/ Prusy

Dalszy ciąg historii mojej służby wojskowej i pobytu w Królewcu

Dalszy ciąg historii mojej służby wojskowej i pobytu w Królewcu

7. część książki Andrieja Timofiejewicza Bołotowa „Życie i przygody Andrieja Bołotowa, opisane przez niego samego dla potomnych”. Na stronie opublikowano części 4–7, w których mowa o wydarzeniach na terenie Prus Wschodnich.

(Zakończenie.)

Części 1–3. Część 4. Część 5. Część 6. Część 7.

List 73. W Królewcu
List 74. Nowa kwatera

List 75. Historia wojny
List 76. Bitwa pod Kunersdorfem
List 78. W Królewcu
List 77.
List 79. Królewiec
List 80.
List 81.
List 82.

W KRÓLEWCU

List 73


Drogi przyjacielu! Skoro w ostatnim moim liście do Was zatrzymałem się na opowieści o tym, czym zajmowałem się, mieszkając w Królewcu po przeżytym niepokoju z powodu wezwania mnie do pułku, to, prowadząc teraz moją opowieść dalej, powiem, że w czasie gdy ja, żyjąc we wspomniany sposób w spokoju, oddawałem się sprawom pożytecznym, a nie mniej także prawdziwym, choć całkiem dozwolonym, błahostkom, i dni moje płynęły w pokoju i ciszy, i niemal każdy dzień przynosił nowe przyjemności — nasza armia była w pełnym marszu. Jej dawny wódz, generał Fermor, ledwie zdążył wrócić z Petersburga i doczekać wiosny, a już z jej nadejściem, zebrawszy wszystkie rozlokowane po kwaterach zimowych i na nowo uzupełnione wojska w okolicach Torunia {Thorn nad Wisłą.}, ruszył z nimi znowu w pochód w stronę Śląska przez Polskę. Miasto Poznań wyznaczono ponownie na generalny punkt zborny i tam zebrała się cała armia jeszcze dość wcześnie. Dalej jednak niż do tego miejsca generał z nią nie poszedł, lecz czekał na innego wodza, wyznaczonego na jego miejsce.

Na to stanowisko, wbrew oczekiwaniom wszystkich, cesarzowa wybrała generała-en-chef hrabiego Piotra Siemionowicza Sałtykowa. Wszyscy dziwili się, usłyszawszy o tym nowym dowódcy, i to tym bardziej, że on, dowodząc dotąd ukraińskimi pułkami milicji krajowej, był niemal nikomu nieznany i nie krążyły o nim żadne pochlebne ani głośne wieści. Nawet ci, którym los pozwolił znać go osobiście, nie umieli nic innego powiedzieć pytającym, jak tylko to, że był wprawdzie człowiekiem bardzo dobrym, ale prostym staruszkiem, bez szczególnej wiedzy i zalet, który niczym znamienitym jeszcze się nie wyróżnił.

Ujrzeliśmy go wcześniej niż armia, bo jechać tam musiał przez Królewiec. Nie sposób opisać, z jaką ciekawością na niego czekaliśmy i z jakimi szczególnymi uczuciami patrzyliśmy, jak przechadza się pieszo po naszym mieście. Siwiutki, malutki, prościutki staruszek w białym kaftanie milicji krajowej, bez żadnych ozdób i bez wszelkiego przepychu, chodził po ulicach i miał za sobą nie więcej niż dwóch czy trzech ludzi w orszaku {Idących za nim, w świcie.}. Nam, przywykłym do przepychu i wspaniałości u dowódców, wydawało się to dziwne i zadziwiające, i nie pojmowaliśmy, jak taki prościutki i, jak się zdawało, nic nieznaczący staruszek może być naczelnym dowódcą tak wielkiej armii, jaką była nasza, i prowadzić ją przeciw takiemu królowi, który zdumiewał całą Europę swoim męstwem, odwagą, zręcznością i znajomością sztuki wojennej. Wydawał się nam istną kurką i nikt nie tylko nie śmiał żywić nadziei, ale nawet pomyśleć, że mógłby on dokonać czegoś ważnego — tak niewiele obiecywały nam jego powierzchowność i całe jego postępowanie.

Nasz generał chciał go był zwyczajem swoim podjąć wspaniałą ucztą, lecz on stanowczo zażądał, by nie przygotowywano dla niego niczego szczególnego, i chciał zadowolić się najprostszym poczęstunkiem i obiadem.

To też było przyczyną, że jego przejazd przez nasze miasto przeszedł zupełnie bez rozgłosu i tak cicho, że choć bawił u nas dwa dni i obszedł pieszo niemal wszystkie ulice, większa połowa miasta nawet nie wiedziała, że przebywa w jego murach. Wyjechał też od nas równie prosto, jak przyjechał, a my wszyscy odprowadziliśmy go wprawdzie z gorącym życzeniem, by był szczęśliwszy od zręcznego Fermora, ale z sercami bardzo strapionymi i pozbawionymi wszelkiej nadziei — tak niewielkie i niekorzystne mieliśmy o nim mniemanie.

Po odjeździe tego nowego zwierzchnika wróciliśmy do swoich dawnych spraw i zajęć: generał — do swoich wizyt i częstych odwiedzin u swojej hrabiny Keyserlingowej, nasi kancelaryjni — do swoich papierów, pisania i spraw, a ja — do swoich przekładów, czytania, rysowania i innych ciekawych spraw i zajęć. Zamiłowanie do nich rosło we mnie z dnia na dzień, a zwłaszcza od czasu, gdy zdarzyło mi się pewnego razu bywać w domu pewnego staruszka, pruskiego pułkownika w stanie spoczynku, wielkiego miłośnika nauk oraz wszelkich robótek i sztuk. Tam to po raz pierwszy zdarzyło mi się zobaczyć, jak żyją ludzie tego rodzaju i jak czysto i schludnie bywa w ich domach. Staruszka tego widywałem już od dawna i nieraz spotykałem go na ulicy, bo mieszkał przy tej samej ulicy co ja i nierzadko przechodził pod moimi oknami. Ale nigdy nie przyszłoby mi do głowy, że jest tak wielkim miłośnikiem nauk i sztuk, jak się później dowiedziałem; dziwiłem się tylko za każdym razem jego osobliwemu strojowi i chodowi. Mimo całej swej starości był zawsze tak wymuskany i świeży, jakby miał lat czterdzieści, i jakakolwiek była pogoda, zawsze widywałem go w kapeluszu, zawsze upudrowanego, w dziwnej peruczce i zawsze w staroświeckim pruskim mundurze o długich, wypchanych sitowiem {Sit, sitowie — roślina używana do wyplatania; podkładano ją w poły mundurów, aby poły sterczały.} szerokich połach, z których jedną zawsze trzymał uniesioną lewą ręką i przyciśniętą płasko do brzucha. Tym właśnie dziwnym zwyczajem różnił się od wszystkich innych ludzi i rzucał się w oczy, a ponieważ nikt nie wiedział i nie umiał mi powiedzieć, dlaczego zawsze zasłania sobie brzuch połą, uważałem go za jakiegoś dziwaka albo pomyleńca. Odwiedziwszy go jednak, bardzo zmieniłem o nim zdanie i zacząłem myśleć inaczej.

Stało się to przypadkiem. Pewnego razu spotkałem go nie sam, lecz idąc razem ze wspomnianym panem Orłowem, hrabią Schwerinem i jeszcze jednym naszym porucznikiem, człowiekiem bogatym, również bardzo ciekawym świata i wielkim miłośnikiem nauk, nazywającym się Fiodor Bogdanowicz Passek. Panom tym był on lepiej znany niż mnie, a zwłaszcza hrabiemu Schwerinowi. Ten ostatni ledwie go ujrzał, wyciągając do niego rękę, zawołał:

— Ach, panie pułkowniku! Miły, kochany staruszku! Czy wciąż cieszycie się dobrym zdrowiem? Tak dawno nic o was nie słychać — ciągnął, ściskając mu rękę. — Czy wciąż jesteście żywi? Czy wciąż jak dawniej oddajecie się swoim sztuczkom i umiejętnościom? Czy w dobrym zdrowiu są wszystkie wasze machiny i instrumenty?

Staruszek uśmiechnął się na to, uścisnął przyjaźnie hrabiemu rękę i rzekł:

— W dobrym, w dobrym, panie hrabio! I wszystko do waszych usług.

— O, skoro tak — podchwycił hrabia — to czy nie można by znów zrobić mi przyjemności i pokazać waszych prac? Są tu, łaskawy panie — ciągnął hrabia — ludzie, którzy chętnie by je zobaczyli.

Słowami tymi celował w swoich towarzyszy, Orłowa i Passeka. Temu ostatniemu szczególnie na tym zależało i dawał mu wzrokiem znać, by namówił starca, aby uczynił to od razu i pokazał nam wszystkie swoje sztuczki, hrabiemu zaś niewiele trudu kosztowało nakłonić do tego sędziwego artystę. Starzec, choć się nieco opierał, wymawiając się brakiem czasu, a po części mówiąc, że wszystkie jego obecne zajęcia nie są tak ważne, by warto je było oglądać, to jednak na prośbę hrabiego musiał się zgodzić i zaprowadzić nas do siebie do domu, w tej samej minucie.

Przyprowadziwszy nas tam, chciał nas był wprowadzić do swoich dolnych pokoi mieszkalnych i najpierw czymś ugościć, lecz hrabia i jego towarzysze nie chcieli tego i mówili, że nie po to przyszli, by go kłopotać poczęstunkiem, lecz chcą, by zaprowadził ich prosto do swojej pracowni i warsztatu; i wtedy, niemal niechętnie, musiał nasz starzec wspinać się po stromych schodach na górę i prosił nas, byśmy szli za nim. Tam znaleźliśmy ogromny pokój, cały zastawiony i zawalony {Zagracony.} mnóstwem wszelkiego rodzaju machin, narzędzi i instrumentów. Prawie nigdzie nie było wolnego miejsca i z trudem mogliśmy się przecisnąć do małego stoliczka, stojącego przy oknie, tego samego, przy którym najczęściej przesiadywał i oddawał się swoim pracom. Zaczął od razu krzątać się i, wyszukując swoje ostatnie prace, pokazywać je gościom, ja zaś miałem tymczasem kilka minut wolnego czasu, by obejrzeć jego pokój i wszystkie znajdujące się w nim rzeczy.

Nie potrafię opisać, z jak nienasyconą ciekawością przebiegałem wzrokiem od jednego przedmiotu do drugiego i z jaką chciwością pożerałem wszystko oczami. Znajdowało się tam ogromne mnóstwo takich rzeczy, jakich jeszcze nigdy w życiu nie widziałem i o których nie miałem jeszcze żadnego pojęcia. Były tam tokarki różnego rodzaju, były maszyny do polerowania, było mnóstwo rozmaitych instrumentów i przyrządów fizycznych, optycznych, matematycznych i mechanicznych. Była ogromna biblioteka, mnóstwo wszelkiego rodzaju lunet, zwierciadeł zapalających, mikroskopów, globusów, map, sztychów {Sztych — obraz rytowany lub trawiony na miedzi albo stali i odbity na papierze.}, porozkładanych książek oraz rozwieszonych po ścianach żelaznych pił, dłut, rylców i wszelkiego rodzaju narzędzi i instrumentów do pracy. Wszystko to stanowiło dla mnie widok nowy i taki, którym nie mogłem się dość napatrzeć; i choć wszystkie te liczne rzeczy stały, leżały i wisiały tam bez najmniejszego porządku, wszystkie były zakurzone i nieuporządkowane, wszystkie porozrzucane byle jak, ja jednak zachwycałem się nimi bardziej niż kosztownymi ozdobami i chętnie zgodziłbym się spędzić u niego cały dzień, wszystko przebrać i obejrzeć, gdyby tylko było mi to wolno i gdyby gospodarz zgodził się wszystko mi pokazywać i o wszystkim szczegółowo opowiadać.

Ale, ku mojemu największemu żalowi, właśnie tego uczynić nie było można.

Byłem najmłodszą i najmniej ważną osobą spośród gości i dlatego musiałem zadowolić się tylko tym, co pokazywano moim towarzyszom, i słuchaniem tego, co gospodarz z nimi mówił. Ze mną zaś nie zdołał zamienić ani słowa, bo czas był tak krótki, a pośpiech moich towarzyszy tak wielki, że nie zdołał nawet im samym pokazać setnej części tego wszystkiego, co posiadał i co ja chciałbym zobaczyć i poznać. Ku tym większemu memu utrapieniu nawet o tych rzeczach, które zdążył im pokazać, mówiono tak pobieżnie i tak krótko, że prawie nic nie mogłem zrozumieć. To mogło jedynie rozbudzić moją ciekawość, ale wcale jej nie zaspokoić, i z największą niechęcią poszedłem za moimi towarzyszami, którzy spieszyli wówczas w gości, i myślałem już, by się od nich odłączyć i wrócić do miłego i czcigodnego staruszka, aby poznać go bliżej, ale i to mi się nie udało. Starzec wyszedł za nami z domu i zamknął swój pokój, a co było dla mnie jeszcze bardziej przykre, to to, że choć tak bardzo łudziłem się nadzieją, że poznam go w przyszłości i ubłagam, by mi wszystko pokazał i objaśnił, i choć tak liczyłem, że wiele się od niego dowiem i nauczę, od tego czasu nie udało mi się go już nawet zobaczyć. Wkrótce potem wyjechał gdzieś do swoich krewnych na wieś i tam, jak później słyszałem, zakończył swoje życie.

Mimo wszystko wydarzenie to przyniosło mi wiele pożytku. Nie tylko uzyskałem pewne pojęcie o wielu nieznanych mi dotąd rzeczach, ale zawarłem dzięki temu znajomość ze wspomnianym p. Passekiem, dotąd mi nieznanym; ponieważ bowiem przez całą drogę powrotną bezustannie mówili o tym starcu, wynosili pod niebiosa jego dociekliwość i pracowitość i dziwili się mnogości jego machin i instrumentów, wmieszałem się i ja do ich rozmowy. A przy tej okazji ledwie zdążyłem wyrazić żal, że krótko u niego zabawili i że nie udało mi się zobaczyć wielu takich rzeczy, które bardzo chciałbym poznać, a już to właśnie skłoniło p. Passeka, by zaznajomić się ze mną bliżej. Był on z nich wszystkich najbardziej dociekliwy, a ponieważ taką samą ciekawość dostrzegł i we mnie, to skłoniło go, by poznać mnie bliżej; dlatego od razu zawarł ze mną znajomość i rozstając się, prosił, bym kiedyś do niego przyszedł, mówiąc, że skoro jestem tak ciekawy, to i on może mi pokazać coś godnego mego wzroku i ciekawości.

Nie omieszkałem uczynić tego kilka dni później i mogę powiedzieć, że byłem z tej wizyty niezmiernie zadowolony. Znalazłem u niego to, czego najmniej się spodziewałem. Był on wprawdzie zwykłym porucznikiem w naszej służbie, przebywającym tam wówczas w związku z jakąś powierzoną mu komisją, ale nie wiedziałem, że miał wielki majątek, był znakomitego rodu, znany wśród wielkich panów i wydawał wówczas mnóstwo pieniędzy na zdobywanie cennych książek, wszelkich machin i instrumentów.

Tych pierwszych zastałem u niego już pokaźny zbiór, a spośród tych ostatnich żadna mnie tak nie zadziwiła i nie zachwyciła jak elektryczna.

U niego to po raz pierwszy w życiu zdarzyło mi się ujrzeć tę cudowną machinę, która stała się mi potem tak dobrze znana, i on to dał mi o niej pierwsze pojęcie. Nie sposób opisać, z jaką ciekawością ją wtedy oglądałem i jak bardzo zadziwiły mnie uzyskiwane z niej iskry i wstrząsy, a także rozmaite inne doświadczenia przez nią wykonywane. Machina ta była u niego wprawdzie staroświecka, z małym balonem i dużym kołem do obracania, w porównaniu z dzisiejszymi jeszcze bardzo niedoskonała i zajmująca niemal cały pokój, a jednak kosztowała go niemało pieniędzy i działała bardzo silnie i dobrze. Tak mi się spodobała, że rozsławiłem ją wśród wszystkich moich znajomych i nie mijał prawie tydzień, żebym u niego nie bywał i nie przyprowadzał ze sobą wielu innych, by oglądali tak ją, jak i mikroskopy i inne instrumenty fizyczne, a zwłaszcza pompę powietrzną, które także posiadał i z osobliwą przyjemnością pokazywał nam swoje doświadczenia. Szkoda jednak, że pobyt tego człowieka u nas w Królewcu był niedługi: tego samego lata od nas wyjechał i od tego czasu już go nie widziałem. Był rodzonym bratem tego Passeka, który był potem namiestnikiem w Smoleńsku.

Mniej więcej w tym samym czasie zaznajomiłem się i z innym naszym oficerem, który służył jako kapitan, ale nie w pułkach polowych, lecz w artylerii. Nazywał się Iwan Timofiejewicz i pochodził z rodu panów Pisariewów, a urodził się w tym samym powiecie kaszyrskim, z którego i ja pochodziłem, był więc prawdziwym moim krajanem i sąsiadem po majątkach. Człowiekowi temu zdarzyło się kilka razy bywać w sprawach służbowych u nas w kancelarii i rozmawiać ze mną o tym i owym, a ponieważ on we mnie, a ja w nim dostrzegłem pod wieloma względami jednakie skłonności i zgodność myśli, to nie tylko nas to zaznajomiło, ale i bardzo szybko zaprzyjaźniło. Polubił mnie wyjątkowo, a i ja poczułem do niego nie tylko miłość, ale wręcz szacunek, na który zresztą zasługiwał. Był ode mnie znacznie starszy, lubił czytać książki, uchodził za człowieka statecznego i porządnego, zyskał sobie szacunek wszystkich i nie lubił mówić o błahostkach, lecz wciąż o sprawach, i to sprawach dobrych i godnych wysłuchania — a ponieważ i ja nie mniej lubiłem prowadzić takie rozmowy, to właśnie to wiązało nas przyjaźnią, która trwała wiele lat z rzędu. Jednak w owym czasie był to dopiero sam początek naszej znajomości, bo wkrótce potem wyjechał on do armii.

Co się tyczy moich znajomych z kancelarii, to i im przybyło w owym czasie jeszcze dwóch; ponieważ bowiem spraw pisemnych z godziny na godzinę przybywało, gdyż naszemu generałowi powierzono także dowództwo nad wszystkimi wojskami stacjonującymi w Prusach, potrzebna była do tego osobna ekspedycja wojskowa, a do kierowania nią wyznaczono dwóch oficerów: jednym był porucznik Kozłow, z imienia Sawwa Konstantinowicz, chłop gruby, prosty, ale całkiem porządny i który mnie szybko polubił, drugim zaś podporucznik Nasietkin, który wyszedł na oficera z pułkowych pisarzy i był urzędniczą duszą jak się patrzy. Dlatego z tym człowiekiem łączyła mnie tylko powierzchowna znajomość, bo nasze charaktery zbyt się od siebie różniły; do tego nie miałem z nim żadnej styczności w sprawach służbowych, a i siedzieli oni obaj w innych, oddzielonych od nas sienią pokojach, a ponadto nie jadali z nami obiadów u generała, lecz chodzili do swoich kwater.

Oprócz opisanych wyżej zajęć miałem tego lata jeszcze jedno, szczególne.

Naszej młodzieży zachciało się do wszystkich zwykłych rozrywek dołączyć jeszcze jedną, a mianowicie założyć rosyjski teatr szlachecki. Skłoniło ich do tego najbardziej to, że trupa komediantów, która była u nas zimą, wyjechała do innych miast, i nasze widowiska teatralne ustały już od samej wiosny, a gmach teatru stał pusty. Wpadło więc naszym panom do głowy spróbować utworzyć z samych siebie pewien rodzaj teatru. Pierwszymi inicjatorami byli: wspomniany pan Orłow, Zinowjew i pewien przyjezdny, mieszkający tam wówczas pan nazwiskiem Dumasznew. Ledwie przedsięwzięli tę sprawę i wyznaczyli na pierwszą próbę jedną z naszych tragedii, a mianowicie „Demofonta” {Tragedia wierszem w 5 aktach M. W. Łomonosowa. Napisana w 1752 r. na zamówienie. Oprócz „Demofonta” Łomonosow napisał, także na zamówienie, w 1750 r. inną tragedię — „Tamira i Selim”.}, a już zaczęli werbować ludzi, którzy razem z nimi mieliby ją wystawić. Nie było to jednak tak łatwe, jak początkowo sądzili. Ludzi trzeba było wielu, a zdolnych do tego znajdowali niewielu. Ci, którzy by się mogli zgodzić, nie mieli zdolności, a spośród zdolnych nie każdy chciał się odważyć na taką rzecz i wziąć na siebie nie tylko wielki ciężar, ale też dobrowolnie wystawić się potem na krytykę i osądy. Mnie złożyli propozycję już na samym początku i jednemu z pierwszych, ale długo walczyłem sam ze sobą i nie miałem tyle ducha, by odważyć się na tę niezwykłą dla mnie rzecz, i nie wcześniej przystałem na ich życzenie, jak po wielu i usilnych prośbach ich wszystkich. Co prawda, miałem już do tego pewne przygotowanie. Stojąc jeszcze w Estlandii na leżach zimowych, upodobałem sobie tragedię „Choriew” {Tragedia A. B. Sumarokowa, wydrukowana w 1747 r., która dała początek jego sławie literackiej. Sukces, jaki przypadł w udziale „Choriewowi”, przyczynił się do rozwoju zainteresowania sztuką teatralną i wpłynął na założenie stałego teatru.} i nie tylko nauczyłem się jej niemal całej na pamięć, ale nauczyłem się też porządnie deklamować kwestie, dlatego sprawa ta była mi już po części znajoma, a to bardzo pomogło temu, że zgodziłem się wziąć na siebie jedną rolę. Mimo wszystko, ponieważ nigdy jeszcze nie zdarzyło mi się widzieć przedstawień rosyjskich tragedii, rzecz ta, zwłaszcza przy mojej nieśmiałości i wstydliwości, wydawała mi się bardzo dziwna, i gdyby nie pomogło w tym nieco to, że minionej zimy niejednokrotnie zdarzało mi się oglądać niemieckie tragedie, chyba nie dałbym się do tego namówić.

Ile trudu kosztowało ich zebranie mężczyzn, tyle samo albo nieporównanie więcej wymagało odszukanie zdolnych do tego kobiet. Do tej tragedii potrzebne były dwie i, na nieszczęście, obie młode, a my spośród wszystkich rosyjskich pań przebywających w Królewcu nie mogliśmy znaleźć ani jednej. Wreszcie z wielkim trudem namówiono do tego brygadierową Rosenową, przebywającą wówczas w Królewcu.

Pani ta była Rosjanką, ale już niemłodą, a co najgorsze — tęgą i zupełnie nienadającą się do grania kochanki. Ale czegóż nie robi potrzeba.

I z niej byliśmy już radzi; ponieważ jednak drugiej nie mogliśmy w żaden sposób znaleźć, postanowiliśmy użyć do tego mężczyzny. Wybrano jednego z naszych towarzyszy, a mianowicie wspominanego przeze mnie wcześniej krewnego i towarzysza p. Orłowa, p. Zinowjewa. Młodość, delikatność, ładna postać i sama uroda twarzy tego młodego, godnego miłości człowieka skłoniły wszystkich, by ubłagać go, żeby wziął na siebie rolę kochanki, a ponieważ się na to zgodził, dla brygadierowej Rosenowej przeznaczono rolę powiernicy, z czego była zadowolona.

W ten sposób, zebrawszy wszystkich potrzebnych do tego ludzi, wzięliśmy się do dzieła. Od razu rozpisano i rozdano wszystkim role i od razu wszyscy zaczęli się ich uczyć i powtarzać na pamięć. Mnie przypadła dość pokaźna, a jednak wykułem ją pierwszy ze wszystkich. Do dziś nie mogę bez śmiechu wspomnieć, jak bardzo zajmowała mnie ta rola i z jakim zapałem i staraniem się jej uczyłem. Nieraz bywało, że zamknąwszy się sam w swojej kwaterze, wykrzykiwałem ją po kilka godzin z rzędu, chodząc tam i z powrotem po pokoju; nieraz zdarzało się, że nawet w nocy, zamiast spać, powtarzałem to, czego się nauczyłem, i starałem się coraz mocniej wszystko utrwalić w pamięci. Kiedy zaś skończyłem swoje zadanie i nauczyłem się całej roli, odczuwanej przeze mnie radości już w żaden sposób nie potrafię opisać. Wyobraziłem sobie o sobie nie wiadomo co i zacząłem już sam popędzać {Ponaglać, popychać.} swoich towarzyszy, by prędzej wykuwali swoje role; ponieważ bowiem co do siebie nie miałem już najmniejszych wątpliwości, lecz mocno liczyłem, że swoją rolę zagram dobrze, płonąłem już niecierpliwością, by rozpoczęte przez nas dzieło jak najprędzej się dokonało. Wyszło jednak nie to, co myśleliśmy i czego oczekiwaliśmy. Okolicznościom zachciało się nagle odmienić: powstały pewne niezgody między uczestnikami tego przedsięwzięcia i cały nasz okazały i wspaniały zamysł pękł jak bańka mydlana, i to tak wcześnie, że wielu nie zdążyło jeszcze wykuć nawet połowy swoich ról. Nie potrafię opisać, z jakim dotkliwym zmartwieniem dowiedziałem się o tym niespodziewanym upadku całego naszego przedsięwzięcia. Wiadomość o tym otrzymałem od p. Orłowa.

— Wiesz ty, Bołotow, przyjacielu, jakie nieszczęście? — powiedział mi, przyszedłszy do nas pewnego ranka i obejmując mnie. — Nic z naszej sprawy nie będzie, rozpadła się!

— Ech! Co ty mówisz? — zawołałem zdumiony. — Czy to możliwe?

— Tak właśnie — ciągnął — i ty, przyjacielu, już się więcej nie trudź i swojej roli nie powtarzaj.

— A to pięknie! — wykrzyknąłem. — Roli swojej nie ucz się; przecież ja ją już dawno umiem, a więc wszystkie moje trudy i starania poszły na marne. Dziękuję!

— No, cóż robić, gołąbku! Niech już tak będzie, sam nad tym boleję, ja też miałem już sporo wyuczone; ale cóż robić, zaszły okoliczności, i to takie okoliczności, że teraz nie można już nawet o tym myśleć.

— Ale jakież to? — zapytałem.

— Ano, jakiekolwiek by były — powiedział — powiedzieć ci tego nie mogę; dość, że sprawa skończona i nigdy do niej nie dojdzie.

To rzekłszy, pobiegł ode mnie jak błyskawica, tak że zostałem w ogromnym zdumieniu i złości na niego.

Przy tym wszystkim był w tym punkcie tak dyskretny, że choć i później bardzo się starałem, nie mogłem w żaden sposób dowiedzieć się ani od niego, ani od innych o prawdziwej tego przyczynie. Wszyscy pozostali wymawiali się, że sami nie wiedzą, on zaś wiedział, ale mówił wszystkim tylko tyle, że powiedzieć nie może; dlatego pozostałem w zupełnej niewiedzy, co właściwie zniweczyło to przedsięwzięcie, i nie wiem tego nawet do dziś.

Wkrótce potem zdarzyło mi się, razem z nimi i ze wspomnianą panią brygadierową Rosenową, być w królewieckiej żydowskiej synagodze, czyli bóżnicy, i zobaczyć ich nabożeństwo. Widok ten był dla mnie nowy i nigdy dotąd niewidziany, i przyglądałem mu się ze szczególną ciekawością i uwagą.

Dostojeństwo brygadierowej Rosenowej i hrabiego Schwerina sprawiło, że nie przeszkodzono nam wejść do tego domu modlitwy w tym samym czasie, gdy odprawiało się u nich nabożeństwo, a cały gmach wypełniało mnóstwo ludu. Było to w czasie samego jarmarku świętopietrowskiego, kiedy całe miasto było pełne wielu setek polskich Żydów. Synagoga była murowana, sporych rozmiarów i mogła pomieścić mnóstwo ludzi. Zastaliśmy ją już całą wypełnioną ludem, który jednak nie rozpoczął jeszcze swego nabożeństwa, a ponieważ tym razem udało mi się zobaczyć je od samego początku do końca, mogę opisać szczegółowo zarówno je, jak i samą synagogę.

Budowla ta tworzyła regularny podłużny czworobok i z zewnątrz ozdobiona (była) nielicznymi ozdobami architektonicznymi, ale bez żadnej kopuły u góry ani jakiegokolwiek wzniesienia ponad dachem; wewnątrz zaś nie miała najmniejszej ozdoby. Wszystko, co ukazało się naszym oczom przy wejściu, sprowadzało się jedynie do wzniesionego na jakieś półtora arszyna nad podłogą ośmiobocznego ambonu {Ambony.}, umieszczonego pośrodku tego domu i ogrodzonego u góry niziutką balustradką. Cały ten ambon miał nie więcej niż cztery arszyny średnicy, a do wchodzenia nań zaopatrzony był z boków w dwie schodkowe drabinki. Po obu stronach tego ambonu ciągnęły się ławy do siedzenia, dokładnie takie, jakie robi się w kościołach luterańskich, z tą tylko różnicą, że ścianki, które je oddzielały, były wyższe i takiej proporcji, by człowiek stojący w ławie mógł się o nie oprzeć łokciami. Tymi ławami zastawiona była cała przestrzeń wewnątrz budowli, a przejście pozostawiono tylko pośrodku, szerokie na jakieś trzy arszyny. Było też trochę wolnego miejsca z przodu, gdzie w innych kościołach zwykle umieszcza się ołtarz, lecz w żydowskich synagogach nie było tam niczego podobnego do ołtarza czy tronu, a to dlatego, że synagoga nie jest właściwie ich kościołem ani świątynią, której nigdzie nie mają, lecz jedynie rodzajem domu przeznaczonego na zgromadzenia Żydów, na śpiewanie pieśni pochwalnych i psalmów Bogu oraz na pouczanie się przez czytanie Pisma Świętego. Dlatego też w przedniej ścianie, między oknami, zrobiono u nich pewien rodzaj niewielkiej szafki w ścianie albo niszy, zasłoniętej niewielką zasłonką, i tam przechowują swoje księgi Pisma Świętego Starego Testamentu, spisane według starodawnego zwyczaju na zwojach pergaminu. Na tych dwóch czy trzech rzeczach, to jest ambonie, ławach i szafce, polegały wszystkie wewnętrzne ozdoby ich synagogi, a czwartą rzecz stanowił obszerny chór, zrobiony przy tylnej ścianie przy wejściu i zasłonięty od strony synagogi tak gęstą kratą, że w żaden sposób nie można było widzieć wszystkich stojących na chórze. Chór ten, stanowiący zupełnie osobną część i niemający z wnętrzem synagogi żadnego połączenia, przeznaczony jest u nich dla kobiet, a ponieważ te nigdy nie mogą u nich wchodzić tam, gdzie stoją i siedzą mężczyźni, to i wejście na ten chór zrobiono osobne, i to nie od wewnątrz, lecz od zewnątrz budynku.

Zastaliśmy wszystkie wspomniane ławy zapełnione siedzącymi ludźmi, z których jedni mieli odkryte głowy, a inni okryte jakimiś jedwabnymi różnobarwnymi chustami czy zasłonami.

Wszyscy siedzieli z najwyższą pobożnością i pokorą, i w całej bóżnicy nie było najmniejszego hałasu ani krzyku. Przeprowadzono nas i postawiono pośrodku, tuż przy wspomnianym ambonie, i tu przydarzyło się nam coś śmiesznego.

Wspomniana brygadierowa Rosenowa, która była z nami, nie wiedząc ani nie domyślając się, do czego służył u nich wspomniany ambon, a uważając go za nic innego jak miejsce dla znakomitych osób, a więc i dla siebie najstosowniejsze i najwygodniejsze do stania, była tak nierozważna, że nie pytając nikogo, wpadła nagle na pomysł, by na niego wejść i zająć sobie miejsce. Mój Boże! Jaki w tej samej chwili podniósł się w całej synagodze hałas, szemranie, pomruk i oburzenie! Wszyscy zwrócili na nią oczy, a wielu nawet zerwało się z miejsc i nie wiedziało, co robić. Dla nich już i to było niezmiernie przykre i niemiłe, że kobieta ośmieliła się wejść do ich zgromadzenia. Już i na to patrzyli krzywym okiem, ale ze względu na jej dostojeństwo nie śmieli się sprzeciwić; kiedy jednak ujrzeli, że weszła na miejsce, które uważali za najświętsze, wpadli w najwyższe zmieszanie i niepokój. Kilku ludzi, i jak należy sądzić, spośród ich starszych, niemal nieprzytomnie podbiegło do nas, stojących na posadzce przy ambonie, i w najżałośniejszy i najpokorniejszy sposób, kłaniając się i wskazując na brygadierową, prosiło nas, byśmy namówili ją do zejścia na dół.

