/ Królewiec

Pożar Lastadii 2 sierpnia 1839

Pożar Lastadii 2 sierpnia 1839

Jeden z nielicznych wizerunków Czerwonego Żurawia, zniszczonego w opisywanym pożarze, na litografii Friedricha Lahrsa „Port i Czerwony Żuraw” z serii „Miasto Kanta. Osiem obrazów Królewca XVIII wieku”.

W 1842 roku w gdańskim wydawnictwie Franka Gerharda ukazała się w dwóch tomach książka niemieckiego filozofa, historyka literatury i pisarza Karla Rosenkranza "Königsberger Skizzen" /"Szkice królewieckie"/. Publikujemy wybrane rozdziały dzięki uprzejmej zgodzie tłumaczki Tatiany Koliwaj.

LEGENDY PRUS na blogu Tatiany Koliwaj.



Stało się to gorącym latem 1839 roku. Po obiedzie siedziałem przy oknie w swoim pokoju, zaczytany w ciekawej książce. Nagle na stronę padł cień. Pomyślawszy, że to chmura, która wkrótce przepłynie, podszedłem do okna. Wybiła szósta. Mieszkałem wtedy w domu obok kościoła Burgkirche, minutę drogi od placu Górnego (Bergplatz). Nad dachami domów naprzeciwko ujrzałem ścielący się gęsty czarny dym. Wznosił się coraz wyżej, rozlewając się wszerz i gęstniejąc. Na ulicy zaczynało już być czuć niepokój. Ludzie z lękiem patrzyli w niebo, zbijali się w grupki, szukali miejsca, skąd można by zobaczyć źródło dymu, wymieniali między sobą zatrwożone spojrzenia i pytania. Wziąłem kapelusz i laskę i pośpieszyłem w stronę Pregoły, od której unosił się dym.

Kiedy jednak podszedłem do rzeki, zobaczyłem, że muszę skręcić znacznie bardziej w prawo. Tymczasem z dymu, coraz bardziej rozpełzającego się na wszystkie strony, raz po raz niczym meteory sypały się oślepiające iskry.

Przechodząc obok ulicznej tandety, zobaczyłem, że sprzedawcy spokojnie siedzą na swoich krzesłach. Staruszka z zapałem czytała wytartą grubą książkę, mężczyzna w średnim wieku czyścił szczotką stary aksamitny fotel. Młoda dziewczyna w ostatnim kramie, gdzie sprzedaje się czarne, żółte i czerwone trumny, spokojnie robiła na drutach, apatycznie patrząc przed siebie. Pomyślałem, że ostatecznie tracę rozum, gdy zobaczyłem, jak przez plac koń ciągnie wóz, na którym między dwoma małymi tyczkami rozpięto linę, a małpki w czerwonych kurtkach balansowały na niej, popisując się swoimi wrodzonymi zdolnościami. Tłum dzimków1 i dzieci stał, wytrzeszczając na nie oczy z taką uwagą, że, jak się zdawało, cały świat mógłby przepaść w nicości, nie niepokojąc ich.

Szybkim krokiem ruszyłem przez Most Miodowy2 ku Niebieskiej Wieży3. Skręciwszy za nią, na chwilę przystanąłem. Cały brzeg był zapchany ludźmi, po Pregole tam i z powrotem uwijały się łodzie. Za budynkiem giełdy4 ku niebu rwały się języki ognia, podobne do długich wijących się węży. We wszystkich kierunkach złowieszczo ciągnął się czarny dym, a wciąż panowała zupełna cisza bez wiatru. Usłyszałem, jak ktoś powiedział, że pali się skład konopi na Lastadii5 i że, niby, ogień szybko się rozprzestrzenia i ogarnął już dachy sąsiednich składów. Próbowałem przedostać się w rejon Klapperwiese6, by dowiedzieć się, jak się mają sprawy u mojego przyjaciela, pana Toussainta, i czy mogę mu być w czymkolwiek pomocny, ponieważ skład jego domu handlowego znajdował się w strefie zagrożenia.

