Niedawno opublikowano znakomity tekst-pożegnanie z kaliningradzkim tramwajem, którego ostatnią linię planuje się zlikwidować na początku kwietnia w związku z przebudową (choć w rzeczywistości bardziej przypomina to budowę od nowa) Mostu Drewnianego i Mostu Wysokiego.
Linię zawiesza się niby tymczasowo – do zakończenia remontu. Ale potrwa on, sądząc po wszystkim, aż do samych Mistrzostw Świata 2018. W tym czasie autobusowi magnaci zdążą rozgościć się na zwolnionych trasach, a i ludzie się przyzwyczają. Krótko mówiąc, nie warto robić sobie złudzeń. Tramwaj odejdzie z naszego miasta, jeśli nie na zawsze, to na bardzo, bardzo długo.
Dlaczego więc tak się dzieje? Przecież tramwaj ma mnóstwo zalet w porównaniu z innymi naziemnymi środkami transportu publicznego i dlatego kwitnie praktycznie w każdym mniej więcej dużym mieście europejskim.
Na placu Zwycięstwa 1 zwykle tłumaczy się ten paradoks tym, że Kaliningrad z powodu swojej biedy po prostu nie jest w stanie utrzymywać taboru tramwajowego i remontować torowisk.
I to szczera prawda. Sytuacja finansowa miasta (a i w ogóle – kraju) jest rzeczywiście bliska rozpaczliwej. Ale przecież w latach dziewięćdziesiątych było jeszcze gorzej. A mimo to w tych, jak się dziś zwykło mówić, burzliwych czasach zachowano prawie wszystkie linie tramwajowe. Sieć linii zaczęto likwidować (i praktycznie zakończono) w tłustych latach dwutysięcznych, kiedy pieniędzy w Rosji w ogóle, a w Kaliningradzie w szczególności było więcej niż kiedykolwiek. Więc może nie chodzi tu o pieniądze? A raczej nie tylko o nie?
Może problem polega na tym, że w latach dziewięćdziesiątych w radzie miejskiej nie zasiadali właściciele firm autobusowych, a teraz zasiadają?
Nie, nie. Nikogo o nic nie oskarżam ani nie podejrzewam. Uchowaj Boże! Jakżeby to? Przecież jest zupełnie oczywiste, że żadnemu z radnych nawet do głowy nie przyjdzie mylić prywatnego z państwowym. Po prostu, należy przypuszczać, ludzie ci, prowadząc swój biznes, stali się fanami autobusów i busików, a zalet innych środków transportu – no, choćby tych samych tramwajów – po prostu przestali zauważać. Jakie tramwaje? Ot, przyciemniane „mikrusy”, do których trzeba się wdrapywać zgiętym wpół – to jest coś! Ot, rozklekotane „many” i „mercedesy”, pamiętające jeszcze chyba kanclerza Adenauera – to jest dopiero czad. A tramwaje są drogie i nieefektywne.
…Pamiętam, jakieś sześć lat temu przedstawiciel firmy Logistics Consulting zaprezentował miejscowym urzędnikom i radnym (wśród których było niemało biznesmenów z branży transportowej) koncepcję rozwoju w Kaliningradzie sieci lekkiego tramwaju.
Trzeba przyznać, że to dość wygodna rzecz. Taki tramwaj (jak można się domyślić z nazwy) jest znacznie lżejszy od zwykłego, praktycznie nie hałasuje, więc linie dla niego można prowadzić blisko domów. Jest szybki (prędkość – około 90 kilometrów na godzinę), niezawodny (producenci dają ćwierćwieczną gwarancję na wagony) i co najważniejsze – korki są mu zupełnie niestraszne, bo torowisko jest wydzielone. Samochód nie może na nie wjechać.
Lekki tramwaj z łatwością dostosuje się zarówno do wąskich i krętych uliczek starego miasta, jak i do szerokich alei. Może kursować i w centrum metropolii, i na jej obrzeżach, przewozić pasażerów z niezbyt odległych miejscowości. Choćby z Chrabrowa.
Przy tym przedstawiciel firmy zapewnił, że wszystkie te cuda inwestor gotów jest zrealizować bez pomocy finansowej gminy. Od miasta poza wsparciem moralnym nie wymagano w ogóle niczego.
Wydawałoby się, oto szansa dla miasta, którą trzeba chwycić i trzymać się jej obiema rękami, póki starczy sił. Ale miejscowi radni i urzędnicy tego nie zrobili.
Bez szczególnego zainteresowania obejrzeli prezentację, pokiwali głowami i się rozeszli, całym swoim wyglądem dając przedstawicielowi inwestora do zrozumienia, że jego propozycja nie zrobiła na nich szczególnego wrażenia. Ten, jako człowiek bystry, zrozumiał, że w Kaliningradzie nie ma czego szukać, szybko spakował papiery do teczki i odleciał do Moskwy. A my zostaliśmy. Z gratami na kółkach, które u nas z jakiegoś powodu nazywają się „transportem publicznym”.
