– Tatiano, jak powstał projekt „Baśnie Niemiec”?
– Kiedy w styczniu 2016 roku zabierałam się do tworzenia bloga, chciałam po prostu naprawić istniejącą wówczas „niesprawiedliwość”: wiele wspaniałych niemieckich baśni było naszym czytelnikom zupełnie nieznanych. Słabo znali oni także nazwiska wielu wybitnych niemieckich baśniopisarzy. W każdym regionie Niemiec istnieje mnóstwo legend i baśni: są baśnie i legendy Prus, Meklemburgii i Pomorza, baśnie Szwarcwaldu, legendy Harzu, Bawarii… Niemiecka baśń literacka również jest u nas, we współczesnej Rosji, mało znana. Znamy zaledwie kilka nazwisk: Bracia Grimm, Wilhelm Hauff, Ernst Theodor Amadeus Hoffmann, może jeszcze Clemens Brentano, Ludwig Tieck… Tymczasem tak znakomity zbieracz baśni, stojący na równi z braćmi Grimm, jak Ludwig Bechstein, ukazał się u nas w Rosji po raz ostatni w 1913 roku. Od tamtej pory – jedynie pojedyncze baśnie w różnych zbiorach. Mało znany jest dziś u nas także Johann Musäus ze swoimi wspaniałymi „Baśniami ludowymi Niemców”.
– Niemiecka baśń literacka rzeczywiście niewielu osobom jest dziś w Rosji znana. A przecież kiedyś autorzy i zbieracze niemieckiego folkloru cieszyli się ogromną popularnością.
– Oczywiście. Wykształceni Rosjanie w XIX wieku doskonale znali Musäusa, a także Bechsteina. Przez cały XIX wiek i na początku dwudziestego rosyjscy tłumacze dużo i chętnie przekładali Niemców. Wiele z tamtych przekładów pozostaje do dziś jedynymi i funkcjonuje w takiej postaci, w jakiej niegdyś powstały – niekiedy jeszcze na początku XIX wieku. W tamtych czasach byliśmy niemal „spokrewnionymi narodami”, a elity Rosji i Niemiec często żyły w obu krajach jednocześnie. Przykładów z samej tylko dziedziny literatury jest mnóstwo: w Rosji to Denis Iwanowicz Fonwizin, Wasilij Andriejewicz Żukowski, Wilhelm Karłowicz Küchelbecker, Iwan Siergiejewicz Turgieniew, Władimir Iwanowicz Dal, Zinaida Nikołajewna Gippius, Anatolij Borisowicz Mariengof… W Niemczech – August Kotzebue, Adelbert von Chamisso, Alexander Ungern-Sternberg, Rainer Maria Rilke...

Peter Carl Geissler „Dziadek do orzechów” (ok. 1870).
Centrum literatury niemieckiej w Rosji był Petersburg.
Niemcy stali w Rosji na czele wszystkich dużych domów wydawniczych: urodzony w Szczecinie Adolf Fiodorowicz Marks wydawał ilustrowany tygodnik „Niwa”, Hermann Dmitrijewicz Hoppe – czasopismo „Ilustracja Powszechna”, Alfred Fiodorowicz Devrient jako pierwszy wydał w Rosji „Księgę baśni Ludwiga Bechsteina” – i wielu innych. Można też wspomnieć Antona Gotthelfa Dietricha – niemieckiego lekarza psychiatrę (był lekarzem przybocznym poety Konstantina Nikołajewicza Batiuszkowa), a zarazem literata i tłumacza, autora obszernego zbioru „Rosyjskich baśni ludowych”, które podczas długiego pobytu w Rosji zgromadził, przełożył na niemiecki i wydał w Niemczech z przedmową Jacoba Grimma.