— Ach, carscy wy dobrodzieje, carscy dobrodzieje! — mówili do nas, przyciskając ręce do serc. — Ach, to nie trzeba, to nie trzeba!

Ale nie pozwoliliśmy im długo się niepokoić i szepnęliśmy pani brygadierowej, by raczyła zejść na dół; ona zaś i sama, dostrzegłszy wzburzenie, jakie wywołała w całym zgromadzeniu, była na tyle rozsądna, że od razu zeszła i grzecznie poprosiła o wybaczenie, tłumacząc się swoją niewiedzą, a to od razu uspokoiło całe zgromadzenie.

Wkrótce potem zaczęło się u nich nabożeństwo. Polegało ono na śpiewaniu psalmów przez całe zgromadzenie w języku hebrajskim. Ale tu nie tylko pani brygadierowa, lecz omal i my wszyscy nie popełniliśmy największego głupstwa. Wszystkich nas kosztowało ogromnie wiele trudu, by powstrzymać się od śmiechu i nie zaśmiać się na całe gardło: tak śmieszne wydało się nam ich nabożeństwo. I rzeczywiście miało ono w sobie, zwłaszcza dla nas, nienawykłych do oglądania czegoś podobnego, wiele niezwykłego i śmiesznego. Ledwie ich główny rabin zaintonował śpiew swego psalmu, wszyscy siedzący w ławach zerwali się z miejsc i, okrywszy się swoimi zasłonami, stali się zupełnie jak szaleni: tupali nogami, machali rękami, wyginając się całym ciałem, kiwali głowami i zarazem wydawali takie dziwne piski, jęki i krzyki, że musieliśmy niemal zatykać sobie uszy, by uchronić słuch przed tak dziwną i niezwykłą muzyką. Jednym słowem, hałas, krzyk i wrzask zrobił się w całej synagodze tak ogromny, a wyginanie się wszystkich było tak dziwne i śmieszne, że niektórzy z nas naprawdę nie mogli w żaden sposób powstrzymać się od śmiechu; a i dla pozostałych widok ten był niezmiernie uderzający, i nie przestawaliśmy się mu dziwić, dopóki nam nie wytłumaczono, że według żydowskiego zakonu należy chwalić Boga nie tylko ustami, ale i wszystkimi członkami, i że widziane przez nas wyginanie się i tupanie nogami jest wypełnianiem tej świętej powinności.

To nas nieco uspokoiło i skłoniło, by spokojnie doczekać końca tego niezmiernie nieskładnego i przykrego dla ucha śpiewu.

Potem ujrzeliśmy, że czyniono przygotowania do jakiejś procesji czy pochodu. Kilku ludzi, wyszedłszy ze swoich ław, ustawiło się z nabożeństwem w rzędzie przed wspomnianą szafą. Patrzyliśmy z ciekawością, co będzie, i ujrzeliśmy potem starszego rabina, który podszedł z czcią do szafy, odsunął zasłonę i z ogromną pobożnością wyjmował stamtąd zwoje Pisma Świętego, spisane na pergaminie i owinięte w drogie adamaszki {Tkaniny.}. Kładł je na głowy podchodzących do niego wspomnianych ludzi, którzy przyjmowali je z wielką czcią. Potem, gdy on sam szedł na przedzie, ponieśli je jeden za drugim procesją dookoła wszystkich ław, a następnie wnieśli na wspomniany ambon. Tam przygotowany był już pewien rodzaj niziutkiego stoliczka, nakrytego kosztowną tkaniną. Na nim rozwijali jeden zwój za drugim i przez jakiś czas czytali w każdym z nich Pismo na całe gardło, dźgając {Dotykając, szturchając.} pergamin w dziwny sposób ogromnymi pozłacanymi wskaźnikami, dokładnie takimi, jakich w naszych prostych szkołach używają dzieciaki uczące się czytać, tylko nieporównanie większymi. Widok ten także był dla nas zabawny i bawił nas aż do śmiechu. Lecz choć niełatwo nam było powstrzymywać się od śmiechu, zwłaszcza na widok ich śmiesznego wskazywania, mieliśmy jednak tyle ducha, by doczekać końca tego dziwnego czytania, połączonego z ogromnym wyginaniem się, wykrzywianiem, wołaniem i zawodzeniem. Po jego zakończeniu odniesiono te zwoje z taką samą ceremonią i przy wspólnym śpiewie z powrotem, złożono je jak przedtem w szafie i zaciągnięto zasłonę, i na tym zakończyło się całe nabożeństwo, a wszyscy zaczęli rozchodzić się do domów; ujrzawszy to, wyszliśmy i my z tej żydowskiej bóżnicy, podziękowawszy wpierw starszym za sprawioną nam przyjemność.

Na tym zakończyła się wówczas nasza przechadzka; a ponieważ mój list jest już długi, to zakończę na tym i jego, mówiąc Wam, że jestem Wasz itd.

NOWA KWATERA

List 74


Drogi przyjacielu! Prowadząc dalej moją opowieść, powiem teraz, że do rzeczy godnych pamięci owego lata należy i to, że otrzymałem wtedy nową i lepszą kwaterę, przeszedłem więc już na czwartą. Co prawda, i ta, na której stałem, nie była całkiem zła, jednak ponieważ leżała niezbyt blisko zamku, a codzienne chodzenie do niej mi się sprzykrzyło, zwłaszcza w deszczową jesień i zimą, a ponadto, znajdując się w głuchym zaułku, była dość nudna, mnie zaś, jako przebywającemu wówczas przy gubernatorze i znaczącemu już coś niecoś, chciało się mieć kwaterę choć trochę lepszą. Dopóty więc nie dawałem spokoju naszemu plac-majorowi, dopóki nie przydzielił mi nowej, i to tej samej, którą miałem na oku. Stał w niej przedtem pewien nasz armijny porucznik z rodu Czeliszczewów, z imienia Iwan Jegorowicz, ten sam, który był potem w Tule radcą w izbie karnej. A ponieważ byliśmy znajomymi i przyjaciółmi, właśnie z tej racji poznałem tę kwaterę i z niecierpliwością czekałem chwili, gdy on wyruszy do armii.

Nastąpiło to na początku owego lata i wtedy nie zwlekałem już ani minuty, lecz od razu się do niej przeniosłem.

Z kwaterą tą wiązało się dla mnie wiele korzyści i z żadnej z poprzednich nie byłem tak zadowolony jak z tej ostatniej, bo po pierwsze leżała najbliżej zamku ze wszystkich poprzednich, nie dalej niż jakieś dwieście sążni od niego; po drugie stała przy uliczce wprawdzie małej, ale takiej, po której wiele chodzono i jeżdżono, zwłaszcza na spacery do ogrodów, a więc nienudnej. Domek był wprawdzie niewielki, ale weselutki i ciepły. Całe jego piętro przeznaczono dla mnie i choć składało się ono tylko z dwóch pokoi i niewielkiej sionki, to jednak dla mnie było to dość i aż nadto. W jednym, obszerniejszym ze wspomnianych pokoików, rozlokowałem się sam i służył mi on za sypialnię, przedpokój i za wszystko, wszystko, a drugi, boczny i znacznie ciaśniejszy, przeznaczyłem dla mojego młodszego sługi Awrama i dla mojego bagażu: tam stał mój kufer i cały pozostały dobytek. Oba te pokoje były czyściutko wysprzątane, bielutkie i zaopatrzone w dostateczną liczbę stolików i krzeseł, a więcej nie było mi i potrzeba. Widok z domu i z moich okien rozciągał się z jednej strony na mały owocowy ogródek należący do sąsiedniego domu, którego owocowe drzewa sięgały koronami aż do samych moich okien i niemal ich dotykały, a z drugiej — na ulicę i przez nią na piękny, regularny ogród, przystrojony altanami i parterami, należący do dużego murowanego domu, stojącego za ulicą niemal naprzeciw mojej kwatery. Ogród ten szczególnie mnie radował. Znajdował się tak blisko i w takim położeniu, że mogłem go cały ogarnąć wzrokiem i widzieć wszystkich, którzy się w nim przechadzali, i wszystko, co się w nim działo i znajdowało. Nawet kwiaty, którymi gęsto obsadzone były rabatki w parterach, widziałem co do jednego, a zapach wonnych ziół i kwiatów docierał aż do moich okien, zwłaszcza wieczorem. Nieraz widywałem w nim całe towarzystwa spędzające czas na przechadzkach, a niekiedy młodego człowieka, siedzącego w półaltance stojącej wprost naprzeciw mojego okna i czytającego w samotności książkę. Innym razem przychodziła tam cała rodzina z owego domu i piła herbatę ze swoimi gośćmi. Na trzecią stronę wprawdzie z okien mojej kwatery widoku nie było, ale za to z mojej sionki prowadziło przejście do pewnego rodzaju galeryjki, przybudowanej z boku do mojego piętra, z której otwierał się najmilszy dla oka widok. Domek ten stał niemal na samym brzegu owego wielkiego, mającego wygląd jeziora stawu, który znajduje się pośrodku tego miasta i o którym miałem już sposobność wspominać. Cały przeciwległy brzeg ozdobiony był nieprzerwanym, niemal jednolitym ciągiem murowanych domów. Wszystkie były kilkupiętrowe, wszystkie pomalowane rozmaitymi farbami, wszystkie stały ścianami tuż przy wodzie, tak że woda obmywała ich mury i można było podpływać łódkami i szalupami pod same ganki. Słowem, z racji zaokrąglenia tego brzegu tworzyły one najwspanialszy amfiteatr, zwłaszcza przy cichej pogodzie, gdy wszystkie odbijały się w gładkiej powierzchni wody do góry nogami, zupełnie jak w zwierciadle. Ogromne mnóstwo okien, którymi te budynki były upstrzone, i różnobarwne daszki, które w słoneczne dni wysuwano z wielu z nich, dodawały temu obrazowi jeszcze więcej przepychu i piękna.

Nieraz wychodziłem i przesiadywałem na tej galeryjce, zachwycając się do upojenia tym widokiem.

Nieraz wynosiłem tam ze sobą stolik i po kilka godzin przesiadywałem w cieniu, pod prostym daszkiem, na świeżym powietrzu i, zachwycając się pięknem miejsca, oddawałem się albo czytaniu jakiejś przyjemnej i pożytecznej książeczki, albo pisaniu czegoś dla własnej nauki i pouczenia. Zamiłowanie do pisania zaczynało się już wtedy we mnie odradzać i czyniłem pierwsze jego próby. Nierzadko wywabiały mnie na tę galeryjkę miłe dźwięki harmonijnej muzyki. Tak się złożyło, że w domach otaczających ten piękny staw mieszkało wielu ludzi kochających muzykę, dlatego nierzadko mój słuch radował z jednych okien miły ton fletów poprzecznych, z innych waltorni, z jeszcze innych skrzypiec i innych instrumentów, a często i po samym stawie pływały na wiosłach małe łódeczki z całymi towarzystwami ludzi obojga płci, jeszcze bardziej uprzyjemniając widok. Nierzadko umilali sobie te przejażdżki muzyką albo śpiewem miłych pieśni. Wąziutki i bardzo długi most, zbudowany tylko dla pieszych do przechodzenia przez cały staw, widoczny ode mnie po lewej stronie w pewnym oddaleniu, a za nim dalsze brzegi tego stawu, ozdobione mnóstwem pięknych regularnych ogrodów i altanami rozmaitych kształtów, zbudowanymi niemal na samej wodzie, dodawały temu miejscu jeszcze więcej piękna. Wspomnianego mostu prawie nigdy nie zdarzało mi się widzieć pustym, lecz zawsze było na nim mnóstwo ludzi idących tam i z powrotem. Niekiedy zbierali się tłumnie i, oparłszy się o poręcze, spoglądali na to jezioro i razem ze mną zachwycali się jego pięknem albo rozkoszowali się miłą muzyką, słyszaną z wielu domów zbudowanych na jego brzegach.

Przy wszystkich tych zewnętrznych zaletach miała moja kwatera jeszcze jedną szczególną, która dla mnie była najprzyjemniejsza ze wszystkich, a mianowicie dobrego gospodarza. Był on wprawdzie rzemieślnikiem, z zawodu lakiernikiem, i to bardzo średniej zamożności, lecz byłem z niego bardziej zadowolony niż z najlepszego i najbogatszego obywatela tego miasta. Od nikogo w całym Królewcu i przez cały mój w nim pobyt nie zaznałem tyle dobra, co od tego dobrodusznego staruszka, i mogę powiedzieć, że byłem z niego i z całej jego rodziny bardzo zadowolony. Miał żonę staruszkę, tak samo dobrotliwą i cichutką, jak on sam. Resztę jego rodziny stanowili dwaj synowie i dwie córki, wszyscy dorośli i wszyscy dobrzy; obaj pierwsi pomagali ojcu w pracy, obie zaś ostatnie matce, i wszyscy razem okazywali rodzicom szczególny szacunek, na który ci też zasługiwali. Nie mogłem się dość nacieszyć łagodnym, dobrodusznym i zacnym charakterem obojga staruszków i dziwiłem się, że znalazłem pośrodku Królewca tak dobrych ludzi. Lecz moje zdziwienie szybko znikło, gdy dowiedziałem się, że moi staruszkowie nie byli rodowitymi mieszkańcami Prus, lecz pochodzili z kraju pełnego ludzi dobrych i uczciwych, który słynie z dobroci charakteru swoich mieszkańców, a mianowicie ze Szwajcarii.

I rzeczywiście, staruszkowie ci zadziwili mnie swoją niezwykłą życzliwością dla mnie.

Ledwie zdążyłem się z nimi zaznajomić, bywać u nich na dole raz czy dwa, porozmawiać z nimi o tym i owym, a zwłaszcza o Szwajcarii, po niemiecku i spędzić na rozmowach z nimi po dwie godziny, a już polubili mnie wyjątkowo, i to tak, jakbym był im jakimś krewnym. Zaczęli od razu składać mi propozycję za propozycją, i to propozycje takie, które były dla mnie równie miłe, co niespodziewane i zdumiewające. Pierwsza z nich polegała na prośbie, abym kazał odłożyć na bok i schować całą moją polową pościel z poszwami, poduszkami i kołdrami, a im pozostawił troskę o to, mówiąc, że może będę zadowolony z ich pościeli. Zdziwiłem się takiej niezwykłej u Prusaków uprzejmości i wymawiając się z grzeczności, mówiłem, że przysporzę im tym kłopotu i kosztów. Oni jednak nie chcieli o tym słyszeć, lecz żądali stanowczo, bym na ich życzenie przystał, zapewniając, że nie przysporzą tym ani sobie, ani mnie najmniejszych kosztów. Słowem, jak bardzo się nie wymawiałem, musiałem przystać na ich życzenie. I jakże bardzo się zdziwiłem, znalazłszy już nazajutrz u siebie piękną puchową pościel, z czystymi, białymi i miękkimi poduszkami i z pięknym białym baldachimem, wypranym i wykrochmalonym na sztywno. Nie sypiając bardzo dawno, a raczej jeszcze nigdy na tak miękkiej pościeli, spałem tej nocy jak w raju, i choć przy tym była ta niewygoda, że zamiast dawnej kołdry musiałem się okrywać i spać pod inną, cienką i miękką pierzyną, wedle ich zwyczaju, to jednak ku mojemu zdziwieniu przekonałem się, że zwyczaj ten nie jest tak zły, jak początkowo sobie wyobrażałem; przywykłem do niego nie tylko szybko, ale tak go polubiłem, że przedkładałem go już nad najlepsze kołdry. Wielu, którzy nie sypiali pod takimi pierzynami, wyda się to dziwne i nieprawdopodobne, ale dokładnie tak samo i ja z początku myślałem, doświadczenie jednak dowiodło mi czegoś zupełnie przeciwnego. Miękkość dolnej pierzyny i niezwykła puszystość górnej sprawiają, że w takiej pościeli można spać bardzo spokojnie, a górna pierzyna grzeje lepiej niż wszystkie kołdry, nie dając przy tym najmniejszego ciężaru.

Co prawda, z początku uparłem się był i w żaden sposób nie chciałem kłaść się pod pierzynę, ale chęć dogodzenia życzeniu moich gospodarzy przemogła mój wstręt, a tym tak bardzo dogodziłem moim gospodarzom, że dokładali niezwykłych starań, by moja pościel była zawsze czysta, biała i schludna. Każdej niedzieli zmieniali wszystkie poszwy i prześcieradła, a co miesiąc i sam baldachim mojego łóżka. Dziwiłem się tej ich staranności, ale zdziwiłem się jeszcze bardziej, gdy dowiedziałem się, że całą swoją bieliznę piorą tylko dwa razy w roku. Z początku było to dla mnie niepojęte, ale potem dowiedziałem się, że mają zgromadzone takie mnóstwo bielizny wszelkiego rodzaju, iż nie potrzebują prać jej częściej niż dwa razy w roku. Za to też nigdy nie dopuszczają, by jakakolwiek bielizna zbytnio się u nich zabrudziła.

Kiedy zaś przychodzi czas jej prania, czynią to z pomocą najętych ludzi, zgodnie, i zajmują się tym ponad dwa tygodnie z rzędu.

Bywa to zwykle na początku wiosny i pod koniec lata. I wtedy niemal całą łąkę zaścielają swoją wypraną i bielejącą na słońcu bielizną, bo nie tylko ją piorą, ale i bielą przez cały dzień na słońcu, bezustannie skrapiając wodą. Zdziwiłem się, ujrzawszy pewnego razu całą rodzinę mojego gospodarza przy tym zajęciu, i przeraziłem się ogromnym mnóstwem bielizny należącej do jednego tylko ich domu.

Choć tak bardzo byłem zadowolony z tej uprzejmości moich gospodarzy, to następna, wkrótce potem złożona nowa propozycja zadziwiła mnie jeszcze bardziej. Moi dobroduszni staruszkowie, widząc, że nigdy nie jadam obiadów w domu, a wieczorem, wracając na noc do domu, poprzestaję tylko na najlżejszej i skromnej kolacji, po którą posyłałem zwykle do pobliskiej gospody, zechcieli i od tego trudu mnie uwolnić i powiedzieli mi pewnego razu, że wstydzą się zaproponować, ale czy nie mógłbym zadowolić się wieczorami ich nędznym chlebem i solą, a oni już postarają się o to, bym nigdy nie był głodny. Zaskoczyła mnie ta propozycja, a ponieważ wiedziałem, że ich chleb i sól wcale nie są tak nędzne, jak mówili, lecz jedli dobrze i syto, wstydziłem się przyjąć tę propozycję, choć nie była mi niemiła, i nie wcześniej na nią przystałem, jak obiecawszy im zapłacić za wszystko, ile im się spodoba. „Dobrze, dobrze, panie podporuczniku! — odpowiedzieli mi na to z uśmiechem. — To się zobaczy, a niech pan tylko będzie zadowolony z naszego chleba i soli”.

Przywykłszy od dawna do lekkich i skromnych kolacji, miałem tym więcej powodów, by być zadowolonym z ich troski o mnie, że od tego czasu co wieczór jadałem kolacje nieporównanie lepsze niż przedtem. Tak mnie polubili, że zostawiali dla mnie najlepsze kąski i części swojego jedzenia, i nie było wieczoru, żeby nie przynoszono mi na górę dwóch czy trzech talerzyków z wybornym chlebem z przesiewanej mąki i smacznymi kąskami. Słowem, nieraz zdawało się, że umyślnie dla mnie gotowali potrawy, i to tak dobre, że byłem niezmiernie zadowolony. Ta ich życzliwość posunęła się później nawet do tego, że gdy nie mieliśmy już stołu u gubernatorów, w ten sam sposób żywili mnie nie tylko kolacjami, ale i samymi obiadami, a ponieważ nie było dnia, żebym nie dostawał od nich po trzy i cztery talerzyki pięknie przyrządzonych i smacznych potraw, nie potrafię dość wyrazić, jak bardzo byłem pod tym względem zadowolony z moich gospodarzy, którzy w ten sposób karmili nie tylko mnie, ale i samego mojego sługę.

Wreszcie doszło do tego, że nie chcieli, bym pił nawet własną herbatę, lecz prosili mnie, bym pozwolił i ją przysyłać sobie każdego ranka. Choć na to najbardziej wstydziłem się zgodzić, musiałem i w tym ustąpić ich prośbom i życzeniom, i od tego czasu pijałem rano zawsze wyborną herbatę ze śmietanką, a w niedziele nawet kawę.

Oto jacy dobrzy ludzie trafili mi się za gospodarzy; dziwiłem się i nie pojmowałem, za co mnie tak kochają i zobowiązują, i nie zaniechałem kilkakrotnie ich o to pytać; oni jednak zawsze zamykali mi usta i mówili tylko, że są ze mnie bardziej zadowoleni niż ja z nich i poczytują sobie za szczęście, że mają u siebie tak łagodnego, spokojnego i statecznego lokatora.

Jedyna niedogodność związana z tą kwaterą polegała na tym, że nie mieli tak obszernego podwórza, bym mógł na nim umieścić swój wóz i konie, ale i tej niedogodności zaradziłem, wyprosiwszy dla koni i drugiego mojego człowieka inną kwaterę, gdzie on mieszkał i żywił się sam, jak już wspominałem o tym w poprzednich moich listach.

Słowem, wraz ze zmianą kwatery zmieniły się pod wieloma względami i moje okoliczności.

Żyłem tu wesoło, spokojnie i w zupełnym dostatku, i nie musiałem się troszczyć ani o jedzenie, ani o swoje utrzymanie; ale trzeba przyznać, że im bardziej życzliwi i usłużni byli dla mnie gospodarze, tym bardziej starałem się i ja zachowywać stateczniej i przyzwoiciej, i przez to podtrzymywać w nich dobre o sobie mniemanie.

Trzeba jednak powiedzieć i to, że właśnie około tego czasu zacząłem pilniej oddawać się czytaniu książek moralistycznych, a po części nawet samych filozoficznych, i z godziny na godzinę nabierałem do nich coraz większej ochoty. Sposobność i powód do tego dała mi szczególnie sama ta kwatera, toteż i pod tym względem wiele jej zawdzięczam. Wspomniana sposobność była następująca:

W najbliższym sąsiedztwie znajdowała się nasza polowa zapasowa apteka, a przy niej pewien aptekarz, człowiek wyjątkowo dobrego charakteru i usposobienia, nazwiskiem Hermann. Pochodził z Rewla i był chłopakiem mądrym, statecznym, lubiącym czytać książki i oddawać się naukom. Łaskawy i troszczący się o mnie los dał mi sposobność, by się z nim zaznajomić, a ponieważ mieszkał ode mnie tylko o jakieś sto kroków, bywałem u niego nierzadko i w krótkim czasie zostaliśmy przyjaciółmi, przesiadywaliśmy, rozmawialiśmy i spacerowaliśmy razem w pewnym publicznym ogrodzie, znajdującym się obok niego. Podczas tych to spotkań rozgadaliśmy się pewnego razu o książkach. On, dowiedziawszy się, że jestem ich miłośnikiem, polecił mi szczególnie jedną i tak mi ją wychwalał, że jeszcze tego samego dnia kupiłem ją sobie w księgarni. Ten dzień do dziś błogosławię i dziękuję losowi za to, co mi się w nim przydarzyło, bo książka ta stała się potem podstawą całego mojego późniejszego dobrego, filozoficznego życia i była zupełnie jak fundament, na którym zaczęła się wznosić cała budowla mojego spokoju i pomyślności w tym życiu. Tą pamiętną książką było znane w świecie i tak sławne dzieło pana Hoffmanna o spokoju ducha; tak mi się spodobała, że przeczytałem ją kilka razy od początku do końca i przez to nabrałem wiele prawdziwie filozoficznego ducha, co też było przyczyną, że od tego czasu coraz pilniej oddawałem się czytaniu i zdobywaniu dobrych książek moralistycznych, które tak bardzo przysłużyły się potem całej mojej wiedzy i naukom.

Do dalszych rzeczy godnych pamięci z tego czasu, dotyczących mnie, należało i to, że wkrótce po przeprowadzce na tę kwaterę po raz pierwszy nauczyłem się palić tytoń. Okoliczność ta była szczególnie godna pamięci. Już od pewnego czasu męczyły mnie częste zaparcia. Z początku lekceważyłem to, ale z czasem stawały się dla mnie coraz bardziej uciążliwe.

To skłoniło mnie, bym porozmawiał o nich z jednym z naszych doktorów, człowiekiem mi znajomym i dość biegłym w sztuce lekarskiej.

Powiedział mi, że pochodzi to od mojego siedzenia, i zamiast przepisać mi, jak żądałem, lekarstwo, zapytał, czy palę tytoń. Usłyszawszy, że nigdy jeszcze nie paliłem, poradził mi, zamiast wszelkich lekarstw, palić rano tytoń do herbaty, a potem zjadać albo kromkę chleba posmarowaną masłem czuchońskim, albo kilka owoców francuskiej suszonej śliwki, zapewniając, że to nie tylko usunie moje zaparcia, ale i na przyszłość mnie przed nimi uchroni. Rada ta była nader rozsądna i dla mnie bardzo pożyteczna i do dziś jeszcze dziękuję za nią panu Nilusowi, bo ponieważ wypełniałem tę radę ze ścisłą dokładnością, nie tylko uwolniłem się wtedy od zaparć, ale przywykłszy z czasem zawsze palić tytoń do herbaty, nigdy już więcej mnie one nie męczyły, a co najlepsze, przez cały późniejszy ciąg mojego życia prawie nigdy nie chorowałem. Czy to od tego się stało, czy nie od tego, już nie wiem, wiem tylko tyle, że wszyscy najlepsi w świecie medycy uważają wspomniane palenie tytoniu do herbaty za najlepszy środek zapobiegawczy przeciw wielu chorobom i wnioskują tak dlatego, że takie palenie utrzymuje naturę zawsze otwartą; a to jest całkiem słuszne, jak dowiódł mi tego mój własny przykład; trzeba tylko święcie przestrzegać zasady, by w innym czasie w ogóle tytoniu nie palić, a i podczas picia herbaty nie dłużej, niż się ją pije. Dokładnie w ten sposób paliłem tytoń przez całe życie i dlatego może był mi on tak pożyteczny.

Inna rzecz godna pamięci polegała na tym, że około tego czasu zacząłem już znacznie powiększać swoją bibliotekę. Najbardziej skłoniła mnie do tego okoliczność, że dowiedziałem się, iż w Królewcu można je nabywać nie tylko w sklepach, ale i na odbywających się bardzo często aukcjach książek, i to z tą jeszcze korzyścią, że za znacznie niższą cenę, a nierzadko za istną bagatelę. Dowiedziałem się o tym od tych samych moich towarzyszy, niemieckich kancelistów. Ledwie zaprowadzili mnie raz na jedną z takich aukcji, tak mi się to spodobało, że od tego czasu nie opuściłem żadnej ze wszystkich, jakie odbyły się za moich czasów, i ku nieopisanej mojej radości odbywały się one dość często. Miasto to pełne było ludzi uczonych i miłośników książek, a ponieważ nierzadko się zdarzało, że tacy umierali, a nie każdy miał spadkobierców miłujących książki, dawało to sposobność do sprzedaży pozostałych po nich książek na licytacji. Za każdym razem, gdy coś takiego się zdarzało, ogłaszano o tym w dodatkach do gazet i wszystkim chętnym rozdawano drukowane katalogi wszystkich sprzedawanych książek. A wtedy, w wyznaczonym dniu, zbierali się w owym domu wszyscy chętni do kupna, zasiadali za długim stołem, a aukcjoner siadał na jego końcu i ogłaszając książki według numerów, dawał każdą najpierw do obejrzenia wszystkim siedzącym przy stole, a potem pytał, kto ile za nią da, i zaczynała się zwykła licytacja; każdy dokładał coś do ceny, a gdy tylko przestawano podbijać, to jakakolwiek była ostatnia cena, za nią, po trzecim uderzeniu młotkiem, książka już przypadała temu, kto ją dał.

Nie sposób opisać, z jaką przyjemnością chadzałem na te aukcje i za jak małą, nic niewartą cenę zdobywałem tam niekiedy najpiękniejsze książki.

Nierzadko się zdarzało, że chętnych do kupna zbierało się bardzo niewielu, nie więcej niż dziesięciu czy piętnastu ludzi, a ponieważ wszyscy byli różnych gustów i nie każdemu każda książka przypadała do smaku, zdarzało się, że za niektóre nikt nie dawał ani kopiejki i trzeba było oddawać je temu, kto żartem da kopiejkę czy dwie; i właśnie w ten sposób zdobywałem mnóstwo książek za istną bagatelę, i nierzadko się martwiłem, że jako człowiek służby nie mogę się obarczać ich mnóstwem; nie wiedziałem bowiem, co miałbym zrobić nawet z tymi, które już miałem, gdyby wysłano mnie do armii w pochód. To mnie jeszcze bardzo powstrzymywało, inaczej mógłbym wzbogacić swoją bibliotekę wieloma rzadkimi i drogimi książkami. Nieraz zdarzało się, że ze ściśniętym sercem musiałem rozstawać się z bardzo pięknymi i drogimi książkami. Mimo to rzadko się zdarzało, bym wracał z takiej aukcji z pustymi rękami; zwykle przynosiłem ze sobą całe ich pęki, i wtedy jakież zaczynało się u mnie oglądanie, jakież przebieranie zakupionych książek i jakież zachwycanie się nimi. Słowem, aukcje te dostarczały mi wielu miłych chwil i moja kwatera wkrótce przyozdobiła się całą szafą rozmaitych książek.

Co się tyczy innych zdarzeń, jakie miały miejsce około tego czasu u nas w Królewcu, to pamiętam tylko dwa, godne niejakiej uwagi. Pierwsze polegało na tym, że przysłano do nas archimandrytę imieniem Efrem, aby zwierzchnikował nad całym duchowieństwem armii i miał mieć swoją siedzibę u nas w mieście. Ta duchowna osoba daleko jednak nie odpowiadała naszym powszechnym życzeniom; ile dobrego wrażenia sprawiała zaraz po przyjeździe, tyle potem zaczęła przynosić nam niesławy i hańby duchowieństwu, bo ledwie zdążył zadomowić się u nas kilka tygodni, a już zaczęto go widywać, jak jeździ karetą z nierządnymi kobietami i nierzadko upija się już nazbyt mocnymi trunkami. Przez to szybko stracił wszelki szacunek i skłonił naszego gubernatora, by, donosząc o tym, wyprosił na jego miejsce innego i rozsądniejszego.

Drugie zdarzenie polegało na tym, że dowiedziawszy się, iż w Królewcu znajduje się dawna mennica ze wszystkimi jej narzędziami i majstrami, wpadliśmy na myśl, by i sami bić osobne pruskie pieniądze, na podobieństwo tych, jakie się tu dawniej biło, czyli półsrebrne. Ledwie nadszedł w tej sprawie rozkaz od dworu, zebraliśmy wszystkich potrzebnych do tego majstrów, odszukaliśmy mincerza, a mnie gubernator polecił wykonać rysunki do stempla, które też sporządziłem, jak umiałem. Na wszystkich tych pieniądzach przedstawiano z jednej strony popiersie cesarzowej, a z drugiej pruski herb, jednogłowego orła z napisem.

Gubernator był zadowolony z moich rysunków, według nich wycięto stemple i zaczęliśmy bić pieniądze.

Przy tej to okazji po raz pierwszy zdarzyło mi się zobaczyć, jak w mennicach wyrabia się i wybija pieniądze. Przyglądałem się całemu przebiegowi tej pracy z niezwykłą ciekawością i nie mogłem się dość nacieszyć wszystkimi wymyślonymi do tego narzędziami i przyrządami. Skarb miał z tego wielki zysk, a nasze pieniądze zaczęły nieporównanie lepiej chodzić niż te oszukańcze i liche, jakimi król pruski obciążał wszystkie swoje ziemie.

Więcej nie pamiętam niczego godnego uwagi aż do tego czasu, gdy zaczęliśmy otrzymywać wieści od naszej armii; a ponieważ o naszych wydarzeniach wojennych zostawiam sobie mówić w przyszłym liście, ten zakończę na tym, mówiąc, że jestem na zawsze Wasz itd.

