(Ciąg dalszy.)
Części 1–3. Część 4. Część 5. Część 6. Część 7.
List 61. Pobyt w Królewcu
List 62. Przyjazd Korfa
List 63. U Korfa
List 64. Charakter Korfa
List 65. Dzieje wojny
List 66. Bitwa pod Sarbinowem
List 67. Wieści wojenne
List 68. Kupowanie książek
List 69. Zabawy i rozrywki
List 70.
List 71.
List 72. Ogrody rozrywkowe
POBYT W KRÓLEWCU
List 61
Drogi przyjacielu! Opowiadając Wam w poprzednich listach o tym, co działo się ze mną podczas mego pobytu w Królewcu, zatrzymałem się na tym, jak żyłem przy tamtejszej kamerze i zajmowałem się pisaniną. Teraz, ciągnąc dalej moją opowieść, powiem, że o ile życie to było mi z początku dość ciężkie i nudne, o tyle stało się potem przyjemne i wesołe. W opisany wyżej sposób chodzić do kamery i przed obiadem, i po obiedzie, i pisać bez ustanku musiałem tylko z początku i nie dłużej niż dwa tygodnie, gdyż przez ten czas należało mi wnieść do księgi wszystkie przychody i rozchody, jakie były od początku naszego wkroczenia do Prus aż do mego przydziału do kamery. Gdy zaś tę ciężką pracę ukończyłem, pisania miałem o wiele mniej, a w końcu zrobiło się go tak mało, że przez cały dzień nie wypadało mi zapisać nawet strony. Mogłem więc tę niewielką robotę kończyć w pół godziny i nie tylko nie musiałem już chodzić do kamery po obiedzie, lecz i rano niekiedy nie miałem nic do roboty i mogłem, za pozwoleniem mego staruszka radcy, oddalać się, a czasem i cały dzień zostawać w domu.
Okoliczność ta, która dawała mi więcej wolnego czasu, o ile z jednej strony była mi miła, bo mogłem więcej czasu poświęcać własnym zajęciom i żyć wedle swej woli, o nic się nie troszcząc i nie obawiając się, że poślą mnie gdzieś z oddziałem albo na wartę, o tyle z drugiej była niebezpieczna i szkodliwa, bo niepostrzeżenie zaczęła mnie znowu zbliżać do dawnych przyjaciół i znajomych. Wszyscy oni zazdrościli mi spokojnego i niemal próżniaczego życia, a wielu nie omieszkało znowu często mnie odwiedzać, skoro tylko się dowiedzieli, że mam więcej wolnego czasu i popołudnia spędzam w domu. Odwiedziny te nie były mi wprawdzie niemiłe, lecz szkodliwe przez to, że w rewanżu i ja musiałem niekiedy do nich chodzić i tracić czas na zajęciach zupełnie pustych i wcale nieodpowiadających moim skłonnościom. Zajmowali się oni najczęściej albo grą w karty, albo rozmowami nie tylko nic nieznaczącymi, ale niekiedy wprost gorszącymi i nieprzyzwoitymi, a w tym wszystkim nie znajdowałem smaku, tylko musiałem patrzeć i słuchać. Spośród nich wszystkich nie było ani jednego, który miałby choć trochę skłonności podobnych do moich i z którym mógłbym z przyjemnością rozmawiać o rzeczach sprawiających mi więcej uciechy. A i ci, którzy byli choć trochę lepsi i rozumniejsi od innych, w ciągu kilku tygodni pobytu w tym mieście tak się zepsuli, że nie byli już do siebie podobni i nie dało się już od nich usłyszeć niemal ani jednego statecznego słowa i porządnej rozmowy.
Mimo to z konieczności musiałem się z nimi często widywać i choć nie brałem rzeczywistego udziału we wszystkich ich sprawach i zajęciach, to przynajmniej z nimi obcować i nierzadko spędzać razem czas, zwłaszcza na przechadzkach.
Wszystko to narażało mnie znowu na wielkie niebezpieczeństwo, że z wolna zarażę się tym samym jadem rozpusty, jakim oni wszyscy byli zarażeni.
Ale nigdy nie byłem w tak wielkim niebezpieczeństwie z ich strony jak w czasie odbywającego się mniej więcej w tym czasie w Królewcu ogromnego jarmarku. Jarmark ten odbywa się tu raz w roku i zaczynając się na dwa tygodnie przed dniem świętych Piotra i Pawła, trwa aż do samego tego dnia, a ponieważ zjeżdżają się na niego nie tylko z całych Prus, ale i z całego Królestwa Polskiego, ściągało wtedy niesłychanie wiele ludzi. Całe miasto było w ruchu, a wszystkie najprzedniejsze ulice kipiały ludem obojga płci. Dla mnie, który nigdy jeszcze nie widział tak wielkich jarmarków, widowisko to było równie nowe i zadziwiające, co przyjemne. Najbardziej zwracali moją uwagę polscy Żydzi, których zjeżdżało się tu na jarmark po kilka tysięcy. Ich dziwne czarne, pstrokato obszyte po brzegach odzienie, ich śmieszne myce i cała ich postać miały w sobie tyle dziwnego i niezwykłego, że nie mogliśmy się na nich napatrzeć. A że prócz tego chodziło po ulicach mnóstwo i innych rozmaitych ludów, w różnych strojach i ubiorach, to co dzień przedstawiały się oczom nowe i dotąd niewidziane rzeczy. Szczególnie zaś przepełniona była niezliczonym mnóstwem ludzi cała zarzeczna część miasta, nosząca nazwę Haberberg. Tutaj jedna długa i szeroka ulica mieściła go po kilka tysięcy, była bowiem głównym ośrodkiem całego jarmarku i odbywał się na niej nie tylko najważniejszy handel, ale i wszystkie zwyczajne w krajach niemieckich uciechy jarmarczne. Do nich zaliczał się w szczególności ludowy teatr, zbudowany pośrodku ulicy i zupełnie otwarty. Nie myślcie jednak, by teatr ten był czymś znacznym. Nie, drogi przyjacielu, te jarmarczne teatry nie mają niemal nawet cienia teatru, a noszą tylko jego nazwę. Na zbitym z desek, ustawionym na kilku kozłach i wzniesionym na jakieś trzy łokcie nad ziemią podeście ustawia się z boków i z tyłu byle jak wymazane kulisy, zza których wychodzi przebrany w pstry strój wąsaty arlekin i przy pomocy dwóch czy trzech komediantów albo komediantek usiłuje rozmaitymi swymi minami, wygibasami, głupimi i grubymi żartami i bajdurzeniem, będącym czystym bredzeniem, rozśmieszać i zabawiać głupią gawiedź, która patrzy na niego z rozdziawionymi ustami i podziwem. Nie ma tu żadnego porządku ani żadnego związku w przedstawieniach, a wszystkie działania i bajdy tych przedstawiających osób były tak niedorzeczne i bez ładu, że nie sposób było na nie patrzeć i słuchać wygadywanych przez nich bredni bez pewnego uczucia odrazy, a chcąc się tym widowiskiem bawić, trzeba by chyba być równie głupim, jak głupi był ten lud. Mimo to teatr ten otaczało zawsze niezliczone mnóstwo widzów, a bardzo wielu z nich okazywało ogromne zadowolenie; to zaś w zupełności wystarczało komediantom, którzy mają przy tym zwykle swoje szczególne cele. Trzeba bowiem wiedzieć, że ludzie zabawiający w ten sposób lud swymi głupimi komediami nie otrzymują od niego za to żadnej zapłaty, lecz są do tego najmowani przez właściciela teatru, którym bywa zwykle tak zwany „marktschreier” (jarmarczny krzykacz), czyli sprzedawca oszukańczych leków, a środek ten stosują wyłącznie dla przyciągnięcia ludu do swego teatru jako miejsca, z którego on sprzedawał swoje leki.
Do tej sprzedaży przystępował po kilka razy na dzień i za każdym razem, gdy komedianci odegrali jakąś sztuczkę.
Ledwie ta się skończy, a już wychodzi on na scenę ze swymi szkatułkami i apteczkami i zaczyna, wyjmując z nich każdy lek z osobna, pokazywać go ludowi i z ogromnym krzykiem opowiadać i wychwalać jego przedziwne działanie i moc. Śmiesznie było za każdym razem patrzeć na te popisy i na jego najgorliwsze starania, by oszukać lud i każdego przekonać o rzekomej skuteczności swoich leków, a jeszcze śmieszniejsze było to, że lud dawał się oszukiwać i kupował je od niego z ogromną ochotą. Ledwie pokaże jakiś lek, opowie o jego mocy i działaniu i ogłosi jego cenę, a już w tej samej chwili lecą ku niemu z tłumu mnóstwa chustek, rzucanych przez tych, którzy chcą go kupić, z zawiązaną w nich taką sumą pieniędzy, jaką ogłosił. Wtedy przy pomocy dwóch czy trzech chłopców zaczyna on zbierać te pieniądze i, zawiązując w owe chustki leki, podawać je ze sceny ich właścicielom. Zaspokoiwszy wszystkich jednym lekiem, wyjmuje drugi, potem trzeci, i tak postępuje ze wszystkimi, spędzając na tym po kilka godzin i dopóty, dopóki tłum ludu jest jeszcze duży. A skoro tylko lud się rozejdzie, odchodzi za kulisy, a na jego miejsce wychodzą znowu komedianci i zaczynają na nowo zwoływać lud, by słuchał i oglądał nową komedię; a gdy zbierze się go dość, zaczyna się znowu komedia, a po niej znowu zachwalanie i sprzedaż leków. Ten sposób wyłudzania pieniędzy od głupiego ludu wydał nam się, przez swą niezwykłość, bardzo dziwny i zadziwiający. Jednakże oszust ten nie tylko nigdy nie wychodził na tym stratnie, lecz wyłudzał od ludu mnóstwo pieniędzy, choć w istocie wszystkie jego leki składały się z czystych drobiazgów i nic niewartych rzeczy, jak na przykład proszków, pigułek, plasterków, korzonków i innych tym podobnych rzeczy, z których żadna nie wywoływała ani w części takich skutków, jakie im przypisywano. Zresztą, ponieważ na jarmark ten zjeżdżało się z różnych niemieckich i lepszych miast mnóstwo kupców z rozmaitymi towarami, a towary te rzeczywiście można było kupić taniej niż w innym czasie, to i w istocie całe to miasto było w ruchu i nie zostało domu, z którego mieszkańcy obojga płci, zwłaszcza w pogodne i ładne dni, nie wyjeżdżali i nie wychodzili na jarmark, jeśli nie po zakupy, to choćby popatrzeć i pospacerować po nim. Jednym słowem, całe owe dwa tygodnie, przez które trwał ten jarmark, można było uważać dla tego miasta za nieustanne święto i uroczystość, a w pogodne dni można było widzieć wszystkich jego mieszkańców na ulicach w najlepszych strojach i ubiorach.
Wszystkie te okoliczności, a zwłaszcza ostatnia, skłaniały wszystkich naszych panów oficerów do codziennego odwiedzania tego jarmarku. Chodziliśmy na niego każdego dnia, zbierając się gromadami i kompaniami, i spędzaliśmy większą część czasu na przechadzaniu się po nim i po całym mieście, a czyniliśmy to nie tyle dla kupowania towarów, ile dla przyglądania się ludowi i wszystkim mieszkańcom Królewca i poznawania ich. Wielu z naszej braci, zwłaszcza najzręczniejsi spośród innych, od dawna już z niecierpliwością czekali na tę okazję jako na taką, przy której łatwiej im było zapoznać się z tymi spośród mieszkańców Królewca, z którymi szczególnie pragnęli zawrzeć znajomość, i uzyskać wstęp do takich domów, w których znajdowali dla siebie coś pociągającego. I niektórym z nich udawało się osiągnąć to, czego szukali. Inni natomiast szukali okazji do zawarcia nowych znajomości z przybyszami z Polski, zwłaszcza z tamtejszymi szlachciankami, i używali rozmaitych sztuczek i oszustw, by je uwieść. Jeszcze inni z takimi samymi myślami włóczyli się wszędzie i szukali sobie znajomych wśród młodych tutejszych mieszkanek.
Większości zaś w głowie były tylko gry, trwonienie pieniędzy i sama rozpusta, a niektórzy postępowali jeszcze gorzej. Oddawali się rozmaitym burdom i niewybaczalnym psotom, a niekiedy i najgorszym bezeceństwom.
Słowem, jarmark ten był dla wszystkich czasem prawdziwie gorszącym i byłoby zbyt rozwlekle, gdybym chciał opisywać wszystko, co nasi oficerowie wtedy wyczyniali i przedsiębrali, i do jakich psot i bezeceństw jarmark ten wielu dał sposobność.
Wyobraźcie sobie teraz, drogi przyjacielu, na jakie niebezpieczeństwo byłem wtedy narażony, żyjąc pośród takiego towarzystwa i będąc zmuszony codziennie przebywać z takimi ludźmi, wraz z nimi chodzić wszędzie po całym mieście i dotrzymywać im kompanii. Przy takim bowiem powszechnym ruchu ludzi i przy panującej wówczas najpiękniejszej pogodzie nie sposób było w żaden sposób wysiedzieć samemu w domu; a choćbym nawet chciał, towarzysze moi żadną miarą by mi na to nie pozwolili i, zachodząc do mnie, wyciągali mnie siłą. I doprawdy nie wiem, co by się ze mną stało i jak bym się ustrzegł przed wszelkim złem i pokusami, na jakie mogłem być przy tej okazji narażony, gdyby trwało to tak długo. Jedynym środkiem, jakiego używałem dla swego ocalenia, było tylko to, że stroniłem, ile mogłem, od gromad najnikczemniejszych z naszej braci, a lgnąłem najbardziej do takich, którzy byli choć trochę od innych stateczniejsi. Ponieważ jednak i oni nie byli całkiem wolni od jadu ówczesnej rozpusty, nie zdołałbym żadną miarą ocaleć i uchronić się przed zepsuciem, gdyby znowu nie pomógł mi szczególny i najmniej przeze mnie oczekiwany przypadek, a niewidzialna ręka Pańska nie odciągnęła mnie znowu siłą od przepaści, po której krawędzi wtedy błądziłem i się chwiałem. Zdarzyło się bowiem, że właśnie wtedy, gdy ten przeklęty jarmark był w największym swym ruchu, gdy towarzysze tak mnie przyzwyczaili do przechadzek z nimi, że zaczynałem już chętnie z nimi chodzić i ulegać ich zaproszeniom, i gdy niektórzy z nich, jak się potem dowiedziałem, uknuli przeciwko mnie tajną zmowę {Grupa, gromada; dziś mówi się: działać gromadnie.} i spisek, i przygotowawszy dla mnie istną pułapkę {Przepaść, otchłań, pułapka, zasadzka.} i taką pokusę, od której bardzo trudno byłoby mi się wyzwolić, przyszli umyślnie po mnie, by mnie zawołać i zabrać z sobą, niczym niewinną ofiarę na zgubę — właśnie wtedy, gdy ja, nic o tym nie wiedząc, nie tylko zgodziłem się z nimi iść, ale już zszedłem z ganku kwatery... przybiegł do mnie, ledwie żywy, posłaniec od mego dowódcy, brygadiera Numersa, z rozkazem, bym nie szedł, lecz biegł natychmiast do niego i nie zwlekał w domu ani minuty, ma bowiem do mnie pilną potrzebę.
