Dzień dobry! Nazywam się Łada Polanska i mieszkam w Kaliningradzie już 6,5 roku. Urodziłam się i dorastałam w mieście, które dziś nazywa się Jekaterynburg, choć w moim dzieciństwie był to Swierdłowsk. Odkąd pamiętam, zawsze marzyłam, żeby wyjechać ze Swierdłowska na zawsze. Nie podobało mi się tam wszystko! Zimą było tak zimno, że od mrozu szkliły się białka oczu. W okresach przejściowych – błoto po kolana. A w ten dzień, kiedy zdarzało się lato, zawsze z jakiegoś powodu albo pracowaliśmy, albo byliśmy zajęci innymi pilnymi sprawami. Lato zapamiętywało się głównie z bzyczenia komarów i zapachu płonących torfowisk. Z tego powodu okna trzeba było trzymać stale zamknięte.
Owszem, na Uralu są piękne jeziora i skały, ale lasy przypominają raczej nieprzebyte wiatrołomy i od późnej wiosny do połowy lata roją się od kleszczy przenoszących zapalenie mózgu – raz zaszczepiłam się i omal nie umarłam od tej szczepionki…
Choć mieszkaliśmy w dzielnicy-sypialni z dobrze rozwiniętą infrastrukturą i świetną komunikacją, dojazd na przykład na uniwersytet zajmował co najmniej półtorej godziny w jedną stronę, pod warunkiem że autobus szybko przyjechał.
Wysoka przestępczość i zalew przybyszów z byłych republik związkowych (lubię ludzi, ale pewnego dnia nagle zrozumiałam, że w moim mieście w ogóle nie słychać już rosyjskiej mowy – na ulicach, w komunikacji, w sklepach, w szkołach Rosjan i rosyjskiej mowy prawie nie zostało!) stały się ostatnią kroplą.
Tak więc decyzja o przeprowadzce nie dojrzała nagle. Wydaje mi się, że się z nią urodziłam.
Dlatego, przyjeżdżając do jakiegokolwiek nowego miasta, zawsze szczególnie mu się przyglądałam i pytałam samą siebie: „Czy mogłabym tu żyć? Czy to miasto mi odpowiada?”.
Kilka razy próbowałam mieszkać w Moskwie. Przeżyłam tam w sumie trzy lata. Nie moje.
O mojej próbie przeprowadzki do Chile można by w ogóle napisać osobną książkę. Równo po pół roku wróciłam do ojczyzny.
Kiedy przyjechałam do Kaliningradu w odwiedziny do starego przyjaciela, dosłownie drugiego dnia pobytu w mieście zrozumiałam, że przeprowadzę się właśnie tutaj i właśnie tu zostanę. Dlaczego? Bo był początek listopada – w parkach kwitły krzewy róż, a na zielonej trawie leżały jaskrawe liście klonu. Było ciepło. Było morze. Były mewy…
– „A wiesz, latem będą jeszcze bociany!” Bociany? Boże, wcześniej widziałam je tylko na obrazkach…
Były dachy z dachówki, bruk, aleje starych drzew wzdłuż wąskich dróg.
– „A gdybyś miała wizę, moglibyśmy jutro wieczorem skoczyć do Polski albo na Litwę – na piwo!” Skoczyć wieczorem? Boże, wcześniej zawsze pracowałam cały rok, żeby dostać urlop i gdzieś „skoczyć”…
Pół roku po tej wizycie przyjechałam tu z dwiema torbami i od tamtej pory, już od sześciu lat, każdego ranka dziękuję Bogu, że znalazłam swój Raj na Ziemi.
W Kaliningradzie podoba mi się absolutnie wszystko. Klimat. Zwartość miasta. Zabytkowa architektura. Morze. Bliskość Europy. Piękne drzewa...
Ale najważniejsze, że w Kaliningradzie spotkałam wreszcie człowieka, z którym zamierzam przeżyć całe życie. Bardzo szybko sprzedaliśmy każde swoją własność, kupiliśmy świetne nowe mieszkanie w stanie surowym, zrobiliśmy remont i tu mieszkamy.