HISTORIA WOJNY

List 75


Drogi przyjacielu! Podczas gdy my we wspomniany sposób w Królewcu wiedliśmy życie w pokoju i ciszy i spędzaliśmy czas na rozmaitych rozrywkach, wojna nadal płonęła w Europie i buchała pełnym płomieniem. W poprzednich moich listach wspominałem już, jakie przygotowania czyniono ze wszystkich stron od samej wiosny; a teraz, prowadząc dalej ówczesną opowieść, powiem, że lato to było najbardziej pamiętne ze wszystkich w ciągu tej wojny, a szczególnie dla nas. Rozsławiło ono nasze wojska znamienitymi zwycięstwami, a dla króla pruskiego było szczególnie nieszczęśliwe; aby jednak dać Wam o wszystkich wydarzeniach wojennych tego lata jaśniejsze pojęcie, opowiem wszystko po kolei i zacznę od samej wiosny.

Początek rozlewowi krwi dano w tym roku jeszcze bardzo wcześnie, bo już w kwietniu. Ponieważ bowiem królowi pruskiemu w żaden sposób nie chciało się, by jego ziemie nadal były teatrem wojny i cierpiały z tego powodu nieuniknione spustoszenie, używał wszystkich sił i możliwości, by odciągnąć wojnę w głąb Niemiec i oddalić ją od swoich prowincji. Właśnie dlatego rozkazał księciu Ferdynandowi, by połączywszy się z księciem Isenburgiem, zaatakował Francuzów, stojących jeszcze na swoich leżach zimowych w okolicach miasta Frankfurtu nad Menem. Tak więc już w połowie kwietnia zjawia się tam nagle książę Ferdynand z czterdziestoma sześcioma tysiącami wojska i zaskakuje Francuzów. Dowodził nimi wówczas diuk de Broglie.

Generałowi temu nie pozostawało wtedy nic innego, jak szybko zebrać swoje rozlokowane po leżach zimowych wojska i iść naprzeciw nieprzyjaciela. I zdołał dokonać tego z taką sprawnością, że zasłużył na pochwałę wszystkich znawców sztuki wojennej. W nie więcej niż 36 godzin zebrał cały swój korpus i choć ten nie przekraczał dwudziestu pięciu tysięcy ludzi, nie czekał na hrabiego de Saint-Germain, który miał przyprowadzić mu pomoc, lecz ruszył z nimi naprzeciw pruskiej, liczącej 46 tysięcy żołnierzy armii i starłszy się z nią pod Bergen, stoczył tak szczęśliwą potyczkę, że pobił księcia Ferdynanda doszczętnie i zmusił go, po utracie sześciu tysięcy ludzi z kilkoma armatami, do odwrotu. Tym zdobył ten generał wielką sławę i otrzymał za to od cesarza godność księcia Cesarstwa Rzymskiego, a od swojego króla — marszałka Francji.

Takim to nieszczęśliwym dla króla pruskiego zdarzeniem zaczęła się ta kampania, a nieszczęście to było jakby jakąś zapowiedzią, że i całe to lato będzie dla niego szczególnie nieszczęśliwe.

Wkrótce potem, a mianowicie w ciągu marca, cesarscy opanowali miasto Greiffenberg na Śląsku i przysporzyli tym jeszcze więcej złości królowi pruskiemu, który w czasie, gdy we wspomniany sposób Francuzi bili się z Hanowerczykami w tamtejszych okolicach, sam stanął naprzeciw cesarskiego feldmarszałka Dauna jako wodza głównej armii cesarskiej i, śledząc wszystkie jego ruchy, myślał tylko o tym, jak zniweczyć wszystkie plany i zamiary swoich nieprzyjaciół i przeszkodzić ich wykonaniu.

Wszystkie one były mu dość dobrze znane. Miał kanały, przez które mógł się dowiadywać wszystkiego, co tylko zamierzały wszystkie sprzymierzone przeciw niemu mocarstwa, i dlatego zawczasu przedsiębrał wszelkie środki potrzebne do zniweczenia ich zamysłów. W tym roku najważniejszy ich plan polegał na tym, byśmy to my, Rosjanie, działali przeciw niemu najbardziej od strony Śląska i starali się, wkroczywszy tam, zwrócić przeciw sobie całą siłę króla pruskiego; a żeby tym łatwiej można go było pobić, postanowiono, że cesarscy wesprą nas znacznym korpusem, a tymczasem, gdy król zajmie się nami, sami z główną armią pójdą prosto w głąb jego posiadłości i będą się starać dotrzeć choćby do samej jego rezydencji, miasta Berlina; a w tym wszystkim armia Rzeszy miała się starać wyprzeć Prusaków z Saksonii i opanować tamtejsze twierdze i miasta. Zgodnie z tym planem naszej armii wyznaczono marsz prosto na Śląsk, aby tym łatwiej i szybciej mogła się połączyć z cesarskim korpusem posiłkowym, a ponieważ najprostsza droga tam prowadziła przez Polskę, postanowiono iść przez nią, a żeby to wkroczenie do Polski nie było Polakom tak przykre (?), ogłoszono o tym pochodzie naszego, liczącego czterdzieści tysięcy wojska, osobną publikacją jeszcze w połowie maja; to samo uczynili i Prusacy, bo obie strony potrzebowały zaopatrywać się w prowiant i furaż z ziem polskich i obie starały się przeciągnąć Polaków na swoją stronę. Publikację tę ze strony pruskiej ogłosił generał hrabia Dohna, ten sam, który dowodził jego armią w czasie pierwszej jeszcze potyczki z nami w Prusach, gdyż dla przeszkodzenia temu naszemu marszowi król pruski wysłał tego generała, dawszy mu dość znaczny korpus. Generał ten znajdował się dotąd na Pomorzu, ale ponieważ nie miał już tam nic do roboty, król polecił mu — jeśli nie przeszkodzić marszowi naszej armii, to przynajmniej go utrudnić.

W konsekwencji tego generał ów, zebrawszy swoje wojsko pod Landsbergiem i wkroczywszy do Polski już 23 czerwca, zaczął rozsyłanymi oddziałami starać się na wszelkie sposoby niszczyć wszędzie magazyny zgromadzone przez nas w Polsce; udało mu się zabrać i zniszczyć je w Bydgoszczy, Rogoźnie, Żninie i w kilku innych miejscach i pozbawić nas ponad sześćdziesięciu tysięcy szefli kaszy i mąki.

W ten sam sposób, i to najbardziej, chciał dobrać się i do naszego głównego magazynu w Poznaniu.

Ponieważ jednak miejsce to było dość umocnione, a przy tym zbliżały się tam i wszystkie nasze wojska, jako do generalnego rendez-vous, czyli punktu zbornego, musiał porzucić ten zamiar, a zajął się odbieraniem Polakom siłą i bez zapłaty zboża i furażu oraz zmuszaniem samych mieszkańców do wstępowania na służbę w jego wojsku, i takich zwerbował siłą ogromne mnóstwo.

Podczas gdy w ten sposób Prusacy gospodarowali w Polsce, nasze wojska zebrały się wszystkie w Poznaniu, dokąd 29 czerwca przybył także wyznaczony na ich naczelnego dowódcę wspomniany generał-en-chef hrabia Sałtykow. Generał Fermor, który dotąd dowodził wojskami, od razu przekazał mu nad nimi zwierzchnictwo, a sam pozostał tam, by bez najmniejszej urazy służyć pod jego dowództwem. Przez to zyskał na dworze imię wielkiego patrioty, a i w armii zachował całe swoje znaczenie i, stawszy się pierwszym doradcą hrabiego Sałtykowa i główną sprężyną wszystkich przedsięwzięć, mógł tym łatwiej odpłacać cesarskim, którzy go obrazili, że sam nie musiał za to odpowiadać.

Pierwszą sprawą hrabiego Sałtykowa było to, że przeprowadziwszy przegląd całej armii, nie zwlekał w Poznaniu ani jednego dnia dłużej, lecz wyruszył w pochód i poszedł prostą drogą ku miastu Crossen, leżącemu na granicy Śląska, zbudowanemu nad brzegiem rzeki Odry. Hrabia Dohna nie omieszkał od razu podsunąć się tam ze swoim korpusem i zbliżywszy się do naszej armii, starał się na wszelkie sposoby wyprzedzić ją i zająć wielki gościniec prowadzący nad Odrę. A to właśnie dało powód do pierwszej tego lata bitwy między nami a Prusakami. Wspomnianemu hrabiemu Dohnie jednak, choć był zręcznym generałem, nie udało się przy tej okazji samemu dowodzić pruskimi wojskami, lecz w przeddzień tego dnia musiał przekazać całe dowództwo nad tym korpusem innemu, przysłanemu przez króla generałowi, Wedlowi.

Ta zmiana dowódcy w armii pruskiej była przez nikogo nieoczekiwana, a dla samych Prusaków tym bardziej niepojęta i zdumiewająca, że generał ten był jednym z młodszych generałów-poruczników i został przysłany przez króla z takim pełnomocnictwem, jakie w wojskach pruskich nie było w zwyczaju i dlatego wszystkich uderzyło. Przyczyną jego przysłania było to, że król pruski był niezadowolony z powolności i niezdecydowania hrabiego Dohny, a zwłaszcza z przepuszczenia jednej korzystnej okazji do zaatakowania nas pod miasteczkiem Międzyrzecz w Polsce, wybór zaś do tego tego generała wynikał ze szczególnej ufności króla w tego ulubionego przez siebie generała. Przysłał z nim do hrabiego Dohny i do całej armii taki list, który zasługuje na szczególną uwagę i był następującej treści:

„Mój drogi generale-poruczniku hrabio Dohna!

„Okoliczności, w jakich znajduje się armia pozostająca pod waszym dowództwem, dobro i korzyści mojego państwa oraz nieodzowna potrzeba zmusiły mnie do wysłania następującego mojego rozkazu do was i do całej waszej armii; i moją wolą jest, by został on wykonany z najściślejszą dokładnością.

„Ponieważ okoliczności nie pozwalają mi samemu udać się do armii Dohny, by nią dowodzić, posyłam generała-porucznika Wedla, zaopatrzywszy go w moje rozkazy na tę okoliczność; dopóki będzie on pełnił tę misję, reprezentuje dokładnie moją osobę i wszyscy generałowie, generałowie-porucznicy, generałowie-majorowie i inni oficerowie, aż do ostatniego szeregowca, winni mu być posłuszni dokładnie tak, jak gdybym ja sam był obecny i rozkazywał. Przykazałem mu stanowczo, by każdego, kto nie usłucha i nie wykona tego, co on rozkaże swoim słowem, od razu brał pod areszt, a ja wszystkich takich nieposłusznych każę sądzić sądem wojennym jako łamiących przysięgę. A aby cała armia wiedziała o mojej dokładnej woli w tej sprawie, wszystko, co tu powiedziano, ma być ogłoszone całemu wojsku. Generał Wedel będzie przy armii reprezentował to, co reprezentowali niegdyś dyktatorzy przy armiach rzymskich. Tak więc wszyscy oficerowie, kimkolwiek byliby i jakiegokolwiek stopnia, winni okazywać mu takie posłuszeństwo, jakie należy się mnie, i wykonywać jego rozporządzenia z wiernością, dokładnością i męstwem. Jestem —

„W obozie pod Schmottseiffen, 20 czerwca 1759 roku. Fryderyk”.

Poniżej dopisano po francusku własną ręką króla:

„Nie jesteście tak zdrowi, byście mogli obarczać się dowództwem, i dobrze uczynicie, jeśli każecie się zawieźć do Berlina albo w inne miejsce, gdzie moglibyście znów odzyskać zdrowie. Bywajcie. Frédéric”.

Po otrzymaniu takiego rozkazu cóż pozostawało panu Dohnie czynić, jak nie udać się natychmiast do Berlina, pozostawiając armię i wszystko pieczy pana Wedla, a temu, na mocy imiennego rozkazu królewskiego, natychmiast wydać nam bitwę.

I nastąpiła ona nazajutrz po przybyciu pana Wedla; zaatakował on naszą armię w marszu, gdy ta, kontynuując swój pochód, wyruszyła rano w drogę wielkim gościńcem prowadzącym do Crossen, pod którym miała się połączyć z cesarskim korpusem, idącym do niej pod dowództwem generała Laudona. A ponieważ król pruski wyraźnie rozkazał panu Wedlowi przeszkodzić temu połączeniu, nie zwlekał on ani jednego dnia, lecz nie zważając na to, że ani ukształtowanie terenu, ani siły nieprzyjaciela, ani stan własnej armii nie były mu znane, zaatakował ją pod wsiami Palzig i Kay, niedaleko od Züllichau i rzeki Odry na granicach Brandenburgii — 12 lipca. Bitwa zaczęła się po trzeciej po południu i trwała z zaciekłością do 7 wieczorem; pan Wedel, choć był zręczny i choć król tak bardzo na niego liczył, bitwę tę jednak przegrał doszczętnie, i straciwszy do sześciu tysięcy ludzi zabitych, rannych i wziętych do niewoli, musiał uciekać i jeszcze poczytywał sobie za szczęście, że nie odcięto mu ani nie przecięto drogi do Odry i pozwolono spokojnie się za nią przeprawić.

W ten sposób nasze wojska odniosły nad Prusakami niewątpliwe zwycięstwo, a wszyscy, którzy brali udział w tej bitwie, jednogłośnie świadczyli, że nigdy jeszcze nie odbyła się bitwa tak porządna, jak ta. Nigdzie, przez cały jej przebieg, nie było najmniejszego nieładu, ani u nas, ani u Prusaków, a zwycięstwo przypisuje się raczej przewadze naszych sił, korzystniejszemu położeniu terenu i dobremu działaniu naszych jednorogów i haubic Szuwałowa. Wojska pruskie aż trzy razy przystępowały do ataku na naszych i za każdym razem nacierały z niemal rozpaczliwą zaciekłością, ale w żaden sposób nie mogły ich przemóc i musiały się wreszcie wycofać. Straciliśmy w tej bitwie generała-porucznika Demiku, 2 oficerów sztabowych, 2 kapitanów, 11 oficerów starszych, a niższych stopni i szeregowców 578 ludzi, wraz zaś z rannymi całe straty liczono do 3744 ludzi; u Prusaków zaś zginął także ich sławny generał Wobersnow z 4220 szeregowcami, a ponad 1200 ludzi wzięto do niewoli; ponadto zdobyto 14 armat, 4 chorągwie, 3 sztandary i 45 bębnów.

Zwycięstwo to nie było wprawdzie z najznamienitszych, ale pociągnęło za sobą wiele rozmaitych następstw, z których niektóre były dla nas szczególnie korzystne.

Najważniejszym z nich było to, że wszystkie nasze wojska nabrały otuchy po tym pokonaniu nieprzyjaciela i zaczęły pokładać więcej nadziei w swoim staruszku-wodzu, który miał szczęście spodobać się żołnierzom od samego początku swego przybycia; a teraz pokochali go jeszcze bardziej, i u nas wszystkich zyskał już większy szacunek. My, mieszkając w Królewcu i usłyszawszy o tej bitwie i o tym, jak porządnie przebiegała, niemal nie chcieliśmy wierzyć, że mógł tego dokonać ten staruszek, a radość nasza była nieopisana. Druga korzyść, jaka wynikła dla nas z tej bitwy, była ta, że naszej armii nic już nie przeszkadzało iść dalej naprzód i połączyć się potem ze spieszącym nam na pomoc cesarskim korpusem pod dowództwem ich sławnego generała Laudona, liczącym od 18 do 19 tysięcy ludzi wojska, w największej części jazdy.

Generał ten, wysłany do nas przez generała Dauna z trzydziestoma tysiącami wojska, miał niemało trudu, by przejść ze swoich ziem przez kraj nieprzyjacielski, i mimo całej czujności króla pruskiego i jego brata, księcia Henryka, którzy starali się go nie przepuścić, przedostał się po mistrzowsku szczęśliwie i pokonawszy wszystkie przeszkody przez całe Łużyce, a pozostawiwszy po drodze generała Hadika z dwunastoma tysiącami wojska, przybył wreszcie nad rzekę Odrę na początku sierpnia i połączył się z naszą armią w tym samym czasie, gdy ta, idąc w dół Odry, dotarła już do miasta Frankfurtu i rozłożyła się obozem naprzeciw niego, za rzeką, przyprawiając tym swoim zbliżeniem sam Berlin o ogromne niebezpieczeństwo.

Temu udanemu przejściu generała Laudona przez cały kraj nieprzyjacielski wiele dopomogła swoimi działaniami także armia Rzeszy, która dotąd działała tak mało, lecz tym razem oddała przysługę, wkraczając ze swojej strony do Saksonii i zmuszając tym pruskiego generała Fincka, który pilnował cesarskiego generała Hadika, do spuszczenia go z oka i pospieszenia na osłonę Lipska i Torgau.

Sam król pruski znajdował się tymczasem na Śląsku i poprzestawał na jego obronie. Stał długi czas pod Landeshut w oczekiwaniu korzystnej dla siebie chwili, a Daun z główną armią cesarską stał naprzeciw niego i także czekał na sposobny czas do marszu naprzód albo do bitwy z Prusakami. Aby zniweczyć tę nadzieję i przepędzić Austriaków z powrotem do Czech, król starał się na wszelkie sposoby czynić im jak największe trudności w zaopatrywaniu się w prowiant i furaż; i już w obozie cesarskim zaczęto myśleć o zmianie miejsca, gdy nadeszła wiadomość o zbliżaniu się naszej armii do granic pruskich, co zmieniło plany obu tych wodzów.

Daun, wyruszywszy w pochód, zaczął przesuwać się bliżej nas, by ułatwić nasze operacje, a król — na wszelkie sposoby trudzić się nad wymyślaniem środków, by zniweczyć nasze zamysły.

Nieszczęśliwa dla niego bitwa pod Palzig i późniejsze połączenie cesarskiego korpusu z naszą armią, która podsunęła się już blisko Berlina, skłoniły wreszcie tego monarchę, by pospieszył do swoich ziem brandenburskich, a ponieważ brak czasu nie pozwolił mu tym razem zabrać ze sobą z armii ani piechoty, ani jazdy, popędził tylko z niewielką osłoną huzarów. Jego brat zaś, książę Henryk, musiał wysłać większą część swojej armii nad Odrę dla wzmocnienia pobitej armii Wedla, a sam udał się do armii królewskiej, liczącej czterdzieści tysięcy ludzi i stojącej obozem pod Schmottseiffen, by dowodzić nią podczas nieobecności króla i powstrzymywać Dauna, stojącego naprzeciw niej z trzydziestoma tysiącami ludzi wojska cesarskiego. Także generał Finck otrzymał rozkaz opuszczenia Saksonii i pospieszenia ze swoim korpusem nad Odrę, gdzie my wtedy już się znajdowaliśmy.

Król odbył swoją podróż szczęśliwie. Wszystkie wysłane do niego z różnych miejsc wojska przybyły na miejsce bez żadnych strat. On sam w czasie podróży natknął się pod miasteczkiem Guben na korpus cesarskiego generała Hadika i odebrawszy mu kilka armat i pięćset wozów z mąką oraz wziąwszy do niewoli około sześciuset ludzi, połączył się potem bez przeszkód z armią Wedla.

Teraz król postanowił bez najmniejszej zwłoki wydać bitwę naszej armii, i choć cała jego armia nie przekraczała czterdziestu tysięcy, a nasza, wraz z cesarskimi, którzy do nas przyszli, liczyła wtedy ponad sześćdziesiąt tysięcy ludzi, nie wątpił on ani trochę, że pobije ją w taki sam sposób, jak w zeszłym roku pod Zorndorfem, i był tego tak pewien, że gdy w tym czasie przysłano do niego od księcia Ferdynanda kuriera z radosną wieścią, iż udało mu się pobić Francuzów pod Minden i tym odpłacić im za pobicie go wiosną, król zatrzymał przysłanego oficera, mówiąc: „Zaczekajcie chwilę, łaskawy panie! Wyślemy z wami i od siebie do księcia taki sam gratulacyjny komplement, jaki on nam przysłał”.

Nie udało mu się jednak tym razem dotrzymać słowa i komplement wysłany potem z tym oficerem był zupełnie innego rodzaju. Mimo to bardzo niewiele brakowało, by nasza armia nie została przez króla doszczętnie pobita, a ten sam jego faworyt, generał Wedel, i w tym wypadku stał się powodem jego powtórnego nieszczęścia, jak to wszystko okaże się z zamieszczonego niżej szczegółowego opisu tej sławnej bitwy.

Zaprawdę jest ona tego godna z wielu względów. Bitwa ta była dla nas najbardziej pamiętna przez cały ciąg wojny siedmioletniej.

Ten jeden jedyny raz udało się naszym pobić doszczętnie króla pruskiego i doprowadzić tego sławnego w świecie bohatera do takiej ostateczności, że w dniu tej bitwy życzył sobie nawet śmierci i był jej rzeczywiście bardzo bliski. A ponieważ zwycięstwo to przyniosło nam największą sławę, opiszę tę bitwę jak najdokładniej i wspomnę o wszystkich najważniejszych przy niej wydarzeniach. Opiszę jednak najpierw położenie naszej armii.

Stała ona obozem niedaleko od miasta Frankfurtu nad Odrą, przy wsi Kunersdorf, i miała położenie, które o ile z jednej strony było korzystne i dość umocnione przez naturę i sztukę, o tyle z drugiej strony niebezpieczne w razie niepowodzenia, bo droga odwrotu była niemal całkiem odcięta. Frontem stała w górę Odry, ku tej stronie, skąd spodziewano się nieprzyjaciela, prawym skrzydłem przylegała tuż do rzeki Odry, a lewym do pewnego gęstego lasu i stromego jaru, znajdującego się obok niego. Cały front, czyli przód, osłonięty był grząskim i niemal nieprzebytym bagnem, przez które prowadził tylko jeden duży i długi most; a tyły, czyli zad, rozciągające się ku miastu Frankfurtowi, osłaniały również pewne grząskie i strome miejsca. Wieś Kunersdorf znajdowała się pośrodku armii, a cała armia rozłożona była na dość wysokich wzgórzach. Dla dalszego zabezpieczenia jej z obu skrzydeł oba umocniono jeszcze retranszementami: prawe, stojące na Żydowskiej Górze, szańcami zrobionymi na kształt gwiazdy, a ponadto w znajdującym się tam lesie zasiekiem; lewe zaś, przylegające do wspomnianego drugiego, gęstego lasu i osłonięte głębokim jarem, umocniono jeszcze retranszementem i kilkoma bateriami, mieszczącymi ponad sto dużych armat.

Na wspomnianym prawym skrzydle, ku rzece Odrze, stała pierwsza dywizja pod komendą hrabiego Fermora; tamże postawiono też korpus awangardy pod komendą generała porucznika Villeboisa. Druga dywizja stanęła pośrodku, a dowództwo nad nią powierzono generałowi porucznikowi hrabiemu Rumiancewowi; na lewym zaś skrzydle postawiono księcia Golicyna z tak zwanym nowym korpusem. Co się zaś tyczy Austriaków, to z powodu ciasnoty miejsca nie można ich było zmieścić w linii, ustawiono ich przeto za prawym skrzydłem, a lekkie wojsko z ich dowódcą Tottlebenem postawiono z przodu, przed prawym skrzydłem.

W taki to sposób nasz obóz umocniony był i przez naturę, i przez sztukę, a położenie armii było tak korzystne, że choć okazało się, iż król pruski nadciągał wcale nie z tej strony, z której go oczekiwano, lecz przeprawił się przez Odrę poniżej Frankfurtu z zamiarem zajścia naszej armii od tyłu, to jednak nasi wodzowie nie uznali za stosowne zmieniać pozycji armii, lecz pozostawili ją w dotychczasowym ugrupowaniu.

Na tym zakończę ten list, odkładając dalszą opowieść i opis samej bitwy do listu następnego, a tymczasem pozostaję Waszym itd. {10 grudnia 1797 roku. A. T. Bołotow.}.

BITWA POD KUNERSDORFEM

List 76


Drogi przyjacielu! Przystępując teraz do opisu sławnej bitwy frankfurckiej, czyli kunersdorfskiej, zacznę od przedstawienia przebiegłości i sztuki króla pruskiego w atakowaniu naszej armii. Przybywszy galopem ze Śląska, zastał on rozbitą armię Wedla pod miasteczkiem Müllrose już wzmocnioną wojskami, które się tam zeszły i zostały przysłane z innych miejsc, tak że liczebność tego wojska sięgała już ponad czterdziestu tysięcy ludzi. Z tą armią, choć niewielką, ale doprawdy dzielną, nie ruszył on, jak nasi się spodziewali, prosto na naszą armię, która stała już wtedy pod Frankfurtem i zajęła samo to miasto; lecz sądząc zapewne, że poczyniliśmy tu wszelkie potrzebne przygotowania, aby go przyjąć i powitać, i że trudno mu będzie przeprawiać się przez rzekę na naszych oczach, postanowił skręcić w lewo i, zatoczywszy wielki i daleki łuk wokół Frankfurtu przez miasteczka Fürstenwalde i Lebus, przeprawić się przez Odrę w takim miejscu, o którym najmniej myśleliśmy i którego najmniej się spodziewaliśmy; a mianowicie znacznie poniżej naszej armii i niemal pod samymi działami swego miasta Kostrzyna, gdzie przy wsi Reitwein natychmiast przerzucono dla niego most przez rzekę.

Uczynił on to, po pierwsze, po to, aby mógł się tam swobodniej przeprawić przez rzekę i abyśmy nie zdążyli mu w tym przeszkodzić; po drugie, aby w miarę możności zaopatrzyć się w Kostrzynie w większą liczbę ciężkich dział, które uważał za bardzo potrzebne przy ataku na naszą armię; i po trzecie, aby przeprawiwszy się tam, zajść naszej armii od tyłu i przez to zdezorientować i zmieszać naszych wodzów oraz ułatwić sobie zwycięstwo.

Wszystko to mu się udało, z wyjątkiem tylko ostatniego. Albowiem dowódcy naszych wojsk, choć ujrzeli, że zawiedli się w swoich rachubach, nie dali się jednak zmieszać tym niespodziewanym zjawiskiem, lecz pozostali przy dotychczasowym ugrupowaniu, ufając korzystnemu położeniu swego obozu i umocnieniom wzniesionym ze wszystkich stron, i spokojnie oczekiwali przybycia Jego Królewskiej Mości króla pruskiego.

Ten zaś, ledwie przeprawił się przez rzekę we wspomnianym miejscu, nie zwlekał ani chwili, lecz starając się wykorzystać nasze zmieszanie i nie dać nam ochłonąć, ruszył natychmiast całą swoją siłą do ataku na naszą armię.

Ponieważ położenie naszego wojska było mu znane, a on ani trochę nie wątpił w zwycięstwo i miał za pewne, że nas rozbije, postanowił uderzyć na naszą armię naraz z trzech stron: to jest od czoła, od tyłu i z flanki, gdzie stało nasze lewe skrzydło, aby w ten sposób odciąć nam wszystkie drogi odwrotu i, przyparłszy nas do rzeki, zniszczyć całą armię doszczętnie. Co omal mu się w zupełności nie udało.

Ponieważ działo się to na samym początku miesiąca sierpnia, a wieś Ötscher, gdzie po przejściu rzeki nocował ze swoją armią, leżała jeszcze w niemałej odległości od naszego obozu, wyruszył on z miejsca bardzo wcześnie, gdy tylko wybiła druga godzina, i pospieszył, by dotrzeć do nas, zanim jeszcze nastanie sam upał. Ponieważ jednak bliższa i prosta droga wiodła przez góry, przez liczne lasy i wąwozy i do przemarszu armii zupełnie się nie nadawała, musiał on zatoczyć jeszcze jeden wielki łuk i, biorąc daleko w lewo, iść przez wsie Bischofsee i Trettin, a obchodząc liczne lasy i stawy, nie tylko zażyć wiele trudu, ale i stracić tyle czasu, że nie mógł zdążyć wcześniej niż tuż przed samym południem.

Choć pozycja naszej armii była mu znana, to co się tyczy samego ukształtowania terenu, tego nie mógł znać dokładnie, i dlatego, oglądając naszą armię, zmieszał się, ujrzawszy, że nie tak łatwo zaatakować ją ze wszystkich stron, jak myślał i oczekiwał; że tył i czoło armii, dokąd zamierzał skierować swoją jazdę, były zupełnie niedostępne i pozostawała jedynie nasza lewa flanka, z której można było jako tako przypuścić atak. Lecz miejsce to, jak już wspominałem, osłonięte było najpierw mocnym, na wzgórzu wzniesionym retranszamentem z trzema silnymi bateriami, mieszczącymi do 80 dział, a dalej głębokim i szerokim jarem, za nim zaś gęstym lasem. Ponieważ jednak nic innego nie pozostawało, to właśnie to miejsce obrał król do natarcia na nas i, odłączywszy pewną liczbę swojej jazdy, by stała naprzeciw naszego prawego skrzydła, a także naprzeciw tyłów naszej armii, całe pozostałe wojsko zaczął natychmiast szykować we wspomnianym lesie w pięć linii, z których pierwsze trzy złożone były z piechoty, a pozostałe dwie z jazdy. Tymczasem generałowi Finckowi kazał wciągnąć działa na pobliskie wzgórza i rozpocząć z nich z wielu stron silną i straszliwą kanonadę przeciw naszej flance. Mieliśmy tam wprawdzie ustawioną poprzeczną linię wojska, lecz linia ta była tak krótka, że z powodu ciasnoty miejsca nie zmieściły się w niej więcej niż dwa pułki; na taką bowiem odległość stały na tym skrzydle od siebie obie linie naszej armii. Ponieważ jednak brak ten wyrównywał wspomniany retranszament, obstawiony mnóstwem dział, a za nim ogromny parów, nasi dowódcy uważali to miejsce za niedostępne i żadną miarą nie spodziewali się ataku z tej strony.

Właśnie ta okoliczność pomogła królowi w najkrótszym czasie, po rozbiciu wspomnianego naszego niewielkiego oddziału, wbić się całej armii we flankę i przez to wystawić ją całą na oczywiste niebezpieczeństwo.

Ledwie bowiem uszykował w lesie najpierw linie, a z nich gęste kolumny, natychmiast rozkazał swoim grenadierom rzucić się naraz i iść prosto przez parów, a wdrapawszy się na wysoki brzeg tego wąwozu po naszej stronie, zaatakować tam nasz retranszament i zawładnąć nim oraz bateriami. Te wprawdzie nie milczały przez cały ten czas, lecz raziły ich z dział całymi gromadami, dopóki schodzili i spuszczali się w dolinę; skoro jednak zeszli na dół, ogień z naszych dział stał się bezskuteczny, a przy wychodzeniu ich z parowu pod górę, choć powitano ich kartaczami z dział i ogniem ręcznej broni z retranszamentu, czasu było już zbyt mało, i rzuciwszy się z wielką zaciekłością na naszych, Prusacy nie dopuścili, by nasi wyrządzili im dalszą szkodę. Nie tylko bowiem zupełnie rozbili oba wspomniane nasze pułki, ale w okamgnieniu zawładnęli też wszystkimi znajdującymi się tam naszymi działami i bateriami.

Taki szybki i niespodziewany sukces, o ile ucieszył króla pruskiego, o tyle zmieszał wszystkich naszych generałów i wodzów. Wszyscy oni stracili wtedy ducha, widząc wyraźnie, że cała armia znalazła się przez to w skrajnym i największym niebezpieczeństwie, i w pierwszych chwilach, nie wiedząc, co robić i jak temu złu zaradzić, dali nieprzyjacielowi swobodę przechodzenia, jak mu się podobało, przez wąwóz i szykowania się na wzgórzu oraz rozwijania frontu do uderzenia na naszych. W końcu jednak sam Bóg ich natchnął, by w miejsce rozbitej i całkiem unicestwionej krótkiej linii poprzecznej czym prędzej tworzyć inne, nowe, takie same, chwytając po jednym pułku z pierwszej, a po drugim z drugiej linii i składając z nich wprawdzie krótkie, ale liczne zapory, i wystawiać je jedną po drugiej przed nieprzyjaciela. I choć wystawiano je w ten sposób niby na rzeź nieprzyjacielowi, który z każdą chwilą rosnąc w siłę, posuwał się coraz dalej naprzód i z nieopisanym męstwem nacierał na nasze małe linie, niszcząc je jedną po drugiej doszczętnie, to jednak, ponieważ i one nie stały z założonymi rękami, a każda linia, klęcząc, dopóty się odstrzeliwała, dopóki prawie nikt już nie pozostał żywy i cały, wszystko to choć trochę powstrzymywało Prusaków i dawało naszym generałom czas, by choć nieco się namyślić i zebrać na duchu; trudno jednak było wtedy wymyślić jakiś dogodny sposób ratowania siebie i całej armii. Wspomniane zapory, choć zatrzymywały Prusaków, nie były jednak w stanie powstrzymać całej ich piechoty, która przeprawiła się przez wspomnianą dolinę i przeszła już większą część całego zajętego wówczas przez nas terenu. Sama wieś Kunersdorf, która przedtem znajdowała się u nas pośrodku armii, została już u nich za plecami, a wszystkie pozostałe nasze wojska i pułki zostały zepchnięte na nasze prawe skrzydło i stały tam stłoczone w wielkiej ciasnocie, nie mając miejsca, by się gdziekolwiek rozwinąć, i starały się jedynie ściągać ze wszystkich stron działa i ustawiać je w różnych miejscach na przyjęcie nieprzyjaciela, gdyby i na nie przyszła kolej odstrzeliwać się na wzór innych.