Zdziwiłem się i nie wiedziałem, co myśleć o tym nieoczekiwanym i tak pospiesznym wezwaniu. Rzecz była dla mnie zupełnie niezwykła. Nie zdarzyło się dotąd ani razu, by dowódca ten po mnie posyłał i o cokolwiek mnie pytał, a miałem z nim tak mało do czynienia, że czasem przez cały tydzień nie zdarzało mi się z nim nie tylko rozmawiać, ale nawet go widzieć.
Czyżby ktoś wniósł na mnie jakąś skargę? — myślałem sobie. — I czy nie wzywają mnie, bym przed kimś odpowiadał?”
Wiedziałem, że nierzadko wnoszono do przełożonych takie skargi na oficerów naszego pułku, zwłaszcza na tych, którzy bardziej od innych skłonni byli do burd i wszelkiego rodzaju psot, i że niektórych za to karano. Ku jeszcze większemu memu zmieszaniu przypomniało mi się, że jedna taka ich banda w sam dzień poprzedni wywołała na jarmarku swym awanturnictwem ogromny hałas i zamęt i że przypadkiem zdarzyło mi się przy tym być, i wiedziałem, że zamierzano wtedy wnieść na nich skargę.
„Ach — myślałem — czyżby to na tych przyjaciół była skarga {Zamiast: prośba, zażalenie.} i czy skarżący nie wmieszali w swoją sprawę i mnie?”
Serce we mnie zadrżało na wspomnienie tego zdarzenia i cała krew się we mnie wzburzyła. Choć wcale nie byłem w tę sprawę zamieszany, a znalazłszy się przy tym przypadkiem, starałem się jeszcze ich uspokajać i przekonywać, to sprawa sama w sobie była bardzo zła i paskudna. Kilku z naszych zuchów, najbardziej rozpustnych oficerów, zdarzyło się ujrzeć całą gromadkę młodych dziewcząt przechadzających się po jarmarku. Oni, urzeczeni ich urodą, przylgnęli do nich jak smoła i starali się najbezczelniej zawrzeć z nimi znajomość. Najpierw przystąpili do nich z rozmaitymi pochlebstwami, grzecznościami i pozdrowieniami, a gdy im się to udało, niektórzy z nich, będąc na nieszczęście podchmieleni, posunęli się dalej i zaczęli sobie pozwalać wobec nich na pewne obraźliwe swobody, a między innymi zapraszać je w gościnę na kwaterę jednego z nich, znajdującą się tuż obok tego miejsca, a jeden tak dalece się zapomniał, że zechciał jedną z nich pocałować przemocą. Dziewczętom się to nie spodobało; wszystkie one nie były z najpodlejszego stanu, lecz, jak należy sądzić, były córkami tamtejszych mieszczan średniego stanu i nie z tego pokroju, by mogły odpowiadać życzeniom tych panów. Zaczęły natychmiast krzyczeć i wołać swoje matki i krewnych, którzy kupowali wtedy towary w innym kramie, i skarżyć się im na wyrządzaną im zniewagę. Ci ujęli się za nimi, a jeden mężczyzna zaczął im czynić wyrzuty. Naszym panom wydało się to przykre. Odpowiedzieli mu grubiaństwami i wzgardą. Ów zaś, jak się zdarzyło, też nie był ustępliwy. Odpowiadał im tym samym. Zaczęli się kłócić i wywiązała się między nimi sprzeczka oraz taki hałas i krzyk, że zbiegło się w to miejsce mnóstwo ludzi. Mnie zdarzyło się akurat w tym czasie iść z jednym z moich przyjaciół tą samą ulicą i zobaczyć ten ogromny tłum ludzi, i usłyszeć ten krzyk. Z samej ciekawości zechcieliśmy podejść bliżej i dowiedzieć się, co się stało. Ale jakże się zdziwiliśmy, ujrzawszy całą bandę naszych oficerów hałasujących i kłócących się z Prusakami, a jednego nawet tak rozwścieczonego, że uderzył jednego z nich w gębę i, chwyciwszy za włosy, chciał go tarmosić i bić kijem.
Rzuciliśmy się obaj i nie dopuściwszy go do tego głupiego przedsięwzięcia, staraliśmy się zażegnać kłótnię.
Udało się nam to zresztą, choć nie bez trudu, gdyż co do naszych, tych wnet przekonaliśmy, by przestali się wygłupiać; ale nie tak łatwo było uspokoić rozgniewanych Prusaków, a zwłaszcza rozwścieczonego krewnego znieważonych. I jedynie moja znajomość języka niemieckiego pomogła mi przekonać tego Niemca i zwalić całą winę za to zdarzenie na tę okoliczność, że oficer, który znieważył jego krewne i jego samego, był podchmielony i nie przy pełnych wtedy zmysłach i rozumie. Na tym ów spór się wówczas skończył, jednak Niemiec ten odszedł, grożąc, że nie puści tej sprawy płazem, lecz wniesie skargę, gdzie należy.
To przykre zdarzenie przyszło mi wtedy na pamięć i prawie nie wątpiłem, że ów Niemiec wniósł skargę, i domyślałem się, że z pewnością tamci oficerowie zostali już wyśledzeni, a mnie wzywają na świadka i dla wyjaśnienia wszystkiego, co zaszło. Wypytywałem przysłanego podoficera, czy nie wie, po co mnie wzywają i czy nie ma od kogoś jakiejś prośby czy skargi.
— Nie wiem — odpowiedział — tylko u gubernatora jest dużo ludzi, i mężczyzn, i kobiet, a wielu Niemców podawało mu papiery.
— Jak to? U gubernatora? — zapytałem zdziwiony. — Czyżbyś był posłany od gubernatora?
— Nie — mówił — ale jestem u gubernatora na ordynansie, a posłał mnie pan brygadier Numers. Wyszli od gubernatora z oberkomendantem i placmajorem i kazali mi biec co prędzej do waszmości i powiedzieć, żebyście raczyli natychmiast przyjść do nich na zamek.
To wprawiło mnie w jeszcze większe zmieszanie. Nie wątpiłem już, że posłano po mnie z rozkazu gubernatora, i nie pojmowałem, jakąż to potrzebę mógłby mieć do mnie gubernator, którego jeszcze nawet nie widzieliśmy, gdyż przyjechał dopiero poprzedniego dnia. Wszyscy moi towarzysze również się temu dziwili i nie wiedzieli, co myśleć. Ponieważ jednak zwlekać mi nie było można, a trzeba było iść, pożegnali się ze mną, wyrażając żal, że nie będą mnie mieli tego dnia ze sobą i że nie wezmę udziału w tej zabawie, którą przygotowali. Nie wiedziałem wtedy, co te słowa znaczą, i nie o tym wtedy myślałem, by ich o cokolwiek wypytywać; ale potem dowiedziałem się, że mieli najohydniejszy zamiar i że tym nieoczekiwanym oderwaniem mnie od ich bandy sam los, troszczący się o moje dobro, zechciał uchronić mnie od ogromnego zgorszenia i pokusy.
Po ich odejściu nie zwlekałem, lecz dowiedziawszy się, że mam iść do kwatery samego gubernatora, pospieszyłem tylko włożyć co prędzej inny mundur i, poprawiwszy włosy, ruszyłem w drogę z sercem bynajmniej nie na swoim miejscu i pogrążony w rozmaitych rozmyślaniach, tak że prawie nie widziałem drogi, którą szedłem.
Co było tego wszystkiego przyczyną i po co mnie wzywano, o tym usłyszycie, drogi przyjacielu, później {Bołotowa wezwano po to, by przekonać się o jego znajomości języka niemieckiego i mianować go tłumaczem w kancelarii generała-gubernatora.}; a teraz pozwólcie mi, zatrzymawszy się na tym, list mój zakończyć i powiedzieć Wam, że jestem Wasz itd.
PRZYJAZD KORFA
List 62
Drogi przyjacielu! W ostatnim liście zatrzymałem się na tym, że szedłem pospiesznie do wzywającego mnie brygadiera Numersa, do tego samego zamku, do którego przedtem chadzałem każdego dnia. Ale nigdy jeszcze nie odbywałem tej drogi z tak niespokojnym duchem jak tym razem! Niemal oczywista pewność, że wzywają mnie z rozkazu samego gubernatora i, być może, do niego samego, a także krążąca o tym nieznanym nam jeszcze gubernatorze pogłoska, że był człowiekiem bardzo porywczym i wybuchowym, a przy tym z urodzenia Niemcem, wprawiały mnie w wielkie zmieszanie. Wiadomo było, że wszyscy Niemcy byli szczególnymi obrońcami wszystkich swoich współwyznawców, a niepewność, czy i ten nie jest taki sam jak ów rewelski pan Lieven, który mi się wtedy przypomniał, jeszcze bardziej mąciła mi myśli i budziła obawę, bym przy tej okazji nie musiał odchorować cudzej uczty i za psoty innych nie ściągnął na siebie jakiegoś słowa i zarzutu albo przynajmniej nie dał gubernatorowi przy pierwszej sposobności złego o sobie mniemania. Zawczasu już przygotowywałem możliwie najlepsze usprawiedliwienia i wymyślałem mowy i słowa, które miałbym mówić przed gubernatorem, gdyby doszło do tego, że zacznie mnie o to pytać albo okazywać swój gniew, i zbliżałem się do zamku z drżącym sercem.
Teraz, zatrzymawszy się na chwilę, opowiem Wam, drogi przyjacielu, nieco więcej o tym gubernatorze, o którym nie miałem jeszcze sposobności z Wami mówić. Był on jednym z ówczesnych naszych dworskich możnowładców, nazywał się baron Nikołaj Andriejewicz Korf i choć rangą nie przewyższał generała porucznika, to na dworze cieszył się znacznym poważaniem i łaską u samej panującej wówczas cesarzowej.
Łaskę tę zjednały mu nie jego własne zalety, które były bardzo, bardzo umiarkowane, lecz ta okoliczność, że był przedtem żonaty z panią Skawrońską, która z racji pewnego pokrewieństwa cieszyła się szczególną łaską cesarzowej.
Dzięki niej otrzymał i rangi, i bogactwo, i dzięki niej był i w tym czasie jeszcze w znaczeniu i poważaniu, choć jego żona zmarła już kilka lat wcześniej. Ponieważ bowiem druga jej siostra, a jego szwagierka, była za ówczesnym wielkim kanclerzem hrabią Michaiłem Łarionowiczem Woroncowem, a ten możnowładca był w wielkiej sile, to wspierał i tego swego szwagra i wyrobił mu to gubernatorskie stanowisko, które było wówczas bardzo znamienite, bo z urzędem tym związany był zarząd całym Królestwem Pruskim, choć zresztą nie był on do tego zbyt zdolny, a talenty jego były tak mało znamienite, że choć całe życie spędził w Rosji i dożył starości, to i wtedy jeszcze nie umiał nie tylko pisać po rosyjsku, ale nawet podpisywać się swoim nazwiskiem, lecz podpisywał je zawsze po niemiecku. Już z tego jednego można wyciągnąć wniosek i o reszcie.
Ale jakkolwiek było, został on wybrany i wyznaczony do sprawowania tego ważnego urzędu, który równał się stanowisku wicekróla, i przyjechał do nas do Królewca z ogromną pompą i liczną świtą. Wszyscy zwierzchnicy miejscy i najprzedniejsi ludzie witali go uroczyście i odprowadzili na zamek jako miejsce przeznaczone mu na mieszkanie. Tu rozlokował się w tych samych komnatach, w których w dawnych czasach mieszkali sami książęta i władcy pruscy, i od samego przyjazdu zaczął żyć i prowadzić się z takim przepychem i wspaniałością, że od tego czasu cały Królewiec jakby się ożywił i wszystko w nim poszło inaczej. Ale dość teraz o nim; później usłyszycie ode mnie więcej, a teraz powrócę do dalszej opowieści o sobie.
Przed tego właśnie wspaniałego i znamienitego możnowładcę gotowałem się wtedy stanąć, nie wiedząc zgoła, po co i w jakiej sprawie. Przyznam się, że nasłuchawszy się o jego charakterze, z drżeniem zbliżałem się wtedy do zamku. Ale, o, jakże bardzo myliłem się wtedy w swoich myślach! Nie lękać się, lecz radować się powinienem był, gdybym mógł wtedy przewidzieć, jakie następstwa wynikną z czasem z ówczesnego wezwania mnie tam i co się ze mną potem stanie. Dziś błogosławię tę godzinę, w której wtedy po mnie posłano, ale wtedy nie tylko ja, lecz żaden śmiertelnik nie mógł tego przewidzieć.
Ledwie doszedłem do zamku, posłaniec czekał już na mnie u bramy i, porwawszy mnie, poprowadził natychmiast po schodach do gubernatorskich przedpokojów. Zastałem je pełne mnóstwa wszelkiego ludu: było tu mnóstwo naszych wojskowych, było też mnóstwo wszelkiego rodzaju mieszkańców miasta, a między nimi i takich, o których mogłem wnosić, że byli petentami. Szukałem oczyma, czy nie zobaczę owego Niemca, co do którego miałem najwięcej obaw, i jeden wydał mi się do niego podobny.
„Tak! — zawołałem w duchu sam do siebie. — To on, przeklęty! I to od niego, rzecz jasna, biorą się wszystkie te nieszczęścia!”
Ale ledwie zdążyłem wypowiedzieć w myślach te słowa, otworzyły się drzwi z wewnętrznych komnat i ukazał się sam jego ekscelencja w swej błękitnej wstędze i w gwiazdach. Kroczył w asyście mnóstwa znakomitych osób przez tę komnatę, by obejrzeć inne pokoje zamku. Ponieważ do tego czasu nie zdarzyło mi się jeszcze widzieć tego znamienitego możnowładcy, z drżącym sercem utkwiłem w nim wzrok i ku memu zdziwieniu znalazłem go zupełnie innym, niż go sobie wyobrażałem, nie widziawszy go. Zamiast surowości i okrucieństwa na jego twarzy dostrzegałem tylko rysy wyrażające coś melancholijnego. Był już w niemłodym wieku, wysokiego wzrostu, bardzo jasnej cery i szczególnego wyrazu twarzy: nie widać było w nim ani osobliwego wdzięku, ani srogości; nie było w nim nic ujmującego i nie było nic odpychającego.
