/ Puszcza Romincka

Puszcza Romincka: walka z „mniszkami” i wypoczynek cesarza

Puszcza Romincka: walka z „mniszkami” i wypoczynek cesarza

Puszcza Romincka, jej hojne piękno, losy i historia interesowały nie tylko myśliwych, leśników, naukowców i historyków dawnych i współczesnych. Wielu znanych literatów poświęciło jej swoje dzieła. Wśród nich jest mazurski pisarz, można rzec, syn Puszczy — Fritz Skowronnek (Fritz Skowronnek, 1858–1939).

Wraz z młodszym bratem Fritz uczęszczał do królewskiego gimnazjum w Lyck (obecnie Ełk, Polska), a następnie studiował filologię i filozofię na Uniwersytecie Królewieckim. Na początku lat 90. XIX wieku przeniósł się do Berlina, gdzie pracował najpierw jako dziennikarz i współpracownik kilku wydawnictw, a później także jako redaktor naczelny gazety Breslauer Morgenzeitung. Od końca lat 90. zaczął dawać się poznać jako dramaturg.

Dom Skowronnecków w SchuikenDom Skowronnecków w Schuiken.

Największą sławę przyniosła jednak Skowronnkowi twórczość, w której opiewał Mazury i odrębność tutejszej kultury.

Zapalony myśliwy i wędkarz, Skowronnek od dzieciństwa znał mazurskie obyczaje, opowieści i legendy, które znalazły później odbicie w jego „Opowiadaniach myśliwskich”, „Księdze Mazur” i innych utworach z cyklu mazurskiego. Sugestywne opisy mazurskich krajobrazów, wzgórz i jezior, lasów i ich mieszkańców pozwalają czytelnikowi odczuć więź autora z rodzinną ziemią.

W swoich utworach ukazał również wydarzenia pierwszej wojny światowej, które rozgrywały się zarówno na terenie Prus Wschodnich, jak i w całych Niemczech.


Odnowiony nagrobek F. Skowronnka
Kamień pamiątkowy poświęcony F. Skowronnkowi


Fritz Skowronnek zmarł w 1939 roku w Oranienburgu, na którego cmentarzu do dziś zachował się jego grób z odnowionym nagrobkiem. W 2013 roku na północno-wschodnim brzegu jeziora Gołdap, niedaleko miejsca urodzenia pisarza, ustawiono kamień pamiątkowy z napisem: Fritzowi Skowronnkowi — piewcy Mazur.

Poniżej zamieszczamy przekład jednego rozdziału z polskiego wydania „Księgi Mazur” Fritza Skowronnka. Opisane w nim wydarzenia omal nie doprowadziły do całkowitego zniszczenia tej majestatycznej i malowniczej puszczy, która do dziś wywiera na odwiedzających niezapomniane wrażenie swoimi historiami i pięknem.

Fritz Skowronnek „Puszcza Romincka”

(fragment „Księgi Mazur”)

Okładka „Księgi Mazur” Fritza Skowronnka

Mało kto zazwyczaj wie, jakie cuda krajobrazu kryje Puszcza Romincka. Nie leży ona na równinie, lecz przeciwnie — porasta łańcuch wzgórz, wznoszących się miejscami na sporą wysokość od 250 do 280 metrów. Na tak zwanej Królewskiej Górze stoi wieża widokowa, z której roztacza się piękny widok na falujące morze lasu i grzbiety wzgórz na samym horyzoncie. Widać stamtąd także migoczącą taflę jezior. Na wschodzie — ogromne Jezioro Wisztynieckie, na zachodzie — jezioro Gołdap, a na południu, już za granicą rosyjską, leży cała grupa jezior średniej wielkości. W puszczy również jest kilka jezior, choć mniejszych. Jej główną ozdobą jest jednak rzeka Rominta z czterema dopływami, zasilanymi wodami licznych źródeł.

Nie wiją się one leniwie, lecz gwałtownie opadają w doliny, a w ich zimnych, przejrzystych nurtach kryje się niezliczone mnóstwo pstrągów, które mają tu wprost idealne warunki do rozmnażania.

W wielu miejscach strumienie te mozolnie wyżłobiły sobie koryta i szumią, pędząc między stromymi brzegami, wysokimi nierzadko na sto stóp, tak że czasem trudno się przez nie przeprawić.