Tak czy inaczej, szeroki czytelnik w Rosji zupełnie nie zna wspaniałych baśni literackich takich XIX-wiecznych pisarzy, jak Heinrich Seidel, Wilhelm Hackländer, Paul Heyse i wielu, wielu innych. Praktycznie nieznane są nazwiska niemieckich pisarzy, którzy gromadzili i wydawali zbiory legend i podań z różnych krain Niemiec: Johanna Grässego („Księga podań państwa pruskiego”), Heinricha Pröhlego („Podania Harzu”), Wilhelma Rulanda („Legendy i podania Renu”), Josefa Haltricha („Podania Saksonii”)… Dlatego od samego początku było dla mnie jasne, jakiej tematyce poświęcę swój blog i jaką treścią będę go wypełniać.
Ograniczyłam się do okresu od końca XVIII do początku XX wieku – to głównie romantyzm i biedermeier.
– Przełożyła Pani sporo baśni, legend i mitów Prus Wschodnich, w tym „Podanie o świętym Wojciechu”, „Białą dziewicę z Kreuzburga”, „Kolumnę czterech braci”, „Rycerzy i mniszki z Kreuzburga” ze zbioru „Księga podań państwa pruskiego” Johanna Georga Theodora Grässego; „Kamień ofiarny na górze Rombinus”, „Latających umarłych”, „Prawo bursztynowe” z „Niemieckiej księgi podań” Ludwiga Bechsteina i inne. Na Pani blogu można znaleźć także baśnie ludowe Meklemburgii-Pomorza Przedniego, na przykład „Dziewicę ze skał Stubbenkammer”, „Klabautermanna”, „Trzech chrzestnych”… A co dalej?
– Baśni, podań i legend Prus Wschodnich jest mnóstwo. (Chciałabym zauważyć, że niektóre wędrują ze zbioru do zbioru, nieznacznie różniąc się szczegółami). Wśród najbardziej znanych książek, które zebrały to, co najlepsze, są: „Legendy Prus Wschodnich” Hermanna Jantzena, „Legendy Prus Wschodnich” Ericha Pohla, „Podania ludowe Pomorza i Rugii” Jodocusa Temmego oraz „Baśnie i legendy Pomorza Przedniego i wyspy Rugii” Ernsta Moritza Arndta.
Ze zbioru Arndta przełożyłam sześć baśni – „Księżniczkę Swanwitę”, „Srebrny dzwoneczek”, „Fałszywą przysięgę”, „Szklany pantofelek”, „Króla węży” i „Szczurzego króla Birlibiego”. Można je znaleźć na moim blogu. Co prawda niektóre z tych baśni napisane są w miejscowym dialekcie, ale da się je zrozumieć.
Kolejnego pisarza i poety romantycznego, Josepha von Eichendorffa, nie trzeba szczególnie przedstawiać. Urodził się i wychował na Śląsku, który należał wówczas do Prus. Na moim blogu jest mój artykuł z jego biografią, a także mój przekład baśni „Jesienne czary”.
Za pisarza pruskiego można uznać znakomitego dziewiętnastowiecznego nowelistę Paula Heysego, który urodził się w Berlinie, ale całe życie spędził w Monachium. Napisał też kilka zbiorów baśni. Trzy z nich – „Źródło młodości”, „Noc świętojańska” i „Holdrio, czyli baśń o dobrze wychowanym królewiczu” – przełożyłam na rosyjski i opublikowałam na blogu.
Kilka zbiorów znakomitych, bardzo oryginalnych baśni pozostawił niemiecki poeta i pisarz Heinrich Seidel z Perlina (Pomorze). Przetłumaczyłam z nich tylko jedną – „Pan Zuckermann, czarnoksiężnik” – a także jedną z baśni niemieckiego baśniopisarza Hansa Hoffmanna (również rodem z Pomorza) – „Brzydką syrenkę”. Mój projekt się rozwija i jak każde niedokończone dzieło daleko mu do doskonałości. Zarazem doskonale zdaję sobie sprawę, że nie zdołam zrealizować wszystkiego, co chciałabym zrobić – zadanie jest zbyt ogromne. Wątpię, by jeden człowiek mógł mu podołać.

Max Koch „Walhalla” (1925).
– Czy ma Pani jeszcze wiele niespodzianek dla rosyjskojęzycznych miłośników tego gatunku? Co w planach?
