/ Irkuck – Kaliningrad

Świeże spojrzenie: Kaliningrad po Irkucku

Świeże spojrzenie: Kaliningrad po Irkucku

Jekatierina i Władimir Sokolcewowie przeprowadzili się z Irkucka do Kaliningradu dokładnie rok temu razem z dwiema córkami, Saszą i Anią. Poznali miasto pół roku przed przeprowadzką. Katia i Wowa zarezerwowali przez internet hostel, kupili bilety lotnicze i przez półtora tygodnia dosłownie chłonęli skórą Kaliningrad razem z promieniami słońca i morskim powietrzem. Po dziesięciu dniach odprowadzałam ich na samolot – lecieli do Irkucka sprzedać mieszkanie…

– Tak się złożyło, że urodziłam się w Nowogrodzie, ale mieszkałam tam niecałe dwa lata i potem ani razu nie byłam w tym mieście – opowiada Jekatierina. – Wczesne dzieciństwo spędziłam w Niemczech, lata szkolne i pierwszą dekadę dorosłego życia – w Buriacji, z przerwami na Kazachstan.

W przypadku człowieka z rodziny dziedzicznych wojskowych o zakorzenieniu w jednym miejscu w ogóle nie ma mowy.

– Jest kilka punktów na mapie, gdzie mieszkali przodkowie (przy czym nawet w jednym pokoleniu rozrzut między tymi punktami liczy się w tysiącach kilometrów), są miasta, w których minęło dzieciństwo – ale zostały po nich tylko osobiste wspomnienia, nie zawsze radosne, i żadnej rodzinnej historii. Od 2006 do 2014 roku włącznie mieszkałam w Irkucku, ale niemal od razu przestałam go postrzegać jako „punkt docelowy”, miasto, w którym spędzę resztę życia. Mieszkanie tam było raczej zwykłym zbiegiem okoliczności…

Decyzja o przeprowadzce zawsze tkwiła gdzieś w świadomości Kati – marzyła o wyjeździe z Syberii, odkąd w wieku siedmiu lat ją tam przywieziono. W różnych latach próbowała zrealizować różne warianty, ale żaden z nich tak czy inaczej nie wypalił. Kaliningrad trafił w pole widzenia przypadkiem, jako przykład miasta, w którym mieszkania są tańsze niż w Irkucku (zmiana mieszkania zawsze jest jednym z najpilniejszych tematów dla ludzi, którzy zdecydowali się na przeprowadzkę).

Potem przyszło zrozumienie, że obwód kaliningradzki przechowuje w sobie cząstkę Niemiec, które dla Jekatieriny zawsze były wzorcem miejsca do życia.

Poza tym przypomniało się, że Kaliningrad ma związek z historią rodziny: babcia i dziadek Kati brali udział w szturmie Królewca, właśnie tam się poznali i pobrali. Znalezienie miasta, w którym można się czuć częścią historii, było zawsze marzeniem małżonków Sokolcewów.

Chcieli zmienić przede wszystkim klimat, a w ogóle Azję na Europę. Innych wariantów poza obwodem kaliningradzkim poważnie nie rozważali. Przeprowadzka z Irkucka do innego miasta Syberii czy Rosji centralnej wydawała się małżonkom zamianą „siekierki na kijek”, na emigrację nie byli gotowi, a podbijanie Moskwy w wieku 40 lat wydawało się już spóźnione i „niesmaczne”.

– Katiu, opowiedz, proszę, jak poznałaś Kaliningrad? Co rzuciło ci się w oczy w pierwszej kolejności?

– Pierwsze spojrzenie było na zdjęcie – śmieje się moja rozmówczyni. – Wioska Rybacka. Kiedy postanowiłam, że tak czy inaczej pojadę do Kaliningradu, ustawiłam sobie to zdjęcie na monitorze i codziennie myślałam o tym, że kiedyś się tam znajdę. Emocjonalnie było to chyba najsilniejsze przeżycie z tej „znajomości”… Przyjść w miejsce, które przez rok widziało się na zdjęciu, zobaczyć je na żywo…

– Które miejsca w Kaliningradzie podobają ci się teraz najbardziej?

