/ Kaliningrad – Zielenogradsk

Piękne miasto Kaliningrad

Piękne miasto Kaliningrad

Poranek nad Stawem Górnym.

Fot.:
Michaił Ogorodnikow

Niedawno trafiło mi się trochę wolnego czasu i postanowiłam poczytać, co kaliningradczycy piszą o Kaliningradzie i obwodzie kaliningradzkim.

Nawet nie wiem, o co chodziło – czy dzień był taki pechowy, czy gwiazdy jakoś źle się ułożyły, ale trafiłam na cały zbiór świetnie napisanych, a przy tym na wskroś negatywnych opinii:

I drogi tu złe.
I pięć centrów handlowych na placu Zwycięstwa szpeci miasto.
I korki w centrum.
I nie ma metra.
I punktowa zabudowa wieżowcami pośród starych niemieckich domów z dachówką to szkaradzieństwo.
I cała administracja miasta i obwodu to złodzieje i łajdacy...
I to, że nie ma żadnego porządnego street foodu, to w ogóle przestępstwo, człowiek dosłownie nie ma gdzie ani czego zjeść!
I zarobki tu niskie, 20 tysięcy to już szczęście...
I najgorsze, że miasto jest małe, wszyscy się znają, w tych samych miejscach spotykają się ci sami ludzie i rozmawiają o tym samym rok za rokiem, rok za rokiem, rok za rokiem...
I migranci przyjeżdżają do nas z, za przeproszeniem, Kazachstanu, a jakoś wcale nie na przykład z Kanady.
I zimy u nas nie ma.
I nie ma dokąd pójść, bo oprócz wspomnianych pięciu centrów handlowych są tylko trzy kluby nocne, z dziesięć restauracji i dwa i pół muzeum, w których nie ma czego oglądać...
I międzynarodowych szkół i uczelni u nas nie ma, a ta edukacja, która jest, jest strasznie kiepska.
I medycyny brak całkowicie i zupełnie.
I moskwianom, którzy przyjechali w gości, bo zasłyszeli, że tu niby jak w Europie, po ich wizycie w Zielenogradsku wstyd teraz spojrzeć w oczy.
I morze u nas zimne.
I na plaży żadnej infrastruktury.
Ale najgorsze jest to, że Kaliningrad, jak się okazuje, wcale nie jest Gdańskiem...


Kiedy następnym razem trafiło mi się trochę wolnego czasu, postanowiłam spojrzeć na opisany w tych notatkach „mroczny świat” od pozytywnej strony, wsiadłam do samochodu i pojechałam nad morze.

Jechałam wspaniałą Obwodnicą Nadmorską i myślałam o tym, że to naprawdę bardzo dobra droga. I że jest mi absolutnie obojętne, kto i ile pieniędzy ukradł przy jej budowie. Najważniejsze, że teraz mogę szybko i wygodnie dotrzeć spod klatki mojego bloku na wybrzeże (dokładnie w 15 minut). Myślałam też o tym, że narzekać na drogi obwodu kaliningradzkiego może tylko ktoś, kto nie mieszkał w innych miastach naszej bezkresnej i pięknej Ojczyzny.

I oczywiście może jest jakieś racjonalne ziarno w tym, by porównywać
obwód kaliningradzki z Europą we wszystkim, także w jakości dróg,
ale jeśli porównywać go nie z Europą, lecz z rosyjską prowincją,
to w obwodzie kaliningradzkim drogi są nie po prostu dobre, są znakomite!

Podjeżdżając do Zielenogradska, starałam się krytycznie spojrzeć na nowe, nowoczesne wielopiętrowe osiedla mieszkaniowe i nie znalazłam w nich nic brzydkiego. Co więcej, spodobały mi się. Duże, piękne nowe domy – każdy inny. I gdyby w centrum Kaliningradu wyburzono postawione na łapu-capu powojenne sowieckie bloki z wielkiej płyty i zabudowano je takimi wieżowcami, wydaje mi się, że większość mieszkańców by podziękowała, choć może i kontrastowałyby ze starymi dwupiętrowymi niemieckimi domami z dachówką...

Zresztą stare niemieckie domki Zielenogradska przy krytycznych oględzinach też mnie nie rozczarowały, a raczej ucieszyły, mimo pewnego podniszczenia. A co do tych urażonych moskwian – szkoda oczywiście, ale niech tu nie przyjeżdżają, jeśli im się nie spodobało...

W Zielenogradsku szybko i bez problemu zaparkowałam, kupiłam pączki po 20 rubli za 100 gramów (to dokładnie trzy pączki z cukrem pudrem) i zdjąwszy sandały, usiadłam na brzegu morza, by pochłonąć mój nieskomplikowany street food, zagryzając go słodkimi, dojrzałymi gruszkami zerwanymi prosto z drzewa. Przy tym kontemplowałam morze, mewy i emerytów przechadzających się po pięknej promenadzie, niedawno wyposażonej w nowe, ogólnodostępne urządzenia do ćwiczeń.