Kiedy przeciskałem się przez tłum na najbliższym moście, czarny dym nagle zamienił się w szarożółtawy. Niczym skrzydła nietoperza rozpostarł się nad całą Pregołą, tak że przez jakieś dziesięć minut prawie nic nie było widać.

Ta chwila była bardzo straszna. Było w niej coś z końca świata. Nagłe zniknięcie wszystkich przedmiotów w upiornej, duszącej mgle przerażało niezwykle.

Tłumaczyło się to tym, że świerkowe drewno krokwi objętego ogniem składu przepaliło się i zajęły się konopie. Ale wtem od morza przyleciał wietrzyk, powietrze ruszyło, i przez wielkie wyrwy w dymie zaczęły być widoczne to mosty i brzeg pełne ludzi, to wesoło błyskające rozbłyski ognia.

Powoli szedłem po deskowym bruku ku wejściu na Klapperwiese, gdzie stał żuraw załadunkowy. Upał był nieznośny. Oszołomieni ludzie zastygli w miejscu i, nie odrywając oczu od straszliwego widowiska, mimowolnie tulili się do siebie. Na Pregole wszystkie statki, które stały na kotwicy przy Lastadii, najpierw przesunęły się w odnogę Pregoły, bliżej mola, niektóre – do Holländer Baum7, wiciny8 spod Mostu Zielonego9 – w stronę Lomse10. Kiedy jednak ogień z niewiarygodną szybkością ogarnął spichrze stojące za Czerwonym Żurawiem, kiedy zajął się dach składu Toussainta, kiedy iskry poleciały daleko przez rzekę ku przedmieściom, wszystkie statki jak na komendę zaczęły odpływać na bezpieczną odległość.

Ta ucieczka statków odbywała się w gęstym dymie, który, kłębiąc się, jakby owijał je w mnóstwo całunów. Człowiekowi z dobrą wyobraźnią mogło się wydawać, że po rzece błąkają się olbrzymie upiory.

Jednostki znajdujące się po naszej stronie, przy południowym brzegu, także musiały jak najszybciej opuścić to miejsce. Każda minuta zwłoki mogła je drogo kosztować, gdyż ryzykowały zapalenie się od lecących na wszystkie strony iskier. Były to głównie wiciny. Załogi ciągnęły je na linach, a one powoli wlokły się wzdłuż brzegu. To powszechne przemieszczanie się statków, pośpiech, krzyki, dym, przypadkowe wypadki: przy żurawiu załadunkowym urwała się kotwica holenderskiego dwumasztowca i runęła do wody, wyrywając łapą kawał deski z deskowego bruku.

Można by pomyśleć, że toczy się bitwa morska albo co najmniej trzęsienie ziemi.

Przyszedłem więc na Klapperwiese, ale w domu handlowym Toussainta nikogo nie zastałem. Właściciel firmy mieszkał z rodziną w Rodmannshöfen11 – majątku podmiejskim półtorej mili od miasta. Jeden z synów pogalopował tam konno, by zawiadomić rodzinę o tym, co się stało, a drugi był zajęty gaszeniem pożaru razem z pracownikami kantoru.

Wróciłem do żurawia załadunkowego. Widok przeciwległego brzegu był zupełnie taki sam jak ten, który ukształtował się we mnie w dzieciństwie, gdy czytałem Objawienie świętego Jana. Było to coś apokaliptycznego. Przerażający żar, słupy dymu, biegający tam i z powrotem ludzie, podobni do mrówek, upiorny strach przed tym, co może nagle się wydarzyć w najbliższych minutach, trwożne spojrzenia – to w stronę miasta, gdzie ulice są tak wąskie, to na przedmieścia, gdzie domy i składy dopiero co odbudowano po ostatnim pożarze. Czy ogień nie przeniesie się tam? Ostrożność, niezbędna w zamęcie – by nie zostać zgniecionym przez wozy, konie, żołnierzy; narastający żar, od którego dymiły wody Pregoły, a deski bruku podejrzanie skrzypiały – wszystko to wystarczało, by człowiek przejął się poczuciem swojej znikomości i bezsilności wobec rozszalałego żywiołu.

