/ Prusy

Dalszy ciąg historii mojej służby wojskowej i wojny pruskie

Dalszy ciąg historii mojej służby wojskowej i wojny pruskie

5. część książki Andrieja Timofiejewicza Bołotowa „Życie i przygody Andrieja Bołotowa, opisane przez niego samego dla potomnych”. Na stronie opublikowano części 4–7, w których mowa o wydarzeniach na terenie Prus Wschodnich.

(Ciąg dalszy.)

Części 1–3. Część 4. Część 5. Część 6. Część 7.

List 49. Marsz pod Wehlau
List 50. Pod Allenburgiem
List 51. Marsz powrotny
List 52. Pod Tylżą
List 53.
List 54. Zajęcie Królewca
List 55. Nasza druga wyprawa do Prus
List 56. Postój pod Toruniem
List 57. Marsz na Królewiec
List 58. Wejście do Królewca
List 59. W Królewcu
List 60. Opis Królewca

MARSZ POD WEHLAU

List 49


Mój drogi przyjacielu! Odmalowawszy wam w poprzednich listach całą pierwszą połowę naszej pierwszej wyprawy pruskiej i opowiedziawszy, jakeśmy szli przeciw nieprzyjacielowi naszemu, jakeśmy go szukali, jakeśmy się z nim bili i jakeśmy go pobili, przystąpię teraz do opowieści o tym, co się u nas działo po naszej bitwie apraksinowskiej, co potem uczyniliśmy z rzeczonym nieprzyjacielem, a co on z nami, i czym się wreszcie kampania tego roku zakończyła.

Materia ta, jak sądzę, będzie dla was nie mniej ciekawa niż poprzednia; czy jednak będzie równie miła jak tamta, tego w żaden sposób nie mogę z góry zaręczyć, albowiem zdarzenia były nie takie same, lecz całkiem odmienne, przeto i ja zmuszony będę malować obrazy innego rodzaju. Nie miejcie mi więc za złe, jeśli dla oka będą one niekiedy nie nazbyt wesołe i przyjemne, lecz raczej przykre. Nie ja, ale ówczesne czasy i okoliczności były przyczyną, że są one takie, a nie inne; będę bowiem zmuszony opisywać to, co było. Do czego teraz przystępuję.

W ostatnim moim liście zatrzymałem się na tym, że pobiwszy nieprzyjaciela, rozłożyliśmy się obozem na tym samym miejscu, gdzie toczyła się bitwa, i kilka dni spędziliśmy na świętowaniu tego zwycięstwa oraz na przebieraniu i grzebaniu poległych. Odpoczynek ten wprawdzie nie był nam niemiły, nie można jednak rzec, by był i przyjemny, a coraz bardziej dziwiliśmy się temu, że wodzowie i dowódcy nasi nie starali się kuć żelaza, póki było jeszcze gorące, nie spieszyli się iść w ślad za zbiegłym nieprzyjacielem i nie starali się czym prędzej do szczętu rozbić jego małej pozostałej armii i zawładnąć całym królestwem pruskim. A ponieważ ani jeden człowiek w całej naszej armii nie wątpił, że Prusacy nawet nie pomyślą już więcej stawiać nam oporu, lecz będą uciekać przed nami jak owce, przeto już się cieszyliśmy zawczasu nadzieją, że wkrótce, i to bardzo wkrótce, ujrzymy ich sławne miasto stołeczne Królewiec i wkroczymy w okolice, gdzie wszystkiego jest w obfitości; a że wszyscy niecierpliwie pragnęli, by to się co rychlej stało, to zaledwie nastał trzeci dzień po bitwie i rano znów usłyszeliśmy bitą pobudkę, a nie generalny marsz, wszyscy zaczęli już otwarcie przebąkiwać: „Po cóż tu stoimy i marudzimy tak długo?”

Nareszcie nastał dzień 22 sierpnia i ku powszechnemu naszemu zadowoleniu usłyszeliśmy, że bębny biją generalny marsz, a nie pobudkę.

Mój Boże, jakże się wtedy wszyscy uradowaliśmy! Nikt, jak myślę, nigdy z taką ochotą i gorliwością nie wyruszał w pochód jak my tego ranka; całe bowiem wojsko od dawna już szemrało, że tak długo trzymają nas w jednym miejscu, dając tymczasem nieprzyjacielowi czas, by się opamiętał i zebrał siły; i wszyscy od dawna, z największą stanowczością, pragnęli iść w ślad za nieprzyjacielem, toteż nie tylko ani trochę nie gniewaliśmy się, że zbudzono nas bardzo wcześnie i że już o samym świcie musieliśmy wyruszyć, ale chętnie zgodzilibyśmy się wymaszerować choćby o samej północy.

Ponieważ wyruszyliśmy tak wcześnie, nikt nie wątpił, że uczynimy tego dnia wielki przemarsz i ujdziemy co najmniej ze dwadzieścia wiorst. W tym mniemaniu jednak srodze się zawiedliśmy. Armia nasza, przedarłszy się przez las owym ciasnym przejściem przy Almenhausen, o którym wspominałem wcześniej i za którym przedtem stał obóz pruski, i minąwszy znajdującą się tam drugą wieś, Puschdorf, uszła nie więcej niż pięć wiorst i znów stanęła obozem. Zadziwiło to nas wszystkich nadzwyczajnie i wielu, gniewając się, mówiło jeszcze wtedy: — „No! Ależeśmy dziś machnęli, bracia! Niemało, co?” — „A jakże!” — podchwytywali inni — „z taką zwinnością i przez cały miesiąc nie dojdziemy do Królewca!”

Przechodząc przez wyżej wspomniany, na jakie dwie wiorsty wszerz rozciągający się las, przyglądałem się ze szczególną ciekawością owemu ciasnemu przejściu, które na jakieś trzy dni przedtem zatrzymało naszych wodzów i skłoniło ich do zmiany zamierzonego planu, i stwierdziłem, że defilada ta była istotnie bardzo ważna i trudna do przebycia, a Prusacy niewielką liczbą ludzi i armat mogliby nam tu wyrządzić mnóstwo szkody i przeszkodzić nam w przejściu przez nią. I bez nieprzyjaciela mieliśmy niemały trud, by przedrzeć się lasem przez to ciasne przejście.

Podczas naszego noclegu we wspomnianym miejscu, wbrew wszelkim spodziewaniom i oczekiwaniom, wszczął się w całej armii alarm, i co najdziwniejsze, ku prawdziwemu naszemu wstydowi — zupełnie fałszywy. Jeszcze bardziej powiększyło to naszą złość na wodzów. „Utrapienie z was, a nie wodzowie, łaskawi panowie nasi — mówiliśmy, patrząc na nich — zwycięzcami będąc, boicie się każdej muchy i całą armię, sami nie wiedząc po co, alarmujecie i niepokoicie”.

Gdy się rozwidniło, powlekliśmy się znów z wolna w pochód. A że nie spodziewaliśmy się, by i tego dnia nasz pochód był pomyślniejszy, mówiliśmy między sobą ze śmiechem: — „Zobaczymy, co też Bóg da dzisiaj i ileż to ujdziemy”. W mniemaniu naszym zapewne się nie omyliliśmy.

Całe pół dnia wlekliśmy się cztery wiorsty, przechodząc same wąskie miejsca między lasami i zaroślami. Przemarsz ten, jakkolwiek mały, umęczył nas niezmiernie. Dzień trafił się upalny, a duchota taka, że nie wiedzieliśmy, gdzie się podziać.

Najbardziej dokuczało nam to, że niemal na każdym kroku musieliśmy przystawać i tracić po kilka minut. Ledwie ujdziemy dziesięć albo dwadzieścia sążni, a już krzyczą „stój!”, i musimy stać i piec się w słonecznym skwarze, a potem znowu ruszymy z pięć kroków i znowu „stój!”, i tak dalej. Nie sposób opisać, jak taki powolny pochód w czasie upałów jest nieznośny, zwłaszcza gdy od frontu nie można się ani na krok oddalić. Doprawdy, jakby kto duszę z człowieka wyciągał; i gdybyśmy nie mieli tej pociechy, że każdy z nas miał butelkę z wodą zmieszaną z octem, nie wiedzielibyśmy, co począć z pragnienia. Nigdy, przez cały czas trwania wyprawy, nie była nam ta woda tak potrzebna i cenna jak tego dnia. Wydawała się nam lepsza i wyborniejsza od wszystkich szampańskich i węgierskich win na świecie, i tysiąc razy dziękowaliśmy samym sobie, żeśmy wpadli na to, by się w nią zaopatrzyć i napełnić butelkami przednie przegródki w naszych kompanijnych skrzyniach na naboje. Szczególnym szczęściem nie zabrakło nam przez cały pochód octu. Kupowaliśmy go po rublu za sztof; ale tak był nam potrzebny, że zgodzilibyśmy się płacić za niego i po dwa, i po trzy ruble, gdyby tego wymagała potrzeba.

Idąc tak powolnym krokiem i co chwila dręcząc się złością, nie rozumieliśmy, co by mogło być przyczyną, że wleczemy się tak wolno. Ale ledwieśmy przeszli wspomniane zagajniki i, wydostawszy się na pole, doszli do wysokiego brzegu pewnej rzeki, poznaliśmy tego przyczynę; tu bowiem, ku wielkiemu naszemu zdumieniu, ujrzeliśmy za rzeką, w oddali przed sobą, cały obóz nieprzyjacielski rozłożony na górze.

Widok ten wszystkich nas nadzwyczajnie uderzył; najmniej bowiem myśleliśmy, by nieprzyjaciel był od nas tak blisko, lecz sądziliśmy, że uszedł daleko. Nietrudno było stąd wnieść, że nie mogliśmy przyspieszać pochodu, ale że chcąc nie chcąc będziemy zmuszeni zatrzymać się na wspomnianej górze i stanąć obozem. Po pierwsze bowiem, nie można było przeprawić się przez rzekę bez mostów, a po wtóre, widząc, że nieprzyjaciel nie nazbyt się nas boi, nie wątpiliśmy, że nie omieszka czynić nam przeszkód w przeprawie przez nią.

Co przewidywaliśmy, to też się stało. Ledwieśmy doszli do wspomnianej rzeki, a już kazano nam zatrzymać się obozem wzdłuż samego brzegu i zachować wszelkie potrzebne przeciw nieprzyjacielowi ostrożności; a nadto i dowódcy nasi postarali się zabezpieczyć nasz obóz przed napaścią nieprzyjacielską, rozstawiając w potrzebnych miejscach armaty i pikiety.

Teraz, nie idąc dalej, pozwólcie mi, drogi przyjacielu, na chwilę się zatrzymać i opisać wam dokładniej całe położenie owego miejsca, na którym stanęliśmy, było ono bowiem dla nas dość pamiętne.

Wyobraźcie sobie zatem rzekę, wprawdzie nie nazbyt wielką, ale i nie najmniejszą, na dziesięć albo piętnaście sążni wszerz się rozciągającą, o korycie płynącym bardzo nisko, a przy tym niezbyt prosto, lecz tworzącym ku nam niemały łuk i zakole. Jeden brzeg tej rzeki, która zwała się Łyna, był bardzo stromy i tworzył wyniosłą górę, drugi zaś był bardzo niski i, oddalając się od rzeki, wznosił się z wolna, tak że tworzył najłagodniejsze zbocze, którego szczyt równał się wysokością wspomnianej górze, ale nie bliżej niż o jakie trzy wiorsty od niej. Armia nasza, przybywszy, stanęła tuż nad samą rzeką, na stromym i wyniosłym jej brzegu, czyli na wyżej wspomnianej górze, między wsiami Gross i Klein Uhr, a na drugim brzegu, w dole, tuż przy rzece, leżała niewielka wieś Bergersdorf, za którą wzniesienie, coraz wyżej się podnosząc, w odległości jakich trzech wiorst od nas zlewało się z horyzontem, gdzie, to jest na samym szczycie tego wzgórza, widać było przednie czoło stojącego tam obozu pruskiego. Widok, który wtedy po raz pierwszy mieliśmy sposobność oglądać; do tego bowiem czasu nie mieliśmy jeszcze nigdy przed oczyma obozu nieprzyjacielskiego. W dół rzeki, o trzy albo cztery wiorsty od tego miejsca, po prawej, leżało pruskie miasto zwane Wehlau, którego jednak z powodu lasu po tamtej stronie rzeki nie było od nas widać.

Takie oto było naturalne położenie tamtejszego miejsca, które dla mnie było tym pamiętniejsze, że niemal całkiem przypominało to, gdzie znajduje się moja siedziba w mojej ojczyźnie.

Armia przyszła na to miejsce jeszcze dość wcześnie i rozłożyła się obozem tak, jak na nierównym, wąwozami i parowami porytym terenie było najdogodniej. Naszemu pułkowi, jako należącemu wtedy jeszcze do korpusu awangardy, przypadło stanąć na przedzie wszystkich, na samym brzegu rzeki Łyny, naprzeciw wspomnianej wsi Bergersdorf, a że miejsce to było najwyżej położone, to przed samym naszym pułkiem postawiono znaczną część naszej artylerii.

Nie mogło być dogodniejszego dla artylerii miejsca niż to, na którym wówczas stała. Mogła oczyszczać całe rozległe i otwarte pole za rzeką i panować nad nim tak, że żaden człowiek nie mógł się na nim pokazać. Mieliśmy sposobność widzieć to w samej praktyce; ledwieśmy bowiem przyszli i stanęli, a już ujrzeliśmy po tamtej stronie nieprzyjacielskie podjazdy huzarskie, wyjeżdżające małymi gromadkami zza obozu i podjeżdżające ku wsi, by podpatrywać naszą armię. Nietrudno wnieść, że mając baterię w tak korzystnym miejscu, nie mogliśmy im pozwolić rozjeżdżać się po polu według ich woli. Powitaliśmy ich natychmiast z armat dwunastofuntowych, a nasza uprzejmość nie była im nazbyt przyjemna.

Na moich oczach kule przelatywały przez same ich gromadki i zmuszały je do rozpraszania się na wszystkie strony.

Jednym słowem, nie dopuściliśmy ich nawet blisko do wsi; czemu zresztą trudno się dziwić, bo z takiej góry, na jakiej wówczas staliśmy, a do tego strzelając bez pośpiechu i mając czasu, ile kto chciał, na celowanie, wstyd by było naszym artylerzystom, gdyby nie trafiali. Był to dla nich tego dnia istna nauka strzelania; a my, zebrawszy się, patrzyliśmy na ich zuchwałość i nie mogliśmy się dość nacieszyć ich umiejętnością.

Ponieważ jednak, mimo wszystkich naszych starań i strzelaniny, ich oddziały podjeżdżały aż do samej wsi, a z powodu nadchodzącej nocy obawiano się, by nie zasiedli w niej i nie uczynili nam jakiejś przeszkody w przeprawie przez rzekę, to dla zapobieżenia temu rozkazano wreszcie wieś tę podpalić. Dało mi to sposobność zobaczyć, jak artylerzyści zapalają budynki brandkugelami, czyli tak zwanymi knypelami. W okamgnieniu zajęła się u nich, i ledwie zdążyli rzucić kilka zapalających kul osobliwego rodzaju, już cała stała w płomieniach i paliła się do północy. Prusacy obwiniali nas potem o spalenie tej wsi; ale jeśli rzecz rozsądzić sprawiedliwie, to sami dali do tego powód, a biedni jej mieszkańcy powinni byli skarżyć się nie na nas, lecz na swoich własnych huzarów, którzy bez żadnego dalszego pożytku usiłowali się w niej usadowić. Jakkolwiek bądź, pożar ten przeszkodził Prusakom zasiąść i umocnić się w tej wsi i zadowolili się rozstawieniem swoich pikiet w lesie leżącym nad tą rzeką między tą wsią a miastem Wehlau, by śledzić nasze poczynania.

Wszystko to dowodziło nam, że przeprawa przez tę rzekę nie będzie tak łatwa, jak myśleliśmy, lecz że nieprzyjaciel zamierza czynić nam w tym przeszkody. Ponieważ jednak przeprawić się było koniecznie trzeba, wysłano rozmaite komendy do budowania mostów przez tę rzekę, które od tej samej godziny zaczęły się tym zajmować i przygotowywać do tego wszystkie potrzebne materiały. A że mostów tych nie dało się tak prędko zbudować, to właśnie zmusiło armię do przestania w tym miejscu i całego następnego dnia, to jest 24 sierpnia.

Podczas tego dnia postoju nie wydarzyło się u nas nic ważnego ani godnego uwagi, prócz tego, że widać było, jak nieprzyjaciel zarówno wokół swego obozu, jak i po tej stronie rzeki, na prawo od naszej armii, przed miasteczkiem Wehlau, sypał baterie, by przeszkodzić dalszemu naszemu pochodowi i bronić miasta, o którym myślał, że będziemy je atakować i starać się nim zawładnąć; a żeby przeszkodzić nam i w przeprawie przez rzekę, to w tych miejscach, gdzie tylko zaczynaliśmy budować mosty, zaczynał także sypać reduty i baterie.

Takie jego poruszenia, świadczące o zamiarze stawiania nam oporu, nie były miłe nie tylko naszym głównym dowódcom, ale i całemu wojsku.

Nietrudno było wnieść, że wszystkiemu temu winni byli nasi główni dowódcy, którzy wypuścili nieprzyjaciela po bitwie bez żadnego pościgu i dali mu przez to czas, by się opamiętał i zebrał siły. Widzieliśmy to wtedy dość jasno i niemal wszyscy otwarcie na nich za to szemrali. Sami już dostrzegali swój błąd; ale że zmienić tego już nie było można, starali się przynajmniej ze swej strony przedsięwziąć pewne środki ostrożności; a ponieważ, wróciwszy do dawnego swego tchórzostwa, zaczęli się obawiać, by nieprzyjaciel nie przyszedł i nie podusił nas jak kury w samym naszym obozie, to dla zapobieżenia temu uznali za stosowne, dla osłony armii od strony miasta, postawić w pewnym oddaleniu od naszego prawego skrzydła silną pikietę z szuwałowskimi haubicami i armatami.

Ponieważ mnie samemu przypadło być odkomenderowanym na tę pikietę, mogę opowiedzieć dokładniej o wszystkim, co się przy tej sposobności z nami działo. Wyprowadzono nas na skraj samego naszego obozu i za wieś, i postawiono naprzeciw samej baterii, którą nieprzyjaciel usypał na kurhanie przed miastem, tak że widać nam było zarówno ją, jak i całe miasto Wehlau. Dzień trafił się wtedy pogodny i nie mogliśmy się dość napatrzeć, jak Prusacy wychodzili z miasteczka i zmieniali wartę na swojej baterii. Ich lśniące karabiny błyszczały w słońcu, a myśmy się tym widokiem napawali aż do samego wieczora.

Gdy nadeszła noc, kazano nam zachować jak największą ostrożność i baczyć, by w nocy Prusacy na nas nie napadli. Prawdę mówiąc, nie było wprawdzie wielkiej przyczyny, by się tego obawiać, ponieważ jednak niedaleko przed naszą pikietą, w kotlinie, znajdował się lasek, obawialiśmy się, by nieprzyjaciel, korzystając z nocnej ciemności, nie zakradł się do niego i nie uczynił na nas niespodziewanego napadu, jak to się już w tym obozie raz zdarzyło z naszymi furażerami, których nieprzyjaciel znienacka zaniepokoił. Dlatego dowodzący nami pułkownik kazał dwóm szeregom stać całą noc pod bronią, a dwóm odpoczywać. Tak więc tysiąc ludzi u nas stało, a drugi tysiąc spał. Armaty zaś wszystkie nabite były kulami i kartaczami, a kanonierzy stali w gotowości z zapalonymi lontami. W ten sposób musieliśmy spędzić noc w kiepskim spokoju. Dla wszystkich oficerów postawiono tylko trzy żołnierskie namioty, w których rzuciliśmy się na ziemię, tak jak byliśmy, w szarfach i w ryngrafach. Ale już się tym nie martwiliśmy i radzi bylibyśmy, gdyby tylko noc minęła spokojnie i bez alarmu; spodziewaliśmy się bowiem, że następnego ranka zluzują nas inne wojska. Nie stało się jednak tak, jak myśleliśmy. Ledwie bowiem nastała noc, która trafiła się wtedy bardzo ciemna, i ledwieśmy w namiotach zasnęli, jak nagle przybiegli nam powiedzieć, że w lasku, leżącym o jakie sto sążni przed naszym frontem, słychać jakiś szum i szelest i że obawiają się, czy nie zakradł się tam nieprzyjaciel.

Usłyszawszy to, zerwaliśmy się ze snu i co tchu rzuciliśmy się na swoje miejsca.

Zastaliśmy cały front już w gotowości, a oba śpiące szeregi przebudzone i stojące już w szyku. Ciemność była ogromna i choćbyśmy nie wiem jak patrzyli w stronę lasu, nic nie można było dojrzeć. Ponieważ jednak szelest i cichy szum w lesie trwały, skłoniło to naszego dowódcę do wysłania kilku żołnierzy, by zbadali rzecz bliżej lasu, z rozkazem, by dali nam natychmiast sygnał, gdy tylko coś zauważą. Nie umiem dość opisać, z jaką niecierpliwością oczekiwaliśmy powrotu owych wysłanych albo jakiegoś od nich znaku i jakie wzruszenia duszy odczuwaliśmy, gotując się każdej chwili przyjąć nieprzyjaciela dobrą salwą. Karabiny mieliśmy wszystkie gotowe i pozostawało tylko odwieść kurki i strzelać, a podobnie i przy armatach wszyscy kanonierzy byli w gotowości ze swymi lontami. Ale cóż się stało? Minęło już dziesięć minut; minęło i więcej niż kwadrans; już by pora, żeby coś się stało, a od naszych wysłanych ani widu, ani słychu. — „Cóż to za dziwo! — mówiliśmy, zszedłszy się razem. — Czy aby nie jakiś pusty szum nas zaalarmował?” Ale zdziwienie nasze jeszcze bardziej wzrosło, gdy zamiast nakazanego sygnału, czyli gwizdnięcia, usłyszeliśmy w oddali śmiech i rechot. — „Panie Boże! Cóż to takiego? — mówiliśmy. — Na pewno nie nieprzyjaciel, tylko coś śmiesznego! Ale cóż by to mogło być?...” Wątpliwość nasza wnet się jednak rozstrzygnęła. Ujrzeliśmy naszych wysłanych wracających i ze śmiechem nam oznajmiających, że nieprzyjaciel, który nas przestraszył, wcale nie jest tak straszny, jak myśleliśmy, i że cały szum, któryśmy słyszeli, wywoływały nie kto inny, jak tylko jejmoście krowy, które jakimś trafem zabłąkały się do tego lasu i chodziły po nim z przywiązanymi do szyi dzwonkami. — „Tfu, do licha! — mówiliśmy wtedy, złoszcząc się i śmiejąc. — Niech je diabli porwą; a myśmy już myśleli, Bóg wie kto!..” Pozłościwszy się tak, że daliśmy się takiemu przywidzeniu zaalarmować i przestraszyć, rozeszliśmy się znów do swoich namiotów i wyciągnęliśmy się na trawie, by przespać resztę nocy.

Ale noc ta była widać przeznaczona na to, byśmy ją spędzili w nieustannych niepokojach; ledwieśmy się bowiem uspokoili i przed świtem pogrążyli w najsłodszym śnie, jak nagle przeraźliwy krzyk i wrzask przeszywa nam uszy i budzi nas wszystkich ze słodkiego snu. — „Wstawajcie, wstawajcie! — zakrzyknęliśmy. — To już nie krowy, łaskawi panowie, ale coś poważniejszego”. A ledwieśmy te słowa wymówili, jak rozlegająca się tuż obok nas palba karabinowa jeszcze bardziej nas wszystkich zatrwożyła. Nie było wtedy czasu dłużej gadać, lecz my, sądząc nie inaczej, jak tylko że nieprzyjaciel napadł na nasze wysunięte straże, które dla większego bezpieczeństwa postawiliśmy na przedzie, zerwaliśmy się ze snu i co tchu biegnąc na swoje miejsca, krzyczeliśmy tylko:

„Do broni! Do broni! Stawaj prędzej w szyk, poprawiaj zamki, krzemienie i karabiny i gotuj się do strzału!”

Jednakże i tym razem, choć przygotowawszy się, wpatrywaliśmy się w ciemności przed siebie, niczego nie mogliśmy dostrzec, i nasz strach i alarm znów skończył się na niczym, a po upływie kilku minut dowiedzieliśmy się, że ów krzyk i strzelanina rozległy się nie po naszej stronie i nie u naszych przednich straży, lecz na lewo, za rzeką, a rano wywiedzieliśmy się, że alarm ten wywołali nasi Kałmucy, z których kilku, przepłynąwszy przez rzekę, napadło na stojącą za rzeką nieprzyjacielską pikietę i rozbiwszy ją, przywiozło ze sobą kilku jeńców.

Rano, w następny po tym dzień 25 sierpnia, otrzymawszy zluzowanie, wróciliśmy do swego pułku i mogliśmy się tam wyspać, ile dusza zapragnie, ponieważ armia i tego dnia stała obozem na tym samym miejscu i niczego nie przedsiębrała. A nieprzyjaciel coraz bardziej umacniał się redutami i bateriami i stawiał nam przy budowie mostów tyle trudności, że nasi dowódcy musieli porzucić zamiar przeprawiania się przez rzekę w tym miejscu i, zniszczywszy to, co zaczęto, myśleć o innych sposobach. Nie wiedzieliśmy, co się z nami w końcu tutaj stanie i gdzie przeprawimy się przez tę rzekę, i nie wątpiliśmy, że wkrótce znów musi do czegoś dojść i że nie obejdzie się bez potyczki z nieprzyjacielem. Wszystkie jego poruszenia i przedsięwzięcia dowodziły nam, że w żaden sposób nie zamierza pozwolić nam spokojnie przeprawić się przez rzekę, lecz myśli o dobrym odporze. A szczególnie spodziewaliśmy się tego na wypadek, gdyby nasi zechcieli iść prosto przez miasteczko Wehlau i za nim przechodzić rzekę po gotowym już moście. Widziane przez nas jego baterie, usypane przed wejściem do tego miasteczka, groziły nam krwawym przyjęciem, i przyznać trzeba, że nie było nam to nazbyt miłe; tym bardziej że takiego oporu w żaden sposób się nie spodziewaliśmy, i dlatego coraz bardziej szemraliśmy na swoich dowódców i ganiliśmy ich za to, że wypuścili nieprzyjaciela bez pościgu i nie umieli, korzystając z jego ówczesnego rozstroju i tchórzostwa, zawładnąć jeszcze wtedy tym ważnym miejscem.

W tej niepewności, co się będzie działo, spędziliśmy cały ten dzień. Wieczorem jednak rozstrzygnęła się nasza wątpliwość, a niespodziewany rozkaz, wydany w całej armii, wprawił nas w nowe zdumienie, a mianowicie: wszystkim nam rozkazano gotować się rano do pochodu i ogłoszono, że cała armia o świcie wyruszy cichaczem w pochód.

W tym miejscu pozwólcie mi, drogi przyjacielu, przerwać mój list. Chcę was zostawić w niecierpliwości, by się dowiedzieć, co nastąpi dalej. Usłyszycie to w następnym liście, a tymczasem pozostaję waszym wiernym i uniżonym sługą.

POD ALLENBURGIEM

List 50


Mój drogi przyjacielu! Ostatni mój list zakończyłem tym, że wieczorem wydano w całej armii rozkaz, iż nazajutrz cała armia wyruszy w pochód i uczyni to cicho i potajemnie. Ponieważ takiego rozkazu nigdy nam dotąd nie wydawano, zdziwił nas on nadzwyczajnie. Myśleliśmy jednak, że wodzowie nasi zapewne chcą użyć jakiejś strategemy, czyli wojennego podstępu, i dlatego chcą wyruszyć w pochód skrycie, by albo znienacka zawładnąć miastem Wehlau, albo przeprawić się przez rzekę gdzieś w innym, nam jeszcze nieznanym miejscu.

W tej niepewności, płonąc niecierpliwym pragnieniem, by się dowiedzieć, czy pójdziemy w prawo, czy w lewo, i czy rano nie przyjdzie nam mieć sprawy z nieprzyjacielem, spędziliśmy całą noc, a następnego dnia, to jest 26 sierpnia, gdy tylko zaczęło świtać, wybito pobudkę zamiast generalnego marszu, na znak, że armia jakoby będzie i tego dnia stała niewzruszenie na tym samym miejscu. A żeby lepiej ukryć podstęp, kazano naszemu korpusowi awangardy być już w ariergardzie i nie zwijać namiotów dopóty, dopóki cała główna armia wraz ze swymi taborami nie wyruszy w pochód i nie oddali się już nieco, huzarom zaś i Kozakom pozostać na swoim miejscu dopóty, dopóki armia nie stanie w nowym obozie. Ale śmieszny to był podstęp! Spodziewaliśmy się oszukać nieprzyjaciela, a nie wiedzieliśmy, że on oszukał nas wcześniej i że jego obóz, który widzieliśmy, od początku był fałszywy i pusty i mieścił w sobie tylko małą liczbę wojska; o armii zaś pruskiej mówiono, że główna jej część dawno już poszła dalej ku Królewcowi, a druga udała się tam, gdzie nasza armia zamierzyła na nowo budować mosty, by i tam zniweczyć nasz zamiar; nieprzyjacielowi bowiem naszemu wszystkie nasze przedsięwzięcia i zamysły były znane, a miał on w naszym wojsku takich ludzi, którzy go o wszystkim najrzetelniej powiadamiali. Przynajmniej tak wtedy mówiono, a podejrzewano o to najbardziej pana Lievena. Jakkolwiek bądź, wyruszyliśmy bez żadnego hałasu w pochód i poszliśmy w lewo, w górę rzeki Łyny, ku miasteczku Allenburg, a uszedłszy kilka wiorst z ogromnym trudem, rozłożyliśmy się obozem nad brzegami tej rzeki.

Rano (27.) myśleliśmy, że będziemy się przeprawiać przez rzekę, ale zamiast tego przestaliśmy cały dzień bez żadnej roboty. Ta opieszałość była nam wszystkim dziwna.

Zdziwiliśmy się jednak jeszcze bardziej, gdy ogłoszono, że i następnego dnia, tj. 28., armia pozostanie na tym samym miejscu. „Panie, zmiłuj się! — mówiliśmy między sobą. — Cóż to za dziwo i długoż jeszcze nie będziemy przechodzić przez rzekę?” Ale zdziwienie nasze jeszcze wzrosło, gdy nie widać było żadnych przygotowań do przeprawy, choć i nieprzyjaciela, gotującego się, by nam w tym przeszkadzać, też wcale nie było widać, a zamiast tego zauważyliśmy, że żołnierzom naszym dano wolną rękę do plądrowania leżącego za rzeką pięknego zamku szlacheckiego, a także do spuszczenia ogromnego stawu, który trafił się pośrodku samego naszego obozu, zarybionego karpiem. Przy tej sposobności dowiedziałem się po raz pierwszy, jaka to dobra ryba karp i jakie bywają z nim stawy. Tej ryby było w nim takie mnóstwo, że w armii sprzedawano ją wtedy niemal za bezcen, i można śmiało powiedzieć, że nie tylko my, ale i żołnierze najedli się jej do syta, tak wiele jej tu było! Doprawdy, gdy spuszczono cały staw, ogromne karpie, zupełnie jak prosięta, przewalały się w pozostałej niewielkiej wodzie i mule, a śmiesznie było patrzeć, jak nasi ludzie i żołnierze, brodząc po mule, wyciągali je i weselili się tak łatwym połowem.

Podczas gdy w ten sposób cała armia zajmowała się połowem ryb i gotowaniem swoich karpi, panowie wodzowie i przewodnicy nasi zupełnie o czym innym myśleli. Zajęcie ich było osobliwe i przez nikogo nieoczekiwane. Myśleli o tym, jak by obrócić wniwecz wszystkie poniesione dotąd przez nasze wojska trudy, stracić za nic wszystkie wycierpiane szkody i krew przelaną przez tylu synów ojczyzny; rozpleść na powrót zdobyty wieniec chwały i zwycięstwa, okryć się wstydem i hańbą i przynieść całej armii plamę i złą na wieki, przykrą dla wszystkich prawdziwych patriotów sławę. Jednym słowem, jeśli wierzyć pogłosce, która się potem rozeszła, to knuli to, co żołnierze w swojej nieuczoności nazywają zdradą. Czy to jednak prawda, czy nie, tego doprawdy nie wiem, a wiem tylko tyle, że 28 dzień sierpnia {Odniósłszy z wielkim trudem zwycięstwo pod Gross-Jägersdorf, armia dotarła do Allenburga. 28 sierpnia 1757 r. odbyła się rada wojenna, na której wobec dużych strat w wojsku i trudności w zaopatrzeniu armii postanowiono wycofać się w granice Rosji. Zob. przypis 12 po tekście.} był ostatnim dniem naszej chwały, okazałości, męskiego ducha i pochlebnej nadziei, że ujrzymy wkrótce mury sławnego miasta Królewca i powiewające na nich nasze sztandary, a całe królestwo pruskie podbite naszemu orężowi i w naszej władzy; 29 zaś sierpnia był owym pamiętnym i nader przykrym dniem, w którym upadły wszystkie nasze serca, a my, straciwszy wszelkie męstwo, okryliśmy się wstydem i hańbą i musieliśmy wyrwać z siebie wszystkie dawne, tak pochlebne nadzieje. Krótko mówiąc, w ów nigdy niezapomniany dzień obróciliśmy się do nieprzyjaciela tyłem i powlekliśmy się z powrotem do swojej ojczyzny, okryci takim wstydem, że nie śmieliśmy spojrzeć jeden na drugiego, a tylko z niewymownym zdumieniem pytaliśmy się nawzajem, mówiąc: „Cóż to, bracia? Cóż się takiego z nami dzieje i wyrabia? Ależeśmy dobrzy!” — I tak dalej.

Nie mogę i dziś bez złości wspomnieć, jakie wzburzenie powstało wtedy nagle w całej armii; doprawdy nie było niemal człowieka, na którego twarzy nie malowałaby się złość zmieszana ze wstydem i gniewem.

Wszędzie słychać było tylko szemranie i potajemne złorzeczenie na naszych głównych dowódców. Wielu niemal otwarcie krzyczało: „Zdrada! I to zdrada oczywista!”.

A inni, złoszcząc się i śmiejąc, mówili: „Cóż to, łaskawi panowie! Czyżbyśmy tylko po to przyszli do Prus, po to tyle trudów ponosili i po to tylko krew swoją przelewali, żeby tu sobie karpi nałowić i najeść się? Cóż się z nami dzieje? Gdzie się podział rozum naszych generałów?” — I tak dalej.

Jednym słowem, szemranie było powszechne, i choć wszystkim nam miła była ojczyzna, mało kto wracał wtedy do niej z ochotą — tak dotkliwy był dla nas ten nieoczekiwany wypadek.

Jeśli chcecie teraz wiedzieć, co właściwie zmusiło naszych wodzów do tej utraty wszystkich naszych korzyści za nic i do tak haniebnego powrotu, to doprawdy nie mogę wam na to powiedzieć nic pewnego. Będąc wtedy tak małym człowiekiem, nie mogłem się niczego dokładnie dowiedzieć, a wszyscy obwiniali wówczas tylko naszego feldmarszałka, hrabiego Apraksina {Bołotow zupełnie słusznie nazywa S. F. Apraksina hrabią, ponieważ jego ojciec Fiodor Matwiejewicz, słynny współpracownik Piotra I, został w 1709 r. wyniesiony do godności hrabiowskiej. W tekście „Zapisków” wydanych przez „Russkaja Starina” w 1870 r. przygotowujący „Zapiski” do druku M. I. Siemiewski postawił obok słowa „hrabia”, zapewne omyłkowo, znak zapytania.}, który, jak wiadomo, umarł potem z tego powodu w niełasce i ze zgryzoty {Zob. przypis 12 po tekście.}. Wprawdzie niektórzy mówili, jakoby miał jakieś tajne rozkazy i postąpił według nich; ale nikt o tym na pewno nie wiedział, a dość, że poszedł z armią z powrotem i wypuścił z rąk wszystkie korzyści i owoce zdobyte naszym zwycięstwem, i dokonał bardzo „sławnego” dzieła, to jest swoim postępkiem zadziwił nie tylko całą naszą armię, ale i samego nieprzyjaciela, a nawet całą Europę. Słowem, sprawił to, że w historii pozostała na wieki pamięć o tym zdarzeniu, iż powrotny pochód naszej armii zadziwił wtedy całą Europę i że nikt na całym świecie nie mógł pojąć, co skłoniło hrabiego Apraksina do wypuszczenia z rąk wszystkich zdobytych korzyści i do tego, by mając już większą część królestwa pruskiego w rękach i znajdując się już tak blisko stołecznego miasta Królewca, nagle zawrócić i wyjść z całych Prus, w co z początku nikt, nawet sami nasi nieprzyjaciele, nie chciał wierzyć, dopóki nie potwierdziło się to samym czynem. Niektórzy cudzoziemscy pisarze, opisujący życie króla pruskiego, wspominają, że później się okazało, iż prawdziwą przyczyną tego powrotnego pochodu było to, że naszej cesarzowej Elżbiecie Piotrownie zdarzyło się w ciągu tego lata ciężko zachorować i że będący wtedy u nas kanclerzem hrabia Bestużew, obawiając się jej zgonu i zamyślając w duchu przeprowadzenie pewnych ważnych zmian na dworze, a zwłaszcza w kwestii samego następstwa tronu, pisał sam od siebie i bez wiedzy cesarzowej do hrabiego Apraksina, który był jego przyjacielem, by ten ze swoją armią wrócił do ojczyzny {Bołotow powtarza tu wysuwane przeciw Apraksinowi oskarżenia i oburza się na niego jako uskrzydlony zwycięstwem oficer.}.

Jakkolwiek bądź, to pewne, że nasz feldmarszałek, postanowiwszy iść z powrotem, zwołał dla pozoru radę wojenną i nagadał wszystkim generałom tyle o rzekomo ujawnionym wielkim braku prowiantu i furażu w armii i o niemożności dalszego prowadzenia pochodu — z tej przyczyny, że armia pruska, uchodząc ku Królewcowi, sama pustoszyła wszystkie miejsca przy drodze, tak że nigdzie w promieniu dwudziestu wiorst w żaden sposób nie można było dostać furażu — że przekonał prawie wszystkich, by wbrew swej woli przystali na jego propozycję i podpisali uchwałę o podjęciu powrotnego pochodu na pewien czas do tych miejsc, gdzie przygotowywano magazyny. Jedynie wspomniany wcześniej generał en chef Sibilski w żaden sposób nie przystawał na tę propozycję i, twierdząc, że prowiantu i furażu w armii jest dosyć i że nie ma ona w tym żadnego niedostatku, w żaden sposób nie chciał podpisać uchwały; ale i tym razem równie mało go słuchano jak po bitwie, kiedy to, radząc podjąć pościg, prosił dla siebie tylko o trzy pułki piechoty i chciał nimi zadać rozbitemu nieprzyjacielowi najdotkliwszy cios, lecz mu tego odmówiono.

Ponieważ jednak, mimo wszystko, łatwo można się było spodziewać, że w całym wojsku powstanie wielkie szemranie, przeto w następstwie wszystkiego, o czym wyżej wspomniano, rozgłoszono w całej armii, że do takiego przez nikogo nieoczekiwanego powrotu zmusiła nas sama konieczność, a mianowicie, po pierwsze, to, że dalszemu pochodowi przeszkadza nam stojąca jakoby za rzeką armia nieprzyjacielska, strzegąca przejścia pod Wehlau i umocniona bateriami; po wtóre zaś, i co jakoby najważniejsze, dlatego, że w armii zapanował wielki brak prowiantu i że jakoby nie było nadziei, by go gdziekolwiek dostać i otrzymać.

Znaleźli się liczni, którzy, uwierzywszy tej wieści, tym się zadowolili, ale rozumniejsi byli zupełnie innego zdania.

Ci wiedzieli już, że to wszystko było tylko przykrywką i pustym oszustwem, że armii pruskiej nie było tam już i w pomyśle, a prowiantu było jeszcze w armii dosyć, a nadto znajdowało się go ogromne mnóstwo w mieście Wehlau, które odebrać nieprzyjacielowi nie kosztowałoby żadnego trudu, ponieważ miasteczko to wcale nie było umocnione i broniła go tylko mała liczba wojska. A wystarczyło je wziąć, a wyparlibyśmy Prusaków z całego królestwa pruskiego, a ponieważ zaczynała się już wtedy jesień, moglibyśmy wszędzie dostać prowiantu i furażu tyle, ile byśmy chcieli, zwłaszcza po bokach i w tych miejscach, gdzie nie było jeszcze ani armii, ani furażowania.

Tak oto opowiedziałem wam, drogi przyjacielu, cały przebieg naszego pochodu naprzód; a teraz pozostało opowiedzieć wam o naszej podróży powrotnej. Och, cóż to był za pochód! Doprawdy (serce) krwią się zalewa, gdy go sobie i wszystkie jego okoliczności przypominam. Jednym słowem, z radością bym o nim przemilczał, gdyby porządek historyczny nie wymagał ode mnie i jemu takiego samego opisu jak poprzedniemu.

Ale opowieść o tym odłożę do następnego listu; a obecny zakończę, opowiedziawszy wam, że ten nieszczęsny i haniebny dla nas moment był szczególnie szczęśliwy dla króla pruskiego; albowiem niemal od tego samego dnia zaczęły ustawać wszystkie jego kłopotliwe okoliczności i wszędzie zaczęło mu sprzyjać osobliwe szczęście, zupełnie jakby nasz feldmarszałek, pan Apraksin, swoim przewinieniem utorował mu do tego drogę i ścieżkę. Na dowód tego powiem, że nazajutrz po tym zdarzeniu, a mianowicie 30 sierpnia, zaszła w Europie i inna, bardzo dla niego korzystna okoliczność, wynikła również z niewybaczalnego błędu głównego wodza armii francuskiej, a mianowicie:

Mam nadzieję, drogi przyjacielu, że pamiętacie jeszcze, iż zostawiliśmy zwycięską armię francuską w pościgu za rozbitą armią hanowerską, która była sprzymierzona z królem pruskim i znajdowała się pod dowództwem księcia Cumberland. Armię tę zapędzili Francuzi aż pod samo nadmorskie miasto Stade i przyparli tak, że księciu Cumberland, pozbawionemu wszelkich możliwości dalszej ucieczki i zaopatrzenia swej armii w prowiant i furaż, nie pozostawało nic innego, jak albo na nowo odważyć się na bitwę z Francuzami, albo złożyć broń i oddać się w niewolę z całym wojskiem. Ponieważ jednak raz już pod Hastenbeck został przez Francuzów pobity i poniósł wielką stratę, za nic w świecie nie chciał się z nimi bić ponownie, a zatem pozostawało tylko to ostatnie. Wszyscy też liczyli, że tak się istotnie stanie i że Francuzi przy tej sposobności uczynią z hanowerską armią sprzymierzoną to samo, co król pruski uczynił z saską, to jest wezmą ją całą do niewoli. Ale ku zdumieniu całego świata zdarzyła się tu taka sama niespodzianka jak z naszym powrotnym pochodem, a mianowicie: zamiast dokonać tego sławnego i głośnego czynu, nowemu dowódcy armii francuskiej, panu marszałkowi Richelieu, który dobił się głównego dowództwa intrygami i podstępami na dworze francuskim, upodobało się, wbrew wszelkim spodziewaniom i zdrowemu rozsądkowi, zawrzeć z księciem Cumberland w klasztorze Zeven rozejm i traktat z warunkiem, by jego wojsko przeciw Francuzom więcej nie walczyło. Ale co najgłupsze i najśmieszniejsze, umówiono się przy tym, że wszystkie będące w armii hanowerskiej sprzymierzone i posiłkowe wojska heskie, brunszwickie, sasko-gotajskie i lippeńskie zostaną rozpuszczone do swych ojczyzn z paszportami marszałka Richelieu, wojska angielskie zaś w taki sam sposób oddalą się za rzekę Łabę; pozostali zaś w Stade nie przekroczą wyznaczonych w układzie granic.

