/ Kaliningrad

„Moskwa cię nie kocha”: muzyka kaliningradzka

„Moskwa cię nie kocha”: muzyka kaliningradzka

Na scenie kultowego
kaliningradzkiego klubu
„Wagonka”.

Fot. Witalij Niewar

W latach 90. kaliningradzka scena muzyczna była zjawiskiem nader ciekawym. „Szykowni outsiderzy”, którzy dzięki piosence zespołu „Gitary Stereo” dostali przepustkę do prawdziwego życia, zamienili niewielkie prowincjonalne miasteczko (choćby na bardzo krótko) w prawodawcę muzycznej mody dla wszystkich tych, którym przejadł się toporny rosyjski rock i których dusza domagała się gitarowych aranżacji à la Oasis. Z czasem jednak miasto musiało rozstać się ze statusem „kolebki britpopu w Rosji”.

Jak powstawały kaliningradzkie „wspaniałe lata 90.”

Od moskiewskiego „imperialnego” stylu kaliningradzkie środowisko muzyczne zawsze różniło się radykalnie. Tam też byli swoi „outsiderzy”, tyle że wcale nie szykowni (jak się to w tym mieście przedstawiało), lecz przeciwnie – rozgoryczeni na cały świat. Chłopcy znad książek, którzy zostali na lodzie podczas nowego podziału własności, szybko znaleźli sobie zrozumiałych idoli. W muzyce: The Clash, The Stranglers, Joy Division, a u tych mądrzejszych nawet Death in June i inni przedstawiciele „sakralnej opozycji kuli ziemskiej”. W polityce zaś podobali im się radykałowie wszelkiej maści. Często ideologicznie zupełnie do siebie niepasujący. Byle przeciw „współczesnemu światu”: od radykalnej niemieckiej lewicy z RAF po opozycyjne skrzydło NSDAP, rozbite podczas nocy długich noży. W polityce rosyjskiej ta najbardziej widoczna część stołecznego undergroundu mocno utożsamiała się z obrońcami ostrzelanej w 1993 roku Rady Najwyższej i innymi „czerwono-brunatnymi”. Apogeum tego ruchu stały się seria koncertów „Rosyjski przełom” na poparcie kandydata na prezydenta Giennadija Ziuganowa oraz prawdziwie mizantropijny hymn jednego z głównych bohaterów tego podziemia – zespołu „Banda Czetyriech” („Banda czworga”) – pod wymownym tytułem „Moskwie brakuje krwi”. Konkretnych wezwań do ekstremizmu w piosence nie ma ani śladu, ale wersy „Nienawiść rodzi się w naszych dzielnicach. Nienawiść już się narodziła” mówiły same za siebie.

W kaliningradzkich dzielnicach mniej więcej w tym samym czasie rodziła się wcale nie nienawiść, lecz coś zupełnie przeciwnego.

Dziwna i niezrozumiała jeszcze dla kraju klasa społeczna, dla której brytyjski „Union Jack” znaczył zapewne tyle samo co narodowy „trikolor”. The Clash tu też kochano. Ale tak dosłownych i daleko idących wniosków jak w stolicy z twórców przebojów „White Riot” i „Guns of Brixton” nie wyciągano. Groźne buty Dr. Martens noszono tu po to, by wyraźniej utożsamiać się z kulturą brytyjską, a wcale nie po to, by rozbijać sobie nawzajem czaszki na stadionach piłkarskich, jak robiła to angielska młodzież robotnicza.

Za umowny punkt wyjścia warto jednak przyjąć zespół „Gitary Stereo” – głównych ideologów i ojców założycieli tego, co można by nazwać „rewolucją britpopową”. Zespół lekkim ruchem ręki zamienił kaliningradzkie lata 90., które, jak wiadomo, w całym kraju były „dzikie”, we „wspaniałe” i w ogóle zrobił wszystko, by prowincjonalny Kaliningrad stał się jednym z najciekawszych miejsc w kraju, na które czasem nawet ze stolicy spoglądano z zazdrością.