Wszystko to nieco mnie uspokoiło, lecz nie zdążyłem jeszcze zebrać się na odwagę, gdy spostrzegł mnie mój dowódca, brygadier Numers. „Ach, oto i ty! — powiedział i natychmiast, odwróciwszy się, podszedł do pana Korfa. — Oto ten oficer — rzekł do niego — o którym meldowałem waszej wysokiej ekscelencji”. Jego ekscelencja natychmiast się na mnie obejrzał i, zmierzywszy mnie wzrokiem od stóp do głów, raczył nie tylko się zatrzymać, ale podszedłszy do mnie o dwa kroki bliżej, zaczął ze mną mówić ze szczególną życzliwością. „Słyszałem, mój przyjacielu — rzekł do mnie — że umiesz mówić po niemiecku i dobrze piszesz, a pan brygadier Numers poleca mi waćpana jako człowieka dobrego prowadzenia się”. Złożyłem mu najniższy ukłon i nie zdążyłem jeszcze nic odpowiedzieć, gdy pan Numers podchwycił jego mowę i zaczął znowu zapewniać go o moich zdolnościach i pilności. Staruszek, mój pułkownik, który akurat znalazł się tam tym razem, również wtrącił się do rozmowy i zapewnił generała po niemiecku, że jestem najlepszym oficerem w jego pułku, że mój ojciec był jego poprzednikiem 55 i że cały pułk nie może powiedzieć o mnie nic prócz dobrego. „Tak — dodał do tego mój kapitan Gniewuszew, który również tam się znalazł — jest on z mojej kompanii i mogę ze swej strony zaświadczyć, że godzien jest wszelkiej pochwały, a to samo mogą powiedzieć wszyscy oficerowie naszego pułku”.
Takie powszechne polecenie ze strony wszystkich i uważne przyglądanie mi się generała zwróciły na mnie oczy całej licznej świty idącej za panem Korfem. Spadła mi wtedy z serca jakby ogromna góra i stałem niemal nieprzytomny z radości i zadowolenia, słysząc tyle i od wszystkich pochwał pod swoim adresem i takie polecenia, jakich się najmniej spodziewałem. Mimo to nie wiedziałem, do czego to wszystko zmierza i co by właściwie znaczyło.
Ponieważ jednak mogłem już przynajmniej jasno widzieć, że wezwano mnie nie po to, po co myślałem, lecz w jakimś innym celu, nabrałem wielce otuchy i mogłem już śmielej i ze spokojniejszym duchem odpowiadać na dalsze pytania jego ekscelencji.
„To bardzo dobrze — rzekł — dla młodego oficera chwalebne to i zaszczytne zasłużyć sobie na taki honor, ale powiedz mi, proszę, mój przyjacielu, czy umiesz tłumaczyć z niemieckiego na rosyjski?” — „Umiem, wasza ekscelencjo! — odrzekłem. — Ale nie nazbyt dobrze i w przekładach mało się ćwiczyłem!” — „Ach nie, wasza ekscelencjo — podchwycił mój kapitan — tłumaczy on całkiem zgrabnie, zdarzało mi się czytać jego przekłady”. — „No to dobrze, mój drogi! — rzekł wtedy generał. — Zostańcie waćpan tutaj i potrudźcie się przetłumaczyć mi kilka papierów”. Potem, zwróciwszy się do jednego ze swych radców, idących za nim, kazał oddać mi niektóre papiery i wyznaczyć mi miejsce, gdzie miałbym nad tym pracować, a sam poszedł ze swą świtą dalej.
Takie nieoczekiwane zdarzenie zmieszało mnie i zdziwiło. Najmniej myślałem i spodziewałem się, że wezwano mnie tylko po to i że od razu przyjdzie mi zabrać się do pracy. Ale zmieszanie moje jeszcze się zwiększyło, gdy wspomniany radca, chwyciwszy mnie w tej samej chwili za rękę, poprowadził przez wiele komnat i przyprowadziwszy w końcu do jednej najodleglejszej i ogromnej sali, posadził za stołem i, wyniósłszy z innej kałamarz i papier, wyciągnął z kieszeni cały plik papierów i uprzejmie mi zaproponował, bym na nich wypróbował swoje siły i zdolności i postarał się jak najprędzej je przetłumaczyć, po czym, zostawiwszy mnie samego, odszedł.
„A masz ci los! — powiedziałem sam do siebie, odprowadzając oczyma odchodzącego radcę. — Ani się śniło, ani przeczuwało, a zuch wpadł jak mysz w pułapkę i zamiast tego, że inni teraz spacerują i się weselą, racz sobie posiedzieć i się potrudzić. Ale dobrze! Zobaczmyż, co to takiego tłumaczyć?..” Wtedy zacząłem przeglądać i przebierać pozostawione papiery i ujrzawszy, że było ich więcej niż dziesięć, wykrzyknąłem: „E! e! e! Cóż za ich chmara! Tego i w trzy doby nie przetłumaczysz!.. Uniżenie dziękuję!..”
Tak wykrzykiwałem, nie znając jeszcze ich treści; ale gdy zacząłem dalej je przeglądać i czytać, niezadowolenie moje jeszcze się zwiększyło. Ujrzałem, że były to wszystko prośby, podane gubernatorowi przez ludzi różnego stanu spośród mieszkańców Królewca, i wszystkie pisane tak dziwnym, mętnym, bezładnym i niezgrabnym stylem, jakiego jeszcze nigdy nie zdarzyło mi się czytać i który kazałby się nad sobą pocić najlepszemu tłumaczowi; a co mnie jeszcze bardziej uderzyło, wiele z nich pisanych było wprost głupim i bezładnym ich stylem kancelaryjnym i pełnych mnóstwa łacińskich słów i takich terminów, jakich nigdy nawet nie zdarzyło mi się słyszeć. Słowem, wiele z nich było takich, że wcale nie chciały mi wejść do głowy i nie rozumiałem nawet dziesiątej części tego, co w nich było napisane. „I! i! i! — zawołałem wtedy, kręcąc głową. — Cóż ja mam z nimi począć i jak je tłumaczyć? No, prawdę mówiąc, ładny ze mnie teraz gagatek! I czy nie sam diabeł podkusił mnie, by powiedzieć, że umiem tłumaczyć. No i co teraz poczniesz! Choć nierad, bądź gotów i bierz się do pióra”.
Słowem, okoliczność ta tak mnie zmieszała, a przekład tych papierów wydał mi się tak trudny, że serce zaczęło mi bić od tego tak samo, jak przedtem biło ze strachu, i nierad już byłem wszystkim pochwałom, jakie o sobie słyszałem kilka minut wcześniej, i całej mojej znajomości języka niemieckiego. Przez kilka minut nie wiedziałem, co robić.
Ale ponieważ rzecz była już zrobiona i cofnąć jej już nie było można, westchnąwszy i pomartwiwszy się, wybrałem jeden, który był mniejszy i którego styl wydał mi się łatwiejszy i zrozumialszy, wziąłem się do pióra i zacząłem tłumaczyć.
Ale ledwie napisałem kilka linijek, trudność przekładu zaczęła mi się wydawać coraz większa i zaczynałem wprost odczuwać cały ciężar tej sprawy.
Z braku nawyku do przekładów tego rodzaju napotykałem niemal w każdej linijce nowe trudności i takie miejsca, które w żaden sposób nie chciały mi wejść do głowy i których nie wiedziałem, jak przełożyć na rosyjski. Pomęczywszy się kilka minut nad jednym i znalazłszy się w zupełnym impasie, porzuciłem go i wziąłem inny papier w nadziei, że ten będzie lepszy i łatwiejszy, ale krótka próba dowiodła mi, że jego przekład był jeszcze trudniejszy od pierwszego; chwyciłem trzeci, ale ten w niczym nie był lepszy od poprzednich, lecz jeszcze trudniejszy. „Panie, zmiłuj się! — wykrzykiwałem. — Cóż za diabły to wszystko pisały i czy znajdę choć jeden sensowniejszy?” W końcu trafił mi się jeden, choć trochę od innych zrozumialszy, i przetłumaczyłem go, choć z trudem i niespiesznie.
W tej samej chwili wszedł do mnie wspomniany wcześniej radca, by zobaczyć, co robię. „No i jak, mój drogi — mówił do mnie — czy wasza robota idzie jak należy?” — „Ach, mości panie!.. — odpowiedziałem mu. — Robota marnie mi się klei! Nigdy jeszcze nie zdarzyło mi się tłumaczyć pism tego rodzaju, a bardzo wiele jest w nich dla mnie zupełnie niezrozumiałego, zwłaszcza że w wielu są słowa i całe zdania po łacinie, których, nie znając tego języka, zgoła nie rozumiem”. — „O, mój drogi! — rzekł. — Jakoś to będzie! A co do słów łacińskich i takich, których nie rozumiecie, możecie mnie pytać. Nie poczytam sobie za trud wam je objaśnić. Tymczasem jednak, czy przetłumaczyliście coś?” — „Oto przetłumaczyłem jeden” — powiedziałem mu, podając. Przeczytał mój przekład i wydawał się z niego zadowolony. „To już całkiem nieźle!” — rzekł i, wziąwszy i przekład, i oryginał, odszedł ode mnie. Po kilku minutach wrócił i powiedział mi, że jego ekscelencja kazał oznajmić mi swoją łaskawość, a przy tym powiedzieć, bym teraz szedł na swoją kwaterę, a nazajutrz rano przyszedł tu znowu i ciągnął swoją pracę.
Wieści te nie były dla mnie zbyt przyjemne. „Bóg z wami — myślałem sobie — i z całą łaskawością jego wysokiej ekscelencji, i ze wszystkimi waszymi pochwałami, a ja wolałbym nie mieć z wami do czynienia i zostać w domu, żyjąc po dawnemu”.
Tak więc w ogromnym strapieniu i rozdrażnieniu i na gubernatora, i na wszystkich, i na samego siebie poszedłem na swoją kwaterę i przemartwiłem cały pozostały wieczór tym, co mi się przydarzyło. Ponieważ jednak nie było sposobu, by sobie pomóc, nazajutrz rano niechętnie powlokłem się znowu na zamek, do dawnych książęcych komnat, które jednak, mimo całej swej dawnej wspaniałości, wydały mi się wtedy istnym więzieniem, gdyż złość moja na przeklęte i bezładne papiery była tak wielka, że nie urzekała mnie ani dawna architektura, ani tkane historyczne obicia, którymi obita była ta przestronna sala, w której w zupełnej samotności spędziłem poprzedniego dnia jakieś dwie godziny przy łamiącej głowę pracy: przeklinałem wszystko na świecie i nie chciałem ich zaszczycić nawet spojrzeniem.
Przyszedłszy tam, ku memu zdziwieniu ujrzałem całą tę salę pełną już mnóstwa ludzi. Ustawiono w niej już kilka stołów, a za nimi siedzieli rozmaici urzędnicy kancelaryjni i pisali.
Łatwo mogłem się domyślić, że komnaty te przeznaczono na kancelarię gubernatorską, i domysł mój był słuszny. Pan Korf przywiózł ze sobą wszystkich potrzebnych urzędników, by założyć w Królewcu rosyjską kancelarię gubernialną. Byli z nim dwaj radcy, dwaj sekretarze, protokolista i kilku pisarzy, jako to: kancelistów, podkancelistów i kopistów, jednym słowem, kancelaria pełna, i ją to umieszczono na początek w tych komnatach, przy czym ta, w której pisałem poprzedniego dnia, stała się pisarską, a druga, boczna, sędziowską, i tam zasiadali radcy i sekretarze z protokolistą.
Ledwie przyszedłem, wspomniany radca, który jako jedyny z nich wszystkich był z pochodzenia Niemcem, wyprowadził do mnie z sędziowskiej pierwszego sekretarza i z następującymi słowami oddał mnie mu z rąk do rąk: „Oto macie, Timofieju Iwanowiczu, człowieka, którego jednego wam brakowało”.
Sekretarz ten wydał mi się nabity najgłupszą pisarską pychą. Zamiast obejść się ze mną życzliwie albo mnie powitać, nie chciał mnie niemal zaszczycić nawet spojrzeniem, lecz z pewnym grubiaństwem i wzgardą odpowiedział radcy: „A czy on jest w stanie robić tę robotę?” — „Nabierze wprawy! — rzekł pan Bauman, tak bowiem nazywał się ów radca. — A do tego czasu będziemy mu już jakoś pomagać”. — „To co innego!” — odpowiedział sekretarz, uśmiechnąwszy się, i spojrzawszy na mnie jakby z pewną wzgardą, poszedł do sędziowskiej.
Takie przyjęcie przy pierwszym spotkaniu było mi bardzo niemiłe. „Cóż to za diabeł? — myślałem sobie. — Sam generał nie obchodził się ze mną tak dumnie jak ten pyszałek”. — Ale ledwie to pomyślałem, on wyszedł znowu i wyniósł mi nie tylko dawne, ale jeszcze kilka nowych papierów i, rzuciwszy mi je niemal w przelocie na stół, rzekł: „Racz no! racz no to wszystko przetłumaczyć — zobaczymyż twoją umiejętność!”
Przykre mi było takie grubiaństwo; i choć w takich razach byłem zawsze cierpliwy, nie mogłem wtedy znieść tego ze spokojnym duchem i powstrzymać się, by mu nie powiedzieć: „Jak umiem, mości panie, tak przetłumaczę; a jeśli nie będzie się podobać, to proszę nie mieć do mnie o to pretensji. Nigdy tłumaczem nie bywałem i do tej roboty się nie napraszałem, a wezwano mnie tu przymusem, nie szukałem tego”.
Słowa te powiedziane były bardzo w porę i odniosły swój skutek, gdyż, o ile mi się zdawało, od tego czasu zaczął się obchodzić ze mną grzeczniej, a przynajmniej bynajmniej nie tak grubiańsko jak z początku.
Ale choć tego pana w ten sposób utarłem, nie poprawiłem tym swojej sprawy, gdyż tłumaczyć mimo wszystko było trzeba, i to tłumaczyć dużo. Wziąłem się więc do swojej nudnej pracy i chciałem ją, jakby na złość temu mądrali sekretarzowi, wykonać jak najlepiej, by zyskać przez to pochwałę radców.
Ale doprawdy nie wiem, czy udałoby mi się dopiąć swego, gdyby nieoczekiwany przypadek nie przyszedł mi w tym niespodziewanie z wielką pomocą.
Ledwie zacząłem, siedząc sam za osobnym stołem, swą pracę, do naszej sali wszedł pewien pruski obersekretarz z kancelarii ich głównej regencji w towarzystwie dwóch niemieckich urzędników kancelaryjnych.
Temu obersekretarzowi kazano w pewnych godzinach zasiadać razem z naszymi radcami i porozumiewać się w sprawach swojej kancelarii z naszą; a ponieważ cała część spraw dotyczących wewnętrznego zarządu Królestwem Pruskim miała być prowadzona przez niego i przez wspomnianego naszego radcę Baumana w języku niemieckim, a obaj mieli zawsze mnóstwo pisania, to dla przepisywania ich papierów przyprowadzono właśnie owych dwóch Niemców i dołączono do naszej kancelarii, a ku memu szczególnemu szczęściu tak się złożyło, że posadzono ich przy jednym stole ze mną.