– Cóż. Prusy Wschodnie mają mnóstwo legend: „Diabelski kamień pod Welawą”, „Oblężenie Rybak”, „Święty topór”, „Uczta u diabła”, „Gołąb podróżnik z Królewca”, „Śpiewająca panna morska”, „Święta studnia w Królewcu”, „Głodowy loch w Tapiawie”, „Upiór zamku w Gładyszach”, „Ludzik z Olsztyna”, „Legendy i szwanki Prus Wschodnich” Heinricha Tobala i wiele innych.
Pewnego dnia życzliwe spojrzenie jakiegoś tłumacza zatrzyma się na nich i po wielu godzinach wytrwałej pracy ujrzy światło dzienne pełnowartościowy zbiór legend i podań Prus Wschodnich w języku rosyjskim.
Potencjał na niespodzianki więc jest. Problem tylko jeden: kiedy zdążyć to wszystko zrobić? Potrzebowałabym jeszcze co najmniej paru żyć! A mówiąc poważnie, blog może się rozwijać w kilku kierunkach.
Po pierwsze, można pozostać w ramach „działalności oświatowej” i opowiadać o niemieckich baśniopisarzach, którzy są u nas zupełnie nieznani. W takich przypadkach zazwyczaj przygotowuję krótką biografię i tłumaczę jedną lub dwie najciekawsze baśnie.
Po drugie, można od „działalności oświatowej” przejść do „popularyzacji” i opowiedzieć na nowo o poetach i pisarzach dobrze już u nas znanych, opierając się przede wszystkim na źródłach zagranicznych. Na przykład o Wilhelmie i Jakubie Grimmach, Heinrichu Heinem, a nawet o Hansie Christianie Andersenie (to oczywiście Duńczyk, a nie Niemiec, ale wszystko to bardzo bliskie. Zresztą w swoich baśniach wykorzystywał motywy mitologii germańsko-skandynawskiej).
Można kontynuować cykl „Postacie germańskiej mitologii baśniowej”. Na razie powstały trzy części, ale materiału jest tu bardzo dużo, wystarczy na długo.
Wreszcie można skupić się na baśniach ludowych różnych (historycznych) krain Niemiec, opowiadając przy okazji o ich głównych „baśniowych osobliwościach”. Właściwie już zaczęłam ten kierunek cyklami „Baden-Baden i jego legendy”, „Harz i jego legendy”, „Legendy Renu” itd.
Osobnym, niewielkim kierunkiem stało się dla mnie tłumaczenie wierszy niemieckich poetów i pisarzy.
Początkowo zajmowałam się tym z konieczności, bo w tekstach baśni bardzo często trafiają się wstawki wierszowane, a nawet pełne wiersze. Wiele utworów niemieckich klasyków przetłumaczyłam, pisząc o nich różne artykuły. Tak czy inaczej, poetką wcale nie jestem. Po prostu czasem zobaczysz w obcym języku jakąś perełkę, obok której nie sposób przejść obojętnie, i wtedy… układasz rymy. Niedawno zebrałam większość moich przekładów poetyckich na osobnej stronie bloga.

Paul Hey „Pani Zima” (1949).
– Tatiano, czy w pracy ze źródłami pojawiają się trudności przekładowe?
– Praca z niemieckim słownictwem minionych stuleci jest raczej fascynująca niż trudna. Za to tłumaczenie baśni spisanych w dialektach (fryzyjskim, szwabskim, allgäuskim, pomorskim) jest trudne. Spotykam się z tym dość często. Jeśli się podejmuję, jakoś sobie radzę. Zresztą w niemieckim internecie są translatory internetowe z tych dialektów na niemiecki, bo dla samych Niemców to również problem w komunikacji. Nawiasem mówiąc, w internecie jest sporo oryginałów niemieckich baśni i legend, także literackich. Rzecz w tym, że Niemcy starają się zdigitalizować wszystkie zachowane egzemplarze rzadkich wydań z minionych stuleci. Pozostaje więc tylko rozważnie i systematycznie, z mozołem dobierać materiał. A jest go bardzo dużo. Krótko mówiąc, najważniejsze są tu trzy słowa: koncentracja (na przedmiocie poszukiwań), wytrwałość i cierpliwość. I podobnie jak Newton, ja
„…wydaję się sobie tylko dzieckiem bawiącym się na brzegu morza, które zabawia się tym, że od czasu do czasu znajduje kamyk barwniejszy niż zwykle albo piękną muszelkę, podczas gdy wielki ocean… rozpościera się przede mną bezkresny…”.