Zawarcie takiego, przez nikogo nieoczekiwanego układu zadziwiło cały świat tak samo jak nasz powrót.

Korzyść zaś króla pruskiego wynikła stąd taka, że wspomniane wojska, rozpuszczone z paszportami, natychmiast złamały dane słowo i obietnicę, że nie będą walczyć, i przeszły wszystkie do króla pruskiego, wstąpiły do niego na służbę i powiększyły sobą jego wojsko; a król nie omieszkał skorzystać z tej sposobności i, pozbywszy się w ten nieoczekiwany sposób z rąk dwóch tak groźnych nieprzyjaciół, nabrał otuchy i postanowił z pozostałymi rozprawić się już pojedynczo, w czym w końcu powiodło mu się bardziej, niż sam myślał i oczekiwał, o czym będzie wspomniane później szczegółowiej.

Na tym zakończę obecny mój list. W następnym opowiem wam naszą podróż powrotną, a tymczasem, powiedziawszy, że jestem waszym nieobłudnym przyjacielem, pozostaję i tak dalej.

MARSZ POWROTNY

List 51


Mój drogi przyjacielu! Oto list, który oddaję wam do woli. Nie zawiera on niczego prócz opisu takich zdarzeń, które przyniosły na całym świecie przykrą, lecz sprawiedliwą niesławę armii i całemu naszemu rosyjskiemu narodowi: idąc bowiem z powrotem, zostawialiśmy wszędzie tylko ślady wstydu, tchórzostwa i niewybaczalnego okrucieństwa, co wszystko każdemu prawdziwemu patriocie nie mogło być inaczej jak tylko przykre.

Przystępując teraz do rzeczy, przede wszystkim powiem wam, że jak powoli i ociężale szliśmy najpierw naprzód, tak pospiesznie i żwawo poszliśmy z powrotem, zupełnie jakby groziła nam jakaś wielka klęska, a my byli przez nieprzyjaciela pobici i ścigani przez całą jego armię. Pierwsze oznaki tego pośpiechu ujrzeliśmy jeszcze w tym samym miejscu, skąd poszliśmy z powrotem. W przeddzień tego dnia, w którym wyruszyliśmy, wydano rozkaz, by zmniejszyć, ile się da, liczbę wozów w armii; i by oficerowie nie mieli nie tylko po dwa, ale nawet po jednym, lecz by po dwóch oficerów pakowało się na jeden wóz, a zbędne rzeczy palić i porzucać. Łatwo wnieść, że rozkaz ten nie był nam nazbyt miły, a wszystkich nas niezmiernie zaniepokoił. W wielkim niezadowoleniu i szemraniu na swoich dowódców mówiliśmy wtedy między sobą: „Piękna nagroda za nasze trudy! Zamiast wracać do ojczyzny z łupami zdobytymi na nieprzyjacielu, każą nam i swoje własne palić i porzucać!” Ale wszystkie takie szemrania nic nam nie pomagały. Wielu istotnie musiało, wykonując ten rozkaz, rozstać się niemal z ostatnim swym dobytkiem, a potem właśnie z tego powodu jeszcze bardziej cierpieć niedostatek i udrękę niż przedtem. Mnie jednak i tym razem udało się uniknąć tego zła. Będąc i wtedy jeszcze dowódcą kompanii i niemal sam jeden w kompanii, mogłem pod pretekstem, że nie mam z kim się złączyć, zatrzymać sam swój wóz, a z nim wszystko to, co dotąd miałem.

Tak więc wspomnianego dnia 29., to jest równo w dziesięć dni po naszej bitwie, wyruszyliśmy w pochód i powlekliśmy się z powrotem w stronę swojej ojczyzny. A ponieważ nie mogliśmy wracać tymi samymi miejscami, którymi szliśmy naprzód, gdyż wszystkie one były spustoszone i do czysta ogołocone, wzięliśmy nieco w prawo i weszliśmy na prostą drogę ku miastu Wystruć, gdzie pozostawione były różne nasze komendy. Spieszyliśmy się, ile się dało; jednakże przy całym pośpiechu nie mogliśmy tego dnia ujść więcej niż siedem wiorst, gdyż przeprawa przez pewne trudne miejsce, która trafiła się na naszej drodze, sprawiła nam tyle zwłoki, że musieliśmy nie tylko cały ten, ale i następny dzień, to jest 30 sierpnia, mozolić się na tej przeprawie.

31. dnia ciągnęliśmy pochód nasz dalej, a nasz korpus awangardy, w którym nie było już potrzeby, rozpuszczono po dywizjach, i nasz pułk trafił do trzeciej z nich. W ten ostatni dzień sierpnia przeszliśmy jakie trzynaście wiorst.

Następnego dnia, to jest 1 września, armia poszła dalej, a naszemu pułkowi przypadło tego dnia być w ariergardzie i iść na samym końcu; kazano nam zachować jak największą ostrożność i palić wszystko, co pozostawało po armii, oraz wozy, które nieszczęśliwie się połamały. Jakież to zło i osobliwe nieszczęście dla tych, którym coś się zepsuło i połamało! Nie okazywano tu najmniejszej litości i nie brano niczego pod uwagę, choćby kto przez to tracił ostatnie swe mienie. Zresztą, choć o nieprzyjacielu nie było ani widu, ani słychu, w ariergardzie było kilka tysięcy ludzi, a szliśmy frontem całą kolumną, zupełnie jakby nieprzyjaciel następował nam na pięty. Taki pochód sprawiał nam nieopisaną udrękę, jakiej do tego czasu nigdy nie doznawaliśmy; ponieważ bowiem pogoda była wtedy sucha i upalna, a szliśmy prosto przez pola orne i zbożowe, nie rozróżniając, czy ziemia była ugorem, czy zasiana zbożem, to armia, przewaliwszy się całą gromadą z całą swą artylerią i niezliczonymi wozami, tak zmiesiła całą powierzchnię ziemi, że obróciła się ona w najdelikatniejszy pył. Kiedy zaś przyszła kolej na nas iść na końcu, i to jeszcze całą kolumną, wzbił się taki pył, że szliśmy w nim zupełnie jak w najgęstszej mgle, i to takiej, że na sążeń nie można było jeden drugiego widzieć. Ale między mgłą a pyłem była ta przeklęta różnica, że w pierwszej można iść, nie odczuwając żadnej udręki, a pył, wciskając się i do oczu, i do nozdrzy, i do ust, nie tylko porobił z nas wszystkich straszydła, ale sprawiał nam skrajną udrękę. Słowem, dzień ten był dla nas bardzo pamiętny i długo nie mogliśmy go zapomnieć.

Następnie drugiego dnia ciągnęliśmy pochód dalej; ale przeszedłszy tylko jakie pięć wiorst, zatrzymaliśmy się i w tym miejscu, z powodu zmęczenia koni, mieliśmy dzień postoju. (3.).

Wreszcie, czwartego dnia, armia przyszła do miasta Wystruć i, nie przechodząc rzeki Pregoły, stanęła obozem i nocowała. W tym miasteczku znajdowały się pozostawione przez nas komendy, strzegące zapasowego prowiantu i innych rzeczy. Wszystko to musieliśmy teraz zabrać ze sobą i oddać to miasto z powrotem we władzę nieprzyjaciela. Nie potrafię opisać, jak wielka była radość mieszkańców miasta, patrzących na nasz wymarsz, i jak wielki, przeciwnie, był wstyd, z jakim my, będąc zwycięzcami, wlekliśmy się w ten sposób bez żadnej potrzeby z powrotem i wychodziliśmy z miejsc, które dotąd naszym orężem były podbite.

Rano, to jest 5., jako że był to dzień imienin panującej wówczas naszej cesarzowej, wodzom naszym przyszło do głowy urządzić zwykłą uroczystość, i w tym celu w niektórych pułkach postawiono cerkwie polowe do odprawiania nabożeństwa, a całą armię wyprowadzono na paradę i oddano zwykłą trzykrotną salwę z armat i karabinów, wystrzeliwszy w powietrze kilka pudów prochu. Ale prawdę mówiąc, tyle go nam zostało, że nie było go gdzie podziać.

Myśleliśmy, że przestoimy tu cały ten dzień, jednak pośpiech naszego wodza, albo raczej powiedziawszy, tchórzostwo i obawa, by nie napadł na nas nieprzyjaciel i, uchowaj Boże, nie rozbił całej armii, w żaden sposób na to nie pozwoliły.

Z jego bowiem rozkazu musieliśmy jeszcze tego samego dnia, z wielkim pośpiechem, przeprawiać się za miasteczkiem przez rzekę Pregołę i stawać obozem po tamtej stronie, a mosty na Pregole w tej samej chwili zostały zdjęte.

W tym obozie nie zabawiliśmy niemal ani godziny, lecz rankiem następnego, szóstego dnia poszliśmy dalej; a żeby w pochodzie było mniej zatorów, armia poszła dwiema drogami ku miastu Tylży, gdzie znajdowali się nasi ranni i wiele innych komend. Pierwsza i druga dywizja poszły prawą, a trzecia — lewą stroną rzeki, i przeszedłszy tego dnia ponad piętnaście wiorst, stanęły obozem. Przemarsz ten był dla nas bardzo trudny, gdyż nastała dżdżysta i słotna pogoda i zrobiło się bardzo błotnisto. A że i droga była bardzo nierówna i wszędzie trzeba było przeprawiać się przez rzeczki i parowy, cała druga dywizja i wiele taborów nie mogło nie tylko tego dnia, ale aż do samej nocy siódmego dnia dojść do obozu, co zmusiło naszego feldmarszałka, wbrew jego woli, do urządzenia tu dwudniowego postoju (8.).

Naszemu pułkowi przypadło tu znowu być w ariergardzie, a mnie wraz z nim. Wspominam o tym dlatego, że idąc w ariergardzie, musieliśmy nocować na drodze i w takiej udręce, w jakiej nigdy jeszcze nocy nie spędzaliśmy, i dlatego noc ta była dla nas bardzo pamiętna. Musieliśmy ją całą spędzić nie tylko na deszczu, stojąc w jednym miejscu i pod bronią, ale niemal po kolana w błocie. Przyczyną tego była przeprawa przez pewną niewielką, ale o niskich i grząskich brzegach rzeczkę, płynącą przez szeroką dolinę o bagnistym gruncie. Ponieważ wszystkie tabory musiały przeprawiać się przez tę rzeczkę po kilku naprędce sklejonych lichych mostkach, nie mogły się one w żaden sposób pospieszyć; i to właśnie było przyczyną, że w to miejsce zwaliło się niezliczone mnóstwo wozów, które całe to grząskie i miękkie miejsce tak zmiesiły, że każdy wóz stał po piasty w błocie, a biedni żołnierze naszego korpusu ariergardy, idący bezpośrednio za nimi, musieli stać niemal po kolana w błocie i czekać, aż wszystkie tabory przeprawią się przez most, i w takim stanie spędzić całą noc. Każdy łatwo sobie wyobrazi, jak ciężkie i uciążliwe to dla nich było; ale nie tylko oni, i my, ich oficerowie, cierpieliśmy nie mniejszą udrękę. Jedyna nasza przewaga nad nimi polegała na tym, że siedzieliśmy na swoich wierzchowcach i nie musieliśmy stać po kolana w błocie. Ale jakże to było siedzieć w chłodzie i na deszczu całą noc na koniu i nie zsiadać z niego ani na chwilę! Trudność tę łatwiej każdemu sobie wyobrazić, niż mnie opisać. Ku większej naszej złości nie można było nigdzie rozpalić nawet ogieńka, by ogrzać nasze drżące i drętwiejące z zimna członki. Wszędzie było mokro, wszędzie woda i wszędzie błoto, i to błoto głębokie i grząskie.

Ile razy byśmy nie próbowali tego uczynić, wszystkie nasze starania, by rozpalić ogień, były daremne, i wbrew woli musieliśmy dygotać całą noc i przeklinać i tabory, i rzeczkę z jej mostami, a do obozu przyszliśmy nie wcześniej jak dopiero nazajutrz.

Do tego czasu szliśmy wciąż jeszcze spokojnie i o nieprzyjacielu nie mieliśmy najmniejszej wieści; łatwo bowiem wnieść, że nieprzyjaciel w żaden sposób nie spodziewał się po nas takiego postępku i z początku nie chciał wierzyć, usłyszawszy o naszym powrotnym pochodzie; ale gdy tylko otrzymał o tym pewną wiadomość, rozradowawszy się, wysłał natychmiast za nami w pościg dwa szwadrony czarnych huzarów z pułku Ruescha, a za nimi i silny korpus jazdy pod dowództwem księcia Holstein-Gottorp, za tym zaś ruszył w pościg za nami i sam feldmarszałek Lehwaldt z całą armią. A ponieważ jego przednie oddziały szybko nas dogoniły, dostrzeżono je wspomnianego 8 września w pobliżu naszej armii i miały już z naszymi Kozakami niewielką potyczkę.

Nie wiem, co skłoniło pruskiego feldmarszałka do przedsięwzięcia tej sprawy, w najmniejszym stopniu niezgodnej ze zdrowym rozsądkiem. Zdawałoby się, że Prusacy powinni się byli jeszcze cieszyć z tego, że my, porzuciwszy wszystkie zdobyte korzyści, poszliśmy z powrotem, a zdrowy rozsądek wymagałby, by starali się wszelkimi sposobami sami jeszcze przyczynić do tego, byśmy co prędzej wyszli z granic królestwa pruskiego i im je zostawili; a zatem bynajmniej nie przeszkadzać nam w naszym pochodzie, lecz pozwolić nam iść, jak chcemy. Oni jednak, przeciwnie, wymyślili sobie ten głupi i nieprzynoszący im najmniejszego pożytku pościg i przez to samo niemal zmusili nas potem do pustoszenia i niszczenia ich własnych ziem; ponieważ bowiem te nieliczne ich lekkie wojska, idące za nami, napadając to na naszych furażerów, to na wysunięte straże, nieustannie niepokoiły naszą armię, to dla odpędzenia ich musiano w końcu pustoszyć i palić wszystkie osady, pozostające za armią, by nigdzie nie mogli znaleźć schronienia, a przez to właśnie wiele wycierpieli niewinni wiejscy mieszkańcy, o czym będzie wspomniane niżej.

Tak więc, choć pościg ten był nieznaczny, napędził jednak naszemu tchórzliwemu wodzowi okropnego strachu. Musieliśmy podwoić nasze środki ostrożności, zupełnie jakby cała armia pruska szła na widoku tuż po naszych śladach. Dlatego, bez najmniejszej zwłoki, 9. dnia ruszyliśmy znów w drogę i szliśmy cały dzień aż do amtu Sommerau, przy którym to miejscu i nocowaliśmy.

Przez cały czas trwania pruskiej wyprawy nigdzie armia nie była tak dobrze rozłożona obozem jak w tym miejscu. Trafiła się tu równa, okrągła i rozległa dolina, w której nie było nic prócz samych łąk, otoczona dokoła nieprzerwanym pasmem dość wysokich, ale nie stromych, lecz łagodnych wzgórz. Na tych wzgórzach rozłożono obóz całej armii pełnym kołem, tak że widać go było cały jak na dłoni; do doliny zaś puszczono konie na paszę. Nie da się dość opisać, jaki przyjemny dla oczu widok przedstawiały te liczne stada koni rozmaitej maści i niezliczone mnóstwo bielejących po wzgórzach namiotów. Ale widok ten stał się jeszcze bardziej uderzający, gdy nastał wieczór i gdy wszystkie wzgórza zagrzmiały przy biciu wieczornego capstrzyku dźwiękiem niezliczonego mnóstwa bębnów i grą muzyki we wszystkich pułkach, i gdy zaraz potem wszystkie te wzgórza rozświetliły się kilkoma tysiącami ognisk, rozpalonych przy taborach przez żołnierzy.

Doprawdy, nawet najlepsza iluminacja nie może przedstawić oczom piękniejszego widoku, i wszyscy nie mogliśmy się nim dość napatrzeć.

Następnego dnia armia odpoczywała w tym miejscu; a ponieważ paszy dla koni było mało, musiano wysyłać na furażowanie do pruskich wsi leżących po bokach. Przy tej sposobności o mało nie straciłem obu moich ludzi, którzy byli razem z innymi na tym furażowaniu; ponieważ bowiem pruskie oddziały nie omieszkały i tego dnia zaniepokoić naszych furażerów i napadły na tę wieś, gdzie nasi zajmowali się ładowaniem siana, moi ludzie, nie zdążywszy wraz z innymi umknąć, przeleżeli w chacie pod ławami dopóty, dopóki Prusacy nie odjechali, i mieli tyle szczęścia, że pruscy huzarzy, którzy weszli do tej samej chaty, w żaden sposób ich nie spostrzegli. Opowiadali mi po powrocie, że od urodzenia w takim strachu nie byli jak w tym czasie, ale prawdę mówiąc, było się czego bać: nie tylko dla nich nie byłoby to zbyt zręcznie, ale i dla mnie niedobrze, gdyby ich zobaczono; zapewne albo wzięliby ich do niewoli, albo zabili, i zostałbym bez ludzi. Ale dzięki Bogu, wywinęli się z tej opresji bardzo szczęśliwie, a co najlepsze, uratowali i oba swoje konie.

Odpocząwszy w tym miejscu, następnego dnia, 11., poszliśmy dalej w pochód i doszliśmy wreszcie do samego miasta Tylży, i o jakie trzy wiorsty od niego stanęliśmy obozem. Nasz dzielny wódz stanął na przedmieściu i miał swój wjazd do tego miasta przy palbie armatniej z tylżyckiego zamku, co było zupełnie nie na miejscu. Mimo jednak całej swojej okazałości kazał całym trzem brygadom pułków piechoty stanąć tuż przy samym przedmieściu, dla osłony swojej głównej kwatery.

Sądzę, że nie zabawilibyśmy tu ani jednej doby, gdybyśmy nie musieli pod Tylżą przeprawiać się przez wielką, płynącą tuż pod miastem rzekę Niemen, przez którą wprawdzie był most zbudowany przez hrabiego Fermora, lecz po jednym moście cała armia nie mogła się prędko przeprawić, i dlatego kazano zbudować jeszcze dwa, a po pierwszym tymczasem przeprawiać tabory. Natychmiast (12.) odkomenderowano ze wszystkich pułków komendy do budowy tych mostów, i mnie samemu przypadło być wyznaczonym do zbudowania jednego drewnianego mostu z tratew. Przy tej pracy musieliśmy się trudzić dniem i nocą, i przysporzyła nam ona wiele kłopotu. Wszędzie musieliśmy szukać po całej rzece tratew spławianego drewna budulcowego i, ściągając je razem, wiązać i umacniać, i tworzyć podstawę mostu; a ponieważ rzeka była niemała i niemal taka jak nasza Oka, nie wiedzieliśmy, skąd nazbierać tak wielkiej liczby tratew i drewna, ile było do tego potrzeba, i chcieliśmy już zacząć rozbierać pobliskie drewniane budynki, by drewno z nich użyć na budowę mostu; ale na szczęście obeszło się i bez tego, a wszystkie nasze trudy poszły na marne; ponieważ bowiem w południe 13. dnia w obozach kozackich znów wszczął się alarm i nieprzyjacielskie oddziały napadły na naszych furażerów, nie było czasu czekać na wszystkie mosty, lecz kazano pułkom z największym pośpiechem przeprawiać się po starym i po nowo zbudowanym moście pontonowym. Jednakże mimo całego pośpiechu armia musiała poświęcić na tę przeprawę ponad trzy dni (13., 14. i 15.), a tymczasem pobierała prowiant i piekła sobie chleby.

W tym czasie mieliśmy sposobność bywać w mieście i chodzić po nim dla potrzebnych zakupów. Najbardziej potrzebny był nam cukier, którego już nam brakowało: jednak i dostać go niemało kosztowało trudu.

Ile go tylko było zgromadzone w mieście we wszystkich sklepach, czyli tak zwanych aptekach, cały został wykupiony już pierwszego dnia po przybyciu tam armii, i szczęśliwi byli tylko ci, którym udało się zawczasu zdążyć i być w mieście wśród pierwszych; a kto choć trochę się spóźnił, ten nie mógł dostać nie tylko cukru, ale niczego do jedzenia i picia, wszyscy bowiem mieli w tych rzeczach potrzebę i wszyscy łapczywie kupowali. Nigdy, jak sądzę, i to od samego założenia tego miasta, mieszkańcy Tylży nie sprzedawali tak wiele tych rzeczy i nie mieli z nich tak wielkiego zarobku jak w tym czasie. Za wszystko płaciliśmy więcej niż potrójną cenę, i płaciliśmy nie ze złością, lecz jeszcze z zadowoleniem, poczytując to sobie za łaskę, byleby tylko nam sprzedano.

To samo przytrafiło się wtedy i mnie samemu. Ponieważ nieco się spóźniłem, trudno by mi było cokolwiek dostać, gdyby nie pomógł mi i w tym wypadku mój język niemiecki. Aptekarz, do którego przyszedłem kupić cukier, natychmiast mi odmówił, mówiąc, że więcej go nie ma, i zapewniał przy tym, że nigdzie go nie znajdę. Ale ja, zacząwszy z nim od razu mówić po niemiecku, nagadałem mu tyle o doznawanym przeze mnie niedostatku i o tym, jak bardzo jest mi on potrzebny, że go tym rozczuliłem. „Dobrze już, dobrze, panie podporuczniku — rzekł mi bardzo życzliwie — choć postanowiłem był nikomu więcej nie sprzedawać z tej małej ilości, którą zostawiłem był właśnie dla siebie; ale cóż robić, niech już tak będzie! Podzielę się z panem choćby resztką i sprzedam jedną główkę. Proszę tylko do mnie, do pokojów wewnętrznych”. Łatwo wnieść, że nie poszedłem, lecz poleciałem za nim do nich, a mój aptekarz stał się dla mnie, tylko za to jedno, że umiałem z nim mówić po niemiecku, tak łaskawy, że nie tylko sprzedał mi całą głowę cukru, ale jeszcze napoił herbatą, a ja za wielką jeszcze łaskę sobie poczytałem, że wziął ode mnie nie więcej niż po rublu za funt, inni bowiem chętnie daliby i po trzy ruble, byle tylko można było dostać. Uczciwość tego Niemca była nawet tak wielka, że przepraszał mnie, iż nie może sprzedać więcej, a mówił, że jeśli chcę, to ma dość muskabady, czyli cukru w piasku, i mogę kupić, ile mi się podoba. A ponieważ dotąd nie zdarzyło mi się jeszcze widzieć tego piasku, nie tylko mi go pokazał, ale zapewniając mnie, że w potrzebie można i z nim pić herbatę, nalał mi z nim od razu filiżankę i dał spróbować. A że mi przypadł do smaku, kupiłem u niego ponad dziesięć funtów tego piasku i poszedłem do obozu, zupełnie jakbym znalazł wielki skarb. Tam wszyscy zazdrościli mi mojego powodzenia, a ponieważ moja muskabada wszystkim przypadła do gustu, tego samego dnia nie zostało jej u mego aptekarza ani ziarenka, wszyscy bowiem oficerowie rzucili się w tej samej chwili do miasta, by ją kupić, i ile jej było, całą wykupili.

Drugą rzeczą, którą również trudno nam było dostać, były chleby pszenne i bułki.

Wszyscy chlebowi i piekarze, ilu ich tylko było w tym mieście, wzbogacili się na ich sprzedaży; przed domem każdego zastawaliśmy ogromny tłum ludu, czekający, aż wyjmą je z pieca, i w okamgnieniu rozchwytujący, ile by ich tylko napieczono. Każdy poczytywał za szczęście, byle tylko udało się dostać, nie mówiąc już ani słowa o cenie i nie złoszcząc się, że za chlebek wart kopiejkę brano po grywnie. Mój język niemiecki i w tym wypadku bardzo mi pomógł. Wszystkim Niemcom można to powiedzieć na pochwałę, że są wyjątkowo łaskawi dla tych cudzoziemców, którzy umieją mówić ich językiem. I właśnie to przytrafiło się wtedy i mnie. Mój piekarz, ledwie usłyszał, jak go po niemiecku błagam, by mi sprzedał, ile tylko można, zażądał, bym mu rzucił przez ludzi do okna swoją chustkę, i był tak łaskaw, że zawiązał mi w nią cały tuzin chlebków i podał mi cały ten tobołek. „Masz! Oto proszę, panie podporuczniku — rzekł — jedzcie na zdrowie!” Dziękowałem mu nie wiem jak za jego łaskawość i z ogromną radością zapłaciłem mu za nie pieniądze.

W ten sposób udawało mi się i wszystko inne kupować nieporównanie skuteczniej niż innym, nieznającym języka niemieckiego. Zresztą, mając czas obejść całe to miasto, stwierdziłem, że było to bardzo porządne miasteczko, i nie tylko większe, ale i lepsze od wszystkich, jakie widziałem wcześniej. Budowle były w nim porządne: murowane i drewniane, mieszkańców było dość pokaźna liczba, a wśród nich niemało zamożnych,

Tymczasem, gdy to wszystko się działo i armia z wolna przeprawiała się za rzekę, w pobliżu nieustannie pokazywały się małe oddziały nieprzyjacielskie, które choć nic ważnego nie mogły zdziałać, to widząc nasze tchórzostwo, niepokoiły nas. Stało się to w końcu dla naszego wodza tak przykre, że nie znajdując innych środków na odwrócenie tego niepokoju, przystąpił ze złości do sprawy właściwej jedynie Tatarom i rozkazał wszystkie te miejsca, gdzie pokazywał się i gnieździł nieprzyjaciel, niszczyć ogniem i mieczem, i pewne porządne miasteczko i amt, zwany Ragneta, leżący o kilka wiorst od Tylży, w górę rzeki Niemen, pierwszy musiał zaznać tego okrucieństwa.

Pułki przeprawiające się przez rzekę stawały po tamtej stronie rzeki w wyznaczonym obozie; a ponieważ i po tamtej stronie pokazali się huzarzy nieprzyjacielscy, to dla osłony owego obozu przeprawiono najpierw trzy brygady. Wreszcie 16 września przeprawił się przez rzekę i nasz wódz z całą swoją osłoną i pozostałymi pułkami, a następnego dnia (17.), przy przeprowadzaniu ostatnich ludzi i wojsk, zdjęto wszystkie trzy mosty, a na brzegu, naprzeciw samego miasta, postawiono pikietę złożoną z tysiąca grenadierów i muszkieterów.

W ten sposób przeprawiliśmy się za rzekę Niemen i 18. dnia staliśmy tu na brzegu spokojnie, a cała armia piekła sobie chleby na drogę.

Sądząc, że jesteśmy tu już w zupełnym bezpieczeństwie, przestalibyśmy tu jeszcze i dłużej, gdyby nie zdarzyła się pewna przygoda, równie śmieszna, jak przykra, która posłużyła do pomnożenia naszej niesławy i zmusiła nas, byśmy prędzej szli dalej, a mianowicie:

Naszemu głównemu dowódcy, który po sprawiedliwości powinien by się wstydzić samych ścian, przyszło natomiast do głowy coś dziwnego i zadziwiającego. Ponieważ następnego dnia był 19 września i mijał równo miesiąc od odniesionego przezeń nad nieprzyjacielem zwycięstwa, to z próżności czy z niedorzeczności swojej wpadł na myśl, by jeszcze raz pochełpić się tym zwycięstwem i w tym dniu urządzić uroczystość, nigdzie i nigdy jeszcze przed nim nie urządzaną. Ambicja jego była tak wielka, że nie pozwoliła mu dostrzec całej niestosowności, a raczej mówiąc, głupoty tego przedsięwzięcia. Jakkolwiek bądź, w przeddzień tego dnia wieczorem wydano w całej armii rozkaz, że następnego dnia będzie uroczystość i palba z armat. Wszyscy śmieliśmy się w głos, usłyszawszy o jej przyczynie, i nie było nikogo, kto by nie ganił tego postępku naszego wodza. Ledwie ów pamiętny dzień nastał, a wymyślona przez naszego feldmarszałka uroczystość istotnie zaczęła się odbywać, ale, ku naszemu zdziwieniu, bardzo wcześnie, ledwie bowiem się rozwidniło, usłyszeliśmy już palbę z armat. Słuchaliśmy jej z obojętnością i, śmiejąc się z ambicji feldmarszałka, mówiliśmy jeszcze między sobą: „Widać, że uroczystość leży jaśnie panu wodzowi naszemu bardzo na sercu, skoro zaczął ją już tak wcześnie!” „A jakże! — mówili inni — widać i to, że prochu mamy dużo, skoro raczy się tak zabawiać i tracić go zupełnie na próżno. Czyż nie lepiej by było starać się o tym zwycięstwie zapomnieć, niż jeszcze się nim, ku własnemu wstydowi, chełpić”. Ale ledwieśmy tak między sobą pogadali i pośmiali się, jak nagle pewne zupełnie nieoczekiwane zjawisko zmusiło nas przerwać naszą pogawędkę i, porażonych najwyższym zdumieniem, zacząć myśleć zupełnie co innego. Ni stąd, ni zowąd ogromna kula, przeleciawszy tuż obok nas, trafiła w pewien namiot oficerski i w okamgnieniu go przewróciła i tak rozdarła, że poleciały z niego tylko strzępy. „Ba! ba! ba! — zakrzyknęliśmy, ujrzawszy to — cóż to takiego?” Ale nie zdążyliśmy jeszcze ochłonąć ze zdumienia, gdy z ogromnym świstem przeleciała obok nas druga, która trafiła w tabory i połamała kilka wozów, a za nią i trzecia, i czwarta, i kule raz po raz zaczęły latać i zrywać, i przewracać namioty. „Amen! Amen! — krzyczeliśmy. — Cóż to takiego? Cóż to za dziwo? Panie, zmiłuj się! Skąd się biorą te kule?

Czyż nasz feldmarszałek postradał zmysły, że kazał strzelać kulami i po swoim obozie?” Jednym słowem, nie wiedzieliśmy, co myśleć, czemu to przypisać i co robić, zwłaszcza gdy wszędzie widzieliśmy niebezpieczeństwo, a nie wiedzieliśmy, gdzie się przed kulami schronić.

Teraz, jak sądzę, jesteście, drogi przyjacielu, w takiej samej niecierpliwości, by się dowiedzieć, cóż by to było za dziwo, w jakiej i my byliśmy w owym czasie? Ale ponieważ dowiedzieliśmy się o tym nieprędko, to i wy musicie trochę pocierpliwić się i poczekać na mój następny list, w którym opowiem wam, co było tego przyczyną i jakie to kule latały po naszych namiotach i taborach, a do tego czasu pozwólcie mi ten list przerwać i powiedzieć wam, że jestem i tak dalej.

POD TYLŻĄ

List 52


Mój drogi przyjacielu! Zostawiwszy was na końcu mojego ostatniego listu w bardzo ciekawym miejscu i w niecierpliwości, by się dowiedzieć, skąd nagle poleciały po naszym obozie kule, chcę teraz zaspokoić waszą ciekawość i rozwiązać wam tę zagadkę.

Panowie nasi, główni dowódcy, nie bez przyczyny wynosili się z Tylży z ogromnym pośpiechem i nie na próżno bali się i lękali nieprzyjaciela, doszła ich bowiem pogłoska, że ścigają nas nie tylko lekkie nieprzyjacielskie oddziały huzarskie, ale że i sam feldmarszałek Lehwaldt niemal z całą swoją armią idzie naszym śladem i jest już w samej bliskości. Wiadomość ta wprawiła ich w taką małoduszność i tchórzostwo, że sami nie wiedzieli, co robić i co począć, nic więc dziwnego, że wynosząc się w wielkim pośpiechu z miasta i starając się jak najprędzej z miasta umknąć za rzekę, narobili mnóstwo śmiechu godnych rzeczy i takich błędów, których w żaden sposób nie można im wybaczyć. Albowiem, po pierwsze, czyż nie śmiechu godna to była rzecz, że wynosząc się zupełnie z Tylży, zechcieli samymi groźbami zmusić mieszkańców miasta do rzeczy całkiem niemożliwej, to jest, by nie wpuszczali po nas do swego miasta wojska pruskiego. Żądanie, zaprawdę, jak najdziwniejsze i najosobliwsze! Jakże bowiem mogli to uczynić ci bezbronni mieszkańcy i czy można było przy zdrowym rozsądku czegoś takiego od nich żądać? A żeby ich do tego groźbami zmusić, kazano na domach położyć pechkranzy, aby można było miasto w okamgnieniu podpalić i całe obrócić w popiół; a co jeszcze śmieszniejsze, postawiono na samym brzegu rzeki naprzeciw miasta wspomnianą wyżej pikietę z armatami, na gołym miejscu i bez najmniejszej osłony, i zwoławszy starszyznę miejską, powiedziano, że jeśli po wymarszu wojsk rosyjskich wpuszczą do miasta Prusaków, to całe miasto zostanie rozstrzelane, spalone i zburzone. Po wtóre, pośpiech i zamęt w ich myślach przy wyjeździe z miasta był tak wielki, że zupełnie zapomnieli o pruskich armatach znajdujących się w tylżyckim zamku i zostawili je w nim. Czyż więc ten błąd mógł być bardziej niewybaczalny i czyż nie było to nadzwyczajne niedopatrzenie?

Ale o ile my byliśmy nieopatrzni, o tyle, przeciwnie, zwinni byli panowie Prusacy. Ledwie się dowiedzieli, że nasze wojska wyniosły się z Tylży, w tej samej chwili je zajęli.

Cztery bataliony ich piechoty z mnóstwem armat wkroczyły jeszcze tej samej nocy do tego miasta, a za nimi szedł i sam feldmarszałek Lehwaldt. Wkroczywszy, wojska te, ledwie ujrzały za rzeką cały nasz obóz, a na samym brzegu, na gołym piasku, bez żadnej osłony postawioną i zupełnie jakby na ofiarę wydaną pikietę, ściągnęły natychmiast z murów zamku wielkie armaty i usypawszy z nich i z przywiezionych ze sobą na brzegu kilka baterii, po nastaniu dnia rozpoczęły do naszej pikiety tak silny ogień, że dowodzący nią pułkownik z naszego pułku, staruszek Plantdewildenberg, nie wiedział, gdzie się przed kulami schronić. I choć odpowiadał im ze swoich armat, nie mogąc jednak nic im zrobić, widząc całą swoją komendę wystawioną na daremną zgubę i straciwszy z pięćdziesiąt ludzi, musiał się wycofać do obozu.

Prusacy, nie zadowalając się tym, skierowali swoje armaty i na sam nasz obóz, a że z racji swojej wielkości donosiły kulami aż do niego, zaczęły go razić w niemiłosierny sposób, a zwłaszcza strzelać do namiotu feldmarszałka; a ponieważ stał on niedaleko od naszego pułku, to właśnie z tego powodu ich kule donosiły aż do samego naszego obozowiska.

Taka zabawka bardzo się nie spodobała naszemu feldmarszałkowi. Wpadł w szał, ujrzawszy to i usłyszawszy świst kul. Niebezpieczeństwo grożące jemu samemu zmusiło go zapomnieć o swojej nierozważnej uroczystości, za którą został należycie ukarany, i myśleć o swoim ocaleniu. W całym obozie wszczął się stąd ogromny alarm i zamieszanie. Wszędzie zaczęła się bieganina i wszędzie słychać było wołanie: „Artylerię! Artylerię! Dawaj tu prędzej działa, haubice, moździerze, bomby, wieź na brzeg, strzelaj do miasta, rzucaj bomby, podpalaj i burz je do szczętu!...” Jednakże cała nasza złość i cały gniew na nieprzyjaciela nie przyniosły żadnego skutku. Choć wystrzelono na miasto kilkaset kul i rzucono kilkadziesiąt bomb, i choć strzelanina z obu stron trwała od samego rana aż po południe, ponad cztery godziny, nie udało się nam przy całej naszej strzelaninie wyrządzić ani nieprzyjacielowi, ani miastu żadnej dotkliwej szkody, prócz tego, że połamano im na domach kilka dachów z dachówek i kominów i zraniono jednego kanoniera. Tak więc, widząc marny skutek i nie chcąc dłużej narażać swego obozu na niebezpieczeństwo, musieliśmy w końcu zwinąć cały nasz obóz i przenieść go kilka wiorst dalej, i tym całą tę komedię, ku naszemu wstydowi i niesławie, zakończyć.

Łatwo teraz wnieść, że takie szyderstwo i pohańbienie ze strony nieprzyjaciela były dla naszego feldmarszałka nader dotkliwe.

Ze złości za to nie tylko nie chciał zaszczycić odpowiedzią propozycji przysłanej przez feldmarszałka nieprzyjacielskiego przez trębacza w sprawie wymiany jeńców, lecz kazał odesłać przez chłopa jedną tylko jego trąbkę z przez nikogo niepodpisaną kartką, że Prusacy sami swojego trębacza zastrzelili; ale nadto, pragnąc wszystkim niepokojom ze strony nieprzyjaciela raz na zawsze położyć kres i sprawić, by armia pruska w żaden sposób nie mogła iść dalej w ślad za naszą, kazał niszczyć i pustoszyć ogniem i mieczem wszystkie pozostające za nami osady jedna po drugiej, nie zostawiając żadnej w całości, by nieprzyjaciel nigdzie nie mógł znaleźć sobie schronienia. I to właśnie, jak się potem okazało, powstrzymało armię pruską od dalszego pościgu i zadowolili się już wysłaniem w ślad za nami bardzo małej liczby huzarów.

Odsunąwszy się we wspomniany sposób dalej od brzegu i zająwszy nowy obóz, przebyliśmy w nim nie tylko ten, ale i cały następny dzień; i choć nie była to pora, by myśleć o uroczystościach, ponieważ tego dnia nastał już u nas przedzimek, spadł śnieg i zaczęła się najgorsza jesienna pogoda, jednak z okazji urodzin (20.) wielkiego księcia była u feldmarszałka uroczystość i palba z armat.

Prócz tego miejsce to pamiętne mi było dlatego, że podczas naszego postoju pod Tylżą i tutaj mieliśmy we wszystkim wielką obfitość. Ponieważ bowiem feldmarszałek pozwolił Kozakom i innym naszym lekkim wojskom wszystkie pobliskie miejsca grabić, pustoszyć i niszczyć, Kozacy nawlekli nam do obozu bydła, ptactwa i wszelkiej innej żywności takie ogromne mnóstwo, że wszystko sprzedawano bardzo tanio i wszyscy mieli aż nadto. Ale niczego nie było tak dużo jak miodu: nie wiedzieli już, gdzie się go pozbyć, i dlatego nosili go wszędzie po pułkach i taborach i sprzedawali za prawdziwy bezcen. Pełne wieczko od manierki najlepszej zielonej patoki sprzedawano na przykład nie drożej niż za jedną kopiejkę. Tak więc miodu nie jadł tylko ten, kto nie chciał. Co do mnie, to będąc od dziecka wielkim amatorem wszelkich słodyczy, a zwłaszcza miodu, objadałem się nim przy tej sposobności, i doprawdy w końcu doszło do tego, że wydawał mi się gorzki.

Ale o ile z tej strony byliśmy zadowoleni, o tyle z drugiej niezadowoleni z tego, że trwająca dotąd bardzo piękna i ciepła pogoda nagle się odmieniła i zrobiła się zimna, najgorsza jesienna.

Zmiana ta była dla nas tym dotkliwsza, że prawie nikt z nas nie miał kożucha i każdego, jak mówi przysłowie, zima zastała wtedy w letnim ubraniu. Do tego czasu najmniej myśleliśmy o zaopatrzeniu się w zimową odzież. Ale pierwszy śnieg, który wtedy spadł, oraz nastała i trwająca plucha i niepogoda podsunęły nam tę myśl i zmusiły nas chcąc nie chcąc myśleć o tym przedmiocie. Ale skąd było wziąć wtedy w pochodzie kożuchy? I od kogo je kupować, kiedy wszyscy cierpieli w tym jednakowy niedostatek? Poczytałem sobie za wielkie szczęście, że udało mi się kupić od Kozaków ogromny barani tułub, który choć był uszyty z prostych owczych skór, ale nam nie było wtedy do wybrzydzania i radzi byliśmy, że mogliśmy czymkolwiek ogrzać swoje drżące z zimna członki. Co się zaś tyczy chłodu, którego doznawaliśmy w naszym namiocie, to mój towarzysz znalazł sposób, by i od niego siebie i mnie uchronić. Przyjechawszy wcześniej do zajętego obozu, kazał postawić najpierw mój namiot, a potem na moim swój namiot kapitański, i napaliwszy pełen kociołek żaru, wniósł go pod wewnętrzny namiot i tym sposobem tak go ogrzał, że ja, przyjechawszy z pochodu i przemarznąwszy na kość, wszedłem do niego jak do prawdziwego raju i nie mogłem się nachwalić jego pomysłu i ogrzania w ten sposób namiotu; a ponieważ w tym samym czasie miał gotową i gorącą herbatę, a potem przygotowano wyborną i sytą wieczerzę, byłem tego wieczoru tak zadowolony, że przez całą resztę pochodu był mi on bardzo pamiętny, tym bardziej że nie udało mi się już mieć drugiego tak spokojnego i przyjemnego noclegu; ku wielkiemu bowiem mojemu utrapieniu, już następnego ranka zostałem wyznaczony z pułku na ordynansa do feldmarszałka i musiałem, rozstawszy się ze swoim przyjacielem, przyłączyć swój wóz do taborów feldmarszałka i odłączyć się na kilka dni od swego pułku, zdawszy kompanię naszemu dawnemu porucznikowi Korżawinowi, który do niej powrócił.

Zresztą właśnie w tym miejscu nasza armia zaczęła z wolna się rozchodzić, i cała jazda, prócz niewielu wybranych szwadronów, oraz połowa Kozaków została wysłana z tego miejsca na zimowe leże do Polski, dokąd też natychmiast odeszła, główna zaś armia ze wszystkimi pułkami piechoty postanowiła iść na zimowe leże na Żmudź i do Kurlandii.