– Bardzo lubię Prospekt Mira. Po prostu samo to miejsce – przyjeżdżam i czuję się tam przytulnie. Jestem zachwycona ogrodem zoologicznym, zarówno pod względem zwierząt, jak i po prostu – park, drzewa... Kocham nasze stawy.

Na początku bardziej podobał mi się Staw Górny, bo jest zagospodarowany, i nawet martwiłam się, że Dolny nie jest zrewitalizowany, ale potem zrozumiałam jego urok i samowystarczalność w takiej postaci, jaką ma teraz.

Teraz, przeciwnie, myślę, że nie daj Boże zaczną go rewitalizować i wszystko zepsują… Choć alejki dobrze byłoby tam odnowić, a i brzegi oczyścić, ale drzewa! Byle tylko ocalić drzewa! Po obwodzie jeździliśmy na razie bardzo mało. Kiedy był czas – nie było samochodu. Kupiliśmy samochód – zabrakło czasu. Ale mam nadzieję, że jeszcze bardzo wiele odkryć przed nami, przecież mieszkamy tu dopiero rok! Bardzo wiele znaczy dla mnie możliwość, by po prostu wsiąść do autobusu i po godzinie dojechać do Swietłogorska, naszego ulubionego miasta na rodzinne spacery.

Adaptować się w nowym miejscu Katia z Wołodią i dwiema dziewczynkami nie musieli. Myślami byli tu już na długo przed przeprowadzką. Poza tym okoliczności układały się tak same z siebie, że praktycznie nie musieli rozwiązywać żadnych problemów. Sprzedaż irkuckiego mieszkania przebiegła, wprawdzie nie bez nerwów, ale w najkrótszym możliwym czasie. A w Kaliningradzie mieszkanie pomogli im zdalnie wynająć przyjaciele. Co zadziwiające, ci przyjaciele również całkiem niedawno przeprowadzili się do Kaliningradu, a z Katią i Wołodią poznali się przez internet… W ten sposób rodzina Sokolcewów już z lotniska przyjechała „do siebie do domu”. Własne mieszkanie kupili po dwóch tygodniach: takie, jakie chcieli, i tam, gdzie chcieli.

Przez większą część pierwszego roku życia w Kaliningradzie Katia i Władimir pracowali zdalnie. W tym okresie priorytetem było urządzenie się i poznawanie nowego miejsca. Potem pojawiła się potrzeba stałego źródła dochodu i oboje podjęli pracę.

– O karierze na razie nie ma mowy – mówi Jekatierina – to po prostu praca, po prostu miejsce, gdzie można dostać pieniądze. Zresztą kwestie kariery jako takiej (czyli osiągania jakichś wyżyn, stanowiska kierowniczego itp.) w ogóle nie są dla mnie istotne. Gdy tylko sprawy finansowe zostaną rozwiązane, a ten moment musi nadejść, planuję wrócić do pracy na własny rachunek i poświęcić się ulubionemu zajęciu, dziedzinie, w której już teraz jestem ekspertką i chcę się dalej rozwijać…

– Katiu, a co właściwie podoba ci się w Kaliningradzie? Masz „świeże spojrzenie”, podzielisz się nim?

– W Kaliningradzie podoba mi się… WSZYSTKO! Pierwsze, od czego „wariują” wszyscy przybysze z Irkucka (my też), to obfitość taniego i smacznego jedzenia. Nawet przy uwzględnieniu kursu walut produkty w Kaliningradzie są w porównaniu z Irkuckiem bardzo tanie, a o jakości w ogóle szkoda mówić. Pewna moja przyjaciółka, która niedawno mnie odwiedziła, idąc przez miejscowy targ, powiedziała: „Czy ja trafiłam do raju dla smakoszy?!”. I zgadzam się z nią! Tu nawet zwykłe ziemniaki rozpływają się w ustach. A co dopiero mówić o świeżutkiej rybie czy jabłkach prosto z drzewa! Spróbowawszy kawałka dyni, moja młodsza córka zapytała: „To mango?”. A chleb! Nigdy w życiu nie kupowaliśmy i nie jedliśmy tyle przepysznego chleba…

Oczywiście podoba nam się mnóstwo zieleni i czyste powietrze. Morze! Podoba nam się kameralność i przytulność.