Upał stawał się coraz bardziej nie do zniesienia. Na składy konopi znajdujące się po mojej stronie bez przerwy lano wodę. Ogniste protuberancje przecinały powietrze, wysyłając prawdziwe ogniste strzały w stronę Mostu Zielonego i najbliższych składów. Na ich dachach tłoczyli się ludzie z tyczkami, bosakami, wiadrami z wodą i mokrymi workami. Starali się odeprzeć wszelkie niebezpieczeństwo zapłonu.

Paliła się już cała grupa składów aż do baraku śledziowego12, z wyjątkiem jednak tego ostatniego. Skład Toussainta, środkowy w szeregu, został całkiem niedawno pomalowany jasnozieloną farbą, gdy dom handlowy obchodził swój stuletni jubileusz. Belki szachulcowe i drzwi-luki pokryto czarnym lakierem olejnym, drzwi obito blachą żelazną. Skład opierał się długo, choć w środku ogień już na dobre płonął i szalał.

Ale oto pękł dach i płomienie wysoko strzeliły w niebo. Fasada budynku zachowywała się jednak jak rycerz z opuszczoną przyłbicą. Jej drzwi wciąż były szczelnie zamknięte i tylko czasem straszliwy trzask wstrząsał powietrzem. Wszystko wokół leżało już w ruinach, ten budynek zaś, jak się zdawało, chciał rzucić wyzwanie ogniowi. Gdy dym nieco się rozwiewał, a płomienie jasno go oświetlały, czarne luki wyglądały tak ponuro i tak pogardliwie, a zieleń ścian tak kojąco, jak gdyby nie do pomyślenia było dla nich zamienić się w nadpalone szczątki, jak wszystko wokół.


Pożar na przedmieściuKrólewieckie przedmieście (Vorstadt) dwukrotnie mocno płonęło pod koniec XVIII wieku.

Ale oto nagle wszystkie luki niemal jednocześnie się otworzyły, buchnął z nich ogień niczym rozwścieczony smok i w jednej chwili ogarnął czcigodny budynek od góry do dołu. Niezapomniana chwila.

Stąd potok płomieni potoczył się ku barakowi śledziowemu, długiej, parterowej, prostej budowli na zakolu jednej z odnóg Pregoły. Najpierw budynek dymił. Potem przez kilka minut jego dach „pocił się”, gromadziła się na nim ciecz rozsiewająca duszący zapach – ostry i gorzki. Następnie na rogach zapłonęła konstrukcja budowli, a płomienie wesoło zatańczyły w krokwiach – tak chwieją się od podmuchu wiatru płomyki lamp iluminacji. Tu i tam skoki, piruety, wirowanie szkarłatnych języczków… Jakby to były figlarne duchy ognia, bawiące się na swoim święcie i z demoniczną szybkością latające tam i z powrotem. Stanowiły one jaskrawy kontrast z tym posępnym oporem, jaki stawił ogniowi skład domu Toussainta.

Dalej ogień nie poszedł. Wysiłkiem dzielnych straży ogniowych, a także młodych kupców i żołnierzy, którzy niestrudzenie gasili ogień sikawkami13, udało się nie dopuścić do rozprzestrzenienia się pożaru w stronę miasta. Kierunek wiatru także stał się pomyślny. Wóz za wozem z lnem i konopiami odjeżdżał z sąsiednich składów. Od tej chwili pożar należał już do historii i do gapiów, którzy mogli teraz, niczego się nie obawiając, spokojnie rozkoszować się widowiskiem jego wygasania.

Wybiła dziewiąta. Trąbki kawalerii, bębny piechoty odegrały capstrzyk. Te oznaki zwykłego, spokojnego porządku życia, miarowe bicie zegarów z wież, przeciągłe dźwięki trąbek i chrapliwy werbel bębnów działały magicznie uspokajająco. Niezwykle kontrastowały z dopiero co przeżytym widowiskiem katastrofy, powszechnego wzburzenia, przerażenia niszczycielską siłą żywiołu.