Słowem, niedola, w jakiej znalazła się wtedy nasza armia, była ogromna. Była ona w oczywistym niebezpieczeństwie.

Wszyscy uważali tę bitwę za przegraną, jaką w istocie już była; gdyby bowiem Prusacy, zawładnąwszy niemal całym naszym terenem, nie zechcieli już niczego dalej przedsiębrać, lecz poprzestając na tym, czego już dokonali, pozostali przy zdobytych korzyściach, to nasza zepchnięta, ściśnięta i stłoczona armia żadną miarą nie mogłaby długo pozostawać w takim położeniu, lecz byłaby zmuszona albo cała oddać się do niewoli, albo ratować się ucieczką przez bagno, które leżało przed jej prawą flanką i miało przez siebie tylko jeden most, lecz i ten został przez nas samych spalony kilka godzin wcześniej, aby nie przepuścić przezeń pruskiej jazdy. Sam staruszek, nasz wódz, był już w takim zamęcie i rozpaczy, że zapomniawszy o wszystkim, zsiadł z konia, ukląkł i, wzniósłszy ręce ku niebu, przy wszystkich prosił ze łzami Wszechmogącego, by pomógł mu w takiej niedoli i ostateczności i ocalił jego ludzi od oczywistej zguby. I modlitwa ta, zanoszona przez cnotliwego starca z czystej duszy i serca, może została przez niebiosa wysłuchana. W bardzo krótkim czasie potem zmieniło się bowiem wszystko i stało się to, o czym nikt nie mógł ani pomyśleć, ani sobie wyobrazić i czego najmniej można się było spodziewać.

Bitwa ta rozpoczęła się w samo południe, a o 6 godzinie wieczorem Prusacy zawładnęli już wszystkimi bateriami na lewej flance i mieli już w swojej mocy 180 naszych dział i kilka tysięcy wziętych od nas jeńców; i zwycięstwo było już przez nikogo niepodważalne i dokładnie takie samo, jak pod Kolinem i Hochkirch: tak że sam król, uważając je już za takie, wyprawił z pola bitwy kurierów z tą radosną wiadomością na Śląsk i do Berlina. Gdy nagle nastąpiło owo nieoczekiwane zdarzenie i dokonała się w szczęściu wojennym straszliwa odmiana.

Przyczyną tego było to, że Jego Królewska Mość nie zadowolił się jeszcze wszystkimi wyżej wspomnianymi korzyściami odniesionymi nad nami, lecz uroił sobie, że nic jeszcze nie zostało zrobione, jeśli jest jeszcze coś, co zrobić można; i zachciało mu się nas, że tak powiem, dobić. Zawsze bowiem powtarzał, że armię rosyjską trzeba nie tylko pokonywać, ale całkiem unicestwiać i niszczyć do końca, ponieważ ona zawsze wraca i znów zaczyna pustoszyć kraj. A te same słowa wypowiedział publicznie i przy tej okazji. Pruscy generałowie przeciwstawiali temu argumentowi jedynie wyczerpanie wojsk w owej chwili. Mówili, że żołnierze od marszu, który trwał całe piętnaście godzin, od nieprzerwanej krwawej roboty, a także od straszliwego upału w ów skwarny dzień, tak opadli z sił, że ledwie mogą złapać oddech. To samo przedstawiał też sławny i ulubiony jego generał Seydlitz. I przedstawienie tego wielkiego wodza, którego dzielność i męstwo były królowi dobrze znane, tak podziałało, że król zaczynał się już wahać i chciał już rozkazać wojskom się zatrzymać, gdy nagle zbliża się do niego generał Wedel, któremu król, mimo jego niepowodzenia, wciąż szczególnie sprzyjał; król czyni mu ten zaszczyt, że pyta go tymi słowami: „A ty, Wedel, jak myślisz?”. Ten zaś, będąc w równej mierze dworakiem co żołnierzem, zechciał królowi pochlebić i wyraził swą całkowitą zgodę z jego wcześniejszym zdaniem i życzeniem; i wtedy król, niewiele myśląc, zakrzyknął: „No! Zatem marsz!”.

Lecz o! jak drogo kosztowało go to słówko, które wymknęło mu się z ust! I ileż razy go żałował i chętnie by je cofnął, ale było już za późno.

Wszystkie jego wojska ruszyły na ten rozkaz na nowo, by nas dobić, i choć bardzo prędko potem sam ujrzał swój skrajny błąd, że nie poszedł za radą starszych, rozpoczętego działania nie można już było zatrzymać. Do zupełnego dobicia nas nieprzyjacielowi potrzebna była jazda i działa, a właśnie tego mu brakowało. Wspomniane jary, grząskie miejsca i wąwozy przeszkadzały zarówno jeździe wziąć udział w działaniach, jak i przywieźć działa zza wąwozów: te bowiem, które nam odebrano, Prusacy – ku szczególnemu naszemu szczęściu – sami zagwoździli i uczynili niezdatnymi do użytku. Tak więc, choć część jazdy przedostała się przez wzniesienia i wąwozy i choć przywieziono też nieco dział, wszystkiego tego było bardzo mało i nie wystarczało do pokonania pozostałej naszej armii, która stała stłoczona na wzgórzu prawej flanki. Aby zaradzić sobie w tej potrzebie, wpadli na myśl, by spróbować zawładnąć jedną baterią, porzuconą przez nas na cmentarzu żydowskim. Bateria ta była ogromna i ogarniała ogniem całe pole bitwy. Nasi porzucili ją i odeszli od niej, gdy zbliżała się pruska jazda, a ponieważ stała bez ludzi, pruska piechota, będąca od niej o jakieś 800 kroków, rzuciła się, by zawładnąć tymi działami; i zostawało jej już tylko jakieś półtorej setki kroków do przebiegnięcia, gdy nadbiega Loudon, obsadza tę baterię swoją piechotą, puszcza na Prusaków cały grad kartaczy i tym samym powstrzymuje cały ich impet. Wszystkie ich usiłowania, by podejść bliżej, były daremne i nic im nie pomogły. Powiększały tylko ich nieład, czego Loudon nie omieszkał wykorzystać i natychmiast rozkazał swojej jeździe uderzyć z prawej i z lewej na nacierających i wrąbać się w pruską piechotę i jazdę; i jazda ta sprawiła wtedy wśród nich straszliwą rzeź.

Z drugiej strony Prusacy zaczęli nacierać i starać się zawładnąć pewnym wzgórzem zwanym Spitzberg, od którego zajęcia zależało całe zwycięstwo. Lecz wzgórze to obsadzone było najlepszymi naszymi i cesarskimi wojskami i nie tylko obstawione działami, ale osłonięte jeszcze leżącym przed nim wąwozem, czyli parowem, mającym długości około 400 kroków, szerokości od 50 do 60 kroków, a głębokości dziesięć albo piętnaście stóp, i to o stromych brzegach. W ten to parów rzucili się Prusacy i usiłowali wszelkimi sposobami wdrapać się na przeciwległy brzeg, lecz wszystkie ich starania były bezskuteczne. Kto bowiem zdołał wspiąć się na górę, każdy znajdował tam albo śmierć, albo znów strącany był w dół, do owego wąwozu.

W końcu natura wzięła górę. Całe męstwo, cała dzielność i cała odwaga Prusaków nie mogły nadrobić wyczerpanych sił. Nacierali na to wzgórze kilka razy z rzędu, lecz żadną miarą nie mogli się na nie wdrapać; straszliwy i nieustający ogień, jaki prowadzili na nich nasi z wielu karabinów i wielu dział, raził ich straszliwie, a kule i kartacze sypały się na nich jak śmiercionośny grad. Generał Finck, który w ten sam sposób usiłował ze swoim korpusem zawładnąć innymi wzgórzami, również daremnie wyczerpywał swoje siły.

Sam król, który kilkakrotnie przyprowadzał świeże wojska i zmuszał je do natarcia, wystawiał się na największe niebezpieczeństwo.

Cały mundur miał przestrzelony kulami; padły pod nim dwa konie, a on sam był ranny, choć lekko. Złote etui z przyborami kreślarskimi, które miał w kieszeni, ocaliło mu życie, zatrzymując kulę, która w niego trafiła, i kula utkwiła we wgniecionym złocie. Równie blisko śmierci był, gdy ciężko ranny koń zaczął się pod nim osuwać, i jego adiutantowi skrzydłowemu Goetzowi udało się i tym razem ocalić króla i podprowadzić mu swego konia. Wszyscy jak najusilniej prosili króla, by opuścił to skrajnie niebezpieczne miejsce, on jednak odpowiadał tylko: „Musimy spróbować wszystkiego, co możliwe, by odnieść zwycięstwo, a ja muszę tu równie dobrze pełnić swoją powinność, jak wszyscy inni”.

Słowem, nasi Rosjanie bili się tym razem z największą zaciekłością i zapamiętaniem, a Prusacy pisali nawet o nich potem, że jakoby kładli się tym razem całymi szeregami i pozwalali Prusakom przechodzić przez siebie jak przez pobitych i martwych, a potem zrywali się i strzelali do nich od tyłu. Ale jakkolwiek by było, wszystkie starania i usiłowania Prusaków, by zepchnąć nas ze wzgórza, były daremne.

Teraz pruska jazda odważyła się zaatakować wzgórza, lecz cała sztuka i cała kawaleryjska taktyka ich sławnego generała Seydlitza nic tu nie mogła wskórać. Ta jazda, przywykła pod jego dowództwem rozbijać jazdę nieprzyjacielską, choćby ta była dwa- czy trzykroć silniejsza, obracać w ucieczkę piechotę w każdym jej położeniu, brać nawet same baterie i przezwyciężać wszelkie trudności i niedogodności terenu, padła tu przed działami naszych Rosjan, którzy strzelali do niej z wysokości bardzo celnie i zasypywali ją kartaczami jak gradem. Sam Seydlitz, jej dzielny dowódca, został ranny; ten sam los spotkał też księcia Eugeniusza Wirtemberskiego, który próbował ponownego ataku. Za nim poszedł generał Puttkamer, który nacierał na naszych ze swoimi białymi huzarami, lecz został zastrzelony na śmierć. A i pozostali najznakomitsi dowódcy armii pruskiej, generałowie Finck i Hülsen, zostali ranni, a wszystkie pozostałe wojska, piesze i konne, popadły w wielki nieład i zamieszanie.

W tych właśnie krytycznych i niebezpiecznych chwilach zjawił się nagle Loudon, wyszedłszy zza prawego skrzydła ze świeżymi wojskami, i uderzył na zupełnie osłabionych Prusaków z boku i od tyłu. Ten wódz, który zasłynął z tego, że zawsze umiał w bitwach chwytać szczęśliwe chwile, dowodził tym razem jazdą. Uszykował ją, jak należało, w oddaleniu od miejsca rzezi i uderzył w najlepszym porządku na rozstrojonych Prusaków, a to rozstrzygnęło o całym losie bitwy. Paniczny strach i przerażenie ogarnęły wtedy nagle całą armię pruską i wszystkie wojska rzuciły się do ucieczki w las i na mosty. Wszyscy chcieli przejść naraz; powstał z tego straszliwy ścisk i nieopisany zamęt, który był też przyczyną, że Prusacy musieli nie tylko porzucić odebrane nam działa, ale rzucić jeszcze 165 własnych.

Sam król omal nie dostał się do naszej niewoli, będąc niemal wśród ostatnich na polu bitwy i mając przejeżdżać jedynym wąwozem.

Jedynie niezwykłe męstwo i rzadka przytomność umysłu rotmistrza Prittwitza ocaliły go od tego wielkiego nieszczęścia. Król, sam już uważając za nieuniknione, że weźmą go do niewoli, krzyczał, powtarzając kilkakrotnie: „Prittwitz! Prittwitz! Ginę!”, lecz ten dzielny oficer, który miał przy sobie zaledwie setkę huzarów do odparcia całych tysięcy otaczających go nieprzyjaciół, odpowiedział mu: „Nie, Wasza Królewska Mość, nie stanie się to, dopóki jest w nas jeszcze tchnienie!”. I wtedy, zamiast tylko się bronić, zawrócił i sam pocwałował atakować naszych Rosjan, i dopóty z nimi szturmował, dopóki królowi nie udało się wymknąć naprzód, dogalopować do pozostałych swoich wojsk i z nimi się połączyć.

Nigdy jeszcze hart ducha tego monarchy (jak sami Prusacy o tym w swoich pismach wspominają) nie był tak niezwykle wstrząśnięty, jak w ten nieszczęsny dla niego dzień. W ciągu kilku godzin szczęście wojenne strąciło go z wyżyn niewątpliwego zwycięstwa w otchłań zupełnego rozbicia i klęski. Próbował wszystkiego i starał się wszelkimi sposobami zatrzymać swoją uciekającą piechotę, lecz nic – ani przedstawienia, ani najusilniejsze namowy, ani prośby wypowiadane ustami króla – nie pomogło ani trochę, choć tak skuteczne bywały w innych okolicznościach; i mówią, że będąc w tym rozpaczliwym położeniu, sam sobie na głos życzył śmierci. Jego żywa wyobraźnia przedstawiała mu w pierwszych chwilach skutki tej przegranej bitwy tak strasznymi, że z tego samego pola bitwy, z którego kilka godzin wcześniej wyprawił kurierów z radosną wiadomością o zwycięstwie, posłał teraz do Berlina rozkaz, by czym prędzej przedsięwzięto wszelkie środki bezpieczeństwa i jak najszybciej ratowano wszystko, co potrzebne. Zdawało mu się już, że widzi swoich nieprzyjaciół w Berlinie, jak wszystko niszczą i pustoszą, a siebie bezsilnego, by temu przeszkodzić. Jego wojska były tak rozproszone, że pod wieczór tego dnia miał przy sobie nie więcej niż 5000 ludzi. Wszystkie odebrane działa zostały znów utracone, a wraz z nimi niemal wszystkie pruskie. Generał Wunsch, postawiony po drugiej stronie Odry z niewielkim korpusem, aby w razie oczekiwanego zwycięstwa zagrodzić nam drogę ucieczki, pod koniec tej bitwy przybył do Frankfurtu i wziął do niewoli wszystkich naszych, którzy się tam znajdowali; lecz usłyszawszy o rozbiciu ich armii, musiał znów opuścić to miasto i porzucić swoich jeńców. Nadchodząca noc sprzyjała w końcu królowi pruskiemu. Zebrał jaką taką część swojej armii i dotarł z nią do pewnych wzgórz, których nasi nie odważyli się zaatakować.

W ten sposób zakończyła się, ku nieśmiertelnej chwale naszych wojsk, ta krwawa bitwa. Żadna jeszcze ze wszystkich stoczonych w tej wojnie nie była tak mordercza i zgubna jak ta. Prusacy stracili samych zabitych ponad 8000 ludzi, rannych zaś mieli z górą piętnaście tysięcy ludzi, wraz z niemal wszystkimi generałami i najznakomitszymi oficerami. Do niewoli wzięli nasi ich bez mała pięć tysięcy. Tak więc cała ich strata sięgała około 28 tysięcy. Lecz i nasza wcale nie była mała: według własnego wyznania hrabiego Sałtykowa liczba zabitych sięgała bez mała trzech, a liczba rannych bez mała jedenastu tysięcy, nie licząc cesarskich, którzy również stracili w zabitych i rannych ponad 2000 ludzi. Słowem, liczba ludzi, którzy tego dnia ponieśli śmierć, rany i niewolę, sięgała po obu stronach niemal pięćdziesięciu tysięcy ludzi. U nas również wielu generałów zostało rannych, a liczba rannych oficerów sztabowych i starszych sięgała 474 osób, i strata nasza była tak znaczna, że sam hrabia Sałtykow, przyznając to w liście do imperatorowej, wyraził się między innymi tymi słowami:

„Niech Wasza Imperatorska Mość nie raczy się temu dziwić, wiadomo bowiem Wam, że król pruski zawsze sprzedaje zwycięstwa nad sobą bardzo drogo”.

Mawiał też ten wódz: „Gdybym miał wygrać jeszcze jedną taką bitwę, musiałbym sam jeden, z kosturem w ręku, nieść wiadomość o niej do Petersburga”.

Ale jakkolwiek by było i jakkolwiek nieszczęsny był ten dzień dla wielu, wszyscy, którzy ocaleli, spędzili wieczór tego dnia w nieopisanej radości i zadowoleniu, zarówno z zupełnego zwycięstwa nad nieprzyjacielem, jak i z wybawienia od oczywistego niebezpieczeństwa. Nie tak jednak spędził ten wieczór i tę noc król pruski. Nocował we wsi Ötscher, spał w pewnej chacie, spustoszonej przez Kozaków i ze wszystkich stron otwartej, nie mającej w całości ani drzwi, ani okien, w chłopskiej chacie, na wiązce słomy i nie rozebrany. Kapelusz zakrywał mu pół twarzy, a obnażona szpada leżała u boku. W nogach spało dwóch jego adiutantów na gołej ziemi, a na dworze u drzwi stał na warcie tylko jeden grenadier. Noc, jakich niewiele miał ten sławny monarcha i którą pamiętał bardzo dobrze przez całe życie!

Tak zakończył się ten pamiętny dzień, a tym zakończę i ja ten list, mówiąc, że jestem Waszym itd.

List 77


Drogi przyjacielu! Wiadomość o wspomnianym w poprzednim liście, odniesionym przez naszego staruszka nad królem pruskim zupełnym i znamienitym zwycięstwie otrzymaliśmy w Królewcu po bardzo krótkim czasie, za pośrednictwem brygadiera księcia Chowańskiego, wysłanego przez hrabiego Sałtykowa z tą wiadomością do Petersburga. Nie sposób opisać, jak bardzo wszyscy się z niej ucieszyliśmy i jak zaczęliśmy triumfować nad Prusakami, którzy zawsze starali się twierdzić, że to rzecz zupełnie niemożliwa, by nasi kiedykolwiek mogli pokonać ich króla. Wszyscy oni, nie będąc wtedy w stanie podważyć zwycięstwa, zwiesili głowy, a my jeszcze bardziej wprawialiśmy ich w zmieszanie, zapewniając, że teraz nasi wkrótce odwiedzą też Berlin, a król nie będzie w stanie ocalić go z naszych rąk.

Tak wnioskowaliśmy nie tylko my, ale i cały świat, bo według wszelkich okoliczności rzecz ta była nie tylko prawdopodobna, ale niemal niewątpliwa. Sam król nie myślał inaczej, gdyż w rozkazie wysłanym przez niego z pola bitwy do Berlina znajdowały się dokładnie jego słowa, że nie jest on teraz w stanie obronić miasta i że wobec tego wszyscy najznakomitsi i najbogatsi mieszkańcy mają z niego wyjeżdżać i wywozić w miarę możności swoje mienie.

Sama rodzina królewska musiała natychmiast wyjechać i udać się do Magdeburga; wywieziono także archiwa.

Ale jakże inaczej można było myśleć? Armia pruska, znajdująca się w tych stronach, przez dwukrotną i tak szybko jedna po drugiej następującą klęskę doprowadzona została do takiego wyczerpania, że nie była w stanie niczego przedsięwziąć. Wspominałem już, że król po zakończeniu bitwy zdołał zebrać wokół siebie ledwie pięć tysięcy żołnierzy; i choć nazajutrz, przeprawiwszy się z powrotem przez Odrę, ujrzał, że ściągnęło do niego z resztek jego rozbitej armii więcej, tak że zebrało się już do dwudziestu tysięcy, cóż jednak mógł przedsięwziąć bez dział, bez zapasów, bez amunicji i wszystkich potrzeb wojennych, będąc przy tym przez naszą armię całkowicie odcięty od Śląska i Saksonii i znajdując się w takim położeniu, że nawet z własnych prowincji nie mógł otrzymać pomocy? A ponieważ przy tym wszystkim droga do Berlina stała dla nas całkowicie otworem i wolna, czyż nie należało się spodziewać, że nasi nie omieszkają skorzystać z tak sławnego zwycięstwa i bez najmniejszej zwłoki pójdą prosto na Berlin i postarają się nim zawładnąć, zanim król znów zbierze siły?

Dalej, niemal nikt nie wątpił, że zwycięstwo to przyczyni się do rychłego zakończenia całej wojny: wnioskowano bowiem, że usłyszawszy o nim, nie omieszkają i cesarscy uderzyć swoją główną i silną armią i rozbić nieporównanie od nich słabszą armię księcia Henryka, a armia Rzeszy nie zaniecha zawładnąć całą Saksonią, a w końcu i samym Magdeburgiem, i doprowadzić króla pruskiego do ostateczności.

Tak myśleli i wnioskowali wszyscy, i gotowali się wkrótce otrzymywać wieść za wieścią o nowych zwycięstwach i zdobyczach. My sami, mieszkając w Królewcu, każdego dnia oczekiwaliśmy nowych radosnych wieści i szykowaliśmy się już zawczasu, by winszować sobie nawzajem zdobycia Berlina. Lecz nasze zdumienie było nieopisane, gdy minął tydzień, minął drugi, a do nas nie tylko nie przygalopował kurier z wiadomością o zdobyciu Berlina, ale przeciwnie, usłyszeliśmy, że nasi i tym razem postąpili według dawnego i odwiecznego swego zwyczaju i zamiast wykorzystać pierwsze i drogocenne chwile po odniesionym zwycięstwie, uradowawszy się nadmiernie, przepuścili je i dopóty stali na polu bitwy bez żadnego działania, zajmując się tylko uroczystościami i fetami, dopóki król nie zebrał znów sił i ducha i, zająwszy drogę na Berlin, nie uczynił naszego marszu na to miasto niemożliwym.

Nie mniej zdziwiliśmy się i my, i cały świat, usłyszawszy, że i pan Daun, ów sławny generał cesarski i doświadczony wódz, był tym razem tak opieszały, że niczego nie przedsięwziął i nie tylko nie uderzył na księcia Henryka, ale nie uczynił nawet ze swej strony żadnego ruchu ku Berlinowi, lecz zamiast tego wszystkiego uznał za potrzebne najpierw zobaczyć się z wodzem naszej armii i uzgodnić, co czynić; i dla tego spotkania nie tylko sam ruszył w stronę zupełnie przeciwną Berlinowi, ale nakłonił i naszego starca, by zamiast na Berlin poszedł ze swoją armią tamże.

Słowem, między obydwoma tymi wodzami wojsk doszło niejako do pewnego sporu i swarów.

Generał Daun, usłyszawszy, że nasz starzec był tak opieszały, iż nie wykorzystał zwycięstwa, lecz przepuściwszy wszystkie pierwsze i drogocenne chwile, trwał w zupełnej bezczynności, czynił mu z tego powodu przykre wyrzuty, a ten odpowiadał mu z równym rozgoryczeniem: „Wygrałem dwie bitwy – pisał do niego – i teraz dlatego nie idę dalej naprzód, że czekam na wiadomość o dwóch takich samych zwycięstwach od was, niesprawiedliwie bowiem byłoby, gdyby działać miały jedynie wojska mojej imperatorowej”. Dziwna i zdumiewająca odpowiedź, a nie mniej dziwna była i ta, której udzielił szwedzkiemu ministrowi Montalembertowi, który przy nim przebywał i wszelkimi sposobami go namawiał, by szedł naprzód, i starał się go do tego nakłonić przedstawieniem, że jeśli nie pójdzie teraz naprzód, zostawi wszystkie owoce swego zwycięstwa cesarskim. Pan Sałtykow odpowiedział mu na to: „O! Wcale im tego nie będę zazdrościł, lecz życzę im z całego serca jeszcze większego szczęścia, niż ja miałem, a ja ze swej strony dosyć i aż nadto już zrobiłem”.

Bóg jeden wie, czemu przypisać takie dziwne i, jak się zdaje, wcale nie zgodne z roztropnością wypowiedzi pana Sałtykowa: jego kapryśności czy niewybaczalnemu uporowi, trudnościom czy jakimś innym przyczynom? Niektórzy z nowszych pisarzy cudzoziemskich za przyczynę uważają panujące wśród wszystkich naszych rosyjskich generałów, a zwłaszcza głównych dowódców, skrajne niezadowolenie i rozgoryczenie wobec cesarskich. Mówią oni, że dwór wiedeński popełnił błąd i zamiast tych dowódców osobiście jakoś sobie zjednać i przeciągnąć na swoją stronę, wnosił w Petersburgu wielkie skargi najpierw na Apraksina, potem na Fermora, a w końcu i na samego pana Sałtykowa, i oskarżał jednego o nieżyczliwość, drugiego o nieudolność, bezczynność i niechęć do wspierania swoich sojuszników. A tym, gdy się o wszystkim dowiedzieli, było to przykre i dotkliwe, i dlatego nigdy nie myśleli gorliwie pomagać Austriakom, lecz ze swojej strony czynili tylko tyle, by nie można było pociągnąć ich do odpowiedzialności, i nic więcej. Dwór wiedeński, choć w końcu dostrzegł swój błąd i starał się go wszelkimi sposobami naprawić, uczynił to już za późno.

Tymczasem w Petersburgu radość z powodu zwycięstwa odniesionego nad królem pruskim była nadzwyczajna. Hrabia Sałtykow został za nie mianowany feldmarszałkiem, a książę Golicyn generałem en chef. Generałów poruczników obwieszono orderami, a całej armii wypłacono półroczny żołd ponad należność. Nie mniej nagrodzeni zostali przez imperatorową i cesarscy. Loudonowi podarowała złotą, bogato zdobioną brylantami szpadę, a każdemu pułkowi austriackiemu, który był w bitwie, nadała po pięć tysięcy rubli pieniędzy; a dla uwiecznienia tego dnia wybito mnóstwo stosownych srebrnych medali i wszyscy żołnierze rosyjscy, którzy byli w tej bitwie, zostali nimi udekorowani.

Tak oto przez wspomnianą bezczynność naszej i austriackiej armii utracone zostały wszystkie owoce, które można było zebrać z obu naszych zwycięstw; a król pruski tymczasem, gdy my wykonywaliśmy marsze i kontrmarsze i przechadzaliśmy się po jego Śląsku, zdążył znów naprawić wszystkie swoje sprawy i choć nie zyskał żadnych dalszych korzyści, to przynajmniej przeszkodził też swoim nieprzyjaciołom dokonać czegoś ważnego. Ci bowiem rzeczywiście przepuścili całą jesień, najdogodniejszą porę roku do działań wojennych, niemal bez żadnej ważniejszej sprawy. Obaj wodzowie armii, naszej i cesarskiej, mieli spotkanie w miasteczku Gubin, na którym postanowili, że nasze rosyjskie wojska nie wyjdą z ziem pruskich, lecz pozostaną w prowincjach leżących na lewym brzegu Odry, a Daun zobowiązał się zaopatrzyć naszą armię w prowiant i furaż. Sam zaś postanowił czekać, dopóki armia Rzeszy nie weźmie saskiej stolicy Drezna, by wtedy przedsięwziąć oblężenie Nysy, a gdyby to oblężenie się powiodło i poszczęściłoby mu się zawładnąć tym miastem, to obie armie miały wtedy wkroczyć na Śląsk i zająć tam swoje leże zimowe.

Oto jakie postanowienie u nich zapadło; lecz rachunek ten robiono bez gospodarza.

Daun, obiecawszy zaopatrzyć naszą armię w prowiant i furaż, nie pomyślał o tym, że dla naszej armii potrzeba było ogromnej ich ilości i że takiej liczby sam nie miał skąd wziąć, a i dostarczyć jej do nas było niełatwo. Król pruski, który się otrząsnął, szedł wszędzie trop w trop za nami i za cesarskimi i starał się wszędzie przeszkadzać. Oblężenie Drezna tymczasem przeciągnęło się długo. Nasza armia, stojąc i czekając długo na zdobycie tego miasta w jednym miejscu pod Fürstenwalde, zjadła cały swój zapasowy chleb i, nie otrzymując niczego od cesarskich, nie wiedziała, czym się wyżywić. Łużyce, w których się wtedy znajdowała, musiały we wrześniu żywić całe cztery armie, to jest naszą, cesarską i dwie pruskie, a mianowicie tę, którą dowodził sam król, i tę, którą prowadził jego brat książę Henryk. Wskutek wszystkich tych okoliczności i z powodu niedostarczenia przez cesarskich obiecanego prowiantu my pierwsi odczuliśmy jego brak. Dwór wiedeński, nie mogąc dostarczyć nam go w naturze, proponował nam pieniądze na jego zakup, lecz Sałtykow odpowiedział, że jego żołnierze nie jedzą pieniędzy, a potrzebny im chleb. A ponieważ tego właśnie nie było i nie było go już skąd brać, skręcił ze swoją armią w stronę Polski, by przybliżyć się do swoich magazynów. Loudon, otrzymawszy nowe posiłki, nie odstępował od niej i starał się wszelkimi sposobami przekonać Sałtykowa, by przedsięwziął oblężenie pruskiej twierdzy Głogów, i jak najbardziej odwieść go od przejścia z powrotem przez Odrę. Lecz zręczność króla pokrzyżowała wszystkie te plany.

Nasza armia, połączona ze wspomnianym korpusem austriackim, przybyła 13 września nad brzegi Odry z zamiarem pójścia wzdłuż niej aż do samego Głogowa. W tym zamiarze wysłała też przednie straże dla zajęcia obozu pod miasteczkiem Bytom, lecz jakże zdziwiła się nasza awangarda, gdy po zbliżeniu się tam ujrzała to miejsce już zajęte przez króla pruskiego, którego sądzono na Śląsku i w oddaleniu. Sałtykow i Loudon popatrzyli na niego z daleka i żadną miarą nie śmieli go zaatakować, choć cała jego armia liczyła nie więcej niż 24 tysiące, a oni byli od niego trzykroć silniejsi. Mimo to król pruski zamierzał bronić Głogowa za wszelką cenę, a ponieważ każdego dnia spodziewał się z naszej strony ataku, jego wojska musiały każdego ranka stawać pod bronią. Jednak jego strach i obawy były daremne. Nasi nie odważyli się go zaatakować, lecz przeprawiwszy się nieopodal Bytomia na drugą stronę Odry, rozstrzelali jeszcze z dział most w obawie, by nie ruszył za nami w pościg.

Skierowali swe kroki w stronę Wrocławia, lecz dokądkolwiek przychodzili, wszędzie znajdowali Prusaków i wszystkie drogi przez nich zastawione.

Król pruski szedł bowiem za naszymi i zawsze znajdował się w pobliżu nas. Właśnie wtedy nadarzyła się nam najlepsza sposobność do zaatakowania i rozbicia tej pruskiej armii na głowę, lecz przez niewiedzę ją przepuściliśmy. Króla w tym właśnie czasie chwyciła jego zwykła choroba, podagra, i nigdy nie bał się nas tak bardzo jak wtedy, nie wątpił bowiem, że skoro tylko dowiemy się o tej jego chorobie, nie omieszkamy go natychmiast zaatakować; wiadomo bowiem, że w czasie tej choroby żadną miarą nie był w stanie sam dowodzić wojskami, lecz cierpiał najpiekielniejsze męki: nie mógł ani wsiąść na konia, ani dać się wozić. Musiałby zatem czekać na swój nieszczęsny los. Lecz na jego szczególne szczęście nic o tym nie wiedzieliśmy i kontynuowaliśmy swój marsz; on zaś tymczasem kazał się żołnierzom zanieść na rękach do miasteczka Chobienia nad Odrą i zwoławszy tam swoich generałów, oznajmił im o srogości swej choroby, która odłącza go od armii, i dał im następujące polecenie: „Zapewnijcie, proszę, moich dzielnych żołnierzy – rzekł do nich – że choć w tej kampanii miałem wiele nieszczęścia, nie spocznę, dopóki znów wszystkiego nie przywrócę do porządku. Powiedzcie im, że polegam na ich dzielności i że jedynie śmierć może mnie odłączyć od armii”.