Trzon drzewostanu puszczy stanowią sosny i świerki. Na południu i wschodzie przeważa las liściasty. W latach 1852–1858 puszcza przeżyła inwazję brudnicy mniszki, która zniszczyła większą część lasu.

Żer gąsienic trwał dwa i pół miesiąca, od maja do połowy lipca. Gdyby ta klęska trwała dłużej, zniszczone zostałyby wszystkie zasoby leśne puszczy. Inwazję mniszki z lat 1852–1858 opisał nam szczegółowo znany leśnik z Saksonii, wysłany do Prus Wschodnich, by zbadać to zjawisko. Według jego relacji mniszka pojawiła się masowo w latach 1850 i 1851, najpierw na południe od granicy, w lasach polskich. W 1852 roku zniszczyła już całe lasy, których właściciele kazali rozpalić ogień i wypalić ją doszczętnie, ponieważ nie mogli wykorzystać lichego drewna. Szkodnika wcale w ten sposób nie wytępiono, a jedynie go spłoszono, i w 1852 roku znów pojawił się w ogromnych ilościach na terytorium Prus. Motyle mniszki latały całymi chmarami, których nie sposób opisać słowami. Budynki leśniczówek były całkowicie pokryte tymi owadami, a na powierzchni jeziora Pillwong utopione motyle unosiły się niczym gruba warstwa piany. Las wyglądał jak w czasie największej zamieci, drzewa zdawały się zasypane śniegiem — tak gęsto ich gałęzie obsiadły mniszki.

W pierwszych latach próbowano jeszcze siłami ludzkimi położyć kres tej pladze.

Postanowiono wyłapywać motyle, zanim złożą jaja, a także niszczyć złoża jaj. Schwytano około miliona motyli i zebrano mniej więcej 150 milionów jaj.

„Mimo tych energicznych działań – jak czytamy w sprawozdaniu, — następnej wiosny (1853) znów znaleziono tyle samo jaj, nawet w miejscach oczyszczanych trzy- i czterokrotnie, co świadczy o tym, że zebrano zaledwie połowę złożonych jaj. Nic dziwnego, gdyż mniszka składała jaja, co zresztą przeczy wcześniejszym badaniom i obserwacjom, nawet wśród korzeni i mchu w ściółce leśnej, a także w koronach świerków aż po sam wierzchołek, co bardzo utrudniało ich zbieranie. Ponadto zarząd polecił rozgniatać gąsienice, które już się wylęgły, lecz wciąż trzymały się w zwartych skupiskach, co w lasach wokół Czerwonego Dworu rzeczywiście czyniono do 18 maja, choć bardzo skromnymi siłami”.

Ponieważ okazało się, że gąsienice nie przemieszczają się z wypalonych terenów w nietknięte miejsca, lecz wycieńczone spadają na ziemię i tam pozostają, wykorzystano to w walce z motylami.

„Aby wytępić motyle, już podczas ich pierwszego nalotu, od 29 lipca do 3 sierpnia 1853 roku, a także w 1854 roku, w wielu miejscach rozpalono wielkie ogniska. Choć mnóstwo motyli zginęło w ogniu, zdążyły one złożyć tak wiele jaj, że trzeba było zaniechać ich zbierania, gdyż świerki były nie tylko oblepione złożami jaj między warstwami kory, ale wręcz na całej powierzchni inkrustowane jajami, leżącymi ciasno jedno przy drugim i jedno na drugim. Robotnicy mogli zgarniać je rękami, w każdym razie z pni, z których jeszcze zimą w tym właśnie celu zdarto korę, a na których mniszka i tak złożyła jaja.