Nie potrafię dość opisać, jak się ucieszyłem, zyskawszy tych dwóch towarzyszy. Obaj byli porządnymi ludźmi i skoro tylko spostrzegli, że tłumaczę z niemieckich pism, za pierwszą swą powinność uznali, by w najuprzejmiejszy sposób zagadnąć mnie po niemiecku i zawrzeć ze mną pierwszą znajomość. Okoliczność, że nie umieli ani słowa po rosyjsku, a spośród wszystkich naszych urzędników kancelaryjnych nikt prócz mnie nie umiał mówić po niemiecku, jeszcze bardziej ich do tego skłoniła. Będąc tu jak w lesie, pośród nieznajomych i nierozumiejących ich ludzi, radzi byli nie wiadomo jak, że znaleźli człowieka, z którym mogli rozmawiać, a ja nie mniej radowałem się ich towarzystwem, ale radość moja płynęła z innej przyczyny. Nie wątpiłem, że ów przeklęty kancelaryjny styl niemiecki, który najbardziej dokuczał mi w przekładach i był dla mnie zupełnie niezrozumiały, im jako urzędnikom kancelaryjnym musi być znany, i postanowiłem skorzystać z ich wiedzy i poprosić ich, by mi objaśnili znaczenie niektórych wyrażeń i słów. I nie zawiodłem się w swoim mniemaniu i oczekiwaniu. Ledwie, równie się do nich przymiliwszy, zapoznałem się z nimi i wyjawiłem im swą potrzebę, z ogromną ochotą zgodzili się objaśniać mi każde wątpliwe słowo, a zwłaszcza łacińskie zwroty, i tak jasno oddawać je prostym i zwyczajnym językiem, że nietrudno już mi było pojąć całe ich znaczenie i wyrazić je w swoim języku. Słowem, ucieszyli mnie i zobowiązali tym bez końca i sprawili, że byłem w stanie do obiadu przetłumaczyć większą część danych mi papierów, i to tak porządnie i dobrze, że zawstydziłem tym wyniosłość pana sekretarza i zmusiłem go, by mimo woli przyznał, że mój przekład był dość zrozumiały.
Co zaś do obu panów radców, ci nie mogli mi się dość nachwalić za moją pilność i gorliwość i w najuprzejmiejszy sposób prosili, bym pracował dalej.
Odniósłszy takie zwycięstwo nad wyniosłym sekretarzem, zacząłem już z mniejszym niezadowoleniem ciągnąć dalej swoją robotę, a wkrótce i sam ten pan zaczął mnie potrzebować: przyszedł do nas jeden z mieszkańców Królewca, z którym musiał porozmawiać, ale ponieważ ten nie umiał po rosyjsku, a on ani słowa po niemiecku, sama potrzeba zmusiła go, by poprosił mnie, żebym podjął się trudu i potłumaczył między nimi. Ja, odłożywszy całą dawną złość na niego, chętnie zgodziłem się spełnić jego prośbę, a ta drobna przysługa sprawiła, że nie tylko przestał mną gardzić, ale stawszy się dla mnie łaskawy, posunął swoją życzliwość aż tak daleko, że gdy w tej samej chwili przyszedł adiutant generała prosić ich wszystkich na obiad, zapytał mnie, czy daleko mam kwaterę, a usłyszawszy, że do mojej kwatery będą jakieś dwie wiorsty, zawołał: „Ech, bracie, to po cóż masz chodzić taki szmat drogi do domu na obiad, a możesz jeść obiad razem z nami. My z łaski Nikołaja Andriejewicza mamy zawsze dla siebie zastawiony stół, i ty możesz zawsze jadać razem z nami. Chodźmyż, mości panie! Zamelduję o tym samemu generałowi”.
Zdziwiłem się takiej nieoczekiwanej przemianie w tym znienawidzonym dotąd przeze mnie człowieku i chętnie poszedłem za nim do wewnętrznych komnat generała. Tu rzeczywiście zameldował o tym generałowi, który nie tylko pochwalił jego wniosek, ale ponieważ wszystko o mnie i o moich przekładach opowiedzieli mu już radcy i sam ten będący u niego w szczególnych łaskach sekretarz, zechciał posunąć się dalej i osobiście okazać mi swą łaskawość. Zawołano mnie natychmiast do niego, a ledwie wszedłem, zwróciwszy się do mnie, rzekł: „Jestem bardzo zadowolony, mój przyjacielu, z twoich trudów: tłumaczysz dość dobrze. Chodź więc do mojej kancelarii co dzień i pomagaj nam dalej, a obiad jadaj u mnie zawsze tutaj z sekretarzami: po cóż masz chodzić taki szmat drogi na kwaterę!”
Złożyłem mu najniższy ukłon i byłem jego uprzejmością w zupełności zadowolony; a ponieważ właśnie przez to zostałem jakby przyłączony do jego sztabu, od tego czasu zaczął się znowu zupełnie inny rodzaj mojego życia i taki jego okres, który był dla mnie szczególnie pamiętny.
W następnych listach opiszę Wam go dokładniej, a teraz, kończąc ten list, pozostaję na zawsze Wasz itd.
U KORFA
List 63
Drogi przyjacielu! Wspomniane wyżej, najmniej oczekiwane i choć nie formalne, lecz prywatne przyłączenie mnie do sztabu gubernatora Korfa stanowiło bardzo ważną i doprawdy pamiętną epokę w moim życiu. Z tego bowiem mego pobytu przy owym generale wynikły takie następstwa, które miały wielki wpływ na wszystkie późniejsze dni mego życia. A ponieważ najważniejszym z tych następstw było to, że zmieniłem się w całym moim charakterze moralnym, a zmiana ta położyła pierwszą podwalinę pod całą pomyślność moich dni, nie mogę inaczej wnosić, jak tylko że stało się to nie przypadkiem, lecz za szczególnym zrządzeniem niebios i działaniem zawsze troszczącej się o mnie Opatrzności Pańskiej. Jej świętej woli spodobało się, by przytrafiło mi się wtedy to zdarzenie, które sprawiło we wszystkich ówczesnych moich okolicznościach wielką i dla mnie nader błogosławioną przemianę. Powstrzymam się jednak od opowiadania Wam z góry tego, o czym macie się dowiedzieć później i w swoim czasie, a powiem tylko tyle, że i dziś jeszcze nie mogę dość podziękować Bogu, przypominając sobie ten przypadek, i nadziwić się temu, jaka szczególna okoliczność i, jak się zdaje, sama drobnostka dała do tego wszystkiego pierwszy powód.
Polegała ona na tym. Pan Korf, wybierając się z Petersburga w podróż do Królewca i dobierając wszystkich ludzi potrzebnych do założenia tu kancelarii gubernialnej, choć dokładał wszelkich możliwych starań, by obsadzić swój sztab wszystkimi potrzebnymi i zdolnymi ludźmi i urzędnikami, i mógł to uczynić tym łatwiej, że dano mu pozwolenie brać ich, skąd tylko zechce, to jednak woli niebios spodobało się, że ani jemu, ani nikomu ze wszystkich wybranych przez niego urzędników nie przyszło wtedy na myśl, że po przybyciu do Królewca cała jego przyszła kancelaria będzie pozostawać w nieustannych stosunkach z Niemcami i mieć do czynienia nie z samymi Rosjanami, lecz zarazem i z narodem niemieckim, i że do tego niezbędnie potrzebny będzie im tłumacz.
Okoliczność ta zupełnie wyleciała im z głowy i spostrzegli się, że o tym zapomnieli, dopiero po przyjeździe do Królewca, gdy doszło już do zakładania samej kancelarii. Wtedy, ale już za późno, spostrzegli się i ujrzeli swój błąd.
Żal z tego powodu był u nich wszystkich niezwykły. Sam generał martwił się tym nie wiadomo jak i gniewał się na swoich sekretarzy, czemu mu nie przypomnieli, a ci zwalali całą winę na niego i na radców, którzy powinni byli bardziej o tym wiedzieć i pamiętać. Słowem, wszyscy obwiniali się nawzajem, ale ponieważ to nie pomagało, a tłumacz był im potrzebny, i sekretarze, nierozumiejący ani słowa po niemiecku, nie dawali wytchnienia generałowi i radcom, by zaopatrzyli kancelarię w tłumacza ustnego i pisemnego, to właśnie to było przyczyną, że generał zaraz zaczął pytać oberkomendanta, pana Treydena, i brygadiera Numersa, którzy wtedy zarządzali Królewcem, czy nie mają kogoś z oficerów zdolnych sprawować ten urząd, a losowi spodobało się, że pierwszy przyszedłem im na myśl ja. Oznajmili o mnie generałowi i to właśnie było przyczyną wspomnianego wcześniej posłania po mnie oraz tego, że trafiłem na to miejsce i musiałem sprawować urząd i tłumacza ustnego, i pisemnego.
Oto jakich drobnych i odległych przyczyn używa niekiedy Opatrzność Pańska dla zbudowania pomyślności tych, których zechce nią obdarzyć. Ale powrócę teraz do dalszego ciągu mojej historii.
Ledwie generał w wyżej wspomniany sposób okazał mi publicznie przy wszystkich swą łaskawość i kazał mi jadać obiad zawsze u siebie w domu, a ja wyszedłem znowu do tej sali, gdzie nakryto dla nas osobny stół, gdy wszyscy niżsi urzędnicy, stanowiący jego sztab, otoczyli mnie i zaczęli zapoznawać się ze mną jako ze swym nowym towarzyszem i współpracownikiem i przymilać się do mnie. Byli tu obaj nasi sekretarze, protokolista, adiutant generała, pewien mieszkający przy generale Włoch i jeszcze kilku innych, wszystko ludzie mi jeszcze nieznani. Ale nikt z nich wszystkich nie zaznajomił się ze mną tak szybko i nie przymilał się do mnie tak bardzo jak adiutant generała. Był to młody chłopak i choć popowicz, syn protopopa preobrażeńskiego, wychowany jednak tak dobrze, że nie było w nim nic przypominającego jego pochodzenie i w niczym nie ustępował najlepszemu szlachcicowi. Jego znajomość języków, zamiłowanie do książek i nauk, ten sam co mój wiek i najżyczliwsze, najlepsze jego usposobienie sprawiły, że niemal w jednej chwili się z nim zaznajomiliśmy i pokochaliśmy się nawzajem, i mogę powiedzieć, że z jego przyjaźni byłem zawsze zadowolony. Ale nigdy tak mnie nie zobowiązał jak przy tej pierwszej sposobności. On pierwszy się do mnie przymilił, a ledwie się dowiedział, że znam języki i jestem takim samym jak on miłośnikiem nauk, od razu zaczęły się między nami rozmowy i tak się do mnie przywiązał, że posadził mnie przy stole obok siebie i przez cały obiad starał się mnie, jak gościa, częstować.
Stół ten był u nas osobny od generalskiego i w innej, przyległej do jego jadalni sali, ale niewiele gorszy od generalskiego, a tak obfity i w potrawy, i w napitki, że lepszego nie można było sobie życzyć; a co najlepsze, nie było przy nim takiego przymusu i ceremonii, jakie panowały przy samym stole generała, gdzie jadał obiad ze swymi radcami i gośćmi, których bywało u niego zawsze po kilku.
U nas natomiast panowała zupełna swoboda: każdy mówił, co chciał, żartował i śmiał się z drugim i nikomu nie oddawano żadnych szczególnych honorów, co wszystko przydawało tym obiadom więcej przyjemności.
Najadłszy się i napiwszy przy generalskim stole, poszliśmy znowu do kancelarii i, wziąwszy się do swoich spraw, przesiedzieliśmy aż do samego zmierzchu, tak że na swoją kwaterę wróciłem już nocą.
Idąc tym razem do domu, byłem w rozmaitych poruszeniach ducha. Nie wiedziałem, czy mam się cieszyć, czy smucić z powodu tej tak nieoczekiwanej i nagłej przemiany, jaka mi się przydarzyła... Z jednej strony nie było mi niemiłe, że trafiłem na tak znamienite, moim zdaniem, miejsce. Pobyt przy generale, który był wtedy naczelnym zwierzchnikiem całych Prus, i przyłączenie, że tak powiem, do jego sztabu schlebiały mojej ambicji. Łudziłem się nadzieją, że stawszy się temu możnowładcy bliżej znany, mogę zyskać dalszą jego łaskawość i, być może, wyjść dzięki niemu na ludzi. Z drugiej strony schlebiała mi ta okoliczność, że będę tu zawsze przebywał wśród najlepszych ludzi i widział, i wiedział wszystko, co się dzieje; z trzeciej — nie było mi niemiłe i to, że będę miał stół zawsze gotowy i dobry i nie będę musiał gotować u siebie w domu i zadowalać się niekiedy stołem bardzo skromnym. Z czwartej, nie było dla mnie nieprzyjemne i to, że przez ten przydział na urząd tłumacza odrywałem się coraz bardziej od pułku i od wszystkich trudów związanych ze służbą wojskową, a w ówczesnym czasie wojennym — i od samych niebezpieczeństw; wszystko to mnie cieszyło i radowało. Ale gdy z drugiej strony przychodziły mi na pamięć moje trudne i nudne przekłady, które już w ten jeden dzień obrzydły mi jak gorzka rzodkiew, gdy wyobrażałem sobie, że co dzień będę musiał chodzić do kancelarii i od rana do wieczora nieustannie nad nimi siedzieć, i stracić zupełnie całą dawną i tak mi miłą swobodę, myśli te znacznie umniejszały moje zadowolenie i trapiły mnie niewymownie. Najbardziej martwiłem się tym, że przez to będę związany po rękach i nogach i nie będę miał ani minuty, że tak powiem, wolnej dla siebie i takiego czasu, który mógłbym poświęcić na własne moje ciekawe zajęcia. Ponieważ jednak raz już postanowiłem sobie, że jak nie będę się sam do niczego napraszał, tak nie będę się od niczego wymawiał, jeśli coś samo przyjdzie, pocieszałem się nadzieją, że może urząd ten z czasem nie będzie tak trudny, jak mi się wydawał w owym czasie, w czym się też nie zawiodłem, jak to zobaczycie z dalszego ciągu.
Tak więc, zdawszy się na Boga i oczekując wszystkiego od czasu, poszedłem następnego dnia znowu do kancelarii i od tego czasu zacząłem chodzić tam codziennie. Przesiadywaliśmy zwykle każdego dnia i przed obiadem, i po obiedzie, aż do samego wieczora. A ponieważ spraw było ogromne mnóstwo i z godziny na godzinę ich przybywało, a wiele z nich było przy tym ważnych, generał zwykle sam do niej przychodził i przesiadywał po kilka godzin, dlatego też, by łatwiej mu było do niej chodzić, po kilku dniach przeniesiono ją do innych komnat, które leżały bliżej tych, w których mieszkał, i choć nie były tak przestronne jak pierwsze, to były o wiele przytulniejsze i weselsze od nich.
Znajdowały się na tym samym piętrze, ale w najlepszym i najweselszym narożniku całego zamku, i leżały tuż nad kamerą.