Wyruszyliśmy z tego obozu nie wcześniej niż 21 września; i choć przemarsz nie był zbyt wielki, to z powodu trwającej wielkiej pluchy i zimna był bardzo ciężki, tak że cała armia cierpiała wielką udrękę i musiała nocować niemal bez namiotów; większa bowiem część taborów nie mogła dotrzeć do nowego obozu, i dzień ten był dla armii bardzo pamiętny. Przez cały czas pochodu nie zaznała ona tyle trudu i udręki co tego dnia; nie dlatego jednak, że musiała przejść wielką odległość, bo przemarsz był bardzo umiarkowany, lecz dlatego, że musiała iść przez niskie, równe miejsca z częstymi strumykami i grząskimi kotlinkami, poprzecinane takimi miejscami, które i w dobrą porę, i przy suchej pogodzie nie są zbyt suche, a wtedy, rozmiękłe od nieustannie trwającego deszczu, pluchy i śniegu i rozbijane niezliczonymi kołami i końmi, zamieniły się w najgrząskie i najlepkie błoto, z którego niemal nie można było wyciągnąć nóg. A zatem każdemu nietrudno sobie wyobrazić, jak to było iść całej piechocie i wlec się wszystkim taborom po takim błocie, a do tego w pluchę i przy wielkiej i zimnej słocie.

Doprawdy nie mogę ze spokojnym duchem i bez wewnętrznego drżenia jeszcze i dziś wspomnieć tego wszystkiego, co widziałem wtedy tego dnia.

Los, zupełnie jakby umyślnie, dał mi najdogodniejszą sposobność, by ujrzeć ówczesny żałosny stan armii i być naocznym świadkiem wszelkiego zła, które ją dotykało; będąc bowiem w tym właśnie czasie ordynansem u feldmarszałka, mogłem napatrzeć się więcej niż wcześniej, będąc przy pułku, i dlatego właśnie mogę dokładniej opowiedzieć o tym nieszczęsnym i dla wielu zgubnym dniu.

Niskie położenie tamtejszych miejsc i ówczesna ogromna słota sprawiły, że cała droga, którą armia miała iść, już przez same przednie wojska, a zwłaszcza przez jazdę, była tak rozbita, że my z feldmarszałkiem i jego taborem, choć wyjechaliśmy przed wszystkimi, i tak jechaliśmy bardzo źle; kiedy zaś zwaliła się artyleria z jej ciężarami i ciężkie tabory, rozwarło się wszędzie takie grzęzawisko i błoto, że w żaden sposób nie potrafię go opisać. Jakkolwiek bądź, my z feldmarszałkiem przyjechaliśmy do wyznaczonego nowego obozu jeszcze bardzo wcześnie i rozlokowaliśmy się spokojnie: on w swoich ogromnych namiotach i ciepłych, wojłokowych kałmuckich kibitkach, a my także w byle jakich namiotach przy jego taborze. Miałem to szczęście, że i tu niespodzianie znalazłem sobie pewnego znajomego. U feldmarszałka był w tym czasie, jakby umyślnie, majorem dyżurnym i dowódcą nad nami wszystkimi, ordynansami, mój najbliższy wiejski sąsiad, książę Iwan Romanowicz Gorczakow. Tego człowieka do tego czasu wcale nie znałem; ale on, wypytując mnie, kim jestem, ledwie usłyszał moje nazwisko, od razu sam mi powiedział, że nasze wsie sąsiadują ze sobą, i tak mi się przymilił, że byłem z niego nie wiem jak zadowolony. Wziął mnie natychmiast pod swoją szczególną opiekę i musiałem u niego i obiadować, i wieczerzać przez cały ten czas, póki byłem ordynansem.

Wkrótce po obiedzie i w ślad za nami przywlokła się jakoś i piechota. Śmiesznie i żal było na nią patrzeć: nie było ani jednego człowieka, który by nie był niemal po kolana w błocie, a wielu było od stóp do głów błotem umazanych. Wszystkie pułki rozpuszczono natychmiast do wyznaczonych dla nich obozów, ale obozy te były jeszcze puste i bez namiotów: wszystkie bowiem tabory zostały jeszcze daleko w tyle i nie było ich jeszcze nawet widać. Przeprawa przez pewien grząski strumień, która trafiła się jeszcze w tej samej osadzie, gdzie staliśmy przedtem i skąd wyruszyliśmy, przeklęta i raz po raz łamiące się mostki, naprędce przez niego sklecone, sprawiały im tyle zwłoki, że cały dzień mozolili się, przeprawiając się przez nią. A biedni żołnierze musieli długi czas być bez namiotów i znosić zimno i mokrość pod śniegiem i deszczem, okryci jedynie swoimi płaszczami. Ku większemu nieszczęściu, i drew w nowym obozie nie można było znaleźć tyle, by rozpalić dość ognisk i przy nich się ogrzać; a niektóre pułki były jeszcze nieszczęśliwsze: z powodu ciasnoty przypadło im stać obozem w takim miejscu, które można było uznać za prawdziwe trzęsawisko i bagno i gdzie ani kwadransa nie można było w żaden sposób przestać na jednym miejscu, chyba że chciało się, by w tym miejscu zrobiła się kałuża, a nogi nie znalazły się na ćwierć łokcia i więcej w wodzie od rozmiękłego i zapadającego się gruntu.

Wreszcie, gdy nastał już i wieczór, a z taborów dopiero co zaczęły się pokazywać przednie, zaczęło to już niepokoić i trwożyć naszego feldmarszałka.

Raz po raz posyłał ordynansów, by ponaglać, aby jechano prędzej. Ale wszystko to nie przynosiło żadnego skutku. Pogoda stawała się z godziny na godzinę gorsza, a droga paskudniejsza; po nastaniu zaś nocy zrobiła się taka ciemność, że nie było widać ani zgoła nic, a do tego taki ziąb, że i w kożuchu ledwie można go było wytrzymać. Osądźcie więc teraz, jak było biednym naszym żołnierzom, którzy nie doczekali się swoich wozów i nocowali na mokrej ziemi, pod deszczem i śniegiem, okryci jedynie swoimi płaszczami? A co się działo z biednym taborem, tego bez żalu wspomnieć nie mogę; przypadło mi być tego naocznym świadkiem, a to w taki oto sposób:

O samej północy obudził się nasz feldmarszałek i usłyszawszy, że nie wszystkie jeszcze tabory przyszły, zechciał posłać tam jeszcze jednego ordynansa. Ordynansów miał wprawdzie wielu, bo z każdego pułku było po jednym, ale tak się złożyło, że wtedy nie było nikogo na miejscu: wszyscy byli rozesłani w różne strony, a ja zostałem tylko jeden ze wszystkich. Książę Gorczakow, choć do tego czasu starał się mnie oszczędzać, umyślnie nigdzie mnie nie posyłając, wtedy jednak i on nie miał możności uchronić mnie od tej posyłki. Z ogromnym żalem przyszedł sam do mnie do namiotu i budząc mnie ze snu, mówił: „Wstawaj, Andrieju Timofiejewiczu! Cóż robić, choćbym i nie chciał was niepokoić i o tej porze posyłać, ale każe tak sama konieczność. Nie miejcie mi tego, na Boga, za złe. Hrabia żąda teraz ordynansa, a nikogo nie ma prócz was, chodźmy więc do niego”. — Przykre mi to było nadzwyczajnie, bo dopiero co rozgrzałem się pod swoim tułubem i zasnąłem; ale sam znając konieczność, ani trochę nie szemrałem na księcia, lecz szedłem za nim cierpliwie.

Przyszedłszy do feldmarszałka, nie mogłem się w duchu nie roześmiać z tego, co tu ujrzałem. Zastałem go w przeogromnej, bogato wewnątrz ozdobionej i kociołkami z żarem i spirytusem dobrze nagrzanej kibitce, leżącego na pierzynach na jednym łóżku, a lejbmedyka, czyli jego doktora, na drugim; ale czym, jak byście myśleli, ten nasz wódz w tak smutnych okolicznościach się zajmował? Doprawdy wstyd powiedzieć. Raczył słuchać bajek grenadiera siedzącego u jego wezgłowia przy stoliczku i pleplącego niedorzeczne brednie na całe gardło. — Mój Boże, pomyślałem wtedy sobie: oto prawdziwie stosowne zajęcie dla feldmarszałka tak wielkiej armii i w takim czasie! — Książę natychmiast zameldował mu, że przyprowadził ordynansa, i wtedy zaczął mi wydawać rozkazy. — „Słuchaj, mój przyjacielu! — rzekł do mnie. — Jedź drogą, którą szła armia, aż do samego tego miejsca, skąd dziś wyruszyliśmy, i zobacz, ile jeszcze taborów jest na drodze i czy wszystkie przeprawiły się przez rzeczkę? A jeśli nie wszystkie, to policz mi, ile wozów jeszcze się nie przeprawiło”. — „Rozkaz, wasza wielmożność! — odpowiedziałem. — Tylko policzyć, nie sądzę, by było można: ciemność jest teraz tak wielka, że i na sążeń niemal nic nie widać”. — „No to chociaż na oko zobacz, ile — rzekł — tylko jedź i wracaj prędzej”.

Przyjąwszy ten rozkaz, włożyłem na mundur swój barani tułub i otuliwszy się dobrze w niego i w nałożoną nadto opończę, wziąłem sobie do konwoju dwóch Kozaków i puściłem się konno w drogę.

Jednemu z Kozaków kazałem jechać przed sobą, abym mógł się rozeznać, gdzie wyrwa, a gdzie grzęzawisko, i żebym, wjechawszy to w dół, to w muł, nie zleciał z konia i nie skręcił karku; a drugiemu kazałem jechać za sobą i nie zostawać ani na krok. Ciemność była istotnie przeokropna, a droga tak rozbita i zepsuta, że tylko patrzyłem, bym i ja tak samo nie zleciał z konia, jak to się już nieraz zdarzyło mojemu przedniemu Kozakowi. Zresztą, ledwieśmy wyjechali z obozu, zaczęły nam się trafiać wozy w takim stanie i położeniu, jakiego bez wewnętrznego żalu wspomnieć nie mogę. Tu ugrzązł wóz w błocie, a konie, opadłszy z sił, leżały rozciągnięte. W innym miejscu natrafiałem na konie już zupełnie padłe i na samych woźniców ledwie żywych, chłód i mokrość zupełnie ich złamały; a odjechawszy dalej, natrafiałem i na konie, i na woźniców zmarłych z zimna: tamte, jak szły, tak, upadłszy, i padły, a ci, skuliwszy się, siedzieli za wozami — i tak zesztywnieli. Gdzie indziej same konie stały po brzuch w mule, a woźnica o pół wiorsty od nich leżał bez tchu. Jednym słowem, cała droga pełna była takich smutnych widoków, że nie mogłem bez wewnętrznego drżenia na nie patrzeć. Wreszcie w oddali ujrzeliśmy łunę, a potem i płomień, oświetlający cały horyzont, i łatwo mogliśmy wnieść, że tam musi być to miejsce, dokąd miałem jechać, i gdzie była ta sama przeklęta przeprawa, która narobiła tyle zwłoki. Puściłem się z moimi Kozakami na tę łunę i z powodu ciemności omal sam nie ugrzązłem w mule i bagnie, ale wreszcie jakoś tam dojechaliśmy.

Ale cóż tu ujrzałem? Kilkaset wozów stłoczyło się przy przeprawie i słychać było tylko wrzask, hałas i trzask. Niektóre z nich leżały przewrócone z grobli w bagno i do połowy ugrzęzłe; inne leżały na boku; u innych połamane były osie, a u jeszcze innych koła, i wszystko w największym nieładzie i w takiej ciasnocie, że nie miałem żadnej możliwości przejechać i nie tylko ich przeliczyć, ale choćby okiem ogarnąć. Zadowoliłem się więc, zapytawszy, ile jeszcze taborów jest tam za rzeczką, i usłyszałem, że jest ich jeszcze ze sześćset i więcej w tyle. Nie pozostawało mi wtedy nic innego, jak jechać z powrotem; ale ponieważ my z Kozakami sami niemiłosiernie przemarzliśmy, uznaliśmy za stosowne zajechać najpierw ogrzać się przy ogniu znajdującym się w pobliżu.

Ale cóż to był, jak byście myśleli, za ogień? Ach! I tego nie mogę bez żalu wspomnieć. Był to piękny budynek, stojący w płomieniach. Na nieszczęście w tym samym miejscu, gdzie była ta przeprawa, trafiła się piękna pruska wieś; a ponieważ zagrody chłopskie były ogromne, kryte snopkami i stojące w oddaleniu jedna od drugiej, to w niej właśnie, zagroda po zagrodzie, podpalali je nasi przeprawiający się, by zarówno korzystać ze światła płomieni, jak i samym się ogrzać. Mój Boże! — pomyślałem sobie — jakież smutne skutki niesie ze sobą wojna! Czymże ta biedna wieś zawiniła, że trafiło jej się być w tym miejscu? Jednakże, pobiadawszy, dotrzymałem i ja towarzystwa innym i, poleżawszy na pagórku i ogrzawszy się przy ogniu, puściłem się w drogę powrotną, by donieść feldmarszałkowi wszystko, co znalazłem i widziałem. Ten, ledwie mnie ujrzał wchodzącego do niego do kibitki, natychmiast zapytał: „Cóż, mój przyjacielu, dużo jeszcze?” — „Bardzo dużo, wasza wielmożność” — odpowiedziałem i opowiedziałem mu potem wszystko, co widziałem, jak natrafiałem na rozproszone po drodze i po polach wozy, jak widziałem wielu woźniców i koni zmarłych, i resztę, co widziałem.

Ale cóż, jak byście myśleli, on na to powiedział? Nic, tylko kazał mi iść na swoje miejsce, a grenadierowi ciągnąć dalej bajkę przerwaną moim przyjściem.

Oto jakiego feldmarszałka mieliśmy w owym naszym pochodzie! Ludzie powierzeni jego dowództwu i pieczy ginęli i cierpieli w najokrutniejszy sposób, a on w tym samym czasie zabawiał się słuchaniem głupich i samymi tylko niedorzecznościami wypełnionych bajek. Cóż dziwnego, że armia w tym powrotnym pochodzie poniosła nieporównanie więcej strat niż idąc do Prus. Ale wrócę do mojej materii i będę ciągnął opowieść.

Z powodu wszystkich wyżej wspomnianych okoliczności musieliśmy w tym miejscu zrobić postój i doczekać się taborów, które przybyły wszystkie nie wcześniej jak dopiero pod wieczór następnego dnia. Czas ten poświęcono na spalenie wszystkich zbędnych rzeczy. Wszystkie tabory zostały przejrzane, a wszystko zbędne spalone i porzucone. Ileż to armat, ileż kul i bomb, prochu i innych rzeczy i sprzętu wojennego nie powrzucaliśmy tu do wody i nie zakopaliśmy w ziemi dlatego, że nie było ich na czym wieźć! Ale wszystko to mało pomagało. Ciężaru ubyło niewiele, a trud był ten sam; i nie wiem, jak byśmy doszli, gdyby nie zlitowała się nad nami sama natura i nie sprawiła pewnej zmiany w pogodzie, i ta nie stała się nieco suchsza i lepsza.

Zresztą i tej drugiej nocy musiałem mieć pewien niepokój. Ponieważ i w tym czasie przestrzegano wszystkich potrzebnych ostrożności przeciw nieprzyjacielowi, które ze względu na ówczesne ciemne noce nie były też zbyteczne, to dyżurny generał major miał co dzień zwyczaj po nastaniu nocy objeżdżać cały obóz dokoła i sprawdzać, czy wszędzie wykonuje się wszystko, co rozkazano, i czy postawione są potrzebne pikiety. Brał on zwykle ze sobą kilku z nas, ordynansów, i tej nocy i ja musiałem być w jego orszaku. Dyżurnym generałem majorem był u nas wtedy tak sławny później hrabia Piotr Aleksandrowicz Rumiancew, i z nim to jeździliśmy wtedy sprawdzać wszystkie pułki i posterunki. Nie mogę bez śmiechu i dziś wspomnieć ówczesnej naszej jazdy z nim. Żaden, jak sądzę, łajdak nie był tak łajany i lżony jak my wtedy z nim. Ale co najśmieszniejsze, choć nas najniemiłosierniej i wszelkimi plugawymi słowami lżono i łajano, musieliśmy to znosić cierpliwie i bez najmniejszej złości i zamiast się gniewać, tylko się z tego śmiać. Przyczyną tego była skrajna ciemność owej nocy i to, że przejeżdżając przez pułki i jadąc obok namiotów oficerskich, raz po raz zaczepialiśmy nogami koni o linki namiotów i tym wprawiając wszystkie namioty w drżenie, przeszkadzaliśmy spać w nich oficerom, którzy, nie wiedząc wcale, kto tu tak nieostrożnie jedzie i waży się zakłócać im spokój, gniewali się, krzyczeli i łajali nas niemiłosiernie, i to niekiedy tak dobrze, że ze śmiechu musieliśmy się za boki trzymać i chętnie im to darowywaliśmy.

Przenocowawszy w opisany sposób w tym miejscu dwie noce, 23. dnia wyruszyliśmy znów w pochód i, robiąc niewielkie przemarsze, szliśmy zarówno tego dnia, jak i 24., 25., 26. i 27. bez postojów, cierpiąc wielki niedostatek i udrękę, a zwłaszcza od zimna i wciąż trwających deszczów.

Nic szczególnego nie wydarzyło się w tym czasie, prócz tego, że jak prawdziwi barbarzyńcy paliliśmy wszędzie sioła, dwory szlacheckie i wsie, i za dnia wszędzie snuł się dym, a nocą wszędzie widać było łuny i pożary.

Cóż za widok dla litościwego i ludzkiego serca! — Nie było tu dla nikogo zmiłowania. I jakkolwiek piękne byłoby domostwo czy budynek, musiało obrócić się w popiół. Ale po co? Tylko po to, że dwa szwadrony nieprzyjacielskiej jazdy goniły za nami, a pruskiemu feldmarszałkowi upodobało się posłać je w ślad za nami dla obserwowania naszego pochodu i ruchów; a nasz nie umiał rozważyć, że nic ważnego nie mogą nam one zrobić, i zamiast posłać kogoś, by je odpędził, uznał za lepsze powstrzymać je spustoszeniem wszystkich miejsc pozostających za nami i wydaniem wszystkiego na pastwę miecza i ognia, nie pomyślawszy ani trochę o tym, że przez takie okrucieństwo ściąga na cały nasz naród przed całym światem ogromną niesławę i taką plamę, która zostanie na wieki w historii i której niczym nie można zmyć; wyobraźcie sobie bowiem, drogi przyjacielu, co pisali wtedy w gazetach nasi nieprzyjaciele o tym spustoszeniu i jakie mniemanie o nas podsuwali całemu światu:

„Rosjanie — mówili — wychodząc z Prus, nie zostawili tam po sobie dobrej pamięci, lecz aż do chwili, gdy wyszli za granice, zajmowali się jedynie nieludzkimi czynami i okrucieństwami. Miasto i amt Ragneta wraz z niemal wszystkimi wsiami swego powiatu obrócone zostały całkowicie w popiół. Wsie szesnastu innych amtów spotkał taki sam los. Całe bydło zostało mieszkańcom odebrane i częściowo wybite. Wielkie mnóstwo mieszkańców wsi zostało częściowo zastrzelonych, częściowo spalonych, częściowo uprowadzonych do niewoli, zwłaszcza ludzi młodych. Wielu duchownych zostało wychłostanych, innych torturowano rozżarzonymi węglami, mnóstwo kościołów splądrowano, i taki sam los spotkał grobowiec generała la Cara w Widlacken, i tak dalej”. Dalej pisali, że i nam, Rosjanom, pruscy chłopi i huzarzy w różnych miejscach niemałą szkodę wyrządzali i że nie tylko odbierali nam z powrotem wiele zagrabionych przez nas rzeczy, ale wielu zabijali i brali do niewoli, a niemało też taborów zdobyli jako łup, i że między innymi pojmali jednego pułkownika z korpusu generała Sibilskiego i przyprowadzili do armii, a odebrano mu do 3000 talarów w gotówce, dwa złote zegarki i karetę z sześcioma końmi; Kozakom zaś i Kałmukom nie dawano żadnego pardonu, i dlatego w tym powrotnym pochodzie nie oddalali się oni daleko na boki od armii.

Oto co pisali wtedy o nas Prusacy! Czy jednak wszystko to było prawdą, czy nie, tego nie mogę powiedzieć; wszystko to bowiem mogło być sprawką naszych rozjeżdżających się na boki Kałmuków i Kozaków; ale prawdą jest i to, że Prusacy w swoich relacjach zwykle wiele dokłamywali i z muchy robili słonia. Przynajmniej my, będący wtedy w armii, nic o takich zabójstwach i torturach, a także o pojmanym do niewoli pułkowniku nie słyszeliśmy; a że niszczyliśmy i pustoszyliśmy okolice ogniem, temu już zaprzeczyć nie można. Nie tylko byliśmy tego naocznymi świadkami, ale i sami byliśmy posyłani do palenia wsi.

Mnie samemu zdarzyło się przecież raz być odkomenderowanym do spalenia pewnej pięknej wsi; ale cieszyłem się, że ubłagałem innego oficera, by przyjął na siebie to zlecenie, do którego czułem wewnętrzną odrazę.

Spędziwszy w opisany sposób całe pięć dni w pochodzie bez postojów, wreszcie 28. dnia odpoczywaliśmy po swoim ciężkim pochodzie i otrzymaliśmy w tym miejscu niewielką radość, a mianowicie: nadszedł z dworu rozkaz, by całej armii wypłacić, bez wliczania na poczet należności, żołd za jedną trzecią roku. Prócz tego pamiętne mi jest z tego okresu, że w tych ostatnich dniach, idąc wciąż bezleśnymi i przeważnie piaszczystymi miejscami, mieliśmy wielki niedostatek drew i musieliśmy, tak dla ogrzania się, jak i dla gotowania sobie strawy, używać torfu, którego na szczęście znajdowaliśmy w pruskich wsiach ogromne mnóstwo w zapasie. Przy każdej zagrodzie złożone były z tych ziemnych drew, czyli wysuszonej darni, ogromne sągi, czyli stosy, i paliliśmy go, ile chcieliśmy, nauczywszy się szybko korzystać z niego tak samo jak z drew.

Następnego dnia ciągnęliśmy pochód dalej, a 30. dnia znów mieliśmy postój, i w tym miejscu armię podzielono na nowo na dwie dywizje.

Od tego czasu nie spieszyliśmy się już tak bardzo, częściowo dlatego, że niewiele już nam pozostawało do przejścia, a częściowo dlatego, że oddziały nieprzyjacielskie wreszcie od nas odstały i szliśmy już bez żadnego niebezpieczeństwa. Tak więc pierwszego października szliśmy, a drugiego i trzeciego odpoczywaliśmy i wysyłaliśmy przodem do Kłajpedy komendy dla odebrania prowiantu i pieczenia chlebów. Potem 4. dnia znów przeszliśmy jakie sześć wiorst i tam znów dwa dni staliśmy. Przez cały ten czas nie mieliśmy w niczym wielkiego niedostatku, a dokuczały nam tylko zimno i nastałe przymrozki. Jednak i przed nimi potrzeba nauczyła nas znajdować sobie dość wygodne schronienie. Wszyscy my, oficerowie, porzuciliśmy swoje wielkie oficerskie namioty i zaczęliśmy mieszkać w małych żołnierskich, ogrzewając je kociołkami i węglami; a żeby ciepło nie uchodziło tak prędko, używaliśmy zwykle po dwa namioty i jeden z nich nakładaliśmy na drugi, i to tak, by jeden był wejściem w tę stronę, a drugi w przeciwną. Opuszczone zaś aż do samej ziemi poły przybijaliśmy szczelnie do ziemi; a żeby zimno nie mogło od dołu przenikać do nas do namiotu, obsypywaliśmy same brzegi od dołu ziemią; górny zaś namiot lekko skrapialiśmy wodą, aby ciepło nie mogło tak prędko przez niego uchodzić. Dzięki temu wszystkiemu i ogrzewaniu namiotu kociołkami z rozżarzonymi węglami mieliśmy bardzo ciepłe schronienia; a ponieważ każdy z nas miał i woził ze sobą łóżko, to nie musząc spać na ziemi, wylegiwaliśmy się w nich jak w łaźniach; szkoda tylko, że to nabyte ciepło nie trwało długo, lecz prędko uchodziło i że kilka razy dziennie musieliśmy ogrzewanie powtarzać na nowo; a także że wejście do namiotu nie było zbyt swobodne i zmuszało nas do schylania się i przełażenia pod ścianą.

Wreszcie 7 października, w dzień moich urodzin i wstąpienia w dwudziesty rok mego życia, doszliśmy do naszej sławnej Kłajpedy i o jakie dwie wiorsty od tej twierdzy rozłożyliśmy się obozem, a feldmarszałek stanął w mieście i miał do niego publiczny wjazd przy strzelaniu z armat.

Staliśmy tu cały tydzień i zajmowaliśmy się odbieraniem prowiantu i pieczeniem chlebów, a także zaopatrywaniem się w inne potrzebne rzeczy, bo w tym mieście mogliśmy już dostać i kupić wszystkiego po trochu.

Tymczasem, gdy to wszystko się działo, druga dywizja naszej armii pod dowództwem generała en chef Browne'a odeszła od nas i skręciła w prawo, do graniczącej tu polskiej prowincji Żmudź, czyli Samogitia, gdzie wyznaczono jej leże zimowe. My zaś zostaliśmy przy feldmarszałku, a wszystkie pułki podzielono na brygady, z których trzy brygady poszły na kwatery kantonistyczne do Kurlandii, a pięć pułków zostało przy Kłajpedzie, bo tej twierdzy nie uznaliśmy za stosowne porzucić.

Nasz pułk miał szczęście znaleźć się w liczbie tych, którym wyznaczono iść na zimowe leże do Kurlandii. Tak więc, przeprawiwszy się 15. dnia w Kłajpedzie przez rzekę, wyruszyliśmy w pochód, a 16. nocowaliśmy przy granicy polskiej, przy miasteczku Połąga, 17. zaś doszliśmy wreszcie do granicy kurlandzkiej i nocowaliśmy przy folwarku Budendiz, a nazajutrz mieliśmy tu postój.

19. dnia wyruszyliśmy znów w pochód i uszedłszy półtorej mili, stanęliśmy obozem przy wsi Lagnger, a następnego dnia, uszedłszy dwie mile, po raz pierwszy stanęliśmy na kwaterach i nocowaliśmy.

Nie sposób opisać, jak miłe były nam wtedy nawet najbiedniejsze chłopskie chaty! Po zniesieniu tylu trudów, zimna i udręk, nie wiem jak radzi byliśmy, dorwawszy się do ciepła, i dla nas najlichsze łotewskie izby były lepsze od białokamiennych pałaców. Ale nie ma się czemu dziwić, gdyż była to już najgłębsza jesień i panowało zimno z codziennymi przymrozkami.

21. dnia wyruszyliśmy znów w pochód i uszedłszy jakie trzy mile, musieliśmy z braku kwater znów nocować w namiotach na zimnie, a co jeszcze przykrzejsze, tu też mieć postój.

23. dnia poszliśmy dalej i doszedłszy do kościoła Ober-Sartau, stanęliśmy wszyscy na kwaterach.

24. dnia nasza brygada się podzieliła, i pułk kijowski poszedł w lewo, a my z drugim moskiewskim — w prawo; a wkrótce potem i drugi pułk moskiewski poszedł od nas w bok, i zostaliśmy sami, i nocowaliśmy na kwaterach zajętych po wsiach.

25. dnia szliśmy ze swoim pułkiem jeszcze dalej i, zrobiwszy niewielki przemarsz, nocowaliśmy na kwaterach, a następnego dnia zaczęły się już od nas odłączać kompanie i rozchodzić na boki; my zaś zostaliśmy przy sztandarach.

Nie da się dość opisać, jakim przyjemnym i osobliwym uczuciom towarzyszy takie zbliżanie się do leży zimowych.

Choć była wtedy późna jesień, weselej i przyjemniej było nam jechać niż samą wiosną. Każdy lasek i każde zarośla wydawały się nam miłe, a myśl, że wkrótce zażyjemy spokoju, osładzała wszystko i wszystkim widzianym rzeczom nadawała jakiś osobliwy powab.

27 października poszliśmy dalej i przyszliśmy wreszcie do naszych właściwych kwater kantonistycznych w folwarku Zierau, leżącym w Kurlandii, i rozlokowaliśmy się po wsiach wokół niego.

Tak zakończyła się nasza pierwsza pruska wyprawa, przedsięwzięta w 1757 roku, o której teraz osądźcie sami, czy była chwalebna, czy niesławna, i czy posłużyła nam ku pożytkowi, czy ku szkodzie i ujmie. Co do mnie, to wiem tylko tyle, że cały pożytek polegał jedynie na tym, że przyjrzeliśmy się Prusakom, poduczyliśmy się z nimi wojować, poznaliśmy, jak się chodzi w pochodach, jakie bywają trudy wojenne, zawładnęliśmy miastem Kłajpedą, napędziliśmy Prusakom strachu i dowiedliśmy im, że umiemy się bić i nie jesteśmy takimi świniami, za jakie nas uważali. Zresztą nie sposób nie powiedzieć i tego, że wyprawa ta kosztowała wiele trudu i wiele strat, zarówno w ludziach, jak i w pieniądzach, i we wszystkim innym. Jednym słowem: była przygotowaniem i nauką do naszych przyszłych operacji wojennych.

Na tym zakończę obecny mój list, a w następnym opowiem, co nastąpiło dalej; tymczasem zaś pozostaję waszym i tak dalej.

List 53


Mój drogi przyjacielu! Ostatni mój list zakończyłem tym, że wróciwszy z naszej wyprawy, rozlokowaliśmy się w Kurlandii na leżach zimowych; a teraz, ciągnąc opowieść dalej, powiem wam, że na tych kwaterach przestaliśmy resztę tego roku w najspokojniejszy sposób. Oba pozostałe miesiące, listopad i grudzień, upłynęły nam spokojnie, i nie pamiętam żadnego ważnego ani szczególnego zdarzenia, które by w tym czasie zaszło. Główną kwaterę zajął nasz feldmarszałek w kurlandzkim nadmorskim miasteczku Lipawie, a naszemu pułkowi, jak już wcześniej wspomniano, wyznaczono kwatery w okolicach folwarku Zierau, gdzie stanął i staruszek, nasz pułkownik. Co się zaś tyczy mnie, to tej zimy daleko nie byłem tak szczęśliwy jak poprzedniej. Naszej kompanii wyznaczono kwatery niedaleko od wspomnianego folwarku; ale ponieważ w tym czasie nie byłem już dowódcą kompanii, gdyż przy kompanii był sam porucznik, to najlepszą kwaterę, przeznaczoną dla dowódcy kompanii w porządnym przyfolwarku, zajął on; a ja musiałem się zadowolić najlepszą chłopską zagrodą, jaka tylko mogła się znaleźć we wszystkich wsiach przydzielonych naszej kompanii. Ale ponieważ wszystkie tamtejsze wsie i zagrody chłopskie niewiele są lepsze od inflanckich, nie można powiedzieć, by moja kwatera była godna zazdrości. Wyznaczono mi ją w pewnej wsi leżącej o jakie pięć wiorst od mojego porucznika, i jeszcze za szczęście poczytywałem, że udało się znaleźć taką chłopską zagrodę, w której przy izbie dobudowana była z boku mała komóreczka z trzema czerwonymi okieneczkami i holenderskim piecem, która choć nie była zbyt jasna i przez chłopskie niedbalstwo dość mocno okopcona, ale cieszyłem się przynajmniej z tego, że piec był porządny i że nie dokuczał mi dym, a co najlepsze, było w niej ciepło jak w łaźni.

To ciepło było nam najdroższe ze wszystkiego; bo nacierpiawszy się w drodze zimna i niewygód, radzi byliśmy i najlichszej chałupce.

Tak więc kwatera moja, choć bardzo skromna, zadowalała mnie w zupełności. Urządziłem ją, jak tylko mogłem najlepiej. Zadeptaną i zabłoconą podłogę kazałem porządnie umyć i wyskrobać; piec swój wybieliłem; ściany również kazałem porządnie omieść, oczyścić, a potem umyć; a żeby dodać im choć trochę ozdoby, przybiłem na nich dwa malowane portrety, które przyszło mi w pochodzie kupić za bezcen od żołnierzy, co zdobyli je przy łupieniu zamku w Allenburgu, i które stanowiły jedyną zdobycz, jaką wywiozłem z Prus. Dalej, łóżeczko swoje postawiłem w jednym kącie, a w drugim, przy piecu i pod okienkiem, ustawiłem swój polowy stolik i wyznaczyłem sobie miejsce do siedzenia; a że papieru mieliśmy dosyć, atrament także był, a półeczka zastawiona moimi książkami stała obok mnie, to i niczego więcej nie było mi trzeba; i ja, rozpakowawszy się i urządziwszy w ten sposób, zacząłem żyć w cieple jak w królestwie niebieskim albo, lepiej rzec, jak jakiś pustelnik, w prawdziwej samotności i spokoju. Trzeba bowiem powiedzieć, że mój porucznik, choć był człowiekiem porządnym, nie był jednak takim, z którym można by przyjemnie spędzać czas; jeździć więc do niego często nie miałem ochoty, a z innych oficerów nikt nie stał blisko mnie. Co zaś się tyczy tamtejszych właścicieli folwarków, czyli kurlandzkich szlachciców, to okolice te były jakoś puste i nie było nikogo ze szlachty mieszkającego w pobliżu, tak że przez całą zimę nie zdarzyło mi się żadnego z nich zobaczyć, a i nie słyszałem, żeby ktoś mieszkał tu niedaleko.

Wskutek wszystkich tych okoliczności musiałem żyć sam i niby pod kluczem; i samotność ta zapewne by mi się wkrótce sprzykrzyła, gdybym nie miał zamiłowania do nauk i nie nabrał od dawna nawyku zajmowania się czytaniem książek i pisaniem; a właśnie ten nawyk bardzo mi w tym wypadku pomógł, bo ledwie się na dobre zadomowiłem, zaraz znalazłem sobie zajęcie. Wspominałem już wcześniej, że w czasie pochodu, w wolnych chwilach, tłumaczyłem nowo kupioną w Rydze książkę o Clevelandzie; a że przetłumaczyłem już z niej sporo, postanowiłem wtedy przepisać to tłumaczenie na czysto, możliwie najlepszym i najpiękniejszym pismem; zrobiłem więc zeszyty z najlepszego papieru pocztowego i zacząłem przepisywać swój przekład, za każdym razem ucierając do pisania tusz i wkładając w przepisywanie całą swoją sztukę, by nadać mojej książeczce jak najpiękniejszy wygląd; a zajmując się tym, nie spostrzegłem nawet, jak upłynęła późna i najbardziej nudna pora jesienna.

Prócz tego przypadek dostarczył mi i pewnego rodzaju towarzysza rozmów.

U mojego gospodarza mieszkał pewien staruszek rzemieślnik, który trudnił się szyciem wiejskiej chłopskiej odzieży i dla którego właśnie zrobiona była ta sama izdebka, w której wtedy mieszkałem. Z początku nie wiedziałem, co to za osoba; bo ponieważ dla mnie wyrzucono go z izdebki, mieszkał w izbie u gospodarza i nie zwracałem na niego uwagi; ale że przejście z mojego pokoju prowadziło zawsze przez izbę, to widując go co dzień, zainteresowałem się nim pewnego razu i ku wielkiemu zadowoleniu dowiedziałem się, że był z pochodzenia Niemcem. Od razu zacząłem z nim rozmawiać i przekonałem się, że był to staruszek nader poczciwy, mieszkał przez wiele lat w samym Królewcu i miał dość rozumu, tak że mogłem z nim niekiedy przez całą godzinę, a i dłużej, rozmawiać bez nudy. Wypytywałem go o Królewiec, a on opowiadał mi wszystko, co mu było wiadome. Słowem, wkrótce polubiłem tego staruszka i nierzadko kazałem mu pracować u siebie w izdebce, abym mógł z nim o tym i owym porozmawiać. Prócz tego stał się dla mnie i nauczycielem języka łotewskiego; bo że znał ten język doskonale, to z ciekawości wypytywałem go, jak co się nazywa po łotewsku, i zapisywałem w zeszyciku.

Na tych to niewinnych i samotnych zajęciach spędzałem swój czas. Ale że brak najpotrzebniejszych zapasów żywności, czyli tak zwanego prowiantu, który w czasie pochodu już się cały wyczerpał, przypominał mi, że trzeba pomyśleć o zaopatrzeniu się w niego na nowo; a ponadto nie miałem ani dużego futra, ani porządnego kożucha do noszenia, ani wielu innych rzeczy, postanowiłem więc wysłać jednego z moich ludzi do swojej wsi, zarówno po to, by przywiózł mi te zapasy, jak i by zakupił w Moskwie wszystkie potrzebne rzeczy, których mi brakowało, a także po pieniądze, których również bardzo potrzebowałem — i mój Jakow musiał wyruszyć konno w tę daleką drogę.

Wkrótce potem zaszła w naszej kompanii pewna zmiana. Mojego porucznika awansowano na kapitana, a na jego miejsce dostałem innego dowódcę, mianowicie porucznika pana Michaiła Jemieljanowicza Niepiejcyna. A że człowiek ten był rozumniejszy i nieporównanie lepszych przymiotów i charakteru niż pan Korżawin, to bardzo szybko zawiązała się między nami niezwykła przyjaźń. Polubił mnie nadzwyczajnie, a ponieważ przyjechał wtedy prosto z Polski, gdzie przebywał dla zaopatrywania w prowiant i miał dzięki temu sposobność się wzbogacić i przywieźć ze sobą dość pieniążków i wszystkiego innego, zaczął mnie namawiać, żebym przeniósł się zamieszkać razem z nim na folwarku, i nie dał mi spokoju, dopóki się na to nie zgodziłem. Przywykłszy do swojej chatki, z początku niezbyt chciałem rozstawać się z moją miłą samotnością; ale jego prośby, a ponadto brak prowiantu i trudność zdobywania go w kurlandzkich wsiach, przekonały mnie w końcu, by ją porzucić i przenieść się do niego; i mogę powiedzieć, że nie miałem powodu tego żałować.

Okazywana mi przez niego serdeczność i przyjaźń sięgały tak daleko, że w żaden sposób nie chciał dopuścić, bym kupował cokolwiek z prowiantu na własny koszt, lecz utrzymywał mnie swoim kosztem, i żyliśmy z nim jak rodzeni bracia, i mogę powiedzieć, że dość wesoło.

Kwaterę mieliśmy dość dobrą; było co pić i jeść, a w rozmowach z nim czas nie dłużył się; a ponadto miałem swobodę zajmować się, ile chciałem, i swoimi sprawami. Słowem, z tego towarzysza byłem w pełni zadowolony i, mieszkając z nim, nie spostrzegłem, jak upłynęły oba pozostałe miesiące tego roku.

Wszelako niedługo przyszło mi pomieszkać z tym miłym człowiekiem. Przed końcem roku zaszła ze mną jeszcze jedna zmiana. Naszemu panu pułkownikowi przyszło jakoś do głowy przenieść mnie z dawnej kompanii do grenadierskiej i musiałem wbrew swojej woli opuścić dawnego towarzysza i przenieść się do nowej kompanii, na trzecią już kwaterę. Jednakże szczęście dopisało mi i w tym razie. Kapitanem w tej kompanii był akurat człowiek bardzo dobry i rozumny, wychowany w korpusie kadetów, znający francuski i niemiecki i uważany w całym naszym pułku za najlepszego i najrozumniejszego kapitana. Nazywał się Iwan Nikiticz, a z nazwiska był Gniewuszew. Człowiek ten służył w naszym pułku jeszcze za czasów mojego świętej pamięci ojca i był przez niego za swoje zalety lubiany. Dlatego znał i mnie jeszcze od dziecka i mogę powiedzieć, że i lubił od tego czasu. Później dowiedziałem się, że to właśnie za jego staraniem przeniesiono mnie do jego kompanii; bo gdy w jego kompanii zwolnił się wakat podporucznika, on, znając moje zdolności, wyprosił mnie u pułkownika. Ponieważ zaś uczyniono to wbrew mojej woli i chęci, nie chciał dopuścić, bym stał w łotewskiej chacie i cierpiał niedostatek i niewygody, lecz w ten sam sposób namówił mnie, bym zamieszkał z nim na jednej kwaterze, na co chętnie się zgodziłem; i mogę powiedzieć, że z jego towarzystwa i przyjaźni byłem nie mniej zadowolony niż z pana Niepiejcyna.

Teraz, zatrzymawszy się na pewien czas w tym miejscu, zwróćmy się na chwilę ku innym sprawom i popatrzmy, co w tym czasie działo się gdzie indziej.

Podczas gdy my w opisany sposób wracaliśmy z Prus, a potem spokojnie stali na kwaterach na Żmudzi i w Kurlandii, w Europie wojna, przeciwnie, płonęła dalej całym swoim płomieniem. Królowi pruskiemu reszta tego lata, a zwłaszcza jesień, wyjątkowo sprzyjały. Niewybaczalny błąd popełniony przez nas i niemal w tym samym czasie przez francuskiego marszałka Richelieu stał się jakby sygnałem, by wszystkie jego mętne okoliczności zmieniły się na najlepsze.

Dzięki obu tym nader korzystnym dla niego wydarzeniom jakby nabrał otuchy i zaczął myśleć o tym, jak by mu się uporać z pozostałymi nieprzyjaciółmi, a zwłaszcza z tak zwaną armią Rzeszy, czyli zebraną z rozmaitych drobnych księstw Rzeszy.

Zebrało się jej pod Norymbergą, z początkiem wiosny, z różnych miejsc do 20 000 ludzi, aż połączywszy się w sierpniu z armią francuską pod dowództwem księcia Soubise, wkroczyła do Saksonii i szła zaatakować króla pruskiego. Z drugiej strony nacierali na niego cesarscy. Ich biegły wódz, hrabia Daun, idąc w ślad za wojskami pruskimi, stawiał im wszędzie i na każdym kroku tak wielkie przeszkody w ich zamierzeniach i przysparzał im tyle niepokoju, że straciły ogromną ilość wojska, taborów, pontonów i samych magazynów, i w końcu nie wiedziały, co czynić. Z trzeciej strony Szwedzi wkroczyli już w granice pruskie od strony Pomorza, a z czwartej, jak już wspominano, wkroczyliśmy do Prus my. W tej ostateczności, przyciśnięty ze wszystkich stron, król postanowił był niemal z rozpaczy zewrzeć się i bić jeszcze raz z cesarskimi i rzeczywiście ruszył był ich atakować, ale gdy zastał ich feldmarszałka stojącego z armią w tak korzystnym i niedostępnym miejscu, że bez oczywistego niebezpieczeństwa nie można było tego uczynić, to spędziwszy niemal cały dzień na samej tylko wymianie ognia armatniego z nim i na próżno wypróbowawszy wszelkie sposoby, by się do niego dobrać, musiał, nic nie zdziaławszy, odejść i cofnąć się ku Saksonii.