Lider grupy, Gleb Iljusza, urodził się w Gwiezdnym Miasteczku pod kosmodromem Plesieck. Co, rzecz jasna, dało mu mnóstwo okazji do żartów, że wcale się nie urodził, tylko podrzuciło go jakieś zabłąkane UFO. I, jak się wydaje, żartów wcale nie tak bezpodstawnych. „Gitary Stereo”, sądząc po tekstach piosenek, rzeczywiście żyły nie całkiem na tej planecie i nie całkiem w tym kraju (albo po prostu bardzo mało je obchodziło, co w tamtych czasach działo się w realnym świecie). W każdym razie w tych utworach trudno znaleźć jakiekolwiek znaki rozpoznawcze, po których bezbłędnie rozpoznałoby się te „klasyczne” lata 90., które każdy zna z filmów okresu postpieriestrojki. Czyli jakiejś wszechogarniającej „czernuchy”, szewczukowskiego „płaczącego nieba pod nogami” i innych prób rosyjskich rockmanów, by wycisnąć coś z poetyckiego dziedzictwa „srebrnego wieku”. Za to są statki kosmiczne, gwiazdy, chłopaki z gitarami elektrycznymi, a niebo jest tu „błękitne jak levisy”.

Jeśli umownym hymnem czasów postpieriestrojki, który uchwycił ogólne nastroje w kraju, są rozpaczliwe i tęskne jęki w pustkę zespołu „Czaif” – „Nikt nie usłyszy”, gdzie bohater liryczny dosłownie wyje w próżnię z samotności, bo ci, których pokazuje telewizor, „mają go dość”, to w Kaliningradzie na te krzyki była własna odpowiedź.

I nawet to uczucie wszechświatowej tęsknoty podawano tu o wiele bardziej ironicznie i malowano zupełnie innymi barwami: „Całkiem zmarzłem, lecz ani skarg, ani łez” – śpiewały „Gitary Stereo” w piosence „21:55”.

Liryka zespołu „Gitary Stereo” człowieka z „wielkiej Rosji” rzeczywiście musiała zadziwiać swoim eskapizmem, urządzonym niemal jak u Hoffmanna. W kraju dzielono własność, władzę, pieniądze, gabinety, teki ministerialne, czołgi strzelały w okna Rady Najwyższej, a wojska federalne wkraczały do Czeczenii, by przywrócić porządek konstytucyjny. Tymczasem w małym miasteczku na samym zachodnim skraju kraju próbowano wymyślić zupełnie inną kulturę, inną muzykę, starając się nie przyłączać do żadnego z wrogich obozów. I nie dlatego, że miejscowi nie widzieli żadnej siły czy partii, pod której sztandarem można by stanąć bez większych strat wizerunkowych. Lecz dlatego, że w świecie kaliningradzkich „wspaniałych lat 90.” tej „Gry o tron” w ogóle nie było.

Moskiewska wyprawa muzyki kaliningradzkiej

Przy takim podejściu nic dziwnego, że żadnemu kaliningradzkiemu zespołowi nie udało się tak naprawdę osiągnąć szczęśliwego losu twórczego w skali federalnej. Gdzieś pod koniec lat 90. „Gitary Stereo” wyruszyły na podbój stolicy. Tam szybko trafiły pod skrzydła Jewgienija Chawtana z zespołu „Bravo”. Odegrał on w losach grupy w pewnym sensie fatalną rolę. Jak wspominają sami muzycy, lider „Bravo” próbował ingerować w proces twórczy i wszystko nagrało się nie tak, jak sami by chcieli. Potem przyszedł krach finansowy 1998 roku i zespół faktycznie sam się rozwiązał. Później „Gitary” miały jeszcze jednorazowe reaktywacje, nowe piosenki i koncerty, ale zasadnicza historia zespołu uważana jest w tym punkcie za zakończoną.