Miasteczko Wąsosz (Herrnstadt) miało stanowić kres naszej ówczesnej śląskiej wyprawy. To miasto, umocnione nie tyle sztuką, co naturą, obsadzone było przez kilkuset Prusaków. Hrabia Sałtykow zażądał od komendanta kapitulacji i groził spaleniem, jeśli się nie podda; gdy jednak pruski oficer odpowiedział, że ma rozkaz bronić miasta, choćby nawet zaczęli je palić, odpowiedź ta tak rozgniewała hrabiego Sałtykowa, że kazał natychmiast rzucić nań kilka kul zapalających i obrócić wszystko w popiół.

Była to ostatnia w tym roku i niezbyt godna pochwały sprawa wojenna. Stąd bowiem nasi zawrócili prosto do Polski i poszli na Poznań, tak że z końcem października nie było już ani na Śląsku, ani w Brandenburgii ani jednego człowieka spośród Rosjan i Austriaków, a dymiły się tylko wszędzie same nasze ślady. A ponieważ nasz marsz trwał bez wytchnienia, Loudon zapytał Sałtykowa: „Cóż ma zatem robić ze swoim korpusem?”. – „A co chcecie, to i róbcie! – rzekł Sałtykow – ja zaś idę do Poznania!”.

Usłyszawszy to Loudon i pobywszy z nami jeszcze kilka dni, musiał potem w skrajnym niezadowoleniu się z nami rozstać i wracać do ziem austriackich.

Tak zakończyła się nasza kampania i w tym roku, i ku naszemu skrajnemu wstydowi, znów bez zyskania jakiejś szczególnej korzyści, a jedynie ze stratą mnóstwa ludzi i ze zdobyciem jedynie pustej sławy. Król pruski pozostał i pod koniec tego lata równie dla nas groźny, jak był przedtem: i choć wojska Rzeszy odebrały mu w Saksonii miasto Drezno, a cesarskim udało się w końcu niespodzianie nie tylko rozbić, ale i całkiem wziąć do niewoli cały jego, liczący 18 tysięcy, korpus wraz z ośmioma generałami i ich dowódcą panem Finckiem, którego wysłał był, by odbić Drezno, to jednak wszystkie te korzyści nie pociągnęły za sobą żadnych dalszych następstw i nie wywołały w wojnie żadnej odmiany. Król pruski, choć wojna była dla niego tak nieszczęśliwa, znajdował jednak środki, by zaopatrywać się we wszystko, co potrzebne; tak że pod koniec lata bynajmniej nie uważał się za doprowadzonego do takiej ostateczności, by prosić i zabiegać o pokój. Słowem, zbieg wszystkich okoliczności był tego lata taki, że samemu losowi, jak się zdawało, podobało się, by wojna ta trwała jeszcze dłużej i nie tak prędko dobiegła końca, jak wszyscy myśleli i oczekiwali.

Lecz zatrzymam się w tym miejscu i, odkładając opowieść o dalszych wydarzeniach wojennych na inny czas, powrócę do mojej własnej historii i opowiem, co – podczas gdy wszystko to działo się w Europie – robiliśmy, mieszkając w Królewcu, i na czym spędzaliśmy porę jesienną i zimową.

To usłyszycie w następnym liście, a obecny pozwólcie mi tym zakończyć i rzec Wam, że jestem Wasz itd.

W KRÓLEWCU

List 78


Drogi przyjacielu! Podczas gdy nasza armia wracała ze swojej wyprawy i, rozłożywszy się na dawnych kwaterach, odpoczywała po trudach, a dowódcy myśleli o przygotowaniu wszystkiego, co potrzebne do nowej kampanii i do dalszego prowadzenia tej wojny, my w Królewcu żyliśmy jak dawniej, wesoło i w zadowoleniu. Ledwie zaczęła się jesień i długie zimowe wieczory, wznowiły się u nas jak dawniej bale i maskarady. Te pierwsze odbywały się wprawdzie przez całe lato, ale nie tak często jak jesienią i zimą, w te nudne pory roku nie mijał bowiem ani jeden tydzień, w którym nie byłoby u nas balu i tańców, bez żadnego święta czy szczególnego ku temu powodu, na przykład przejazdu jakiegoś znakomitego bojara czy generała. Dla takich zwykle wydawano u nas bale, a w dni świąteczne i uroczyste urządzano liczne maskarady, albo w domu u gubernatora, albo jak dawniej, dla większej przestrzeni, w teatrze. W nim odbywały się przeważnie tylko maskarady, i to my pierwsi nauczyliśmy Prusaków korzystać z teatrów do wielkich i licznych zgromadzeń i, kładąc nad całym parterem wnoszone składane pomosty, zamieniać go wraz ze sceną w ogromną salę. Dla mnie samego był to nowy widok i z początku nie rozumiałem, jak to robiono, i zdziwiłem się, wszedłszy na maskaradę i niemal nie poznając miejsca, gdzie był parter. Jedynie loże świadczyły o jego dawnym istnieniu. Lecz właśnie one dodawały maskaradzie najwięcej przepychu i życia, wszystkie bowiem wypełnione były mnóstwem widzów i wszelkiego ludu, którego zbierało się takie mnóstwo, że było dla kogo się przebierać i wymyślać rozmaite stroje. W tym starali się wtedy wszyscy, którzy brali udział w tych rozrywkach, prześcignąć jedni drugich, i można powiedzieć, że w tych pomysłach i wymysłach Prusacy wcale nam nie ustępowali, a nierzadko nawet nas przewyższali.

Oprócz balów i maskarad nierzadko zajmowaliśmy się i samym teatrem.

Komedianci nie omieszkali, skoro tylko nadeszła jesień, znów do nas przyjechać i bawili nas swoimi pięknymi przedstawieniami, a oprócz nich odwiedził nas tej jesieni objeżdżający cały świat ekwilibrysta, czyli balanser, i kilkakrotnie bawił całą naszą niewielką publiczność w teatrze, pokazując nam swoją sztukę w woltyżerce i rozmaitym balansowaniu. Widowisko to było dla mnie również nowe i nigdy dotąd niewidziane, i nie mogłem się na nie dość napatrzeć i nadziwić się temu, jak człowiek może robić tak zdumiewające wygięcia i przewroty i tak dokładnie utrzymywać się w równowadze.

Tak więc, sądząc po tych częstych i rozmaitych rozrywkach, ówczesne moje życie można było uznać za prawdziwie wesołe. I takie było rzeczywiście, a byłoby dla nas jeszcze przyjemniejsze, gdyby tylko nasz generał nie posypywał czasem wszystkich naszych zabaw i przyjemności pieprzem i imbirem i nie wlewał w najlepsze nasze uciechy żółci ze swojego niesfornego i bez końca porywczego usposobienia. Nieszczęsnego jego charakteru z tej strony nie sposób dość opisać. Wspominałem Wam już wcześniej o dziwnej i zdumiewającej właściwości naszego przełożonego, dlatego uważam za zbyteczne to powtarzać, a powiem tylko, że do jego wymysłów i obelg wszyscy w końcu tak przywykliśmy, że niemal nie przywiązywaliśmy do nich żadnej wagi i zamiast się złościć, tylko się śmialiśmy, wychodząc z sali sędziowskiej, i chwaliliśmy się jeden przed drugim, czy więcej, czy mniej razy byliśmy tego dnia złajani. I ku zdziwieniu wszystkich nieświadomych, postronnych ludzi, siedząc w kancelarii, nierzadko pytaliśmy się nawzajem, czy ktoś był tego dnia w kancelarii i ile razy, co znaczyło: czy ktoś był w sali sędziowskiej i czy został złajany przez generała. I wtedy ten i ów mówił:

– No, chwała Bogu, ja dziś jeszcze nie byłem ani razu.

A drugi, westchnąwszy, mówił, że był w niej już ze trzy czy cztery razy. Co się zaś tyczy mnie, to choć z racji swego urzędu miałem z nim mniej do czynienia niż wszyscy inni, ponieważ wszystkie moje przekłady i papiery trafiały do rąk sekretarzy i radców, a nie do niego, musiałem jednak i ja pić taki sam gorzki kielich jak wszyscy pozostali i choć nie tak często jak inni moi towarzysze, to jednak także znosić czasem łajania i obelgi. Powodem tego bywała najczęściej ta okoliczność, że nierzadko używał mnie zamiast swego adiutanta. Za każdym razem, gdy temu zdarzyło się zaniemóc, a zdarzało się to dość często, musiałem pełnić jego obowiązki, zwłaszcza w dni świąteczne i uroczyste, i jeżdżąc po całym mieście, rozwozić ukłony, a w wigilię tych dni zapraszać na bal czy na obiad całą tamtejszą szlachtę.

Zaproszenia te i rozsyłki bywały czasem tak wielkie, że nawet nam obu z adiutantem ledwie starczało czasu, by wszystkich objechać i wszystko, co trzeba, wykonać.

I właśnie przy takich okazjach znosiliśmy obaj od generała czasem ogromne łajania, był on bowiem niezbyt pamiętliwy, więc zapomniawszy, że to i owo polecił mnie, napadał bez winy na adiutanta; a czasem, poleciwszy coś jemu, a ujrzawszy mnie, zaczynał o to pytać mnie, a gdy człowiek zaczynał się tłumaczyć niewiedzą, wtedy dopiero zaczynała się zabawa i tylko nadążaj słuchać jego łajań i obelg. Nawet w samych wydawanych poleceniach bywał on jakoś nie zawsze pamiętliwy i stały. Często zdarzało się, że czegoś w ogóle nie polecał, a potem domagał się, dlaczego nie zostało zrobione; gdy zaś mu się powiedziało, że wcale tego nie raczył polecić, łajał i lżył, dlaczego mu tego nie przypomnieliśmy. A skądże mogliśmy wiedzieć, co ma na myśli i o czym powinien pamiętać? Słowem, jego wymówki i łajania, a czasem i same obelgi, były tak bezpodstawne, a my znosiliśmy je tak bez winy, że mieliśmy tysiąc powodów, by wcale się nimi nie przejmować i zamiast złościć się o to, ze wszystkiego tylko się śmiać, zwłaszcza wiedząc, że łajania te nie będą miały żadnych następstw, lecz generał, mimo wszystko, pozostaje wobec nas równie życzliwy, jak był przedtem.

Oprócz tego miałem tej jesieni znowu „przegonkę” {Od „pieriëturit'” – przeganiać z miejsca na miejsce.}. Ledwie armia wróciła ze swojej wyprawy i rozłożyła się na kwaterach kantonalnych, pułkownik naszego pułku nie omieszkał ponowić żądania, by mnie odesłano z powrotem do pułku, i od nowego feldmarszałka natychmiast przysłano w tej sprawie rozkaz Korffowi. To znów strasznie mnie zaniepokoiło, tym bardziej że nasz generał niejednokrotnie już żądał tłumaczy od Senatu i z dnia na dzień oczekiwano ich przysłania. Ponieważ jednak do tej pory jeszcze to nie nastąpiło, ta okoliczność, a ponadto życzliwość dla mnie zarówno generała, jak i wszystkich naszych kancelistów i niechęć wszystkich do rozstania się ze mną pomogły mi i tym razem szczęśliwie wywinąć się od armii; mimo bowiem przysłanego rozkazu odpowiedziano, że żadną miarą nie można się beze mnie obejść, że żądani tłumacze nie zostali jeszcze przysłani przez Senat i że dlatego mnie nie wysłano, lecz pozostawiono przy pełnieniu mojego dawnego i ważnego urzędu.

To zatrzymanie mnie jeszcze na pewien czas w Królewcu było mi tym milsze i sprawiło mi tym większe zadowolenie, że w bardzo krótkim czasie potem przyjechali też dawno już do nas wysłani tłumacze.

Byli to wszyscy studenci z uniwersytetu moskiewskiego, a zamiast dwóch, których żądał generał, przysłano nam równo dziesięciu, z tym zamiarem, by po pozostawieniu z nich tylu, ilu będzie potrzeba dla kancelarii gubernialnej, wszystkich pozostałych oddać do nauki czegoś. Zadrżałem w duchu, usłyszawszy o tym, i uważałem już za nieuniknione, że teraz natychmiast wyślą mnie do armii, tak jak też napisano do feldmarszałka. I rzeczywiście nie uniknąłbym już tego, bo i generał, i obaj nasi radcy już o tym myśleli i rozmawiali już z naszym pierwszym sekretarzem, gdyby nie przeszkodziła temu błaha i z pozoru nic nie znacząca okoliczność i nie pomogła do tego, że mimo i tego pozostawiono mnie jeszcze na pewien czas, ku nieopisanemu mojemu pożytkowi, w Królewcu. Okoliczność ta była następującego rodzaju.

Wspomnianemu naszemu pierwszemu sekretarzowi, panu Czonżinowi, zdarzyło się gdzieś i jakimś sposobem ujrzeć siostrę owego nieszczęsnego piławskiego poczmistrza Wagnera, którego z powodu pewnego podejrzenia odesłaliśmy do tajnej kancelarii w Petersburgu, a stamtąd wysłano go już na zesłanie na Syberię i który dzięki wydanemu potem o sobie drukiem życiorysowi stał się znany całemu światu. Dziewczyna ta miała wtedy jakieś osiemnaście lat i choć nie była pięknością, to jednak nie była też brzydka. Ale jakkolwiek by było, miała ona szczęście czy nieszczęście spodobać się wspomnianemu naszemu sekretarzowi i tak go oczarować, że nie wychodziła mu z głowy, a on postanowił za wszelką cenę skłonić ją do miłości ku sobie, co mu się jakimś sposobem udało. Ja o tym wszystkim nie wiedziałem ani nie słyszałem, bo skoro nawet w odniesieniu do siebie samego najmniej o takich sprawach myślałem, to tym mniej potrzeby miałem troszczyć się o cudze i dowiadywać się o nich; ta miłosna intryga stała mi się zaś wiadoma jedynie dlatego, że nasz sekretarz nie umiał ani słowa po niemiecku, a ona po rosyjsku, a oboje musieli niemal codziennie korespondować albo posyłać sobie nawzajem niewielkie karteczki czy bileciki. Nasz sekretarz zaś chciał prowadzić tę sprawę choć trochę skrycie, ponieważ był już żonaty i wkrótce oczekiwał przyjazdu do siebie także swojej żony, potrzebny mu więc był w tym wypadku pośrednik, który przepisywałby jego karteczki po niemiecku do wysłania do niej, a jej, przysyłane do niego, tłumaczył mu na rosyjski.

A komuż innemu można było powierzyć to zlecenie, jeśli nie mnie?

Zwalił je na mnie już jakiś czas przedtem, a mnie, który z początku nie chciał tego robić ani wdawać się w takie głupie i brzydkie plotki, potrafił przekonać prośbami i obietnicami, że sam mi się za to w przyszłości odwdzięczy, tak że w końcu zgodziłem się wypełniać jego wolę, choć z największą niechęcią i nieustannym oburzeniem, i tłumacząc ich niewielkie, ale – można rzec – z obu stron najgłupsze karteczki, sprawiałem mu ogromną przyjemność.

Ale jakkolwiek by było, usługa ta bardzo mi się przydała we wspomnianym wypadku; ponieważ bowiem z tej strony stałem się naszemu sekretarzowi niezwykle potrzebny, wcale nie chciał puścić mnie do pułku, lecz mając wielkie wpływy u generała, zaczął bez żadnej mojej prośby i zabiegów przedstawiać generałowi, że żadną miarą nie można mnie jeszcze puścić, ponieważ spośród wszystkich dziesięciu przysłanych do nas studentów, wedle przeprowadzonych wszystkim egzaminów, nie znalazł się ani jeden, który mógłby choć trochę wykonywać to, co ja wykonuję w kancelarii, wszyscy oni bowiem tak słabo znają niemiecki, że należałoby ich jeszcze oddać do nauki tego języka.

Była to po części szczera prawda, wszyscy oni bowiem, choć uczyli się w Moskwie niemieckiego, nie mając praktyki, wydawali się tak nieumiejętni, że z początku nie można było nawet pomyśleć o użyciu ich do pracy tłumacza; choć w bardzo krótkim czasie mogliby się do tego stać zdatni, jak się to potem okazało, wtedy jednak pomogła mi ich niewiedza. Sam generał, przeegzaminowawszy ich nieco i ujrzawszy to samo, natychmiast zgodził się z przedstawieniem sekretarza i pozostawiono mnie jak dawniej, a panom studentom kazano wyszukiwać sobie nauczycieli i miejsca, gdzie i czego mogliby się uczyć, czego nie omieszkali uczynić i w krótkim czasie rozeszli się do różnych profesorów, i jedni zaczęli studiować filozofię, inni medycynę, niektórzy fizykę, a jeszcze inni metalurgię i tak dalej, ja zaś pozostałem znów sam w kancelarii, pełniąc obowiązki tłumacza ustnego i pisemnego.

Niemal razem z nimi przyjechali do nas do prowadzenia spraw pisemnych w naszej kancelarii także dwaj junkrzy, panowie Olinowie. Przysłano ich na miejsce sekretarza Gawriłowa, który od nas odjechał, i byli to obaj młodzi chłopcy i rodzeni bracia. Jednego z nich zwano Jakowem Iwanowiczem, a drugiego Aleksandrem. A ponieważ stali się we wszystkim naszymi towarzyszami i dołączono ich do świty generalskiej, i nie tylko co dzień razem z nami siedzieli i pisali w kancelarii, ale też jadali obiady u generała, muszę choć trochę wspomnieć o ich charakterach.

Ponieważ obaj byli dziećmi jakiegoś bogatego sekretarza, lecz mieli już stopnie oficerskie, prowadzili się wcale nie na modłę pisarczyków, lecz po szlachecku i przestawali nie z pisarczykami, lecz z nami. Obaj byli jeszcze młodzi: starszy miał nie więcej niż 21 lat, a drugi był od niego młodszy tylko o rok. Obaj wcale nie głupi, ale poza rosyjską piśmiennością obaj niczego nie rozumieli. Starszy z nich nie tylko nosił się wyjątkowo schludnie, ale w krótkim czasie stał się u nas niemal pierwszym strojnisiem i śmiesznym, nieznośnym petitmetrem {Z francuskiego – elegancik, fircyk.}. Będąc z wyglądu niebrzydkim, uroił sobie, że jest wielkim pięknisiem, i zaczął nie tylko całkiem się przehulać na stroje i elegancję, ale co najśmieszniejsze, wymyślił sobie jeszcze wynosić się i uważać się za mądrzejszego od wszystkich na świecie.

To nastawiło nas wszystkich przeciw niemu, bo choć go lubiliśmy, jego wyniosłość była dla nas nieznośna i zamiast szacunku, którego od wszystkich dla siebie szukał, w duchu tylko się z niego śmialiśmy.

Co się zaś tyczy jego brata, to ten był zupełnie odmiennego i lepszego charakteru: cichy, przyjacielski, skromny, uprzejmy, pokorny (?) {Najpewniej w sensie – niepozorny.} i tak skłonny do poznania wszystkiego, czego nie znał, a zatem zdolny do nauczenia się wszystkiego, że wszyscy go lubiliśmy. A zwłaszcza między mną a nim nawiązała się wkrótce szczególna przyjaźń, która z czasem tak się wzmogła, że byliśmy najlepszymi przyjaciółmi i spędzaliśmy czas przeważnie razem.

Wkrótce potem zostaliśmy pewnego razu w najgłuchszą i najciemniejszą jesienną noc zaalarmowani pożarem, który wybuchł w naszej nowo założonej mennicy. Ponieważ znajdowała się ona niedaleko zamku i przy tej samej ulicy, przy której i ja miałem swoją kwaterę, i niedaleko ode mnie, zaniepokoił mnie on szczególnie i musiałem o północy wstawać, ubierać się, biec na ten pożar i pomagać innym go gasić. Szczególnym szczęściem udało się nam nie dopuścić, by się rozprzestrzenił, lecz ugasić go niemal w samym zarodku; nie obeszło się jednak bez tego, by nie przepadło przy tym mnóstwo bitej przez nas nowej monety, zarówno gotowej, jak i w niewykończonych jeszcze krążkach, które trzeba było wynosić wszystkie na zewnątrz i taszczyć w korytach wypełnionych po brzegi. Sam nasz generał był na tym pożarze i nie mniej niż my wszyscy troszczył się o jak najszybsze jego ugaszenie, ponieważ spłonięcie mennicy miałoby wielką wagę.

Drugi pożar, który nastąpił kilka dni po tym, był jeszcze ważniejszy i choć także ugaszono go w samym zarodku, przysporzył nam mnóstwa kłopotów. Wybuchł on w samej naszej kancelarii, również w głęboką noc, gdy nikogo z nas w kancelarii nie było, a tylko stróże siedzieli w pisarni i czekali, aż wyjdzie z sali sędziowskiej nasz radca, pan Baumann, który ze względu na nawał spraw i swoją pilność nierzadko przesiadywał sam jeden i pisał aż do samej północy. Lecz tym razem panowie nasi stróże jakoś się zagapili i nie słyszeli, jak wyszedł z sali sędziowskiej, były z niej bowiem osobne drzwi do pokojów generalskich, gdzie mieszkał, lecz sądząc, że wciąż jest w sali sędziowskiej, nie troszczyli się ani trochę ani o nią, ani o świece, które pan Baumann zostawił zapalone; a i on tym razem jakoś się zagapił i wyszedł, nie zadzwoniwszy i nie kazawszy stróżom zgasić świec. Ale jakkolwiek by było, zdarzyło się tak, że od jednej świecy odprysnął kawałeczek jeszcze tlącego się knota i na nieszczęście spadł na leżące na stole w wielkiej ilości rozmaite papiery. Te zaraz zaczęły od tego się palić i buchać płomieniem i w ciągu kilku minut narobiły tyle szkody, że przez całą zimę mieliśmy mnóstwo pracy. Cała połowa stołu z ogromnym mnóstwem nałożonych na niego najważniejszych papierów, otrzymanych nie tylko od feldmarszałka i innych generałów, ale i od samego dworu i od Senatu z Petersburga, spłonęła, po części całkiem, po części do połowy, a cała sala sędziowska wypełniła się takim mnóstwem dymu, że nie można było do niej wejść. Na szczególne nieszczęście stróż siedzący w pisarni właśnie w tych chwilach się zdrzemnął i dopóty nie dowiedział się o pożarze, dopóki swąd i smród nie wypełnił już po części i pisarni i nie obudził drzemiącego. Wtedy rzucił się do sali sędziowskiej i zadrżał, ujrzawszy ją całą wypełnioną dymem, a stół sędziowski cały w ogniu i płomieniach. Rzucił się gasić i podniósł taki krzyk, że zaalarmował wszystkich w zamku.

Sam generał, usłyszawszy o tym pożarze, przybiegł tam nieprzytomny i tak go ten wypadek rozgniewał, że rozchorował się na serce.

Ale przyznać trzeba, że było się o co gniewać, spłonęło bowiem mnóstwo niezwykle ważnych papierów, a wśród nich niemało i takich, które wymagały szybkiego wykonania, a teraz nie było według czego ich wykonywać. Ważne były także reskrypty imperatorowej, a nasz generał bał się nie wiadomo jak, by wiadomość o tym pożarze, który wybuchł z samej tylko nieuwagi, nie dotarła do samej imperatorowej, tym bardziej że na miejsce spalonych trzeba było otrzymać nowe reskrypty. Lecz na jego szczególne szczęście całą ówczesną tak zwaną Konferencją, czyli najwyższą naszą radą państwową w Petersburgu, z której rozsyłano wszędzie reskrypty, czyli ukazy imienne, podpisywane nie przez samą imperatorową, lecz przez członków tej rady, kierował wtedy jego szwagier, wielki kanclerz Woroncow, i generał mógł go listami przekonać, by przysłał na miejsce wszystkich spalonych reskryptów kopie z ich brulionów. W ten sam sposób, dzięki przyjacielskim i błagalnym listom, zdobył kopie z brulionów i innych najważniejszych papierów, otrzymanych od feldmarszałka i innych ważnych osób; pozostałe zaś spalone papiery musieliśmy wszyscy odtwarzać własną pracą i zajmować się przez kilka tygodni z rzędu nieustannym pisaniem.

Zresztą wypadek ten skłonił naszego generała, by na przyszłość przedsięwziąć lepsze środki ostrożności i dla zapobieżenia podobnym nieszczęsnym zdarzeniom. Rozkazał od tej pory, abyśmy wszyscy, członkowie kancelarii, po kolei pełnili w kancelarii dyżury i aby dyżurni nie tylko nie oddalali się z kancelarii za dnia ani na godzinę, ale by i w niej nocowali, tym bardziej że to ostatnie było bardzo potrzebne także z powodu kurierów, którzy bardzo często przejeżdżali do armii i z armii. Wszyscy oni zgłaszali się zwykle do nas do kancelarii i przywozili listy, a z nimi trzeba było, choćby to było o samej północy, chodzić do generała i budzić go, jeśli zastało się go śpiącego.

Lecz ta właśnie ostrożność omal nie wywołała w naszej kancelarii kolejnego pożaru, a ten omal nie wybuchł przypadkiem przeze mnie samego. Przyczyną tego był właśnie wspomniany dyżur, który i ja musiałem pełnić na równi z innymi. Wszyscy zwykle spaliśmy w sali sędziowskiej, każąc przynosić tam swoje posłania. Otóż pewnego razu, gdy przyszło mi tam nocować i z powodu panującego wtedy mrozu kazałem sobie posłać posłanie na skrzyni stojącej tuż przy piecu, jedna poła mojego kożucha, którym byłem przykryty, jakimś sposobem zwisła w wąską szczelinę między piecem a skrzynią.

Piec ten był kaflowy, cienki, gorący aż do samej podłogi i palono w nim, według niemieckiego zwyczaju, z sieni.

A ponieważ naszemu stróżowi z powodu ówczesnego mrozu przyszło do głowy wstać znacznie wcześniej i napalić w sali sędziowskiej jeszcze przed świtem, i nie żałował wcale drewna, i napchał go aż po samo sklepienie, piec, będąc cienki, tak się rozgrzał, że poła mojego kożucha natychmiast zaczęła się tlić i, zająwszy się, podpaliła i prześcieradło, i samą pierzynę. Ja, nic o tym nie wiedząc, spałem sobie dalej mocnym i przyjemnym snem i spaliłbym sobie w najlepsze także bok, gdyby swądu i smrodu nie poczuł wartownik stojący w sieni i nie powiedział stróżowi, żeby zobaczył, skąd tak cuchnie. I ten dopiero, przybiegłszy i przeraziwszy się śmiertelnie nie mniej niż poprzednio, obudził mnie, nie mniej przestraszonego tym dziwnym wypadkiem. Lecz na szczęście, prócz mojego kożucha i prześcieradła, nic nie spłonęło; i stało się to tak wcześnie, że zdążyliśmy wypuścić swąd drzwiami i tak go zagłuszyć proszkiem do kadzenia, że nikt się o tym nie dowiedział, prócz naszych sekretarzy, którzy, lubiąc mnie, nie chcieli donosić o tej sprawie naszemu wściekłemu generałowi, od którego i bez tego przez kilka dni z rzędu przedtem musiałem, zupełnie bez winy, znosić codziennie łajania i pędzenie.

Powodem tego było niezadowolenie, jakie naszemu generałowi sprawił zimujący wtedy u nas w Królewcu i dowodzący wszystkimi stacjonującymi tu batalionami generał hrabia Piotr Iwanowicz Panin. Nie wiem, w jaki sposób i czym takim przewinił on wobec naszego generała, z którym przedtem łączyła go stała przyjaźń. Na pozór sprawa dotyczyła tylko kwater, lecz my, wnosząc z wielkości straszliwej kłótni i sporu, jakie wybuchły między nimi o istną drobnostkę, doszliśmy do wniosku, że musiała istnieć jakaś jeszcze ukryta przyczyna. Ale jakkolwiek by było, mnie na nieszczęście przypadło być przenosicielem bezlitosnych łajań i obelg, jakimi obaj się nawzajem obrzucali; ponieważ bowiem naszemu adiutantowi zdarzyło się w tym czasie zaniemóc, musiałem, pełniąc jego obowiązki, przez kilka dni z rzędu, po dwa i po trzy razy dziennie, chodzić do wspomnianego generała i przenosić od naszego generała do niego, a od niego do naszego generała takie komplementy, jakimi zaprawdę chyba nawet burłacy i robotnicy fabryczni nigdy się wzajemnie nie częstują. Słowem, polecenia te stanowiły dla mnie wtedy nie tylko najtrudniejsze, ale i tym przykrzejsze zlecenie, że musiałem postronnie i za cudze grzechy znosić od naszego generała łajania i obelgi, bowiem za każdym razem, posyłając mnie do pana Panina, kazał mówić tak niedorzeczne i bez końca obraźliwe dla tamtego bzdury, jakich bez śmiechu nie można było słuchać, a odprawiając mnie, surowo nakazywał powtórzyć mu całą rzecz dokładnie takimi słowami; pomyślcie więc sami, czy mogłem wykonywać dokładnie jego rozkaz i lżyć najplugawszymi wyzwiskami armijnego, a wówczas bardzo ważnego generała porucznika?

Nie, wcale tego nie robiłem, lecz idąc do niego za każdym razem, przez całą drogę wymyślałem i obmyślałem najłagodniejsze wyrażenia, takie, które choć byłyby dla tego generała nieprzyjemne, nie mogłyby go tak bardzo gniewać.

Całe moje studiowanie pozostawało niemal za każdym razem bezużyteczne, bo ponieważ i ten w swarach był nie mniej od tamtego popędliwy, wściekły i porywczy, to choćbym nie wiem jak złocił przysyłane mu pigułki, ledwie je ujrzał, wpadał w istną wściekłość i w tej samej chwili nagadywał mi tyle niedorzecznych łajań i obelg do powtórzenia panu Korffowi, że nie byłem w stanie zapamiętać nawet dziesiątej ich części. A prawdę mówiąc, najmniej się o to starałem, bo choć i ten nie omieszkał po pięć razy mi przykazywać, by jego odpowiedź została powtórzona mojemu generałowi dokładnie tymi słowami, jakimi ją wypowiedział, ja jednak nawet o tym nie myślałem i także jego odpowiedzi przelewałem w inną i lepszą formę. Lecz moje nieszczęście polegało na tym, że czasem żadną miarą nie można było tak zręcznie ich przerobić na inną modłę, by nie mogli się z obu stron domyślić, że nie powtarzam wszystkiego, co mi polecano, albo powtarzam całkiem inaczej, i właśnie za to znosiłem od mojego generała straszliwe łajania i obelgi. Wolałem jednak sam bez winy to znosić, niż dokładnym powtarzaniem wszystkich ich słów jeszcze bardziej powiększać ich kłótnię i dolewać do jej płomienia jeszcze oliwy i spirytusu, i doprowadzać ich do śmiertelnej wzajemnej wrogości; uznałem za lepsze lać w ten płomień wodę i starać się go gasić i zmniejszać, co mi się też udało ku mojemu własnemu, a nie mniej i ku ich obopólnemu zadowoleniu. Ponieważ bowiem, wymyślając do powtórzenia im łagodniejsze i mniej obraźliwe słowa, sam z siebie zastanawiałem się też, jakimi wzajemnymi ustępstwami i w jaki sposób najdogodniej mogliby zakończyć ten spór, to pochodziwszy we wspomniany sposób tam i z powrotem, odważyłem się wreszcie podsunąć im ku temu myśli, zmyślając, jakobym słyszał to, choć nie od samego generała, lecz od innych przy nim przebywających; i tym wymysłem pomału zmniejszyłem ich wzajemną złość i rozgoryczenie i skłoniłem ich w końcu do rzeczywistego uczynienia sobie nawzajem ustępstw, rzekomo przez nich samych pożądanych, a w istocie przeze mnie, jedynie dla ich pożytku i zakończenia ich kłótni, wymyślonych i zręcznie im podsuniętych, a przez to samo – do zakończenia ich sporu.

Lecz oddaliłem się już od opowieści o naszych pożarach i, wracając teraz do nich, powiem, że na wspomnianym wyżej trzecim, który zdarzył się u nas w kancelarii, rzecz się jeszcze nie skończyła, lecz były one na nas tej jesieni i zimy niby nasłane. I po nim zdarzył się jeszcze jeden, i choć nie prawdziwy, lecz niemal całkiem fałszywy, to jednak pociągnął za sobą zgubne i nader smutne następstwa.