– Z pewnością niektóre utwory, które Pani tłumaczy i publikuje na swoim blogu, były już kiedyś przekładane na rosyjski…
– Tak. Takich przykładów jest wiele. Po pierwsze, są to baśnie ze zbioru niemieckiego pisarza i chirurga Richarda von Volkmanna-Leandera „Marzenia przy francuskich kominkach”. Pod koniec XIX i na początku XX wieku ukazało się po rosyjsku kilka przekładów pojedynczych baśni. To „Zapomniany grób” – przeróbka na rosyjską modłę baśni „Bajeczka dla dzieci” dokonana przez Wasilija Pietrowicza Awienariusa (1885) – oraz „Król i królowa”, którą w 1923 roku opowiedział na nowo rosyjski poeta Sasza Czorny, przebywający już wówczas na emigracji. W 2013 roku ukazało się białoruskie wydanie Monasteru św. Elżbiety „Baśnie z czarodziejskiej skrzyni”, do którego weszło dziewięć z dwudziestu dwóch baśni ze zbioru Volkmanna-Leandera w przekładzie Roberta Bałakszyna. Po ich lekturze postanowiłam zrobić coś sama i dziś na blogu można znaleźć czternaście baśni Volkmanna-Leandera w moim przekładzie. Przetłumaczyłam też baśń Josepha von Eichendorffa „Jesienne czary”, choć istnieje już jej rosyjski przekład. Niedawno skończyłam tłumaczyć „Karła” Hermanna Hessego. On również był już u nas tłumaczony.
– Tatiano, dlaczego do przekładu na rosyjski wybrała Pani baśnie, legendy i podania, a nie, powiedzmy, beletrystykę czy kryminały?
— No bo kto dziś nie tłumaczy kryminałów, a także romansów dla kobiet!? A mówiąc poważnie, gatunek baśni jest mi bliski.
Istnieją wspaniałe utwory literatury obcej minionych stuleci. A u nas są nieznane. Nikt ich nie zna.
A nasz czytelnik, poznając współczesnych niemieckich baśniopisarzy, choćby Michaela Endego czy Otfrieda Preußlera, często nie zdaje sobie sprawy, że ma przed sobą utwory w gruncie rzeczy wtórne, swego rodzaju remake, przeróbkę (weźmy choćby „Krabata” Preußlera), podczas gdy pierwowzory z nie tak odległych stuleci pozostają nieznane. A trzeba je znać. Zwłaszcza jeśli są nieporównanie lepsze od swoich naśladownictw i stanowią po prostu klasykę. Na przykład znakomity niemiecki pisarz romantyczny Ludwig Tieck oprócz wspaniałej baśni „Elfy” (której – ku mojemu najgłębszemu zdumieniu! – nie udało mi się znaleźć w rosyjskim przekładzie; nie natrafiłam nawet na wzmiankę o takim przekładzie, jeśli nie liczyć najdawniejszego, z 1830 roku, zagubionego w mrokach dziejów, którego dokonał poeta i przyjaciel Puszkina Aleksandr Ardalionowicz Szyszkow) napisał jeszcze jedną wspaniałą opowieść baśniową – „Anioł stróż”. Przeczytałam ją, przeczytałam też „Elfy” i zrozumiałam, że obie są po prostu cudowne. Wzięłam się za „Elfy” i zaczęłam je tłumaczyć – są już na moim blogu, ale drugiej baśni Tiecka na razie tam nie ma.
