mocy przy zgranej pracy obsługi wysyłają jeden pocisk w cel mniej więcej co 6 minut. W ciągu godziny – 10 pocisków. W ciągu kwietniowego dnia – 100. A do zniszczenia fortów, według obliczeń przedstawionych przez dowódcę artylerii Sambijskiej Grupy Wojsk (dawn. 1. Front Nadbałtycki) N.M. Chlebnikowa, potrzeba by około 250–300 pocisków. Przy tym, aby rejestrować przeloty i niedoloty, w fort powinno strzelać jedno, najwyżej dwa działa. Poza tym działo specjalnej mocy to wyrób jednostkowy; pod Królewcem było ich niewiele więcej niż celów, które należało zniszczyć. Moździerze 280 mm i haubice 305 mm to działa niezupełnie zwyczajne. Skrajnie niemobilne. Do niszczenia potężnych budowli ustawia się je na pozycji tak, by kąt podniesienia działa odpowiadał najkorzystniejszemu kątowi wejścia pocisku w przeszkodę. Często miejsce na pozycję zupełnie nie sprzyjało ukryciu działa i osłonie przed ogniem odwetowym, ale konieczność strzelania właśnie z tego miejsca nie pozostawiała artylerzystom wyboru. W dzień działa specjalnej mocy osłaniano przed ogniem przeciwnika środkami walki przeciwbateryjnej, które miały niezwłocznie ustalać współrzędne dział wroga i obezwładniać je ogniem artylerii średniego i dużego kalibru.
Nocą artyleria osłonowa prowadziła nieprzerwany ogień nękający, by nie dać załodze fortu wyprowadzić dział na pozycje i naprawiać uszkodzeń infrastruktury fortu.
Oto jak wyglądają wyniki ostrzału fortu nr 5 według meldunku dowództwa 245. Samodzielnego Gąbińskiego Dywizjonu Artylerii Specjalnej Mocy Odwodu Naczelnego Dowództwa (245 OAD OM):
W ciągu dnia dywizjon wystrzelił w fort 131 pocisków. Trafień – 35, w tym:
– 8 pocisków dało silny płomień i ostry dźwięk: świadczy to, że pocisk trafił w przeszkodę betonową, ale jej nie przebił.
– Uzyskano 8 głuchych wybuchów z powolnym wydobywaniem się dymu; wybuchy te świadczą o przebiciu na wylot.
– 2 trafienia dały szary pył, co świadczy o zniszczeniu przeszkody.
– 14 trafień w pagórki fortu, widoczny był rozrzut ziemi, desek, drzazg, szmat, papieru.
– Kilka trafień uzyskano w rów przeciwczołgowy, widoczny rozprysk wodnego pyłu.
– Podczas wstrzeliwania się jeden pocisk dał potrójny wybuch, widocznie wybuchły miny.
– Wybuchy pocisków na lewo i przed fortem zdetonowały miny na polu minowym na trzech odcinkach.
2 kwietnia do godz. 18.00 dowieziono 150 pocisków.
W meldunku odnotowano również, że w nocy przeciwnik oddał 11 strzałów w odpowiedzi; pociski kalibru 105 mm nie wyrządziły dywizjonowi szkody.
Ostateczne wyniki ostrzału fortów podsumowała specjalna komisja 3. Frontu Białoruskiego, która dokonała oględzin fortów po szturmie. Odnotowano następujące rezultaty:
– Fort nr 4: 226. OAD OM RWK. Moździerze Br-5 (280 mm). 100 trafień, przebić 9.
– Fort nr 5: 245. OAD OM RWK. Moździerze Br-5 (280 mm). 73 trafienia, przebić 2.
– Fort nr 8: 329. OAD OM RWK. Haubice wz. 1915 (305 mm). 78 trafień, przebić 5. Całkowicie zniszczona jedna półkaponiera.