Oczywiście nie obyło się bez trudności. Bardzo problematyczne okazało się dla mnie znalezienie tu pracy. Najpierw udało mi się zatrudnić tylko na basenie – jako osoba, która chodzi wokół basenu, przeszkadza wszystkim pływać i pilnuje, żeby nikt nie utonął… Nieco później przyjęto mnie na stanowisko menedżerki sprzedaży w jednym z salonów samochodowych w mieście, potem przeszłam do innego salonu, do trzeciego…
Praca w salonach samochodowych mi się podobała. Zawsze nowi ludzie, nowe historie, niektórzy moi klienci dzwonią do mnie do dziś, z niektórymi się zaprzyjaźniłam i regularnie utrzymujemy kontakt.
Co prawda w okresie adaptacji zdarzały się też przykre przygody. Pewien niesmak pozostał po tym, jak zaparkowałam samochód przy biurze pewnej firmy (dosłownie na pół godziny) na publicznym, niczym nieogrodzonym i nieoznakowanym parkingu i poszłam załatwiać swoje sprawy, w tym również do biura tej firmy. A po powrocie znalazłam samochód w zupełnie okropnym stanie – oklejony taśmą dookoła. Do tego kartka z groźbą-ostrzeżeniem „nie parkować samochodu przy Tym Biurze”.
Istne „pozdrowienia z lat 90.”, słowo daję!
Pracownicy firmy odmówili oczyszczenia mojego samochodu z taśmy, nagrubiali mi i w ogóle porządnie zepsuli humor. Złożyłam na nich zawiadomienie na policji. Ale potem „dobrzy ludzie” wyjaśnili mi, że Kaliningrad to małe miasto i z „możnymi tego świata” nie wolno się kłócić. To już były „pozdrowienia z lat 90.” do kwadratu! Byłam w szoku. Ale chyba żadna beczka miodu nie obejdzie się bez łyżki dziegciu. W moim przypadku Kaliningrad to miód, a ta sprawa – dziegieć. Chciałabym, żeby odtąd miodu było więcej, a dziegciu odpowiednio wcale.
Wracając do problemu zatrudnienia… Z czasem zrozumiałam, że w warunkach deficytu wakatów pozostaje jedno logiczne rozwiązanie – pracować na swoim. Obecnie oprowadzam turystów po obwodzie i najbliższej zagranicy, pokazuję im te miejsca, które zdążyłam poznać i pokochać. Ciągle ktoś do mnie pisze i prosi, żeby gdzieś zawieźć samochodem, coś opowiedzieć, coś pokazać, gdzie się zatrzymać, jak dojechać i tak dalej. Zdarzają się też zabawne pytania, na przykład: „Z którego miejsca najlepiej sfotografować ten kościół, żeby ujęcie było jak najkorzystniejsze?”. Jedyne, o co proszę swoich „turystów”, to żeby uprzedzali o przyjeździe zawczasu, bo zwłaszcza latem praktycznie każdy mój dzień jest rozplanowany…
Poza tym wróciłam do swojej dawnej pasji – piszę książki na zamówienie. Moimi zleceniodawcami są przeważnie ludzie, którzy mają coś do opowiedzenia, ale zupełnie nie mają czasu, żeby samodzielnie coś napisać, a tym bardziej biegać po wydawnictwach.
Każde z tych zajęć sprawia mi niesamowitą przyjemność i pozwala planować życie według własnego uznania.
W Kaliningradzie brakuje mi trochę bardziej aktywnej działalności społecznej. Daje o sobie znać niezbyt szeroki krąg znajomych, ale myślę, że nowi przyjaciele i nowe kontakty to kwestia czasu. Chciałabym przynosić więcej pożytku miastu, które pokochałam jak rodzinne.
Z mężem dużo podróżujemy, nie tylko za granicę, ale i po obwodzie. Bardzo lubimy spacerować wzdłuż linii przyboju, czasem odchodzimy na wiele kilometrów. Do pełni obrazu brakuje nam chyba tylko psa.
Najbardziej lubię wstawać wcześnie rano, kiedy całe miasto jeszcze śpi, jechać gdzieś nad morze, włączać tam komputer i pracować, siedząc w samochodzie, patrząc na fale i słuchając krzyku mew. Wydaje mi się, że to właśnie jest szczęście.
Fot. autorki
Przetłumaczono z języka rosyjskiego przy pomocy AI (Claude, Anthropic), październik 2026 r.