Tu, wysławszy znaczny korpus na Śląsk dla osłony granic i miasta Świdnicy, sam zaczął myśleć o tym, jak by mu się wymknąć przenikliwemu hrabiemu Daunowi i odejść, by spotkać i rozbić armię Rzeszy. Ta przysparzała mu wtedy najwięcej troski i niepokoju; bo samym swoim wkroczeniem mogła mu odebrać całą Saksonię i dojść aż do Magdeburga, i to miasto narazić na takie samo niebezpieczeństwo, w jakim znajdował się Berlin ze strony Szwedów. Do przeprowadzenia owego przedsięwzięcia musiał król użyć całej swojej przebiegłości i sztuki, i udało mu się to uczynić jak najpomyślniej. Oddzieliwszy znaczną część wojska od głównej armii, odszedł tak skrycie, że Daun długo nie mógł się o tym dowiedzieć.

Tymczasem pozostawiona przez niego główna armia pod dowództwem księcia Bevern, któremu przydano do pomocy słynnego i biegłego generała Winterfeldta, na którym król najbardziej polegał, musiała znosić wiele złego i niepokoju ze strony cesarskich. Wspomniany generał Winterfeldt stanął z oddzielonym detaszmentem w pewnym oddaleniu od głównej armii. Cesarski feldmarszałek hrabia Daun, połączywszy się z księciem Lotaryńskim, przyszedł i rozłożył się obozem naprzeciw pruskiego, a cesarski generał Nádasdy zaatakował korpus generała Winterfeldta i nie tylko go rozbił, zabiwszy Prusakom około 1500 ludzi, ale zadał im najdotkliwszy cios przez śmierć samego generała Winterfeldta, który w tej potyczce został śmiertelnie ranny. Książę Bevern bez niego jakby osłupiał i zapomniawszy o osłonie granic śląskich, poszedł w głąb Śląska ku Legnicy, a ponadto zrobił jeszcze gorzej i osłabił swoją armię, rozsyłając do 15 tysięcy ludzi do różnych twierdz, i przez to pozbawił się możności stawienia czoła armii cesarskiej, która, idąc za nim krok w krok i wszędzie mu szkodząc, przegnała go aż pod Wrocław i zmusiła do obnażenia całego Śląska i wydania go niemal na pastwę i łaskę cesarskich, z czego cesarscy nie omieszkali skorzystać. Ich generał Nádasdy otoczył natychmiast ich słynną twierdzę Świdnicę i poczynił wszelkie przygotowania do oblężenia, a inny generał, Hadik, z małym korpusem lekkich wojsk poszedł prosto na obnażony i pozbawiony wszelkiej obrony Berlin i zmusił to stołeczne miasto do zapłacenia sobie niemałej kontrybucji, a królową z całym dworem — do ratowania się ucieczką i schronienia w Spandau.

Ale to panowanie nad pruską stolicą nie trwało dłużej niż jedną dobę, a ten pamiętny dzień przypadł 5 października.

Podczas gdy wszystko to się działo, a cesarscy w opisany sposób gospodarowali na Śląsku i w samej Brandenburgii, sam król pruski znajdował się, jak wyżej wspomniano, w pochodzie przeciw armii Rzeszy połączonej z Francuzami, która, wkroczywszy do Saksonii, rozprzestrzeniła się już w okolicach Lipska i szła prosto na Magdeburg i na Berlin; królowi udało się od razu zatrzymać ją swoimi detaszmentami. Poszedł na Erfurt i zmusiwszy sprzymierzonych do opuszczenia go, opanował to miasto. Tu musiał stać przez długi czas i rozsyłać wszędzie oddalone korpusy dla osłony Magdeburga, Lipska i Berlina, a tymczasem prowadzić z nieprzyjaciółmi małą wojnę, co trwało niemal do samego listopada. Obie armie zajmowały się marszami i kontrmarszami i biły się ze sobą tylko różne ich oddzielone detaszmenty, z rozmaitym powodzeniem.

Wreszcie 24 października doszło i do rozstrzygającej bitwy, niedaleko Lipska, pod wsią Rossbach, i królowi pruskiemu poszczęściło się, mimo całej nieliczności swego wojska i nieporównanej przewagi sprzymierzonej armii Rzeszy, będącej pod dowództwem generalissimusa księcia Hildburghausen i Soubise’a, rozbić tę ostatnią w proch w sposób cudowny i niemal nieprawdopodobny. Zręcznie użyty przez niego fortel wojenny pomógł mu dokonać tej wielkiej i sławnej rzeczy. Udał, że przeląkł się armii Rzeszy i cofa się ku Merseburgowi. Żołnierze Rzeszy i Francuzi, przypisując to jego tchórzostwu, uważali zwycięstwo za pewne i niemal w połowie wygrane i rzucili się za nim w pogoń bez większej ostrożności — lecz nagle wpadli jakby w zasadzkę i zastali króla stojącego w najlepszym porządku i gotowego do bitwy. Cała połowa armii była u niego ukryta za pagórkiem, a stojące na nim namioty zasłaniały ją przed oczami nieprzyjaciela. Gdy zaś namioty nagle zwinięto, ukazała się i swoim widokiem wprawiła nieprzyjaciół w wielkie zamieszanie, z którego król natychmiast skorzystał i, mężnie zaatakowawszy swoją jazdą ich jazdę, wprawił ją w nieład i zmusił do ucieczki, a za nią poszła i cała piechota.

Ta sławna bitwa trwała niedługo, ale była bardzo krwawa. Armia sprzymierzona liczyła wprawdzie 60 tysięcy ludzi, a pruska nie więcej niż 30, lecz pierwsza została tak rozbita i w taki rozstrój i nieład wprawiona, że na polu bitwy nie zostało więcej niż 2000 ludzi. Straciła ponad 10 000 ludzi, a Prusacy wzięli do niewoli do 7000 ludzi, w tym 11 generałów i 250 oficerów, a ponadto zdobyli 63 armaty, 15 sztandarów i 7 chorągwi. Słowem, zwycięstwo odniesione przez króla pruskiego było zupełne i sławne. Zaprosiwszy pojmanych oficerów do siebie na wieczerzę, prosił ich, by nie mieli mu za złe, że potraw jest mało i że tak licho ich częstuje, bo w żaden sposób nie spodziewał się mieć tego wieczoru u siebie tylu gości.

Zresztą zwycięstwo to miało ważne następstwa. Król pruski zyskał przez nie swobodę i mógł polecieć na pomoc swemu uciśnionemu Śląskowi i księciu Bevern.

W Hanowerczykach znów obudziło się męstwo i oni, zerwawszy swój układ, zaczęli znowu wojować. Francuzi osłupieli, a i sami cesarscy wpadli w zmieszanie i pewnego rodzaju małoduszność.

Wszelako choć król bardzo się spieszył na pomoc księciu Bevern, który stał okopany pod Wrocławiem, nie zdołał jednak zdążyć w porę. Cesarscy, usłyszawszy o jego zwycięstwie pod Rossbachem i o tym, że nadciąga, zdążyli przed jego przybyciem zaatakować księcia Bevern w jego retranszemencie i mimo wszelkich trudności i mężnej obrony wyparli 13 listopada Prusaków z umocnień, a potem wzięli do niewoli samego księcia Bevern i zmusili Prusaków do odwrotu. Powodzenie to sprawiło, że tego samego wieczoru poddało się na kapitulację i miasto Wrocław, a na pewien czas przedtem poddała się generałowi Nádasdy’emu i twierdza Świdnica, i królowi nie udało się przyjść z pomocą i temu miastu.

Ale wszystkie te powodzenia i korzyści, osiągnięte przez cesarskich, choć wprawiły króla pruskiego w wielkie tarapaty, nie trwały jednak długo. Opatrzności podobało się przeznaczyć nie im, lecz królowi pruskiemu, by skorzystał ze wszystkich krwawych bojów i trudów tego lata. Wprawiony wspomnianymi sukcesami cesarskich w ogromny rozstrój i straciwszy niemal cały Śląsk, postanowił jeszcze raz spróbować swego szczęścia i zewrzeć się z cesarskimi, w nadziei, że zwycięstwem odmieni całe położenie rzeczy; dlatego mimo wszystkich niewygód późnej jesieni i skrajnego utrudzenia swojej armii poszedł szukać cesarskich, by stoczyć z nimi bitwę. Cesarscy, znając nieliczność jego armii, nie tylko się tego nie przelękli, lecz nawet, gardząc nią, naśmiewali się z niej, nazywając ją nie armią, lecz berlińską wartą paradną. Wszelako mądry i ostrożny ich feldmarszałek Daun myślał zupełnie inaczej i nie dając się tym zaślepić, stanął w bardzo korzystnym miejscu pod Świdnicą i w żaden sposób nie chciał sam iść na spotkanie nieprzyjacielowi, lecz czekał, aż król przyjdzie go zaatakować. Ale że nie był jedynym dowódcą armii cesarskiej, lecz dowodził wraz z księciem Lotaryńskim, ten zaś był z nim niezgodny w zdaniu i chciał sam iść na spotkanie królowi i stoczyć z nim bitwę, ta niezgoda sprawiła, że posłano kuriera do Wiednia z zapytaniem, co czynić; a gdy kazano iść i stoczyć z nieprzyjacielem bitwę, król pruski, który tylko tego pragnął, spotkawszy się z nimi pod Leśnicą i wsią Lutynią, stoczył z nimi 24 listopada krwawą i tak pomyślną bitwę, że cesarscy zostali całkowicie pobici i stracili w tej bitwie 301 oficerów i 21 000 ludzi wojska, 134 armaty i 59 chorągwi. Ale i tego było jeszcze mało, bo nieszczęście cesarskich miało się powiększyć przez ponowną utratę Wrocławia. Książę Lotaryński, chcąc ocalić to miasto, posłał doń wprawdzie znaczny korpus z liczną artylerią, lecz posłużyło to tylko do jeszcze większej straty; bo król pruski, nie tracąc czasu, obległ je i mimo całej surowości pogody i trudności zdobył je.

Ta utrata Wrocławia kosztowała cesarskich 13 generałów, 680 oficerów i 17 000 szeregowych.

W ten sposób zakończyła się kampania tego roku z wielką stratą i uszczerbkiem dla cesarskich. Wszystkie ich trudy, bitwy, straty i osiągnięte korzyści nie przyniosły im najmniejszego pożytku. Musieli wycofać się do Czech i oddać cały Śląsk znowu we władanie Prusaków. Jedynie miasto Świdnica zostało w ich rękach; ale była to korzyść bardzo mała. Słowem, Prusakom udało się, wbrew wszelkim oczekiwaniom i ku zdumieniu całej Europy, zakończyć tę kampanię z wielką dla siebie korzyścią; bo i samych Szwedów zdążył jeszcze ich feldmarszałek Lehwaldt, wróciwszy z Prus i pozbywszy się nas, wygnać ze stratą z granic pruskich.

Oto macie krótki obraz wydarzeń, jakie miały wtedy miejsce w Europie i którymi zakończył się rok 1757: pozwólcie więc i mnie w tym miejscu zakończyć obecny list i powiedzieć wam, że jestem waszym wiernym przyjacielem i tak dalej.

ZAJĘCIE KRÓLEWCA

List 54


Drogi przyjacielu! Podczas gdy w opisany sposób, w najgłębszą jesień 1757 roku, wojna w ziemiach pruskich, cesarskich i saskich płonęła najzacieklej i całe dziesiątki tysięcy ludzi traciły życie, a jeszcze więcej dostawało się do niewoli, pola zaś spływały ludzką krwią, a niezliczone mnóstwo biednych wieśniaków traciło swoje domy i cały swój dobytek, a jeszcze więcej cierpiało ciężar podatków i odbierania im wszystkich przygotowanych na wyżywienie zapasów żywności i paszy, — my odpoczywaliśmy po swoich trudach w Polsce i w Kurlandii i całą tę jesień i początek zimy spędziliśmy w pokoju, ciszy i najmilszym wytchnieniu. Nie wiedząc nic o wszystkich tych wydarzeniach, żyliśmy tu na swoich spokojnych kwaterach i tylko się weselili.

Ale o ile my byliśmy spokojni, o tyle niepokoił się nasz rząd złymi wynikami naszego pierwszego pochodu. Niespodziewanym i haniebnym powrotem naszej armii z Prus i całym postępowaniem naszego feldmarszałka Apraksina panująca nam wówczas imperatorowa była skrajnie niezadowolona; i choć dla pokrycia wstydu ogłoszono, że powrót naszej armii nastąpił z rozkazu samej imperatorowej i jakoby dlatego, że skoro cesarscy sami weszli już na Śląsk, nie było nam potrzeby iść dalej i prowadzić pochodu aż na Śląsk, i że ponadto wojska były potrzebne we własnej ojczyźnie z powodu choroby imperatorowej, — wszystkim jednak było wiadomo, że ogłoszono to jedynie dla pozoru, a w istocie wszyscy wiedzieli, że uczynił on to samowolnie.

I to właśnie ściągnęło na niego gniew imperatorowej, tak że ledwie wrócił do Kurlandii, został odwołany do Petersburga, by zdać sprawę ze swego postępowania.

Ta powrotna podróż do stołecznego miasta była dla tego wodza nader opłakana i nieszczęsna. Straciwszy cały swój dawny przepych, musiał jechać jak okryty przez wszystkich hańbą, niemal po cichu, a pogłoski o czekających go w Petersburgu nieszczęściach tak go niepokoiły, że w drodze zachorował i przywieziono go do Narwy już chorego. Ale i tego było mało. Nieszczęście spotkało go już w tym mieście, bo przysłano rozkaz, by nie dopuszczać go nawet do Petersburga, lecz aresztowawszy go tutaj, poddać go śledztwu umyślnie do tego powołanej komisji. I to tak poraziło tego biedaka, że w ciągu kilku dni postradał życie, po którym nikt nie żałował, prócz samych jego krewnych i klientów, bo zresztą całe państwo było z niego niezadowolone.

W ten sposób zginął ten człowiek, który jeszcze na krótko przedtem był tak znacznym i wspaniałym możnowładcą, i ukarany został przez sam los za swoje wiarołomstwo wobec ojczyzny i za postępek, który tak wielu ludziom przyniósł wielkie nieszczęście.

Tymczasem dowództwo nad armią pozostałą w Kurlandii i w Polsce powierzono generałowi en chef hrabiemu Fermorowi. A że generał ten znany był wszystkim jako człowiek bardzo rozumny i gorliwy, cała armia była tą zmianą nadzwyczaj zadowolona. On zaś nie omieszkał od razu swoimi staraniami i rozumnymi nowymi zarządzeniami usprawiedliwić tak dobrego o sobie mniemania.

Pierwszą i najważniejszą troską tego generała było, jak by zaopatrzyć całą armię we wszystkie potrzebne rzeczy, a potem jak najprędzej opanować całe królestwo pruskie i przez to z jednej strony naprawić błąd popełniony przez hrabiego Apraksina, a z drugiej spełnić życzenie naszego dworu i imperatorowej. Gdy bowiem tymczasem nadeszła wiadomość, że król pruski całe swoje królestwo pruskie ogołocił z wojsk, używszy ich, jak wyżej wspomniano, do wygnania Szwedów z Pomorza, to żeby nie dać mu czasu na ponowne sprowadzenie tam swojej armii, kazano jak najbardziej się pospieszyć i, korzystając z tej sposobności, zająć i opanować całe królestwo pruskie bez większego rozlewu krwi.

Wskutek czego ledwie generał ten objął dowództwo i otrzymał wspomniany rozkaz, zaczął czynić wszelkie potrzebne przygotowania do wkroczenia do Prus. A ponieważ postanowiono uczynić to, nie czekając wiosny, lecz jeszcze w ówczesnej porze zimowej, czekał z ogromną niecierpliwością, aż morze, a raczej ta wąska zatoka morska, znana pod nazwą Zalewu Kurońskiego {Kurisches Haff.} — która, oddzielona od morza wąskim i długim pasem lądu, ciągnie się od Kłajpedy aż do samego miasteczka Labiawy, — pokryje się tak grubym lodem, by po nim mogło iść prostą i najkrótszą drogą na Królewiec wojsko z całą potrzebną artylerią.

Niecierpliwość jego była tak wielka, że co dzień przynoszono mu stamtąd lód, by po jego grubości ocenić, czy uniesie ciężar artylerii.

Ale ponieważ nastąpiło to nie wcześniej niż na samym końcu 1757 roku, to sam początek następnego, 1758 roku, stał się pamiętny ponownym wkroczeniem naszych wojsk do królestwa pruskiego. Hrabia Fermor jeszcze w ostatnich dniach minionego roku przeniósł się z Lipawy do Kłajpedy, a tu, przygotowawszy i zebrawszy niewielki korpus i wziąwszy potrzebną ilość artylerii, ruszył 5 stycznia po zalewie prosto na Królewiec, rozkazawszy drugiemu korpusowi, pod dowództwem generała majora hrabiego Rumiancewa, w tym samym czasie wkroczyć do Prus od strony Polski i opanować miasto Tylżę.

Powodzenie tej sprawy i tego pochodu było jak najpomyślniejsze. Wojska hrabiego Fermora jeszcze tego samego dnia bez większego trudu doszły po lodzie do wyspy Ruś i opanowały znajdujący się tu amt {Z niemieckiego — „urząd”; tutaj: w znaczeniu umocnień.}, a wojska, które wkroczyły od strony Polski, bez żadnego oporu opanowały Tylżę, gdzie hrabia Rumiancew, usłyszawszy, że w mieście Gumbinnen znajduje się jeszcze niewielki garnizon pruski, posłał był wojsko, by go pojmać, ale już go nie zastało, bo garnizon, usłyszawszy o zbliżaniu się naszych, uznał za stosowne oddalić się zawczasu. Tak więc nasi wkroczyli do wszystkich miasteczek i miast bez żadnego oporu i wszędzie odbierali od mieszkańców przysięgę poddaństwa i wierności naszej imperatorowej.

Wreszcie hrabia Fermor, połączywszy się ze wszystkimi pięcioma kolumnami wojska, które wkroczyły do Prus z różnych stron, pod dowództwem generałów poruczników Sałtykowa, Riezanowa, hrabiego Rumiancewa oraz generałów majorów księcia Lubomirskiego i Leontjewa, ruszył prosto i bez postojów na Labiawę i przybywszy tam dnia 9, zastał u tamtejszych władz już rozkaz od rządu królewieckiego, by w razie wkroczenia naszych wojsk wydawano nam wszystko, czego byśmy zażądali, bez żadnego oporu, i by słuchano wszystkich rozkazów hrabiego Fermora.

Z tego miejsca generał ten wysłał prosto na Królewiec pułkownika Jakowlewa z 400 grenadierami, z 8 armatami i 9 szwadronami jazdy pod dowództwem brygadiera Demiku oraz z 3 pułkami huzarów i kozakami czuhujewskimi pod wodzą brygadiera Stojanowa. A gdy tymczasem przybyli do niego i deputowani, przysłani przez rząd królewiecki z prośbą od całego miasta i królestwa, by przyjęto je pod opiekę imperatorowej i pozostawiono przy jego przywilejach, on, zapewniwszy ich o łasce monarszej, sam wyruszył w ślad za wspomnianym przednim wojskiem do owego stołecznego miasta.

Tak więc 11 stycznia był tym dniem, w którym nasze wojska wkroczyły do Królewca, a wkrótce za nimi przybył tam i sam naczelny wódz.

Jego wjazd do tego miasta był okazały i wspaniały. Wszystkie ulice, okna i dachy domów usiane były niezliczonym mnóstwem ludu. Zbiegowisko było ogromne, bo wszyscy łaknęli {Chciwie pragnęli.} zobaczyć nasze wojska i samego dowódcę; a że dołączało się do tego bicie w dzwony w całym mieście i granie na wszystkich wieżach i dzwonnicach na trąbach i kotłach, trwające przez cały czas pochodu, to wszystko to dodawało mu jeszcze więcej przepychu i wspaniałości.

Hrabia zamieszkał na zamku królewskim, i to w tych samych komnatach, gdzie przedtem stał feldmarszałek Lehwaldt {Pozostawił go Fryderyk II dla obrony Prus Wschodnich; pierwszy zaatakował armię rosyjską pod Gross-Jägersdorf, lecz poniósł klęskę.}, i tu powitali go wszyscy członkowie rządu królewieckiego, zarówno szlachta, jak i najznakomitsze duchowieństwo, kupiectwo i inni najlepsi ludzie w mieście. Wszyscy składali mu powinszowania i, oddając się pod opiekę imperatorowej, prosili go o przestrzeganie dobrej dyscypliny, co też im obiecał.

Nazajutrz złożono Najwyższemu uroczyste dziękczynienie, a naczelny wódz, wysławszy do Petersburga hrabiego Bruce’a z meldunkiem o tym pomyślnym wydarzeniu, podejmował u siebie cały generalitet i wszystkich najlepszych ludzi obiadem {Gościł, częstował obiadem.}, a nazajutrz potem całe miasto przysięgało, i naczelny zarząd całym królestwem pruskim przeszedł w ręce naszych.

Ledwie hrabia Fermor w opisany sposób opanował miasto Królewiec i wziął wszystkie urzędy pod swoją władzę, a już najpierwszą jego troską było rozmieszczenie wojsk, które wkroczyły do Prus, na leżach zimowych i zajęcie przez nie wszystkich najważniejszych miejsc zarówno w całym królestwie pruskim, jak i w Prusach Polskich. Jednym więc kazał rozłożyć się kwaterami w okolicach Królewca, innym iść i zająć nadmorską twierdzę Piławę, innym zaś iść dalej naprzód i zająć wszystkie miejsca aż po rzekę Wisłę, a wraz z nimi polskie wolne miasta Elbląg i Malbork. Te ostatnie, choć niezbyt chciały wpuścić nasze wojska, musiały jednak na to przystać, gdyż obiecano im wszelką przyjaźń. W Królewcu zaś na garnizon wprowadzono 4 Pułk Grenadierów, a także Trocki pułk piechoty, komendantem mianowano brygadiera Treydena, a sądy powierzono pułkownikowi Jakowlewowi, bo i sam hrabia zamierzał udać się dalej i założyć swoją główną kwaterę nad Wisłą, w pruskim miasteczku Kwidzynie. Co zaś się tyczy pułków, które pozostały w Kurlandii i na Żmudzi pod dowództwem generała Browne’a i księcia Golicyna, to i tym kazano również wkroczyć do Prus i, przeszedłszy przez nie, zająć górną część Prus Polskich z miastami Chełmnem, Grudziądzem i Toruniem, i przez to utworzyć kordon wzdłuż całej rzeki Wisły.

Ponieważ wśród tych pułków, które pozostały w Kurlandii, znalazł się i nasz pułk Archangielogrodzki, nie mieliśmy udziału w tym zimowym pochodzie, lecz cały ten czas przestaliśmy spokojnie na swoich kwaterach i dowiedzieliśmy się o wszystkim wyżej wspomnianym dopiero po wkroczeniu naszych do Królewca, gdy przysłano rozkaz, byśmy i my tam podążyli. Nie potrafię dość opisać, jaką radość wywołała w nas wszystkich ta wiadomość.

Wszyscy cieszyliśmy się i weseliliśmy z tego zupełnie tak, jakby każdemu z nas coś podarowano i jakbyśmy w tym podboju mieli własny udział.

Nigdy z taką ochotą i zadowoleniem nie zbieraliśmy się w pochód jak wtedy i nigdy wszyscy nie okazywali takiej gorliwości i pośpiechu w zbieraniu się i przygotowaniach jak przy tej okazji.

Kazano nam bez najmniejszej zwłoki wyruszyć w pochód, a droga naszego marszu wyznaczona była prosto przez Polskę, czyli znaczną część litewskiej prowincji Żmudzi; a potem wzdłuż całego królestwa pruskiego, prosto do polskiego wolnego miasta Torunia, leżącego nad brzegami rzeki Wisły, na najdalszym krańcu Prus Polskich. Tak więc, choć nie mogliśmy łudzić się nadzieją, że zobaczymy stołeczne miasto pruskie Królewiec, które zostawało daleko po naszej prawej ręce, to przynajmniej byliśmy zadowoleni z tego, że zobaczymy całe królestwo pruskie.

Wszelako ile byśmy się nie cieszyli z tego rychłego i niespodziewanego wymarszu i pochodu do Prus, to okoliczność, że był wtedy sam środek zimy i że wszyscy musieli zaopatrzyć się w sanie, przysparzała nam wiele kłopotu. Ale nikt z całej naszej braci oficerskiej nie był wtedy tak bardzo zatroskany jak ja, i miałem ku temu dostateczny powód. Wszyscy oficerowie mieli dostateczną liczbę koni, którymi mogli wieźć swoje wozy i na których sami mogli jechać w małych sankach, bo jazda wierzchem w porze zimowej była niewygodna; a ja miałem tylko dwa konie, trzeciego zaś, do osobnych małych sanek, nie miałem. Na tym trzecim koniu, jak wyżej wspomniano, wysłałem drugiego swego człowieka na wieś, za Moskwę, i człowiek ten jeszcze wtedy do mnie nie wrócił. Tak więc nie tylko nie miałem trzeciego konia i drugiego człowieka, ale ponadto we wszystkim innym cierpiałem skrajną potrzebę i niedostatek: nie miałem małych sanek jak inni, nie miałem ani dużego futra, ani porządnego kożucha, ani innej potrzebnej odzieży, ani prowiantu i zapasów żywności, tak potrzebnych w pochodzie, a co najgorsze — nie miałem i pieniędzy. Wszystkiego tego od kilku już dni wyczekiwałem z każdym dniem; a gdy ogłoszono nam pochód, moje oczekiwanie połączyło się z największą niecierpliwością, bo według rachuby czasu powinien był już dawno być. Wszelako ile bym nie wyczekiwał swego Jakowa, ile razy bym nie wyglądał przez okna, czy nie jedzie, ile razy bym nie wysyłał patrzeć, czy nie widać go jadącego w oddali — całe nasze czekanie i wypatrywanie było daremne: Jakowa mojego ani widu, i nie wiedziałem już, co wreszcie o nim myśleć. Poczyniono już wszystkie przygotowania do pochodu; wyznaczono już dzień wymarszu; dzień ten zaczął się już zbliżać — a mój Jakow nie jechał i ani widu, ani słychu o nim nie było. Panie Boże, jakież było wtedy moje strapienie i jakim zmieszaniem i niepokojem był wzburzony cały mój duch! Tylko chodziłem tam i z powrotem po izbie i mówiłem sam do siebie:

„Panie Boże! Co za dziwna rzecz, że tak długo nie jedzie? Dawno już powinien być. Cóż on mi teraz narobił i co ja mam teraz począć?..”

Najbardziej trapiło mnie to, że ja, w niewątpliwej nadziei, że on wkrótce wróci i przywiezie mi wszystko, co potrzebne, w nic się nie zaopatrzyłem i niczego potrzebnego sobie nie kupiłem. Na domiar nieszczęścia nie miałem wtedy i pieniędzy, bo z braku ich po powrocie z pochodu żołd był już pobrany z góry i wydany. A jednak mógłbym zdobyć pieniądze na kupno konia i sanek, których najbardziej potrzebowałem, gdyby nie zwiodła mnie wspomniana nadzieja rychłego powrotu mojego sługi, na którego czekałem z godziny na godzinę.

Ale wreszcie nadszedł i ten dzień, którego bałem się jak jakiegoś niedźwiedzia, to jest dzień naszego wymarszu w pochód. A że Jakowa mojego wciąż jeszcze nie było, nie wiedziałem, co robić, i byłem niemal nieprzytomny ze zmieszania. Wóz swój z bagażem wprawdzie zupełnie przygotowałem i był gotów, ale jak ja sam mam się zabrać — tego z początku nijak nie mogłem ani wymyślić, ani odgadnąć. Nie mając osobnego konia i sanek, nie pozostawało nic innego, jak iść pieszo razem z żołnierzami. Ale czyż można było o tym choćby myśleć, gdy wiedziałem, że i najostatniejsi, najubożsi oficerowie mieli osobne konie i każdy miał swoje sanki, i że przez to narażę się na wstyd i pośmiewisko całego pułku? W tej ostateczności przychodziło mi już na myśl uczynić to, czego nigdy nie robiłem, to jest umyślnie zgłosić się chorym, abym pod pozorem choroby mógł jechać w kibitce i w taborze. Ale uznałem to za niewykonalne z tej przyczyny, że moja kibitka była cała napchana wszelkimi gratami i nie było w niej dla mnie miejsca. Słowem, byłem wtedy w takim nastroju, w jakim nigdy w życiu nie bywałem; i doprawdy nie wiem, co by się ze mną stało, gdyby mój kapitan nie wyprowadził mnie wreszcie z tego zmieszania i trochę mnie nie uspokoił.

Ten, widząc moje skrajne zmieszanie i rozstrój myśli, będąc świadkiem całego mojego niecierpliwego oczekiwania i wiedząc, z jakiej przyczyny nie kupowałem konia i sań, zapytał mnie wreszcie, co też zamierzam ze sobą począć.

— Cóż, ojczulku! — odpowiedziałem na to pytanie. — Doprawdy sam nie wiem, co mam robić. Przyjdzie chyba iść pieszo, dopóki nie znajdę, gdzie kupić sobie konia i sanie.

— Ech! — odpowiedział mi. — Po cóż, bracie, iść pieszo — a to ci pomysł! Pojedźmy lepiej razem w jednych sankach ze mną. Choć są ciasnawe, jakoś się już pomieścimy. Przynajmniej na pierwszy raz i dopóki nie trafi ci się kupić konia, a tymczasem może i twój człowiek nadjedzie.

Nie potrafię opisać, jak bardzo pocieszył i uradował mnie tą propozycją. Choć dla pozoru wstydziłem się i mówiłem, że go ścisnę i przysporzę mu niewygody, w istocie tak byłem rad tej sposobności, że gdyby było można, wycałowałbym go za nią.

Postanowiliśmy więc jechać razem; ale ledwie jakoś, z wielką biedą, dojechaliśmy do sztabu i stamtąd całym pułkiem wyruszyliśmy w pochód, znalazłem u swojej braci oficerskiej mnóstwo nie tylko obszerniejszych miejsc do siedzenia, ale nawet kilka pustych, jadących na próżno sanek. Ponieważ bowiem podczas tego pochodu nie mieliśmy powodu do najmniejszej obawy przed nieprzyjacielem, szliśmy jak we własnej ojczyźnie albo w przyjacielskim kraju, że tak powiem, niedbale i korzystając ze wszystkich wygód, jakie można mieć w czasie pokoju. Pułk prowadzili u nas zazwyczaj sami tylko oficerowie kolejni i dyżurni, a pozostali oficerowie jechali wszyscy, gdzie chcieli; i to właśnie było przyczyną, że dla skrócenia sobie drogi i przyjemniejszego spędzenia czasu łączyli się w rozmaite gromadki i kompanie i jechali nie tylko gromadą na wielu saniach razem, ale przysiadali się jeden do drugiego na sanie dla żartów i rozmów, a swoje zostawiali, by jechały puste; a ponieważ wszyscy byli moimi przyjaciółmi i znajomymi, mogłem przysiadać się do którychkolwiek z nich i jechać tak długo, jak mi się podobało.

W ten sposób, przeskakując z jednych sań na drugie i przysiadając się to do tego oficera, to do innego, przebyłem szczęśliwie cały swój pierwszy etap marszu, i udało mi się urządzić to wszystko tak zręcznie i dobrze, że żadnemu z oficerów nawet do głowy nie przyszło, że nie miałem własnych i że robiłem to z musu. Mimo całego tego powodzenia przez całą drogę ogromnie się jednak niepokoiłem w myślach i tylko uważałem, by ktoś nie poznał mojej tajemnicy i bym nie musiał znosić wielkiego wstydu i drwin od wszystkich.

Tak czy owak, przyjechaliśmy i rozłożyliśmy się na nocleg w pewnym niewielkim miasteczku, leżącym już na granicy litewskiej, i zrobiliśmy tego dnia wielki marsz. Dostałem tu wprawdzie piękną i wygodną kwaterę, ale cała jej piękność mnie nie nęciła, bo co innego miałem w głowie. Martwiłem się nieustannie o swoją podróż i tylko w myślach mówiłem i powtarzałem sobie:

„No dobrze! Dzisiaj jakoś mi się udało przemęczyć, ale co będzie jutro? Z kim jechać i do kogo się przyłączyć? A nuż się domyślą i dowiedzą, co wtedy?”

Takie rozmyślania wprawiły moje myśli w taki rozstrój, że byłem jakby w hipochondrii {Skłonność do zadumy, ponurych myśli, czarna melancholia.} i tak pogrążony w myślach, że nawet jedzenie nie szło mi do głowy. Ale wyobraźcie sobie, drogi przyjacielu, jaka zmiana musiała we mnie zajść, gdy właśnie w tej chwili wbiegł do mnie, niemal bez tchu, mój chłopak i zadyszany powiedział:

— Czy pan wie, panie? Przecież nasz Jakow przyjechał!..

— Co ty mówisz! — zawołałem, zerwawszy się od stołu i zapomniawszy o jedzeniu. — Czy to prawda, Abramku?

— Jak Boga kocham, panie, dopiero co wjechał na podwórze, i jakież to piękne sanki!

W jednej chwili znalazłem się wtedy na ganku i z radości nie wiedziałem, co mówić, tylko się żegnałem i powtarzałem:

— No, chwała Bogu!

Ale radość moja jeszcze bardziej wzrosła, gdy usłyszałem od mojego Jakowa, że przywiózł mi nie tylko mnóstwo wszelkich zapasów, ale nagromadził mi wszystkiego, czego najbardziej było trzeba. Przywiózł mi piękny kożuch, duże lisie futro, nowe siodło i mnóstwo innych rzeczy; a co było mi najmilsze, to mnóstwo wszelkich konfitur i łakoci, przysłanych mi przez moją siostrę, do której zajechał i która przebywała wtedy z moim szwagrem na wsi, bo ten został zwolniony przez pułkownika jeszcze na samym początku zimy, a potem znalazł sposób, by całkiem wymówić się od służby i przejść w stan spoczynku. Ale co uczyniło moją radość jeszcze zupełniejszą, to jego wiadomość, że przywiózł ze sobą jeszcze ponad sto rubli pieniędzy. Mój Boże, jakże się ucieszyłem z tego ostatniego! Doprawdy nie pamiętam, bym kiedykolwiek tak bardzo się ucieszył jak wtedy. Wprost sam siebie nie pamiętałem i nie chodziłem, lecz skakałem z radości po pokoju i tylko powtarzałem:

— No, chwała Bogu, teraz mam wszystko, wszystkiego dużo: i koni, i zapasów, i odzieży, i pieniędzy, i wszystkiego, wszystkiego! Teraz gotów jestem choćby na koniec świata i przed nikim nie muszę się wstydzić.

Słowem, mniemałem wtedy, że jestem Bóg wie jak bogaty i że jestem najszczęśliwszym człowiekiem na świecie, i tysiąc razy dziękowałem najpierw Bogu, a potem swemu słudze Jakowowi za rzetelne wykonanie powierzonego mu polecenia. I doprawdy, dzień ten był pamiętny w moim życiu tym, że o ile wielkie strapienie czułem na jego początku, o tyle wielką, przeciwnie, radością przejęte było moje serce przy jego końcu.

Na tym zakończę obecny list i powiedziawszy, że jestem waszym nieobłudnym przyjacielem, pozostaję i tak dalej.

NASZ POWTÓRNY POCHÓD DO PRUS

List 55


Drogi przyjacielu! Moja radość z przyjazdu mojego sługi i niecierpliwe pragnienie zobaczenia, co przywiózł ze sobą, były tak wielkie, że nie dałem nawet czasu, by porządnie wyprząc konie i je obrządzić, lecz kazałem jak najprędzej rozwiązywać wóz i znosić do mnie wszystko, co przywiózł. Przyjemność przy rozwiązywaniu i oglądaniu wszystkiego była nadzwyczajna; a już tego w żaden sposób nie potrafię opisać, co czułem, gdy podał mi przywieziony przez siebie lekki kożuszek z jagnięcego futerka, kryty zieloną kitajką. W jednej chwili zrzuciłem z siebie dawny paskudny i lichy baraniak i włożyłem na siebie ten nowy. I cóż to! jakże cudowny wydał mi się wtedy! I miękki, i lekki, i ciepły, i ładny — wszystkie przymioty i zalety w nim były. Dla wypróbowania przywiezionej herbaty i cukru mój Abram musiał natychmiast biec i w nowym czajniku zagotować wodę, i herbata ta wydała mi się wtedy smaczniejsza od wszystkich herbat na świecie, i nie mogłem się jej dość nachwalić. Zobaczywszy zaś mnóstwo szynki, natychmiast kazałem ugotować cały jej udziec; a że byłem zawsze wielkim jej amatorem, a wtedy już od kilku miesięcy jej nie jadłem, nie potrafię opisać, jak słodka i smaczna wydała mi się ówczesna wieczerza. Po jej zakończeniu przywiezione konfitury musiały posłużyć mi za deser. Wszystkich ich, ile ich było, skosztowałem i każda wydawała mi się Bóg wie jak drogocennym przysmakiem. Słowem, wszystkim, ale to wszystkim nasyciłem się wtedy do woli i byłem ze wszystkiego tak zadowolony, że niczego więcej nie pragnąłem.

Oto do czego prowadzi niedostatek cierpiany przez pewien czas i jak wielką wartość nadaje on nawet najbłahszym rzeczom!

Tak więc rano, następnego dnia, miałem już przyjemność jechać we własnych sankach, które wprawdzie nie były czuchońskie, lecz zwykłe chłopskie posznie, ale już się o to nie troszczyłem; dość, że były to nowe sanki z wygiętymi płozami i że byłem ubrany ciepło i jak należy, i nie tylko nie musiałem się przed nikim wstydzić, ale miałem jeszcze wtedy nad wieloma wielką przewagę. Słowem, nagły dostatek we wszystkim sprawił nawet we mnie wielką zmianę. Nabrałem jakoś i wyższego mniemania o sobie, zacząłem ze wszystkimi, którzy byli wyżsi ode mnie stopniem, obchodzić się poufalej i swobodniej, a i oni wszyscy, dowiedziawszy się, że przywieziono mi dość wszelkiego dobra i że chwat ma i pieniążki, zaczęli obchodzić się ze mną jakoś serdeczniej i jakby starać się o moją przyjaźń i życzliwość. Zaczęli częściej zapraszać mnie do swoich kompanii, prosić, bym spędzał z nimi czas i brał udział w ich zabawach, i tak dalej w tym rodzaju, co wszystko choć schlebiało mojej miłości własnej, miało potem następstwa niezbyt dla mnie korzystne, jak to się później okaże.

Nasz pochód, jak wyżej wspomniano, wiódł przez Polskę i prosto na pruskie miasteczko Gumbinnen. A ponieważ szliśmy bez pośpiechu i co dwa dni robiliśmy zawsze postój, a przy tym w polskich miasteczkach, siołach i wsiach dostawaliśmy zawsze dobre i wygodne kwatery, prawie nie odczuwaliśmy żadnego utrudzenia i cały nasz marsz można uznać raczej za nieprzerwaną zabawę niż za pochód. Każdego dnia zjeżdżaliśmy się po kilku razem i jadąc sznurem, jeden za drugim, nie omijaliśmy prawie żadnej przydrożnej karczmy, by do niej nie zajrzeć i nie spędzić w niej po kilka minut na śmiechach, grach i żartach. Gdy zaś tylko przyjedziemy do jakiegoś miasteczka i rozlokujemy się po kwaterach, to zaczynają się u nas, a zwłaszcza w dni postoju, wzajemne odwiedziny w gościnę, a potem razem, jeśli gdzie są, po gospodach, i zaczynają się gry w karty i wzajemne częstowanie się herbatą, ponczem, winem i czym innym. Jednym słowem, przez cały ten pochód spędzaliśmy czas bardzo wesoło, a wiele pomagała w tym i panująca wówczas dobra i całkiem umiarkowana pogoda zimowa.

Zresztą podczas tego marszu miałem sposobność dość się napatrzyć całemu życiu i bytowi Polaków mieszkających w tej części Litwy, czyli prowincji litewskiej, znanej pod nazwą Żmudzi albo Samogitii, przez którą wtedy szliśmy. Wydała mi się ona dość, ale jednak nie nazbyt ładna. Same wsie były niewiele lepsze od naszych ruskich, a i miasteczka, czyli małe miasteczka, niezbyt godne zazdrości i dalece nie tak ładne jak w innych stronach Polski, czego przyczyną było może to, że ten zakątek państwa polskiego był o wiele biedniejszy od innych. Tak czy owak, znajdowało się jednak dość i takich rzeczy, które od razu przyciągały nasz ciekawy wzrok, gdy tylko weszliśmy w granice litewskie.

Kapliczki stojące nieopodal przed wjazdem do każdej wsi od razu dowiodły nam, że znajdujemy się już w ziemiach katolickich.

Kapliczki te robi się u nich prawie takie same, jakie u nas gdzieniegdzie stawiają chłopi przy drogach, by umieszczać w nich ikony: na jednym słupku i z małym daszkiem; różnica tylko ta, że u nich słupy te są wysokie, a nie niskie jak u nas, a i pod daszkiem nie stawia się obrazów, lecz zawsze jest rzeźbiony krucyfiks. Choć katolicy szpecą go w najgłupszy sposób, przyczepiając mu do pasa zasłonkę, przez co każdy taki krucyfiks wygląda nie inaczej jak w spódniczce, co dla nieprzywykłego do takiego widoku wydaje się bardzo brzydkie i wcale nie na miejscu, to jednak przynajmniej to jest dobre i bardzo mi się spodobało, że żaden katolik, a zwłaszcza mieszkaniec tej wsi czy sioła, nigdy nie przejdzie obok takiego słupa, by nie zatrzymać się i przed krucyfiksem, uklęknąwszy i wzniósłszy ręce, nie odmówić krótkiej modlitwy.

Co się tyczy wnętrza domów, to choć znajdowaliśmy w nich mnóstwo wizerunków świętych, to nie malowanych, jak u nas, na deskach, lecz wszystkie drukowane na papierze i pokolorowane rozmaitymi farbami. Takimi obrazkami w każdym domu oblepia się u nich cały przedni kąt, a katolicy oddają im wszystkim zupełnie taką samą cześć, jak my ikonom.

Prócz tego podczas tej podróży zdarzało nam się niejednokrotnie, z ciekawości, bywać i w żydowskich synagogach, czyli domach, gdzie uczą się słowa Bożego, czytają Pismo Święte i odmawiają swoje modlitwy — zamiast świątyni, i które w Piśmie Świętym wspominane są pod nazwą zgromadzeń albo szkół. Nie znajdowaliśmy w nich żadnych ozdób prócz kilku ław do siedzenia i jednego podwyższonego pośrodku budynku, na kształt ambony zrobionego i otoczonego poręczami miejsca do czytania na nim Pisma Świętego; i dlatego nie miały one żadnego podobieństwa do cerkwi, za które też nie są uważane.