– Fort nr 10: 330. OAD OM RWK. Haubice wz. 1915 (305 mm). 172 trafienia, przebić 2. Rozbita pancerna kopuła obserwacyjna.
– Fort nr 5a – 280 pocisków 280 mm i 74 pociski 203 mm. 90 trafień w fort. 4 trafienia bezpośrednio w koszary. Przebić brak.
– Stwierdzono, że cała nieukryta w kazamatach artyleria wroga została zniszczona ogniem artyleryjskim.
Komisja odnotowała wysokie wyszkolenie bojowe pododdziałów artylerii specjalnej mocy, ale wskazała też, że moc krajowych systemów artyleryjskich jest niewystarczająca do całkowitego zniszczenia fortyfikacji tego typu. Zresztą moździerze 280 mm i haubice 305 mm stanowiły rozsądną granicę mocy lądowej artylerii lufowej i później potężniejszych systemów nie przyjmowano na uzbrojenie Sił Zbrojnych ZSRR.
Szturm
Jak wiadomo, szturm twierdzy Królewiec rozpoczął się 6 kwietnia 1945 roku. Główne siły uderzeniowe stanowiły specjalnie utworzone i wyszkolone do walk w silnie umocnionych kwartałach miejskich grupy szturmowe 11. Armii Gwardii na południu (dowódca generał pułkownik gwardii K.N. Galicki) oraz 43. i 50. Armii na północy (dowódcy generał porucznik A.P. Biełoborodow i generał porucznik F.P. Ozierow). I choć wstępne dane wskazywały, że forty nr 8 i nr 10 w pasie natarcia sił południowych oraz nr 4, nr 5, nr 5a i nr 6 w pasie natarcia północnej grupy wojsk zostały poważnie zniszczone, oddziały szturmowe otrzymały polecenie, by nie szturmować fortów frontalnie, lecz je obchodzić i blokować siłami wydzielonych do tego batalionów, a pozostałym wojskom kontynuować ogólne natarcie.
Dalsze wydarzenia pokazały, że decyzja ta była absolutnie słuszna. Zniszczenia kazamat ostrzelanych fortów okazały się mniejsze, niż wskazywały dane z obserwacji artyleryjskich. Frontalny szturm fortów doprowadziłby do licznych i nieuzasadnionych strat.
Mapa rozmieszczenia fortów Królewca na podstawie Yandex.Map Kaliningradu. Niebieskimi kołami oznaczono forty, których fosy obronne są wypełnione wodą. Fosa wokół fortu nr 1 „Stein” jest obecnie wypełniona wodą, choć według projektu powinna być sucha.
Losy fortów
Fort nr 1 „Stein” znajdował się na kierunku drugorzędnym. Według relacji generała Lascha komendant fortu nr 1 Vogel został zastrzelony przez własnego wachmistrza, ponieważ nie zamierzał kapitulować i był zdecydowany walczyć do ostatniego żołnierza. Osłaniające fort jednostki piechoty odwołano z pozycji w celu zorganizowania przebicia w kierunku Piławy. Pozostawiony bez osłony, okrążony przez wojska radzieckie i poddawany nieprzerwanemu ostrzałowi fort skapitulował rankiem 9 kwietnia.
Forty nr 1a „Groeben”, nr 2 „Bronsart”, nr 2a „Barnekow” zostały zajęte przez pododdziały 50. Armii rankiem 9 kwietnia po niewielkim oddziaływaniu ogniowym i wycofaniu się ich załóg, które otrzymały rozkaz opuszczenia umocnień, zanim zostaną całkowicie odcięte od głównego zgrupowania w Królewcu.
Fort nr 3 „König Friedrich III” nasze wojska obeszły jeszcze zanim nadszedł rozkaz opuszczenia fortu. W okolicach fortu doszło do niewielkich starć, następnie artyleria ostrzelała koszary szyjowe fortu, po czym wczesnym rankiem 9 kwietnia rozpoczął się szturm, który zresztą zakończył się dość szybko – fort skapitulował już do godziny 8 rano.