Można tu przywołać także „Historię o pięknej rusałce Lau” Eduarda Mörikego oraz „Regentrude” Theodora Storma. „Regentrude” na przykład już dawno weszła na Zachodzie do kanonu lektur. U nas była zupełnie nieznana. Znaliśmy jedynie film o tym samym tytule, nakręcony na motywach baśni Storma w 1976 roku w wytwórni DEFA (NRD). Jest to jednak odrębne dzieło, mające niestety niewiele wspólnego z oryginałem, choć bardzo znane. Rzecz nawet nie w tym, że scenariusz mocno odbiega od tekstu autora: w filmie zatraciła się poetyckość i oryginalność baśni Storma. To zwyczajny film baśniowy, jakich w DEFA kręcono wiele. „Regentrude” przetłumaczyłam, obecnie jest ona (wraz z moim osobnym artykułem na jej temat) zamieszczona na blogu.
Podsumowując, mogę powiedzieć, że baśni pisanych przez współczesnych baśniopisarzy, z bardzo nielicznymi wyjątkami, czyta mi się nudno: zawsze dostrzegam w nich „praprzyczynę”, odblaski dawno przebrzmiałej genialności minionych stuleci. Chciałabym tu jednak zastrzec, że nie mam na myśli gatunku fantasy, który choć narodził się bardzo dawno, to swój obecny, wspaniały kształt przybrał dopiero w XX wieku.
– W baśniach każdego kraju skupia się mądrość ludowa, a może i idea narodowa. Powinny one (zgodnie z tą właśnie ideą) uczyć dobra, wpajać zrozumienie wartości ogólnoludzkich, być odzwierciedleniem życia społecznego. Co można powiedzieć o baśni niemieckiej, w tym wschodniopruskiej? Czym, Pani zdaniem, różni się ona od rosyjskiej? Czy słowa Kanta o „prawie moralnym we mnie” znajdują potwierdzenie w niemieckim folklorze baśniowym?
– Mówi się, że baśń to dusza narodu. W niej, w baśni, wyraża się jego „nieświadomość zbiorowa”. Dlatego można powiedzieć, że baśnie niemieckie i rosyjskie różnią się od siebie tak samo, jak różni się po prostu Rosjanin od Niemca. Baśń „Na szczupaczy rozkaz” nigdy nie mogłaby na przykład powstać na niemieckim gruncie. Cechy narodowe, przyzwyczajenia, osobliwości światopoglądu, własna, niepowtarzalna historia – wszystko to od zarania dziejów znajdowało odbicie w baśniach ludowych, a w ślad za nimi w baśniach literackich, inspirowanych folklorem.

Heinrich Leutemann „Jeż i zając” (koniec XIX w.).
Losy narodu niemieckiego i rosyjskiego, bliskich sąsiadów, przez całą historię świata bardzo ściśle się ze sobą splatały. Dotyczy to przede wszystkim tej części Niemiec, którą nazywa się Prusami – naszego najbliższego niemieckiego sąsiada.
Jeśli zaś przyjrzymy się ludom wybrzeża Bałtyku (Prusy Wschodnie, Meklemburgia, Pomorze, wyspa Rugia), podobieństw będzie jeszcze więcej, ponieważ ziemie te „u zarania wszystkich czasów” były słowiańskim Porusiem – Prusami – Pomorzem: żyły tu plemiona albo słowiańskie, albo takie, których etnogeneza jest słowiańskiej bardzo bliska. Jak wiadomo, przed przyjęciem chrześcijaństwa i germanizacją plemiona bałtyckie czciły tych samych bogów co Rusowie, szczególnie potężny był kult Peruna. W tym kontekście bardzo charakterystyczna jest chyba baśń „Księżniczka Swanwita” Ernsta Moritza Arndta z jego zbioru „Baśnie Pomorza i wyspy Rugii”. To legenda o pięknej, smutnej księżniczce, u której podstaw leży bardzo, bardzo dawne podanie – ledwie słyszalne echa głosów słowiańskiego plemienia Ranów, którzy żyli niegdyś na Pomorzu, czyli w Pomorzu, na Rugii – legendarnej ruskiej wyspie Bujan. Zresztą zaczyna się ona od opowieści o tragicznym początku zagłady pogańskiej Słowiańszczyzny i chrystianizacji wyspy przez Germanów.