Ale o ile widoki te były zdolne, przez swą nowość, nieco nas zabawić, o tyle, przeciwnie, nie spodobały się nam inne rzeczy, które zaczęły od razu rzucać się nam w oczy, gdy tylko weszliśmy do Polski. Były to stojące gdzieniegdzie nieopodal drogi szubienice z wiszącymi na nich powieszonymi ludźmi. Nigdzie, jak myślę, nie wiesza się tylu ludzi co w Polsce. Za drobną kradzież i złodziejstwo złodziej musi już iść na szubienicę, a tracić go w ten sposób może nie tylko każda władza i zwierzchność miejska, ale i sami szlachcice. Obyczaj zaiste bardzo dziwny i ohydny, a co najdziwniejsze, wcale nie spełniający celu, dla którego wszedł w użycie; bo mimo całej surowości tej kary za kradzież złodzieje w państwie wcale nie wyginęli i wciąż było ich wielu.

Tak czy owak, my, z braku przyzwyczajenia, nijak nie mogliśmy bez wewnętrznego dreszczu i odrazy patrzeć na te szubienice, a zwłaszcza z ludźmi powieszonymi na nich dawno i kołyszącymi się na wietrze.

Dalej bardzo zapamiętałem polskie słone polewki rybne, gotowane z ryb; bo gdy w przypadające dni postne wymyśliliśmy kazać gospodarzom naszych kwater gotować nam polewki ze świeżej ryby, wkrótce przekonaliśmy się, że ich polewki zupełnie się dla nas nie nadają, bo mają oni zwyczaj solić je tak mocno i tyle, i przyprawiać tak dużo cebulą i pieprzem, że żadną miarą nie można ich było jeść, i nieraz musieliśmy żałować, żeśmy im powierzali tę sprawę.

Oto wszystko, co zdarzyło mi się wtedy zauważyć podczas naszego marszu przez Polskę; a teraz opowiem wam, drogi przyjacielu, o czym innym i bliżej mnie dotyczącym. Wspomniałem już wam, że idąc w ten sposób w pochodzie, wyszukiwaliśmy i używaliśmy wszelkiego rodzaju zabaw i rozrywek, którymi moglibyśmy przepędzać nudę, zwykle połączoną z takim powolnym pochodem. Spośród tych rozrywek za najważniejszą można było uznać grę w karty, jako najzwyczajniejszą zabawę oficerów. Choć do tego rodzaju rozrywki nigdy nie miałem skłonności ani ochoty, to jednak wtedy panowie nasi oficerowie omal mnie tego pięknego rzemiosła nie nauczyli; bo że wszystkim im było wiadomo, iż chwat ma wtedy pieniążki, zjawiło się mnóstwo pochlebców i przyjaciół, starających się wszelkimi sposobami zwabić mnie w sieci i przyzwyczaić do gry. Jakichże to forteli do tego nie używali! A jednak wszystkimi swoimi fortelami i zmowami nijak nie mogli mnie zachęcić i przyzwyczaić do gier hazardowych, jak kwintycz i bank, które wtedy były najbardziej w użyciu. Wszelako nie uwolniłem się od nich zupełnie; bo gdy zobaczyli, że z tej strony nijak nie dam się oszukać, postanowili zaatakować mnie z innej, słabszej strony. Zauważyli, że mam pewną skłonność do gry w lombra. Gra ta, choć nijak porządnie się na niej nie znałem, nie była mi niemiła i nigdy nie nudziło mnie w nią grać; a to wystarczyło. Niektórzy chwaci, a między innymi i sam mój kapitan, pan Gniewuszew, postarali się od razu mnie do niej przywiązać i doprowadzić do tego, że prawie co wieczór grałem z nimi w nią i po kilka godzin zajmowałem się tą grą. Ale za tę rozrywkę musiałem zapłacić bardzo drogo. Bo choć umyślnie mnie wychwalali, mówiąc, że gram i dobrze, i uważnie, i zręcznie, i choć dla większego zachęcenia mnie starali się umyślnie niekiedy, a zwłaszcza z początku, przegrywać ze mną, to ja za każdym razem zostawałem w końcu w przegranej. Przegrane te były z początku wprawdzie niewielkie, ale gdy potem pomału zaczęły rosnąć i w końcu doszło do tego, że nie mijał wieczór, w którym nie przegrałbym dwóch czy trzech rubli, zaczęło to być wreszcie dla mnie i dotkliwe, i skłoniło mnie pewnego dnia do obliczenia, ile już, grając w ten sposób w różnych razach, przegrałem. Przeraziłem się i wszystkie włosy stanęły mi aż dęba, gdy zobaczyłem, że suma ta przekraczała już czterdzieści rubli. — „E! e! — zawołałem wtedy — ileż to ja już przepuściłem! — i podrapałem się za uszami. — Jeżeli jeszcze tak dalej, to i wszystkich moich pieniędzy na długo nie starczy! Ładnie, doprawdy, to zrobiłem... lepiej być nie może”. — Powiedziawszy to, zacząłem chodzić tam i z powrotem po swojej kwaterze, złościć się na siebie i łajać siebie za swoją nieostrożność.

Ale że było to już za późno i wszystkie takie skruchy i złości na samego siebie nic mi nie pomagały, a pieniążki były już przegrane, i to przegrane bezpowrotnie, to żałując straty, którą sam sobie zadałem, zacząłem wtedy przeklinać i grę, i całą moją do niej ochotę.

„A niech przepadnie, przeklęta! — mówiłem sam do siebie. — Tak to mnie doprowadzi do tego, że całkiem się przegram i zostanę znowu goły jak święty turecki, Bóg z nią i z całą tą zabawą i przyjemnością przy tym. Czyż nie lepiej jej nie mieć, a zostać przy swoich pieniążkach — chyba i na brzuch zdrowiej będzie”.

Jednym słowem, tak mi się wtedy żal zrobiło przegranych pieniędzy, że postanowiłem odtąd już nigdy więcej nie grać i zacząłem już myśleć o tym, jak by mi przyzwoiciej pozbyć się moich towarzyszy i wymówić się od dalszej gry. Ale na szczęście pomógł mi w tym i sam los, bo właśnie wtedy zostałem wysłany przez pułk naprzód do Prus, by odebrać dla pułku prowiant w mieście Gumbinnen, i ta okoliczność sama przez się oderwała mnie od nich i od całej ich gry w kości. Nie potrafię dość opisać, jak żałowali mojego wyjazdu i jak bardzo się martwili, że nasz lombr się urwie i że nie będą mieli z kim grać; ale mnie już co innego było w głowie. Śmiałem się tylko w duchu i mówiłem sam do siebie: „Tak! Pewnie, szkoda, że wam, nieprzyjaciele, nie udało się wyciągnąć mi z kieszeni i ostatnich pieniędzy”.

W ten sposób oddaliłem się wtedy na pewien czas od pułku i jeszcze tego samego dnia wyruszyłem w swoją drogę, a nazajutrz wjechałem już w granice pruskie. Nie potrafię wam teraz, drogi przyjacielu, dość opisać, jak zachwycającą zmianę ujrzałem we wszystkim, wjechawszy w granice królestwa pruskiego. Tak się złożyło, że wszystkie te miejsca, przez które musiałem jechać do Gumbinnen, miały szczęście ocaleć od naszych zeszłorocznych spustoszeń; bo że zostawały daleko na uboczu, nigdy nie docierali do nich nawet nasi kozacy, i dlatego wszystko było całe i wszystko w dawnym stanie. Prócz tego trzeba i to powiedzieć, że były to właśnie te miejsca, które zaledwie trzydzieści lat wcześniej ojciec ówczesnego króla zasiedlił na nowo bawarskimi mieszkańcami, czyli tak zwanymi emigrantami salzburskimi, którzy przez głupotę katolików i jedynie za protestanckie wyznanie swojej wiary zostali wygnani z ojczyzny i musieli szukać sobie schronienia w innych państwach, a zatem i osiedleni zostali tu w porządku i ze wszystkimi wygodami. Jakież wielkie mnóstwo wsi ukazało się wtedy nagle moim oczom! Doprawdy, wszystkie pola były nimi jakby usiane! Nie było miejsca, z którego nie byłoby widać dokoła do dziesięciu wsi. Wsie te były wprawdzie niewielkie, mające całą swoją ziemię dookoła siebie, ale jakież domy, jakie zabudowania i jaki porządek widać było wszędzie! Doprawdy, nie mogliśmy się dość napatrzyć. Każdy chłop miał taki domek, jakiego u nas nie mają i liczni szlachcice, a zwłaszcza z ubogich. Domom ich odpowiadały i wszystkie inne zabudowania: wszystko było schludne, przytulne, wszystko kryte snopkami i wszystko w porządku.

Co zaś się tyczy samych mieszkańców, to nie mogłem się dość nadziwić ich serdeczności, uczynności i życzliwości.

Wszędzie, gdzie tylko zdarzało mi się karmić konie i nocować, przyjmowano mnie i goszczono jakby kogoś z rodziny, i prawie nie zachodziła potrzeba niczego kupować, bo gospodarze starali się nie tylko mnie samego karmić i poić wszystkim, co najlepszego mogło się znaleźć w domu, ale i moich ludzi, i konie zaopatrywali bez pieniędzy. Ale, prawdę mówiąc, wiele pomogło mi przy tym i to, że umiałem z nimi rozmawiać po niemiecku i sam obchodziłem się z nimi serdecznie i uprzejmie. Jednym słowem, ta krótka podróż była dla mnie nie tylko nienudna, ale i tak przyjemna, że po dziś dzień nie mogę jej zapomnieć.

Wreszcie przyjechałem do tego miasta, do którego zostałem wysłany naprzód i w którym nigdy jeszcze nie zdarzyło mi się bywać. Tu zadowolenie moje jeszcze wzrosło, gdy znalazłem i to miasteczko całe porządnie i według planu zbudowane; bo że i ono całe zaledwie trzydzieści lat wcześniej zostało założone, to choć nie było w nim nazbyt bogatych i wspaniałych domów, za to wszędzie panował porządek i wszędzie widać było czystość i schludność. Ulice były wszędzie szerokie i proste; place na skrzyżowaniach przestronne, a domki w większości choć niewielkie, ale piękne, przytulne, wygodne i przeważnie pomalowane rozmaitymi farbami; na głównym zaś placu, pośrodku miasta, znajdował się jeden ogromny i piękny murowany gmach, w którym mieścił się u nich ratusz i inne urzędy, sądy i trybunały. Trzeba bowiem wiedzieć, że całe królestwo pruskie, dla wygodniejszego zbierania dochodów, podzielone było na dwie połowy, a w każdej połowie znajdowała się, dla zbierania tych dochodów i zarządzania nimi, osobna kamera, czyli, na przykład, izba skarbowa, z których jedna była w Królewcu, a druga w tym właśnie miasteczku Gumbinnen, i jej urząd mieścił się we wspomnianym gmachu. Zresztą całe to piękne miasteczko pełne było mnóstwa rzemieślników wszelkiego rodzaju i może uchodzić za najlepsze ze wszystkich małych miasteczek pruskich.

Przeżyłem w nim ponad tydzień, bo wykonawszy powierzone mi polecenie, musiałem czekać na pułk. Ale czas ten spędziłem bez nudy. Kwaterę miałem piękną; gospodarzy serdecznych, którzy starali się mnie nie tylko ugościć, ale, zauważywszy moje zamiłowanie do książek, zaopatrzyli mnie w mnóstwo ich.

To było dla mnie lepsze od wszystkich łakoci i miałem wtedy sposobność oglądać, przebierać, a po części czytać i przeglądać wiele niemieckich książek, a zwłaszcza anatomicznych, pełnych mnóstwa rycin.

Prócz tego podczas mego ówczesnego pobytu w Gumbinnen miałem po raz pierwszy sposobność zobaczyć, jak tka się jedwabne pończochy; bo że ta manufaktura była w moim sąsiedztwie, kilka razy chodziłem tam patrzeć na tę robotę i dziwić się zręcznemu urządzeniu krosna, czyli przyrządu, którego się do tego używa.

Wreszcie nadszedł i nasz pułk, a pobywszy dwa dni w tym mieście dla odebrania prowiantu i wypieku chleba, poszedł dalej. Nasz marsz wiódł z tego miejsca przez pruskie miasteczka Darkehmen, Nordenburg, Sępopol i Bartoszyce, i pochód ten był doprawdy wesoły i przyjemny. Okolice te były dobre i we wszystko obfite. Zatrzymywaliśmy się przeważnie w miasteczkach i miastach, które były już nieporównanie lepsze od polskich, i dlatego dostawaliśmy zawsze dobre i wygodne kwatery; a że w każdym miasteczku znajdowaliśmy i gospody, to one były naszym pierwszym schronieniem. Tu zbieraliśmy się zwykle niemal wszyscy i weseliliśmy się wszystkim, czym komu było miło. Co się zaś tyczy mnie, to choć towarzysze moi starali się znów zwabić mnie do swojej bandy i wznowić dawną grę w lombra, to ja pod różnymi pretekstami jakoś się od nich wykręciłem i nie dałem się oszukać, i rad byłem, że udało mi się w porę opamiętać i ustrzec.

Ze wszystkich wspomnianych pruskich miasteczek i miast żadne nie zapadły mi tak w pamięć i nie spodobały się tak jak Sępopol i Bartoszyce. Oba leżały nad tą samą rzeką Łyną, od której zawróciliśmy minionego lata. Oba, choć dawne i zbudowane nie według planu, były jednak bardzo porządne, mające w sobie piękne i przytulne domki i dobre ratusze, a w ostatnim z nich — dawny zrujnowany zamek. Słowem, wszystkie miejsca, gdzie wtedy mieszkaliśmy, były piękne i przyjemne.

Minąwszy Bartoszyce, weszliśmy znowu w ziemie katolickie. Było to biskupstwo warmińskie, leżące pośrodku królestwa pruskiego i znajdujące się wtedy pod protekcją polską, lecz należące do biskupa warmińskiego, który tu mieszkał i władał nim jak mały udzielny książę, bo był on zarazem i prezydentem całych Prus Polskich. Jego rezydencja była w mieście Lidzbarku, leżącym nad tą samą rzeką Łyną i mającym dość mocny zamek. A że zdarzyło się nam iść właśnie przez to miasto i mieć w nim dzień postoju, to władca tej ziemi, wspomniany biskup, uczynił nam zaszczyt i zaprosił naszego pułkownika wraz ze wszystkimi oficerami jego pułku do siebie na obiad i wydał okazałą i wspaniałą ucztę w swoim pałacu, zbudowanym pośrodku zamku.

Tu miałem sposobność zobaczyć sposób życia małych niemieckich udzielnych książąt, a zarazem i znakomitych duchownych osób katolickich.

Wydał mi się on dość dobry. Żył tu jak mały monarcha: miał u siebie kilku wojskowych, którzy pełnili u niego straż i utrzymywali odwach; miał też armaty i mały dwór, jak to: szambelanów i kamerjunkrów; ale wszystko to w prawdziwej miniaturze wobec wielkich monarchów. Podejmował nas dość wspaniale, a przy piciu zdrowia naszej monarchini dawano salwy armatnie. A po obiedzie oprowadzał nas po wszystkich komnatach swego pałacu i do swojej kaplicy dworskiej, gdzie pokazywał swoje katolickie biskupie szaty i insygnia. Zarówno kościół, jak i sprzęty w nim i ozdoby były dość bogate i wspaniałe, a on sam był człowiekiem bardzo serdecznym i łaskawym. Ale co wydało nam się osobliwe i poniekąd zabawne, to jego mała czapeczka, noszona przez niego na znak jego duchownego i zakonnego stanu. Czapeczka ta była wprawdzie czarna, ale najmniejsza, nie większa niż na dwa wierszoki szeroka i na pół wierszoka wysoka, i przypięta na kształt małej piuski na jego wielkiej upudrowanej peruce, na ciemieniu z tyłu, tak że z przodu nic jej nie było widać. Szaty zaś miał na sobie czarne, a wierzchnią długą i dość okazałą.

Spędziwszy w tym dość porządnym miasteczku prawie dwie doby, ruszyliśmy dalej i szliśmy jeszcze kilka dni przez to biskupstwo, przez należące do niego mało znane miasteczka Dobre Miasto i Olsztyn, a potem weszliśmy znowu do Prus i szliśmy przez nie kilka dni. W tym czasie zdarzyło mi się pewnego razu odbierać furaż dla pułku w jednym pruskim miasteczku, Ostródzie, gdzie mieliśmy dzień postoju. Przy tej okazji nie mogłem się dość nadziwić sprawności pruskiego rządu, bo we wszystkich miejscach, przez które według marszruty mieliśmy iść, zastawaliśmy już wszystko przygotowane. Wszędzie gotowy był nie tylko prowiant i furaż, ale i nawieziono z okolic wszelkie potrzebne zapasy żywności na sprzedaż wojsku. Co się tyczy siana, które miałem odebrać, to nie było potrzeby go ważyć: całe było powiązane w wiązki po dziesięć funtów; wystarczyło więc je tylko odliczać i mogłem w krótkim czasie i niewielkim trudem zakończyć swoje polecenie.

Spędziwszy kilka dni w pochodzie przez Prusy, wyszliśmy wreszcie zupełnie z nich i weszliśmy w granice tak zwanych Prus Polskich, i to tej ich części, gdzie leżały miasta Chełmno, Grudziądz i Toruń. Ziemię tę znaleźliśmy bardzo odmienną od pruskiej: wszyscy mieszkańcy byli znów katolikami i nieporównanie biedniejsi i gorsi od pruskich.

Co zaś się tyczy miast i miasteczek, to były one dość porządne, ale dalece nie tak dobre jak pruskie.

Przechodziliśmy tu przez trzy z nich, mianowicie: Nowe Miasto, Brodnicę i Golub. Pośrodku każdego z nich znajdowaliśmy czworokątny i dość obszerny plac, otoczony zwartą zabudową dość wysokich domów, po części murowanych, a po części półmurowanych, to jest złożonych z poprzeplatanych ze sobą drewnianych słupów i belek, między którymi odstępy wypełnione były cegłą; takich budowli było mnóstwo i w całych Prusach. Nazywają się one u nich fachwerkami, czyli ceglanymi lepiankami, i stanowią pośredni rodzaj budowli między murowanymi a drewnianymi, i są dość ładne i zgrabne. Na samym zaś środku wspomnianych placów stał zawsze ratusz miejski, stanowiący najlepszy budynek w mieście. W dole zaś domów otaczających plac znajdowały się kramy z rozmaitymi towarami. Dalej godne uwagi jest to, że we wszystkich tych miasteczkach, zarówno pruskich, jak i polsko-pruskich, znajdowały się apteki, w których sprzedawano nie tyle lekarstwa, ile wszelkie warzywa i rzeczy do jedzenia.

Zresztą trzeba powiedzieć, że pochód, od wkroczenia do Prus Polskich, stał się dla nas nieporównanie trudniejszy i gorszy niż przedtem, nie tylko dlatego, że drogi były tu nieporównanie gorsze niż w Prusach, ale i z tej przyczyny, że mniej więcej w tym czasie droga zimowa zaczęła się już psuć i nastawały same roztopy, a drogi stały się tak złe, że nie można było po nich jechać ani saniami, ani wozem. Mieliśmy więc wiele trudu i musieliśmy porzucać sanie, a wozy stawiać na koła, sami zaś zamiast sanek jechać znowu na wierzchowcach.

Ponieważ nasz pochód ciągnął się wzdłuż rzeki Drwęcy, a lody na niej już puściły, my zaś co dzień do niej dochodziliśmy, to korzystając z tej sposobności, nierzadko zabawialiśmy się połowem ryb i ryby mieliśmy zawsze dosyć, co w ówczesnym czasie Wielkiego Postu było dla nas bardzo na rękę.

Zresztą, ponieważ podczas samego marszu przypadł u katolików Wielki Tydzień i Wielki Piątek, to jadąc tego właśnie ranka, i to bardzo wcześnie, obok pewnego kościoła katolickiego, miałem sposobność napatrzyć się wszystkiemu, co u katolików dzieje się tego dnia w ich kościołach. Tu po raz pierwszy zobaczyłem, jak się biczują, czyli, nakrywszy głowę, by nikt ich nie poznał, i obnażywszy plecy, chłoszczą sami siebie biczami albo szczególnego rodzaju dyscyplinami, i odprawiają tę rzekomą służbę Bogu z taką żarliwością i gorliwością, a dla siebie samych z taką bezlitosnością, że niektórym krew aż strumieniami ciekła z pleców. Ale o ile widok ten był dla nas odrażający, o tyle dziwny wydawał się inny obyczaj panujący u katolików, mianowicie: zamiast wynoszonej u nas płaszczenicy wynosi się u nich duży rzeźbiony krucyfiks, kładzie się go w kościele na podłodze, i wtedy wszystkie kobiety, a zwłaszcza staruszki, podchodząc i klękając, zawodzą, płaczą i rzucają się nad nim zupełnie tak, jakby nad zmarłym człowiekiem, i zraszają go cały swoimi łzami; czemu wszystkiemu nie mogliśmy się dość napatrzyć.

Z powodu przeszkadzających nam w pochodzie roztopów i największych bezdroży zmitrężyliśmy tak długo, że i swój własny Wielki Tydzień spędziliśmy w drodze.

Dzień naszej Paschy świętowaliśmy w ich miasteczku Golubiu i stawialiśmy umyślnie w tym celu cerkiew pułkową. I ten święty tydzień był dla nas bardzo niewesoły i prawie go nie zaznaliśmy, a zwłaszcza dlatego, że idąc od wspomnianego miasteczka prosto na Toruń, musieliśmy iść przez najpaskudniejsze okolice i mieć kwatery w najbiedniejszych i takich polskich wsiach, w których mieszkańcy ledwie sami mieli swój chleb powszedni i żyli w najnędzniejszym stanie.

Ale nikomu ówczesny czas nie był tak nudny i przykry jak mnie. Przyczyną tego była ta okoliczność, że przez złą drogę, przez ciężar mojego wozu i przez brak dostatecznej paszy dla koni tak wszystkie swoje konie zamęczyłem, że ledwie były w stanie ciągnąć moją kibitkę i w końcu niemal na każdej wiorście stawały. Ale ze wszystkich dni żaden nie był mi tak przykry jak ostatni dzień tego naszego pochodu, czyli ostatni etap ku miastu Toruniowi. Ponieważ jeden z moich koni w kibitce już zupełnie nie ciągnął, musiałem oddać swego wierzchowca, a sam wziąć tego wycieńczonego. Ale to przeklęte bydlę tak mi tego dnia dokuczyło, że doprawdy życiu nie byłem rad z nim: nie szła, przeklęta, i pod wierzchem, a przynajmniej wlokła się tak, że nijak nie mogłem nadążyć za swoimi towarzyszami. Ile bym jej nie smagał nahajem, ile nie okładał nogami, ona była nieczuła i nie chciała ani o włos przyspieszyć swego powolnego kroku, a tylko jeszcze częściej zupełnie stawała; a w końcu, gdy zostały już nie więcej niż trzy wiorsty drogi, ona, przeklęta, stanęła tak, że i z miejsca ruszyć nie chciała. „Cóż ty wyprawiasz? Ach, przeklęta! — mówiłem. — Cóżeś ty mi narobiła?...” Ja „wio! wio!”, ale gdzie tam! Ja się gniewam, złoszczę, biję, łaję, wymyślam, a ona nic nie czuje, tylko popatruje. Cóż było robić? Nie pozostawało nic innego, jak zsiąść, iść pieszo i prowadzić ją za uzdę. Choć nie chciało mi się, musiałem to zrobić i cieszyłem się przynajmniej tym, że choć to cokolwiek pomogło. Ale i ta przyjemność nie trwała długo. Wkrótce, i to bardzo wkrótce, doszło do tego, że ona, przeklęta, i bez jeźdźca stanęła i nie można jej było ruszyć z miejsca. Ja ciągnę ją za uzdę, ja się gniewam, ja się złoszczę, ja „wio, wio! wio!”, ale ona nic sobie z tego nie robiła, tylko mrugała oczami.

„Ach, ty kanalio! — mówiłem. — Cóżeś ty mi wymyśliła! Co ja teraz mam z tobą zrobić?”

Byłem na nią tak zły, że nieraz chwytałem za szpadę, zamierzając ją, przeklętą, zakłuć; ale krótkość pozostałej już drogi, dobroć samego konia i nadzieja, że przyjdzie do siebie — powstrzymywały mnie i nie dopuściły do tego. Wszelako strapienie moje było wtedy ogromne i nie wiedziałem, co mam z nią począć i zrobić, i cieszyłem się przynajmniej tym, że tej mojej biedy i tej mojej napaści nikt nie widział, bo że cały pułk ze wszystkimi taborami odszedł już daleko naprzód, znajdowałem się sam jeden jak palec w szczerym polu i już w zasięgu wzroku miasta Torunia. Ale na szczęście przyszło mi na myśl dać jej odpocząć. Ledwie to wymyśliłem, wybrałem suchy pagóreczek, usiadłem na nim i postanowiłem, gdyby kto pytał, powiedzieć, że rozbolał mnie brzuch; ale na szczęście nikt mnie nie pytał i nie musiałem kłamać ani zmyślać na siebie choroby; a co jeszcze lepsze, trochę później przyszła mi inna myśl, mianowicie: by nakarmić ją chlebem, którego ładna pajda znalazła się akurat przy mnie w sakwie, razem z kawałkiem pieczonego mięsa, a taki zapasowy prowiant zawsze woziliśmy ze sobą. No i dalejże ja ją karmić chlebem i solić go, żeby chętniej jadła, i rad już byłem, że jadła. To i dany jej na jakieś dwie godziny odpoczynek tak jej pomogły, że w końcu była w stanie dowieźć mnie jakoś do miasta. A że miasto to było wtedy kresem naszego pochodu i my, odbywszy w nim dzień postoju, zostaliśmy rozlokowani w jego okolicach na kwaterach kantonalnych, to na tym miejscu zakończę ten list, mówiąc wam, że jestem i tak dalej.

POSTÓJ POD TORUNIEM

List 56


Drogi przyjacielu! O ile wiele znieśliśmy trudów i niepokojów przy końcu naszego ostatniego pochodu, o tyle ucieszyliśmy się, dostawszy, wbrew wszelkim oczekiwaniom i jakby w nagrodę za nasze trudy, bardzo piękne kwatery. Idąc wyżej wspomnianymi złymi i najbiedniejszymi okolicami i wnosząc z góry, że przyjdzie nam stać w takich samych paskudnych i nędznych domostwach i kwaterach, złościliśmy się już Bóg wie jak, że tak bardzo zawiedliśmy się w swojej nadziei — stać na dobrych pruskich kwaterach — i że na sławny Królewiec, stanowiący już od tak dawna najgłówniejszy cel naszych pragnień, nie udało się nam nawet popatrzeć; a stąd każdy łatwo może wywnioskować, jak wielka była nasza radość, gdy wbrew wszelkim naszym oczekiwaniom ujrzeliśmy się w najpiękniejszych i takich kwaterach, które przewyższały wszystkie nasze nadzieje i oczekiwania. Trzeba jednak i to powiedzieć, że nie całemu naszemu pułkowi udało się korzystać z tego szczęścia, a prawie jedynie naszym kompaniom grenadierskim; bo że samemu naszemu sztabowi wyznaczono stać w samym mieście Toruniu i jego przedmieściach, to kompanie grenadierskie, jako pierwsze w pułku, rozlokowano w najbliższej od miasta wsi, a wieś ta okazała się akurat najlepsza i szczególnego rodzaju; nazywała się Górsk, leżała nie dalej niż pięć wiorst od miasta i należała do tak zwanych żuław; a że jest ona godna szczególnej uwagi, wspomnę o niej nieco obszerniej.

Żuławami, zarówno w okolicach Gdańska, Elbląga i Malborka, jak i tutaj, nazywa się wszystkie te osady, które założono na nizinnych miejscach, leżących tuż przy rzece Wiśle i jej rozmaitych odnogach.

Rzecz to wiadoma, że obok Torunia płynie biorąca początek w samym wnętrzu Polski ogromna i szeroka rzeka Wisła, która ciągnie swój bieg od tego miasta obok Chełmna, Grudziądza, a potem, rozdzieliwszy się na dwie odnogi, wpada pod Gdańskiem do morza.

Rzeka ta miała, miejscami po obu stronach, a miejscami po jednej, zwykłe nizinne i zalewowe tereny, ciągnące się od wody do następujących dalej wyniosłych i górzystych brzegów, na nierówną odległość, gdzieniegdzie na jakieś dwie wiorsty, gdzieniegdzie więcej, a gdzie indziej mniej. Te nizinne miejsca w dawności zalewane były zwykłą wiosenną wodą z rzeki i od nanoszonego i pozostającego na nich mułu miały czas tak się użyźnić, że stały się najurodzajniejsze, ale długo leżały odłogiem i rodziły tylko samą trawę; aż z czasem wreszcie, jakimś trafem, przyszło do głowy niektórym przybyszom z krajów niderlandzkich i holenderskich osiedlić się w tych miejscach i odebrać je, że tak powiem, przemocą zuchwałości powodzi i zmusić do wydawania najlepszego urodzaju zboża.

Dokonali tego, sypiąc tuż przy brzegu rzeki i wzdłuż całego brzegu nieprzerwaną, ogromną i bardzo grubą groblę, obsadzoną wierzbami albo łozą, tak wysoką, by żadna wezbrana woda, jakkolwiek by się w rzece nie podnosiła, nie mogła sięgnąć samego jej wierzchu i przelać się przez nią; a takie same groble usypali po obu stronach i wszystkich wpadających z boku do Wisły małych rzeczek. A gdy przez to wszystkie wspomniane tereny zalewowe stały się bezpieczne od powodzi rzeki, osiedlili się na nich w zupełnie odmienny sposób i takimi wsiami, jakich nigdzie indziej nie widywałem, a mianowicie:

Każda wieś ciągnęła się na kilka wiorst wzdłuż, choć nie zawierała znacznej liczby zagród, bo każda zagroda od zagrody oddalona była o jakieś półtora sta sążni, a niekiedy i więcej. Odstępy te zajęte były ich sadami i polami, bo każdy chłop miał całą swoją ziemię dookoła swej zagrody i żył jakby na odludziu. Wszystkie jego pola orne i sady pokopane były mnóstwem rowów i kanałów; a że i orać je, i nawozić mieli blisko, to dawały one taki urodzaj zboża, któremu trzeba się było dziwić.

Co zaś się tyczy samej zabudowy ich zagród, to i ona była zupełnie odmiennego rodzaju. Całe chłopskie zabudowanie mieści się u nich w jednym długim ciągu i pod jednym dachem, i dlatego na pierwszy rzut oka w takiej wsi wydają się one nie chłopskimi zagrodami, lecz ogromnymi karczmami, rozrzuconymi po różnych miejscach, albo, na przykład, jak nasze wielkie suszarnie i stodoły do młócenia. Na jednym końcu tych budynków znajdowało się właściwe mieszkanie gospodarza. Składało się ono zwykle z trzech białych izb: jedna z nich stanowiła dużą i czysto urządzoną izbę, oświetloną trzema czy czterema dużymi oszklonymi oknami i ogrzewaną porządnie piecem kaflowym albo ceglanym; dwie inne izby były z boku i mniejsze, a jedna z nich służyła albo za sypialnię gospodarzowi, albo za spiżarnię, w drugiej zaś, położonej bliżej pieca, mieszkali jego parobkowie i dziewki.

Przed tymi izbami była przestronna sień z przegrodą pośrodku na palenisko i kuchnię; a stamtąd też pali się w obu piecach, znajdujących się w izbach.

Zresztą z sieni tej były trzy wyjścia: jedno na przedni ganek, drugie — na drugą stronę, do jego sadów i ogrodów, a trzecie — prosto do jego stajni, która przylegała tuż do jego sieni i gdzie w stanowiskach stały nie tylko jego konie, ale i krowy, w najlepszym porządku. Za tą stajnią następowały inne chlewy i pomieszczenia dla owiec i innego drobnego bydła, a za nimi przestronna część na wozy i ładunek, wszelką uprząż, a dalej za nią spichrze zbożowe, a na koniec zamykała całość przestronna część przeznaczona na składanie niewymłóconego zboża, która zarazem służyła mu i za stodołę do młócenia, bo tu zwykle zboże w niej składają i młócą. Wszystkie te rozmaite części były jednakowej wysokości i wszystkie kryte jednym porządnym dachem; a ponieważ w takim długim, ciągnącym się niekiedy na dwadzieścia sążni i więcej ciągu tamtejszy chłop może pomieścić się ze wszystkimi swoimi potrzebami, to nie mają oni przeważnie, prócz tego ciągu, żadnych innych budynków pod osobnymi dachami i cała jego zagroda składa się z tego jednego ciągu.

Wszelako żyją oni bardzo bogato i w takim dostatku, w jakim u nas nie żyją niektórzy ubodzy szlachcice. Izby mieszkalne urządzone są u nich czysto, i to do tego stopnia, że wielu ma zegary ścienne; krzesła zaś i porządne stoły i szafy były wszędzie. Odzież noszą wprawdzie chłopską, ale czystą, porządnie uszytą i dobrą, a zwłaszcza kobiety. Jedzą też zawsze dobrze, a co najdziwniejsze, sam chleb jedzą prawie wszyscy pytlowy. Bydła mają dosyć, i to bardzo dobrego, a sady pełne mają wiśni, jabłoni i innych drzew owocowych, i to w ogromnej ilości. Słowem, żyją w ogromnym dostatku, a wielu z nich, zwłaszcza na właściwych żuławach, bliżej Gdańska, ma wielkie, sięgające kilku tysięcy majątki i odgrywa tam ważne role.

Takiego to rodzaju była ta wieś, w której wyznaczono nam nasze wiosenne kwatery kantonalne. Choć była najbiedniejsza ze wszystkich żuławskich, to i tu nie mogliśmy się dość nacieszyć życiem i bytem naszych gospodarzy. Ale że wszystkie pułki rozlokowano wtedy wzdłuż rzeki Wisły i bardzo ciasno, to staliśmy i my niekiedy nieco ciasnawo, i jedynie mój kapitan dostał osobną zagrodę; zresztą my, oficerowie, musieliśmy stać po dwóch i po trzech razem, a żołnierze po całym kapralstwie na jednej kwaterze. Właśnie z tej okoliczności musiałem i ja stać wtedy nie sam, lecz z innymi podporucznikami naszej kompanii, mianowicie z panem Gołowaczowem i panem Baczmanowem, z których pierwszy nazywał się Matwiej Wasiljewicz i był człowiekiem bardzo statecznym, dobrym, zawsze przeze mnie lubianym i moim dobrym przyjacielem; a drugi — Makar Iwanowicz, i był też człowiekiem dobrym i prostodusznym, ale, będąc nowogrodzkim ziemianinem, w wielu rzeczach bardzo śmiesznym i osobliwym.

Tak więc, choć stała z nami w jednym domu z naszymi ludźmi i spora rodzinka, to przy przestronności izby i domu wcale nie było nam ciasno; byliśmy zadowoleni ze swojej kwatery, tym bardziej że gospodarz trafił się nam człowiek dobry, a gospodyni — jeszcze lepsza. Oboje starali się na wyścigi służyć nam, czym tylko mogli, i prawie nie musieliśmy kupować ani dla siebie żywności, ani dla koni paszy, bo gospodarze poczytywali to sobie za ujmę i nie chcieli słyszeć o tym, byśmy kupowali to, co sami mają i czym mogą nam usłużyć. A wiele przyczyniło się do tego i to, że umiałem z nimi, jako z Niemcami, rozmawiać i zawsze sam umiałem ich ująć serdecznością.

W ten sposób staliśmy tu nie tylko w zupełnym dostatku, ale, można powiedzieć, i prawdziwie wesoło.

Nasz kapitan stał od nas tylko o jakieś dwieście sążni, inni oficerowie też niedaleko, i mogliśmy się z nimi widywać bardzo często; a ponad to wszystko i domowe towarzystwo było samo w sobie wesołe. Pan Baczmanow zabawiał nas codziennie swoimi postępkami i dziwnymi powiedzonkami, a nade wszystko nieustannymi kłótniami ze swoim ordynansem Doronią i nowogrodzkimi wyzwiskami. Żartowaliśmy i drwiliśmy z niego jak z dobrego błazna i niekiedy pękaliśmy ze śmiechu, doprowadzając go do gniewu i znów się z nim godząc.

Zresztą ledwie się tu rozlokowaliśmy i na dobre zadomowiliśmy, zachciało mi się pojechać do Torunia i obejrzeć to miasto. Znalazłem je bardzo ładnym i wcale niepodobnym do polskiego, lecz zupełnie niemieckim i bardzo podobnym do naszej Rygi. Zabudowa była w nim cała murowana, zwarta i wysoka; ulice tak samo ciasne i krzywe, a mieszkańcy w większości byli Niemcami, i wielu z nich bardzo zamożnych, mających dobre domy.

Moją pierwszą sprawą po przyjeździe do tego miasta było poszukać, czy nie ma w nim takiej samej księgarni, jaka jest w Rydze, i ku mojemu ogromnemu zadowoleniu znalazłem ją. Była wprawdzie nie tak wielka jak ryska, ale dość porządna, i mogłem godzinę i więcej czasu z ogromną przyjemnością spędzić na przeglądaniu i przebieraniu książek. Gdyby nie przeszkadzała mi ta myśl, że nijak nie mogę się obciążać wieloma książkami, i żeby nie trzeba było znowu ich, jak przedtem, porzucać, to mając wtedy pieniądze, nakupiłbym ich mnóstwo. Ale ile by mi wspomniana okoliczność nie przeszkadzała, nijak nie mogłem rozstać się z nowym niemieckim miesięcznikiem, który wpadł mi wtedy w oczy, wydawanym w Gdańsku pod nazwą „Wiadomości historycznych” o naszej ówczesnej wojnie, ze wszystkimi relacjami, planami i opisami bitew i wszystkiego innego. Cała krew we mnie zawrzała, gdy zobaczyłem tak ciekawe, jak na owe czasy, dzieło. Natychmiast kupiłem wszystkie części, ile ich wtedy wyszło, i rad byłem temu tak, jakbym znalazł jakiś wielki skarb.

Ale nie tylko to sprawiło mi w tej podróży przyjemność w tym mieście, było coś i innego. Gdy po zakupieniu wszystkich potrzebnych rzeczy zdarzyło nam się obiadować tu w gospodzie, to właśnie wtedy, i jakby umyślnie dla zaspokojenia mojej ciekawości, przyszedł tam człowiek ze skrzynką perspektywiczną, w której przez szkło pokazuje się rozmaite perspektywiczne widoki miast, i którą wielu u nas niesłusznie nazywa camera obscura. Tego przyrządu optycznego nigdy jeszcze do tego czasu nie zdarzyło mi się nie tylko widzieć, ale nawet słyszeć, że istnieje na świecie, i — mój Boże — z jaką przyjemnością, radością i ciekawością patrzyłem w niego i zachwycałem się tak żywo i jakby w naturze przedstawiającymi się w nim widokami najsłynniejszych miast świata i najlepszych w nich budowli i ulic.

Słowem, niemal skakałem z radości, mając sposobność zobaczyć je, choćby na papierze, i nabrać o nich pewnego pojęcia.

Nie mogłem się zmęczyć, przeglądając wszystkie jego obrazy i rozpatrując samo urządzenie tej maszyny, która wydała mi się bardzo prosta i zrobiona bez większej sztuki, i z ogromną ochotą zapłaciłem tę niewielką sumę, jaką należało dać pokazującemu nam je i żyjącemu z tego człowiekowi.

Ledwie wróciłem na swoją kwaterę, zabrałem się do kupionych przeze mnie książek i zacząłem od razu je czytać i siedzieć nad nimi dniem i nocą. Treść ich tak mi się spodobała, a cała historia naszej wojny wydała mi się tak ciekawa, że po kilku dniach postanowiłem całą ją przetłumaczyć, aby z jej lektury mogli korzystać i moi towarzysze, i inni oficerowie naszego pułku. Przedsięwzięcie zaiste dziwne i najlekkomyślniejsze! Wcale nie rozważałem, jak wielkiej i wcale niewspółmiernej z moimi siłami sprawy się podejmuję; nie rozważałem, czy starczy mi na to dość czasu i wolnych chwil i czy będzie dość cierpliwości, by przetłumaczyć tak wielkie książki, a wreszcie nie przyszło mi do głowy pomyśleć i o tym, czy warto dla kogokolwiek podejmować tak wielki trud i czy znajdę wielu tak ciekawych czytelników, jakim byłem ja sam. O to wszystko nie dbałem; lecz idąc jedynie za swoją ochotą i właściwą moim ówczesnym latom porywczością i lekkomyślnością, istotnie zabrałem się do tej pracy i kilka dni z rzędu trudziłem się nad tym przekładem niestrudzenie, i to tak, że w krótkim czasie zapisałem kilka zeszytów, i może zapisałbym ich jeszcze więcej, gdyby następująca okoliczność nie umniejszyła we mnie nieco ochoty do tego, a późniejsza zmiana w naszych okolicznościach nie przerwała w końcu i nie unicestwiła zupełnie tej daremnej i pustej pracy. Mianowicie: zapisawszy w wyżej wspomniany sposób kilka zeszytów, zachciało mi się otrzymać za swój trud całą oczekiwaną nagrodę i, dawszy przeczytać mój przekład komuś z moich współtowarzyszy, wziąć udział w tej przyjemności, jaką będą mieli przy jego lekturze. W niewątpliwej nadziei, że tak się stanie, uczyniłem to rzeczywiście i dałem go do skorzystania niektórym z najciekawszych oficerów. Ale wyobraźcie sobie, jak wielka musiała być moja przykrość i oburzenie, gdy zamiast oczekiwanej żądzy czytania nie dostrzegłem w nich niemal najmniejszej ciekawości i ochoty do lektury, i gdy jedni, nie przeczytawszy nawet trzech stron, zaczynali już ziewać, a drudzy nie chcieli go nawet wziąć do ręki, lecz spieszyli chętniej do milszych dla siebie zajęć, to jest do grania w karty, picia ponczów, uganiania się za chłopskimi dziewkami i służącymi, czym najbardziej zajmowali się wtedy wszyscy panowie nasi oficerowie i w czym znajdowali dla siebie najlepszą rozrywkę. Przykro mi było Bóg wie jak: łajałem ich wszystkich w myślach, śmiałem się z ich nieuctwa i z tego, że mieli tak mało ciekawości, i w końcu sam sobie w myślach powiedziałem: „Nie jesteście więc warci, moi panowie, by się dla was tyle trudzić i pracować, a zostańcie lepiej przy swoich durnych zajęciach; a czyż mnie nie lepiej przestać się dla was wygłupiać i przesiadywać całe dni i wieczory dla zadowolenia rzekomej waszej ciekawości, której nigdy w was nie bywało”. Od tego czasu przestałem się tak nad tym przekładem zamęczać jak przedtem, a to samo wstrzymało nieco i moją dawną pracę, to jest przepisywanie na czysto mojego Clevelanda i dalsze jego tłumaczenie; bo i za ten trud nie mogłem się spodziewać lepszej nagrody; a o tym, by mógł on kiedykolwiek zostać wydrukowany — nie można było wtedy nawet pomyśleć.