Pozostałe kaliningradzkie zespoły miały mniej więcej podobny los. Nawet najbardziej rusofilskiemu zespołowi, jaki kiedykolwiek pojawił się w Kaliningradzie – „Mir Ognia” („Świat ognia”) – nic się w stolicy nie udało. Było kilka emisji w „Naszym Radiu” (zespół jak żaden inny pasował do formatu stacji), kilka koncertów, a nawet album wydany przez stołeczną wytwórnię, ale wszystko skończyło się rozpadem.

Zupełnie nieprzyzwoicie krótka okazała się gościnna wizyta w „Naszym Radiu” ironicznie bezczelnych elektro-paniczyków z zespołu „Ławanda”. Grupa trafiła do ówczesnej listy przebojów stacji „Czartowa Diużyna” z piosenką „Japoński syntezator”. Ale oczywiście zespół stylizowany na zuchwały pop lat 80., śpiewający o królach ośrodków wczasowych, badmintonie i komisarzu Cattanim, nie mógł osiągnąć czołowych miejsc listy, na której dominowały „Arija” i „Korol i Szut”. Po pierwszej emisji Michaił Kozyriew tylko rozkładał ręce, dziwiąc się, jak ktoś może tęsknić za tą dziwną epoką cinkciarzy i pierwszych dyskotek.

Widocznie kaliningradzka gra w postmodernizm pozostała dla niego niezrozumiała.

Nie udało się przebić do „wielkiej Rosji” także innemu ważnemu dla miasta zespołowi – „LondonParis”. W gruncie rzeczy ich romantycznie nastrojony synth-pop mógłby uczynić członków zespołu, jeśli nie gwiazdami pierwszej wielkości, to pewnymi zawodnikami drugiego-trzeciego szeregu rosyjskiego pop-rocka. Lider grupy Jewgienij Lebiediew opowiada dziś nie bez uśmiechu, że zespół okazał się dla stolicy zbyt eklektyczny. „Nasze Radio” uznało, że LP brzmią zbyt „popowo”, a stacje specjalizujące się w formacie pop przeciwnie – widziały w nich przedstawicieli obozu rock and rollowego. Historia naprawdę zabawna: zespół, który w Kaliningradzie uchodził za mainstream, w stolicy niespodziewanie został zepchnięty do undergroundu.

Zresztą cała ta historia niepowodzeń miejscowych gwiazd zawsze była w Kaliningradzie dodatkowym powodem do dumy. Gdy kolejni bohaterowie znów kapitulowali, nie podbiwszy stolicy, w ruch szła stara kaliningradzka legenda: Moskwa znów okazała się zbyt tępa i konserwatywna, by zrozumieć postępowe prądy z Kaliningradu. W sferze kultury zawsze było przyjęte traktować stolicę z lekką pogardą. W końcu lider „Gitar Stereo” nawet o ideowo bliskim Ilji Łagutience wypowiadał się niezbyt pochlebnie. W czymś ta legenda o „niezrozumianym Kaliningradzie” ma cechy prawdy. Już w „latach zerowych” pojawi się w kraju całe pokolenie zespołów, których brzmienie będzie radykalnie odbiegać od tradycyjnego rosyjskiego rocka. Z kaliningradzkimi „Gitarami” połączy je starannie eksponowana anglofilia. Tyle że „Gitary Stereo”, wyprzedziwszy modę co najmniej o 5–10 lat, będą już wtedy na zasłużonej „emeryturze”.

„Koniec pięknej epoki”

Każda epoka kiedyś dobiega swego logicznego końca. Rozwydrzone lata dziewięćdziesiąte ustąpią „latom zerowym”. Kraj zacznie się powoli sprowadzać do wspólnego mianownika. W 2005 roku w obwodzie po raz pierwszy obejmie urząd gubernator, którego nie wybrali mieszkańcy, lecz zatwierdzono go z góry. Wskutek zmian w ustawodawstwie federalnym przestanie istnieć Bałtycka Partia Republikańska (zresztą na mocy tej ustawy działalność zakończą wszystkie partie, które mogłyby pretendować do statusu regionalnych).

Wszystkie te metamorfozy faktycznie nie dotykały sfery twórczej. Ale jasno dawały do zrozumienia, że stara epoka się skończyła, a zaczęła nowa.