„Pewnie słyszałeś już podanie o tym, że tutaj, w Garz, tam gdzie dziś nad jeziorem wznosi się wał grodowy, wiele tysięcy lat temu stał wielki i piękny zamek pogan. Stały tam też wspaniałe budowle i świątynie, w których modlili się do swoich bogów. Zamek ten dawno, dawno temu zdobyli chrześcijanie. Wszystkich pogan wybito, świątynie zburzono, a stojące w nich posągi bogów spalono. I nic już nie zostało tam z dawnej świetności, prócz starego wału i kilku bajań, które ludzie sobie opowiadają. Jedno z nich mówi o jeźdźcu w zbroi i hełmie, który często cwałuje na białym koniu nad miastem i jeziorem. Ci, którzy widywali go nocą, twierdzą, że to stary król zamku, a na głowie ma swoją złotą koronę. Ale to wszystko bajdy. Natomiast to, że w Boże Narodzenie i w noc świętojańską słychać podobno z jeziora bicie kościelnych dzwonów – to prawda. Słyszało je wielu ludzi, a także mój ojciec. To kościół, który zatonął w jeziorze. Niektórzy twierdzą, że to ta sama pogańska świątynia, ale ja w to nie wierzę: po cóż poganie mieliby dzwonić w chrześcijańskie święta?…”
Ileż zawiera się w tym krótkim fragmencie! Po pierwsze, mowa tu o zburzeniu przez Duńczyków Arkony, głównego grodu Ranów zamieszkujących Rugię, i o zniszczeniu ich słynnej świątyni boga Świętowita. Bicie dzwonów z jeziora od razu przywodzi nam na myśl niewidzialny gród Kitież z ruskich bylin, który zszedł pod wodę i, stawszy się nieosiągalny dla wrogów, niewidocznie trwa nadal. W tych słowach słychać też smutną ironię narratora: „...po cóż poganie mieliby dzwonić w chrześcijańskie święta?…” – przecież noc świętojańska nigdy nie była świętem chrześcijańskim, a i Boże Narodzenie nie zawdzięcza swojego pochodzenia narodzinom Jezusa, lecz jest kontynuacją pogańskich rytuałów.
Wreszcie Arndt wspomina tu o jeszcze jednym ważnym obrazie mitologicznym północnoniemieckiej epiki – o Jeźdźcu na białym koniu, tak poetycko opisanym później przez niemieckiego pisarza Theodora Storma w jego powieści „Jeździec na siwym koniu”. W Prusach Wschodnich także istnieje własna legenda o nim – „Koń życzeń”:
„…Żyje w lasach Prus Wschodnich czarodziejski koń. Ukazuje się tym ludziom, którzy bardzo potrzebują pomocy. Muszą jednak z całego serca zapragnąć tę pomoc otrzymać. To biały, okazały ogier, na którym wójt Dietrich jeździł niegdyś do wodza Prusów Drago, aby przekonać go do porzucenia starego pogańskiego zwyczaju, panującego wśród Prusów, którzy zabijali każdego białego konia zaraz po jego urodzeniu...”
A ileż wzmianek o Rugii – Ruanie – Bujanie jest w rosyjskim folklorze: w baśniach, zaklęciach, czarach miłosnych, przyśpiewkach!..
„Na morzu, na okeanie, na wyspie Bujanie
Leży biały kamień gorejący,
Na tym kamieniu stoi stół tronowy,
Imię kamienia Ałatyr – przez nikogo nieznany...”