Kiedy strażacy odeszli z nabrzeża, a most został oczyszczony z tłumu gapiów i zajęty przez żołnierzy, kiedy ogień wreszcie ugaszono, a nastrój publiczności zaczął przechodzić od dominujących dotąd niepewności, paniki i niepokoju do zrzędzenia, rozważań i poszukiwania nowych widowisk i przyjemności, setki14 kapłanek miłości nie omieszkały pojawić się na ulicach i wokół dało się zaobserwować niezwykłe przejawy najbardziej prymitywnej zmysłowości. Tu i tam można było widzieć, jak dziewczęta i mężczyźni z grubymi żartami i śmiechem parami znikali w ulicach przedmieść, w zaułkach składów, w pobliskich alejach, a nawet... w krzakach. Znów triumfowała odwieczna więź między okrucieństwem a żądzą. Im silniejsze było dotąd napięcie ludzi, tym bardziej nieokiełznane stawało się ich odprężenie, przechodząc w rozpustę.


Pożar na przedmieściu w 1811 rokuNocny pożar na przedmieściu w 1811 roku.

Widowisko, jakie przedstawiała Pregoła, było bezcenne. Po wodzie przesiąkniętej żarem przesuwały się antracytowoczarne pasma, a fale lśniły jak pozłacana polerowana stal.

Po rzece pływały wielkie beczki z płonącym olejem i spirytusem. Wzdłuż nabrzeży i Mostu Zielonego tam i z powrotem manewrowały statki wartownicze, bo na Lastadii jeszcze nie do końca ugaszono pożar, płonął deskowy bruk, a w powietrzu wciąż jeszcze latały ogniste iskry. Ale ośrodkiem powszechnej uwagi był niewątpliwie Czerwony Żuraw, który przez ogień sięgał ku niebu, znikając w nim, gdy płomienie mocno buchały, i pojawiając się znowu. On jeden wciąż stał. Płomienie w płonących składach brzmiały na różne sposoby: to jak brzęczący trzask, to jak równy szum, to jak głuchy toczący się łoskot – jakby na wieko trumny rzucano łopatą ziemię. Nagle Czerwony Żuraw wydał skrzypiące westchnienie. Jego potężny żelazny szkielet zadrżał i zaczął się szarpać, ale ustał. Spłonęło już całe jego drewniane obicie, ogień pożarł koło deptakowe – tłum z niecierpliwością czekał na upadek olbrzyma.

Z żurawia pozostał już tylko żelazny szkielet, którego proste linie żarzyły się w płomieniach, ale stał dopóty, dopóki nie osiadł fundament, dopóki ogień nie przeżarł desek bruku. A gdy tylko to nastąpiło, żuraw natychmiast runął.

Była około dziesiąta wieczorem; od tej chwili widowisko pożaru, pięknego w swojej grozie, pozostawało niemal niezmienne przez całą noc, a tłum widzów stopniowo się rozproszył.

Nie kładłem się spać do pierwszej w nocy. Minęła spokojnie, a rano bębny i trąbki rozbrzmiały znowu, by zmienić wartę żołnierską. Nastał trzeci sierpnia, dzień urodzin Fryderyka Wilhelma III15. O dziewiątej rano miałem wygłosić uroczystą mowę w sali Towarzystwa Niemieckiego, i choć nie wierzyłem, że będzie tam choćby jeden człowiek gotów mnie słuchać, mimo to musiałem wyruszyć w drogę. Na szczęście temat, o którym chciałem mówić, hegemonia Prus w Niemczech, był przynajmniej całkiem patriotyczny i niezbyt odległy od współczesności. Zebrało się około pięćdziesięciu czy sześćdziesięciu słuchaczy i wygłosiłem swoją mowę, po czym od razu pośpieszyłem z powrotem nad Pregołę.

Powietrze było ciepłe, wilgotne, chwilami zaczynał padać deszcz i zaraz ustawał, przez mglistą zasłonę przebłyskiwało jasne słońce. Gdy wyszedłem na Most Zielony, widowisko, które się przede mną otworzyło, było niezwykle malownicze. Liczne damy we wspaniałych porannych toaletach zapełniły most i nabrzeże.

Te śnieżnobiałe suknie, różnobarwne szale, zalotne parasolki, te żywe, rumiane twarze strzelające oczkami, te leniwe kroki niespiesznej przechadzki – wszystko to zdumiewająco kontrastowało z pogorzeliskiem na prawym brzegu Pregoły.