Fort nr 4 „Gneisenau” znalazł się w pasie natarcia 206. i 216. Dywizji Strzeleckiej 43. Armii. Już 6 kwietnia fort został zablokowany i był metodycznie ostrzeliwany z dział samobieżnych (pamiętacie o braku dział przeciwpancernych na fortach?!). Ogień artylerii samobieżnej zapędził niemieckich żołnierzy do podziemnych kazamat. Załoga nie miała żadnej możliwości przeciwstawienia się blokującym fort siłom i wszystko zmierzało ku ostatecznemu szturmowi i walce wręcz w galeriach fortu. Jednak do godziny 8 rano 7 kwietnia zapadła decyzja, by nie walczyć do ostatniego żołnierza, lecz zdać się na łaskę zwycięzcy.
Fort nr 5 „König Friedrich Wilhelm III” walczył najbardziej zacięcie. 6 kwietnia o godzinie 10 rano rozpoczęło się przygotowanie artyleryjskie, podczas którego fort nie odpowiadał ogniem. Grupy szturmowe 801. i 802. Pułku obeszły fort i kontynuowały walki na przedmieściach, odcinając tym samym fort od sił osłonowych. Szturm fortu powierzono drugiemu rzutowi – 1. batalionowi 732. Pułku z przydzieloną mu artylerią. Strzelnice przeciwnika nakryto ogniem artylerii i karabinów maszynowych. Saperzy najpierw wysadzili przeciwskarpę, dzięki czemu możliwe stało się zejście do fosy. Następnie pod osłoną ognia karabinów maszynowych i dymów maskujących sforsowali fosę, zakładając i odpalając ładunki przy ścianie koszar. W tym samym czasie, według szeregu źródeł, w blokhauz osłaniający wejście do fortu oddał trzy celne strzały moździerz 280 mm. Moździerz strzelał na wprost, czego zabraniała instrukcja strzelania z tego działa. Przy tym blokhauz został całkowicie zniszczony, a jeden z pocisków wstrzeliwujących przebił na wylot ścianę koszar szyjowych.
Potem do szturmu ruszyli piechurzy. W ciągu dwóch dni szturmu doszło do ataków na bagnety w kazamatach fortu. Fort skapitulował dopiero 8 kwietnia około 9 rano.
Fort nr 5A „Lehndorff” znalazł się w pasie natarcia 33. Dywizji Gwardii i 87. Dywizji Gwardii 43. Armii. 6 kwietnia do godz. 18.00 został zablokowany przez 262. Pułk 87. Dywizji Gwardii, idący w drugim rzucie natarcia. W ciągu godziny artyleria 337. Pułku Artylerii Samobieżnej obezwładniła wszystkie punkty ogniowe na terenie fortu. Saperzy przygotowali ładunki do wysadzenia jego kazamat. O godz. 19.45 dowództwu fortu przedstawiono ultimatum o natychmiastowym poddaniu fortu. Poddającym się gwarantowano życie, a rannym – pomoc medyczną. 7 kwietnia o 3 w nocy fort wywiesił białą flagę. Do niewoli poddało się 194 jego obrońców.
Fort nr 6 „Königin Luise” otrzymał swoją porcję pocisków kalibru 280 mm i już 6 kwietnia wszedł do walki z nacierającymi 24. Dywizją Gwardii i 319. Dywizją 43. Armii. Fort zablokowano i zaatakowano przy pomocy dział samobieżnych ISU-152 (i znów przypominamy, że na fortach nie było środków przeciwpancernych!) oraz dwóch batalionów piechoty pod dowództwem majorów Zienowa i Nikołajenki. Przez dwa dni załoga walczyła w pełnym oblężeniu, a gdy wszystkie możliwości obrony zostały wyczerpane, próbowała przebić się z fortu do miasta. Część żołnierzy została zniszczona przez wojska radzieckie, pozostali poddali się do niewoli.