Kolejnym wspólnym pradawnym motywem, występującym w folklorze Prusów i Rusów, jest król węży. W zbiorze Aleksandra Nikołajewicza Afanasjewa znajduje się zapis rosyjskiej baśni „Zaskroniec (car węży)”; powszechnie znana jest litewska baśń ludowa „Świerk /Eglė/, królowa zaskrońców”. Nie mógł pominąć tego baśniowego motywu również Arndt, troskliwie zbierający legendy swojej rodzinnej ziemi:
„Na dalekiej, bezludnej wyspie na Morzu Bałtyckim, gdzieś w pobliżu Danii, mieszkał w swoim zamku Król Węży. Pośrodku tej wyspy – niczym małe pudełko w dużym pudle – leżała jeszcze jedna, maleńka wysepka, ze wszystkich stron otoczona jeziorem. To właśnie tam stał zamek Króla Węży. Wewnątrz zamku panował przepych: wspaniałe komnaty lśniły i skrzyły się złotem, srebrem i drogimi kamieniami. Mieszkał w nich Król Węży – biedny zaczarowany książę – i czekał na swoje wybawienie…” („Król Węży”, 1818).
Motyw ten uważany jest za jeden z najstarszych w folklorze rosyjskim i bałtyckim.
Walter Firle „Baśń” (ok. 1900).
– Baśnie rosyjskie dzieli się zazwyczaj na trzy grupy – obyczajowe, magiczne i baśnie o zwierzętach…
– Powiedziałabym, że baśnie Prus Wschodnich dzielą się jednak inaczej. Spróbujmy pokusić się o ich klasyfikację. Przede wszystkim do pierwszej grupy należą mity we właściwym sensie: „Saga o Neringi”, „Saga o Ragainie”, „Pochodzenie Prusów”, „Bogowie i święta Prusów” itd. Bliskie im są podania, które dotarły do nas z głębi wieków i u których podstaw leżą rozmaite wydarzenia historyczne, opowieści o przeszłości: „Legendy o królu Widewucie”, „Święty dąb w Romowe”, „Opowieść o świętym Wojciechu”, „Kolumna czterech braci”, „Kamień ofiarny na Rombinusie”, „Opowieści o piracie Störtebekerze”…
Kolejną grupę tworzy ogromna warstwa legend miejskich (koniecznie z mistycznym zabarwieniem): „Kocia uliczka w Królewcu”, „Dwunastu Janów”, „Jak diabeł czeladnika porwał”, „Mleczna czarownica”... Osobno można tu wyodrębnić legendy, które nazwałabym gotyckimi: „Łyżwiarz z Labiawy”, „Rycerze i mniszki z Krzyżborka”, liczne podania o Białej Damie, „Dziewica ze skał Stubbenkammer” (Rugia) i inne.
Do czwartej grupy należą obyczajowe opowiastki-obrazki z dawnych czasów: „Cudzoziemcy z Cynt”, „Olbrzymie kiełbasy i bułki Królewca”, „Rosyjski kozak i piekarz”…
I wreszcie ostatnią grupę stanowią baśnie i podania morskie. Jest ich mnóstwo. Zachowało się kilka zbiorów takich baśni o morzach, żeglarzach i baśniowych mieszkańcach mórz, zebranych przez niemieckich pisarzy XIX wieku (Heinricha Schmidta, Alexandra von Ungern-Sternberga, Johanna Mayera i innych): „Róża Zelandii”, „Córka morskiego króla”, „Morska wróżka”, „Statek umarłych”, „Świecenie morza”…
Zresztą bez względu na to, do której grupy należy dana baśń, wszystkie one opowiadają o ludziach (nawet jeśli ich bohaterami są zwierzęta), o prawdzie i nieprawdzie, o tym, że dobro powinno zwyciężać zło. W baśniach rosyjskich dobro z reguły rzeczywiście zwycięża. Zdecydowana większość z nich ma optymistyczne zakończenie. Baśnie niemieckie są pod tym względem bliższe życiu i nie zawsze kończą się zwycięstwem dobra. W odróżnieniu od rosyjskich są też okrutniejsze i często pełno w nich „krwawych szczegółów”. Takie są na przykład niemieckie wersje „Kopciuszka”, „Czerwonego Kapturka”, „Śpiącej Królewny”, „Królewny Śnieżki”. Baśnie rosyjskie są łagodniejsze, bardziej – jak by to powiedzieć – „dziecięce”…
Ponadto w baśniach niemieckich brakuje tak charakterystycznych dla baśni rosyjskich formuł wstępnych, przyśpiewek i formuł zakończenia. Akcja zaczyna się tu od pierwszych zdań: z reguły od razu wyraźnie wskazuje się miejsce i przedstawia głównych bohaterów.