Tak więc od tego czasu, choć niekiedy tłumaczyłem, to już jedynie dla własnej rozrywki i wtedy, gdy nie miałem nic do roboty i gdy sprzykrzyło mi się już czytanie.

Podczas gdy my w opisany sposób szliśmy z Kurlandii pod Toruń i stali tu na kwaterach kantonalnych, nowy wódz naszej armii myślał o tym, jak by w porę wyruszyć ze swoją armią w dalszy pochód i zdążyć poczynić wszystkie potrzebne do tego przygotowania; trzeba bowiem wiedzieć, że wojna nie chyliła się ku końcowi, lecz z godziny na godzinę rozpalała się coraz bardziej. Sukcesy króla pruskiego minionej jesieni wywołały na wszystkich dworach europejskich wielkie przewroty we wszystkich sprawach i wszystkie okoliczności w wielu rzeczach się zmieniły — czemu nie można się dziwić. Nikt na świecie nie myślał i nie spodziewał się, że wojna minionego lata tak się skończy, jak to wyżej przedstawiono, i wszyscy tylko dziwili się wszystkim wydarzeniom. I doprawdy, w żadnej kampanii, jak myślę, nie było tylu szybkich i nagłych przewrotów od szczęścia do nieszczęścia i od nieszczęścia do szczęścia, jak w tej, która miała miejsce minionego lata. Opatrzność Boża, rozporządzająca po swojemu wszystkimi wydarzeniami wojennymi, czyniła w losach wszystkich wojujących mocarstw bardzo dziwne przewroty: Prusaków to wynosiła na świetny stopień szczęścia, to strącała w otchłań nieszczęść i zła. My, Rosjanie, jak można widzieć z poprzedniego, wygraliśmy z Prusakami bitwę, a wyszliśmy z Prus jak pokonani i rozbici. Francuzi mniemali, że powalili i zupełnie rozbroili księcia Cumberland; ale wieść o tym nie zdążyła jeszcze rozejść się po całej Europie, a już nadeszła wiadomość, że jedna z ich armii została zupełnie rozbita i że książę Cumberland jakby znów ożył. Cesarscy mniemali, że całkiem podbili Śląsk, i łudzili się już nadzieją, że wkrótce ujrzą koniec całej wojny; lecz nagle otrzymują cios za ciosem i tyle nieszczęść, że muszą opuścić cały Śląsk i uciekać z resztkami swoich rozbitych armii z powrotem do Czech.

Taki dziwny przewrót szczęścia i wszystkich okoliczności poraził całą Europę jakby gromem. Wszystkie dwory osłupiały i przez pewien czas nie wiedziały, co począć i czynić. Ale wkrótce zaczęły się nowe zamysły i nowe przedsięwzięcia: wszystkie dwory, tworzące tak zwany wielki sojusz, to jest nasz rosyjski, cesarski, francuski i szwedzki, nie mogły spokojnie znieść takiego niepowodzenia. Pałały gniewem i pragnęły pomścić wszystkie wyrządzone im przykrości i zniewagi, i właśnie dlatego chwyciły znowu za broń i postanowiły dołożyć jeszcze większych wysiłków. Z drugiej zaś strony król pruski, widząc konieczność prowadzenia dalej wojny, ośmielony ostatnimi swoimi sukcesami i łudząc się przez to nadzieją osiągnięcia jeszcze lepszych, zaczął używać wszystkich swoich sił, by postawić się w stanie oporu wobec swoich nieprzyjaciół.

Wskutek wszystkich tych okoliczności ledwie nastała zima, każdy dwór zaczął się na nowo zbroić, i to z jeszcze większą żarliwością niż przedtem.

Choć król pruski jak tylko mógł się wysilał i starał, przy pomocy swoich sprzymierzeńców Anglików, odciągnąć naszą imperatorową od sojuszu z cesarskimi i Francuzami, i choć wielce liczył na swoje tajne zobowiązania i porozumienia z ówczesnym następcą tronu rosyjskiego i na jego pomoc dla siebie we wszystkim, to ministrowie dworu cesarskiego i francuskiego swoimi intrygami i staraniami przemogli wszystkie jego fortele i w wielu rzeczach unicestwili jego zamysły. Udało im się przeciągnąć na swoją stronę naszych ministrów i faworytów imperatorowej i, dowiedziawszy się nieco o wspomnianych wyżej jego tajnych zobowiązaniach z ówczesnym naszym wielkim księciem, doprowadzić w końcu do tej zmiany, że kierujący dotąd wszystkimi sprawami kanclerz Bestużew został obalony, i przez to wszystkim sprawom nadano lepszy obrót, a między innymi i to, że imperatorowa mocno postanowiła prowadzić dalej wojnę wraz z innymi przeciw królowi pruskiemu.

O wspomnianym wyżej tajnym porozumieniu, jakie miał wtedy król pruski z ówczesnym naszym wielkim księciem, krążyły wówczas jedynie niejasne pogłoski, a prawdziwy stan rzeczy był nieznany, dopóki król pruski w późniejszych czasach sam go nie odsłonił, pisząc historię tej wojny. Mówi on, że wspomniany wielki książę, będąc jeszcze księciem holsztyńskim, był bardzo zły na Duńczyków za krzywdy i niesprawiedliwości wyrządzone przez dwór duński jego przodkom i, pałając chęcią pomszczenia się na nich po wstąpieniu na tron, obawiał się, by w ówczesnych okolicznościach szukający wszędzie sprzymierzeńców król pruski nie zaprzyjaźnił się z nimi, i że właśnie to skłoniło go do proszenia króla pruskiego, by w żadnym razie nie zawierał z nimi sojuszu, obiecując za to ze swojej strony wszystkimi swoimi siłami i możliwościami pomagać królowi w ówczesnej wojnie. Co zaś się tyczy Bestużewa, to o ile z początku sam występował przeciw królowi pruskiemu, o tyle sam zaczął trzymać jego stronę, gdy imperatorowa zachorowała, a on, obawiając się jej zgonu, przylgnął do wielkiego księcia jako następcy tronu: i to właśnie było przyczyną, że minionego lata kazał hrabiemu Apraksinowi wrócić z Prus. Ale gdy hrabia Bestużew został obalony i zesłany na wygnanie, a sprawami zaczęli kierować inni ludzie, wszystko poszło inaczej. I dlatego kazano naszym wojskom iść natychmiast z powrotem do królestwa pruskiego i, zająwszy je, iść następnego lata dalej i naciskać króla pruskiego nawet w najgłębszych jego ziemiach brandenburskich; a by wszystko to można było z lepszym powodzeniem urzeczywistnić, nie tylko zebrano na nowo rekrutów dla uzupełnienia armii, ale i utworzono nowy, osobny korpus pod nazwą obserwacyjnego i wysłano go prosto przez Polskę na połączenie z naszą armią.

A że cały składał się przeważnie z najlepszych ludzi, wybranych ze starych pułków ukraińskich, pokładano w nim wielką nadzieję.

Z drugiej strony i cesarzowa czyniła nie mniejsze przygotowania do wojny niż my. Uzupełniła również swoje armie rekrutami, a ponadto miała to szczęście, że mieszkańcy Węgier, z gorliwości ku niej, sami z siebie obiecali dać jej czterdzieści tysięcy wojska i utrzymywać je własnym kosztem. Naczelne dowództwo nad armiami powierzono znowu słynnemu generałowi Daunowi, a druga armia, przeciw Saksonii, znajdowała się pod dowództwem generała Serbellonego, i obu im kazano jak najwcześniej rozpocząć działania wojenne.

Z trzeciej strony szykowała się znowu do operacji wojennych i armia Rzeszy, zebrana z różnych ludów niemieckich, a dowództwo nad nią otrzymał książę Zweibrücken.

Z czwartej nie zaniechali tego samego i Francuzi, i przez całą zimę zajmowali się wszelkimi potrzebnymi przygotowaniami do prowadzenia dalej wojny zarówno przeciw Prusakom, jak i przeciw Anglikom; a że dwór francuski był skrajnie niezadowolony z ostatniego postępku marszałka Richelieu, wiosną odwołano go, a dowództwo nad armią powierzono hrabiemu Clermont.

Wreszcie z piątej strony i Szwedzi czynili podobne przygotowania do wojny. Choć król pruski jak tylko mógł starał się nakłonić ich do odstąpienia od naszego sojuszu, to zręczność ministrów francuskich, którzy mieli wtedy przy dworze szwedzkim wielkie wpływy, przemogła wszystkie jego intrygi i starania i przekonała rząd szwedzki do prowadzenia dalej wojny wraz z nami.

Oto jak liczne i potężne przygotowania czyniono przeciw królowi pruskiemu; ale i on, przeciwnie, nie siedział bezczynnie. Najważniejszym jego staraniem było, by uzupełnić znowu swoją armię i wynagrodzić stratę poniesioną w siedmiu zeszłorocznych bitwach, a nie mniej w lazaretach od zaraźliwych i niemal do zarazy podobnych chorób, od których zmarło mu ogromne mnóstwo ludzi. Ale dokonać tego uzupełnienia nie było mu tak łatwo jak pozostałym sprzymierzeńcom, którzy wszyscy razem mieli ponad 50 milionów ludu, a on nie więcej niż pięć. Lecz ten niedostatek wynagrodził swoim rozumem, przebiegłością i zręcznością. Zdobył sobie dość żołnierzy i pieniędzy i nie tylko uzupełnił swoją armię z nadmiarem, ale jeszcze ją powiększył. Dla pozyskania ludzi zebrał, po pierwsze, rekrutów ze wszystkich ziem saskich, anhalckich i meklemburskich; po drugie, przywrócił do siebie wszystkich zbiegów generalnym przebaczeniem, a po trzecie, przyjął do swojej służby ogromne mnóstwo będących u niego w niewoli Austriaków i Francuzów, Szwedów i Wirtemberczyków, i przez wszystkie te środki pozyskał mnóstwo ludzi.

Co zaś się tyczy pieniędzy, których także mu brakowało, to w tym pomogła mu Anglia. Tam w ministerstwie, na jego szczęście, zaszła zmiana.

Kierujący dotąd wszystkimi sprawami Fox, który doszedł do tego stopnia intrygami księcia Cumberland, musiał dobrowolnie złożyć z siebie tę godność. Na jego miejsce wstąpił słynny Pitt, ojciec obecnego. Ten swoją wymową przekonał od razu cały naród, by goręcej ująć się za królem pruskim i nie tylko dawać mu co roku po cztery miliony talarów, ale ponadto wzmocnić armię hanowerską korpusem Anglików; a do dowodzenia nią wyprosił u króla pruskiego późniejszego sławnego księcia Ferdynanda Brunszwickiego. A ledwie król otrzymał te pieniądze, przerobił je na nową i bardzo lichą monetę, i z czterech milionów zrobił dziesięć, i przez to otrzymał na ten rok dość pieniędzy na prowadzenie dalej wojny.

Na takich to zajęciach spędziły całą zimę wszystkie wojujące mocarstwa, a ledwie nastał ten 1758 rok, niektóre z nich od razu rozpoczęły już i swoje działania wojenne. Początek im dali Francuzi, a raczej dowodzący jeszcze wtedy nimi diuk Richelieu. Chcąc choć trochę naprawić popełniony przez siebie błąd, wysłał markiza d’Argensona z dwunastoma tysiącami ludzi dla zdobycia miasta Halberstadt; a że miasto to nie było zbyt mocno umocnione, garnizon wycofał się do Magdeburga na oczach Francuzów, którzy, zająwszy miasto, dokonali w nim wielkich spustoszeń i obrabowali niemal wszystkich mieszkańców.

Takie przedsięwzięcie Francuzów skłoniło króla pruskiego do wysłania w tę stronę z Saksonii korpusu pod dowództwem swego brata, księcia Henryka, który, przegnawszy Francuzów ku rzece Wezerze, wrócił znowu na swoje miejsce; a gdy właśnie w tym czasie objął dowództwo nad armią hanowerską i książę Ferdynand Brunszwicki, zaczął on gnać Francuzów z godziny na godzinę dalej i dokonał tego z takim powodzeniem, że pod koniec lutego cała armia francuska przeprawiła się już z powrotem przez rzekę Wezerę, a w marcu przeszła nawet z powrotem przez sam Ren, straciwszy tak wielu ludzi, że nie zostało w niej więcej niż 30 000 ludzi.

W takich to okolicznościach znajdowały się sprawy w Europie w tym czasie, gdy my w wyżej opisany sposób staliśmy nad rzeką Wisłą i szykowaliśmy się iść w pochód dalej na nieprzyjaciela. A gdy mniej więcej w tym czasie nadeszła wiadomość, że król zamierza oblegać śląską twierdzę Świdnicę, która jedna tylko pozostawała we władzy cesarskich, to dla dokonania mu dywersji nasz nowy wódz zaczął przyspieszać wszystkie pozostałe przygotowania do pochodu; a że wiosna zaczynała już wtedy zupełnie się otwierać i pokazywała się pasza, to raz po raz otrzymywaliśmy rozkazy, by być gotowymi do pochodu, i z godziny na godzinę oczekiwaliśmy, że każą nam wyruszać. Ale właśnie w tym czasie, wbrew wszelkim nadziejom i oczekiwaniom, ucieszyła nas bezgranicznie pewna wiadomość.

Jaka ona była, o to teraz mnie nie pytajcie. Zobaczycie to w następnym liście, a obecny, jako że dość się rozrósł, czas już zakończyć i powiedzieć wam, że jestem i tak dalej.

POCHÓD DO KRÓLEWCA

List 57


Drogi przyjacielu! Ponieważ jesteście, jak mniemam, bardzo ciekawi dowiedzieć się, cóż to była za wiadomość, która nas tak bardzo ucieszyła, zacznę obecny mój list od zaspokojenia tej waszej ciekawości i powiem, że była ona następująca.

Gdy w opisany sposób zbieraliśmy się w pochód i co dzień oczekiwaliśmy rozkazu wymarszu i przeprawy przez rzekę Wisłę, zajechał do nas z Torunia jeden z naszych oficerów i przyjaciół, który jeździł tam w swoich sprawach. Ledwie wszedł do nas do izby, z wesołą miną powiedział nam:

— Czy wiecie, moi panowie, że przywiozłem wam nowe wieści, i to wieści — dla nas bardzo ważne!

— Dobrze — odpowiedzieliśmy. — Ale jakież to wieści? Ze złymi lepiej byś do nas nie jeździł.

— Nie — powiedział — jak się wam wydadzą, a dla mnie nie są złe. Słowem, kazano nam iść w pochód i pojutrze mamy wyruszyć.

— No, cóż to za dziwo! — powiedzieliśmy. — Na to od dawna czekaliśmy i gotowi jesteśmy choćby jutro wyruszyć.

— Ach, wy tacy owacy — podchwycił — zapytajcie lepiej — dokąd?

— To też rzecz wiadoma, że za rzekę i na nieprzyjaciela — odpowiedzieliśmy z zimną krwią.

— No, tego właśnie nie zgadliście — powiedział.

— Jak to! Czyżby znowu z powrotem i do domu? — zapytaliśmy zdziwieni.

— Nie! — powiedział. — Nie do domu, ale i nie na nieprzyjaciela, tam i bez nas się obejdzie.

Te słowa wzbudziły w nas już wielką ciekawość.

— Ale dokąd? — mówiliśmy. — Powiedz, bracie, prosimy.

— Nie! — mówił. — A niech no który się wysili i sam zgadnie, a ja powiem tylko tyle, że i wy ucieszycie się z tego tak samo jak ja.

Wtedy nie mieliśmy już cierpliwości i dopóty nalegaliśmy z prośbami na niego, który nas dręczył i nie chciał powiedzieć, aż wreszcie powiedział:

— Do Królewca, moi panowie, tam, gdzie wszyscy od dawna chcieliśmy się znaleźć.

— Czyżby naprawdę? — zawołaliśmy wszyscy jednym głosem. — Ale czy to możliwe?

— Oczywiście, że możliwe — odpowiedział — i wiadomo, że „lzia” {Można, wolno, nie zabroniono; u nas tylko z przeczeniem — „nielzia”, czyli nie wolno.}, skoro już i rozkaz o tym naszemu pułkownikowi przysłano.

— Zmiłuj się! Jakże to i w jaki sposób? Królewiec został już przecież daleko za nami.

— Oczywiście! — odparł. — Ale w tym właśnie cała osobliwość! A mimo to mamy iść tam z pułkiem i, co jeszcze lepsze, mieszkać tam przez całe tegoroczne lato i nic więcej nie robić, jak tylko pełnić warty.

Łatwo możecie teraz pojąć, że ucieszyło nas to nad wyraz; bo choć chętnie szliśmy w pochód przeciw nieprzyjacielowi, to jednak wiedzieliśmy, że nieprzyjaciel nie żartuje i że w pochodzie przeciw niemu nie zawsze bywa wesoło, a niekiedy i całkiem źle, a do tego nikt nie mógł wiedzieć na pewno, czy wróci z pochodu szczęśliwie, czy też nie zostanie tam na zawsze; więc choćbyśmy mieli nie wiem ile gorliwości i zapału do służby wojskowej, to komuż życie nie jest miłe i któż nie chciałby nacieszyć się nim jeszcze choć jeden rok? Dlatego któż by się nie uradował, usłyszawszy, że na całe lato zostaje uwolniony nie tylko od wszelkich niebezpieczeństw wojennych, lecz także od wszelkich trudów i niepokojów związanych z pochodem, i któż nie dziękowałby za to Bogu i swemu losowi?

I rzeczywiście tak się z tego cieszyliśmy, że nieraz powtarzaliśmy: „Chwała, chwała Bogu!” i dziękowaliśmy losowi, że wyświadczył nam takie dobrodziejstwo i dał nam taką przewagę nad wieloma innymi. Z ogromną ochotą błogosławiliśmy na drogę wszystkim pozostałym pułkom, które nas mijały, i życzyliśmy im, by w swym pochodzie zdobyły sławę i zaznały wszelkiej pomyślności, sami zaś ani myśleliśmy żałować, że nie dostąpimy szczęścia bycia z nimi w bitwach i dzielenia z nimi sławy odnoszonych przez nie zwycięstw.

Ale nikt w całym pułku, jak sądzę, nie ucieszył się tą wieścią tak bardzo jak ja. Wszyscy inni cieszyli się głównie dlatego, że nie pójdą w pochód, lecz będą stać w jednym miejscu, w spokoju, mieć dobre kwatery i mieszkać w zasobnym mieście, w którym będą mieli sposobność oddawać się wszelkim zbytkom i rozpuście; moja zaś radość płynęła z zupełnie innego źródła. Na ile miło mi było, że nie pójdę w pochód i nie będę narażony na niebezpieczeństwa, lecz zamieszkam w jednym miejscu, na tyle albo i nieporównanie bardziej cieszyłem się z tego, że całe lato przeżyję w wielkim i sławnym cudzoziemskim, niemieckim mieście, o którym nasłuchałem się nie wiem ile dobrego i które pełne jest ludzi uczonych, bibliotek i księgarń. Umiejąc mówić po niemiecku, łudziłem się nadzieją, że będę mógł zawrzeć znajomość z wieloma tamtejszymi mieszkańcami i że będzie mi tam bardzo wesoło, a nie nudno; że będę mógł napatrzeć się wielu rzeczy, jakich nie widywałem, a książek nakupić sobie, ile dusza zapragnie. Słowem, już zawczasu upajałem się tymi myślami, wyobrażałem sobie nie wiem ile przyjemności i nikt, jak sądzę, nie wybierał się w tę drogę z taką ochotą jak ja.

Rozkaz wymarszu w ten pochód rzeczywiście otrzymaliśmy już nazajutrz, a trzeciego dnia wyruszyliśmy.

Rozstając się z tamtejszymi gospodarzami, nie mogliśmy się im dość nadziękować za wszystkie okazane nam uprzejmości i życzliwość i życzyliśmy im szczęśliwego dalszego pomyślnego żywota; a ponieważ i oni byli z nas zadowoleni, odprowadzali nas, życząc nam szczęśliwej podróży.

Szliśmy tymi samymi miejscami, którymi szliśmy przedtem, aż do biskupstwa warmińskiego i do jego stołecznego miasta Lidzbarka (Heilsberga) {W Prusach Wschodnich, nad rzeką Łyną (Alle).}, a stamtąd skręciliśmy już w lewo i poszliśmy prostą drogą ku Królewcowi; a ponieważ była to wtedy najpiękniejsza, najwcześniejsza wiosenna pora i stała dobra pogoda, mogę powiedzieć, że ze wszystkich pochodów, w jakich zdarzyło mi się w życiu bywać, ten był najweselszy i najprzyjemniejszy. Szliśmy sobie bez pośpiechu i niespiesznie, marsze odbywaliśmy krótkie, zatrzymywaliśmy się zawsze w miasteczkach, a nie w obozach, i we wszystkim mieliśmy zadowolenie. Pułk w marszu prowadzili sami tylko dyżurni, a my wszyscy, pozostali oficerowie, jechaliśmy wierzchem i nie przy piechocie, lecz gdzie kto chciał, zwykle gromadkami i kompaniami po kilku razem, a czas w drodze spędzaliśmy na samych żartach, śmiechach i przyjacielskich rozmowach. A podczas noclegów czy dni odpoczynku w polskich miasteczkach albo pruskich miastach — na przechadzkach po nich w kompaniach, na wzajemnych odwiedzinach w kwaterach, na wstępowaniu do gospód i zabawianiu się w nich żartami, grami i tym podobnymi.

Zresztą nie pamiętam, by w ciągu tego pochodu przydarzyła mi się jakaś szczególna przygoda godna odnotowania, prócz jednej, nic nieznaczącej i dotyczącej pewnego śmiesznego figla, jakiego spłataliśmy wspominanemu już wcześniej mojemu towarzyszowi, podporucznikowi Baczmanowowi; a ponieważ ja byłem głównym prowodyrem całej tej psoty, opowiem wam o nim jedynie dla śmiechu.

Wspominałem wam już wcześniej, że człowiek ten, choć bardzo dobry i przez nas wszystkich lubiany, miał jednak całkiem osobliwy charakter, który kazał nam niekiedy płatać mu figle i śmiać się z niego. Będąc nowogrodzianinem, był kapryśny, uparty i nie lubił żartów ani drwin ze swojej osoby. Ledwie ktoś choćby dla żartu zaczął się z niego śmiać i dowcipkować, zaraz się złościł i podnosił straszny krzyk; a to, jak wiadomo, w pułkach daje już powód, a niemal i prawo, każdemu, by z niego pokpiwać i dworować. Na domiar nieszczęścia, przywykły do gwary nowogrodzkiej, nie mógł on nawet w służbie odzwyczaić się od niej i od wymawiania wielu słów na „o”, „po”, „ko” i całkiem nie tak, jak mówią inni; a to nieraz dawało powód do żartów z niego, a ponadto cała jego postać, usposobienie i charakter miały w sobie coś śmiesznego i osobliwego.

Na dalsze zaś pomnożenie jego nieszczęścia zesłał mu Bóg i pachołka niemal dokładnie takiego samego jak on sam. Był to chłopak dobry, ale jakiś prostoduszny i miał w sobie wiele śmiesznego.

Z tym swoim Doronią (bo tak go nazywał, jak już wspominałem) miał niemal codziennie kłótnię i zgodę {Pojednanie.}. A podczas naszego wspólnego postoju nie było dnia, w którym byśmy się z niego nie zaśmiewali; a że i nazwisko jego, Baczmanow, bardzo przypominało słowo „baczan”, którym nazywa się ów szczególny rodzaj czapli czy bocianów, co wiją gniazda na domach, a nieraz na kominach, i tak jak bociany żywią się wszelkim płazem i żabami, nazywaliśmy go zwykle Baczanem, do czego i jego wysoki, chudy i przygarbiony wzrost, i długie nogi poniekąd pasowały; on zaś tak do tego miana przywykł, że prawie już się nie gniewał, gdy ktoś nazwał go Baczanem. {Inne nazwy baczana — busieł, czernoguz, batian, bocian, czapla.}

Właśnie to przezwisko dało nam powód do spłatania mu tego figla, o którym zamierzam opowiedzieć. Było to jeszcze w czasie naszego postoju na kwaterach, jakieś sześć dni przed wymarszem w pochód, gdy zdarzyło mi się z nim i z innym naszym towarzyszem wyjść rano na przechadzkę po sadach i tu i ówdzie po niewielkich gajach, leżących pomiędzy zagrodami naszej wsi. Wtedy, jak na złość, w lasku niedaleko od nas zaczęła kukać kukułka. My z panem Gołowaczowem, usłyszawszy ją, ucieszyliśmy się i mówiliśmy:

— O, o, i kukułki już przyleciały!

Ale pan Baczmanow, zamiast cieszyć się z nami, nagle się rozzłościł i zaczął obrzucać kukułkę wszelkimi swymi nowogrodzkimi przekleństwami.

— Tfu, przeklęta — mówił, co chwila spluwając — niech cię diabli wezmą, wyklęta! Niech cię licho udusi! Na twoją własną głowę! — i tak dalej.

Usłyszawszy to, pokładaliśmy się ze śmiechu.

— Cóż to, bracie Makarze — mówiliśmy — za co tak się gniewasz na kukułkę? Cóż ona ci zrobiła?

— Jak to, bracia, co — odrzekł — wykukała mnie, przeklęta, na czczo, i wiem już teraz na pewno, że tego roku nie przeżyję. O, żeby ją ciężka choroba wzięła i żeby ją, przeklętą, wszyscy diabli zadusili.

— Tak, tak! — rzekliśmy, śmiejąc się jeszcze bardziej. — Teraz żegnaj, bracie Makarze! Nie ujdziesz już z głową! Skoro kukułka przepowiedziała, to już widać tak być musi i przychodzi ci rozstać się ze światem.

Jakkolwiek prosty był nasz Makar, spostrzegł jednak, że z niego dworujemy, i wtedy nagle, zamiast na kukułkę, cały jego słuszny gniew zwrócił się na nas, a tym samym dał nam znowu do ręki broń przeciw sobie — dręczyć go i doprowadzać do szału naszymi drwinami; i ta kukułka przez cały ten dzień tak mu dopiekła, że w końcu nie był rad własnemu życiu i przeklinał i nas, i siebie, i swoją chęć do przechadzek.

Na tym jednak sprawa się nie skończyła. Spostrzegłszy, że tą kukułką najprędzej można go rozjuszyć {Rozzłościć, rozgniewać.} i wyprowadzić z równowagi, do czego zawsze dążyliśmy, uradowani tym, poszliśmy dalej, a mnie podkusiło jeszcze ułożyć na tę okazję śmieszną piosenkę, taką, która w mig mogłaby go rozjuszyć. Przyznaję, że była to istna swawola i nakłoniło mnie do niej nic innego, jak z jednej strony młodość i lekkomyślność, a z drugiej — namowa mojego kapitana, bo ten, żartując sobie z niego tak samo jak my, ledwie usłyszał o owym wykukaniu przez kukułkę i o wszystkim, zaraz mi powiedział:

— Ech, bracie! Ułożyć by o tym piosenkę, to by dopiero był śmiech i psoty! Zaśpiewalibyśmy ją nagle wszyscy, a skoro on tak kukułki nie cierpi, to zobaczysz, co by wtedy było.

To wystarczyło, by obudzić we mnie chęć spróbowania, czy nie potrafię ułożyć piosenki na jakiś znany głos {Na melodię.}; a ponieważ głos starej i wszystkim znanej pieśni „Gdzieś w maleńkim lasku przy strumieniach rzeczki” znany mi był lepiej niż wszystkie inne, a i sam rodzaj tej pieśni wydawał się do tego najstosowniejszy, zacząłem zaraz wymyślać słowa i pierwszy raz w życiu układać wiersze i rymy.

Nad tą pracą, w tajemnicy przed naszym przyjacielem, spędziłem nie więcej niż dwa dni i miałem tak dobre powodzenie, że piosenka moja i kapitanowi, i wszystkim innym nadzwyczaj się spodobała, i wszyscy postanowili zaraz nauczyć się jej na pamięć, a gdy już będziemy ją umieć, otoczyć go gdzieś kołem tak, by nie mógł się wyrwać, i zaśpiewać ją wszyscy jednym głosem. Zrobiono więc z niej od razu wiele odpisów, a ponieważ na dalsze działania nie było już wtedy czasu, postanowiliśmy dokonać tego podczas marszu do Królewca. I tak też uczyniliśmy w pochodzie; bo gdy jechaliśmy wszyscy wierzchem gromadami, około dziesięciu z nas, nauczywszy się tej pieśni i zmówiwszy się jeszcze z kilkoma, otoczyło go pewnego razu na koniach tak, że ze środka nie mógł nigdzie odjechać, i nagle wszyscy zaintonowali naszą piosenkę, która brzmiała następująco:

Na zielonej łące tam
Żabka przysiadła,

Na wysokim dębie zaś
Kukułka wołała:
Oto Baczan tutaj mknie,
A Doronia tam już biegnie.
— Cóż ty robisz tutaj, cóż?
Czyż się ich nie boisz?

Gdy tu Baczan przyleci,
Ciebie zobaczy,
A Doronia przybieży,
W mig cię zgładzi;
On wszak łasy na was jest,
On i nas za to łaje,
Że głodnego jego
Myśmy wykukały.

Tymczasem zaczął Baczan
Naprawdę się zniżać.
Zachciało mu się
Z druhem zobaczyć.
Zniżył się i zaraz siadł,
A Doroniuszka zaśpiewał:
— Czy nie chcesz, Baczanie,
Czegoś przekąsić?

— Jeśli coś jest, to dawaj,
Uprzedź kukułkę,
Jeśli nie, to pobiegaj,
Złap mi żabkę.
Tam przy bagnie oto siedzi,
Prosto na cię patrzy.
Pobiegnij że prędzej,
Żeby nie umknęła.

Gdy Doronia pobiegł
Łowić tam żabkę,
Baczan wtedy zawołał,
Ujrzawszy kukułkę:
— Ach, Doroniuszko, mój Druhu,
Chwytaj prędzej w mig,
Żeby kukułka na dębie
Nie zakukała!

Przelękła się na łące
Siedząca żabka,
Zawołała na dębie
Zaraz i kukułka;
A Doronia upadł,
A choć potem i wstał,
To żabka już dawno
Umknęła do wody.

Rozgniewał się nasz Baczan
Na swego Doronię,
W mig rzucił się za nim,
Krzycząc, w pogoń:
— O, przeklęty synu, durniu,
Bałwanie, bestio, prostaku!
Obyś przepadł do szczętu
Razem ze swą zręcznością.

Cóż mam robić, co począć
W końcu z tobą?
Cóżeś ty mi teraz,
Durniu, uczynił?
I żabkę wypuściłeś,
I mnie nie nakarmiłeś,
A przeklęta tam oto
Jeszcze zakukała.

Teraz będę musiał ja
W tym roku zginąć
I krewnych na świecie wszystkich
I przyjaciół porzucić.
A wszystkie biedy od ciebie;
Sam siebie zgubiłem,
Żem kazał durniowi
Tę rzecz uczynić.

Lecz czy tylko to jedno
Mi zepsułeś,
Czyż nie biedę za biedą
Co dzień mi sprawiałeś?
Przez ciebie, bałwanie, durniu,
Tak już zubożałem,
Że przyszło mi już
Przepaść razem z tobą.

Roztrwoniłeś me dobro
Prawie bez reszty,
Pamiętasz, jakeś zgubił
Grzebień i koszulę?
Gdy ci dam gomzelę*,
Sam wtedy zobaczysz,
Że ja naprawdę z tobą
Żartować nie zamierzam.

Durniu, wiesz przecież, że ja
Chłop niebogaty;
Wszy już mnie zjadły całego,
O, głupcze przeklęty!
A tyś grzebień zgubił,
Bez którego już przepadłem.
Ach ty, biedny Baczanie,
Gdzie się masz podziać?


* Gamza, gamzula, gomza — sakiewka, pieniądze. Tu w przenośni — „dam ci w pysk, dam ci po karku”. Zarówno te słowa, jak i pozostałe przekleństwa, powiedzonka, wymówki i mowy były dokładnie takie, jakich pan Baczmanow używał niemal codziennie, kłócąc się ze swym pachołkiem Doronią.

Oto jakimi bzdurami wypełniona była ta piosenka.

Osądźcie teraz sami, jak było panu Baczmanowowi, gdy usłyszawszy ją, domyślił się, że ułożona jest umyślnie na niego i że płatamy mu figla. Rozwścieczył się aż do utraty przytomności i najpierw zaczął nas wszystkich łajać bez żadnej litości, a potem jak szalony rzucać się na nas, a zwłaszcza na mnie, smagać nahajką i usiłować wyrwać się z naszego koła i odjechać. Ale my chwyciliśmy się wszyscy za ręce i utworzyliśmy tak mocne koło, że aż do samego końca pieśni żadną miarą nie mógł odjechać. Mój Boże! Ileż zniesionych wtedy od niego wyzwisk, ileż obelg, i ileż było śmiechu i chichotu! W końcu wyrwał się nam i pognał, ale dokądże? Prosto do pułkownika, by się na nas skarżyć i domagać się sprawiedliwości. Ale wynikła z tego tylko nowa komedia. My, przewidując to, postaraliśmy się zawczasu zapobiec wszelkim przykrym dla nas następstwom, jakie mogły z tego wyniknąć. Wciągnęliśmy do spisku i do naszej szajki samego pana Zellera, owego ulubieńca i faworyta pułkownika, który służył mu za tłumacza. A ponieważ sam był wspólnikiem tego żartu, mieliśmy nadzieję, że przedstawi pułkownikowi całą sprawę od dobrej strony, i tak też się stało. Pan Baczmanow, przygalopowawszy do pułkownika, zaczął w zapale {W pośpiechu.} wnosić przed nim tysiąc skarg na nas. Ale ten, nie rozumiejąc ani słowa po rosyjsku ani tego, co tamten mu mówi, pytał tylko:

— Was ist das? {Niem.: co to jest?} Was ist das?

A ponieważ nikt nie mógł mu tego wytłumaczyć, odszukano pana Zellera, a ten opowiedział mu całą sprawę od tak śmiesznej i żartobliwej strony, że pułkownik sam zanosił się od śmiechu i tylko, śmiejąc się, mówił do Baczmanowa:

— No, cóż? Dobrze... baczan... kukułk... żabk... śpiewać... pieśń... nic... śmiech... — I tak dalej.

Słowem, nasz pan Baczmanow nie zdołał niczego od niego uzyskać i sprawił tylko tyle, że cały pułk się o tym dowiedział, i kto tylko żyw, wszyscy zaczęli się śmiać, drażnić go i złościć kukułką. A gdy w końcu doszło do tego, że nawet sami żołnierze, dowiedziawszy się po części o tym i niekiedy ujrzawszy go, zaczynali albo kukać, albo rozmawiać między sobą o żabce, biednemu naszemu Makarowi nigdzie nie stało już życia i doprowadzony został wreszcie do tego, że postanowił prosić o przeniesienie do innego pułku i uciec z naszego pułku, i niemało trudu kosztowało nas, by go przekonać i znowu uspokoić.

Nie tylko jednak tę jedną, lecz i wiele innych psot płataliśmy mu podczas tego pochodu; ponieważ jednak nie warto o nich wspominać, jako że brały się jedynie z naszej lekkomyślności i swawoli, przemilczę je i powiem tylko, że człowiek ten zabawiał nas wszystkich przez cały czas naszej podróży i rzadko który dzień mijał, byśmy czegoś przeciw niemu nie przedsięwzięli i, rozzłościwszy go do ostateczności, znów {Ponownie, raz jeszcze.} się z nim nie godzili.

Pamiętam zresztą i to, że nigdy nie łowiłem tyle ryb kakulą, ile podczas tego pochodu.

Wszędzie, gdzie tylko przychodziliśmy na nocleg, znajdowaliśmy albo rzeczki, albo jeziora; a ponieważ kakul mieliśmy mnóstwo, nie przepuszczaliśmy niemal żadnej okazji, by zabawić się tym połowem.

We wspomnianym wcześniej stołecznym mieście Warmii, Lidzbarku (Heilsbergu), zdarzyło nam się nie tylko mieć dzień odpoczynku, ale i dla załatwienia pewnych potrzeb pozostać całe dwa dni. W tym czasie byliśmy znowu z pułkownikiem u biskupa, a ten mały władca znów starał się nas ugościć i czas spędziliśmy wesoło. Zdarzyło mi się tym razem kwaterować u jednego z jego dworzan, pełniącego urząd kamerjunkra czy szambelana, który jednak niewiele różnił się od innych mieszczan, a z uprzejmości tak gospodarza, jak i gospodyni byłem bardzo zadowolony.

Kilka dni potem, nie zaznawszy w drodze żadnych szczególnych przygód, dotarliśmy wreszcie do naszego sławnego Królewca i tym samym szczęśliwie zakończyliśmy ten nasz pochód.

Tym zakończę ten list, mówiąc wam, że jestem waszym przyjacielem, i tak dalej.

WEJŚCIE DO KRÓLEWCA

List 58


Drogi przyjacielu! Ponieważ z naszym przybyciem do Królewca rozpoczął się nowy i szczególnie pamiętny okres mojego życia, niechże mi będzie wolno, drogi przyjacielu, nim opiszę mój pobyt w tym mieście, poprzedzić go pewnym krótkim rozważaniem o sobie.

Ilekroć rozmyślam o biegu mego życia i o wszystkich zdarzeniach, jakie mnie spotkały, dostrzegam w nim wiele śladów szczególnej Opatrzności Bożej nade mną i widzę dziś bardzo jasno, że i najważniejszymi wydarzeniami mego życia nie inaczej, jak tylko niewidzialna ręka Pańska kierowała i rozrządzała tak, by, jeśli nie od razu, to później obróciły się one ku mojemu istotnemu pożytkowi. Ale żadne z nich nie uderza mnie w takich rozważaniach tak bardzo, jak owo zupełnie niespodziewane przybycie do Królewca i pobyt w tym mieście; wypłynęły mi bowiem z tego niezliczone korzyści i pożytki, i widzę teraz, że nie ślepy traf sprawił, iż przybyłem wtedy do Królewca, lecz Opatrzności Pańskiej podobało się, jakby umyślnie, przywieść mnie do tego pruskiego miasta, abym, mieszkając tu, miał sposobność poznać samego siebie, a krótko mówiąc — wszystko na świecie, i mógł przez to przygotować się do tego pokojowego, spokojnego i szczęśliwego życia, jakim Niebu spodobało się pobłogosławić mnie w czasach późniejszych; za co dziękuję i nigdy nie przestanę dziękować wielkiemu memu Stwórcy. On, nie stworzywszy mnie wcale do życia wojskowego, nie zechciał, bym dłużej wlókł życie bezczynne, takie, w którym nie tylko mogłem być narażony na niebezpieczeństwa w każdej chwili, ale żyjąc w towarzystwie nieuków, próżniaków i ludzi oddanych przeważnie wszelkiej rozpuście, łatwo mogłem i sam zarazić się tym jadem i przez to zaszkodzić sobie na całe życie; lecz wyrwawszy mnie spośród nich, umieścił mnie w takim miejscu, które było już bardziej zgodne z moimi przyrodzonymi skłonnościami i gdzie miałem więcej sposobności i dogodności do zajmowania się sprawami i zajęciami pożyteczniejszymi niż te, na jakich zwykle spędzają czas oficerowie w pułkach.

Ale na ile widoczne stało się to wszystko dla mnie później, na tyle mało wiedziałem o tym wszystkim w owym czasie; dlatego moje przybycie do Królewca uważałem wtedy nie inaczej, jak za dzieło ślepego trafu, i nie myślałem, by mogło mnie spotkać coś szczególnego; a to, że właśnie ten pochód będzie ostatnim w moim życiu i że z przybyciem do tego miasta los przeznaczył niemal zakończyć całą moją służbę wojskową — tego nie tylko mnie, ale i nikomu nie mogło wtedy przyjść do głowy, jako że nie było wtedy ku temu najmniejszego prawdopodobieństwa.

Mimo to, odczuwając niezwykłą radość z tego, że idziemy do Królewca, jakbym przeczuwał, że spotka mnie tu coś dobrego; mogę bowiem powiedzieć, że choć wszyscy byli zadowoleni z tego pochodu, moje zadowolenie było z niczyim nieporównywalne, a zwłaszcza w chwili, gdy przybliżywszy się do tego miasta, ujrzeliśmy czerwieniejące już w oddali dachy jego domów i wznoszące się ponad nimi okazałe i majestatyczne wieże i wysokie dzwonnice znajdujących się w nim kościołów. Nienasyconym okiem i z jakimś zachwytem patrzyłem na to rozległe, na wyniosłym miejscu położone miasto, które od strony, z której szliśmy, przedstawiało widok niezwykle okazały i piękny, i uważałem je jakby za jakąś siedzibę szczęścia i za takie miejsce, gdzie będziemy mieć niezliczone uciechy i przyjemności, i już zawczasu się do nich szykowałem.

Ale wrócę do porządku mojej opowieści i zacznę teraz opowiadać wam po kolei wszystko, co mnie tu spotkało.

Było to na samym początku wiosny, pod koniec kwietnia, gdy dotarliśmy do tego stołecznego pruskiego miasta. Po zbliżeniu się do niego kazano nam zatrzymać się i przybrać się jak najlepiej i najczyściej, by wkroczyć doń ceremonialnie.

Staraliśmy się o to z osobliwą gorliwością; a ponieważ każdy chciał pokazać się z jak najkorzystniejszej strony, nie zaniedbano niczego, co tylko mogło służyć ku najlepszej ozdobie. Cała nasza broń była wyczyszczona do połysku jak szkło; bieliznę włożyliśmy najczystszą, a mundury najlepsze. Nie mogę bez śmiechu wspomnieć, jak prześcigaliśmy się w tym jeden przed drugim, jak się pyszniliśmy i z jak dumnym i wyniosłym krokiem kroczyliśmy przed naszymi plutonami, maszerując przy grze muzyki i biciu w bębny ulicami tego miasta, które wypełnione były tłumnym ludem; bo ponieważ mieszkańcy byli jeszcze bardzo ciekawi oglądać nasze ceremonie, nie tylko wszystkie okna, lecz i wiele dachów obsiadłych było ludźmi; a widok tak licznego ludu najbardziej skłaniał nas do pysznienia się. Byłem wtedy, jak już wcześniej wspomniano, w kompanii grenadierskiej; a ponieważ czapki grenadierskie mieliśmy wtedy skórzane, zrobione na podobieństwo dawnych hełmów czy szyszaków, z piórami, a z przodu z mosiężną i pozłacaną blachą, i nakrycie to głowy było bardzo piękne, a do tego i pendenty grenadierskie mieliśmy szyte złotem, a nade wszystko przypadło mi iść niemal pierwszemu przed pułkiem i prowadzić sam pierwszy pluton naszych grenadierów — starałem się nie wiem jak iść i przedstawiać sobą jak najlepszą postać i miałem o sobie tak korzystne mniemanie, że roiłem sobie, iż wszyscy najbardziej na mnie patrzą, choć niewątpliwie bardzo się w tym myliłem.