Oku brakowało zwykłej perspektywy. Wszystkie obrazy, które tak głęboko się w nas odcisnęły: spichrze zbożowe, składy, żuraw, barak śledziowy – zniknęły, przestały istnieć. Czarnoczerwone szkielety, jak kościec prastarego wymarłego zwierzęcia, bez życia sterczały na pogorzelisku. Ogromne sterty gruzu, zwęglone góry kukurydzy, bele lnu pokryte grubą skorupą sadzy, szczątki beczek i belek leżały w nieładzie wszędzie. W zagłębieniach między nimi – ogromne kałuże brudnej wody, na których rozchodziły się kręgi od kropiącego deszczu.

Gdzieś coś wciąż jeszcze się paliło, ruiny dymiły, a dym malowniczo kłębił się w powietrzu, jakby natrafiając na czarnogranatowe chmury deszczowe, nisko wiszące nad ziemią. W oddali, za Holländerbaum, za lśniącą lustrzaną taflą rzeki, można było zobaczyć powiewające żagle statków, stłoczonych razem jak flotylla nieznanego kraju. Był to wspaniały widok. Dym płynął w tym samym kierunku i chwilami zasłaniał nieprzeniknioną zasłoną i maszty, i żagle, dopóki znów nie pojawiały się na horyzoncie.

Skierowałem się ku ruinom. Domy przylegające do dzielnicy składów zostały opuszczone przez mieszkańców. Ściany i dachy przemokły na wskroś, okna były w większości wybite, puste pokoje bez mebli sierocym wzrokiem wyglądały z otworów okiennych. Wokół wciąż jeszcze wrzało życie. Sikawki nadal obficie pompowały wodę. Strażacy utrzymywali wolne przejścia, by nie dopuścić do gromadzenia się ludzi tam, gdzie od czasu do czasu spadał to kawał muru, to belka.

Przy baraku śledziowym niespodziewanie powstało niewyobrażalne zamieszanie – zaproponowano, by śledzie zabierali wszyscy chętni. Lud z entuzjazmem oddał się tej osobliwej rozrywce. Z niewiarygodną chciwością starzy i młodzi – dzieci, mężczyźni, kobiety, starcy – wyrywali spod gruzów, przesiąkniętych cuchnącym dymem, śledzie. Każdy starał się złapać jak najwięcej. W powstałym powszechnym gorączkowym zamęcie nikt nie dbał o swoje ubranie. Śledzie upychano w butach, za pazuchą, we wszystkich kieszeniach, w kapeluszach. Klnąc, śmiejąc się i wściekając, ludzie często wyrywali sobie łup z rąk. Widowisko było doprawdy porywające i przerażające.

Obserwując tę dzikość, te pierwotnie instynktowne ruchy chwytania, wytrzeszczone oczy, grube okrzyki, ryk i wrzaski, nierozważne zachowanie (zwłaszcza przedstawicielek płci pięknej), łatwo było zrozumieć, do jakiego zezwierzęcenia dość szybko mogą dojść ludzie.

A na sąsiednich ulicach już w najlepsze handlowano śledziami, rozłożywszy je na progach domów...

Wieczorem znów pojechałem na pogorzelisko. Wokół Stawu Zamkowego rozlegały się wystrzały z pistoletów i karabinów na cześć tego, kto obchodził trzeciego sierpnia swoje imieniny. Grzmiały kotły, trzaskały wystrzeliwane rakiety. Ulice były jasno oświetlone, szczególnie świąteczna była iluminacja na ulicy Francuskiej. Wszędzie ustawiono wazony z kwiatami. Wszystko było bardzo wesołe, ludzie beztrosko się uśmiechali i bawili, jak gdyby nigdy nic. Doprawdy, układ trawienny wielkiego miasta liczącego siedemdziesiąt tysięcy mieszkańców jest nader potężny.