Zdarzyło się to pewnej zimowej niedzieli i właśnie w tym czasie, gdy nasz generał z okazji przypadającego tego dnia święta wiktorialnego wydawał ogromną ucztę dla wszystkich najznamienitszych osób przebywających w Królewcu i siedział z nimi jeszcze przy obiedzie, choć była już trzecia godzina po południu. Wcześniej, opisując ten zamek, w którym mieszkał wtedy nasz gubernator, wspominałem między innymi, że całą tylną fasadę zamku, przeciwległą do tej, gdzie mieszkał gubernator, stanowiła wielka i ogromna kirka, czyli niemiecki kościół. Ponieważ do jej parafii należały wszystkie kwartały leżące wokół zamku, w każdą niedzielę i w każdy dzień świąteczny i uroczysty zbierało się do tej kirki ogromne mnóstwo ludu obojga płci, zarówno dla odprawiania nabożeństwa, jak przede wszystkim dla słuchania kazań, które tu, jak w głównym kościele, wygłaszano zawsze dobre, i znacznie lepsze niż w innych miejscach.

I kirka ta miała to szczęście, że zawsze była wypełniona ludem, i to nie tylko rano, ale i po obiedzie, trzeba bowiem wiedzieć, że u luteranów w dni świąteczne odbywa się i po obiedzie takie samo nabożeństwo jak przed obiadem.

Tak też zdarzyło się i tym razem, że kirka ta po raz drugi już była wypełniona ogromnym mnóstwem ludzi obojga płci i różnych stanów, było tu bowiem tyle prostego i podłego ludu, a jeszcze więcej zamożnych i porządnych mieszkańców Królewca. Na domiar nieszczęścia mieli oni wszyscy szczególny powód, by zejść się do niej w tej popołudniowej porze. Rok wcześniej zdarzyło się jednemu z tutejszych pastorów, najbardziej przez wszystkich lubianemu, że wygłaszając kazanie, zagalopował się i wypaplał kilka niestosownych słów przeciwko naszej imperatorowej. Dowiedział się o tym natychmiast nasz rząd i pastor ten wycierpiał za to wielkie udręki i przez cały rok przebywał w areszcie i pod śledztwem. Wszyscy uważali go za straconego, lecz naszej monarchini, w jej miłosierdziu, spodobało się winę mu przebaczyć, a rozkaz o zwolnieniu go z aresztu otrzymano zaledwie na jakieś trzy dni przed tym czasem. A ponieważ stało się to wiadome wszystkim parafianom i całemu miastu, a także i to, że zamierzał on tego dnia po obiedzie wygłosić tu z ambony kazanie, niemal całe miasto ruszyło i zebrało się, by słuchać tego kazania. Ale cóż i jakie nieszczęście stało się w czasie tego właśnie kazania?

Zamożne mieszkanki Królewca mają zwyczaj w zimową chłodną porę nosić ze sobą do kościoła osobne miedziane naczyńka, zrobione na kształt płaskich szkatułek, wypełnione żarem. Te naczyńka, czyli ogrzewacze, usadowiwszy się w swoich ławkach, stawiają sobie pod nogi i pod suknię, a ponieważ są one i z góry, i z boków zakryte, niebezpieczeństwa od ognia być nie może, ciepła zaś dają wiele i ogrzewają z nadmiarem delikatne Prusaczki. Tak też było i tym razem w tej kirce mnóstwo kobiet z dokładnie takimi miedzianymi i pięknymi pudełeczkami, wypełnionymi żarem. I nie wiadomo już na pewno, z jakiego właściwie powodu zdarzyło się jednej z tych kobiet, siedzącej pośrodku samego kościoła w czasie trwania kazania, którego wszyscy słuchali z wielką uwagą, zwrócić się do swojej sąsiadki i, poruszywszy się, rzec słówko „Feuer”, co w naszym języku właściwie znaczy „ogień”. Czy sparzyła się o swoje pudełeczko, czy otworzyło się ono i wysypał się z niego żar, czy też chciała powiedzieć sąsiadce, że ogień w jej pudełeczku zgasł – tego wszystkiego nie wiadomo na pewno, i nie zdołano tego potem dokładnie dociec; dość tylko tego, że wspomniane, wypowiedziane przez nią słówko usłyszało wielu innych, i z samej ciekawości zaczęli się nawzajem dopytywać, co by się takiego stało, i powtarzać to słówko w cichych rozmowach między sobą. A ponieważ powstało z tego niewielkie szeptanie i wzajemne dopytywanie, na szczególne nieszczęście słowo to rozeszło się w jednej chwili po całym kościele i cały lud zaczął powtarzać: „Feuer! Feuer!”. Trzeba zaś wiedzieć, że tym samym słówkiem po niemiecku określa się i pożar, a ponieważ w razie pożaru Niemcy mówią tylko „Feuer, Feuer”, ci, którzy nie wiedzieli i nie widzieli samego owego zdarzenia, uroili sobie, że wszyscy mówili wtedy o pożarze, który wybuchł w tym kościele.

Myśl ta nagle poraziła cały lud najpierw zmieszaniem, a potem nieopisanym strachem i przerażeniem.

Wszyscy, jakby się zmówili, jednym głosem zakrzyczeli:

– Feuer! Feuer! – Albo: – Pożar, pożar!

I wszyscy, zerwawszy się ze swoich ławek, rzucili się na łeb na szyję ku drzwiom i wyjściom kościelnym. Wyjść tych były tylko dwa, prowadzące na plac znajdujący się wewnątrz zamku, ale oba były tak przestronne i miały przed sobą schody wprawdzie wysokie, ale tak wygodne i szerokie, że bez żadnej trudności i w bardzo krótkim czasie wszyscy mogliby wyjść z kościoła, gdyby choć trochę zachowywano porządek i nie spieszono się tak, jak wtedy wszyscy, sami nie wiedząc po co i, mówiąc wprost, bez głowy i bez rozumu, się spieszyli, i tym samym wywołali w obu drzwiach i na obu gankach taki ścisk i tłok, jakiego nie sposób sobie wyobrazić. A gdy od niektórych głupców i nicponi rozeszła się jeszcze i ta pogłoska, że pod kościołem wszystkie piwnice napełnione są przez Rosjan prochem i że chcą wysadzić w powietrze całą kirkę wraz z ich pastorem, to choć bredzenie to było szalone i z niczym niezgodne, spotęgowało ono jednak strach i przerażenie wszystkich przebywających w kościele do tego stopnia, że ci zaczęli już siłą przepychać wszystkich przez drzwi i tym samym, przewróciwszy mnóstwo ludzi schodzących z ganku, sami rzucili się do ucieczki po leżących, bez żadnego rozróżnienia i baczenia. A inni, zwłaszcza ci, którzy byli na chórach i musieli schodzić po kilku schodach, tak się przelękli i przerazili, że nie mając nadziei zejść na dół po schodach i wyjść drzwiami z kościoła, zeskakiwali z chórów na posadzkę; a jeszcze inni, wybiwszy szybki {Szyby.} w oknach kościelnych, zaczęli przez nie, mimo całej straszliwej wysokości, spuszczać się po murach na pobliskie dachy i na ziemię, i w pośpiechu spadali, łamiąc sobie ręce i nogi. Słowem, zamieszanie i tłok, połączone z hałasem i krzykiem, stały się nieopisane, a wrzask, wznoszony zarówno przez wybiegających, jak i przez tych, którzy z powrotem biegli do kościoła ratować swoich krewnych, stał się tak głośny, że dotarł do uszu samego naszego generała, ucztującego z gośćmi w sali. A gdy na jego pytanie: „Co to takiego?” – doniesiono mu, że cały lud w jakimś zamroczeniu ucieka z kościoła, a w tej samej chwili inni nadbiegli, donosząc, że w kirce wybuchł pożar, to wszystko, a zwłaszcza owa znana dobrze wszystkim naszym okoliczność, że pod tym kościołem w piwnicach rzeczywiście ustawione były nasze skrzynie z nabojami i artyleryjskie i znajdowało się w tych piwnicach mnóstwo prochu, tak jak w cejghauzie i w magazynie, tak zmieszało i przeraziło wszystkich ucztujących, że wszyscy zerwali się ze swoich miejsc i co tchu pobiegli na dół i przez plac ku drzwiom kościelnym, dokąd tymczasem nadbiegł też cały odwach.

Lecz ani on, ani my wszyscy, ani sam generał nie mogliśmy nic poradzić z tym przerażonym i niby oszalałym ludem.

Nic i żadne zapewnienia, że pożaru nie było i nie ma żadnego, ani trochę nie pomagały, i musieliśmy pozwolić, by to dziwne zdarzenie skończyło się samo, a słuch nasz zwrócić ku żałosnym wrzaskom i jękom wszystkich tych, którzy mieli nieszczęście doznać w tym zamęcie jakiegoś uszczerbku. Wielu, wyskakując przez okna, połamało sobie ręce i nogi; inni doznali straszliwych potrąceń i zgniecenia w panującym ścisku; jednym podarto odzież, inni byli poranieni do krwi; wielu pogubiło swoje kapelusze, laski i inne rzeczy; a jeszcze inni, dostawszy się pod nogi uciekających, zostali bezlitośnie okaleczeni i tak zdeptani nogami, że leżeli niemal bez ruchu. A jedna młoda dziewczyna była tak nieszczęśliwa, że w ścisku zadeptano ją, upadłą i przygniecioną pod nogami uciekających, na śmierć. Nieszczęście to przejęło nas wszystkich najgłębszym nad nią żalem. A żal ten jeszcze się powiększył, gdy usłyszeliśmy, że nie była ona mieszkanką Królewca, lecz przyjechała z powiatu w gości do swoich krewnych, i była jedyną córką u ojca i matki, i nie tylko była z wyglądu bardzo ładna, ale dobrze wychowana i dobrego prowadzenia się i usposobienia. Biedni jej rodzice byli niepocieszeni po jej stracie, i nie tylko oni, ale i wielu z widzów nie mogło powstrzymać się od łez, gdy wieziono ją od nas z zamku.

Tym zakończę ten mój list, który i tak już zanadto się rozrósł. A ponieważ tym wypadkiem zakończył się też rok 1759, w następnym opowiem, co działo się ze mną w roku następującym po nim, a tymczasem pozostaję Waszym itd.

KRÓLEWIEC

List 79


Drogi przyjacielu! Zarówno święta Bożego Narodzenia, jak i początek roku 1760 obchodziliśmy w zwykły sposób – licznymi rozrywkami, a nasz generał, będąc ich amatorem, a ponadto mając w tym potrzebę z racji swoich miłosnych intryg z hrabiną Keyserlingkową, tym razem nie poprzestał na kilkakrotnym wydawaniu u siebie wielkich obiadów, a wieczorami balów i maskarad, lecz zapragnął jeszcze w Nowy Rok uraczyć wszystkich swoich znajomych i przyjaciół, a wraz z nimi i całą królewiecką publiczność iluminacją, jako takim widowiskiem dla całego ludu, które w niemieckich miastach zdarza się bardzo rzadko. I dlatego, choć cała ta iluminacja nic prawie nie znaczyła i była najmniejsza z możliwych, a oświetlono wtedy tylko kratę i bramę dziedzińca znajdującego się przed zamkiem, to dla Prusaków było i to już wielkim dziwem, i lud, zbierając się w wielkim mnóstwie, nie mógł się na nią dość napatrzeć i nią nacieszyć.

Zresztą, ponieważ całą ją wykonali nie nasi, lecz tamtejsi majstrowie i mieszkańcy, miałem sposobność zobaczyć, jak się robi iluminacje w krajach cudzoziemskich i jak ogromna różnica zachodzi między ich iluminacjami a naszymi. U nich wcale się nie używa ani latarni malowanych na rozmaite kolory, z jakich układano u nas w owych czasach najpiękniejsze iluminacje, ani takich glinianych, łojem napełnianych kaganków, z jakich robi się u nas proste iluminacje; zamiast nich zrobiono z blachy kilka tysięcy małych lampek nocnych czy płaskich kaganków, wszystkie napełniono olejem konopnym i paliło się nie łój, lecz olej. Obstawiono nimi wszystkie kamienne słupy ogrodzenia, a także samą kratę, na przybitych świerkowych listewkach, po uprzednim okryciu wszystkich słupów i kraty świerkowym igliwiem czy gałęziami, na szczytach zaś słupów umocowano kryształowe kule napełnione różnobarwnie zabarwioną wodą. A ponieważ za tymi kulami ustawiono również wspomniane blaszane kaganki, wydawały się one jakimiś drogocennymi okrągłymi kamieniami i choć dawały pewien efekt, to bardzo nikły i ledwie dostrzegalny. Samą zaś bramę zasłonięto przezroczystym obrazem malowanym na płótnie, ale wykonanym tak niezgodnie z tym zamiarem i tak licho, że cały nie zasługiwał na najmniejszą uwagę; a ponieważ z tego obrazu, wspomnianych kaganków i jakichś dwudziestu wspomnianych szklanych kul składała się cała iluminacja, to i cała nie przedstawiała wielkiej wartości.

Wkrótce potem miałem przyjemność ujrzeć pewnego możnego pana hiszpańskiego, przejeżdżającego przez Królewiec jako ambasador pełnomocny na nasz dwór.

Naczytawszy się w książkach o możnych panach hiszpańskich, nie wątpiłem, że i w naturze znajdę go takim, jakim przedstawiała mi go moja wyobraźnia; ale jakże się zdziwiłem, gdy przyszedłszy do niego od naszego generała z powinszowaniem i ukłonem, zastałem małego, chudego, nic nieznaczącego człeczynę, w dodatku ogolonego od czoła po kark do czysta i myjącego właśnie w tej chwili nie tylko twarz, ale i całą swoją ogoloną głowę ogromnym szmatem {Kawałkiem.} gąbki greckiej! Widok ten był dla mnie tak nowy, tak uderzający i śmieszny, że omal nie parsknąłem śmiechem; na szczęście jednak pan markiz tego nie dostrzegł, gdyż przy moim wejściu siedział na krześle, trzymając przed sobą wielką miednicę z namydloną wodą, a jego kamerdyner, ująwszy oburącz wspomniany szmat gąbki greckiej, tarł mu z całych sił i twarz, i całą głowę, a ten tylko się krzywił. „No! Nie ma co mówić — pomyślałem sobie wtedy. — Co miasto, to obyczaj, i przysłowie to jest słuszne”.

Ambasador ten jechał do nas, do Petersburga, od nowego króla hiszpańskiego z zawiadomieniem o jego wstąpieniu na tron, a myśmy przyjęli go i odprowadzili z czcią przystojną jego godności.

Tymczasem wszędzie czyniono u nas przygotowania do nowej kampanii, która miała się zacząć z nastaniem wiosny, i do dalszego prowadzenia naszej wojny, której końca nikt nie mógł przewidzieć. Wszystkie mocarstwa niewojujące wprawdzie dokładały wszelkich możliwych starań, by ugasić ten wojenny pożar, który wszystkim zaczynał się już przykrzyć, i choć ze strony Anglii i króla pruskiego czyniono już ubocznie pewne propozycje, że nie odmówiłyby przystąpienia do rokowań pokojowych, gdyby ich nieprzyjaciele na to przystali, a stary, złożony z tronu król polski Stanisław Leszczyński proponował już na kongres pokojowy miasto Nancy, w którym przebywał, Holendrzy ze swej strony proponowali w tym samym celu miasto Bredę, a inni na ten kongres — miasto Lipsk, to jednak wszystkie listy, kontakty i rokowania w tej sprawie, trwające przez całą zimę, były bezowocne i w kwietniu ustały zupełnie, tak że nie pozostało najmniejszej nadziei, by w tym roku mógł nastąpić pokój w Europie.

Za przyczynę tego uważa się najczęściej to, że naszej cesarzowej, osobiście nienawidzącej króla pruskiego, chciało się zatrzymać dla siebie zagarnięte Prusy, a cesarzowej-królowej koniecznie chciało się odzyskać i zawojować cały Śląsk; z ich też powodu nie zgadzali się na pokój Francuzi, którymi rządziła wówczas królewska kochanka, markiza Pompadourowa, i ich minister Choiseul, oboje oddani cesarzowej-królowej.

A ponieważ obu naszym dworom ani w głowie było w tym roku zawierać pokój i stracić bez żadnego nabytku i pożytku tyle już straconych tysięcy ludzi i tyle milionów pieniędzy, nie omieszkały one w ciągu zimy poczynić wszystkich potrzebnych do dalszego prowadzenia wojny przygotowań. U nas zarządzono nowy i liczny pobór rekruta, a mnóstwo nowych i starych żołnierzy wysłano do Prus dla uzupełnienia pułków, które poniosły straty w ostatniej kampanii. Dokładano też wszelkich możliwych starań, by zaopatrzyć armię i całe wojsko w dostateczną ilość prowiantu i furażu, a artylerię — w amunicję i wszelkie potrzebne zapasy. Feldmarszałka Sałtykowa wezwano do Petersburga, gdzie cesarzowa obsypała go łaskami i dobrodziejstwami. Odbywano z nim narady o przyszłej kampanii i po uzgodnieniu z nim wszystkich potrzebnych środków wyprawiono go z powrotem do armii, a z nim wielu generałów, w tym także wymienionego z niewoli pruskiej generała-porucznika hrabiego Zachara Grigorjewicza Czernyszowa, gdyż układ o wymianie jeńców z obu stron zawarto u nas z Prusakami jeszcze jesienią w pomorskim miasteczku Bytowie.

Wszyscy ci generałowie, zarówno w drodze do Petersburga, jak i z powrotem do armii, przejeżdżali przez Królewiec, a dla wszystkich najznakomitszych spośród nich nasz generał wyprawiał biesiady.

— Każdego z nich starał się ugościć jak najwspanialej i każdego pozyskać sobie za przyjaciela, w czym dzięki temu środkowi bardzo wiele osiągał.

A jakie przygotowania czyniliśmy my — takie same, a nawet jeszcze liczniejsze czynili i cesarscy; dla nich dalsze prowadzenie wojny było jeszcze potrzebniejsze niż dla nas, gdyż Śląsk nie wychodził im z głowy i gotowi byli walczyć o niego do ostateczności.

Co się tyczy króla pruskiego, któremu podobne przygotowania były jeszcze potrzebniejsze niż nam, ponieważ w minionej kampanii stracił sporo i pieniędzy, i ludzi, to jemu nie było tak łatwo je poczynić jak nam. Własne jego ziemie nie były zbyt rozległe, a przy tym już po części wyczerpane, cudzych zaś, prócz Saksonii, nie miał w ręku żadnych; tak więc biedna Saksonia musiała za wszystko odpowiadać i zaopatrywać go i w ludzi, i w pieniądze, i w zboże, i we wszelkie inne potrzeby. I jakichże to, jakichże zakusów nie czynił on w tym roku na tę biedną ziemię! Samo tylko miasto Erfurt musiało dostarczyć 400 rekrutów, 500 koni i 100 tysięcy talarów w gotówce, a Naumburg zapłacić 200, Merseburg 120, Zwickau 80, Chemnitz 215, wszystkie miasta okręgu turyńskiego 1 milion 375 tysięcy talarów. Kontrybucja samego tylko miasta Lipska sięgała 1 miliona i 100 tysięcy talarów, a cały okręg lipski musiał zapłacić 2 miliony w gotówce i dostarczyć 10 tysięcy rekrutów, kilkaset tysięcy szefli zboża i wiele tysięcy koni z wielkim mnóstwem bydła rogatego. Ponadto wszystkie najlepsze lasy w Saksonii wycięto, a drewno budulcowe i opałowe sprzedano bogaczom lub spławiono w dół Łaby do Hamburga, ze wszystkich zaś dzierżawców wsi skarbowych wymuszono czynsz za cały rok z góry.

Tymi i podobnymi gwałtownymi środkami nagromadził sobie król pruski dość pieniędzy. Nie tak łatwo jednak mógł zaopatrzyć się w ludzi z Saksonii; ilu by rekrutów nie nazwoził, ich liczba daleko nie była w stanie wyrównać mu strat, jakie poniósł w nich minionego lata. Zrodziło to nowy system werbunku, jakiego nigdy i nigdzie przedtem nie bywało. Wszystkich jeńców ze wszystkich armii nieprzyjacielskich przemocą robiono pruskimi żołnierzami. Nie pytano, czy chcą służyć, czy nie, lecz siłą ściągano ich pod pruskie sztandary, gdzie musieli składać przysięgę, a potem bić się przeciwko własnym ziomkom. Całe Niemcy roiły się od takich pruskich werbowników. Większość z nich wcale nie była oficerami, lecz najętymi obieżyświatami, którzy imali się wszelkich możliwych wymysłów i podstępów, by złowić w swoje sieci głupich i niedoświadczonych młodzieńców. Pewien pruski pułkownik nazwiskiem Collignon, człowiek przez samą naturę do tego stworzony, był ich zwierzchnikiem i nauczycielem w tym rzemiośle, dając własny przykład. Jeździł wszędzie, w coraz to innych strojach i pod różnymi postaciami, i całymi setkami namawiał ludzi do wstępowania do służby pruskiej. Nie tylko składał obietnice i przyrzeczenia, lecz rozdawał nawet same patenty na stopnie porucznikowskie i kapitańskie w armii pruskiej i nęcił nimi wielu młodych hulaków spośród studentów, subiektów sklepowych i innych tym podobnych ludzi, pozostawiając każdemu wolny wybór: piechota, jazda czy lekkie wojsko huzarskie.

Sława wojska pruskiego była tak wielka, a wieści o zdobywanych przez nie łupach tak ponętne, że Collignonowa fabryka patentów pracowała bez wytchnienia.

Nie musiał się troszczyć ani o transport, ani o wyżywienie, ani o zaopatrzenie swoich rekrutów w zadatki, gdyż wszyscy jego rekruci przeważnie na własny koszt udawali się do Prus. Mnóstwo synów-nicponi we Frankonii, w Szwabii i nad Renem okradało swoich ojców i matki; subiekci i faktorzy — swoich pryncypałów, zarządcy i kasjerzy — swoje kantory, byle odszukać wspaniałomyślnych pruskich oficerów, rozdających każdemu całe kompanie jak bułki. Wszyscy oni śpieszyli ze swymi oficerskimi patentami do Magdeburga, tam jednak przyjmowano ich jak zwykłych rekrutów i wbrew ich woli rozdzielano po pułkach. Nie pomagały tu żadne spory i sprzeciwy, a kije dopóty pracowały na ich plecach, dopóki nie okazali zupełnego posłuszeństwa i uległości we wszystkim. W ten i podobny sposób dostarczył Collignon ze swymi pomocnikami królowi w ciągu tej wojny ponad 60 tysięcy rekrutów.

Zresztą plan działań wojennych na to lato, ułożony między wszystkimi sprzymierzonymi mocarstwami, miał za najgłówniejszy cel zmusić króla pruskiego, by opuścił, czyli oddał, albo Saksonię, albo Śląsk. Nasz i cesarski dwór nie od razu na tę propozycję przystały, bo i my, i cesarscy myśleliśmy raczej o własnych korzyściach. Francuzi chcieli, byśmy w tym roku obiegli miasto Szczecin na Pomorzu. Sałtykow zaś chciał prowadzić wojnę wzdłuż brzegów morskich na Pomorzu i nalegał, by najpierw opanować Gdańsk. Król August prosił, by jak najprędzej wyzwolić Saksonię z rąk króla pruskiego, Austriacy myśleli tylko o zdobyciu Śląska. W końcu propozycje tych ostatnich wzięły górę i Sałtykow otrzymał rozkaz, by iść ze swą armią na Śląsk i oblec Wrocław. Plan ten uważano w Petersburgu za najlepszy i najdoskonalszy, choć miał tę wadę, że nasza armia nie miała przy sobie ani artylerii oblężniczej, ani amunicji. W nie jednak mieli nas zaopatrzyć cesarscy z Czech.

W ten sposób zbroiła się i przygotowywała cała Europa do nowych w tym roku rozlewów krwi, które też rozpoczęły się, gdy tylko nastała wiosna; ja jednak powrócę na jakiś czas do dalszego ciągu mojej własnej historii.

Podczas gdy armia i rząd we wspomniany sposób przygotowywały się do nowych działań wojennych, my nadal żyliśmy po dawnemu w Królewcu i cały czas wolny od zajęć obracaliśmy na rozrywki różnego rodzaju. Co się tyczy mnie samego, to 7 października minionego roku rozpocząłem już dwudziesty drugi rok życia i zaczynałem myśleć stateczniej niż dawniej. Mój charakter i skłonności z godziny na godzinę rozwijały się i zarysowywały coraz wyraźniej. Zamiłowanie moje do literatury i do wszelkich uczonych zajęć nie tylko się nie zmniejszyło, lecz z każdym dniem rosło, i można już było jasno widzieć, że urodziłem się nie dla wojny, lecz dla nauk i że natura obdarzyła mnie szczególną do nich skłonnością.

I właśnie ta niezwykła skłonność sprawiła, że bynajmniej nie poświęcałem całego swego wolnego czasu jedynie na rozrywki i zabawy, lecz większą jego część obracałem na znacznie lepszy dla siebie pożytek.

Spędzałem go po części, jak dawniej, na czytaniu niemieckich książek, po części na tłumaczeniu ich i przepisywaniu na czysto, a po części zajmowałem się farbami i rysowaniem. W tym ostatnim jednak ćwiczyłem się tylko od czasu do czasu, kiedy niekiedy, w wolnej chwili i po trochu; przetłumaczyłem też tylko niewielki romans niemiecki pod tytułem „Przygody milorda Kingstona” i przepisałem ten przekład na czysto, choć i on był jeszcze bardzo lichy i wcale nie był tego wart {„Przygody milorda, czyli Życie młodego człowieka, który był igraszką miłości”. Popularny w owym czasie romans francuski. Bołotow przełożył go na rosyjski z przekładu niemieckiego.}. Największym zaś moim zajęciem było czytanie: pogrążałem się w nim coraz bardziej i zawsze zastawano mnie obłożonego mnóstwem książek, nie tylko w domu, ale i w samej kancelarii. Ale i w tym roku, jak wyżej wspomniałem, czytałem już nie same tylko romanse i bajeczki jak dawniej, lecz pomału zacząłem przyzwyczajać się do książek moralnych i poważnych. A ponieważ, szczególnym szczęściem, te od samego początku nie tylko mi się nie znudziły, lecz niezwykle mi się spodobały, to pod tym względem rok ten można uznać za bardzo pamiętny w moim życiu, od jego bowiem początku zacząłem sam siebie kształcić, urabiać swój rozum, poprawiać serce i stawać się człowiekiem.

Do tego wszystkiego bardzo wiele pomogło mi to, że wpadły mi w ręce dobre dzieła moralne, a między innymi rozważania moralne pana Holberga {Zob. przypis 17 po tekście.}. Temu sławnemu duńskiemu baronowi i pisarzowi bardzo wiele w życiu zawdzięczam. To on niemal pierwszy swymi dziełami zaszczepił we mnie zamiłowanie do moralistyki i przywiązał mnie do niej tak mocno, że i mnie samemu zachciało się, za jego przykładem, zostać moralistą. Dlatego i dziś żywię dla tego dawno już zmarłego męża szczególny szacunek i ze szczególnym uczuciem spoglądam na jego portret, znaleziony w jednej z moich książek.

Niemało też zawdzięczam w życiu sławnemu lipskiemu profesorowi Gottschedowi {Zob. przypis 17 po tekście.}. Swymi początkowymi zasadami filozofii nie tylko zapoznał mnie pobieżnie ze wszystkimi naukami filozoficznymi, ale pierwszy zaszczepił we mnie zamiłowanie do tych wzniosłych wiadomości i wspomnianymi swoimi książkami utorował mi drogę do dalszych ćwiczeń w tej uczonej dziedzinie. Liczne i rozmaite pisma tygodniowe, wydawane w Niemczech w różnych czasach i w różnych miastach, które również wpadły mi w ręce, nie tylko pomogły wzmocnić się we mnie skłonności do moralistyki, lecz zapoznały mnie i z estetyką, położyły podwaliny pod dobry gust i w wielu punktach ukształtowały i mój umysł, i serce.

Nie tylko wszystkie te czasopisma czytałem ze szczególną gorliwością i przyjemnością, ale wiele zawartych w nich utworów, które najbardziej mi się podobały, próbowałem nawet przekładać na nasz język i z osobliwą przyjemnością ćwiczyłem się w tej pracy.

I pisma tego rodzaju tak bardzo mi się spodobały, że kiedyś skłoniły i mnie samego do podjęcia czegoś podobnego i dokonania dzieła, jakiego mało komu na świecie zdarzyło się dokonać z takim powodzeniem jak mnie, o czym wspomnę we właściwym miejscu.

Ale żadnemu ze wszystkich niemieckich pisarzy nie zawdzięczam w życiu tak wiele jak panu Sulzerowi. On to, jak już wcześniej wspominałem, dwiema małymi i dość znanymi światu książeczkami o pięknie natury pierwszy zapoznał mnie z budową świata, wlał we mnie zamiłowanie do wiedzy przyrodniczej i nauczył rozpoznawać, dostrzegać i podziwiać piękno i powaby natury, a przez to samo przysporzył mi w następnych potem dniach, latach i czasach niezliczonej mnogości radosnych i drogocennych chwil w życiu, z jakich i dziś (1790 r.), nawet w samej starości, korzystam.

Ze wszystkimi tymi i wieloma innymi pożytecznymi książkami i najlepszymi dziełami niemieckimi zapoznała mnie po części wspomniana biblioteka, dostarczająca mi książek do czytania, po części moi towarzysze, niemieccy kanceliści, a po części i aukcje książek. Chodziłem na nie z taką gorliwością, że nie opuszczałem żadnej i nigdy nie wracałem na kwaterę, nie przynosząc ze sobą po kilka kupionych tam książek. Stąd właśnie mniej więcej w tym czasie zaczęła się u mnie tworzyć porządna biblioteka i miałem już książek blisko setkę i więcej, wszystkie jednak kosztowały mnie bardzo niedrogo. Nie można jednak powiedzieć, bym nie kupował niekiedy i nowych. Za każdym razem, gdy tylko dowiedziałem się o jakiejś nowej i pożytecznej dla siebie książeczce, biegałem do księgarni i, kupiwszy ją, odsyłałem do mojego introligatora, a jego czeladnik nierzadko przynosił mi całe stosy świeżo oprawionych książek.

Zresztą wiele skłaniała mnie do jeszcze pilniejszego zajmowania się książkami i naukami także znajomość, jaką zawarłem z przysłanymi do nas z Moskwy studentami. Wszyscy oni nie byli trzpiotami ani łobuzami, lecz pilnymi i skłonnymi do nauk młodymi ludźmi; a ponieważ studiowali i uczyli się u różnych profesorów i nierzadko zachodzili do nas do kancelarii, miałem zawsze sposobność rozmawiać z nimi o sprawach uczonych i zarówno dzielić się z nimi swoimi zajęciami, jak i wzajem korzystać z ich zajęć, i mogę powiedzieć, że i im wiele zawdzięczam w moim wykształceniu.

Pośród tych uczonych zajęć, które, można powiedzieć, pochłaniały największą część mojego czasu, nie omieszkiwałem niekiedy poświęcać pewnej jego części także innym rozrywkom i zabawom, nie takim jednak, jakim oddawała się większość moich rówieśników, innych oficerów, lecz szlachetnym i godziwym. W porze zimowej i jesiennej zachodziłem na jakiś kwadrans czy pół godziny do traktierni, ale nie dla trwonienia pieniędzy czy jakiejś rozpusty, lecz jedynie po to, by kazać podać sobie kawy lub herbaty, a tymczasem filozoficznym okiem przyjrzeć się ludziom różnego stanu, którzy tam przebywali i spędzali czas na rozmaitych grach i zajęciach. Czasem czytywałem tam najnowsze i rozmaite gazety zagraniczne, a czasem z moimi towarzyszami, Niemcami, siadałem przy osobnym stoliku, urządzając sobie własną i niekosztowną partyjkę lombra i grając nie dla zysku, lecz jedynie dla rozrywki.

Czasami zaś brałem do ręki kij i rozgrywałem partię czy dwie w bilard z kimś ze znajomych, również nie dla jakiejś wygranej, lecz jedynie dla rozrywki.

Wszystko to jednak zdarzało się nie co dzień, lecz bardzo rzadko.