Wkroczenie to odbyło się pewnego pogodnego dnia po obiedzie; i choć przypadkiem przyszło nam wejść do tego miasta od najgorszej strony i iść wciąż pospolitymi i gorszymi ulicami i zaułkami aż do kwatery tamtejszego oberkomendanta, pana Treydena, to jednak nawet te ostatnie ulice wydawały się nam z początku przewspaniałe i patrzyliśmy na nie zadowolonym i ciekawym okiem.

Ponieważ kwatery były już dla nas przydzielone i zajęte przez wysłanych przodem naszych kwatermistrzów, ledwie doszliśmy do kwatery naszego oberkomendanta i, oddawszy mu honory, zostawiliśmy tam nasze sztandary, rozpuszczono wszystkie kompanie osobno do ich kwater. Ja wtedy nie szedłem, lecz raczej leciałem za prowadzącym nas furierem i nie inaczej myślałem, jak że zaprowadzi mnie do najpiękniejszej kwatery. Ale jakże srodze się w tym mniemaniu zawiodłem i jakąż przykrością i niezadowoleniem napełniło się moje serce, gdy zamiast okazałej i pięknej kwatery zaprowadził mnie do istnej nory i takiej lepianki, jakiej najmniej się spodziewałem. Jeszcze idąc tam i mijając najlepsze w mieście ulice, place i miejsca, złościłem się, czemu nasz kwatermistrz był tak głupi i nie prowadził nas tymi miejscami, lecz przeprowadził głuchymi ulicami i zaułkami; ale tę przykrość osładzała pochlebna nadzieja, że przynajmniej dostanę dobrą kwaterę i że będzie ona niechybnie w jednym z tych pięknych domów, obok których przechodziliśmy, i tylko czekałem, aż furier mnie zatrzyma i powie: „Oto ona”. Ale oczekiwanie moje było daremne; nie tylko mnie nie zatrzymywał, lecz przeprowadziwszy przez najlepsze ulice, zawiódł w głuche i przez nikogo niezamieszkane wąskie zaułki, leżące między tak zwanymi szpiklerami, czyli ogromnej wielkości spichrzami zbożowymi, dla których w tym mieście wydzielono osobny, głuchy i oddalony od lepszych miejsc miasta zakątek czy kwartał, gdzie zbudowano ich kilkaset razem, jeden obok drugiego, a każdy taki spichrz stanowił przedługi, wąski, ale zarazem niezwykle wysoki, na jakieś siedem pięter wzwyż sięgający, najprostszy, prymitywny budynek z muru pruskiego; a ponieważ wszystkie one podzielone są na kilka kwartałów, oddzielonych od siebie najwęższymi i najciemniejszymi przejściami, zrobionymi jedynie dla przejazdu i przewozu zboża, przejścia te były najgłuchsze, zupełnie puste, a nawet straszne. I właśnie tymi przejściami i zaułkami między szpiklerami poprowadził mnie mój przewodnik. Zdumiałem się i nie wiedząc nawet, co myśleć, z irytacją mu mówiłem:

„Zmiłuj się, bracie, dokąd ty mnie prowadzisz?” — Ano na kwaterę, wasza wielmożność; oto ona już tu blisko. „Jak to blisko?” — przerwałem mu ze zdumieniem — „Czyżbym miał kwaterować w takiej głuszy i w takiej czeluści? Czy aby nie w jakimś szpiklerze przydzieliłeś mi kwaterę?”

— Nie, panie — odpowiedział mi — ale tuż przy nich, i przyznać trzeba, że kwaterka niezbyt wesoła; ale lepszej nie znaleźliśmy spośród wszystkich przeznaczonych dla kompanii, prócz kapitańskiej. Słowa te aż mnie poraziły; w jednej chwili zniknęły wtedy wszystkie moje wspaniałe i pochlebne nadzieje i wesołe myśli, a ja już zawczasu przeklinałem wszystkich tych, którzy przydzielali nam kwatery; a gdy doszedłem i rzeczywiście ujrzałem ów dom, w którym przeznaczono mi kwaterę, złość moja na nich jeszcze wzrosła.

Obdarzyłem ich tysiącem siarczystych błogosławieństw i łając ich bez litości, wbrew woli musiałem wdrapywać się po krętych i ciemnych schodach pod sam dach, aż na samo trzecie piętro; a ponieważ droga ta była tak ciemna, że nie było widać ni zgoła, wdrapując się po ciemku z jednych schodów na drugie, omal się nie potknąłem i nie skręciłem karku, a ocaliłem się tylko tym, że uchwyciłem się liny, którą wzdłuż tych schodów u nich się przeciąga i trzymając się której należy zawsze wchodzić w górę i schodzić w dół, czego jednak z początku nie wiedziałem.

Łatwo teraz każdemu pojąć, jak miła była mi taka ponura wędrówka czy wspinaczka po schodach niemal pod sam dach, bo pokoje przeznaczone dla mnie były na trzecim piętrze; na niższych zaś piętrach mieszkał sam gospodarz tego domu i niektórzy inni dozorcy i robotnicy, przydzieleni do wspomnianych szpiklerów, do których tuż z brzegu przylegał ten domek. Na moją część przypadło wprawdzie całe trzecie piętro domu, ale w nim w ogóle nie było więcej niż dwa pokoje: jeden długi i wąski, z dwoma niewielkimi okienkami w jednej ścianie, dla mnie, a drugi, przez wąziutką i ciemną sień, w której szły z dołu wspomniane kręte schody, tej samej długości i wielkości — dla służby; i oba były tak niskie, że niemal zawadzaliśmy głowami o sufit.

Tak więc zamiast okazałej i pięknej kwatery dostałem bardzo, bardzo mierną i, co było dla mnie najprzykrzejsze, ciemną i bardzo nudną, bo i sam widok z okienek rozciągał się niemal tylko na szpiklery i nic dobrego nie było z nich widać. Co zaś do gospodarzy, byli to ludzie najbiedniejsi i tacy, u których nie mogliśmy się doprosić nie tylko czegoś innego, ale nawet żadnego marnego naczynia do przyniesienia wody i na inne potrzeby. Było mi to niezmiernie przykre i byłem tak niezadowolony z mojej kwatery, że nie omieszkałem tego samego dnia poskarżyć się na nią mojemu kapitanowi i prosić, by postarał się o choć trochę lepszą kwaterę dla mnie. A ponieważ mój kapitan mnie lubił, nie omieszkał tego uczynić i, przez przyjaźń dla mnie, sprawił, że po kilku dniach dostałem inną i nieporównanie już lepszą kwaterę, z której byłem w pełni zadowolony.

Ponieważ jednak zanim dostałem tę nową kwaterę i się na nią przeniosłem, przydarzyło mi się już coś takiego, o czym nie od rzeczy będzie wspomnieć, opowiem o tym najpierw.

Ledwie rozlokowaliśmy się na kwaterach i jako tako się urządzili, zapragnęliśmy niecierpliwie zaspokoić nasze dawne życzenie i obejść i obejrzeć całe to sławne dla nas miasto. Ja przedsięwziąłem tę wędrówkę już nazajutrz po naszym przybyciu i obiegłem wszystkie najlepsze place, ulice i miejsca tego miasta, i nie mogłem się dość napatrzeć piękności i okazałości wielu ulic, a zwłaszcza tak zwanej Wielkiej Ulicy Kneiphofskiej 29, którą nasi zaraz po swojemu przechrzcili i nazwali Milionową, bo cała była nie tylko prosta, ale składała się z najlepszych i najbogatszych domów w mieście. Z nie mniejszą ciekawością patrzyłem też na stary zamek 30, czyli pałac dawnych władców pruskich. Ta ogromna, czworoboczna, wzniesiona na wzgórzu i nie całkiem do końca wykończona budowla nadawała całemu miastu poważny i okazały wygląd, a zwłaszcza za sprawą wzniesionej na jednym z jego narożników przewysokiej czworobocznej wieży, niemającej żadnej iglicy ani hełmu, na szczycie której powiewała tylko jedna wielka flaga i zawsze widać było ludzi mieszkających tam dla pełnienia warty. Opis tego miasta zostawię jednak na inną okazję, a teraz opowiem wam, drogi przyjacielu, że moja wędrówka tego dnia nie skończyła się na samym próżnym chodzeniu, lecz wróciłem na kwaterę obarczony pewnymi drobiazgami, które wydawały mi się wtedy najcenniejszymi rzeczami na świecie i których nabycie sprawiło mi nieskończoną radość i zadowolenie. Ale cóż to były za rzeczy? Tego żadną miarą nie zgadniecie, drogi przyjacielu, bo nie może wam nawet przyjść do głowy, co mnie tak ucieszyło.

Wiecie już, że od dzieciństwa byłem wielkim miłośnikiem nie tylko książek i czytania, ale i rysowania, i że zawsze najmilszym zajęciem było dla mnie bazgrać i mazać coś farbami. Teraz powiem, że chodząc wtedy po mieście, zdarzyło mi się przechodzić z jednej ulicy na drugą małym, ukrytym przejściem, pełnym sklepików z rozmaitymi towarami. Tak się złożyło, że właśnie w tym czasie stał przed jednym z tych sklepików jakiś człowiek i oglądał drukowane obrazki. Ujrzawszy to i będąc ich wielkim miłośnikiem, zaraz do niego podszedłem i zacząłem razem z nim je przeglądać. Kramarz, zauważywszy, że i ja z ciekawością je przeglądam, wyjął jeszcze całe stosy tych karteczek i położył na ladzie. — Cóż to — spytałem — czyżby to wszystko obrazy? „Tak” — odpowiedział — „to wszystko sztychy, może które się panu spodobają”.

Nie da się opisać, jak się ucieszyłem, ujrzawszy ich tam kilkaset, rozmaitego rodzaju, jedne kolorowane farbami, a inne czarne.

Zapomniałem wtedy o wszystkim na świecie i odłożywszy dalszą wędrówkę, usiadłem sobie na ladzie i postanowiłem wszystko przejrzeć. Ale ledwie zacząłem to najmilsze dla mnie zajęcie, kramarz, podając mi jeszcze pokaźny pliczek, powiedział: „A może życzy pan sobie widoków perspektywicznych?” — Jakich perspektywicznych? — spytałem zdumiony. „Ano takich, co się je ogląda przez szkło w skrzynce”. Krew się we mnie cała wzburzyła na to słowo. — Jak to — rzekłem, ucieszywszy się niezmiernie — i takie masz? — „Mam — odpowiedział — i jakie tylko pan sobie życzy, iluminowane i nieiluminowane” — i zaczął zaraz je rozwiązywać i pokazywać. Nie da się dość opisać, z jakim zachwytem je oglądałem, trzeba bowiem wiedzieć, że skrzynka perspektywiczna, którą widziałem w Toruniu, tak mi się spodobała, że nie wychodziła mi z głowy i nie wiem, co bym dał, gdybym mógł mieć taką samą; a gdy tu, wbrew wszelkiemu oczekiwaniu, ujrzałem porządne obrazy perspektywiczne, i to bardzo tanie, w jednej chwili powziąłem zamiar, by nakupiwszy ich, spróbować zmajstrować sobie taką samą. Ale zadowolenie moje było jeszcze większe, gdy zapytawszy kramarza, czy nie ma też takiego okrągłego szkła, jakiego się przy tym używa, usłyszałem, że i jedno szkiełko ma. Zaraz też znalazło się i lusterko, a kramarz nauczył mnie, jak i bez skrzynki można oglądać te obrazy. O, jakże byłem mu wdzięczny za to pokazanie! bo upewniło mnie to, że do zbudowania i skrzynki nie potrzeba żadnej wielkiej sztuki. Słowem, byłem tym wszystkim tak uradowany, że wszystkie pieniądze, jakie akurat miałem przy sobie, wydałem na zakup tych obrazów. A ponieważ ku mojemu największemu zadowoleniu znalazłem tamże i całe pudełeczka z przygotowanymi w muszelkach rozmaitymi farbami i innymi przyborami do rysowania, postanowiłem kupić lepsze obrazy niekolorowane i pomalować je później sam, by nie były tak licho pobazgrane jak sprzedawane, iluminowane. Jednym słowem, nakupiłem sobie mnóstwo i farb, i obrazów i wróciłem do domu, jakbym zdobył dla siebie jakiś ogromny skarb, a wędrówką swoją tego dnia byłem nadzwyczaj zadowolony.

Ponieważ z natury jestem bardzo niecierpliwy we wszystkim, czego mi się zachce, owa niecierpliwość sprawiła, że zaraz następnego dnia zabrałem się do pracy i zacząłem malować farbami niektóre z zakupionych obrazów. Ale wyobraźcie sobie, jaka musiała mnie ogarnąć przykrość, gdy właśnie w tym czasie przyszli mi powiedzieć, że naszemu pułkowi kazano już zluzować na warcie stojący tu inny pułk, że rozkład jest już zrobiony i że mnie samemu przypadło iść na wartę.

Cóż było wtedy robić? Musiałem porzucić rozpoczętą pracę i wbrew woli szykować się na wartę, i to jeszcze na cały tydzień.

Na domiar złego przypadło mi stać przy jednej z bram miejskich i spędzić tam cały tydzień w ciemnej i nader nudnej kazamacie czy izbie zrobionej w wale, przy bramie. Ale ponieważ zmienić tego nie było można, a nuda wręcz mnie przygniatała, cóż więc zrobiłem? zamiast spędzać tu czas na próżnowaniu i spaniu, jak czynili inni, kazałem przynieść sobie i farby, i obrazy i zacząłem, usiadłszy pod okienkiem, je malować. Praca ta wprawdzie nie była mi zbyt wygodna, bo musiałem ją wykonywać w mundurze, mając na sobie i szarfę, i ryngraf, ale miałem z niej ten pożytek, że nie pozwalała mi odczuwać nudy, od której, żyjąc w takiej norze, należało w końcu oszaleć. A ponieważ miałem do tego zupełną swobodę i mogłem pracować bez przerwy, w ciągu tego tygodnia pomalowałem ogromne mnóstwo obrazów, a tymczasem wymyśliłem sposób, jak lepiej zmajstrować i moją zamierzoną skrzynkę perspektywiczną.

Zresztą służbę tę, która była ostatnią w moim życiu, odbyłem szczęśliwie i z całą należytą sprawnością; nie obeszło się jednak i bez śmiesznej przygody. Rzecz to znana, że stanie na takich wartach nie tyle dokucza w dzień, ile w nocy; ponieważ bowiem w porze nocnej należało zachowywać jeszcze większą ostrożność i być co godzina w gotowości na przyjęcie obchodzących patroli i rundów, konieczność kazała przez całą noc być w mundurze, w szarfie i z ryngrafem. Przestrzegałem tego sumiennie; ale pewnego dnia, gdy wyznaczono do nocnego obchodu rundem mojego dawnego towarzysza, pana Gołowaczowa, ten, lubiąc mnie i żałując mnie w moim utrudzeniu, przysłał mi karteczkę, donosząc, że tej nocy jemu wyznaczono obejść rundem całe miasto dookoła, ale że jednak nie pójdzie, i żebym spał sobie spokojnie i bez żadnej obawy. Karteczka ta bardzo mnie ucieszyła, bo ponieważ już od kilku nocy spałem w mundurze i w butach, a nogi szczególnie i bardzo mi już dokuczały, polegając na niej, gdy nastała noc, położyłem się spać już nieco spokojniej i zdjąłem z siebie nie tylko mundur, ale i same buty. Ale cóż nastąpiło? Ledwie nastała północ i ledwie zdążyłem się na dobre rozespać, gdy nagle zakrzyknięto: „Rund, rund, rund!”, a sierżant, przybiegłszy bez pamięci, budził mnie i krzyczał, żebym prędzej wychodził przyjmować rund, który był już tuż-tuż. Panie Boże! jakżem się wtedy tym przeraził! Zbudzony niespodzianie i nagle, zerwałem się jakby bez rozumu, oszołomiony, i nie wiedziałem, co robić i od czego zacząć; biegałem tylko w kółko po wartowni i krzyczałem: „Och, och, co za nieszczęście!” Tymczasem sługa spieszył podać mi mundur i włożyć go na mnie, ordynans trzymał już szarfę i ryngraf, a ja, nie pamiętając sam siebie, spieszyłem się, by prędzej wciągnąć buty, i byłem tak skołowany, że przy słabym świetle palącej się świecy i w pośpiechu nie mogłem nawet butów włożyć, a co gorsza, zacząwszy wkładać je na odwrót, palcami do tyłu, tak uwięziłem nogę, że i zdjąć było trudno.

Na domiar nieszczęścia właśnie w tym czasie zakrzyknięto, że rund już przyszedł.

Cóż było wtedy robić? Straciłem głowę i tak się zląkłem, że nie pamiętałem sam siebie, lecz chwyciłem prędko kapelusz i, zapomniawszy, że jedna noga była jeszcze zupełnie bosa, a druga tylko co wsunięta w but, wybiegłem z wartowni na spotkanie tego przeklętego rundu, i nie wiem, co by ze mną było, gdybym w takim śmiesznym stroju wybiegł przed front. Zdaje mi się, że cały front pokładałby się ze śmiechu; ale na szczęście do tego nie doszło i szczęśliwie uniknąłem tego zamieszania i wstydu; bo pan Gołowaczow, wiedząc, że ja, na jego własne zapewnienie, pozostaję w beztrosce i śpię, ani myślał karać mnie za nieostrożność, lecz sam jeszcze spieszył wejść do mnie do wartowni i powiedzieć, żebym się nie niepokoił. Ale wyobraźcie sobie teraz, czy nie musiał on pokładać się ze śmiechu, ujrzawszy mnie w opisany sposób na pół obutego, ale w mundurze i w szarfie, biegającego po wartowni. — „No, ładny, ładny! — zawołał, zanosząc się śmiechem — istny wojak! tylko stać na wartach!” — Tak! — odpowiedziałem, opamiętawszy się wtedy — a wszystko to przez ciebie i przez tę twoją przeklętą karteczkę! przecież mnie na śmierć tak przestraszyli, że i teraz sam siebie nie pamiętam. Po cóż było mówić, że nie pójdziesz. — Cóż robić, bracie — rzekł — ja naprawdę nie chciałem iść, ale mnie przymusem wypędzili; sam temu nie jestem rad, ale przynajmniej kładź się, kładź się znowu spać, a mnie pora iść dalej”.

I rzeczywiście zostawił mnie w spokoju i poszedł dalej, i tak skończyła się moja śmieszna przygoda, którą bardzo długo pamiętałem. A nazajutrz zluzowali nas na warcie inni oficerowie naszego pułku i miałem przyjemność wrócić do swej kompanii i przybyć już na zupełnie inną, nieporównanie lepszą kwaterę, którą tymczasem, gdy staliśmy na warcie, przydzielono mi na prośbę mojego kapitana i z której byłem nadzwyczaj zadowolony.

Tym zakończę ten mój list i zostawiwszy resztę na następny raz, powiem, że jestem wasz i tak dalej.

W KRÓLEWCU

List 59


Drogi przyjacielu! Kwatera, którą mi na nowo przydzielono, była wprawdzie niedaleko od poprzedniej, ale znajdowała się już na porządnej i wesołej ulicy, ciągnącej się wzdłuż brzegu rzeki Pregoły i niedaleko przystani, gdzie przybijały i rozładowywały się statki z morza; a co jeszcze lepsze, dom ten był narożny, przy jednym wodnym i dość szerokim kanale, przez który przed moimi oknami był most. A ponieważ dostałem dla siebie dolny i najlepszy, narożny i porządnie urządzony pokój z czterema dużymi oknami, był on bardzo wesoły i jasny, z czego byłem szczególnie zadowolony. Należał on zresztą do pewnej staruszki, wdowy po szyprze, która mieszkała w drugim pokoju po drugiej stronie sieni, a na górnym piętrze mieszkały jej dzieci. Dla mojej zaś służby przeznaczono osobny tylny pokój; a ponieważ moja gospodyni była staruszką cichą i dobrą, lepszej i spokojniejszej kwatery nie mogłem sobie życzyć; a jeśli coś mnie niekiedy niepokoiło, to to, że w drugim pokoju, po drugiej stronie sieni, gospodyni prowadziła coś w rodzaju szynku, do którego co dzień zbierali się Holendrzy, szyprowie i inni żeglarze i spędzali czas na rozmowach, paleniu tytoniu i piciu piwa. Hałas, jaki niekiedy czynili, uprzykrzał mi się więc, ale przynajmniej nie dopuszczali się żadnych wybryków ani bezeceństw, a wszystko było u nich porządnie i dobrze. Ponadto w zamian za ten niepokój miałem co dzień przyjemność słuchać porządnej i miłej gry na skrzypcach, jaką wykonywały mieszkające nade mną dzieci gospodyni. Wreszcie i to było mi miłe, że moja kwatera była dokładnie po drugiej stronie ulicy naprzeciw kapitańskiej, a także, że na tej samej ulicy, kilka domów dalej, kwaterowali niektórzy z moich najlepszych przyjaciół, a zwłaszcza mój dawny kompan, pan Niepiejcyn, i mogłem się ze wszystkimi nimi często widywać.

Ledwie rozejrzałem się na tej nowej kwaterze i znalazłem wolny czas, wyruszyłem znowu na wędrówkę i oglądanie tych miejsc i ulic w mieście, w których nie zdarzyło mi się jeszcze być.

Przez kilka dni z rzędu myszkowałem po mieście i spędzałem je na takich wędrówkach, a do domu przychodziłem zmęczony na pół na śmierć, a tu zaraz zabierałem się do moich obrazów i do ich kolorowania; a ponieważ i budowa samej skrzynki nie wychodziła mi z głowy, zabrałem się do jej robienia. Okoliczność, że duża skrzynka takiego rodzaju, jaką widziałem w Toruniu, nie nadawała się do wożenia jej ze sobą w pochodach, bo sama jedna mogła zajmować bardzo wiele miejsca w kibitce, sprawiła, że musiałem pierwszy raz w życiu i z musu zostać inwentorem {Z francuskiego — wymyślacz, wynalazca.} i wymyślić szczególny sposób urządzenia tej skrzynki, a mianowicie tak ją rozplanować i zrobić, żeby mogła się całkiem rozbierać i składać i po rozebraniu zajmować w kufrze bardzo mało miejsca. Przyznaję, że ponieważ nigdy jeszcze nie zajmowałem się wymysłami tego rodzaju, z początku sprawa ta bardzo mnie frasowała; ale czegóż nie przezwycięży niecierpliwe pragnienie i ciekawość? W ciągu niewielu dni udało mi się wymyślić i zmajstrować taką, że i dziś jeszcze się dziwię, jak mogłem wtedy taką zrobić, bo tym razem musiałem być i stolarzem, i szlosarzem {Ślusarzem.}, i klejarzem, i lakiernikiem, ponieważ wszystkie boki i ścianki zrobiłem z grubej politurowanej tektury. A żeby nie mogły się paczyć, a przy tym dawały się składać, wszystkie brzegi wzmocniłem cieniutkimi drewnianymi listewkami; do połączenia zaś wszystkich boków zrobiono mnóstwo haczyków, pętelek i skobelków. Wreszcie całą jej zewnętrzną stronę pomalowałem rozmaitymi farbami i, okleiwszy ją małymi, wyciętymi z obrazków amorkami, ptaszkami i kwiatkami, na koniec pokryłem lakierem. Słowem, zrobiłem skrzyneczkę nie tylko najbardziej podróżną i poręczną, ale i taką, której nie wstyd było pokazać każdemu. Wszyscy oficerowie nie mogli się nadziwić mojemu wymysłowi i kunsztowi i schodzili się do mnie gromadami oglądać obrazki i zachwycać się nimi. A ponieważ i te były nie tylko same w sobie dość porządne i przedstawiały widoki wszystkich najpiękniejszych miejsc i ulic miasta Wenecji i wielu innych najznakomitszych miast europejskich, ale i były przeze mnie pomalowane na wzór natury — nie mogli się ich dość napatrzeć, a mnie dość nachwalić za mój wymysł i kunszt.

Słowem, ta pierwsza próba mojej zdolności do wymysłów i wynalazków przysporzyła mi w pułku wiele czci. Wszyscy zaczęli mnie uważać za wielkiego spryciarza i wymyślacza, a to nie wiem jak łechtało moją ambicję i, sprawiając mi nieopisaną przyjemność, skłaniało mnie z godziny na godzinę coraz bardziej do zajmowania się podobnymi rzeczami. A żeby mnie jeszcze bardziej tym zająć, los, jakby umyślnie, dał mi wkrótce potem jeszcze sposobność zobaczyć i poznać wiele takich rzeczy, jakich nigdy nie widywałem i które zdolne były nie tylko niezmiernie mnie uweselić, ale na nowo pobudzić moją ciekawość i wzbudzić chęć do dalszych wymysłów i poznawania rzeczy z tym związanych.

Na tej samej ulicy, na której kwaterowałem, i niedaleko od nas, mieszkał pewien uczony człowiek, który zajmował się szlifowaniem szkieł i wyrabianiem wszelkiego rodzaju maszyn optycznych i innych instrumentów fizycznych.

Do tego człowieka zaprowadził mnie jeden z moich znajomych i nie wiem, czy byłem na ziemi, czy gdzie indziej w tych chwilach, w których pokazywał mi różne swoje, nigdy przeze mnie niewidziane rzeczy i instrumenty. Jego piękne, rozmaite mikroskopy, o których do tego czasu nie miałem pojęcia, wprawiały mnie w zachwyt. Nie mogłem się zmęczyć, przez całą godzinę patrząc w nie na wszystkie pokazywane mi przez niego drobne rzeczy, a zwłaszcza na niezmiernie maleńkie zwierzątka, które widziałem tam w jednej kropelce wody, jak biegały i kręciły się w niezliczonym mnóstwie i ganiały jedno za drugim. A ledwie nasyciłem nimi swój ciekawy wzrok, kryształowe pryzmaty i inne instrumenty optyczne oraz robione nimi eksperymenty wprawiały mnie w nowe uniesienia i zdumienie; ale zachwytu, w jaki wprawiła mnie jego camera obscura {Przyrząd optyczny do uzyskiwania obrazu przedmiotów na płaszczyźnie. Znany już uczonym arabskim z końca pierwszego tysiąclecia naszej ery.}, żadną miarą nie jestem w stanie opisać. Doprawdy nie posiadałem się z radości i zadowolenia, gdy zobaczyłem, jak dobrze i z jaką niedościgłą sztuką sama natura potrafi malować na papierze najpiękniejsze obrazy i, co było dla mnie najbardziej zadziwiające, najżywszymi barwami. Długo nie rozumiałem, skąd się biorą te różne kolory, dopóki nie wytłumaczył mi tego po części ów wspomniany artysta, który, zauważywszy moją szczególną i połączoną z wielką uwagą ciekawość, nie omieszkał pokazać mi wszystkiego, co tylko miał, i wiele objaśnić na przykładach dla łatwiejszego zrozumienia. Słowem, nigdy nie zapomnę tych miłych i zachwycających godzin, które spędziłem wtedy w jego domu, i byłem temu człowiekowi bardzo wiele winien, bo on jakby otworzył mi przez to drzwi do świątyni nauk i zachęcił, bym do niej wszedł i znajdował w naukach tysiąc przyjemności i uciech, które pomogły mi później zaznać tak wielu błogich chwil w ciągu mego życia.

Zresztą, zajmując się tym oglądaniem, na ile z jednej strony cieszyłem się tymi wszystkimi niewidzianymi dotąd widokami, na tyle z drugiej strony martwiłem się, czemu mam tak mało pieniędzy i nie jestem tak bogaty, bym mógł nakupić sobie wszystkie te rzeczy. Jednakże, jakkolwiek ubogi byłem wtedy w pieniądze, nie mogłem rozstać się z jedną małą skrzyneczką, stanowiącą camerę obscurę, za pomocą której można było z wielką łatwością odrysowywać wszystkie naturalne widoki domów, ulic, okolic i wszelkich innych przedmiotów. Kupiłem ją od tego człowieka, a za wydane na nią dwa czerwońce z nawiązką zostałem wynagrodzony nieopisaną i wielką przyjemnością, jaką zdolna była sprawiać mi ta skrzynka. Nigdy nie mogłem się dość nacieszyć tym, jak dobrze na matowym szkle odwzorowywały się i rysowały same przez się wszystkie przedmioty, na które nakieruje się wysuwaną rurką tej skrzynki, i nie omieszkałem zaraz, korzystając z tego instrumentu, odrysować widoku tej ulicy, którą widać było z moich okien.

Ten perspektywiczny obraz mam jeszcze cały i dziś i przechowuję go jako jakąś pamiątkę owego czasu.

Zresztą skrzyneczka ta sprawiła mi nie tylko tę jedną przyjemność, ale jeszcze i drugą, a mianowicie dała mi powód do nowego wymysłu: by sprawić, żeby i sama moja skrzynka perspektywiczna mogła w razie życzenia pełnić rolę camery obscury; bo gdy tylko poznałem, dlaczego i w jaki sposób urządzona jest camera obscura i jak zachodzą wszystkie jej działania, nietrudno było mi dojść i do tego, jak to samo mogłaby czynić i moja skrzynka, po dokonaniu w niej tylko pewnej przeróbki.

Podczas gdy ja w opisany sposób stałem na warcie, a potem bez przerwy zajęty byłem wyżej opisanymi, uweselającymi mnie zajęciami, wszyscy pozostali oficerowie naszego pułku, nie tylko młodzi, ale i starsi, zajmowali się zupełnie innymi sprawami i troskami. Gorliwe pragnienie znalezienia się w Królewcu płynęło u niemal wszystkich z zupełnie innego źródła niż moje. Nasłuchali się dosyć, że Królewiec jest takim miastem, które pełne jest wszystkiego, co może zaspokoić i nasycić namiętności młodych i spędzających życie w zbytkach i rozpuście, a mianowicie, że jest w nim wielkie mnóstwo gospód, bilardów i innych miejsc uciech; że wszystko, czego dusza zapragnie, można w nim dostać, a nade wszystko, że płeć niewieścia jest w nim nazbyt skłonna do lubieżności i że znajduje się w nim wielkie mnóstwo młodych kobiet, trudniących się nieuczciwym rzemiosłem i sprzedających swą cześć i czystość za pieniądze. Ta ostatnia pogłoska szczególnie dla wielu była bardzo ponętna i już zawczasu cieszyli się, że będą mieli upragnioną sposobność do nasycenia swych nieokiełznanych namiętności; a wielu z tym właśnie zamiarem szło do Królewca, by zaraz po przybyciu znaleźć sobie dobre kochanki albo przynajmniej wziąć na utrzymanie młode dziewki. I wszystko to rzeczywiście nie omieszkali wykonać. Nie minęły jeszcze i dwa tygodnie, a ku wielkiemu mojemu zdumieniu usłyszałem, że nie została w mieście ani jedna gospoda, ani jedna piwnica z winem, ani jeden bilard, ani jeden dom nierządu, który byłby jeszcze nieznany naszym panom oficerom, że nie tylko wszystkie mają je policzone, ale bardzo wielu zawarło już ścisłą znajomość po części ze swymi gospodyniami, po części z innymi tamtejszymi mieszkankami; a niektórzy wzięli je już do siebie na utrzymanie, i wszyscy w ogóle tonęli już we wszelkich zbytkach i rozpuście.

Zdumienie moje, gdy o tym usłyszałem, było niewysłowione, i to tym większe, że to samo usłyszałem także o ludziach najbardziej szanowanych i takich, których uważałem za zupełnie niezdolnych do tak rozwiązłego życia.

A co mnie jeszcze bardziej zdumiało, to to, że od tych samych ludzi nie słyszałem już wtedy żadnych porządnych i rozumnych rozmów, a wszystkie ich mowy i słowa, wszystkie najlepsze żarty i rozmowy były tylko o grach, hulankach i o kobietach, i dochodziło nawet do tego, że oni, zapomniawszy wszelkiego wstydu, wcale już się nie wstydzili chwalić i pysznić jeden przed drugim swoimi bezeceństwami i rozpustą i bez najmniejszych wyrzutów sumienia pletli i mełli takie plugawe bzdury, jakich rozumny człowiek nie mógł słuchać bez obrzydzenia. Ale i tego jeszcze było mało; czynili jeszcze gorzej i, ugrzęźnięci sami po uszy w nieprawości, dokładali wszelkich możliwych starań, by wciągnąć i innych w sieci takiego samego obrzydliwego życia, i nie tylko wyśmiewali wszystkich tych, którzy nie szli za ich przykładem, ale niemal im urągali i nimi gardzili.

Wybaczcie mi, drogi przyjacielu, że przy okazji opowiadam wam teraz takie plugawe bzdury. Uczyniłem to po to, by przedstawić, w jakim niebezpieczeństwie znajdowałem się wtedy, żyjąc w takim mieście i pośród ludzi tego pokroju. Będąc dokładnie w tym wieku, w którym ludzie najbardziej podlegają całej żarliwości lubieżnych żądz i dalecy są jeszcze od tego, by panować nad swymi namiętnościami i być posłusznymi nakazom zdrowego rozsądku; mając sposobność co dzień słyszeć najbezwstydniejsze i lubieżne rozmowy, oglądać najbardziej gorszące przykłady, zdolne zdeprawować i najcnotliwszego człowieka, a co więcej, znosić same drwiny i docinki {Przytyki, wymówki, drwiny.} od wszystkich przyjaciół i towarzyszy za to, że nie towarzyszę im we wszystkich ich rozpustach — w takich okolicznościach, powiadam, czyż nie łatwo mogłem i ja zboczyć z drogi cnoty i stoczyć się w otchłań występków? Ach! I rzeczywiście tak niedaleko mi było do tego, że mało, bardzo mało brakowało, bym i ja stał się takim samym hultajem i rozpustnikiem, i jedynie niewidzialna ręka Pańska ocaliła mnie i nie dopuściła, bym ugrzązł w tym samym bagnie obrzydliwości i nieprawości, w które pogrążyli się niemal wszyscy nasi oficerowie. I zaprawdę, drogi przyjacielu, gdy przychodzą mi na myśl owe czasy, to i dziś nie mogę się dość nadziwić, w jaki sposób uwolniłem się wtedy od tego zła. Całemu zbiegowi wielu różnych szczególnych okoliczności trzeba było się złożyć, by wybawić mnie od niebezpieczeństw, którymi byłem otoczony, a ręka Pańska, czy raczej Jego Opatrzność, czuwająca nade mną, musiała przemocą wyrwać mnie spośród towarzystwa ludzi tak zepsutych i niebezpiecznych i, uczyniwszy ze mną to, co nigdy nawet nie przyszło mi do głowy, dać mi takie miejsce i wplątać w takie okoliczności, które same przez się miały przyczynić się do mego ocalenia.

Ponieważ jednak wszystko to nie jest dla was zbyt zrozumiałe, wyjaśnię wam tę rzecz bliżej i opowiem dokładniej o tej bardzo ważnej epoce mego życia i o wszystkim, co przyczyniło się wtedy do mego ocalenia.

Pierwszą okolicznością, która wiele mi wtedy pomogła, była owa wspominana już wcześniej, wrodzona mi naturalna nieśmiałość i wstydliwość, której podlegałem od dzieciństwa i która nawet wtedy była jeszcze tak wielka, że zawsze było dla mnie wielką komisją {Właściwie — zlecenie, polecenie; tu: kłopot, zakłopotanie.}, jeśli zdarzało mi się niekiedy przebywać razem z nieznajomymi kobietami i prowadzić z nimi rozmowy. To właśnie chroniło mnie od tej zuchwałości, natręctwa {Bezczelność, zuchwalstwo, natarczywość, bezwstyd.} i śmiałości, jaką mieli inni moi bracia i za pomocą której mogli od razu nawiązywać z nimi porozumienie i znajomość i która wciągała ich we wszelkie bezeceństwa. Co do mnie, byłem w takich razach istną wstydliwą panienką i było mi niezręcznie i wstyd stroić z nimi choćby najmniejsze żarty i drwinki, a tym bardziej pozwalać sobie z nimi na jakąkolwiek swobodę. Wielce przyczyniało się do tego i to, że ponieważ od dzieciństwa miałem sposobność czytać pewne poematy i historie miłosne, w których miłość przedstawiona była czuła, czysta i niewinna, a nie grubiańska i rozpustna, nasiąknąwszy tymi myślami, miałem o niej najczulsze, romantyczne pojęcia, i dlatego takie obchodzenie się z kobietami, jakie widywałem u innych, wydawało mi się zbyt grubiańskie, plugawe i podłe, i żadną miarą nie mogłem przyzwyczaić się do swobodnego i do tak zuchwałego i bezwstydnego obchodzenia się z nimi jak inni. Ba, wielką komisją było dla mnie nawet zacząć z nimi rozmowę, a zwłaszcza z nieznajomymi, i tego nigdy nie mogłem uczynić, nie zaczerwieniwszy się i nie zadawszy sobie wielkiego gwałtu — rys charakteru wprawdzie sam w sobie śmieszny, ale obracający się przez całe moje życie ku mojemu wielkiemu pożytkowi.

Drugą, bardzo wiele mi pomagającą okolicznością był ten szczęśliwy przypadek, że na obu moich kwaterach nie było ani jednej młodej kobiety czy dziewki, która mogłaby przyciągnąć uwagę młodego człowieka, a jeśli i były kobiety, to wszystkie stare i brzydkie. Dzięki temu uwolniłem się przypadkiem nie tylko sam od pobudek do pokusy, które, jak wiadomo, najbardziej mogą działać i doprowadzać człowieka do wszelkiego zła, ale zarazem i od częstych odwiedzin moich towarzyszy, bo weszło już u nich w zwyczaj, by do tego ze swej braci chodzić i częściej go odwiedzać, u kogo na kwaterze były ładne dziewki gospodarzy, i u takich zwykle odbywały się ich schadzki.

A ponieważ na mojej kwaterze nie było dla nich nic pociągającego, nie mieli ochoty często mnie odwiedzać i długo przesiadywać, a jeśli kiedy i zachodzili, to najczęściej po to, by wyciągnąć mnie ze sobą na hulankę.

Trzecią okolicznością, która powstrzymywała mnie od rozpustnego życia, było to, że ledwie zluzowano mnie z warty, następnego dnia zdarzyło mi się widzieć pogrzeb pewnego młodego oficera z innego pułku, stojącego tu przed nami, który zmarł w najżałośniejszy sposób na chorobę weneryczną, nabytą podczas postoju w tym mieście. Ten widok, a także powszechna wieść i zapewnienia wielu, że prawie żaden z oficerów, którzy uprawiali to samo rzemiosło, nie uszedł cało, lecz wszyscy padli ofiarą którejś z tych plugawych chorób, wraziły w moje serce taki strach i odrazę, że już wtedy postanowiłem sobie w duchu wszelkimi możliwymi sposobami unikać wszystkich tamtejszych kobiet i bać się ich i strzec jak jakiegoś jadu i zarazy. A to bardzo mi pomagało w owym niebezpiecznym czasie i sprawiło, że żadną miarą nie zgadzałem się dotrzymywać towarzystwa wołającym mnie nieraz kolegom i chodzić razem z nimi do wątpliwych i podejrzanych domów, lecz chętniej siedziałem i zajmowałem się swoimi pracami.

Ale wszystkie te okoliczności, ani nawet sama moja skłonność do książek i do wszelkich ciekawych zajęć, nie zdołałyby ocalić mnie od nich i od wszystkich pokus i powabów, na jakie niemal codziennie narażony byłem ze strony tych moich towarzyszy i przyjaciół, używających nawet podstępów i oszustw, by mnie uwikłać w sieci, gdyby sam los nie wkroczył jako pośrednik i niewidzialną ręką nie odciągnął mnie od przepaści, na której krawędzi się znajdowałem. Uczynił to, sprawiając nagle zupełnie nieoczekiwaną w moich okolicznościach przemianę, która oddzieliła mnie od dawnych moich towarzyszy, tak dla mnie niebezpiecznych, i położyła tamę częstym z nimi spotkaniom, a dokonał tego w następujący sposób.

Ponieważ rządy nad całym królestwem pruskim zależały wtedy od nas, ale do zarządzania nim nie wyznaczono jeszcze żadnego osobnego człowieka, a krążyła tylko pogłoska, że przysłany zostanie osobny gubernator, do tego czasu wszystkimi sprawami dotyczącymi wewnętrznego zarządu tym państwem, a zwłaszcza poboru podatków i dochodów, kierował jeden z naszych brygadierów, imieniem Numers. Temu człowiekowi podlegały wtedy wszystkie pruskie rządy, kolegia i kancelarie; ale ponieważ wszystkie one pełne były tamtejszych sędziów i urzędników kancelaryjnych, a naszych nie było z nimi nikogo, od dawna chciał mieć w tamtejszej kamerze, której podlegały wszystkie dochody państwowe, kogoś ze swoich oficerów, rozumiejącego język niemiecki i mogącego zapisywać wszystkie wpływające przychody i rozchody i wnosić je do osobnych, wydanych przez niego ksiąg. Takiego człowieka od dawna już szukał {Właściwie — myśleć, sądzić, liczyć, zgadywać; tu: szukać.}, ale ponieważ w pułkach stojących tu przed nami nie było nikogo do tego zdolnego, po przybyciu naszego pułku zaczął wypytywać i rozpytywać, czy nie ma u nas kogoś takiego.

Tak się złożyło, że przyszło mu do głowy pomówić o tym właśnie z moim kapitanem, panem Gniewuszewem, pełniącym wtedy w mieście urząd placmajora, a losowi spodobało się, by człowiek ten bez namysłu polecił do tego mnie.

On, lubiąc mnie, nagadał tyle o mnie i o moich zdolnościach wspomnianemu brygadierowi, że ten już nazajutrz zażądał mnie od pułku i natychmiast powierzył mi wyżej wspomnianą komisję.

Nie da się dość opisać, jak się zdziwiłem, otrzymawszy od pułku nagle i wbrew wszelkiemu memu oczekiwaniu rozkaz, bym stawił się do brygadiera Numersa, a w pułku żeby liczono mnie jako odkomenderowanego. Nie wiedziałem wtedy, co to znaczy i po co mnie do niego posyłają. Ale ponieważ przez cały czas mojej służby stawiałem sobie za zasadę, by, nie wiedząc, gdzie można znaleźć, a gdzie stracić, nigdy samemu nie wpraszać się do żadnej komendy, a dokąd poślą — nie wymawiać się, bez sprzeciwu posłuchałem tego rozkazu i już nazajutrz stawiłem się do mego nowego dowódcy.

Pan Numers przyjął mnie bardzo uprzejmie i, porozmawiawszy ze mną trochę po niemiecku, kazał mi coś napisać; a ponieważ po niemiecku pisałem dość dobrze, z mojej ręki był, jak się zdawało, bardzo zadowolony. W tej samej godzinie pojechał ze mną do kamery i oddał mnie w ręce pewnemu staruszkowi-radcy, imieniem Bruno, polecając mu powierzyć mi tę sprawę, o której od dawna już z nim mówił, i mieć nade mną pieczę.