Między ósmą a dziewiątą wieczorem stwierdziłem, że pogorzelisko wczorajszego pożaru zupełnie opustoszało. Byli tu tylko ci, którzy musieli być, a publiczność szukała przyjemności gdzie indziej. Z ruin baraku śledziowego wciąż jeszcze unosił się różnobarwny dym. Przybierał najbardziej wymyślne kształty – to majestatycznie płynął w górę, podświetlony przez zachód słońca na delikatnie różowe i widmowo bladozielone odcienie, to ścielił się po ziemi. Jeszcze przez kilka tygodni pogorzelisko dymiło…

 


LEGENDY PRUS na blogu Tatiany Koliwaj.



PRZYPISY

1. Dzimek (niem. Dzimke) – słowo zapożyczone z polskiego ziomek m. ‘ziomek, krajan’, także dschimke, schimke. Określenie polskich flisaków i przewoźników w dawnych Prusach Wschodnich i Zachodnich.

2. Most Miodowy (niem. Honigbrücke). Jeden z siedmiu mostów Królewca. Szczegółowo o nim zob. LINK. O mostach Królewca zob. LINK.

3. Na wyspie Knipawie najstarszą budowlą była wieża obronna – Niebieska. Znajdowała się w południowo-wschodniej części wyspy, niedaleko Mostu Miodowego. Zbudowano ją w XIV wieku, mniej więcej w tym samym czasie co katedrę. Przez stulecia używano jej jako więzienia. Po II wojnie światowej została rozebrana.

4. Giełda – budynek giełdy w trzeciej ćwierci XIX wieku znajdował się na wyspie Knipawie dokładnie naprzeciwko miejsca, w którym obecnie stoi Giełda (Muzeum Sztuk Pięknych).

5. Jednym z głównych symboli Królewca była jego Lastadia (niem. Lastadie) – dzielnica starych szachulcowych spichrzy, tzw. dzielnica Laak. Szczegółowo o niej – zob. LINK.

6. Klapperwiese (niem. Klapperwiese), dosł. „klepana łąka”. Inna nazwa to Wyspa Wenecja (niem. Insel Venedig). Liczne rowy przecinające ziemie przy Pregole żartobliwie porównywano do kanałów weneckich. Nazwa ta po raz pierwszy odnotowana jest jako potoczna w 1737 r., a oficjalne uznanie uzyskała w 1763 r. LINK .

7. Holländerbaum (niem. Holländerbaum) – punkt celny na Pregole. W trakcie budowy bastionów (1626–27) przez Pregołę przerzucono dwie nowe zapory (szlabany), Holenderską i Litewską. Nie tylko zamykały one na noc rzekę, lecz także stanowiły ważną część granicy celnej, wzniesionej wokół miasta przez administrację elektorską. W stosunku do statków i innych jednostek pływających strażnicy zapór mieli mniej więcej takie same obowiązki, jakie mieli rachmistrzowie stojący przy bramach miasta w stosunku do wozów i sań.

8. Wiciny to tratwy dzimków /zob. p. 1/. Wiciny często miały długość od 500 do 600 stóp i więcej.

9. Most Zielony (niem. Grüne Brücke). O mostach Królewca zob. LINK.

10. Lomse – jedna z dwóch wysp Królewca. Obecnie nazywa się Oktiabrskij.

11. Miejsce zostało przez autora oznaczone jako “Rodmannshöfen”.

12. Barak /spichrz/ śledziowy (niem. Heringsbracke).

13. Te dawne sikawki nosiły nazwę Prahmspritzen (niem.) lub Prahmowa (pol.). Sądząc po tym, że „Prahm” po niemiecku oznacza „barkę”, można przypuszczać, że samo wyposażenie sikawek znajdowało się na barce, a wodę pompowano z rzeki.

14. Tak w oryginale ("Hunderte von Hetären...").

15. Fryderyk Wilhelm III (1770–1840) – król Prus od 16 listopada 1797. Syn Fryderyka Wilhelma II i Fryderyki Luizy Heskiej-Darmstadt, wnuk brata Fryderyka II Wielkiego, ojciec rosyjskiej cesarzowej Aleksandry Fiodorowny, małżonki Mikołaja I, dziadek rosyjskiego cesarza Aleksandra II.


Przetłumaczono z języka rosyjskiego przy pomocy AI (Claude, Anthropic), październik 2026 r.