Fort nr 7 „Herzog von Holstein” pod koniec dnia 8 kwietnia został odcięty od oblężonego Królewca przez spotykające się jednostki 11. Armii Gwardii i 43. Armii i dlatego nie brał bezpośredniego udziału w obronie miasta. Został zdobyty w toku rozpoczętej operacji całkowitego oczyszczenia Półwyspu Sambijskiego z wojsk niemiecko-faszystowskich.
Fort nr 8 „König Friedrich I” znajdował się w pasie głównego uderzenia 11. Armii Gwardii. Na tym kierunku natarcie prowadziły 16. Dywizja Gwardii, 18. Dywizja Gwardii i 84. Dywizja Gwardii. Fort zablokował 243. Pułk 84. Dywizji Gwardii, a grupy szturmowe kontynuowały natarcie na Królewiec. Do godziny 18 dnia 6 czerwca fort został całkowicie odcięty od reszty zgrupowania przeciwnika. Major gwardii Romanow, dowodzący batalionami z przydzieloną im artylerią, wezwał na wsparcie dwa plutony miotaczy ognia. Operacja zdobycia fortu rozpoczęła się o świcie 7 kwietnia. Przy zdobywaniu fortu użyto maskującej zasłony dymnej. Pozwoliła ona radzieckim żołnierzom podejść do przeciwskarpy fosy, skąd rozpoczęli zmasowany ostrzał strzelnic kaponiery czołowej z miotaczy ognia. Żołnierze w kaponierze doznali poparzeń, zaczęła detonować amunicja. Skupienie uwagi na części czołowej fortu doprowadziło do osłabienia obrony szyi, co wykorzystała 1. kompania, która pod osłoną ognia karabinów maszynowych pokonała most i zaczęła obrzucać granatami strzelnice koszar szyjowych. Wykorzystując nieostrzeliwaną przestrzeń, na wał czołowy przedostali się żołnierze 2. kompanii i plutonów miotaczy ognia.
Miotacze ognia zaczęli wlewać łatwopalną ciecz do rur wentylacyjnych. Już pierwsze pożary w kazamatach zmusiły załogę fortu do kapitulacji. Stało się to do godziny 11 rano 7 kwietnia. Do niewoli poddało się około 100 żołnierzy i oficerów. Wśród poddających się było wielu żołnierzy z poparzeniami, a kolejnych 38 ciężko rannych znaleziono bezpośrednio podczas sprawdzania pomieszczeń fortu.
Fort nr 9 „Dohna” w wyniku wybuchu arsenału wypadł z walki na długo przed szturmem.
Fort nr 10 „Canitz” znajdował się w pasie natarcia 26. Dywizji Gwardii i 83. Dywizji Gwardii 11. Armii Gwardii. Pozostawiwszy do zablokowania fortu niewielkie siły, dywizje kontynuowały natarcie. Pododdziały blokujące podjęły szturm fortu od strony szyi, przeprowadziły zmasowany ostrzał artyleryjski koszar szyjowych i pod osłoną ognia piechota oraz pododdziały saperów wdarły się do fortu. Tymczasem karabiniarze maszynowi i artylerzyści obezwładniali punkty ogniowe. W koszarach fortu pozostawało jeszcze do kompanii żołnierzy przeciwnika, dlatego kontynuowanie szturmu groziło dużymi stratami. Postanowiono zmusić fort do kapitulacji. Saperzy założyli kilka potężnych ładunków, a przez głośnik przekazano załodze fortu, że dalszy opór grozi wysadzeniem fortu i niepotrzebnymi stratami. O 5 rano 7 kwietnia załoga fortu licząca 110 żołnierzy i oficerów na czele z majorem Machtem skapitulowała.