Tu, szczególnym szczęściem, przypadł mi osobny i najlepszy narożny pokoik, oddzielony od innych pisarskich izb przepierzeniem z desek; a ponieważ razem ze mną byli tylko wspomniani wyżej niemieccy kanceliści, byłem z tej zmiany bardzo zadowolony; była tu u nas jakby osobna niemiecka kancelaria: nikt z pozostałych pisarzy nam nie przeszkadzał i mieliśmy spokój. Ku tym większemu zadowoleniu mieliśmy dwa okna, z których widok sięgał bardzo daleko, i mogliśmy oglądać nie tylko jedną z najważniejszych ulic, biegnącą obok naszych okien tuż przy zamku, ale i całą dolną i zarzeczną część miasta 56. W jednym ze wspomnianych okien obrałem sobie miejsce przy osobnym stoliku, a w drugim oknie posadziłem moich towarzyszy, z których towarzystwa byłem coraz bardziej zadowolony, gdyż nie tylko w opisany wyżej sposób bardzo mi pomagali w moich przekładach, ale prócz tego miałem z nich i inny pożytek, polegający na tym, że w wolnym czasie mogłem się z nimi ćwiczyć w rozmowach i przez to coraz bardziej doskonalić się i nabierać biegłości w języku niemieckim.
Co do mojej pracy, to trudna i niemal nieznośna była mi tylko na samym początku i dopóki się do niej nie przyzwyczaiłem, a skoro tylko poznałem wszystkie szczególne terminy, używane w ich stylu kancelaryjnym, i do całego ich stylu przywykłem, przekłady moje stały się dla mnie o wiele łatwiejsze i znośniejsze, a ponadto zaczęło ich z wolna ubywać i po kilku tygodniach zaczęło dochodzić do tego, że czasem przez cały dzień nie wypadało mi przetłumaczyć nawet dwóch arkuszy, a niejeden dzień mijał całkiem bez roboty; mimo to nie mogłem się w żaden sposób oddalać, gdyż co i rusz musiałem tłumaczyć ustnie naszym sekretarzom to, co mówili im przychodzący do nas codziennie tamtejsi mieszkańcy różnych stanów, jak również i tym przekazywać ich odpowiedzi, a dla tej potrzeby musiałem przebywać w kancelarii niemal bez wychodzenia.
Teraz, zanim opowiem o dalszych wydarzeniach, zatrzymam się na chwilę i opowiem Wam, drogi przyjacielu, nieco dokładniej o tych różnych urzędnikach, którzy stanowili wówczas sztab naszego generała, abyście mogli z tego jaśniej zobaczyć, z jakimi ludźmi przyszło mi wtedy najwięcej mieć do czynienia i codziennie obcować.
Najpierwszymi przy generale byli nasi radcy. Było ich dwóch, obaj zasiadali razem z generałem, a z początku mieszkali też na tym samym zamku, tylko w innych komnatach. Jeden z nich był Niemcem i nazywał się Iwan Nikołajewicz Bauman, a drugi — Rosjaninem, z rodu panów Wołkowów, i nazywał się Aleksiej Aleksiejewicz. Ten ostatni był jednak u nas niedługo, lecz odjechał potem w inne miejsce, a na jego miejsce awansowano innego Niemca, nazwiskiem pan Westphalen, który przyjechał również razem z Korfem i, żyjąc dotąd przy nim, pełnił u niego urząd sekretarza domowego i prowadził jego korespondencję.
Z obu tych najpierwszych osób i stałych towarzyszy rozmów generała byliśmy w ogóle wszyscy zadowoleni. Obaj byli ludźmi cichymi, dobrodusznymi i obaj bardzo pilnymi w swojej służbie.
Ponieważ jednak rangą daleko nas przewyższali, a przy tym obaj byli Niemcami, nie mieliśmy z nimi bliższych stosunków, lecz trzymali się od nas wszystkich jakoś z daleka i od żadnego z nich nie widzieliśmy, prócz uprzejmości, ani nic złego, ani nic dobrego.
Co do mnie, byli dla mnie obaj dość łaskawi, a zwłaszcza pan Westphalen, gdyż jako człowiekowi uczonemu miła mu była moja skłonność do nauk i czytania książek. Wdawał się ze mną niekiedy w rozmowy i przy każdej sposobności zaszczycał mnie swymi pochwałami. Ale nic ponad to od niego nie zaznałem, choć był u nas z panem Baumanem przez cały czas naszego pobytu w Królewcu.
Prócz nich mieliśmy jeszcze dwóch radców kolegialnych, z których jeden nazywał się pan Kalmann i przydzielony był w miejsce mego dawnego dowódcy Numersa do królewieckiej kamery, a drugi — pan Klingstedt, przydzielony do takiejże kamery w Gumbinnen, ale mieszkający przeważnie w Królewcu; z tymi obydwoma panami mieliśmy jednak jeszcze mniej do czynienia.
Ale nie tacy byli nasi rosyjscy niżsi urzędnicy. Spośród nich najznakomitszy był wspomniany już przeze mnie pierwszy sekretarz. Nazywał się Timofiej Iwanowicz Czonżyn i był wtedy u nas bardzo ważną osobą. Cała kancelaria spoczywała niemal na nim jednym. Był najgłówniejszym prowadzącym wszystkie sprawy i cieszył się przy tym takim zaufaniem generała, że z nim samym wszczynał niekiedy z krzykiem spory. Wszystko to, jak również jego podłe pochodzenie, wyszedł bowiem na tę godność z najniższych stopni pisarskich, było przyczyną, że człowiek ten nabity był najgłupszą pisarską pychą i tak wyniosły, że wyprowadzał niekiedy wszystkich z cierpliwości. Charakter ten zachował przez cały czas swego pobytu w Królewcu, a głupotę tę posuwał aż do tego, że nawet w takich razach, gdy sam niekiedy nas potrzebował, nie chciał się w żaden sposób zniżyć i stać się uprzejmiejszym. Słowem, trzymał się od nas wyniośle i nie chciał w żaden sposób obchodzić się z nami przyjaźnie i z taką szczerością jak wszyscy inni, i za to wszyscy w duchu go nie lubiliśmy, choć okazywaliśmy mu zewnętrzne poważanie. Zresztą do spraw pisarskich i zwykłych pisarskich kruczków był bardzo zdolną i tak obrotną osobą, że on jeden ze wszystkich umiał, będąc na tym miejscu, tak chytrze i zręcznie się bogacić, że niemal nie sposób było tego zauważyć.
Wobec mnie był to człowiek, że tak powiem, ni pies, ni wydra. Nie zaznałem od niego żadnego większego dobra, nie zaznałem i zła. Znając jego siłę, starałem mu się wprawdzie przypodobać i przy wszystkich okazjach, gdy potrzebne mu były moje usługi, chętnie mu je oddawałem, ale mimo to nie mogłem nic więcej od niego uzyskać prócz samych tylko drobnych uprzejmości, okazywanych mi przez niego niekiedy i w sposób tak chłodny, że w żaden sposób nie mogły mnie wzruszyć. Ale trzeba też powiedzieć, że nikt z nas wszystkich nie cieszył się u tego człowieka szczególną przyjaźnią i względami.
Co do drugiego sekretarza, który nazywał się pan Gawriłow, ten był zupełnie innego pokroju. Pychy i wyniosłości nie było w nim ani krzty, lecz był dla wszystkich uprzejmy, pobłażliwy i w obejściu życzliwy.
Ale na nieszczęście oddany był w najwyższym stopniu niepowściągliwemu i rozpustnemu życiu. Przyjechał już do nas ze zdrowiem zupełnie wyniszczonym niepowściągliwym życiem, a tu, puściwszy się na wszystko, jeszcze bardziej je nadwerężył i tak osłabł, że w końcu nie był w stanie sprawować swego urzędu i z tej przyczyny po pewnym czasie od nas odjechał.
Człowiek ten w czasie swego pobytu u nas, choć za każdym razem się do mnie przymilał, a ja byłem wprawdzie zadowolony z okazywanej mi przez niego życzliwości, to ponieważ nasze charaktery nie były ze sobą zgodne, sam nie przywiązywałem się do niego zbytnio, lecz starałem się od niego stronić.
Trzecim urzędnikiem kancelarii był protokolista, pan Diakonow, z imienia Jakow Diemidowicz. Był on nieporównanie lepszy od obu naszych sekretarzy i godniejszy zarówno miłości, jak i szacunku. Był to człowiek wprawdzie prosty, ale bardzo dobry, stateczny, dla wszystkich życzliwy i uprzejmy, i za to wszyscy go kochaliśmy. Mnie samemu okazywał przyjacielską uprzejmość i życzliwość i mogę powiedzieć, że z jego przychylności byłem w każdym czasie zadowolony i uważałem go za dobrego przyjaciela.
Te trzy osoby stanowiły wszystkich najważniejszych urzędników naszej kancelarii. Co zaś do pozostałych niższych urzędników kancelaryjnych, nie warto o nich wspominać szczegółowo. Wszyscy byli zwyczajnymi naszymi rosyjskimi pisarzynami, wszyscy pijacy i nicponie, i spośród nich wszystkich nie było ani jednego, kto byłby godzien choćby odrobiny uwagi, dlatego też o nich, jako o zasługujących wyłącznie na pogardę, przemilczę, tym bardziej że zbyt daleki byłem od jakichkolwiek z nimi stosunków; to tylko powiem, że wszyscy mnie lubili i szanowali.
Ale nie tacy byli Niemcy, moi towarzysze. Nosili wprawdzie także miano kancelistów, ale nie mieli w sobie nic podobnego do naszych pisarzyn. Jeden z nich był przez cały czas stały i nazywał się Grünmiller, a drugi — zmienny: z początku był to pan Oleus, potem pan Pickart, a w końcu pan Caspari. Wszyscy oni, jakby na wybór, byli ludźmi dobrego prowadzenia się i charakterów godnych miłości, wszyscy dla mnie uprzejmi, przyjaźni i życzliwi, i mogę powiedzieć, że ich towarzystwo przyniosło mi wielki pożytek. Nie tylko bowiem pomagali mi spędzać wolny czas na przyjemnych i rozumnych rozmowach, ale ponieważ niektórzy z nich byli dość uczeni i oczytani, skorzystałem od nich i wielu wiadomości, a z ich uprzejmości i przyjaźni byłem zawsze zadowolony.
Ze wszystkimi tymi ludźmi miałem co dzień do czynienia w kancelarii i wszyscy oni byli, że tak powiem, moimi współpracownikami i towarzyszami. A teraz opowiem o pozostałych, znajdujących się w świcie generała, z którymi także, a zwłaszcza przy stole, widywałem się codziennie.
O jednym z nich już Wam niedawno wspomniałem mimochodem, a mianowicie o adiutancie generała, panu Andriejewie, tak bowiem nazywał się po ojcu. Człowiek ten w krótkim czasie powziął do mnie szczególną przyjaźń i znajdował w rozmowach ze mną taką przyjemność, że nierzadko przychodził do mnie do kancelarii i spędzał po godzinie i dłużej na rozmaitych przyjacielskich i serdecznych rozmowach ze mną. Rozmawialiśmy wtedy o wszystkim: o książkach, o naukach, o rysunku i o innych rzeczach; a ponieważ nasze charaktery w wielu sprawach były ze sobą zgodne, nigdy nam się nie nudziło. Tylko w jednym się z nim nie zgadzałem: w tym, że oddawał się zbytnio próżności, a swoim strojnisiostwem dochodził niekiedy aż do błazeństwa i do tego, że nasi kancelaryjni się z niego śmiali. Zresztą, ponieważ był człowiekiem niewiele u generała znaczącym, prócz samej przyjaźni i uprzejmości nie mogłem od niego uzyskać żadnej innej dla siebie korzyści.
Drugą i ostatnią osobą, stanowiącą ówczesne nasze towarzystwo przy stole, był pewien Włoch nazwiskiem Mornini, osoba obrotna, przebiegła i nader rozumna. Mieszkał on wtedy prywatnie u generała, nie piastując żadnego wiadomego urzędu, i przyjechał razem z nim z Petersburga. Generał bardzo go lubił i, jak należy sądzić, używał go do jakichś tajnych spraw i sekretnych komisji. Przynajmniej nam nic o tym nie było wiadomo. Człowiek ten od samego początku również szczególnie mnie polubił i przez cały czas swego mieszkania przy generale bardzo mi okazywał względy, tak że z jego przyjaźni i życzliwości byłem niezmiernie zadowolony. Miał on dla siebie osobne komnaty i chadzał też nierzadko umyślnie do mnie na rozmowy, a czasem i ja przesiadywałem u niego jakiś czas i słuchałem jego opowieści o Italii i o innych miejscach Europy, gdzie mu się zdarzyło bywać, gdyż za swego życia dość się najeździł i świata się napatrzył, tak że można go było uważać za niezłego obieżyświata albo awanturnika. A ponieważ prócz tego był ogromnym miłośnikiem czytania książek i cały wolny czas spędzał na lekturze, i to bardzo mnie do niego przywiązywało, i mogę powiedzieć, że i temu człowiekowi zawdzięczam wiele z tych wiadomości, które zdobyłem, mieszkając w Królewcu.
Z tych to różnych osób składało się owo towarzystwo, pośród którego przyszło mi żyć i spędzać czas. Potem powiększyło się ono jeszcze o kilka osób, ale o tym wspomnę w swoim czasie, a teraz, ponieważ list mój już dość się rozrósł, pozwólcie mi go tym razem na tym zakończyć i powiedzieć Wam, że jestem itd.
CHARAKTER KORFA
List 64
Drogi przyjacielu! W pierwszych dniach czy tygodniach mego pobytu przy gubernatorze przydarzyło mi się tak mało szczególnego i godnego uwagi, że nie pamiętam niczego takiego, o czym warto by Wam opowiadać, a wszystko sprowadzało się tylko do tego, że spraw mieliśmy takie mnóstwo, że od rana do wieczora musieliśmy pracować bez przerwy, a mnie poranna zorza wypędzała z kwatery, wieczorna zaś, albo raczej sama noc, zapędzała z powrotem do niej. A ponieważ całe dni spędzałem w kancelarii bez wychodzenia, szybko poznałem przez to wszystkich wspomnianych wyżej moich towarzyszy, a prócz tego miałem sposobność poznać nieco bliżej i naszego głównego dowódcę. A ponieważ nie odmalowałem Wam jeszcze jego charakteru, muszę to teraz uczynić i raz na zawsze opowiedzieć Wam, jakim był ten sławny wówczas zarządca Królestwa Pruskiego.
Był to człowiek dobry, ale miał w swym charakterze bardzo wiele wad. Co do jego rozumu, można powiedzieć, że z natury był dość dobry, ale, jak należy sądzić, niedostatecznie wyrobiony przez wychowanie w dzieciństwie, i dlatego cała wiedza tego możnowładcy nie sięgała zbyt daleko, lecz była bardzo, bardzo umiarkowana, a jeśli coś wiedział, to wszystko to nabył wyłącznie z nawyku, żyjąc na dworze i w wielkim świecie, i dlatego nie tyle był zdolny do rządów cywilnych i biegły w sprawach ich dotyczących, ile obeznany we wszystkim, co należało do życia dworskiego i światowego. W tym punkcie był dość doskonały, ale co do spraw należących do rządzenia, a zwłaszcza pisemnych, to do nich, z braku nawyku, był bardzo niezdolny i bardzo wiele mu brakowało do tego, by mógł być w ówczesnych okolicznościach dobrym gubernatorem i zarządcą tego podbitego królestwa.
