Wpiszcie w wyszukiwarkę na stronie „New York Timesa” słowo „Kaliningrad” i zobaczcie sami. Jeśli nie określicie przedziału czasowego, pierwszy artykuł, jaki znajdziecie, będzie pochodził z 3 lipca 1946 roku: „Królewiec to teraz Kaliningrad”. Co prawda nie da się go przeczytać online, trzeba wykupić dostęp do archiwum albo kupić pojedynczy artykuł, który otrzymuje się wtedy w postaci pliku PDF. Tak samo jest z innymi artykułami z tego okresu.
Dziennikarze gazety uważnie śledzili wówczas zmiany, które zamieniły Prusy Wschodnie w obwód kaliningradzki. Są artykuły o zmianie nazw miast i miejscowości w regionie, o ustanowieniu obwodu bazą Floty Bałtyckiej, o przesiedlaniu do obwodu radzieckich kołchoźników.
Ale żeby nie zgubić się w historii, ograniczyłam ramy czasowe do ostatnich dwóch-trzech lat. Wyniki wyszukiwania za ten okres trochę mnie rozczarowały. Na czym polega główna różnica między zainteresowaniem Kaliningradem dziennikarzy amerykańskich a europejskich, a przede wszystkim niemieckich? W „New York Timesie” większość artykułów, w których pojawia się Kaliningrad, to teksty poświęcone kwestiom wojskowym. Poza tym jest jeden artykuł o małym ruchu granicznym. I jest o kampanii reklamowej Coca-Coli, która, nie wiedząc, co zrobić z Krymem na świątecznej mapie Rosji, przy okazji wymazała z niej obwód kaliningradzki i Kuryle. Kaliningrad pojawia się jeszcze w recenzji książki Martina Cruza Smitha „Tatiana”. Akcja tej powieści częściowo toczy się w obwodzie kaliningradzkim, jednak książka nie ukazała się po rosyjsku. Recenzent zaś, podsumowując przygody głównego bohatera w naszym regionie, radzi unikać Kaliningradu jako celu podróży. Była też oczywiście krótka notka o spotkaniu Victorii Nuland z Władisławem Surkowem w rezydencji prezydenckiej w Pionierskim.
Najświeższy materiał na stronie gazety, w którym pojawia się Kaliningrad, to list do redakcji od niemieckiego czytelnika z Wiesbaden. W liście zareagował on na opublikowany pod koniec grudnia poprzedniego roku artykuł o sytuacji na Krymie. Jane Mauren Mulum (tak nazywa się czytelnik i autor listu) w odpowiedzi na zamieszczoną wcześniej analizę pisze, że nie można usprawiedliwiać aneksji Krymu, bo wówczas Niemcy mogliby na przykład powiedzieć, że chcą odzyskać Królewiec, przecież i dla Niemców ma on znaczenie sakralne.
W kwietniu 2015 roku w „New York Timesie” ukazał się artykuł „Gdzie spotykają się Polacy i Rosjanie, tam ideały ścierają się z zyskami”.
Dziennikarz Rick Lyman z pomocą warszawskiej korespondentki „New York Timesa” Joanny Berendt przedstawia w nim dylematy, przed którymi wydarzenia na Ukrainie postawiły polskich przedsiębiorców działających w strefie małego ruchu granicznego.
Na przykładzie Jana Hermanowicza, właściciela restauracji z Sopotu, który na drzwiach swojego lokalu wywiesił informację „Nie obsługujemy Rosjan”, artykuł pokazuje, jak podzieliły się opinie w sprawie sankcji wobec Rosji nawet w tej części Polski, gdzie Rosjanie są częstymi gośćmi (i klientami!). Jan Hermanowicz opowiedział korespondentowi amerykańskiej gazety, jak inni przedsiębiorcy błagali go, by zdjął kartkę z drzwi, obawiając się, że rosyjscy turyści przestaną odwiedzać także ich lokale. Wspomina pewnego rosyjskiego prokuratora, który groził mu procesem, i wielu polityków, którzy zapewniali rosyjskich gości, że mimo tego incydentu zawsze będą w Trójmieście (okolicach Gdańska) witani z radością i szacunkiem. W końcu pan Hermanowicz zdjął kartkę, ale wywiesił baner przedstawiający rosyjskiego prezydenta w bardzo niekorzystnym świetle. Oprócz tej dość szeroko znanej w naszym regionie przygranicznym historii pojawiają się typowe dla reportaży o małym ruchu granicznym wypowiedzi lokalnych władz, funkcjonariuszy straży granicznej i służby celnej, którzy podkreślają bezsprzeczny sukces ruchu bezwizowego. Prezydent Gdańska mówi, że Rosjanie to chyba najlepsi klienci spośród gości miasta. Przytacza się liczby wydanych zezwoleń i przekroczeń granicy. Artykuł byłby niepełny, gdyby autor nie wspomniał o przeboju kaliningradzkiej grupy „Parowóz”, sławiącym zakupy w Polsce i dwie konkretne sieci sklepów. Szkoda, że korespondentowi zabrakło sił, energii, wiedzy, a może po prostu polecenia redakcji, by przekroczyć granicę i poznać zdanie drugiej strony.
