Jeśli rozejrzeć się, stojąc na samym szczycie, to z wysokości widać leżący w dole jak na dłoni Królewiec i jego stare dzielnice, na północy zielenią się pola z rozsianymi wśród nich wsiami, po prawej – Zalew Kuroński, po lewej – bezkresne zwierciadło Morza Bałtyckiego, między dwiema taflami wody ledwie zieleni się w mglistej poświacie kreska Mierzei Kurońskiej, a na południowym wschodzie lśni w słońcu Zalew Wiślany.
W czasach pogańskich na Rinau znajdowało się sanktuarium Ligo, boga wiosny i radości, o którym niewiele wiemy. Być może jest to ten sam bóg, którego Polacy nazywali Ligiczem, rozjemcą i pojednawcą. Jego pokarmem był święty nieugaszony płomień, podtrzymywany przez młode dziewice, które nie znały mężczyzny.
Pewnego razu do tej służby wybrano dziewczynę, której uroda rozpaliła serce pewnego szlachetnego młodzieńca.
Sprzeciwił się on zakazom najwyższego kapłana Krywe i przysiągł porwać swoją wybrankę kapłanom i wprowadzić ją do swego domu jako żonę. Trzykrotnie szturmował Rinau i trzykrotnie straże sanktuarium odpierały ataki jego drużyny, aż wreszcie młodemu wojownikowi udało się przedrzeć przez bramę – oto już obejmował upragnioną dziewicę, lecz wtem zerwał się straszliwy wiatr, zabłysły błyskawice, na niebie zawirowały trąby powietrzne – to szalała Narzeczona Wiatru1.
Nagle naraz runęły mury chramu i pogrzebały pod sobą zakochanych. A święty płomień zgasł. Od tej pory ludzie słyszeli na szczycie Rinau o północy zgiełk bitwy i szczęk oręża, a z ziemi wypływał nagle migotliwy płomyk. Potem nagle wszystko cichło i znów wokół panowała cisza, przerywana tylko krzykami nocnych ptaków.
Opowiadają też, że później na górze mieszkali władcy Sambii, potomkowie Samo, syna legendarnego króla Widewuto. Tam, w świętym gaju dębowym, czcili swoich bogów, a przede wszystkim boga napoju i jadła Kurcho, czyli Gorcho, boga bydła Wurszkajto, a także boga ptaków Iszwambrata2. Ci trzej bogowie w dawnej mitologii pruskiej zajmowali drugie miejsce po najwyższej trójcy: Perkunie, Pikollosie i Potrimposie.
W końcu przyszedł tu Zakon Niemiecki, podbił Sambię i zniszczył pogańskie sanktuaria, ale i jego później usunęła w cień nauka Lutra: wszystkie klasztory zostały zniesione, a mnisi i mniszki zostali bez przytuliska, jak owce bez pasterza.

Stało się to w 1524 roku. Przebywali wtedy w Królewcu mnisi wypędzeni ze swoich klasztorów. Pozbawieni schronienia, nie wiedzieli, jak i z czego dalej żyć.
Widok z Galtgarben na wzgórza Alk.
Było wśród nich czternastu mnichów, którzy co nieco wiedzieli o rzeczach tajemnych i sekretnych i bardzo dobrze wiedzieli, że na Rinau zakopano niemało skarbów. Doszło do nich podanie, że w głębi góry przechowywano urny, w których leżały prochy spalonych na stosie ciał władców Sambii, a wraz z nimi dawne kosztowności, mnóstwo złota i inne skarby.
Wyruszyli bracia mnisi na Rinau, weszli na szczyt góry, zabrawszy ze sobą wszystko, co potrzebne do wykopalisk, od razu natrafili tam na stare fragmenty murów i zaczęli je rozbijać. Wkrótce odkryli zasypane ziemią podziemie, w którym rzędem stały wielkie urny.
Ale obok każdej urny siedział ogromny czarny pies, z pyska każdego psa buchała para, a para ta była tak trująca, że pięciu mnichów od razu padło trupem, a trzech zmarło następnego dnia. Wtedy sześciu pozostałych mnichów zrozumiało, że do poszukiwania skarbów przygotowali się źle, naradzili się i postanowili podjąć drugą próbę, tym razem jednak lepiej się przygotować.
I oto znów weszli na Rinau, zabrawszy ze sobą święte obrazy namaszczone poświęconym olejem, a także relikwiarz z relikwiami świętych. Postawili wszystko na skraju wykopu i zaczęli odprawiać mszę świętą ze śpiewem litanii. Patrzą – psy zniknęły, a trujące opary przestały się unosić. Mnisi bardzo się ucieszyli, teraz urny można było spokojnie zabrać, tyle że były bardzo ciężkie.
I zabawnie było patrzeć, jak każdy mnich, pocąc się i sapiąc, taszczył z góry na brzuchu wielką, wysoką urnę, a urny te były równie brzuchate jak sami bracia mnisi.
W obecności biskupa i miejscowego komtura przystąpili do starannego zbadania zawartości dawnych dzbanów. Wewnątrz znalazło się mnóstwo cennych przedmiotów: grudki gliny, piasek, drobne węgielki, resztki kości, popiół – ale nie było niczego z metalu, a już tym bardziej z metalu szlachetnego. Twarze mnichów się wydłużyły. Od razu stało się jasne, że archeologami nie byli, bo inaczej sam widok dawnych naczyń, choćby i pustych, cieszyłby ich oczy. Zapomnieli, że przecież wrócili z góry cali i zdrowi, co też było wielką radością. A ponieważ nie mieli na kim wyładować swojej złości, w gniewie wspomnieli złego – to pewnie diabeł zamienił złoto w garnkach w poczerniały popiół i węgle! Zresztą on, nieborak, nigdy się o tym nie dowiedział.
ŹRÓDŁO
Людвиг Бехштейн, «Книга немецких сказок» (Ludwig Bechstein, Deutsches Sagenbuch — нем.), Лейпциг, 1853.
PRZYPISY TŁUMACZKI
1. Zob. artykuł „Germańska mitologia baśniowa. Narzeczona Wiatru”.
2. Iszwambrat – bóg dawnych Prusów. Wraz z Kurcho i Wurszkajto tworzył triadę drugiego rzędu. Iszwambrat był władcą wszystkich ptaków. Przypuszcza się, że ucieleśnił się w nim pierwszy arcykapłan Bruteno, który dokonał rytualnego samospalenia na chwałę pogańskich bogów.
● Od redakcji: Przeczytaj na VisitPrussia.com wywiad z tłumaczką niemieckich, a w szczególności pruskich baśni, naszą stałą autorką Tatianą Koliwaj, prowadzącą własny blog, na którym opublikowano niezliczone mnóstwo innych przypowieści, legend i baśni w jej przekładach.
Przetłumaczono z języka rosyjskiego przy pomocy AI (Claude, Anthropic), październik 2026 r.