I nie wiem, jak by mógł ze wszystkim zdążyć, gdyby nie pomagali mu radcy, a najbardziej ze wszystkich ów sekretarz Czonżyn, o którym wspominałem Wam w poprzednich moich listach i który był potem u nas już i asesorem.
Mówić i czytać po rosyjsku umiał wprawdzie dość dobrze, ale to bynajmniej jeszcze nie wystarczało, bo musiał co dzień wydawać ostateczne rezolucje w wielu swoich sprawach, i to na nieszczęście w sprawach przeważnie ważnych i niecierpiących najmniejszej zwłoki, gdyż zależał od nich nie tylko zarząd całym królestwem i cały wewnętrzny w nim ład, ale i zaopatrzenie całej znajdującej się za granicą i w pochodzie przeciw nieprzyjacielowi armii we wszystkie potrzebne rzeczy. A do tego brakowało mu i bystrości umysłu, i szybkiej, nieomylnej stanowczości, i dlatego musiał polegać przeważnie na tym, co powiedzą, doradzą i napiszą nasi sekretarze i radcy. Mimo to jego ambicja i wysokie mniemanie o sobie były tak wielkie, że starał się ukrywać, ile się dało, tę słabość i zachowywać pozór, jakoby wszystkie sprawy rozstrzygał sam. To zaś, rzecz naturalna, dawało często powód nie tylko do niemałego zamętu w sprawach, ale i do wielu błędów, tym bardziej że i podstępny sekretarz, korzystając z tej słabości, nierzadko dla własnych swoich interesów wprowadzał go w ogromne pomyłki i w sprawy zgoła nielicujące z jego ówczesnym ważnym urzędem. Na domiar nieszczęścia, przez zupełną nieumiejętność pisania po rosyjsku nie mógł sam niczego nie tylko układać, ale nawet poprawiać tego, co napisano, a to dawało temu chytremu człowiekowi najpożądańszą sposobność, by go wedle swej woli oszukiwać i wywodzić w pole. Nierzadko zdarzało się na naszych oczach, że wyraźnie spostrzegał, iż napisano nie tak, jak trzeba, i gniewał się o to, i łajał, a czasem po kilka razy darł papier i kazał przepisywać, ale wyłożyć porządnie i polecić, jak by to napisać inaczej, bynajmniej nie był w stanie; i dlatego tym wszystkim nie osiągał tego, czego chciał, lecz w końcu musiał podpisywać to samo, tylko innymi słowami napisane. Już samo to może Wam dowieść, drogi przyjacielu, jakim był nasz gubernator od strony rozumu, a teraz posłuchajcie, jakim był od strony serca i usposobienia.
Pogłoska, która krążyła u nas jeszcze przed jego przybyciem, że był człowiekiem porywczego i wybuchowego usposobienia, okazała się nie tylko prawdziwa, ale daleko jeszcze niewystarczająca. Doświadczenie dowiodło nam nieporównanie więcej i nie wiem, jak i jakimi słowami odmalować Wam charakter moralny tego człowieka, a krótko tylko powiem, że teraz, gdy to piszę, idzie mi już sześćdziesiąty rok życia i choć w ciągu tych lat widziałem wielu ludzi, nie zdarzyło mi się jeszcze zobaczyć i znaleźć ani jednego jemu podobnego i takiego, który byłby tak bardzo skłonny do gniewu i swarliwości, jak był ten człowiek. Doprawdy można, wedle przysłowia, powiedzieć, że w tym punkcie u niego wszystko się poprzestawiało.
Za wszystko i o wszystko, i nie tylko o sprawy, ale niekiedy i o same drobnostki, gniewał się i zapalał niezwykłym gniewem i obsypywał wszystkich, kimkolwiek byli, czy to jego sługą, czy podwładnym, okrutnymi wyzwiskami i obelgami.
Ze sługami i z domownikami żył w nieustannej wojnie i bijatyce, a dla wszystkich podwładnych był tak nieznośny, że spośród wszystkich, którzy mieli z nim do czynienia, nie został ani jeden przez niego nieurażony. A działo się to tak często, że doprawdy nie mijał ani jeden dzień, w którym nie wszczynałby z nimi po kilka razy ogromnej wojny i kłótni i nie obsypywał ich tysiącami przekleństw i wyzwisk, a nierzadko i w ciągu jednej godziny powtarzał to i wznawiał po kilka razy. Słowem, każda drobnostka i nic nieznaczące uchybienie mogły go rozdrażnić i rozpalić największym gniewem. Z tej strony, przy całej swej sławie, wielkości, bogactwie, honorach i znakomitości, był najnieszczęśliwszym człowiekiem na świecie, gdyż duch jego był w niemal nieustannym niepokoju i rozdrażnieniu, a niemal wszystkie godziny i minuty jego życia zatrute były jadem niezadowolenia, i właśnie przez to najlepsze jego zabawy i uciechy były niepełne. Dość powiedzieć, że dogniewywał się do tego stopnia, iż rzeczywiście od tego zapadał na zdrowiu i kładł się nawet do łóżka. I nie raz się zdarzało, że wszystkich swoich podwładnych w najrzewniejszy sposób prosił i błagał, by go nie gniewali; ale im najmniej w głowie było umyślnie go rozgniewać, przeciwnie, każdy dla własnego spokoju sam ze wszystkich sił tego unikał i się strzegł.
Osądźcie teraz, jak nam było żyć z takim bez miary porywczym i gniewliwym dowódcą! Czyż nie musiał się on wydawać nam wszystkim istnym zwierzem i potworem? Czyż nie musieliśmy wszyscy go nienawidzić i uciekać od niego jak od jakiegoś straszydła, i bać się go? Ach, drogi przyjacielu! Takim też rzeczywiście z początku nam się wydał, a zwłaszcza mnie, i ledwie ujrzałem to jego rzemiosło, tysiąc razy żałowałem, że dostałem się pod jego komendę, i wolałbym być od niego o tysiąc wiorst oddalony, niż żyć przy nim i doznawać jego zniewag. Ale, ach, do czego przyzwyczajenie nie może nas przyuczyć i czego nie może uczynić dla nas znośnym! O tej prawdzie przekonaliśmy się wszyscy z nawiązką na własnym doświadczeniu i poznaliśmy, że człowiek równie łatwo może przywyknąć do złego, jak i do dobrego, i że nawet to, co złe, może mu dokuczać daleko mniej, skoro tylko nieco do tego przywyknie.
Powiem Wam więc, że trudno nam było żyć i przyzwyczajać się do znoszenia wyzwisk i gniewu naszego generała tylko z początku, a potem tak już do nich przywykliśmy, że nie robiliśmy sobie z nich nic, i zamiast go nienawidzić, wszyscy go kochaliśmy.
Zdziwicie się temu, ale przestaniecie się dziwić, gdy dla wyjaśnienia tej zagadki powiem Wam dalej, że nasz generał, o ile z tej strony był zły, i to zły nad miarę, o tyle z drugiej był dobry przez to, że zupełnie nie był pamiętliwy i miał z natury najlepsze serce. Ledwie przeszło mu to jego dziwactwo i szaleństwo (a trwało ono na szczęście zwykle tylko najkrótszy czas), stawał się łagodniejszy od baranka i był najuprzejmiejszym i najżyczliwszym człowiekiem na świecie, i można mu było mówić, co się chce. To zaś było przyczyną, że bardziej go żałowaliśmy, niż się na niego gniewaliśmy, i chętnie wybaczaliśmy mu jego wyzwiska i obelgi, gdyż byliśmy pewni, że nie wynikną z tego żadne następstwa i że nie zmieni się przez to ani trochę jego dawne i dobre usposobienie do każdego.
A ponieważ miał w sobie ponadto i to dobre, że nikomu nie wyrządzał prawdziwego zła, lecz był bardziej skłonny do dobroczynności, to za to go kochaliśmy.
Opisawszy w ten sposób część jego charakteru moralnego, pójdę teraz dalej i opowiem, co mi zresztą było o nim wiadomo. Jakkolwiek wielka była w nim wspomniana przywara i wada, umiał ją jednak bardzo szczęśliwie zagłuszać blaskiem swego zewnętrznego, okazałego i wspaniałego życia oraz miłym i przyjaznym obejściem ze wszystkimi mieszkańcami tego miasta. Będąc sam z siebie dość bogaty, a przy tym pobierając ogromną pensję, a prócz tego jeszcze po 6000 rubli rocznie na stół, co było wtedy bardzo wiele, i będąc bezdzietny, i nie mając komu przeznaczyć swego majątku, żył przez cały czas swego pobytu w Królewcu prawdziwie wspaniale i okazale, i to nie tak, jak przystało generałowi porucznikowi, lecz jak przystałoby jakiemuś udzielnemu księciu albo przynajmniej wicerojowi {Wicekról.}. Słowem, przepuszczał tu nie tylko całą swoją pensję, ale i wszystkie swoje własne liczne dochody. Stroje, powozy, liberia, konie, służba, stół i wszystko inne było u niego na tak okazałej i wspaniałej stopie, że zwrócił na siebie uwagę wszystkich mieszkańców Prus; a ponieważ dołączył do tego wszystkiego z czasem i bardzo częste przyjęcia u siebie wszystkich najznakomitszych mieszkańców Królewca i starał się dostarczać wszelkiego rodzaju rozrywek, o czym wspomnę później na swoim miejscu, to przez to całe miasto jakby się ożywiło, a godność jego stała się u wszystkich tak ważna, jak gdyby był rzeczywiście jakimś udzielnym księciem i monarchą, i zjednał sobie miłość całego Królestwa Pruskiego.
Oto jakiego mieliśmy wtedy gubernatora! Teraz powiem Wam, że ledwie się rozejrzał, pierwszym jego staraniem było zapoznać się ze wszystkimi mieszkającymi w mieście najznakomitszymi pruskimi rodami szlacheckimi. Było ich tu w tym czasie dość dużo, a wśród nich niektórzy hrabiowie i baronowie, jak na przykład hrabia Stanisławski, hrabia Keyserling, hrabia Finck i kilku innych, a spośród pań były nie tylko hrabiny i baronowe, ale i same księżne, jak na przykład księżna Holstein-Beck; z rodzin szlacheckich zaś, a zwłaszcza pań, było mnóstwo. Objechał zaraz sam wszystkie najznakomitsze domy, a żeby zapoznać się i ze wszystkimi pozostałymi, w jakiś czas po swym przyjeździe wydał dla wszystkich ogromną ucztę, a potem bal, na który zaproszono wszystkich szlachetnie urodzonych obojga płci.
Przy tej okazji ujrzeliśmy po raz pierwszy całą przebywającą tu szlachtę pruską, a ponieważ do zapraszania jej użyto jego adiutanta, a ten przy mnogości domów nie mógł sam tej sprawy załatwić, do pomocy mu przy tej okazji użyto mnie.
Dla mnie była to rzecz zupełnie nowa i niezwykła. Dano mi wierzchowca i miałem, według danego mi rejestru {Spisu, wykazu.}, odszukać wszystkie domy szlacheckie w mieście, zaprosić tamtejszych panów i panie, a potem razem z adiutantem przyjmować ich na zamku i w czasie uczty i balu wszelkimi sposobami starać się ich ugościć. W takich sprawach nigdy się jeszcze nie obracałem, jednak z posłuszeństwa i dla przypodobania się generałowi starałem się wypełnić swój obowiązek jak najlepiej. Mój przyjaciel, adiutant, pomagał mi swoimi radami i przykładem i z jego pomocą załatwiłem wszystko tak dobrze, że mój generał był ze mnie zadowolony. Zresztą za mój trud zostałem z nawiązką wynagrodzony tą przyjemnością, jaką miałem, będąc obecny na tej uczcie i uroczystości. Gości obojga płci, a zwłaszcza dam i panien, było ogromne mnóstwo; a ponieważ do tego czasu nigdy jeszcze nie zdarzyło mi się bywać na tak licznych i znakomitych zgromadzeniach, to zarówno samo zgromadzenie, jak i tańce, i muzyka urzekały wszystkie moje zmysły i myśli i nie mogłem się wszystkiemu napatrzeć i nadziwić. To zaś było przyczyną, że i w późniejszym czasie, gdy zdarzały się u nas takież święta, chętnie chodziłem je oglądać i bez wymówek brałem na siebie trudy i komisje, jeśli jakie generał mi kiedy powierzał, choć z racji opisanego wyżej jego obyczaju i mnie dostawały się niekiedy takie same dwa-trzy niezbyt gładkie słówka, jakimi nierzadko i niemal codziennie hojnie obsypywał swego biednego adiutanta.
W ten sposób zacząłem prowadzić nowy i zupełnie od dawnego odmienny rodzaj życia i z wolna przyzwyczajać się do mego nowego urzędu. A ponieważ trudy moje osładzała ta przyjemność, że byłem zawsze między ludźmi, mogłem słyszeć, widzieć i poznawać wszystko, co się działo zarówno tu w mieście, jak i w samej armii, która była w pochodzie i z której otrzymywane wieści stawały się z godziny na godzinę ciekawsze, bardziej zajmujące i ważniejsze, a przy tym wszystkim miałem zawsze dobry stół, przywykłem do niego bardzo szybko i nie tylko stał mi się znośniejszy, ale zacząłem już nawet znajdować w nim przyjemność i wkrótce zupełnie przestałem się nim nudzić.
Jedno tylko mi ciążyło, a mianowicie daleka droga na moją kwaterę, zwłaszcza późno wieczorami i w niepogodę, ale i od tego ciężaru wkrótce się uwolniłem, bo ledwie wyjawiłem go moim towarzyszom w kancelarii, wszyscy zaczęli mi radzić, bym zmienił kwaterę i znalazł sobie inną, gdzieś bliżej zamku. Sam od dawna już o tym myślałem, ale z początku nie chciało mi się długo rozstawać z moją piękną i wesołą kwaterą; gdy jednak codzienne chodzenie w końcu zbytnio mi się sprzykrzyło i zobaczyłem, że z kwatery prawie wcale już nie korzystam, bo przychodziło mi w niej tylko nocować, a cały dzień od rana do wieczora spędzałem na zamku, rad byłem w końcu jakiejkolwiek, byle bliżej, i rzeczywiście zacząłem prosić o inną kwaterę i jej szukać. Ale na nieszczęście tak się złożyło, że domy na pobliskich ulicach były wtedy wszystkie częściowo zajęte na kwatery wojskowe, częściowo z różnych przyczyn od nich zwolnione, i nie mogłem znaleźć innej jak o pół wiorsty od zamku, w domu pewnego rzeźnika. Kwaterka ta nie była wprawdzie tak wesoła jak poprzednia, ale ponieważ były w niej dwie izby i mogłem się w niej swobodnie pomieścić z moją służbą, ustępując konieczności, wyprosiłem ją sobie i bez dalszej zwłoki przeniosłem się do niej z całym swoim dobytkiem.