„Na zawsze 99. i ostatni DJ” – zaśpiewają „Gitary Stereo” na swoim nowym singlu, jakby próbując na zawsze pozostać w swoich „wspaniałych latach 90.”, ale będzie za późno.

W 2012 roku inny ważny dla miasta zespół – „LondonParis” – wyda nowy album studyjny zatytułowany „Krasota” („Piękno”). Na pierwszy rzut oka to dość typowy dla LP album. Brzmieniowo wciąż orientacja na new wave i dość niewinny synth-pop. W tekstach znów „czerwoną linią” przewija się cała ta naiwna romantyka lat osiemdziesiątych, pomnożona przez kaliningradzki kontekst: „wszystkie drogi prowadzą do morza” i inne elementy kaliningradzkiego pejzażu, które od dawna zadomowiły się w tekstach zespołu. W teledysku do piosenki „Morskoje” („Morskie”) właściciel „Wagonki” Andriej Lewczenko jedzie gdzieś kabrioletem w otoczeniu dziewczyn. Zatrzymuje go nieogolony funkcjonariusz drogówki, który w rzeczywistości nie jest funkcjonariuszem drogówki, tylko Jewgienijem Griszkowcem. A ponieważ to nie policjant, tylko Griszkowiec, historia kończy się więcej niż szczęśliwie: razem z dziewczynami zostaje wywieziony gdzieś w nieznanym kierunku.

Mogłoby się wydawać, że to kolejna próba kaliningradzkiego zespołu, by schować się przed otaczającą rzeczywistością w tym samym przytulnym świecie, „gdzie wszystkie drogi prowadzą do morza”. Ale właśnie na „Krasocie” następuje pewne otrzeźwienie. Przytulny miraż się rozwiewa, a piękno i miłość – stałe tematy tekstów „LondonParis” – nagle obracają się w coś zupełnie piekielnego i wrogiego wobec bohatera. „Jesteśmy całkiem sami… Całkiem sami pośród tego piękna… Taki piękny świat” – śpiewają muzycy w refrenie, a w tle brzmi urywek przemówienia Władimira Putina ze słynnym wezwaniem do „topienia w kiblu” oraz obojętny głos spikera, który odczytuje, że w wyniku zamachu terrorystycznego zginęły 334 osoby, w tym 186 dzieci. Lata dziewięćdziesiąte się skończyły, wokół LP jest zupełnie inna epoka i nie da się już jej nie zauważać, chowając się we własnych letargicznych snach.

Do logicznego apogeum ten niepokojący nastrój doprowadza utwór „Moskwa cię kocha”. Owszem, słowo „miłość” i jego różne warianty to najczęstsze, na co można trafić w tej piosence. Ale wersy „Kocha cię Putin, i Pierwyj Kanał, i terroryści, i Petrosjan” nie napawają szczególnym optymizmem. To właśnie ta miłość, przed którą chce się gdzieś schować. W swoim ostatnim nagranym singlu – „Bajkonur” – LP wypowiedzą się jeszcze radykalniej. Tam już otwartym tekstem śpiewa się o tym, że trzeba by jakoś przetrwać w tym nowym wspaniałym świecie „totalnej miłości”.

Przetrwać w świecie „totalnej miłości” muzyce kaliningradzkiej się udało. Ale o ile dawniej można było stworzyć sobie własne „wspaniałe lata 90.” i żyć w nich jak w getcie, nie zwracając na nikogo uwagi, o tyle teraz to schronienie runęło.

Dziś historia wzlotów i upadków kaliningradzkich zespołów to po prostu część mitologii prowincjonalnego miasta, którą czasem przyjemnie, a czasem trochę wstyd wspominać. Ta historia istnieje, nigdy i nigdzie nie zniknie, ale od dawna nie jest już narzędziem, za pomocą którego można by pouczać Moskwę i udowadniać jej, że nie jest modna.

Fot. Witalij Niewar


Przetłumaczono z języka rosyjskiego przy pomocy AI (Claude, Anthropic), październik 2026 r.