Staruszek ten wydał mi się bardzo cichym i poczciwym człowieczkiem. Okazawszy mi życzliwość, zaprowadził mnie zaraz do osobnego, przyległego do jego własnego pokoju i wyznaczył mi miejsce do siedzenia. A ponieważ czyste księgi były już u nich przygotowane, pokazał mi, jak i co mam w nich pisać, i dał wszystkie potrzebne wskazówki, tak że musiałem od razu zaczynać swoją pracę i przepisywać do nich po niemiecku, co było zalecone.

W ten sposób z wojskowego stałem się nagle urzędnikiem kancelaryjnym, a przynajmniej musiałem mieć do czynienia już nie z karabinem, lecz z piórem i atramentem. Przemiana ta nie była mi wtedy zbyt miła. Komisja moja była wprawdzie nietrudna i polegała jedynie na przepisywaniu zeszytów z rachunkami, dawanych mi przez wspomnianego staruszka, do czystych, sznurowanych ksiąg; ale okoliczność, że musiałem chodzić do kamery codziennie i siedzieć w niej nie tylko cały ranek aż do obiadu, ale i po obiedzie, niemal do samego wieczora, i nic innego nie robić, jak pisać i przepisywać coś, co zupełnie nie mieściło mi się w głowie i było dla mnie niezrozumiałe, a co gorsza — siedzieć samemu w zupełnym odosobnieniu, w ogromnej, nudnej i ciemnej sali, oświetlonej tylko dwoma zakopconymi oknami z żelaznymi kratami, i to jeszcze nie pod oknami, lecz z dala od nich, a więc siedzieć jak ptaszek w zamknięciu i spędzać najpiękniejszą wiosenną porę roku nie tylko w nieustannych trudach i pracy, ale i w przenudnym odosobnieniu, nie mając nikogo, z kim mógłbym zamienić słowo — ta okoliczność, powiadam, była mi, a zwłaszcza z początku, gdy roboty było bardzo dużo, bardzo, bardzo nieprzyjemna i nieraz kazała mi tęsknić za utraconą swobodą, z której korzystałem do tego czasu i którą mogłem się już wtedy cieszyć jedynie w dni świąteczne i niedziele oraz w nieliczne godziny w południe i przed wieczorem.

Mimo to przemiana ta w moich okolicznościach była dla mnie istotnie pożyteczna i do dziś nie mogę się dość nadziękować losowi, że mi to wtedy uczynił, bo uwolniłem się przez to od wszystkich moich dawnych niebezpieczeństw; ponieważ bowiem nigdy nie było mnie w domu, wszyscy moi dawni przyjaciele i towarzysze z wolna odzwyczaili się przychodzić do mnie co chwila w odwiedziny i wyciągać mnie ze sobą do gospód i innych miejsc uciech na hulanki.

A utworzywszy już między sobą towarzystwa i paczki, oddawali się swoim zabawom i uciechom, mnie zaś, jako w pewien sposób odłączonego od pułku i do ich towarzystwa nienależącego, zostawili w spokoju i do swoich paczek nie dołączali, z czego byłem bardzo zadowolony.

Drugi i najważniejszy pożytek płynący z tej przemiany był ten, że przez ów mój pobyt w kamerze jakby utorowana została mi droga do innej, następującej potem i o wiele jeszcze ważniejszej przemiany, która obróciła się ku mojemu nieskończonemu pożytkowi, o czym wspomnę w przyszłości we właściwym miejscu.

Tak więc, stawszy się wbrew wszelkiemu oczekiwaniu oderwanym od pułku i od niego niezależnym, zacząłem wieść zupełnie nowy i niezwykły dla mnie rodzaj życia, które choć z początku wydało mi się bardzo nudne, to ponieważ do wszystkiego można przywyknąć, w krótkim czasie stało się dla mnie dość znośne i wcale już się na nie nie skarżyłem, lecz przywykając z wolna do cichego i samotnego życia, zacząłem znajdować w nim nawet nieco przyjemności. Cały mój ówczesny czas upływał w następujący sposób. Każdego dnia rano, wstawszy, napiwszy się herbaty i ubrawszy się, wyruszałem w drogę do mojej kamery. Odległość od niej do mojej kwatery była wprawdzie niemała i wynosiła ponad półtorej wiorsty, ale chadzałem zwykle sam i piechotą, a ponieważ na szczęście najkrótsza droga wiodła tam dobrymi ulicami i brukiem, wędrówki te nigdy mi się nie przykrzyły, a chodzenie to bardzo jeszcze służyło mojemu zdrowiu. Przyszedłszy do kamery, siadałem zwykle przy swoim stole i, nie ruszając się z miejsca, pracowałem aż do pierwszej godziny. W tym czasie dokuczało mi tylko nieco moje odosobnienie, bo główne pomieszczenia tej kamery, gdzie było mnóstwo pisarzy, były od miejsca, w którym siedziałem, nieco oddalone, a tu znajdowały się tylko trzy pokoje, z których w jednym siedział wspomniany staruszek-radca, pod którego nadzorem byłem, w drugim ja, a w trzecim, małym, główny poborca, czyli przyjmujący pobierane dochody. Ale ponieważ w niemieckich kancelariach panują zupełnie inne zwyczaje niż u nas i żaden z urzędników kancelaryjnych nie pozwala sobie na żadne swobody w rozmowach i nie spędza czasu na śmiechach i błazeństwach, każdy z nich siedzi jak wryty na swoim miejscu i zajmuje się swoją sprawą jak najpilniej, i u nich nie tylko nigdy nie ma hałasu i zamieszania, ale we wszystkim zachowuje się przyzwoitość, cisza i doskonały porządek — tak i obaj wspomniani moi sąsiedzi zajmowali się zawsze tak pilnie swoimi sprawami, że niekiedy przez całą dobę nie udawało mi się zamienić z nimi ani słowa; o wdawaniu się zaś w jakiekolwiek rozmowy nawet pomyśleć nie było można. Ponadto nie tylko ci panowie, ale i wszyscy najlepsi mieszkańcy miasta Królewca w ogóle mieli jakąś niechęć do nas wszystkich, Rosjan, i jakby umyślnie starali się wszelkimi sposobami unikać nas i ufnego, otwartego i przyjaznego obcowania z nami i stronić od niego; nic więc dziwnego, że choć niemało czasu spędziłem na tym stanowisku w kamerze i choć, okazując obu moim sąsiadom wszelką możliwą uprzejmość, wszelkimi sposobami starałem się choć trochę bliżej ich poznać, wszystkie moje starania były daremne. Odpowiadali mi tylko takimiż uprzejmościami, ale ponad to nie mogłem nic od nich uzyskać; bo choć co dzień oczekiwałem, że któryś z nich zaprosi mnie kiedyś jeśli nie na obiad, to przynajmniej na filiżankę kawy czy herbaty, nigdy się tego od nich nie doczekałem; samemu zaś narzucać się {Okazać się natrętem, stać się natarczywym.} i chodzić do nich bez zaproszenia wydawało mi się nieprzystojne. Słowem, wydawali mi się istnymi odludkami. Ale takich samych odludków znalazłem w urzędnikach tamtejszej renterii {Skarbiec.} i urzędu solnego, do których po kilku dniach musiałem chodzić i po kilka godzin przesiadywać przy takiej samej pracy, to jest przy zapisywaniu tamtejszych dochodów renterii i solnych do osobnych ksiąg. W obu tych urzędach, mieszczących się w tym samym zamku, gdzie była i kamera, sprawami kierowało dwóch staruszków, ale obaj byli jeszcze bardziej nieprzystępni i małomówni niż moi sąsiedzi, tak że od nich mogłem się spodziewać jeszcze mniej uprzejmości i życzliwości niż od tamtych.

Wszystko to z początku niezmiernie mnie dziwiło i nieraz z irytacją myślałem i mówiłem do siebie:

„Cóż to za odludki i za diabły tu siedzą? Do nikogo z nich nie ma przystępu i od nikogo nie doczekasz się żadnej życzliwości ani uprzejmości!”

Ale później, gdy bliżej poznałem cały naród pruski i mieszkańców Królewca, przestałem się temu dziwić i przypisywałem to już nie tyle ich nietowarzyskości, ile ogólnej ich niechęci do wszystkich Rosjan, którym choć zewnętrznie okazywali wszelki szacunek, wewnętrznie jednak uważali ich za swoich nieprzyjaciół i dlatego stronili od przyjaznego i otwartego z nimi obcowania; a ponadto miał w tym wielki udział umiarkowany i wstrzemięźliwy sposób ich życia, daleki od wszelkich zbytków i nadmiaru.

Ale oddaliłem się już od porządku mojej opowieści i teraz, wracając do niego, powiem, że spędziwszy w opisany sposób cały ranek na nieprzerwanym i nudnym pisaniu, gdy wybiła dwunasta, wychodziłem razem z innymi z kamery i wracałem na kwaterę. Tu zawsze zastawałem już gotowy mój żołnierski obiad, przygotowany przez moich ludzi, który choć nie był tak smaczny jak domniemany {Złudny, wyobrażony, przypuszczalny.} pruski, ale nigdy nie wstawałem od stołu głodny. Potem zabierałem się zaraz do rysowania i spędziwszy na nim i na innych ciekawych zajęciach godzinę i więcej, gdy wybiła druga, wyruszałem znowu w drogę do mojej kamery i przesiadywałem tam niemal do samego wieczora. Po wyjściu zaś z niej i powrocie do domu chadzałem na przechadzkę na przystań okrętową i w inne pobliskie miejsca, a zwłaszcza brzegiem rzeki Pregoły, i przyglądałem się płynącym po rzece statkom i mnóstwu ludzi, zajętych na brzegach ładowaniem i rozładowywaniem statków. Gdy zaś przypadała niedziela lub święto, kiedy w kamerze nie było posiedzenia, wtedy cały dzień poświęcałem albo na rysowanie, albo na przechadzki po całym mieście i po wszystkich jego najlepszych częściach. Chadzałem niekiedy do mego staruszka pułkownika, który zatrzymywał mnie niekiedy u siebie na obiedzie i brał ze sobą na przechadzkę do najlepszego i sławnego tamtejszego Ogrodu Saturgusa, o którym wspomnę dokładniej we właściwym miejscu. A ponieważ prócz niego były w tym mieście i inne ogrody, w których każdy mógł się przechadzać, wyszukując je, chadzałem niekiedy i do nich na spacer. Do gospód zaś zachodziłem bardzo rzadko, i to chyba tylko po to, by napić się herbaty i kawy i poczytać zagraniczne gazety; a ponieważ gazety owego czasu były bardzo ciekawe, a ja dowiedziałem się, że wydawano je i tu w mieście, nie omieszkałem zaprenumerować ich i dla siebie i nasycać nimi swoją ciekawość.

W ten sposób, przywyknąwszy do tego nowego i samotnego rodzaju życia, spędziłem kilka tygodni w najspokojniejszym stanie i żyłem, można wprost powiedzieć, w pokoju i ciszy i byłem ze swego położenia zadowolony. Od dawnych zaś swoich towarzyszy tak się oddaliłem, że nie miałem nawet pojęcia, co się między nimi dzieje, a i najmniej starałem się tego dowiedzieć.

Ale teraz czas mi kończyć list i powiedzieć wam, że jestem, i tak dalej.

OPIS KRÓLEWCA

List 60


Drogi przyjacielu! Ponieważ w ciągu tych tygodni, które, będąc przy kamerze, spędziłem w opisany sposób w pokoju, ciszy i spokoju, miałem dość czasu i sposobności, by obejrzeć i poznać Królewiec, postaram się teraz wypełnić to, co pominąłem w poprzednich listach, i opisać wam to stołeczne pruskie miasto, abyście mieli o nim nieco bliższe pojęcie.

Miasto to leży pośrodku całego królestwa pruskiego i może uchodzić za nadmorskie, bo choć nie stoi nad samym morzem, a otwarte Morze Bałtyckie jest od niego nie bliżej niż siedemdziesiąt wiorst, to ponieważ między tym morzem a nim znajduje się wąska i przedługa zatoka, zwana Fryskim Hafem {Frisches Haff, Zalew Wiślany.}, a do tej zatoki wpada rzeka Pregoła, nieopodal ujścia której wzniesiony jest na jej brzegach Królewiec, rzeka zaś ta jest dość głęboka — korzysta ono z tej dogodności, że wszystkie morskie statki kupieckie i galioty {Niewielki statek kupiecki, galera.} dochodzą wspomnianym hafem i rzeką aż do samego miasta i tu prowadzą swoją komercję, czyli handel.

Wspomniana rzeka przepływa przez samo to miasto, a ponieważ w tym właśnie miejscu, gdzie jest ono zbudowane, rozdzieliwszy się na wiele odnóg, utworzyła kilka rozległych i dużych wysp, służą one temu miastu ku szczególnej korzyści.

Niektóre z tych równych i nisko położonych wysp, poprzecinanych wieloma kanałami, pokryte są najpiękniejszymi łąkami kośnymi, rodzącymi najgęstszą, pożywną {Smaczną, soczystą.} i dobrą trawę, szczególnie godną uwagi przez to, że mieszkańcy Królewca przyrządzają z niej szczególnego rodzaju kaszę, znaną u nich pod nazwą „Schwadengrütze” {Dosłownie — kasza szwedzka.}. W porze letniej, gdy wyrastają na tej trawie źdźbła podobne do naszych stokłosowych czy strączkowych {Wołot' — tu: źdźbło, kłos; kostier' (stokłosa) — roślina z rodziny traw, o dużych kłoskach — trawa pastewna; rożenczikowyje — rośliny strączkowe; rożok — strąk.}, obtrząsają je sitami i rzeszotami, a potem, wysuszywszy, łuskają z nich kaszę, mającą najprzyjemniejszy smak w kaszy warzonej. Jesienią miejsca te pokryte są kilkoma tysiącami pasącego się na nich bydła i koni. Najbliższe zaś miastu wyspy zajęte są rozmaitymi miejskimi zabudowaniami, a spośród nich szczególnie godna uwagi jest rozległa, położona pośrodku samego miasta okrągła wyspa, ponieważ cała zabudowana jest zwartymi i przewysokimi murowanymi budynkami i stanowi osobną i najlepszą część miasta.

Zresztą miasto to jest dość rozległe, ma wielką liczbę mieszkańców i otoczone jest dookoła wałem ziemnym z bastionami, a od strony morza, po lewej stronie rzeki Pregoły, zbudowana jest niewielka regularna czworoboczna twierdza czy cytadela, zwana Friedrichsburgiem, z rozstawionymi dookoła armatami. Ale wszystkie te umocnienia nie mają większego znaczenia, bo ponieważ przy wielkiej rozległości miasta utrzymanie wszystkich wałów w dobrym stanie połączone byłoby z wielkim kosztem {Wydatkami.}, to i przy licznym garnizonie miasto to nie może wytrzymać porządnego i długotrwałego oblężenia, dlatego może uchodzić raczej za otwarte miasto kupieckie i handlowe niż za twierdzę. Mimo to wszędzie przy wjazdach zrobione były porządne bramy miejskie i przy nich utrzymywano surowe warty.

Co się tyczy wnętrza tego miasta, dzieli się ono najpierw na samo miasto i na kilka rozległych przedmieść, które jednak nie są oddzielone od miasta żadnym osobnym murem, lecz wraz z nim otoczone są wspomnianym wałem ziemnym, a różnią się od miasta tylko tym, że budynki w nich nie są tak dobre i nie tak wysokie jak w mieście, a przy tym składają się przeważnie z budynków szachulcowych czy ceglanych lepianek, podczas gdy w samym mieście stoją już same zwarte, kilkupiętrowe domy murowane, ściśnięte jeden przy drugim jak najciaśniej.

Zresztą to wewnętrzne i najlepsze miasto ma trzy główne oddziały, czyli części, znane u nich pod nazwą „Altstadt”, czyli Stare Miasto, „Kneiphof”, która to część znajduje się na wspomnianej wyspie, i „Löbenicht”. Każda z tych części stanowi w pewnym sensie osobne miasto, bo każda ma swój osobny ratusz, osobny kościół katedralny, osobne swoje gmachy publiczne, osobny plac targowy i osobne władze miejskie. Co się tyczy tak zwanych przedmieść, składają się one z przedługich i dość szerokich ulic, ciągnących się od wspomnianych głównych części miasta w różne strony. Najważniejsze z nich nazywają się: Rossgarten, Tragheim, Sackheim, Steindamm, Haberberg i niektóre inne.

Wszystkie te przedmieścia, prócz kilku rozsianych po nich domów szlacheckich, składają się z miernych i tylko dwupiętrowych domów.

Za najznakomitszą ze wszystkich budowli znajdujących się w Królewcu można uznać tak zwany zamek, czyli pałac dawnych książąt pruskich. Ta ogromna i, z racji swej starożytności, okazała budowla wzniesiona jest na najwyższym pagórku czy wzgórzu, znajdującym się pośrodku samego miasta. Jest czworoboczna, przewysoka i ma wewnątrz czworoboczny, dość przestronny dziedziniec, i przydaje całemu miastu ozdoby, tym bardziej że z wielu stron, a zwłaszcza zza rzeki, widać ją ponad wszystkimi domami. W jednym z jej czterech boków, czyli skrzydeł, na drugim piętrze znajdują się dawne komnaty książęce, składające się z wielu sal i przestronnych pokojów, które i za naszej bytności obite były tymi samymi starymi tkanymi obiciami, które były tam jeszcze wówczas, gdy przyjmowano w nich cara Piotra I, kiedy podróżował z Lefortem po różnych krajach w orszaku poselstwa; w komnatach tych przebywają królowie pruscy, gdy po wstąpieniu na tron przyjeżdżają do Królewca na przyjęcie hołdu, który to wspaniały obrzęd odbywa się na wspomnianym dziedzińcu wewnątrz zamku {Królewiec był miejscem koronacji królów pruskich.}. W pozostałym zaś czasie mieszkali w tych komnatach główni zarządcy i dowódcy wojsk znajdujących się w tym królestwie, jak też przed naszym wkroczeniem mieszkał w nich ich feldmarszałek Lehwaldt. Mimo to we wszystkich tych komnatach nie tylko nie ma żadnej szczególnej wspaniałości w urządzeniu, ale są one niskawe, ciemne i niezmiernie posępne, co może i skłoniło dawnych władców pruskich do przebudowania jednego, najlepszego narożnika tego zamku i nadbudowania jeszcze dwóch ogromnych pięter. Nie wiadomo jednak, dlaczego oba te piętra pozostały jakoś zupełnie niewykończone, a tylko wykonane w stanie surowym; i to już my w następnych latach postaraliśmy się sami jedno z tych pięter wykończyć i urządzić tak, że nikomu, a nawet samym królom, nie wstyd było w nim mieszkać. Na parterze tego skrzydła znajdowały się składy, kuchnie, wartownie i wreszcie, na narożniku, ta sama kamera, do której chadzałem.

Oba pozostałe, boczne skrzydła mieściły w sobie mnóstwo pomieszczeń, stojących po części pustką, po części zajętych przez rozmaite cywilne naczelne rządy i urzędy, a niektóre pomieszczenia służyły za magazyny na rozmaite składowane rzeczy.

Co zaś do ostatniego, czwartego skrzydła, leżącego naprzeciw komnat książęcych, całe jego wnętrze zajmuje jeden ogromnej wielkości kościół, czyli kościół dworski, w którym w każdą niedzielę dwa razy odprawiano nabożeństwo i zbierało się wielkie mnóstwo ludu.

Wreszcie na jednym narożniku tej fasady wzniesiona jest przewysoka i przegruba czworoboczna wieża, niemająca żadnej iglicy ani kopuły; na jej płaskim szczycie wystawiano tylko wielki sztandar czy flagę.

Tu, pod samym szczytem, urządzone są niewielkie izdebki, a w nich stale mieszka kilku trębaczy i innych muzykantów. Ich obowiązek polega na tym, by pełnić na szczycie tej wieży nieustanną wartę i patrzeć, czy gdzieś nie wybuchnie pożar, a gdy tylko go dostrzegą, od tej chwili zaczynają grać na swoich trąbach osobne pożarne i alarmowe melodie. A żeby lud z daleka mógł widzieć i wiedzieć, w której stronie jest pożar, w dzień przechylają w tę stronę wspomniany sztandar, a w nocy wysuwają w tę stronę drąg z wiszącą na nim wielką latarnią, dzięki czemu lud wie, w którą stronę ma biec do gaszenia pożaru. Zdarzyło się nam samym widzieć to przy kilku pożarach, które wybuchły za naszej bytności, i przyznać trzeba, że urządzenie to jest u nich chwalebne i dobre.

Prócz tego godne uwagi jest, że pod tą wieżą i w tym samym narożniku znajduje się u nich publiczna i stara biblioteka, zajmująca kilka przestronnych sal i wypełniona kilkoma tysiącami książek. Książki te są przeważnie stare i po części rękopiśmienne, i zdarzyło mi się widzieć bardzo rzadkie, pisane przez dawnych mnichów bardzo czystym i starannym półustawem {Zob. przypis 14 po tekście.}, ozdobionym rozmaitymi figurami i ozdobami z najżywszych farb. A co jeszcze dziwniejsze, wiele z nich przykutych jest do półek na długich żelaznych łańcuszkach w tym celu, by każdy mógł je zdjąć z półki i według życzenia oglądać i czytać, a ukraść i wynieść ze sobą nie było można. Biblioteka ta w porze letniej otwierana była co tydzień w niektóre dni i każdemu wolno było do niej przychodzić i choćby cały dzień w niej siedzieć i czytać dowolną książkę, pilnowano tylko, żeby ktoś nie wyniósł którejś z nich ze sobą. A żeby każdy mógł wygodniej korzystać z tej lektury, ustawiono pośrodku sali długie stoły z ławkami dookoła, i wielu, a zwłaszcza ludzie uczeni i studenci, rzeczywiście korzystało z tego pozwolenia, i zdarzało mi się zastawać ich tu po dziesięciu i po dwudziestu, zajętych czytaniem.

Prócz książek pokazuje się w tej bibliotece i pewne inne osobliwości, ale bardzo nieliczne; a najgodniejsze uwagi były portrety Marcina Lutra i jego żony Katarzyny von Bora, o których zapewniano, jakoby malowano je z żywych osób.

Wreszcie wejść i wjazdów do tego zamku są tylko dwa: jeden od przedniego skrzydła, duży, na kształt bramy miejskiej, ciemny, pod komnatami, a drugi pod kościołem, mały i jakby ukryty. A ponadto do kamery prowadził zewnętrzny ganek z portykiem dla bardziej bezpośredniego wejścia do niej.

Zresztą przed zamkiem znajdował się niewielki plac, od którego w różne strony rozchodziły się trzy duże i kilka małych i krętych ulic.

Jedna z dużych szła w bok, dookoła zamku, ku przedmieściu Steindamm i słynie z tego, że stoją przy niej najlepsze i największe murowane domy, należące do najznakomitszych pruskich możnowładców i do kilku książąt i hrabiów; a druga, prowadząca ku przedmieściu Rossgarten, nazywała się Francuską i jest godna pamięci po części dlatego, że mieszkali przy niej wszyscy Francuzi i mieli w swoich domach najlepsze francuskie sklepy z wszelkimi towarami, po części zaś dlatego, że zbudowana była na przeszerokiej grobli pewnego przedługiego i przeszerokiego stawu pośrodku miasta, nieopodal miasta położonego, i na pewnej niewielkiej rzeczce, wpadającej z boku do Pregoły, spiętrzonej. Ulica ta była bardzo piękna i tak zbudowana, że żadną miarą nie można było poznać, iż znajduje się na grobli, bo za zwartą murowaną zabudową wody wcale nie było widać. Co zaś do trzeciej dużej, ta schodziła w dół ku tej części miasta, która nazywała się Altstadt.

Co się tyczy tych głównych części miasta, to pierwsza, zwana Altstadt, czyli Starym Miastem, znajdowała się u stóp wzgórza, między zamkiem a rzeką Pregołą, i składała się cała z przewysokich, wąskich, kilkupiętrowych murowanych domów, zbudowanych zwarcie jeden naprzeciw drugiego, podzielonych na kilka kwartałów wąskimi, ciemnymi i przeważnie krętymi ulicami, jakie wszędzie w starych miastach europejskich były w zwyczaju. Pośrodku zaś tej części znajdował się dość przestronny czworoboczny podłużny plac, otoczony dookoła takimi samymi zwartymi wysokimi domami. Plac ten godny jest pamięci przez to, że na jego końcu znajdują się najlepsze kramy czy sklepy z rozmaitymi towarami, a na samym placu co tydzień, w soboty, odbywały się targi mięsem i innymi artykułami spożywczymi. A w te dni placu tego żadną miarą nie można poznać, bo cały w ciągu jednej godziny zabudowywał się mnóstwem małych drewnianych, ale porządnych składanych kramików, które pod wieczór znów rozbierano, a plac na niedzielę oczyszczano tak, że nie było na nim ani jednego śmiecia. Zwyczaj ten wydał się nam z początku bardzo dziwny, ale potem nie mogliśmy się nim dość nachwalić.

Do najznakomitszych gmachów publicznych, znajdujących się w tej części, można zaliczyć, po pierwsze, ich kościół katedralny, czyli kirchę, która choć była stara, zbudowana w guście gotyckim z przewysoką iglicą, miała jednak w sobie przebogate organy, warte kilkadziesiąt tysięcy i godne obejrzenia; po drugie, główny ratusz miejski {Siedziba samorządu miejskiego.}, stanowiący dość wielki i porządny gmach, wzniesiony tuż przy placu. Do pełnienia przy nim warty mieli kilkudziesięciu miejskich starych żołnierzy, z których osobliwego i śmiesznego munduru nie mogliśmy się dość naśmiać. Po trzecie, przy tym samym placu znajdował się u nich tak zwany miejski dom publiczny, mający kilka pomieszczeń i jedną przeogromną salę, w której odbywały się u nich narady i uroczystości publiczne, a także bale weselne, o czym będzie mowa w przyszłości, gdy będę osobno opowiadał o tych weselach.

Co się tyczy drugiej części, zwanej Kneiphofem, ta jest już o wiele znakomitsza i lepsza od wspomnianej pierwszej.

Znajduje się ona, jak już wcześniej wspominano, całkowicie na wyspie, otoczona dookoła wodą, i oddziela ją od Altstadtu tylko jedna wąska odnoga rzeki Pregoły. Zabudowa w niej jest wprawdzie także zwarta murowana, z wąskimi ulicami, ale ulice te są już nieco prostsze; a ponieważ mieszkają w niej wszyscy najbogatsi kupcy, jest też mnóstwo pięknych domów. Ale żadna ulica nie jest tak godna uwagi jak tak zwana Długa Kneiphofska, którą nasi przezwali Milionową. Przecina ona całą tę część wzdłuż i łączy się z obydwoma mostami, którymi wyspa związana jest z Altstadtem i z przedmieściem Haberberg, a z których jeden jest stały, a drugi zwodzony, do przepuszczania statków. Nazwa ta ulicy nie jest też niestosowna, bo wśród kupców na niej mieszkających wielu jest milionerów, a ulicę tę można uznać za najlepszą i najbogatszą w całym mieście; ale domy i na niej wszystkie są zwarte, staroświeckie, przewysokie, na pięć czy sześć pięter, i niezmiernie wąskie, a jedynie szerokość i prostota nadają jej najlepszej barwy.

Główny kościół w tej części znajduje się pośrodku wyspy i godny jest pamięci przez to, że chowano w nim dawnych książąt pruskich i najznakomitszych ludzi i że ozdobiony jest wieloma pięknymi mauzoleami i nagrobkami, a także zawieszony wieloma trofeami i sztandarami. W przedniej jego części, za ołtarzem, zrobiona jest kratowa żelazna przegroda, a za nią, pośrodku przestronnej niszy, wzniesiony jest wysoki i szeroki czworoboczny grobowiec, na szczycie którego spoczywa jeden z dawnych władców pruskich, leżący naturalnej wielkości wraz ze swoją żoną. Ale to mauzoleum dalekie jest od tego, by było tak piękne jak inne, znajdujące się w samym kościele, przy ścianie. Tu, za złoconą kratą, spoczywał nad swoim grobem jeden z najdawniejszych pruskich możnowładców, który był kanclerzem państwa, wykuty z przedziwną sztuką naturalnej wielkości z najbielszego marmuru. Przedstawiony jest leżący, jak żywy, na boku i w takim stroju, jaki wówczas noszono, i wsparty na jednej ręce, pogrążony jakby w głębokich rozmyślaniach. Wszystko to przedstawione jest tak kunsztownie, że nie można się tym dość nacieszyć; na ścianie zaś naprzeciw tego miejsca wprawiona jest czarna marmurowa tablica ze złotym łacińskim epitafium. Zresztą kirche ta, choć ogromna, była bardzo stara, zbudowana w guście gotyckim.

Nieopodal tego kościoła znajdował się sławny królewiecki uniwersytet, a w jego pobliżu domy tamtejszych profesorów i innych uczonych ludzi.

Ale uniwersytet ten ani swym wyglądem zewnętrznym, ani wnętrzem nie mógł wprawiać w zdumienie, bo jego gmach był najzwyklejszy i stary, a i sama aula nie przedstawiała nic znaczącego. Mimo to co do swej istoty uniwersytet ten nie był z ostatnich i uczyło się w nim wielkie mnóstwo ludzi wszelkiego stanu, a wśród nich także wielu znakomitych.

Ratusz tej części miasta, a także dom publiczny nie przedstawiały większego znaczenia, a bardziej od nich godna uwagi była giełda, zbudowana na brzegu przy zielonym moście zwodzonym. Stanowiła ona ogromną salę z niemal ciągłymi oknami dookoła, i w niej schodzą się wszyscy kupcy, by rozmawiać między sobą o handlu.

Co się tyczy trzeciej głównej części miasta, noszącej nazwę Löbenicht, ta znajduje się obok Altstadtu i jest (mniej) godna uwagi od wszystkich pozostałych. Nie znalazłem w niej nic szczególnego prócz katolickiego klasztoru i kościoła, dość wielkiego i o wiele bardziej ozdobionego niż luterańskie.

Opowiedziawszy w ten sposób o głównych częściach miasta, wspomnę teraz coś o przedmieściach i o tym, co jest w nich godnego uwagi. Za najlepsze i największe z nich można uznać Haberberg, to jest to, które znajduje się za rzeką, ponieważ stanowi ono całą część miasta, ma szeroką i przedługą ulicę, która około dnia świętego Piotra bywa wypełniona niezliczonym mnóstwem ludu, bo w tym czasie odbywa się tu doroczny jarmark, o którym będę miał sposobność pomówić w innym miejscu. Ponadto znajduje się na tym przedmieściu i żydowska synagoga, stanowiąca dość porządny murowany gmach.

Steindamm nie ma w sobie nic szczególnego prócz swojej kirchy, która godna jest pamięci przez to, że jest najstarsza i została przez nas później obrócona na naszą rosyjską cerkiew.

Przedmieście Sackheim samo w sobie niczym nie jest godne pamięci, ale między nim a przedmieściem Tragheim znajdował się plac paradny, zasługujący na pewną uwagę. Stanowi on dość przestronne, równe i porośnięte łąkową trawą miejsce, bardzo dogodne do ćwiczenia i musztrowania wojsk, dlatego i nasze wojska zwykle się tu ćwiczyły. Prócz tego godny jest pamięci przez to, że zbudowany jest na nim piękny murowany kierat konny o wielu kamieniach {Postaw — para kamieni młyńskich.}, i pracuje w nim bez przerwy po szesnaście koni.

Przedmieście Tragheim godne jest pamięci, po pierwsze, przez to, że ma w sobie mnóstwo pańskich, dość porządnych i dużych domów; po drugie, przez swoje dogodne położenie przy wspomnianym wielkim stawie, znajdującym się między nim a przedmieściem Rossgarten.

Górna część tego pięknego i bardziej do małego, długiego jeziora podobnego stawu otoczona jest zwartymi ogrodami, leżącymi za domami obu tych przedmieść, a dolna — zwartymi, murowanymi domami, zbudowanymi tuż nad samą wodą; pośrodku zaś, dla połączenia obu tych przedmieść, zrobiony jest przedługi, wąziutki i tylko dla pieszych most.

Co się tyczy wspomnianego przedmieścia Rossgarten, godne jest ono uwagi zarówno przez swą wielkość, jak i przez ogrody, a nie mniej i przez wiele domów szlacheckich, które się w nim znajdują, a takich jest też mnóstwo i przy ulicy idącej w stronę Gumbinnen, gdzie między innymi znajduje się i pałac królewski, który jednak stanowił wtedy bardzo niewielki murowany domek, takich, jakich u nas w Moskwie kilkaset można znaleźć, i stał pusty. Na końcu zaś tej długiej ulicy znajduje się sierociniec, stanowiący porządny, ale niezbyt duży murowany gmach.

Prócz wszystkich tych i niektórych innych przedmieść godne jest też pewnej uwagi to, które ciągnie się wzdłuż brzegu rzeki Pregoły i leży naprzeciw twierdzy, i było właśnie tym, w którym miałem swoją kwaterę, bo nasz pułk rozlokowany był cały po wspomnianych przedmieściach. Godne jest ono pamięci zarówno przez znajdującą się w nim przystań statków, jak i przez stocznię okrętową, a nie mniej przez wspominane już szpiklery {Z niem. — pomieszczenie składowe, spichrz.}, czyli magazyny na zboże, sól i inne grube towary, wyładowywane z barek. Zresztą ponieważ całe to przedmieście leży u stóp wzgórza, na niskim i równym terenie, poprzecinane jest wieloma dość szerokimi kanałami, których woda łączy się z rzeką Pregołą. Kwartały między tymi kanałami są w jednych miejscach zabudowane domami, w innych obsadzone ogrodami, a w innych tylko obsadzone drzewami i obejmują najlepsze łąki; ale żaden z nich nie jest tak godny pamięci jak ten, na którym znajduje się ogród pewnego najbogatszego kupca, imieniem Saturgus. Ogród ten, choć niezbyt rozległy, może uchodzić za najlepszy w całym Królewcu, bo nie tylko jest regularnie rozplanowany, ale i ozdobiony wszelkimi możliwymi ozdobami. Gospodarz, będąc człowiekiem ciekawym świata, uczonym i bogatym, wypełnił go wieloma rzadkimi rzeczami. Ma tu bogatą oranżerię, pełną rozmaitych cudzoziemskich roślin; jest menażeria, czyli ptaszarnia i zwierzyniec, w którym trzyma się mnóstwo rzadkich cudzoziemskich ptaków i zwierzątek; jest wiele pięknych domków i altan. W jednym z nich znajduje się mała kunstkamera, czyli dość pełny gabinet przyrodniczy. A ponieważ po raz pierwszy zdarzyło mi się taki tu widzieć, nie mogłem się dość napatrzeć mnóstwu rzadkich i nigdy przeze mnie niewidzianych rzeczy, a zwłaszcza przeogromnemu zbiorowi rozmaitych rud, skamieniałości, kamieni, rozmaitych muszli, rozmaitych ptasich jaj, rozmaitych ptasich wypchanych okazów, a nade wszystko przewielkiemu zbiorowi bursztynowych kawałeczków z zatopionymi w nich muszkami i żuczkami, którymi zapełniona jest u niego cała komoda i których liczba sięga kilku tysięcy. Drugi domek, w którym zwykle przyjmował swoich gości, zamiast obić ozdobiony jest obrazami, w których za szkłem naklejone są prawdziwe motyle, a widziałem ich tu niezliczone mnóstwo.

Co się zaś tyczy samego ogrodu, pełen jest on niezliczonego mnóstwa kwiatów i dobrych drzew owocowych, a mury okryte są przewysokimi szpalerami brzoskwiniowymi i morelowymi.

Jest tu też mnóstwo drzew przystrzyżonych w rozmaite figury, a wszystkie place ozdobione są mnóstwem porządnych fontann. Woda do tych fontann zasysana jest pompami z kanału biegnącego przy ogrodzie do wielkiego ołowianego basenu, ukrytego w pięknej wieży zbudowanej umyślnie w tym celu na narożniku ogrodu, u dołu której urządzona jest porządna altana, a w niej kurant dzwonków, poruszany tą samą wodą. Wszystkie te widoki były mi dotąd niewidziane i dlatego, ilekroć zdarzało mi się bywać w tym ogrodzie, sprawiały mi wiele przyjemności.

Zresztą można powiedzieć, że miasto to ma we wszystkim obfitość, a jego mieszkańcy żyją dość dobrze, jednak umiarkowanie i niemal bez żadnych zbytków. Nie widać wśród nich żadnego większego rozrzutnictwa i nieumiarkowania. Wszyscy najlepsi ludzie prowadzą życie stateczne i bardziej odosobnione, niż potrzeba, karet i bogatych ekwipaży mają niezmiernie mało, a wszyscy chodzą przeważnie pieszo. W domach służby mają bardzo mało. Jeść gotują u nich zwykle kobiety, które same też kupują wszystko, co potrzebne do stołu, a zarazem pełnią obowiązki lokajów; gdy ich paniom zachce się iść do kościoła albo gdzieś w gości, albo w porze letniej gdzieś na przechadzkę, odprowadzają je i idą za nimi krok w krok, co nas z początku bardzo dziwiło. Jedno tylko mi się nie podobało — że domy u nich, a zwłaszcza w lepszych częściach miasta, są bardzo ciasne i niewygodne; rzadki z nich zajmuje pięć sążni wszerz, a większość nie ma więcej niż dwa czy trzy sążnie szerokości, a przy tym wszystkie pokoje w nich mają okna tylko na jedną stronę, i bardzo nieliczne oświetlone są trzema oknami, a przeważnie mają po dwa okna, bo obie ściany boczne, z racji zwartej zabudowy, są u nich zwykle ślepe.

Niedostatek ten wynagradza się u nich wysokością budynku i mnóstwem pięter, z których jedno jest niższe od drugiego. Ale to pociąga za sobą tę niewygodę, że na wyższe piętra trzeba zawsze wchodzić ciemnymi i najniewygodniejszymi krętymi schodami, po omacku; bo ponieważ na każdym piętrze mają tylko po dwa pokoje, z których jeden ma okna na ulicę, a drugi na tył, między nimi znajduje się ciemna sionka, gdzie idą te schody i gdzie zarazem są paleniska, na których gotują sobie jedzenie. Podwórza mają bardzo nieliczne domy, i to bardzo ciasne, a u pozostałych choć i są, to najciaśniejsze, i wejście do nich tylko przez domy, a porządnych bram nie ma; służą one zresztą głównie do składania drewna. Wejścia zaś do domów zrobione są wszędzie od ulicy, a drzwi do sieni zawsze dzielone na dwoje, ale nie wzdłuż, lecz w poprzek, aby górna połowa mogła być w dzień otwarta dla wpuszczenia światła do sieni, a dolna zamknięta, by każdemu uniemożliwić wejście.

Godne uwagi jest zresztą, że na ich najlepszej ulicy Kneiphofskiej, czyli Milionowej, i do lepszych domów ganki zrobione są wszędzie drewniane, ale prawie nigdy niegnijące i mające wygląd żeliwnych, tak że żadną miarą nie można poznać, że są drewniane.

Osiągają to przez powtarzane co dwa czy trzy lata smarowanie ich rozgotowaną smołą i posypywanie potem żelazną zgorzeliną {Drobne odpryski, odpadające przy kuciu żelaza.} z kuźni, dzięki czemu tworzy się na nich jakby żeliwna skorupa, niedopuszczająca do ich gnicia od deszczu i słoty. Liczba wszystkich domów w mieście dochodzi do 3800, a mieszkańców — 40 tysięcy {Dla porównania interesująca jest liczba mieszkańców Królewca w 1911 r. — 246 tysięcy.}.

Chodzenie i jazda po mieście są dość wygodne, bo wszystkie ulice wybrukowane są polnym kamieniem, a bruk ten utrzymywany jest zawsze w dobrym stanie; w porze zaś nocnej, a zwłaszcza jesienią i zimą, wszystkie ulice oświetlane są latarniami. Jednak w ciasnych ulicach miejskich przykrą niewygodą jest to, że nocami wszelkie nieczystości i śmieci wyrzuca się z domów na ulice; choć codziennie są one sprzątane i wywożone przez osobnych, umyślnie do tego wyznaczonych ludzi, to nieraz bywa od tego brzydki zapach i zaduch, zarażający powietrze, i dlatego dolne pokoje zwykle bywają bardzo ponure i z powodu wąskości ulic ciemne.

Kościołów jest w Królewcu wszystkich 18, z których 14 luterańskich, 3 kalwińskie i 1 rzymskokatolicki. Większość z nich zbudowana jest w guście gotyckim, z przedługimi iglicami na wieżach; są jednak i bez nich, wzniesione w guście nowej architektury, choć niewiele.

W wodę miasteczko to zaopatrzone jest dostatecznie, bo prócz rzeki Pregoły i wspomnianego stawu urządzono po wszystkich ulicach mnóstwo studni, nad którymi zbudowane są jakby małe budki wartownicze i wieżyczki i wprawione pompy, a wodę uzyskuje się, pompując z boku.

Prócz tego jest w tym mieście kilka dużych wiatraków, dość dobrze urządzonych, a ponadto i piękny młyn wodny o wielu kamieniach, zbudowany na tej rzeczce, na której jest staw, poniżej grobli, i ukryty tak, że wcale go nie widać.

Tyle wystarczy tym razem dla wiadomości o tym mieście, bo o reszcie będzie mowa dokładniej w przyszłości, przy innych okazjach. W moim przyszłym liście wrócę do przerwanej nici mojej opowieści i będę wam opowiadał, co mnie w tym mieście spotkało dalej i co dało powód do owej drugiej przemiany w moich okolicznościach, z której wypłynęły następstwa mające na całą pomyślność mego życia największy wpływ. A ponieważ obecny mój list zbytnio się już rozrósł, pozwólcie mi go tym zakończyć i, zapewniwszy was o mojej niezmiennej przyjaźni, powiedzieć wam, że jestem na zawsze wasz, i tak dalej.

KONIEC CZĘŚCI PIĄTEJ.

(Ciąg dalszy nastąpi.)

ŹRÓDŁO:

Болотов А. Т. Жизнь и приключения Андрея Болотова: Описанные самим им для своих потомков: В 3 т. Т. 1: 1738-1759 / Вс. ст. С. Ронского; Примеч. П. Жаткина, И. Кравцова. -- М.: ТЕРРА, 1993.

Część pominiętych rozdziałów dodano według:

Издание: А. Т. Болотов в Кёнигсберге (Из записок А. Т. Болотова, написанных самим им для своих потомков). Калининград, Кн. Из-во, 1990.

Pozostałe rozdziały dodano według pierwszego wydania „Записок” („Приложения к «Русской старине»”, 1870).


Przetłumaczono z języka rosyjskiego przy pomocy AI (Claude, Anthropic), październik 2026 r.