Natomiast w porze letniej znacznie częściej przechadzałem się po ogrodach publicznych, zwłaszcza w dni świąteczne i niedzielne po obiedzie, i spędzałem w nich zawsze ze szczególną przyjemnością czas w towarzystwie nie naszych, lecz spokojnych i łagodnych mieszkańców Królewca. Filiżanka herbaty lub kawy i fajka tytoniu stanowiły całe moje tamtejsze trwonienie pieniędzy; bardzo rzadko brałem udział w zupełnie niekosztownej grze w kręgle. Czasami zaś, choć zdarzało się to rzadko, wyjeżdżaliśmy, umówiwszy się z kimś, razem za miasto albo chodziliśmy pieszo po kilka wiorst za bramy miejskie.

Najlepsze takie przechadzki odbywaliśmy w stronę Piławy {Piława — port Królewca.} i w dół rzeki Pregoły, jej brzegiem. Droga była tu szeroka, gładka, wyniesiona, obsadzona z obu stron wierzbami, mająca po jednej stronie rzekę Pregołę, płynącą niemal prosto i zawsze pokrytą mnóstwem statków, a po drugiej — niskie i równe łąki, poprzecinane też gdzieniegdzie rzędami posadzonych łóz. Płynące po rzece małe i duże statki, ich białe, rozpostarte żagle, różnobarwne bandery czy plusk wioseł łodzi płynących na wiosłach, a z drugiej strony niezliczone mnóstwo wszelkiego bydła, pasionego w oddali na łąkach; samo miasto, położone częściowo na wzgórzu, częściowo na zboczu; liczne czerwone, dachówkowe, a gdzieniegdzie zielone i niekiedy płonące w słońcu jak żar dachy jego wysokich domów; zamek królewski, wznoszący się na wzgórzu ponad wszystkie budowle i swą czworoboczną, wysoką wieżą przedstawiający szczególny i jakiś dostojny widok; wysokie i spiczaste dzwonnice kościołów, widoczne w różnych miejscach pośród niezliczonych domów; zielone wały twierdzy Friedrichsburg, położonej po lewej stronie rzeki, u wyjścia z miasta; cały las masztów licznych statków, ozdobionych wiatrowskazami i różnobarwnymi proporcami; liczne ogromne i przewysokie wiatraki, wzniesione przy wale w mieście i na wzgórzu — wszystko, wszystko to przedstawiało oczom w tym miejscu przyjemny widok, zwłaszcza gdy się uszło tą drogą dwie czy trzy wiorsty. W dni świąteczne i niedzielne cała roiła się od mnóstwa spacerujących ludzi obojga płci; w wielu miejscach porobiono ławki dla ich wypoczynku, a w niektórych miejscach znajdowały się niewielkie domki, stanowiące pewien rodzaj gospód, gdyż spacerujący mogli do nich zajeżdżać, zachodzić i kupować w nich sobie mleko, jaja, masło, kiełbasy, sery i tym podobne, a do picia — piwo, wino, a w niektórych nawet herbatę i kawę. I wszystkie takie domki zastawałem zawsze pełne ludzi, ale nigdzie i nigdy nie widziałem jakiejś rozpusty czy wrzawy, lecz wszystko było ciche, łagodne i dobre, tak że miło było patrzeć i zawsze można było przyjemnie spędzać czas.

Wzmianka o tej przechadzce przywodzi mi na pamięć także moją przejażdżkę tego lata w te strony na szalupie.

Namówili mnie do tego nasi sekretarze kancelaryjni i towarzysze, a ich podjął się w ten sposób obwieźć po rzece jeden z naszych oficerów marynarki. Tym chętniej dałem się namówić, by płynąć razem z nimi, że dawno już nie pływałem po wodzie, a na szalupach nigdy jeszcze nie zdarzyło mi się przejażdżać. Ale o, jakże byłem potem zły na samego siebie, że dałem się namówić, by z nimi płynąć! Nigdy nie zapomnę tej przejażdżki ani tego, ile strachu się podczas niej najadłem. Już samo to kazało mi żałować, gdy przypłynąwszy z nimi do jednego, i to najodleglejszego z owych domków, zobaczyłem, że głównym ich zamiarem było tu, na swobodzie, jak to oni mówili, pohulać, a mówiąc po prostu — popić i porozrabiać zupełnie na ruską modłę.

Dopóki płynęliśmy w dół rzeki i nie tyle wiosłowaliśmy, ile niósł nas w dół jej nurt, dopóty jeszcze się weseliłem i szybkością płynięcia, i rozmaitymi, nigdy przedtem niewidzianymi przedmiotami, które napotykał mój wzrok, gdyż nigdy tak daleko za miasto nie jeździłem. Ale ledwie zdążyliśmy dopłynąć do wspomnianego domku i wejść do niego, jak zaczęto znosić do niego z naszej łódeczki całe tuziny butelek rozmaitych win i trunków.

„E! e! e! — zawołałem wtedy w duchu, ujrzawszy to. — Więc po to tu przyjechaliśmy! Ale wola Boża i ich, a ja im nie kompan i pić z nimi za nic nie będę”.

I rzeczywiście dotrzymałem tego słowa, bo choć mnie namawiali, przekonywali, a nawet starali się przymusić, za nic nie przystałem na ich prośby i życzenia i za nic nie chciałem tak jak oni niemal do utraty rozumu się upić. Ale ileż mnie to wszystko kosztowało! Wszyscy nawet się na mnie za to rozgniewali, lecz ja najmniej dbałem o ich gniew i złość, pragnąłem tylko, by jak najprędzej nadszedł wieczór i przegnał ich z powrotem do miasta. Wreszcie zaczął się on zbliżać, lecz oni tak się rozpili, że choć im powtarzałem, że pora wracać do domu, nie myśleli o tym, bo nie wszystkie jeszcze butelki zostały opróżnione. W końcu z wielkim trudem osuszyli je wszystkie i postanowili płynąć z powrotem; ale jakiż strach i przerażenie mnie ogarnęły, gdy ujrzałem rzekę, zamiast dawnej gładkości i ciszy, całą pokrytą strasznymi falami, gdyż tymczasem, gdy oni we wspomniany sposób pili, pogoda się zmieniła, zerwał się od ujścia ogromny wiatr i wzburzył rzekę potężną falą. Ja, mając od dawna wstręt do wody i bojąc się zawsze po niej pływać, zamarłem wtedy, przeląkłem się i nie wiedziałem, jak popłyniemy po tak strasznych falach. Gdybyśmy nie byli tak daleko od miasta i gdyby nie było tak późno, zdecydowałbym się natychmiast, zostawiwszy ich, iść pieszo do miasta; ponieważ jednak byliśmy oddaleni od niego ponad dziesięć wiorst, a przy tym zapadł już wieczór i na drodze nie było już żywej duszy, nie można było nawet o tym pomyśleć i musiałem razem z nimi znowu, choć już z zamierającym sercem, wsiadać do szalupy. Co się zaś tyczy ich, to ponieważ im, pijanym, i morze wydawało się po kolana, zamiast strachu i obawy tylko się ze mnie śmiali i nazywali mnie tchórzem.

Pozwoliłem im już mówić, co chcą, a myślałem tylko o niebezpieczeństwie i modliłem się do Boga, byśmy szczęśliwie dopłynęli.

Ale choć niebezpieczeństwo wydawało mi się wielkie, nie wyobrażałem go sobie nawet w połowie takim, jakim je potem ujrzałem; bo ledwie zdążyliśmy odbić od brzegu i wydostać się na środek rzeki, jak nasz upity pierwszy sekretarz, jako główna osoba całej przejażdżki, niemal nie pamiętając sam siebie, zawołał do oficera marynarki:

— Bracie i przyjacielu! Każ no podnieść żagiel i popłyńmy pod nim. Widzisz, bracie, jaki wspaniały wiatr, w mig dopłyniemy!

— Dobrze! — rzekł oficer przez zęby i potem zamilkł, lecz marynarz, który trzymał ster, podchwycił:

— Czy nie będzie to niebezpieczne, łaskawy panie, i czy się nie wywrócimy: wiatr jest zbyt silny?

— A to ci bzdura! — zawołał nasz Czonżin. — Podnoś no żagiel, a żywo!

Zamarłem, przeląkłem się, usłyszawszy to od marynarza, a przerażenie moje jeszcze bardziej wzrosło, gdy i sam oficer niechętnie zaczął rozkazywać podnieść żagiel.

Ale jakże mam opisać ów strach, który mnie przeszył, gdy po podniesieniu żagla wszyscy przesiedli się na jedną burtę, przechylili szalupę zupełnie na bok i krzyczeli, bym i ja jak najprędzej przesiadł się tak jak oni. Zwyczaj ten był mi zupełnie nieznany, a ponieważ nigdy nie pływałem na szalupach pod żaglem, a nawet nie widziałem, jak się pływa, nie wiedziałem, że tak właśnie trzeba, i dlatego zamarłem i przeląkłem się, widząc, że jedna burta, czyli krawędź szalupy, niemal dotyka samej wody i prawie ją zagarnia. Zapomniawszy o wszystkim, krzyczałem, wołałem, uważałem się już za zgubionego, wdrapywałem się na przeciwległą burtę i czepiałem się jej, i uważając każdą chwilę za ostatnią w moim życiu, wzywałem wszystkich świętych na pomoc; prosiłem i błagałem towarzyszy, by zrobili łaskę i wysadzili mnie na brzeg; chciałem już, nie bacząc na nic, iść choćby całą noc samotnie pieszo — ale wszystko to było daremne. Oni wszyscy tylko się śmiali i rechotali ze mnie, nazywali mnie tchórzem i małodusznym i mówili, że mam za swoje, bo się upieram i za nic nie chciałem słuchać ich próśb i namów i dotrzymywać im kompanii w piciu.

Tysiąc razy przeklinałem wtedy i szalupę, i oficera, i całą swoją ochotę i chęć przejażdżki szalupą, i tysiąc razy żałowałem, że nie zostałem na brzegu i nie poszedłem pieszo do miasta; ale na wszystko to było już za późno.

Spędziłem tak ponad pół godziny w nieopisanym przerażeniu. I nie wiem, co by się ze mną stało, gdyby sam los nie zechciał mnie od tego wybawić; nadszedł bowiem tak zwany szkwał, czyli rodzaj wichru, i przechylił naszą szalupę tak mocno, że rzeczywiście omal nie zaryła się w fale i nie wywróciła się z nami wszystkimi, i gdyby nie umiejętność i zręczność sternika, przyszłoby nam wszystkim kąpać się i ginąć w rzece Pregole. Nawet nasi panowie, pijani rycerze, choć dotąd tak chojrakowali, gdy burtą zagarnęło już trochę wody do naszej szalupy i przemoczyło nas wszystkich, wytrzeźwieli w jednej chwili i zakrzyczeli wszyscy jednym głosem, by prędko spuszczać żagiel i brać się jak przedtem do wioseł, i nie wzbraniali się wraz z innymi wylewać wody z szalupy kapeluszami i czym popadło. A to położyło kres całemu mojemu strachowi i obawie, gdyż choć niepogoda była wielka, na wiosłach dopłynęliśmy do miasta szczęśliwie. Mimo to, wychodząc z szalupy, zaklinałem się, że odtąd nigdy i pod żadnym pozorem nie będę w ten sposób na niej pływał.

Tak zakończyło się wówczas to zdarzenie, a tym zakończę i ja mój list, zostawiając dalsze opowiadanie następnemu listowi; tymczasem zaś pozostaję itd.

List 80


Kochany przyjacielu! Przypominając dalej, co jeszcze działo się u nas w ciągu tego roku w Królewcu, przychodzi mi na pamięć między innymi to, że nasz generał musiał mieszkać w starodawnych, ponurych i ciemnych komnatach książęcych, które, znajdując się na pierwszym piętrze zamku, miały bardzo nieliczne, a przy tym małe okna, przez co, zwłaszcza w stosunku do swej przestronności i wielkości, były bardzo ciemne; a ponieważ ponad tym piętrem były jeszcze dwa, jedno najlepsze, czyli beletaż, a drugie antresolowe, ale dość wysokie, i oba te piętra nie były jeszcze wykończone, naszemu generałowi zachciało się wykończyć wspomniany beletaż na swoje mieszkanie i wyprosił na to pozwolenie u cesarzowej. Te naprawy i wykończenie kosztowały nas niejeden tysiąc, gdyż generał urządzał te pokoje z rozmachem i nie żałując wcale pieniędzy; najlepszych sztukatorów i malarzy al fresco zatrudniono do dekorowania i malowania komnat, a sama galeria kosztowała, jak sądzę, ze dwa tysiące, o pozostałych zaś licznych pokojach mieszkalnych i paradnych nie ma już co wspominać.

Jeden był urządzony i ozdobiony piękniej od drugiego, a całe to piętro wykończono tak dobrze, że gdyby przyjechała do nas sama cesarzowa, mogłaby znaleźć w nim dla siebie wygodną kwaterę.

Praca ta zaczęła się u nas jeszcze w minionym roku i trwała ponad rok, a generał ledwie mógł się doczekać jej ukończenia, tak mu obrzydły jego ciemne komnaty, wcale nieodpowiadające jego wystawnemu trybowi życia. A gdy z początkiem tego lata wykończenie doprowadzono do końca, nasz generał natychmiast się tam przeniósł i tu dopiero, jak mówi przysłowie, rozwinął skrzydła i pokazał, jak umie i lubi żyć. Bale, maskarady i tańce odbywały się u nas i przedtem nierzadko, a teraz, gdy już było gdzie potańczyć i pohulać, ich liczba się podwoiła, a tańce tak mi się sprzykrzyły, że czasem umyślnie udawałem chorego, by nie iść na bal i nie wyczerpywać sił do upadłego w tańcach i podskokach.

I rzeczywiście tak było, zwłaszcza dlatego, że dam i panien zjeżdżało się do nas za każdym razem ogromne mnóstwo i wszystkie były straszliwymi amatorkami tańca, mężczyzn zaś, zwłaszcza młodych i zdolnych tańczyć, jak to się mówi, na całego, bardzo mało; a że ja należałem już wówczas do nielicznego grona pierwszych i najlepszych tancerzy, osądźcie sami, jak nam było bez odpoczynku po kilka godzin podskakiwać i wirować w kółko, tańcząc rozmaite kontredanse, z których przetańczenie choćby jednego zawsze kosztowało krwawego potu; tańczyliśmy je bowiem tu, w nowej i przestronnej galerii, nie mniej niż w trzydzieści par; a druga, taka sama albo jeszcze liczniejsza połowa młodych pań i panien stała z założonymi rękami, z niecierpliwością czekając końca, by samym zacząć następny kontredans, a ich chciwość na to i na wyszukiwanie sobie kawalerów była tak wielka, że nie my je, lecz one same nas wyszukiwały i nie czekały na zaproszenie, lecz same usilnie prosiły, byśmy z nimi zatańczyli, i za każdym razem śpieszyły jedna przed drugą zagarnąć dla siebie najlepszego tancerza; tak że w połowie jeszcze tańczonego kontredansu podchodziły do nas od tyłu i prosiły o obietnicę naszych rąk.

Z początku, dopóki było to dla nas nowością, poczytywaliśmy to sobie za szczególny zaszczyt; potem jednak, gdy długość kontredansów, zwłaszcza tych najbardziej szalonych i żwawych, tak nam się sprzykrzyła, że nie można się było doczekać końca choćby jednego, bo już od jednego koszula robiła się zupełnie mokra od potu, zaczęliśmy uciekać się do rozmaitych forteli i wybiegów i, zbywszy wszystkie podbiegające od tyłu i domagające się obietnicy tańca zapewnieniem, że jesteśmy już zajęci i daliśmy już słowo innym, choć nic takiego nie było, zaraz po skończeniu tańca uchodziliśmy do najodleglejszych pokoi, gdzie nikogo nie było, i tam zażywaliśmy choć trochę odpoczynku.

Nierzadko jednak i tam wyszukiwały nas panie, a my nie wiedzieliśmy już, gdzie się podziać przed nimi, szukającymi nas całymi gromadami i korowodami.

Słowem, miasto to było dla nas najweselsze i najwspanialsze ze wszystkich wcześniejszych i późniejszych. Nasz generał żył tak, jak przystało żyć małemu carzykowi albo jakiemuś udzielnemu i bogatemu księciu, i można rzec wprost — z wystawnym i szczodrym rozmachem. Jakież to uczty i liczne obiady i wieczerze wydawał on we wszystkie, nawet najmniejsze dni świąteczne i uroczyste, a także przy okazji przejazdów wszystkich znakomitych osób przez nasze miasto! jakaż za każdym razem nowa wspaniałość i przepych występowały na stołach! jakiż przepych na balach i maskaradach! Ze wszystkich stron sprowadzano i zjeżdżali się do nas najlepsi muzycy, a na każdy bal przywożono nowe utwory muzyczne i tańce. Krótko mówiąc, wszystko, co nowe i najlepsze, musiało być u nas widziane i słyszane, i można bez obawy pomyłki powiedzieć, że mieszkańcy Prus od samego początku swojego królestwa nigdy jeszcze nie widzieli w swym stołecznym mieście takich wspaniałości, zabaw i rozrywek, jakie widzieli wtedy, i wątpliwe, by kiedykolwiek i w przyszłości ujrzeli. Bo nawet sami królowie pruscy chyba nigdy nie będą mogli żyć tak wesoło, wystawnie i wspaniale, jak żył wtedy nasz Korff. Miał on zaiste jakby mały dworek, nic więc dziwnego, że wieść i sława o tym rozeszła się wszędzie tak szeroko, że ze wszystkich stron zjeżdżała się do nas nie tylko pruska, ale nawet sąsiednia polska szlachta, by brać udział w naszych rozrywkach, by siebie nam pokazać i nas zobaczyć, a my za każdym razem mieliśmy przyjemność oglądać nowe twarze i postacie.

Do tych rozrywek, prócz zwykłych świąt i uroczystości, dało nam w tym roku sposobność także wesele, wyprawione przez naszego generała u siebie w domu. Jeden z naszych radców, mianowicie pan Baumann, umyślił ożenić się z pewną pruską panną szlacheckiego rodu; a ponieważ mieszkał w domu generała i był na jego utrzymaniu, generał pomógł mu wyprawić to wesele. Było ono przewspaniałe, jakby książęce, i przez kilka dni z rzędu udało mi się na nim potańczyć, a przy tym mieć sposobność zobaczyć, jak u Niemców odbywają się śluby w domach. U nas ślub odbył się w wielkiej galerii i z przyjemnością przyglądaliśmy się temu widowisku, choć w istocie obrzęd ten jest u nich daleko nie tak godny oglądania jak przy naszych weselach.

Prócz tego mieliśmy jeszcze tego lata sposobność zobaczyć dość piękny i niemało kosztujący fajerwerk.

Ponieważ bowiem tylko tego jednego brakowało jeszcze do naszych rozrywek, naszemu generałowi zachciało się i tym, nigdy dotąd niewidzianym, widowiskiem uweselić Prusaków i całą królewiecką publiczność.

Wykonał go i zmajstrował dla nas wspominany już przeze mnie wcześniej Włoch Mornini, mieszkający u generała, a ponieważ fajerwerk był niemały i składał się z ogromnej tarczy z lontów i świec oraz z mnóstwa kół, fontann, rac, petard i innych tym podobnych rzeczy, pracował nad nim długo i zdarzyło mi się wtedy po raz pierwszy zobaczyć, jak się je robi. Miejsce na niego wybraliśmy na brzegu rzeki Pregoły, niedaleko mojej dawnej kwatery, i spaliliśmy go w dzień świętego Piotra, przy zgromadzeniu niezliczonego mnóstwa ludu; a przyjemność, jaką to widowisko sprawiło wszystkim mieszkańcom Królewca, była ogromna, wszyscy nie mogli się go dość nachwalić.

Wydarzeniu temu towarzyszył także wielki bal i uroczystość, a wkrótce potem znów mieliśmy sposobność przez kilka dni z rzędu skakać i wirować z okazji przejazdu przez Królewiec starszego hrabiego Czernyszowa, Piotra Grigorjewicza. Został on wysłany przez nasz dwór jako ambasador do Hiszpanii, by powinszować nowemu królowi wstąpienia na tron, a ponieważ kazano mu pozostać tam długo, jechał tam z żoną i obiema córkami, pannami już na wydaniu. Bawili u nas w Królewcu z tydzień, a ponieważ stanęli na zamku u naszego generała, ten starał się ich ugościć jak najlepiej i wymyślał każdego dnia nowe rozrywki. Obie młode hrabianki były zapalonymi tancerkami, grały też na rozmaitych instrumentach, przywiozły nam mnóstwo nowych tańców i udało nam się i z nimi natańczyć do utraty sił.

List 81


Kochany przyjacielu! W poprzednim moim liście do Was zatrzymałem się na opowiadaniu Wam o tym, jakie postępy czyniłem w poprawianiu się i odzwyczajaniu od wszelkich złych nawyków i namiętności, właściwych naturze ludzkiej; teraz zaś, kontynuując tę samą materię, powiem, że do tego wszystkiego skłaniały mnie najbardziej książki moralne, których czytania stałem się takim samym amatorem, jakim byłem wcześniej czytania romansów; a ponieważ miałem wtedy najlepszą i najbardziej upragnioną sposobność ich zdobywania, gdyż wspomniana biblioteka, z której brałem sobie książki do czytania, pełna była nie samych tylko romansów, lecz dzieł wszelkiego rodzaju, a między innymi i najbardziej filozoficznych oraz najlepszych moralnych, i mogłem dostawać z niej, jakie tylko chciałem, czytałem je niemal bez przerwy i napełniałem swój umysł z godziny na godzinę coraz liczniejszymi i ważniejszymi wiadomościami. Nie potrafię opisać, jak wielki przyniosły mi pożytek i jak bardzo poszerzyły wszystkie moje wiadomości i wiedzę. Słowem, dzięki nim poznałem nie tylko samego siebie, lecz i wszystko, co najpotrzebniejsze, co człowiekowi w życiu wiedzieć trzeba; a co najlepsze, zapoznałem się dobrze z całym światem uczonym i bez żadnych nauczycieli i mentorów dowiedziałem się wielu takich rzeczy, których wielu innych nie poznaje, ucząc się porządnie w akademiach i uniwersytetach i mając wielu nauczycieli i mentorów.

Słowem, były one moimi najlepszymi przyjaciółmi, mentorami, nauczycielami i doradcami i pomagały mi nie wiedzieć jak bardzo w poprawie i kształtowaniu mego serca i ducha. I jakże błogi był dla mnie ówczesny czas.

Z każdym dniem zdobywałem nowe wiadomości i z każdym dniem stawałem się lepszy; można jednak powiedzieć, że wiele pomagały mi w tym także poważne rozmyślania, którym nierzadko się oddawałem i które skłoniły mnie wówczas do podjęcia pewnego osobliwego przedsięwzięcia, jakiego rzadko podejmują ludzie w takim wieku, w jakim się wtedy znajdowałem: postanowiłem każdą dobrą myśl, jaka mi się nasunęła, i każde dobre uczucie mej duszy zapisywać na osobnych skrawkach papieru i każdego dnia przepisywać samemu sobie coś potrzebnego — bądź do wykonania, bądź do zapamiętania. A ponieważ ćwiczyłem się w tym niemal przez cały rok, uzbierało się tych zapisanych skrawków papieru takie mnóstwo, że po przepisaniu ich wszystkich na czysto mogłem ułożyć z nich całą książkę i kazać ją oprawić, a zawierała ona tyle przepisanych samemu sobie reguł, ile dni jest w roku. Książeczkę tę mam w całości do dziś i przechowuję ją jako swego rodzaju pomnik ówczesnych moich zajęć i ćwiczeń, a zarazem pierwszą, najsłabszą próbę moich pism moralnych; zgodnie z moim zamiarem nie nadałem jej żadnego innego szczególnego tytułu, lecz nazwałem ją po prostu książeczką pamiątkową.

Najpożyteczniejsze jednak i najbardziej godne pamięci było dla mnie to, że w ciągu tego roku zacząłem się uczyć i porządnie studiować filozofię. Stało się to zupełnie przypadkiem, niemal mimochodem, i tak, że i to zdarzenie przypisuję szczególnemu działaniu i staraniu Opatrzności Bożej o moje prawdziwe dobro. A ponieważ zdarzenie to miało wpływ na całe moje życie, opowiem o nim obszerniej.

Choć pośród wielu i rozmaitych książek, które wówczas czytałem, czytałem też niektóre filozoficzne i dzięki temu nabrałem już pewnego pojęcia o tej najważniejszej części uczoności, cała moja wiedza w tej dziedzinie była jednak jeszcze bardzo niedoskonała, a ponadto jeszcze taka, że mogłaby obrócić mi się na niewypowiedzianą szkodę, gdyby mój dobroczynny los wspomnianym zdarzeniem nie położył temu tamy i przez to samo nie ocalił mnie od zupełnej zguby, o czym wspomnę później obszerniej.

Ze wszystkich przeczytanych przeze mnie do tego czasu książek filozoficznych żadna nie podobała mi się tak jak Gottschedowskie początkowe zasady całej filozofii.

Książka ta zawierała krótki wykład, czyli skrót całej tak zwanej filozofii wolffiańskiej, która była w owym czasie wszędzie w powszechnym użyciu i przy wszystkich swoich niedostatkach uchodziła wówczas za najlepszą. Dlatego i w Królewcu wszyscy profesorowie i nauczyciele młodzieży jej nauczali, podobnie jak, niestety, przeniósłszy się i do nas, panuje ona u nas jeszcze i dziś.

Najmniej jednak wiedziałem wtedy o tym, że filozofia ta miała wiele niedostatków i niedoskonałości: że same podstawy, na których wzniesiono cały jej gmach, były słabe i zawodne i że w ogóle była ona tej natury, iż dopóki człowiek, który się do niej przywiązał, będzie się jej trzymał tylko powierzchownie i poprzestanie na tym, co w niej zawarte, może być i dobry, i bezpieczny, skoro jednak któryś z jej zwolenników zechce dalej sięgać myślą i bardziej zagłębiać się w istotę wszystkich rzeczy, najprędzej może zboczyć z właściwej ścieżki i zbłądzić tak dalece, że stanie się w końcu deistą, wolnomyślicielem, a nawet zupełnym bezbożnikiem, i że bardzo wielu, skądinąd nader rozumnych ludzi rzeczywiście stało się przez nią takimi nicponiami i zamiast szukanego pożytku nabawiło się skrajnej szkody i popadło w nieodwracalną zgubę, jak to samo omal nie przydarzyło się i mnie, o czym wspomnę później we właściwym miejscu.

A jak mało o tym wiedziałem, tak samo mało wiedziałem i o tym, że kilka lat wcześniej pojawiła się na świecie nowa i nieporównanie od tamtej lepsza, gruntowniejsza filozofia, nie tylko ani trochę nieszkodliwa, lecz mająca nawet tę szczególną przewagę nad wszystkimi dotychczasowymi filozofiami, że każdego człowieka, który się do niej przywiąże, choćby tego nie chciał, niemal mimo woli uczyni dobrym chrześcijaninem, podczas gdy, przeciwnie, wolffiańska i dobrego chrześcijanina przemieniała niemal zawsze w złego, a raczej w samego deistę i człowieka małej wiary; i że ta nowa i nader pożyteczna dla rodzaju ludzkiego filozofia, założona w Lipsku przez jednego z tamtejszych najuczeńszych ludzi, nazwiskiem Christian August Crusius, zaczynała już rozbrzmiewać na świecie, zyskiwać wielu zwolenników i pomału rozprzestrzeniać się w Europie, a między innymi w tym samym mieście, w którym wówczas przebywałem. Wykładał ją tu już, czyli nauczał publicznie, jeden z magistrów uniwersyteckich nazwiskiem Weymann; ponieważ jednak wszyscy pozostali profesorowie byli jeszcze wolffianami i zwolennikami wspomnianej dawnej i niedoskonałej filozofii, doznawał on od nich za to jeszcze pewnych prześladowań i nieżyczliwości, zwłaszcza dlatego, że wielu studiujących w Królewcu, odstępując od dawnych nauczycieli, przywiązywało się do niego i, nauczywszy się lepszych zasad i myśli, stawało się dla nich takimi przeciwnikami, których oni w swoich zwykłych dysputach żadną miarą nie byli w stanie przemóc.

Tego wszystkiego jeszcze nie wiedziałem i może nigdy bym się nie dowiedział, gdyby nie zdarzyło się, że przysłano do nas z Moskwy wspomnianych wyżej dziesięciu studentów, a ja z dwoma z nich bliżej się poznałem. Obaj byli najlepsi ze wszystkich i właśnie ci, których przeznaczono do zajęcia mojego miejsca i pełnienia moich obowiązków.

Jeden z nich nazywał się Sadowski, a drugi Malinowski.

Obaj byli rodowitymi moskwianami, obaj synami tamtejszych popów, ale obaj bardzo dobrego charakteru, dobrego i spokojnego prowadzenia się; obaj miłośnicy nauk, którzy dobrze się uczyli na uniwersytecie i mieli już dostateczne wiadomości o wszystkim, a przy tym ludzie o dobrych uczuciach. Ponieważ obu kazano na ten czas, dopóki nie nabiorą większej wprawy w języku niemieckim i nie staną się zdolniejsi do przekładów, wyszukać sobie nauczycieli spośród tamtejszych profesorów i kontynuować u nich dawne swoje nauki, to, ucząc się jeszcze na uniwersytecie filozofii, wybrali i tu ten sam fakultet i, ugodziwszy się z jednym z tamtejszych profesorów, zaczęli dalej słuchać u niego wykładów, jak czynili to jeszcze na uniwersytecie moskiewskim.

Tak się złożyło, że profesor ów był wprawdzie, jak wszyscy pozostali, wolffianinem, ale spośród jego uczniów, tamtejszych studentów, byli tacy, którzy potajemnie uczyli się też u wspomnianego magistra Weymanna owej nowej, crusiańskiej filozofii, o której wspominałem wyżej, i ci, zapoznawszy się i zaprzyjaźniwszy z obydwoma naszymi studentami, naopowiadali im tyle dobrego zarówno o tej nowej filozofii, jak i o Weymannie, że wzbudzili w nich chęć poznania tej nowej i o tyle lepszej i wyższej filozofii.

Z ich pomocą zaraz też poznali tego magistra, a ponieważ ten bardzo się ucieszył takimi nowymi amatorami nauki jego filozofii, zaprosił ich, by przychodzili do niego wieczorami, i chętnie podjął się prowadzić dla nich prywatne wykłady, chciał tylko, by sprawa ta odbywała się w tajemnicy i tak, aby do czasu nie dowiedział się o niej ów profesor, u którego dotąd się uczyli, i aby on sam nie musiał z tego powodu doznać od niego jakiejś złośliwości, na co oni chętnie przystali. Ale ledwie zdążyli kilka razy u niego bywać i posłuchać jego wykładów, jak tak silnie zachwycili się tą nową filozofią, że zapragnęli i mnie udzielić swego zadowolenia. Zdążyli już bowiem nie tylko ze mną się poznać, ale nawet zaprzyjaźnić, gdyż ponieważ kazano im od czasu do czasu przychodzić do nas i do kancelarii, dowiedziawszy się o mnie i o moim niezwykłym zamiłowaniu do książek i nauk, zaraz bliżej się ze mną zapoznali i nadzwyczajnie mnie polubili, a nie mniej i ja zaraz polubiłem ich obu, i ilekroć do nas przychodzili, toczyliśmy zawsze nieustanne i dla mnie niezwykle przyjemne rozmowy o wszystkim, co dotyczy książek i nauk, a to bardzo prędko połączyło nas niemal nierozerwalną przyjaźnią.

Nie umiem opisać, jak się zdziwiłem, usłyszawszy od nich o wspomnianej nowej i zupełnie mi jeszcze nieznanej filozofii i o jej przewagach nad dawną, mnie znaną, i jak bardzo rozbudzili we mnie samym chęć bliższego jej poznania i posłuchania, jak im się o niej wykłada. Usłyszeli moje życzenie i nie omieszkali pomówić o tym ze swoim magistrem Weymannem i zapytać go, czy nie pozwoli im kiedyś przyprowadzić mnie ze sobą, abym mógł choć raz być obecny przy jego wykładach dla nich; i jak niewypowiedzianie mnie ucieszyli, przynosząc mi wiadomość, że nie tylko im na to pozwolił, ale poczytuje to sobie za szczególny zaszczyt i będzie bardzo rad, jeśli zaszczycę go swoją wizytą.