Teraz, nie idąc dalej, opiszę Wam tę moją nową kwaterę.
Była ona w jednej części przedmieścia Steindamm, na ulicy biegnącej od zamku obok teatru i niedaleko kościoła na Steindammie, który stał się potem naszą cerkwią. Dom był niewielki, tylko dwupiętrowy, z czego na dolnym mieszkał gospodarz, a górne, składające się z dwóch izb i jednej sionki, zostało całe zwolnione dla mnie. Z nich w jednej, przedniej, umieściłem swoją służbę, a drugą, tylną, przeznaczyłem dla siebie. Wejście na nasze piętro było z ulicy wąskimi schodkami w górę i zupełnie osobne, tak że z gospodarzem nie mieliśmy żadnej styczności. A widok z moich izb rozciągał się na tę samą przestronną łąkę, o której wspominałem wcześniej pod nazwą placu paradnego i która leżała wewnątrz miasta, między przedmieściami Steindamm, Sackheim i Tragheim; z drugiej zaś izby okna wychodziły na ulicę. Kwaterka moja nie była więc zbyt wesoła, ale byłem przynajmniej zadowolony z tego, że dzięki niskim izbom była dość ciepła i spokojna i że miałem o wiele bliżej.
Co do mego gospodarza, był on, jak wspomniano wyżej, rzeźnikiem, a zatem człowiekiem zasługującym u mnie na tak mało uwagi, że niemal go nie znałem z twarzy; cały zaś pożytek, jaki z niego miałem, polegał wyłącznie na tym, że kupowałem u niego za pieniądze codziennie znakomite parówki albo surowe kiełbasy, które były tak smaczne i sycące, że jedna usmażona na patelni z dobrą pszenną bułką wystarczała mi na kolację. I tak się do nich przyzwyczaiłem, że smażono mi je codziennie i na tym jednym polegały zwykle moje kolacje przez cały czas mego mieszkania na tej kwaterze, gdyż obiady nasze u generała były tak sycące, że w razie potrzeby mogliśmy obywać się i bez kolacji, a ja uważałem za zbyteczne gotować ją sobie, prócz tych ich kiełbas.
Zresztą, ponieważ przeprowadzając się na tę kwaterę, oddaliłem się już znacznie od pułku i od tych miejsc, gdzie był on rozlokowany na kwaterach, to oddzieliło mnie od wszystkich dawnych moich przyjaciół i pułkowych towarzyszy i zerwało zupełnie całą łączącą mnie z nimi i tak dla mnie niebezpieczną więź, tak że od tego czasu prawie ich już nie widywałem, a o tym, co się między nimi działo i czyniło, nie miałem już żadnych wiadomości, gdyż nikomu z nich nie chciało się przychodzić do mnie taki szmat drogi, a choćby i przyszło im to do głowy, wiedzieli, że nigdy nie zastaną mnie w domu.
W ten sposób uwolniłem się od zgubnego z nimi towarzystwa i mogę powiedzieć, że ten moment był w moim życiu szczególnie godny uwagi; o ile bowiem sam siebie pamiętam, właśnie od niego zacząłem — mimo całej mojej ówczesnej jeszcze młodości, szedł mi bowiem dopiero dwudziesty rok — stawać się coraz stateczniejszy i rozważniejszy w moich myślach i przykładać się bardziej do czytania książek i do nauk, które potem wyszły mi na tak wielki pożytek.
Trzeba jednak powiedzieć, że do tego wszystkiego bardzo wiele przyczyniły się i rozmaite inne przyczyny i przypadki.
Spośród nich za pierwszą, najważniejszą i prawdziwie zbawienną dla mnie okoliczność uważam to, że byłem wtedy tak mocno przykuty do kancelarii, że nie mogłem się z niej nigdzie i w żaden sposób oddalić, i przez to założona mi została, jakby przez sam los, uzda, bardzo potrzebna młodemu człowiekowi; bo choć przez młodość przychodziło mi czasem do głowy pójść gdzieś i się zabawić, to wtedy, a zwłaszcza w pierwszych tygodniach, nie mogłem nawet o tym pomyśleć, lecz musiałem siedzieć w kancelarii bez wychodzenia i nie tylko pracować, ale i co minutę czekać, czy mnie nie zawołają i nie dadzą jakiejś nowej sprawy. A przez ten nieustanny pobyt na zamku uchroniłem się od wszystkich pokus, którym łatwo mógłbym ulec, mając więcej swobody.
Drugą i nie mniej szczęśliwą dla mnie okolicznością uważam to, że w całym naszym towarzystwie kancelaryjnym i w sztabie generała, prócz wspomnianego wyżej adiutanta, nie było nikogo w moim wieku i takiego, kto mógłby być moim kompanem i zapraszać mnie, i zabierać gdzieś ze sobą, lecz wszyscy byli o wiele ode mnie starsi i takich przymiotów i charakterów, które wcale nie przystawały do moich ówczesnych. Spośród tych panów niektórzy wprawdzie oddalali się czasem na zmianę z kancelarii i chadzali do traktierni i innych potrzebnych miejsc, a nierzadko miewali między sobą i schadzki, i kompanie, i choć panowie ci wszyscy mnie lubili i okazywali mi względy, nikomu z nich nigdy nie przyszło do głowy zapraszać mnie i zabierać ze sobą do siebie na kwatery albo w te miejsca, do których chadzali. I nie wiem, czy moja młodość była tego przyczyną, że nie chcieli mnie zaszczycać swoim towarzystwem, czy to, że byłem człowiekiem postronnym i nie należałem właściwie do ich gromady, czy też szczególnie spodobało się to mojemu dobroczynnemu, troszczącemu się o mnie losowi, ale jakkolwiek było, pewne jest, że ja, żyjąc między nimi i mając z nimi codziennie bliską styczność, w istocie byłem od nich wszystkich bardzo oddalony i przebywając ustawicznie między ludźmi, żyłem na uboczu i jakby w zupełnej samotności. Ponieważ bowiem oni nigdy mnie do siebie nie zapraszali, a sam nie byłem natrętny i nie napraszałem się na siłę, nie chodziłem do nich nigdy, lecz znałem tylko swoją kwaterę i kancelarię. To zaś wyszło mi potem na wielki pożytek, gdyż później zobaczyłem, że panowie ci byli takich przymiotów, że chodząc do nich albo z nimi po wszystkich miejscach, niewielu dobrych rzeczy mógłbym się od nich nauczyć, a raczej mógłbym sobie zaszkodzić i się zepsuć.
Co zaś do mego rówieśnika adiutanta, ten biedak był jeszcze bardziej ode mnie związany po rękach i nogach i sam nie mógł oddalić się od generała ani na piędź; a zatem i jego znajomość nie mogła mi zaszkodzić.
Trzecią i szczęśliwą dla mnie okolicznością było to, że gdy po upływie kilku pierwszych tygodni moich pisemnych zajęć zaczęło nie tylko ubywać, ale nierzadko i zupełnie ustawały, tak że niekiedy po kilka godzin przesiadywałem całkiem bez roboty, to z mego od dzieciństwa przyzwyczajenia do ustawicznych zajęć te wolne godziny zaczęły mi się już dłużyć, tak że nie zajmując się niczym, czasem aż tęskniłem od tego. Okoliczność ta była przyczyną, że wpadłem na myśl, by na takie wypadki przynosić z kwatery jakieś książeczki i w wolnym czasie zajmować się ich czytaniem, bo nic innego nie można było tu robić. A z tego wynikło dla mnie wiele pożytków, gdyż, po pierwsze, zajmowałem się w wolnych godzinach pożytecznym dla siebie zajęciem i zdobywałem coraz więcej wiadomości; po drugie, uwalniałem się od nudy; po trzecie, nie pozwalałem moim myślom zajmować się z próżniactwa innymi przedmiotami, które mogłyby obrócić się na moją szkodę i ujmę, a po czwarte wreszcie, tym samym dałem powód memu przyjacielowi, adiutantowi, by wychwalił mi pewną znaną mu książeczkę, a mianowicie: „Rozważania moralne hrabiego Oxenstierny” {„Myśli (moralne) na różne okazje, wraz z zasadami i rozważaniami hrabiego Oxenstierny”, przeł. z francuskiego Kudriawcew. Wydanie drugie: „Rozważania i zasady moralne hrabiego Oxenstierny”, przeł. z francuskiego I. Nieczajew.}. Wychwalił mi ją pod niebiosa i tak mnie tym rozpalił, że postanowiłem koniecznie ją sobie kupić i znalazłszy wolną godzinę, pobiegłem szukać księgarni i o nią pytać.
Dzień, w którym to uczyniłem, był dla mnie prawdziwie błogosławiony i nader pamiętny, gdyż właśnie tego dnia spodobało się losowi otworzyć mi, że tak powiem, po raz pierwszy drzwi do świątyni nauk i ukazać mi jej powaby. Nie potrafię dość opisać, jakim zachwytem zostałem porażony, wszedłszy do tamtejszej księgarni, w której do tego czasu nie zdarzyło mi się jeszcze ani razu być. Jeden z moich towarzyszy Niemców podjął się zaprowadzić mnie do niej i wskazać ów głuchy i nieznany mi zaułek, w którym się znajdowała. Nie bywawszy nigdy w porządnych i dużych księgarniach, oniemiałem na widok niesłychanego mnóstwa nieoprawionych książek, leżących nie tylko w stosach na półkach, ale i rozłożonych na wszystkich stołach i ladach tak, że ich tytuły i nagłówki można było ogarnąć i zobaczyć jednym spojrzeniem. Nie wiedziałem, dokąd i na którą z nich zwracać mój wzrok i którą oglądać najpierw, a którą potem. Kilka minut spędziłem jakby w uniesieniu i nie przeglądałem, lecz pożerałem je wszystkie oczyma. Gdyby było można, wszystkie bym je sobie zagarnął — tak urzekało mnie to niezwykłe dla mnie widowisko. Ale zadowolenie moje było jeszcze większe, gdy zapytawszy o „Oxenstiernę”, usłyszałem, że nie tylko jest, ale mimo swej grubości jest tak tania, że z pieniędzy, które miałem przy sobie, zostało mi jeszcze ponad połowę i mogłem za nie kupić jeszcze kilka książek, których tytuły mi się spodobały.
Z ogromnym zadowoleniem pobiegłem stamtąd do introligatora, by oddać je do oprawy, a tymczasem ze szczególną uwagą zapamiętywałem wszystkie ulice i zaułki, którymi miałbym odtąd chodzić do tej księgarni.
I rzeczywiście nierzadko dostępowała ona zaszczytu moich odwiedzin i przyniosła mi w późniejszym czasie nieocenione pożytki.
Otrzymawszy nazajutrz od introligatora mego „Oxenstiernę”, w tej samej godzinie przystąpiłem do jego czytania. Przez kilka dni czytałem go bez znużenia i choć nie była to książka z najlepszych, mnie posłużyła wtedy ku ogromnemu pożytkowi. Autor mówił w niej o wszystkim na świecie, a i o życiu ludzkim, wpoił mi mnóstwo bardzo dobrych myśli, i to takich, które stały się dla mnie wielką pobudką do porządnego życia i do jak największego stronienia od występków; a co najlepsze, rozbudził we mnie ochotę i do dalszego czytania książek tym podobnych. Słowem, bardzo wiele zawdzięczam tej książce i tak ją pokochałem, że niektóre jej rozdziały wpadłem nawet na myśl tłumaczyć w wolnym czasie; i dziś jeszcze nie mogę na nią spojrzeć bez pewnego uczucia wdzięczności.
Takiż to zbieg różnych okoliczności był przyczyną i pomocą owej wspomnianej, dokonanej wtedy we mnie pierwszej przemiany w myślach i postępowaniu, i od tego czasu, za pomocą dobroczynnych dla mnie niebios, a właściwiej mówiąc, troszczącej się o mnie Opatrzności Bożej, szedłem coraz dalej, jakby po drabinie. Ale o tym będę opowiadał później i w swoim czasie; a teraz, ponieważ list mój już nazbyt się rozrósł, pozwólcie mi zatrzymać się w tym miejscu i powiedzieć Wam, że jestem Waszym niezmiennym przyjacielem itd.
DZIEJE WOJNY
List 65
Drogi przyjacielu! Opowiadając Wam w poprzednich moich listach szczegółowo o wszystkim, co przydarzyło mi się w pierwszych miesiącach naszego pobytu w Królewcu, tak się tym zająłem i tak się o tych drobiazgach rozgadałem, że zupełnie zapomniałem o naszej ówczesnej wojnie i o jej dalszym przebiegu. Historia tej wojny od tego czasu wprawdzie nie jest ściśle związana z moją, ponieważ nie brałem już w niej osobiście udziału, jednak skoro wcześniej zacząłem ją pokrótce opisywać, mam nadzieję, że nie będzie Wam niemiła i dalsza krótka opowieść o tych, jeśli nie wszystkich, to przynajmniej najważniejszych wydarzeniach, które miały miejsce w jej toku.
Wracając więc nieco wstecz, powiem Wam, drogi przyjacielu, że podczas gdy my w opisany wyżej sposób szliśmy z Torunia do Królewca i tu z wolna przyzwyczajaliśmy się do życia, i spędzaliśmy czas nie tyle w trudach, ile w uciechach, na świecie płonął już wszędzie ogień wojny, a ziemia w wielu miejscach broczyła ludzką krwią. Ostatnim razem, gdy pisałem Wam o tej wojnie, miałem już sposobność opowiedzieć Wam, jakie straszne i wielkie przygotowania czyniono we wszystkich walczących krajach do jej kontynuowania i jak wiele potężnych armii przygotowano, by działały jedna przeciw drugiej, skoro tylko nastanie wiosna. Tak się też niebawem stało. Ledwie wiosna zaczęła się otwierać, natychmiast zaczęły się działania wojenne. Rozpoczął je król pruski i jego sprzymierzeńcy, i to tak wcześnie, że wszyscy nie mogli się temu dość nadziwić. Wspominałem Wam już częściowo wcześniej, że tak zwana armia sprzymierzona, złożona z Hanowerczyków, wzmocniona niewielką liczbą wojsk pruskich i dowodzona przez księcia brunszwickiego Ferdynanda, zaczęła prowadzić swoje działania wojenne już na samym początku tego roku, a nawet w samej porze zimowej, i jak wielkie odniosła już sukcesy.
W najkrótszym czasie Francuzi musieli nie tylko porzucić wszystkie zdobyte nad nieprzyjaciółmi korzyści, ale ze wstydem i stratą mnóstwa ludzi wycofać się za rzekę Ren. Jednak sprzymierzeńcy króla pruskiego i tam nie dali im spokoju.