Potem brodziłam boso po zaskakująco ciepłej jak na wrzesień morskiej wodzie
i, uśmiechając się błogo, myślałam o tym, że jestem całkowicie szczęśliwa i że moja decyzja,
by pięć lat temu przeprowadzić się z Jekaterynburga do Kaliningradu, była słuszna i
chyba najważniejsza i najtrafniejsza w całym moim życiu.

Przecież większość ludzi, których znam, musi przez cały rok pracować, żeby potem na dwa tygodnie – może, jeśli starczy pieniędzy na bilety i hotele – wyrwać się nad morze, i jeszcze nie wiadomo, czy w te dwa tygodnie dopisze im pogoda. A ja mam morze każdego dnia, otwieram sezon plażowy pod koniec kwietnia, a zamykam na początku października, a i zimą nie zapominam przynajmniej raz w tygodniu wyskoczyć na wybrzeże, żeby się przejść i pooddychać.

A przecież jest jeszcze możliwość regularnych wyjazdów do Europy. Co najmniej raz w tygodniu wsiadam do samochodu i jadę w stronę strefy Schengen. Albo po tanie i smaczne polskie produkty, albo po prostu, żeby się rozerwać – zobaczyć jakieś nowe miasto. I taki wyjazd zajmuje mi najwyżej pół dnia, a nie zamienia się w całą epopeję z walizkami, wizami, biletami lotniczymi itd.

Myślałam też o tym, że oto mam gruszki z drzewa. I jabłka też mam. I śliwki. A wcześniej, kiedy mieszkałam w Jekaterynburgu, kupowałam to wszystko w sklepie za pieniądze. A tu wszystko to rośnie za darmo, a jeszcze ałycza, i orzechy, i wiśnie... Owszem, zarobki są tu niższe i trudniej znaleźć pracę niż w większych miastach kraju, nie mówiąc już o Moskwie. Ale w Jekaterynburgu na przykład, jak wyjdziesz po deszczu na ulicę, to wrócisz do domu ubłocony po uszy, a jesienią, kiedy zaczyna się chlapa, jest dokładnie tak samo. Bo gleby są tam gliniaste. A tu piasek – deszcz przeszedł i znowu czysto.

A zima? „Wspaniała” zima uralska – to wtedy, gdy jest minus trzydzieści pięć i białka oczu zaczynają dzwonić z zimna, a wracasz do domu i, choćbyś się nie wiem jak ciepło ubrał, nogi masz czerwone od mrozu. A do tego na przystankach czeka się na autobus po 30–40 minut i żeby dotrzeć do centrum, wychodzi się z domu półtorej godziny wcześniej, a lepiej dwie...

A Kaliningrad można obejść pieszo cały w dwie godziny, a przynajmniej
centrum na pewno! I ja osobiście chodzę tu przez całą zimę w swetrze i półbutach,
i nie jest mi zimno. I to jest szczęście!

W drodze powrotnej do domu zadzwoniłam do przychodni stomatologicznej i zapisałam się na leczenie w ramach obowiązkowego ubezpieczenia zdrowotnego (czyli za darmo), uśmiechnęłam się, przypominając sobie nasze miejscowe coroczne bezpłatne badania profilaktyczne, obejmujące, nawiasem mówiąc, rezonans magnetyczny, a także miejscowe ceny wizyt u prywatnych lekarzy w porównaniu na przykład z moskiewskimi cennikami.

Wieczorem trochę pospacerowałam po swoim osiedlu. Wydaje mi się, że jest idealne absolutnie pod każdym względem! Obok mojego domu jest nawet fontanna! A do tego kompozycje rzeźbiarskie, klomby urządzone przez architektów krajobrazu, alejki z ładnymi latarniami. W porównaniu z tym moja dawna dzielnica w Jekaterynburgu to straszydło, choć była to dzielnica sypialniana i było tam „niby wszystko, jak należy”. Ale w tym rzecz, że wyobrażenie o tym, „jak należy”, bardzo się jednak różni w zależności od miasta, w którym się mieszka, i od systemu ocen.

Do czego zmierzam? Do tego, że świat jest wystarczająco duży, by znaleźć sobie takie miejsce do życia, w którym będzie dobrze. A życie nie jest aż tak długie, by tracić czas na zrzędzenie i niezadowolenie. Nie podoba się? Zawsze można się przeprowadzić albo podjąć choć niewielki wysiłek, by miejsce, które się wybrało, stało się jeszcze lepsze.


Przetłumaczono z języka rosyjskiego przy pomocy AI (Claude, Anthropic), październik 2026 r.