Jedyny Rosjanin, który wypowiada się w reportażu, to konsul generalny Rosji w Gdańsku Aleksandr Karaczewcew, i to mówi jakby nie od siebie:
„Nigdy nie słyszałem od moich polskich kolegów ani jednego krytycznego słowa o programie [małego ruchu granicznego]. Powiedziałbym, że może niektóre władze lokalne nie odczuwają już takiego entuzjazmu w związku z programem, ale wszystkie są bardzo zainteresowane jego dalszym funkcjonowaniem”.
Reportaż kończy wypowiedź dyrektora centrum handlowego „Galeria Bałtycka” (Gdańsk), który radzi trzymać się biznesu i unikać trudnych tematów.
Ale, jak już zauważyłam, lwia część artykułów i materiałów „New York Timesa”, w których pojawia się Kaliningrad, dotyczy wiadomości o tematyce wojskowej.
Dla amerykańskich dziennikarzy obwód kaliningradzki to przede wszystkim rosyjska baza wojskowa. Właśnie dlatego w ostatnim czasie słowo „Kaliningrad” pojawia się w materiałach „New York Timesa” dość często.
11 stycznia „New York Times” cytuje wypowiedź dowódcy sił powietrznych USA Franka Gorenca, że rozmieszczanie systemów obrony przeciwrakietowej budzi jego najwyższy niepokój. Według niego Rosja gromadzi w Kaliningradzie uzbrojenie, które ograniczy siłom powietrznym NATO dostęp do części przestrzeni powietrznej nad Polską i krajami bałtyckimi. W kontekście wejścia Litwy do strefy euro wspomina się także kwestie bezpieczeństwa, a za główne źródło obaw Litwini uważają rosnącą ilość sprzętu wojskowego w obwodzie kaliningradzkim. Opisana jest też znana historia ataku hakerskiego na stronę sztabu wojskowego Litwy. Hakerzy umieścili wtedy na litewskiej stronie informację o ćwiczeniach NATO, które miały się rzekomo odbywać w Polsce i krajach bałtyckich. Częścią tej fałszywej informacji był raport, w którym ćwiczenia opisywano jako sprawdzian scenariusza zajęcia obwodu kaliningradzkiego przez wojska NATO. To, że obwód kaliningradzki może stać się źródłem destabilizacji na wybrzeżu Bałtyku, nie jest nową ideą. Już pod koniec 2014 roku agencja informacyjna Bloomberg w swojej prognozie na 2015 rok mówiła o takim scenariuszu. Ale scenariusz ten na szczęście się nie spełnił.
W obwodzie kaliningradzkim zwiększa się ilość uzbrojenia i liczebność wojsk – to fakt.
I to, że Amerykanie, czujący się odpowiedzialni za losy NATO i krajów sojuszniczych, uważnie śledzą, co dzieje się w naszym regionie, nie powinno nikogo szczególnie dziwić.
Mimo to robi wrażenie fakt, że jedno z najbardziej znanych mediów świata, ukazujące się nieprzerwanie od 1851 roku – „New York Times” – nie poświęciło w ciągu ostatnich dwóch-trzech lat ani jednego artykułu kwestiom kultury, procesom przywracania pamięci o przedwojennej historii tych ziem, nie wysłało do obwodu ani jednego reportera. Amerykanie oczywiście nie są Niemcami i nie żywią sentymentów do Prus Wschodnich, nie są też sąsiadami, których zawsze interesuje to, co dzieje się obok. USA są daleko. Widocznie to jest jedyna przyczyna tak jednostronnego obrazu obwodu kaliningradzkiego i relacjonowania związanych z nim wydarzeń. Siedemdziesiąt lat temu „New York Times” napisał, że Królewiec stał się Kaliningradem. O tym, że dziś Kaliningrad coraz bardziej stara się zachować to niewiele, co zostało w nim z Królewca, wciąż ma szansę napisać.
Przetłumaczono z języka rosyjskiego przy pomocy AI (Claude, Anthropic), październik 2026 r.