Umówiliśmy się jeszcze tego samego dnia pójść do niego wszyscy razem.

Wieczór był wtedy, jak dziś pamiętam, bardzo ciemny, jesienny, a przy tym słotny, i choć iść było nam bardzo źle i trzeba było przechodzić wiele ulic i ciasnych zaułków po śliskim bruku, ja nie szedłem, lecz leciałem, nie czując nóg pod sobą, za moimi przewodnikami. Nie myślałem inaczej, niż że zastanę porządny i dobrze urządzony dom; ale jakże się zdziwiłem, znalazłszy istną klitkę na pierwszym piętrze pewnego niepozornego domku, a w niej wszędzie same tylko ślady zupełnego ubóstwa. Komu innemu nie mogłaby ona wzbudzić niczego prócz pogardy, lecz ja co innego miałem na myśli. Szukałem w niej mądrości i byłem tak szczęśliwy, że ją znalazłem.

Pan Weymann przyjął mnie z niezwykłą uprzejmością i, posadziwszy nas, zaraz przystąpił do rzeczy. Materia, o której z kolei należało mu wtedy mówić, była najsubtelniejsza i najważniejsza w całej metafizyce — jak dziś pamiętam, o czasie i miejscu — a on, mimo całej jej subtelności, wykładał ją tak dobrze, tak zrozumiale i ozdabiał ją tyloma ubocznymi wątkami dotyczącymi obu filozofii, że słuchałem jej z nieopisaną przyjemnością i, korzystając z jego pozwolenia, nie ustawałem w wypytywaniu go to o to, to o owo, dla lepszego zrozumienia. A swoją niezwykłą uwagą, jak i rozumieniem wszystkiego, co mówił, a także doskonałą znajomością języka niemieckiego tak mu przypadłem do gustu, że przy naszym wyjściu, gdy mu dziękowaliśmy, powiedział mi, że jeśli tylko zechcę, poczyta sobie za szczególną przyjemność, jeśli i nadal zawsze będę do niego przychodził i słuchał jego wykładów, i że nie tylko nie zażąda za to niczego, lecz poczyta sobie za szczególny zaszczyt uczyć mnie filozofii, która tak mi przypadła do serca.

Byłem bardzo zadowolony z tego zaproszenia i nie omieszkałem skorzystać z danego mi przez niego pozwolenia, i od tego czasu nie opuściłem ani razu, by nie chodzić do niego razem z moimi towarzyszami, i zawsze układałem swoje sprawy tak, by na całą siódmą godzinę po południu móc się z kancelarii do niego oddalać. A p. Weymann tak mnie polubił, że spośród wszystkich swoich uczniów uważał mnie za najlepszego i najprędzej i najdoskonalej wszystko pojmującego, i tak bardzo starał się o oświecenie mego rozumu, że mogę powiedzieć, iż temu człowiekowi bardzo wiele w życiu zawdzięczam.

W ten sposób od tego czasu zacząłem porządnie studiować i słuchać wykładów filozoficznych i czyniłem to tak skrycie, że przez długi czas nikt o tym nie wiedział ani nie słyszał. Gdy jednak w końcu moje częste i zawsze o tej samej porze odbywane wyjścia z kancelarii stały się zauważalne i niektórzy z naszych kancelarzystów zaczęli mnie podejrzewać i tłumaczyć je w złą stronę, musiałem w końcu wyznać to p. Czonżinowi i wyprosić u niego już formalne pozwolenie na te wyjścia.

I wtedy miałem przyjemność zobaczyć, że obróciło mi się to nie ku przyganie, lecz ku szczególnej czci i pochwale.

P. Czonżin nie tylko rozgłosił i opowiedział o tym wszystkim z wielką dla mnie pochwałą, lecz powiedział nawet samemu generałowi, i to takim tonem, że i ten nie omieszkał mnie za to publicznie pochwalić i przy wielu okazjach stawiał mnie za przykład i wzór młodym ludziom, zwłaszcza rozpustnym oficerom.

Na tym jednym się jednak nie skończyło; ponieważ bowiem mniej więcej w tym samym czasie przysłano mu z Petersburga jednego z jego dalekich krewnych, z rodu Czogłokowów, by oddać go na tamtejszy uniwersytet na naukę języków i nauk, a mieszkał on u jednego z pierwszych tamtejszych profesorów, p. Kowalewskiego, jakby na pensji, ten młody człowiek zaś był takiego charakteru, że potrzebny był nad nim nadzór, nasz generał nie znalazł nikogo prócz mnie, komu mógłby powierzyć tę misję. Dlatego musiałem od czasu do czasu chodzić na tamtejszy uniwersytet i do domu wspomnianego p. Kowalewskiego i nie tylko sprawdzać postępy tego jego krewnego, ale dowiadywać się o jego prowadzeniu i postępkach; a gdy wkrótce potem jeszcze inny z naszych armijnych generałów, którzy tu przebywali, mianowicie pan Chomutow, z polecenia naszego generała usilnie prosił mnie, bym wziął pod swój nadzór także jego syna, uczącego się tu również na uniwersytecie, wszystko to uczyniło mnie znanym i na uniwersytecie i zjednało mi u wszystkich tamtejszych profesorów cześć i szczególne poważanie, sięgające nawet tak daleko, że przy każdej uniwersyteckiej uroczystości i święcie nie omieszkiwali nigdy zapraszać i mnie wraz z innymi najznakomitszymi ludźmi do obecności na nich, i wszyscy okazywali mi, jakby już uczonemu człowiekowi, szczególną grzeczność i uprzejmość.

Teraz każdy może łatwo wywnioskować, że wszystko to nie mogło być mi niemiłe, lecz było szczególnie przyjemne, a pożytek, jaki z tego dla mnie wypłynął, był ten, że miałem przez to sposobność zobaczyć wszystkie uniwersyteckie obrzędy i zwyczaje i nabrać bliższego pojęcia zarówno o sposobie nauczania, jak i o wszystkim innym. Co się zaś tyczy wspomnianego profesora Kowalewskiego, który słynął szczególnie z tego, że w jego domu zawsze mieszkało i uczyło się wielu pensjonariuszy, nierzadko z najznakomitszych rodów pruskich i innych krajów, to choć bywałem u niego często, prócz chłodnej grzeczności nic od niego nie doznałem; i uznałem, że był bardziej sławny, niż na to zasługiwał. Całe jego nauczanie nie miało w sobie nic nadzwyczajnego i szczególnego, a i sam nadzór nad uczniami i staranie o ich oświecenie były bardzo mierne; jedyną zaś osobliwość i rzadkość w jego domu znalazłem tylko tę, że ze wszystkich jego dawniejszych i obecnych uczniów kazano namalować portrety i zastawiono nimi cały pokój: ale i to nie wynikało z niczego innego, jak tylko z próżnej żądzy sławy tego wyniosłego i pyszniącego się tym człowieka; a zresztą nie można powiedzieć, by wszyscy uczący się u niego odnosili z niego wielki pożytek.

Drugim godnym pamięci zdarzeniem, jakie mi się mniej więcej w tym czasie przytrafiło, było to, że zostałem awansowany i z podporucznika mianowany porucznikiem.

Ten stopień mógłbym mieć dawno, gdyby mój awans zależał od naszego generała; ponieważ jednak liczono mnie w armii i wciąż jeszcze w pułku, generał nie mógł nic na moją korzyść uczynić i musiałem oczekiwać wszystkiego od głównych dowódców armii i czekać, aż według linii i starszeństwa przypadnie mi porucznikostwo. A ponieważ przebywałem poza pułkiem i nie byłem obecny w armii, wcale nie spodziewałem się awansu i najmniej się o niego dobijałem; ale gdy nasz nowy staruszek feldmarszałek, sam nagrodzony przez cesarzową za zwycięstwa i podniesiony w stopniu, zechciał po powrocie z wyprawy do Polski okazać dobrodziejstwo także wszystkim armijnym oficerom, którzy byli z nim na wyprawie, i uradować ich ogłoszeniem generalnego, wspólnego dla wszystkich i wielkiego awansu, to właśnie przy tej okazji, wbrew wszelkiemu memu przypuszczeniu i oczekiwaniu, przypadło i mnie porucznikostwo. I zawiadomiono o tym z pułku naszego generała z ponownym znowu żądaniem i prośbą o zwolnienie mnie i odesłanie do pułku.

Awans ten, choć z tej racji nie był niczym nadzwyczajnym ani ważnym, to ponieważ stopnie dawano wówczas bardzo opornie, a ja najmniej się go spodziewałem, niezmiernie mnie uradował. P. Czonżin nie omieszkał i przy tej okazji spłatać mi figla. Dowiedział się o tym wcześniej niż wszyscy, ale ponieważ generał zabronił mu mówić mi o tym, chcąc sam mnie uradować następnego ranka, p. Czonżinowi zachciało się zabawić moim kosztem i przygotować mnie do tego strachem i postrachem. Tak więc ledwie zdążyłem następnego ranka przyjść do kancelarii, udał on nie tylko, że nic o tym nie wie, lecz jeszcze rozgniewanego i posępnego, i przywoławszy mnie do siebie do sali sędziowskiej, gniewnym głosem i z gniewną miną rzekł mi: „Coś ty tam narobił? Generał nie wiedzieć jak się na ciebie gniewa. Doszła do niego na ciebie jakaś skarga od Niemczurów; dopiero co byłem u niego w pokojach, a on ciska gromy, i zobaczysz, co cię od niego spotka”. Osłupiałem, usłyszawszy to, a ponieważ nic za sobą nie wiedziałem, odpowiedziałem mu, że jego ekscelencja ma prawo robić ze mną, co mu się podoba, ale ja przynajmniej nie znam za sobą niczego takiego, czym mógłbym zasłużyć na jego gniew. — „A jednak — podchwycił — podano na ciebie jakieś pismo. Sam je widziałem, a napisane jest po niemiecku. Nie wiesz czegoś za sobą?” — Nie wiem — rzekłem — chyba że jakiemuś łajdakowi przyszło do głowy coś fałszywego na mnie nagadać! — „No, zobaczymy, generał zaraz tu przyjdzie, a ty tylko szykuj się do odpowiedzi; mnie zaś złości tylko to, że stało się to nie w porę i nie w czas. Nie wiesz tego, że z wczorajszym kurierem otrzymano między innymi znów żądanie odesłania cię do pułku, i doprawdy nie wiem już teraz, jak cię mamy zatrzymać; i boję się, by generał w obecnym gniewie na ciebie nie zdecydował się wreszcie cię puścić, jak mi to już zresztą napomknął”. — Jego wola! — rzekłem; trzeba jednak przyznać, że to ostatnie jeszcze bardziej zaniepokoiło mego ducha i, jak mówi przysłowie, koty zaczęły mi wtedy mocno drapać po sercu.

Nie miałem ochoty i przedtem jechać do armii, a w ówczesnych okolicznościach tym bardziej za nic nie chciałem rozstawać się z Królewcem.

W tej samej chwili weszli do sali sędziowskiej nasi radcy, a p. Czonżin dał mi znak, bym wyszedł. Poszedłem ze zwieszoną głową, z pobladłą twarzą i z tak rozstrojoną i stropioną miną, że wszyscy moi koledzy natychmiast to spostrzegli i, otoczywszy mnie, zaczęli pytać, co się ze mną stało. — „Ach, bracia — rzekłem im z goryczą — jakaś bestia, powiadają, podała na mnie jakąś skargę do generała, choć nic za sobą nie wiem ani nie znam, a z drugiej strony znów żądają mnie do pułku, i Timofiej Iwanowicz powiedział mi, że generał, będąc teraz na mnie ogromnie rozgniewany, nie chce mnie dłużej zatrzymywać i postanowił mnie puścić”. — Co ty mówisz? — zawołali wszyscy jednym głosem, usłyszawszy to, i utworzywszy wokół mnie krąg, zaczęli wszyscy smucić się i martwić o mnie; trzeba bowiem wiedzieć, że cała kancelaria szczerze mnie kochała i wszyscy co do jednego brali w moim smutku i zmartwieniu najżywszy udział. Ale ledwie zaczęli jeden przez drugiego wypytywać mnie o szczegóły, jak nagle zaszumiało w sali sędziowskiej i woźny wybiegł stamtąd do nas z wiadomością, że idzie generał. — W mig rozpierzchli się wszyscy ode mnie jak deszcz i, zasiadłszy na swoich miejscach, umilkli. Poszedłem i ja na swoje, za przepierzenie, ale ledwie zdążyłem usiąść i zacząć opowiadać o swoim zmartwieniu moim towarzyszom Niemcom, również tego ciekawym, jak w sali sędziowskiej zabrzmiał dzwonek i po chwili znów wybiega woźny, biegnie prosto do mnie i mówi: „Proszę, łaskawy panie, do generała!” — Zmartwiałem, usłyszawszy to, a serce tak mi zabiło i krew tak zawrzała w całym ciele, że ledwie byłem w stanie wstać z miejsca i, na ile w pośpiechu się dało, poprawić się i przygotować do odpowiedzi. Z drżącym sercem, z pobladłą twarzą i z uginającymi się kolanami poszedłem, dokąd mnie wołano, a gdy przy otwarciu drzwi już z daleka zobaczyłem generała, trzymającego w ręku papier i czekającego na mnie, nie wątpiąc ani trochę, że to ta sama podana skarga, o której mówił mi p. Czonżin, jeszcze bardziej zaniepokoiłem się duchem i, będąc w nieopisanym pomieszaniu, ledwie miałem siłę wejść do sali sędziowskiej i pokłonić się generałowi. Nie spodziewałem się niczego innego, jak tego, że w tej samej chwili, zwyczajem swoim, zionie na mnie ogniem i płomieniem i zmiesza mnie zupełnie z błotem; ale jakże się zdziwiłem, ujrzawszy coś przeciwnego, i że generał bez żadnej gniewnej miny, tylko wyciągnąwszy do mnie rękę z papierem, i zupełnie jakby jeszcze z jakimś żalem, rzekł:

„Cóż robić, Bołotow! Żądają cię znowu do pułku, a te żądania, niech je diabli porwą, tak mi już obrzydły, że nie wiem już, co mam robić, i niemal postanawiam cię puścić; masz, weź i przeczytaj sam!”

— „Wola Wasza w tym, Wasza Ekscelencjo, do pułku, to do pułku” — odpowiedziałem i zacząłem podchodzić, by odebrać papier. Ale gdy generał, spojrzawszy na mnie uważniej, zobaczył, że z pobladłą twarzą i w największym niepokoju ducha ledwie byłem w stanie stawiać kroki, przybrał wesołą minę i, uśmiechnąwszy się, rzekł mi dalej: „No, dobrze już, dobrze, panie Bołotow, niech się pan nie niepokoi i nie trapi. Żądać pana wprawdzie żądają, ale my i tym razem żadną miarą pana nie puścimy; pan i tutaj nie próżnuje, lecz tyle samo, a nawet więcej służy swojej monarchini niż wielu innych; a ponadto w chwalebny sposób staje się pan jeszcze i z innej strony pożyteczny ojczyźnie”. — Słowa te wlały jakby jakiś ożywczy balsam w moje strapione serce i tak mnie pokrzepiły, że złożywszy generałowi niziutki ukłon, nie chciałem już nawet czytać odebranego od niego papieru; ale on zaraz podchwycił: „A jednak niech pan przeczyta, przeczyta ten papier, i to na głos, nam; może jest w nim jeszcze coś innego”.

Rozkaz ten mnie zdziwił; ale jakże to zdziwienie nieskończenie wzrosło, gdy rozwinąwszy papier i zacząwszy czytać, zobaczyłem, że było to zawiadomienie o mianowaniu mnie porucznikiem i żądanie, bym na ten stopień został zaprzysiężony. Osłupiałem z tej nagłej i niespodziewanej radości niemal tak samo, jak przedtem z pomieszania, a wzruszenie i stan mój w tej chwili były takie, że żadną miarą nie potrafię ich opisać, powiem tylko, że nowe, ale już przyjemne pomieszanie ducha, jakie we mnie powstało, sprawiło, że przestałem czytać, oniemiałem, stałem jak głupi i nie wiedziałem, co robić; zwłaszcza gdy zobaczyłem, że generał, rozweseliwszy się nagle tak, jak go już dawno nie widziałem, zaczął mi winszować stopnia i, zapewniając, że bardzo się z tego cieszy, życzyć mi dalszego jeszcze awansu. A ledwie usłyszeli to obaj siedzący z nim przy stole i lubiący mnie radcy, poszli za jego przykładem i jeden przez drugiego mi winszowali, mówiąc, że od dawna na to zasługuję, i to aż nadto. Słowem, ze wszystkich stron składano mi gratulacje, zwłaszcza gdy wyszedłem z sali sędziowskiej. Tu w jednej chwili oblepili mnie ze wszystkich stron wszyscy kancelaryjni, od najwyższego do najniższego, wszyscy brali szczery udział w mojej radości, wszyscy życzyli mi dosłużyć się stopnia generalskiego, a ja ledwie nadążałem wszystkim się kłaniać i chętnie przebaczyłem p. Czonżinowi, który mnie nastraszył, wymyślony przez niego żart, do którego przyznawał się, zanosząc się od śmiechu, zwłaszcza gdy się dowiedziałem, że generał chciał z początku rzeczywiście mnie już puścić i że to ten pan Czonżin przekonał go, by i tym razem mnie nie puszczał, z czego nie tylko ja, ale i wszyscy nasi kancelaryjni byli bardzo radzi. Zresztą natychmiast posłano po plac-majora i w tej samej godzinie kazano mnie zaprzysiąc, a generał był dla mnie tak łaskaw, że zaprosił mnie tego dnia na obiad do własnego stołu i w jego trakcie raczył wypić kieliszek wina za moje zdrowie i powinszować mi stopnia.

Tak zakończyło się wówczas to przyjemne dla mnie zdarzenie; a ponieważ list mój stał się już dość obszerny, zakończę i jego w tym miejscu, mówiąc Wam, że jestem zawsze Wasz itd.

List 82


Kochany przyjacielu! Kontynuując moją opowieść o zdarzeniach, jakie przytrafiły mi się w ciągu 1760 roku, i o tym, co działo się u nas w Królewcu w tym roku, powiem, że do pierwszych należy też szczególna przyjaźń, jaką zawarłem z jednym z naszych oficerów marynarki, nazwiskiem Nikołaj Jeriemiejewicz Tułubjew — przyjaźń, którą do dziś pamiętam i której nigdy nie zapomnę. Był on porucznikiem na jednym z naszych okrętów i mieszkał u nas tego lata w Królewcu, by załatwić pewne powierzone mu zlecenia. Ponieważ właśnie z ich powodu często musiał mieć do czynienia z naszym generałem i w tym celu nierzadko zachodził do nas do kancelarii i spędzał w niej, a nawet w samym moim pokoju, czasem po kilka godzin z rzędu, ta właśnie okoliczność bliżej mnie z nim zapoznała.

Był to człowiek jeszcze młody, jednak o kilka lat ode mnie starszy, i jak to jest właściwe każdemu oficerowi marynarki, dość uczony i w wielu rzeczach tak biegły, że zawsze można było z nim z przyjemnością rozmawiać o wielu sprawach.

Ale wszystko to nie zaprzyjaźniłoby nas tak bardzo i tak prędko, gdyby nie zdarzyło się, że obaj mieliśmy obyczaje i skłonności niemal we wszystkim jednakowe i taką między nami naturalną sympatię, że niemal od pierwszego spotkania polubiliśmy się, a po kilku dniach tak się zaprzyjaźniliśmy i tak zbliżyli, jakbyśmy byli bliskimi krewnymi. I mogę powiedzieć, że do tego człowieka żywiłem uczucia prawdziwie przyjacielskie i za każdym razem szczególnie się cieszyłem, gdy przychodził do nas do kancelarii. Porzucałem wtedy wszystkie swoje sprawy i zajęcia i oddawałem się rozmowom z tym miłym człowiekiem, i o czymże to nie rozmawialiśmy i ileż przyjemnych i bezcennych chwil nie spędziliśmy na tych przyjacielskich pogawędkach. Słowem, nigdy nie byłem zmęczony rozmową z nim, a on ze mną, i ze wszystkich przyjaciół, jakich miałem w życiu, do nikogo nie byłem przywiązany tak czułą i szczerą przyjaźnią jak do tego człowieka. To też sprawiło, że przez cały czas jego pobytu u nas w Królewcu nie tylko widywaliśmy się bardzo często i przesiadywaliśmy razem w kancelarii, ale razem przechadzaliśmy się po najlepszych i najprzyjemniejszych miejscach miasta i jego okolic; razem rozkoszowaliśmy się pięknem i powabami natury, której był takim samym miłośnikiem jak ja; razem czytywaliśmy najlepsze, najprzyjemniejsze książki; razem oddawaliśmy się rozmaitym rozważaniom o rozmaitych materiach. Gdy jednak w końcu musiał nas opuścić i wyjechać, by zamieszkać w Kłajpedzie, gdzie stał jego okręt, przy jego wyjeździe umówiliśmy się, że będziemy kontynuować nasze spotkania i rozmowy także na odległość i prowadzić częstą, cotygodniową korespondencję.

Korespondencja ta rzeczywiście się między nami toczyła. Ja pierwszy ją rozpocząłem i tak zachęciłem do niej mego przyjaciela, że trwała bez przerwy kilka miesięcy z rzędu, a ponieważ była osobliwego rodzaju, jaki rzadko się u kogo zdarza, przysparzała nam obu niezliczonej mnogości przyjemnych i bezcennych w życiu chwil. Do dziś nie mogę zapomnieć, z jaką niecierpliwością czekałem wtedy za każdym razem na pocztę, z jaką chciwością rozpieczętowywałem pakiety mego przyjaciela i z jaką przyjemnością czytywałem jego obszerne i przyjacielskie listy do mnie. Opisywał mi wszystko, co działo się z nim w Kłajpedzie, a ja donosiłem mu o tym, co działo się u nas w Królewcu, i mieszając rzeczy poważne z błahymi, dodawałem do tego rozmaite żarty i inne uboczne materie, o których wiedziałem, że będą memu przyjacielowi miłe, a on to samo robił w swoich listach.

Słowem, korespondencja ta była u nas wzorowa i nie tylko częsta, ale i tak obszerna, że posyłaliśmy sobie czasem niemal całe zeszyty, a ja spędzałem niekiedy po kilka godzin z rzędu na pisaniu choćby jednego listu do niego.

Wszystkie te chwile były dla mnie zawsze nie tylko pocieszające, ale i nader radosne, a ponieważ i jemu równie przyjemnie było pisać do mnie, wszystko to jeszcze bardziej pomnażało naszą przyjaźń, która trwała aż do tego czasu, gdy w końcu wypłynął w morze, gdzie wkrótce potem, ku mojemu wielkiemu żalowi, postradał życie, poleciwszy, by wraz z wiadomością o jego śmierci doręczono mi także wszystkie przysłane mu moje listy. Listy te przechowuję w całości do dziś; a ponieważ wszystkie były pisane w jednym formacie, kazałem je wtedy oprawić i przechowuję je jako swego rodzaju pomnik ówczesnych moich uczuć i zajęć, a zarazem ówczesnej mojej umiejętności opisywania i wielkiej jeszcze niedoskonałości mego stylu. Jakkolwiek by było, zdarzenie to dowiodło mi samym doświadczeniem, że poufna i prawdziwie przyjacielska korespondencja, taka, jaką prowadziłem wtedy z tym człowiekiem, może być nie tylko nader przyjemna, ale i przysparzać obu przyjaciołom niezliczonej mnogości bezcennych w życiu chwil.

Przy okazji wspomnę, że do zdarzeń, jakie przytrafiły mi się w ciągu tego roku, należy także i to, że pewnego razu omal nie spaliłem samego siebie wraz z całą kwaterą i nie naraziłem się na skrajne niebezpieczeństwo. Wynikło to z mego niepomiernego zamiłowania do czytania książek. Oddawałem się temu nie tylko we wszystkie wolne godziny dnia i samych wieczorów, ale nabrałem jakiegoś głupiego nawyku czytania ich przy świecy, już położywszy się spać w łóżku, i kontynuowania tego dopóty, dopóki sen nie zacznie kleić mi powiek i dopóki zupełnie się nie zdrzemnę. Wtedy po chwili budziłem się znowu, gasiłem świecę i oddawałem się już snowi. W ten sposób czytywałem wieczorami książki już od pewnego czasu, a nawyk stał się tak silny, że za każdym razem bywało tak, iż w chwilę po tym, jak się zdrzemnę, zupełnie jakby ktoś umyślnie budził mnie, bym zgasił świecę, a ja, zrobiwszy to, zasypiałem już spokojnie. Ależ śmiertelnie się przeląkłem pewnego razu, gdy obudziwszy się we wspomniany sposób, by zgasić świecę, ujrzałem się nagle cały ogarnięty ogniem i płomieniem, gdyż w ciągu owej chwili świeca moja była tak nieostrożna, że zapaliła zwisającą jakoś blisko niej zasłonę mego łóżka, i ta płonęła już cała w chwili, gdy się ocknąłem. Nie potrafię opisać, jakim przerażeniem i strachem byłem wtedy porażony. Zerwałem się bez pamięci z łóżka i, zacząwszy gasić, poparzyłem i umazałem sobie całe ręce, a szczególnym szczęściem płomień nie dosięgnął jeszcze sufitu i można go było, choć z trudem, jeszcze ugasić.

Jakże wstydziłem się wtedy przed poczciwymi staruszkami, moimi gospodarzami, których wszystkich to zdarzenie przestraszyło nadzwyczajnie i którzy przez spalenie zasłony ponieśli przeze mnie stratę.

Chętnie podejmowałem się zapłacić im dwa razy więcej, niż była warta, ale oni żadną miarą się na to nie zgodzili, lecz poprzestali na mojej obietnicy, że nigdy już więcej nie będę czytał książek w łóżku przy świecy, a obietnicę tę rzeczywiście starałem się dotrzymać; zresztą i mnie samego zdarzenie to tak nastraszyło, że od tego czasu przez całe życie nigdy już wieczorami nie czytywałem książek w łóżku przy świecy, i innym też tego robić nie radzę.

Co się tyczy postronnych, najbardziej godnych uwagi zdarzeń, jakie miały miejsce mniej więcej w tym czasie w Królewcu, to pamiętam tylko dwa, mianowicie poświęcenie naszej cerkwi i śmierć generała Jazykowa. Co do cerkwi, powiem Wam, że do tego czasu zadowalaliśmy się tylko małą, pułkową, urządzoną w jednym domu; ponieważ jednak Królewiec przeznaczaliśmy dla siebie na dłuższy czas, a może i na wieki, przez cały miniony czas myślano już o tym, gdzie moglibyśmy urządzić porządną cerkiew dla wszystkich Rosjan, która była potrzebna zarówno z powodu mnogości naszego ludu, jak i dlatego, że cesarzowej spodobało się przysłać nam tam do odprawiania nabożeństw archimandrytę z orszakiem, śpiewakami i całym przyborem. Z początku myślano dokończyć budowę ogromnego kościoła na Placu Paradnym, którego budowę rozpoczęto dawno, lecz z jakiegoś powodu wstrzymano; okazało się jednak, że na jego wykończenie potrzeba wielkiej sumy, a wzniesione mury nie były zbyt trwałe i pewne, postanowiono więc w końcu kazać Prusakom opróżnić jeden z ich kościołów i ten to kościół mieliśmy wtedy poświęcić i przemienić z luterańskiego w grecki. Wybrano i przeznaczono do tego jeden z najstarszych kościołów królewieckich, wprawdzie dość przestronny, ale najstarodawniejszej architektury gotyckiej, z wysoką i spiczastą wieżą, czyli szpicem, mianowicie ten, który znajdował się na ich przedmieściu Steindamm, nieopodal zamku.

Największą trudnością w tej sprawie było wprawdzie zdjęcie ze wspomnianego wysokiego szpica zwykłego u nich koguta i umieszczenie na nim w jego miejsce krzyża, dokonaliśmy jednak i tego. Odszukano ludzi, którzy odważyli się wspiąć na sam szczyt tej wieży i zdjąć nie tylko koguta, ale i wyjąć z samej gałki ów zwinięty w rulon miedziany arkusz, który cudzoziemcy mają zwyczaj umieszczać w gałce każdego kościoła i na którym to arkuszu ryją napisy opisujące historię danego kościoła, na przykład: kiedy? z jakiej okazji? przez kogo? czyim kosztem? przez jakich majstrów i za jakiego władcy został zbudowany i poświęcony, i tak dalej. Zdarzyło mi się samemu widzieć ów wyjęty starodawny arkusz, z którego wynikało, że kościół ten zbudowano ponad dwieście lat wcześniej. I włożyliśmy go tam z powrotem, dodając do niego drugi, nowy, z wyrytymi również na nim łacińskimi napisami, opisującymi wspomnianą jego przemianę z luterańskiego w grecki, z oznaczeniem czasu, kiedy, z czyjego rozkazu i przez kogo to uczyniono. A zatem pozostał teraz w Królewcu na wieki pomnik świadczący, że my, Rosjanie, niegdyś nim władaliśmy i że rządził nim nasz generał Korff i dokonał tej przemiany.

Co się tyczy ikonostasu, to przysłano go z Petersburga, pięknie malowany na adamaszku i dość wspaniały; przysłano stamtąd również wszystkie pozostałe sprzęty cerkiewne i szaty liturgiczne na podziw, bardzo bogate i wspaniałe.

Sam archimandryta przysłany był już inny, imieniem Tichon, mąż prawdziwie pobożny, łagodny, uczony i taki, który nie przynosił wstydu naszym Rosjanom, lecz całym swoim postępowaniem zyskał szacunek nawet samego pruskiego duchowieństwa. Ten właśnie archimandryta poświęcał wtedy tę cerkiew; a ponieważ ceremonię urządzono przy tej okazji najwspanialszą, przyciągnęła ona niezliczone mnóstwo widzów i wszyscy Prusacy nie mogli się dość nadziwić naszym obrzędom duchownym, zwłaszcza namaszczeniu krzyżmem samych ścian cerkwi, które i nam zdarzyło się tu ujrzeć po raz pierwszy. A ponieważ i nabożeństwa odprawiano w tej cerkwi zawsze z przepychem, z pięknymi śpiewakami, a zarówno archimandryta, jak i towarzyszący mu hieromnisi wygłaszali zawsze rozumne kazania, wszystko to tak się spodobało tamtejszym mieszkańcom, że niemal nie było liturgii, na którą nie przychodziłoby po kilka osób spośród tamtejszych, by się przyjrzeć.

Co się zaś tyczy drugiego zdarzenia, czyli śmierci i pogrzebu generała Jazykowa, to był to ten sam, który, będąc jeszcze pułkownikiem, ze swym pułkiem grenadierów tak dzielnie bronił w bitwie pod Gross-Jägersdorf, czyli apraksinowskiej, przesmyku między lasami osłaniającymi oba obozy naszej armii, i który, odniósłszy przy tym liczne rany, zyskał sobie tym wielką sławę i otrzymał za to stopień generalski. Od tych to ran nie mógł się od samego tamtego czasu wyleczyć i wpędziły go one do grobu, choć starali się mu pomóc wszyscy najlepsi lekarze, zarówno nasi, jak i królewieccy. Pochowaliśmy go wtedy z całą należną jego randze i sławie czcią, a ponieważ i ta ceremonia była jedną z najwspanialszych i najokazalszych, zwróciła ona na siebie uwagę wszystkich mieszkańców Królewca i odbyła się przy zbiegowisku niezliczonego mnóstwa ludu.

Oto wszystko, co mogę sobie przypomnieć z wydarzeń owego czasu, a ponieważ przez ich opisanie i ten list znacznie się rozrósł, zakończę go na tym, mówiąc Wam, że jestem i pozostanę zawsze Wasz itd.

ŹRÓDŁO:

Болотов А. Т. Жизнь и приключения Андрея Болотова: Описанные самим им для своих потомков: В 3 т. Т. 1: 1738-1759 / Вс. ст. С. Ронского; Примеч. П. Жаткина, И. Кравцова. -- М.: ТЕРРА, 1993.

Część pominiętych rozdziałów dodano według:

Издание: А. Т. Болотов в Кёнигсберге (Из записок А. Т. Болотова, написанных самим им для своих потомков). Калининград, Кн. Из-во, 1990.

Pozostałe rozdziały dodano według pierwszego wydania „Zapisków” (Приложения к "Русской старине", 1870).


Przetłumaczono z języka rosyjskiego przy pomocy AI (Claude, Anthropic), październik 2026 r.