/ Kreuzburg – Sławskoje

Legendy sławnego Kreuzburga

Legendy sławnego Kreuzburga

Biała Panna z zamku Kreuzburg

Nad Kreuzburgiem na górze wznosił się niegdyś zamek. Dziś zostały po nim tylko ruiny, a wśród ludu mówiło się, że lepiej w te strony nie chodzić – działy się tam czasem dziwne rzeczy. Od czasu do czasu widywano tam dziewczynę w bieli: błąka się to tu, to tam i ma nadzieję na wybawienie swojej duszy. A pod ruinami zamku zakopano wiele bezcennych skarbów. Biała dama ukazywała się dzieciom biedaków, które podczas zabaw przypadkiem trafiały do na wpół zawalonych piwnic zamku, i sypała im do czapeczek złote monety. Radośnie wracały dzieci z takimi podarunkami do domu, a ich rodzice byli szczęśliwi. Inne rodziny zazdrościły szczęściarzom i w poszukiwaniu złota przeczołgały się na czworakach przez wszystkie podziemia, ale trafiały im się tylko ropuchy i węże, a nigdy dziewczyna w bieli, obdarzająca hojnymi prezentami.

Pewnego wieczoru szewcy świętowali swoje cechowe święto i porządnie się upili. I dwaj czeladnicy nagle uznali, że byłoby wspaniale, gdyby udało im się odnaleźć Białą Pannę na zamkowej górze. Odwagi przecież im nie brakowało!

I oto, zataczając się, chwiejnym krokiem zaczęli wspinać się ku ruinom zamku. Tam rzeczywiście zobaczyli Pannę siedzącą na kamieniu. Przed nią leżała patelnia pełna złota, a w rękach trzymała srebrną chochelkę.

Czeladnicy kwieciście życzyli jej dobrego wieczoru i bez długich ceregieli poprosili o niewielką jałmużnę na życie. Panna skinęła głową i poprosiła, by przytrzymali na wysokości swoje skórzane fartuchy. Potem odsypała chochelką każdemu po kupce złota z patelni, a dwaj robotnicy z trudem zataszczyli złoto w fartuchach z powrotem do gospody, gdzie z niecierpliwością czekali na nich biesiadnicy – mistrzowie szewscy i czeladnicy. Wreszcie dwaj zuchwali młodzieńcy triumfalnie wrócili do swoich kompanów, choć nagle zaczęli zauważać, że głowa robi im się coraz cięższa, a fartuchy – coraz lżejsze.

Jednocześnie wysypali złoto na stół, który uprzątnęli dla nich kumple, i – co za diabelstwo – gdzież ono się właściwie podziało, to złoto? Żółte jaszczurki, zielone żaby, brunatne ropuchy, jakieś zbutwiałe drewienka… I całe to plugastwo zaczęło pełzać po stole, a nawet wskakiwać do kufli z piwem, co już było zupełnie obrzydliwe..

Obu czeladnikom porządnie przetrzepano skórę, ponieważ cech uznał tę historię za złośliwy wybryk i obrazę całego uczciwego szewskiego ludu.

Rycerze i mniszki z Kreuzburga

W Kreuzburgu na starym rynku stał niegdyś dawny ratusz. I w każdą noc nowiu można było obserwować tam dziwne zjawisko. Gdy tylko zegar na wieży wybił północ, ze szczytu góry, na której wciąż widać było ruiny zamku zakonnego, zjeżdżały jeden po drugim cztery odkryte, prastare wozy. Do każdego z nich zaprzężone były po cztery konie, przy czym do pierwszych dwóch – siwe, a do trzeciego i czwartego – kare.

Siwki stąpały spokojnie, kare zaś szarpały uprząż, stawały dęba, a z ich nozdrzy sypały się ogniste iskry. W pierwszych dwóch wozach siedziało po sześć mniszek w białych szatach. W rękach trzymały różańce, ale nie miały głów. W dwóch pozostałych wozach siedziało dwunastu groźnych rycerzy zakutych w zbroje, a każdy trzymał w rękach swoją głowę w hełmie.

W martwej ciszy ten orszak trzykrotnie objeżdżał w koło rynek, a nie było słychać ani stukotu kopyt o bruk, ani skrzypienia kół. Woźnicami mniszek były białe baranki, a rycerzy – czarne kozły. I tak samo jak konie, którymi powoziły, kozły parskały snopami ognistych iskier.

Potem cały korowód wjeżdżał do starego ratusza, skąd rozlegała się dzika, hulaszcza muzyka i słychać było głosy mniszek i rycerzy: męskie – głośne i ochrypłe, żeńskie – delikatne i ciche. Pieśni biesiadne brzmiały wymieszane z dźwiękami organów i śpiewnymi chorałami kościelnymi.

Z pojedynczym uderzeniem dzwonu, obwieszczającym koniec pierwszej godziny po północy, wozy z widmowymi pasażerami wyjeżdżały z ratusza, znów trzy razy okrążały plac i odjeżdżały precz. I strasznie, i dziwnie było widzieć na ramionach rycerzy okryte welonami głowy mniszek, a u mniszek – głowy rycerzy w hełmach z opuszczoną przyłbicą.

Zdarzyło się, że w 1818 roku w Zielone Świątki i rynek, i stary ratusz spłonęły doszczętnie. Po pożarze ostał się tam jeden jedyny stary budynek. W następny nów rycerze i mniszki pojawili się znowu. Każdy miał na ramionach własną głowę, ale tym razem wozy objechały plac po wciąż dymiącym pogorzelisku, po głowniach i gruzach – dziewięć razy.

Wozy zniknęły w jedynym ocalałym domu, gdzie znów powtórzyła się nocna uczta. Tym razem jednak nie była już tak hulaszcza, lecz łagodniejsza i spokojniejsza. Uroczyste brzmienie organów i pobożne chorały zagłuszały dziką, rozpasaną wesołość.

Gdy rynek odbudowywano, stary, przekrzywiony budynek rozebrano, aby zrobić miejsce pod nowe zabudowania. I w następną noc nowiu nad placem rozbrzmiała cicha, delikatna i bardzo przyjemna melodia. Był to zachwycający śpiew: Gloria sit Patri, Filio et Spiritui Sancto! („Chwała Ojcu i Synowi, i Duchowi Świętemu”).

Od tamtej pory nikt już nigdy nie widział ani groźnych rycerzy, ani mniszek. Nie pojawiali się więcej na swoich wozach zaprzężonych w białe i czarne konie. Wszyscy znaleźli schronienie tam, gdzie panuje wieczny spokój i nie ma miejsca na ziemskie troski.

ŹRÓDŁA

1. Иоганн Георг Грессе. Книга легенд Прусского государства. (Johann Georg Theodor Grässe. Sagenbuch des Preußischen Staats. 1–2, Band, 1868/71.)

2. Людвиг Бехштейн. Книга легенд. (Ludwig Bechstein. Deutsches Sagenbuch. 1853.)



● Od redakcji: Przeczytajcie na VisitPrussia.com wywiad z tłumaczką baśni niemieckich, a zwłaszcza pruskich, naszą stałą autorką Tatianą Koliwaj, która prowadzi własnego bloga, gdzie opublikowano niezliczone mnóstwo innych przypowieści, legend i baśni w jej przekładach.


Przetłumaczono z języka rosyjskiego przy pomocy AI (Claude, Anthropic), październik 2026 r.