Na przykład: „Dawno, dawno temu żył w Meklemburgii biedny zamiatacz ulic, który – jak każdy biedak na całym świecie – musiał co dzień ciężką pracą zarabiać na kawałek chleba. Pan Bóg obdarzył go gromadką dzieci, a poza nimi żadnego innego Bożego błogosławieństwa nie miał...” (baśń ludowa „Trzej chrzestni”).
Albo: „We wsi Altenkamp, która leży między Garz a Putbus, nieco na uboczu, na wybrzeżu, mieszkał niegdyś bogaty chłop imieniem Hans Burwitz…” (Ernst Moritz Arndt, „Szczurzy król Birlibi”).
I jeszcze jeden przykład: „Tak upalnego lata, jak wtedy, sto lat temu, nie było już nigdy potem. Zieleni prawie nie było, wycieńczone zwierzęta domowe leżały na polach pomieszane z dziką zwierzyną…” (Theodor Storm, „Regentruda”).
Nie ma też w baśniach niemieckich wyraźnej symboliki liczb, tak typowej dla rosyjskiego folkloru („za trzy razy dziewięć krain”, trzech synów, siedmiu Symeonów itp.).
– A jak to jest z tak zwanymi „strasznymi opowieściami”? Lud rosyjski z powodu swojej przesądności obawiał się układać baśnie o trumnach, grobach i duchach, choć i takie istnieją…
– Jeśli sięgniemy po trzytomowy zbiór rosyjskich baśni ludowych Afanasjewa, to od razu zobaczymy w spisie treści i „Opowieści o umarłych”, i „Opowieści o czarownicach”, „Upiora”, „Śmierć skąpca”, „Skrzypka w piekle”, „Martwe ciało”. Wiele takich baśni jest w folklorze południowej Rosji. Prawdą jest jednak i to, że historii o widmach, „latających umarłych”, duchach strzegących zapomnianych skarbów w ruinach zamków, białych damach z podziemi jest – zwłaszcza w epice Prus Wschodnich – nieporównanie więcej. Rozmaite legendy, w których występują widma, duchy czy zmory, są w ogóle bardzo charakterystyczne dla niemieckiego folkloru baśniowego. (Na przykład legendy z Badenii: „Martwa narzeczona”, „Rycerz von Iburg” itp.). Nawiasem mówiąc, tworzenie mistycznych opowieści o duchach i zjawiskach nadprzyrodzonych rozwinęło się w XIX wieku w Niemczech (i w całej Europie) w odrębny, bardzo popularny gatunek literacki, który dał wspaniałe utwory, uznane dziś za klasykę. Ale to już temat na osobną rozmowę.
W mitach, legendach i baśniach każdego kraju skupia się mądrość ludowa i, bez wątpienia, idea narodowa. Tak więc Kant ma rację!
Nie ulega wątpliwości, że baśnie każdego narodu trzeba zacząć czytać dzieciom od najwcześniejszych lat – baśnie obyczajowe, magiczne, o zwierzętach, legendy i podania, przypowieści, byliny i gawędy. Każde dziecko, zależnie od wieku, usłyszy w nich i przyswoi sobie coś własnego. Czy można twierdzić, że baśnie uczą dobra? Chyba tak. A ściślej – po prostu uczą. Uczą życia i właściwego do niego stosunku. Głosami naszych zmarłych przodków opowiadają nam (i to być może jest najważniejsze) o ojczystym kraju, o naszych korzeniach, wyjaśniają, kim jesteśmy na tej Ziemi i dlaczego powinniśmy starać się przeżyć na niej życie nie na próżno.
LEGENDY PRUS na blogu Tatiany Koliwaj.
Przetłumaczono z języka rosyjskiego przy pomocy AI (Claude, Anthropic), październik 2026 r.