W maju 1855 roku żer gąsienic osiągnął taką skalę, jakiej chyba nie widziano od niepamiętnych czasów. Do 27 czerwca w lasach otaczających Czerwony Dwór stało ogołoconych ponad 10 tysięcy morgów (jednostka powierzchni równa około 0,56 ha. — Przyp. tłum.) drzewostanu, a około 5 tysięcy morgów było uszkodzonych. Plaga przerosła jednak nawet znacznie gorsze oczekiwania. Do końca lipca na powierzchni 16 354 morgów drzewa zostały całkowicie zniszczone, a na 5 841 morgach uszkodzone w takim stopniu, że należało je wyciąć. Gąsienicom było już wszystko jedno, czy pożerają drzewa iglaste, czy liściaste. Nie miał też znaczenia wiek drzew, gdyż obsiadały i zjadały również świerkowe młodniki, złożone wyłącznie z siewek z ubiegłego i bieżącego roku! Wierzchołki młodziutkich świerków i sosen uginały się pod ciężarem siedzących na nich chmar gąsienic. Ich odchody, którymi w końcu całe dno lasu pokryło się warstwą grubości dwóch–trzech cali, a miejscami nawet do sześciu cali, spadały z koron drzew nieprzerwaną ulewą i wkrótce, jak okiem sięgnąć, nie pozostał ani jeden zielony liść, ani jedno źdźbło”.

Po mniszkach przyszły kózkowate i zniszczyły to, co jeszcze zostało. Robotnicy nie nadążali wówczas z wycinką i wywózką martwych drzew, choć każdy mógł wziąć tyle drewna, ile chciał. Pozostałe drzewa padały same, przewracane nawet przez umiarkowany wiatr, tworząc wiatrołomy, a na obdartych pniach pojawiała się biała pleśń, złowieszczo migocząca w ciemności. Na wysokości dwóch stóp od ziemi pień, z którego opadła kora, pokrywał cienki biały nalot, świecący tak jasno, że był wyraźnie widoczny z odległości stu metrów. Na spróchniałych drzewach rosła też twarda huba, którą można powiesić na ścianie niczym półeczkę. Pół tuzina jej wspaniałych okazów zdobi ścianę mojego gabinetu.

Puszcza Romincka była ulubionym łowiskiem księcia Fryderyka Karola (Fryderyk Karol Mikołaj, książę pruski, 1828–1885. — Przyp. tłum.) od 1868 roku aż do jego śmierci.

Cesarz przybył tu po raz pierwszy w 1890 roku z dziesięciodniową wizytą. W następnym roku polecił zbudować z drewna niewielki zameczek myśliwski w stylu norweskim, w którym co roku spędzał dwa tygodnie, a nawet dłużej, w okresie rykowiska jeleni.

W 1893 roku zbudowano, również w stylu norweskim, drewnianą kaplicę poświęconą kaplicy św. Huberta (znajdującej się we francuskim Amboise; według legendy pochowany jest w niej Leonardo da Vinci. — Przyp. tłum.). Zazwyczaj cesarz przyjeżdżał do Romint z niewielką świtą w ostatnim tygodniu września. W ostatnich latach jego stałą towarzyszką była cesarzowa, dla której również zbudowano zameczek myśliwski, podobny do zameczku cesarza.

Rzecz jasna, dla najdostojniejszego z myśliwych, który mógł poświęcić polowaniu zaledwie kilka dni, należało, by ułatwić mu to przedsięwzięcie, poczynić najrozmaitsze przygotowania. Już w sierpniu wstrzymywano wywóz drewna, aby starczyło czasu na wyrównanie rozjeżdżonych dróg. Wiele bagien i mokradeł osuszono, zamieniając je we wspaniałe łąki, na które chętnie wychodziła zwierzyna. Każdą taką łąkę w odpowiedniej odległości okrążała ścieżka łowiecka, którą przed przyjazdem cesarza oczyszczano z suchych gałęzi.

Aby zwierzyna mogła wychodzić tu ze swoich kryjówek, ze wszystkich stron prowadziły ku łące ścieżki osłonięte chrustem. Leśnicy bardzo dobrze znali swoją zwierzynę. Najlepiej poznawali ją przy paśnikach, do których jelenie i inne zwierzęta bez obawy podchodziły za saniami leśniczego, uważanego przez nie za swego dobroczyńcę. W ostatnich latach zbudowano dla nich duże wiaty, pod którymi mogły schronić się w niepogodę, zimy w Prusach Wschodnich są bowiem długie i srogie, szczególnie ciężkie dla zwierząt, choć te były dokarmiane. Nierzadko przeciągająca się zima srożyła się nawet do czasu, gdy jeleniom zdążyło wyrosnąć poroże na stopę długie.