– Miejscowi, których zdążyłam poznać przez ten rok, nie mogą się nadziwić, jak dobrze poznałam miasto w tak krótkim czasie. Przecież jest malutkie, 2/3 zdążyłam przejść pieszo. Możliwość pójścia pieszo dokądkolwiek – to po prostu cud i szczęście! Bardzo podobają mi się drogi, a także tempo, w jakim się je buduje i remontuje. Na naszych oczach w niecały rok z kompletnej ruiny podniesiono ulicę 9 Kwietnia, zbudowano rondo na placu Wasilewskiego – jednocześnie! W Irkucku jeden taki obiekt starczyłby na jakieś pięć lat. Strasznie podoba mi się dążenie, by nie tylko coś zrobić, ale od razu też to zagospodarować! Kiedy zobaczyliśmy, że w trakcie remontu ulicy budowlańcy obsiali trawniki trawą i posadzili drzewa, szczęki nam opadły! Podoba mi się dążenie do znalezienia w architekturze kompromisu między historią a współczesnością, chęć budowania nowych domów i odbudowy starych tak, by przypominały o historycznym obliczu miasta. To oczywiście nie jest reguła – ale tam, gdzie to się udało, wynik bardzo cieszy! Wreszcie podoba mi się to, że zima jest tu dość łagodna! Strasznie zmęczyły nas irkuckie mrozy i przeciągająca się zima…

Nam z mężem bardzo podoba się też stosunek kaliningradczyków do przyjezdnych: gotowość, by pomóc, podpowiedzieć, w ogóle serdeczność i łagodność ludzi.

– Osobne słowo – urzędnicy. Tak spokojnych, życzliwych, gotowych do załatwienia moich spraw urzędników nie widziałam nigdzie! Zameldować się? Proszę bardzo. Podzielić rachunek opłat? Na zdrowie. Potwierdzić polisę ubezpieczeniową? Ależ oczywiście. Wcześniej wizyta w biurze paszportowym była dla mnie poważnym wyzwaniem i stresem. Kolejki nerwowych, umęczonych ludzi, złośliwe baby w gabinetach. Teraz pamiętają mnie tam z twarzy: „A, dzień dobry, to pani! Zaświadczenie o składzie rodziny? Proszę. Jak tam córeczki?..”. Z zapisaniem starszej córki do szkoły, a młodszej do przedszkola też nie było żadnych problemów, choć strasznie się tym denerwowałam, bo przyjechaliśmy w połowie roku szkolnego i na początku nie mieliśmy nawet meldunku! Mimo to Sasza zaraz po feriach noworocznych poszła do szkoły ogólnokształcącej, a od września – po przeniesieniu – także do muzycznej, a Ania tej jesieni dostała miejsce w przedszkolu.

– A czy jest coś, co ci się w Kaliningradzie nie podoba? W ogóle albo w porównaniu z Irkuckiem…

– Coś takiego było, tak... A, tutaj rzadko udaje się kupić przyprawy firmy „Priprawycz”, do których przyzwyczaiłam się w Irkucku, i znany mi gatunek makaronu, a chińska rzodkiew daikon kosztuje zimą więcej niż mandarynki! Ale to takie drobiazgi… Niczego więcej z Irkucka mi tu nie brakuje.

Oczywiście nie podoba mi się stan, w jakim znajduje się znaczna część zabytkowych budynków. Miejscami trwa renowacja, ale chciałoby się, żeby było to na większą skalę i szybciej.

Jeśli to piękno zniknie ostatecznie, nie da się go już odtworzyć.

– Powiedz, proszę, czy wasze z mężem oczekiwania wobec przeprowadzki się spełniły? Czy uważacie Kaliningrad ostatecznie za swój dom?

– Tak, oczekiwania się spełniły. Co do punktu docelowego – na razie trudno powiedzieć. Jedno jest dla mnie jasne: potrafię sobie wyobrazić siebie w tym mieście jako siwą staruszkę, spacerującą pod rękę z mężem brzegiem stawu. Do tej pory w innych miejscach mi się to nie udawało. Czy to się ziści – czas pokaże. Nie lubię planować na długo. Ale dziś jestem w domu.


Przetłumaczono z języka rosyjskiego przy pomocy AI (Claude, Anthropic), październik 2026 r.