Forty nr 11 „Dönhoff” i nr 12 „Eulenburg” doświadczyły oddziaływania ogniowego znacznie słabszego niż inne forty południowego frontu obrony. Znajdowały się z dala od kierunku głównego uderzenia. Gdy zrozumiano, że nacierające jednostki Armii Czerwonej posunęły się już daleko naprzód, forty zostały opuszczone przez załogi, które próbowały połączyć się z głównym zgrupowaniem broniącym miasta. Odwrotowi towarzyszyły starcia, które jednak nie miały zaciętego charakteru. Według relacji komendanta Ottona Lascha dowódca fortu nr 12 zastrzelił się, a załoga opuszczała fort już bez swojego dowódcy. Rankiem 7 kwietnia Armia Czerwona całkowicie opanowała fort nr 12, a do godziny 13 – fort nr 11.
Od burzliwej przeszłości do smutnej teraźniejszości
Zaraz po zakończeniu walk forty kontynuowały swoją służbę. Widocznie w hołdzie tradycji w fortach 1, 1a, 2, 3a, 3, 6, 7, 10, 11 i 12 rozlokowali się wojskowi. W większości przypadków forty pełniły funkcje pomocnicze i służyły jako magazyny (w tym wojskowe magazyny warzyw). Na fortach nr 4 i nr 5 niszczono amunicję. Fort nr 9 z powodu zniszczeń porzucono. Nie wykorzystywano fortu nr 5a i nr 8. Czasem, oczywiście, w ich życiu nadchodziły jasne chwile. Tak fort nr 5 nie został do końca zniszczony przez wysadzanie „echa wojny”, lecz w porę przekształcony w kompleks memorialny – pomnik masowego bohaterstwa żołnierzy radzieckich. Przez długi czas był jedynym, który cywilni mieszkańcy Kaliningradu znali jako „fort”. Przyjeżdżały tu wycieczki i orszaki weselne, tu składano kwiaty 9 kwietnia i 9 maja, ten fort znajdował się w każdym zestawie pocztówek o mieście. Wejście na inne forty było albo całkowicie zamknięte, albo nieznane większości mieszkańców. Wszystko zaczęło się zmieniać przy demilitaryzacji obwodu: wojskowi opuścili najpierw forty nr 2 i nr 3, potem nr 1, nr 1a i nr 2a. Na forcie nr 3 doszło potem do dwóch znamiennych wydarzeń: kręcono tu film „Rozkaz: przekroczyć granicę”, w którym fort występował jako pewna japońska twierdza, dlatego na jego murach do dziś można znaleźć napisy w hieroglifach.
Druga historia jest znacznie bardziej tajemnicza: po odejściu wojskowych na forcie znaleziono część zaginionej w 1945 roku kolekcji Prussia-Museum. Kto ją tam zakopał – naziści czy szabrownicy spośród naszych współobywateli – do dziś pozostaje nieznane.
Wszyscy niby rozumieli, że najlepsza przyszłość dla fortów to muzealna lub turystyczna. W praktyce jednak tę funkcję pełnią obecnie tylko trzy obiekty: forty nr 1, nr 5 i nr 11. Forty nr 2 i nr 3 wzięły w dzierżawę osoby prywatne. Co z tego wyniknie – pokaże przyszłość. Pod ochroną wojskowych znajdują się forty nr 6, nr 7 i nr 12. Tam przynajmniej można się spodziewać, że nie zostaną rozebrane na cegłę. Fortu nr 5a pilnuje legendarna w kręgu miejscowych krajoznawców postać. Poważne obawy budzi stan fortów nr 4, nr 8, nr 9, nr 10. Według relacji naocznych świadków dochodzi tu do wysypywania śmieci, niszczenia kazamat buldożerami, wydobywania cegły, zawalania się stropów. I nadziei na istotną poprawę sytuacji tych fortów nie ma.
ANO „Dziedzictwo Fortyfikacyjne Obwodu Kaliningradzkiego”
Fort nr 11 „Dönhoff”
Przetłumaczono z języka rosyjskiego przy pomocy AI (Claude, Anthropic), październik 2026 r.