Jakieś dwa lata temu Kaliningrad dostał jeszcze jedną szansę, by uporządkować swój system transportowy. Do miasta przyszedł inny poważny inwestor – firma „Morton”, która zaproponowała zbudowanie tu metra naziemnego. I to również zamierzała zrobić za własne pieniądze.
Jednak władze miasta znów przyjęły kuszącą propozycję chłodno. Że niby i schemat transportowy nie jest jeszcze gotowy, i plan generalny nie został do końca opracowany. Opracujemy, to wtedy zapraszamy.
Przez jakiś czas przedstawiciele firmy biegali po gabinetach miejscowych urzędników, czegoś dowodzili, próbowali odwoływać się do zdrowego rozsądku, ale potem jednak się poddali i, jak pisała wtedy prasa, „zamrozili” projekt.
Oczywiście, miejscowe władze również są winne temu, że w naszym mieście sytuacja z transportem publicznym jest tak opłakana. Z pewnością zasłużyły na wyrzut – co najmniej za krótkowzroczność i brak profesjonalizmu. Ale czy warto wszystko na nie zrzucać?
Przecież to nie Marsjanie regularnie głosują na tych, delikatnie mówiąc, niejednoznacznych ludzi. To my dajemy im prawo decydować, jakiego transportu potrzebujemy, a jakiego – nie.
A poza tym to my regularnie jeździmy uwłaczającymi ludzkiej godności autobusami, to my godzimy się z palącymi i przeklinającymi kierowcami, to my zgadzamy się płacić niemałe pieniądze za usługi wątpliwej jakości. Można oczywiście zaoponować, że nie mamy wyboru. I to rzeczywiście prawda. Ale tylko z jednej strony. Z drugiej – wybór zawsze (no dobrze – prawie zawsze) jest.
Kaliningrad jest na szczęście bardzo niewielkim miastem, które w razie chęci można przejść wzdłuż i wszerz w półtorej godziny. A jeśli rano wstać wcześniej, można całkiem zdążyć do pracy bez pomocy naszych pożal-się-Boże przewoźników.
I z jakiegoś powodu wydaje się, że jeśli tysiące ludzi pewnego dnia zaczną chodzić do pracy pieszo (albo, jeśli to niemożliwe, spróbują choćby ograniczyć do minimum jazdę autobusami w czasie wolnym), sytuacja z transportem publicznym w mieście powoli zacznie zmieniać się na lepsze (przewoźnicy będą przecież musieli jakoś przyciągać odchodzących od nich klientów), a jeśli wyborcy przestaną głosować na tych, którzy zabijają tramwaje, ten środek transportu wróci na nasze ulice.
Problem jednak polega na tym, że kaliningradczycy w swojej masie niczego takiego nie przedsięwezmą. I nie chodzi tu o lenistwo ani o brak inicjatywy. Po prostu, jak się zdaje, ludziom odpowiada istniejący stan rzeczy.
Zgadzają się jeździć właśnie takimi autobusami i niezbyt obchodzi ich smutny los kaliningradzkiego tramwaju. Co więcej – wielu (zwłaszcza spośród kierowców) gorąco popiera decyzje władz o likwidacji linii tramwajowych, ponieważ uważają, że to właśnie przez tramwaje na drogach tworzą się korki.
A przy tym często ci sami ludzie zachwycają się tym, jak świetnie zorganizowany jest ruch tramwajowy na przykład w Gdańsku.
Słowem, stosunek większości miejscowych mieszkańców do tramwajów jest mniej więcej taki sam jak do bruku. Owszem, to fajne, ale asfalt jest bardziej swojski. Niech już lepiej u nas wszędzie będzie asfalt, a brukiem można się pozachwycać i za granicą.
… A jednak uważam, że kaliningradzki tramwaj ma przyszłość. Prawie nie wątpię, że za jakieś 50–70 lat wróci. Potomkowie pod przewodnictwem radnego, który będzie zarazem właścicielem prywatnej spółki tramwajowej, odtworzą według starych książek sieć linii, na nowo położą szyny tam, gdzie były w jakimś chwalebnym 1995 albo nawet 1982 roku, i będą się rozkoszować szybkimi, wygodnymi i niedrogimi przejazdami.
Co prawda w Europie do tego czasu tramwaje zachowają się już tylko jako atrakcje turystyczne. Głównym środkiem transportu publicznego będą tam jakieś napędzane powietrzem gigantyczne drony pasażerskie…
Przetłumaczono z języka rosyjskiego przy pomocy AI (Claude, Anthropic), październik 2026 r.