Cesarzowa również pokochała Puszczę Romincką i towarzyszyła cesarzowi podczas jego pobytów.

Tak oto w najdalej na wschód wysuniętym zakątku cesarstwa cesarz cieszył się dwoma tygodniami życia rodzinnego i prawdziwego wypoczynku, na które przypadały także udane wyprawy myśliwskie.

Niekiedy cesarz przedkładał polowanie nad odpoczynek; wstawał tak wcześnie, że o wpół do czwartej, już po śniadaniu, był gotów do wyjazdu. W ostatnich latach panowania całkiem zrezygnował z dalekich wypraw i spał dłużej. Pewnego ranka zameldowano mu, że w pobliżu zauważono wielkiego jelenia z 16 odnogami w koronie. Będąc w dobrym humorze, cesarz uznał, że jeleń może poczekać! A jeleń rzeczywiście jeszcze przez jakieś dwie godziny pasł się na leśnej polanie, po czym wreszcie niespiesznie się oddalił.

W Romintach informowano cesarza jedynie o najważniejszych wydarzeniach politycznych, nie mógł on jednak całkowicie oderwać się od swoich obowiązków i niekiedy pracował do późnej nocy. Ministrowie i sekretarze stanu przyjeżdżali z raportami, telegraf stukał bez przerwy, a listonosze co chwila śpieszyli z poczty do zamku i z powrotem. Kilka linii telefonicznych łączyło to odcięte od świata miejsce bezpośrednio z Berlinem, aby monarcha mógł naradzać się ze swoimi ministrami.

Cesarz lubił długie spacery. W Romintach przechadzał się czasem zupełnie sam po parku albo schodził w dolinę i wdawał się w rozmowy z poczciwymi chłopami pracującymi w polu. Przy tym nieustannie palił, lecz wyłącznie jasny i lekki tytoń holenderski, w cenie nie wyższej niż fenig. Podczas dłuższych wyjazdów pykał krótkie fajeczki, oryginalnie zdobione motywami myśliwskimi, a w zamku sięgał niekiedy także po papierosa.

Obraz ten byłby niepełny, gdyby nie wspomnieć o serdecznym przywiązaniu mieszkańców Romint do pary cesarskiej. Romincki dziedzic dobrze dbał o swoich pracowników. Budował dla nich solidne, umeblowane domy.

Jeszcze większą troskę okazywała im cesarzowa. Małe dzieci, które nie chodziły jeszcze do szkoły, oddawano pod opiekę siostry miłosierdzia, która w razie niedyspozycji mogła udzielić im pierwszej pomocy, i wtedy lekarz nie był potrzebny. Dzieci w wieku szkolnym otrzymywały książki i zeszyty, a na Boże Narodzenie wszyscy, od najmłodszych po najstarszych, dostawali pożyteczne prezenty, które wybierała dla nich sama cesarzowa. Przynajmniej raz każdy z miejscowych gościł u „cesarzy”. Dostawali w podarunku ciastka i czekoladę, a podczas poczęstunku cesarz kazał podawać również rozmaite przekąski. Wielokrotnie osobiście sprawdzał, czy Bunken, jak nazywano dzieci w Prusach Wschodnich, pilnie uczą się w szkole. Przyjeżdżał do szkoły bladym świtem i przez pół godziny przysłuchiwał się lekcji. Dzieci zaś w obecności tego miejscowego wizytatora szkolnego zdawały się nie odczuwać najmniejszego onieśmielenia. Jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki wszystkie ręce wyciągały się w górę, a czterdzieści par oczu płonęło chęcią udzielenia prawidłowej odpowiedzi.

Piękny obraz! Cesarz Wilhelm II kontynuował w ten sposób dawne tradycje swego rodu. Wystarczy wspomnieć Fryderyka Wilhelma III i cesarza Fryderyka! A ten, komu dane było obserwować rodzinę cesarską w Romintach, przekonywał się, że uwolnienie od wyczerpujących obowiązków i powrót do beztroskiej naturalności obcowania z najbliższymi to z pewnością najlepszy wypoczynek.



Przekład: Siergiej Michajłow. Zdjęcia: Ostpreussen.net.


Przetłumaczono z języka rosyjskiego przy pomocy AI (Claude, Anthropic), październik 2026 r.