Dzielny książę Ferdynand Brunszwicki, przysłany przez króla do dowodzenia tymi sprzymierzonymi wojskami, pierwszy, i to jeszcze w marcu, otworzył kampanię tego roku i przedsięwziął sprawę doprawdy bardzo ważną i trudną. Polegała ona na tym, by wypędzić Francuzów zupełnie z Dolnej Saksonii i Westfalii; ale ponieważ liczba ich sięgała jeszcze 80 000 ludzi, a on miał nie więcej niż 30 000 tych samych Hanowerczyków, którzy na trzy miesiące wcześniej chcieli już byli całkiem złożyć broń, potrzeba było do tego całej sztuki i zręczności wielkiego wodza. Do tego trzeba jeszcze dodać i to, że armią francuską dowodził już nie dawny słaby książę Richelieu, lecz nowo przysłany przez dwór francuski pan Clermont, uchodzący również za zręcznego generała. Mimo to Francuzom i ta zmiana niewiele pomogła. Książę Ferdynand zaczął wykonywać tak zręczne ruchy, że wkrótce zmusił Francuzów do wyjścia i opróżnienia całkowicie wszystkich ziem brunszwickich, wolfenbüttelskich i hanowerskich; po czym ruszył prosto na miasto Minden i, połączywszy się z innymi oddziałami stojącymi nad Wezerą, nie zwlekając ani chwili, obległ to miasto. Hrabia Clermont, choć wysłał generała Broglie z korpusem dla wsparcia tego miasta, generał ten nie mógł znaleźć sposobności, by przedsięwziąć coś ważnego przeciw sprzymierzonym, lecz musiał być tylko świadkiem tego, jak zdobyli oni to miasto i wzięli do niewoli cały znajdujący się w nim garnizon. To wydarzenie i odebranie wszystkich pozostałych warownych miast, którymi Francuzi byli zawładnęli w ziemi niemieckiej, oraz powszechne sukcesy Hanowerczyków zmusiły Francuzów do wyjścia zupełnie z granic ziem niemieckich i rozlokowania się za Renem na kwaterach kantonowych, co dla wypoczynku uczyniły potem i wojska sprzymierzone, wziąwszy przy rozmaitych okazjach do niewoli do 11 tysięcy ludzi z wojsk francuskich.
Podczas gdy działo się to nad Renem i na najdalszym krańcu ówczesnego teatru wojny, i sam król pruski nie pozostawał bezczynny. Najbardziej niepokoiliśmy go my i nasze ogromne przygotowania do tego, by wkroczyć w samo serce jego ziem brandenburskich. Prusy zostały przez niego porzucone i były całe w naszych rękach. Czuł, że nie zdoła dostatecznie obronić kraju tak oddalonego od pozostałych jego ziem, i dlatego już się o niego nie starał. Ale obrona Brandenburgii nie była tak mało ważna; a ponieważ wojska potrzebne były i w innych miejscach, starał się zaradzić sobie w tym wypadku podstępem i rozmieszczeniem ich w tak dogodnej wzajemnej bliskości, by w razie potrzeby mógł je natychmiast połączyć dla przeprowadzenia jakiejś rozstrzygającej akcji. Okoliczność, że nie było wiadomo, dokąd pójdzie nasza armia — czy na Śląsk, czy prosto do Marchii Brandenburskiej — budziła w nim wątpliwości; przygotował się jednak na oba te wypadki i znając dobrze naszą nieporadność i zwykłą u nas opieszałość, postanowił wykorzystać tę okoliczność i jeszcze przed naszym nadejściem odnieść nad cesarskimi jakieś korzyści.
W takim zamiarze wydzielił przeciw nam tylko bardzo małą liczbę wojsk i postawił je na granicach pomorskich nie tyle po to, by przeszkodzić nam w pochodzie, ile dla śledzenia naszych ruchów.
Przekonanie jego o naszej ociężałości było tak wielkie, że nie dołączył do tego nawet owego niewielkiego korpusu, którym dowodził u niego hrabia Dohna i który przeznaczony był do strzeżenia i obrony całego tego kraju, lecz wysłał go dla obsaczenia szwedzkiej twierdzy Stralsund. Sam zaś, ani trochę nie zwlekając, wyruszył ze swymi głównymi wojskami na Śląsk, by oblec główną śląską twierdzę Świdnicę.
Wymarsz jego w ten pochód nastąpił bardzo wcześnie i wtedy, gdy ani my, ani sami cesarscy najmniej jeszcze myśleli o pochodzie; a pośpiech w tej sprawie, od którego zależało całe jej powodzenie, był tak wielki, że zdążył jeszcze w marcu nie tylko tam przybyć, ale i otworzyć transzeje, a do 4 kwietnia doprowadzić je do stoku bojowego i samej palisady, 5 zaś, przypuściwszy szturm, zmusić tę twierdzę do kapitulacji. Słowem, przedsięwzięcie to udało mu się w najpożądańszy sposób, a zdobycie tej głównej twierdzy nie kosztowało go nawet stu ludzi; on zaś wziął przy tej okazji do niewoli dwóch generałów, 173 oficerów i do 5000 szeregowych.
Zawładnąwszy tą twierdzą, użył znowu sławnego fortelu, czyli podstępu wojennego. Zamierzając niespodzianie napaść na Morawy i zawładnąć cesarską twierdzą Ołomuniec, tak dobrze ukrył swój zamiar, że cesarscy dali się zupełnie oszukać i z poczynionych przez króla przygotowań wnosili, że idzie on do Czech, i dlatego tam zebrali wojska i rozlokowali się pod Náchodem. Ale król zamiast tego szóstego wyruszył na Morawy i, zebrawszy swe wojska pod Opawą, szedł z takim pośpiechem, że jego wojska w trzy dni przeszły 40 mil i 22 kwietnia był już pod Ołomuńcem, a cesarscy w tym czasie nie ruszyli się jeszcze z Czech.
Całe Morawy były wtedy niemal bez obrony. Generał Ville, dowodzący tam nielicznymi wojskami, które ich strzegły, wprowadził swoją piechotę do twierdzy, a sam ze swoją jazdą wycofał się do Brna. Twierdzę Prusacy oblegli natychmiast, skoro tylko przywieziono im działa, i spodziewali się, że wezmą ją równie łatwo i tak samo szybko jak Świdnicę. To samo myśleli wtedy i wszyscy, tym bardziej że twierdza ta nie należała do ważnych i nie była taka, która mogłaby wytrzymać formalne oblężenie i na długo zatrzymać szybki bieg królewskich sukcesów.
Główny magazyn austriacki znajdował się w Litomyślu, na granicy morawskiej.
Nie było prawdopodobne, by Daun zdołał z odległych Czech zdążyć na jego obronę i nie dopuścić, by Prusacy go opanowali. Król istotnie zamierzał wprowadzić to w czyn, a zarazem uderzyć z tej strony na Czechy i tym samym odciągnąć armię cesarską od naszej. Plan ten stanowił jednak tajemnicę, którą król za wszelką cenę chciał ukryć przed cesarskimi. Najsurowiej zakazał całemu wojsku, by przez całe sześć tygodni nikt nie ważył się pisać czegokolwiek z armii. Jego lekkie wojska docierały już swymi zagonami aż do granic samej Austrii. W samej stolicy cesarskiej, Wiedniu, obawiano się już, że król pruski wkrótce nadciągnie i stanie pod jej murami. Słowem, wszystkie okoliczności obiecywały królowi wielkie sukcesy i zapowiadały ważne wydarzenia; jednakże wbrew wszelkim oczekiwaniom stało się zupełnie inaczej.
Oblężenie Ołomuńca przeciągnęło się; zamknięty w nim generał Marschall stawił tak mężny opór, że Prusacy w żaden sposób nie mogli miasta zdobyć, a tymczasem Daun zyskał czas, by nadciągnąć pod Litomyśl, osłonić magazyn i wzmocnić ołomuniecką załogę większą liczbą wojska. Stało się to w samą porę, gdyż oblężenie miasta trwało już od 16 maja, a aproszy doprowadzono aż do samego stoku. Prusacy wpakowali w nie już do 180 tysięcy kul i bomb i pozostawało im tylko przypuścić szturm.
Mimo to Daun po swoim przybyciu przekonał się, że uwolnienie miasta od oblężenia bez stoczenia z Prusakami bitwy jest rzeczą zgoła niemożliwą; że jednak jej wyniku nikt nie mógł z góry przewidzieć, a w razie przegranej mogły wyniknąć dla całej Austrii skutki nader opłakane, Daun uznał za korzystniejsze unikać bitwy i poprzestać na otoczeniu całego obozu nieprzyjacielskiego i niedopuszczaniu do niego żadnych transportów ani posiłków. Dzielny Laudon, który z dobrego żołnierza stał się znakomitym generałem, dowodził lekkimi wojskami cesarskimi. Pod jego wodzą brały one we wszystkich drobnych potyczkach zawsze górę nad Prusakami, a ten rodzaj wojny, niezmiernie Prusakom dokuczliwy, powiódł się wreszcie zgodnie z życzeniem i zmusił ich do porzucenia oblężenia. Na początku czerwca Daun dowiedział się, że do króla pruskiego idą ze Śląska posiłki z wielkim transportem amunicji i kasy pieniężnej; wysłał więc dla ich rozbicia generałów Laudona i Siskovicsa, dając każdemu po 6000 ludzi. Napadli oni na te posiłki niemal w tej samej chwili, gdy miały one wejść w linie pruskie, i rozgromili je doszczętnie. Zabili do 3000 Prusaków, 400 wzięli do niewoli, zdobyli 12 armat i zawładnęli niemal całym transportem.
Tak dotkliwa strata i brak wszystkiego, co potrzebne, zmusiły króla do porzucenia oblężenia tego miasta i odejścia spod niego.
Prusacy przypisywali to niepowodzenie przede wszystkim temu, że ich pułkownik inżynierii Balbi popełnił błąd i zaczął prowadzić aproszy ku miastu ze zbyt daleka, bo o 1500 kroków od twierdzy, przez co upłynęło wiele czasu, nim doprowadzono je do stoku, i zmarnowano na próżno wiele prochu i kul; po wtóre zaś — utracie wspomnianego taboru, liczącego 3000 wozów, którego przy jego długości nie sposób było naraz osłonić na drodze przed napadającymi cesarskimi, ci zaś tak zręcznie przeprowadzili tę sprawę, że z całego mnóstwa fur i wozów ledwie dwustu pięćdziesięciu udało się przedostać do obozu pruskiego, a wśród nich było 37 wozów z pieniędzmi.
Cały świat podziwiał wówczas roztropność Dauna. Uwolnił to miasto od oblężenia, nie tracąc ani jednego człowieka. Umiał uniknąć bitwy i doprowadzić wreszcie przeciwnika do tego, że równie niebezpiecznie było mu ważyć się na bój, jak i kontynuować oblężenie, i tym samym zmusił go do jego porzucenia. Wszakże i król nie mniej wsławił się wówczas swą roztropnością. Nie tylko przeprowadził ten odwrót z takim kunsztem, że cesarscy nic mu przy tym nie zdołali uczynić, lecz także ruszył w stronę, o której nikt nie pomyślał. Zamiast bowiem cofać się na Śląsk, zwrócił się nagle ku Czechom, prosto na ich stolicę, Pragę, i na początku lipca rozłożył się obozem pod Hradcem Králové. Daun i Laudon poszli za nim, jeden po prawej, drugi po lewej ręce, i stanęli obozem naprzeciw niego pod Lubschau.
Teraz zostawmy obie te armie stojące na tych pozycjach i popatrzmy, co tymczasem działo się w innych miejscach.
O ile nieudane było dla króla pruskiego oblężenie Ołomuńca, o tyle pomyślny był natomiast początek kampanii tego lata dla jego sprzymierzeńców, Hanowerczyków. Jego krewny, słynny książę Ferdynand Brunszwicki, starłszy się z armią francuską, dowodzoną przez hrabiego Clermont, pod Krefeld, odniósł nad nią zupełne zwycięstwo. Zwycięstwo to mogło mieć bardzo przykre skutki dla Niderlandów austriackich. Książę Brunszwicki, pokonawszy Francuzów, poszedł dalej, zajął wiele miast, wkroczył do Niderlandów, wziął miasto Roermond, a jego lekkie wojska zapuszczały się zagonami aż pod bramy stolicy, Brukseli; na szczęście jednak zwycięstwo, które wkrótce potem francuski marszałek Broglie odniósł pod Sandershausen nad wojskami heskimi, dowodzonymi przez księcia Isenburga, poprawiło nieco sprawy i złe położenie Francuzów. Po tym zwycięstwie weszli oni do miasta Minden i cała ziemia hanowerska stanęła przed nimi otworem. Tak bardzo pokrzyżowało to wszystkie przedsięwzięcia księcia Ferdynanda, że zmuszony był, porzuciwszy wszystkie swe zdobycze, przejść z powrotem za Ren i iść ku Münsterowi.
Takie były wydarzenia u naszych sprzymierzeńców, a teraz czas już zwrócić się do naszej armii i popatrzeć, cośmy tymczasem robili i co się u nas działo.
Po zajęciu całych Prus przez nasze wojska nasz wódz naczelny, generał hrabia Fermor, rozłożył się, jak już wcześniej wspominałem, kordonem wzdłuż Wisły. W tym położeniu pozostawała armia aż do roztopów i w tym czasie starał się on tylko obsadzić w ten sam sposób naszymi wojskami także przedmieścia Gdańska, tak jak obsadzone były wszystkie inne miasta Prus Polskich: Elbląg, Malbork, Chełmno, Grudziądz i Toruń. Zamiar ten jednak mu się nie powiódł. Mieszkańcy Gdańska nie chcieli tego, ujęli się za nimi ministrowie innych mocarstw, i tak trzeba było tej sprawy zaniechać. Skoro zaś tylko wiosna zaczęła się otwierać, przeprawiono za Wisłę jeden korpus pod dowództwem generała Panina i kazano mu stanąć obozem przy miasteczku Tczewie, a w jakiś czas potem przeprawiła się przez Wisłę pod Tczewem i cała armia i rozłożyła się po tamtej stronie obozem.
Wszyscy myśleli wtedy, że nasza armia bez najmniejszej zwłoki ruszy dalej w pochód i, korzystając z nieobecności króla, pospieszy wkroczyć w granice brandenburskie i rozszerzać dalej swe zdobycze; stało się jednak przeciwnie i ku zdumieniu całego świata stała ona w tym położeniu, nic nie robiąc, kilka tygodni z rzędu. Nikt nie wiedział, co sądzić o takiej opieszałości i czy naprawdę zamierzamy, czy też nie, uderzyć zbrojną ręką na ziemie śląskie i brandenburskie. Przyczyną było zaś, być może, oczekiwanie na inne nasze wojska, idące prosto przez Polskę, a zwłaszcza na nowy, tak zwany korpus obserwacyjny, który posuwał się nader powolnym krokiem. Jakkolwiek bądź, armia nasza stała bezczynnie i nic nie robiła prawie do samego czerwca, a w pochód wyruszyła dopiero pod koniec maja, i nawet wtedy doszła tylko do miasteczka Chojnice, gdzie zatrzymawszy się, znów przestała kilka tygodni.
Tu połączyła się wreszcie cała armia razem, a generał Fermor, wydzieliwszy osobny korpus pod dowództwem hrabiego Rumiancewa do wtargnięcia na Pomorze pruskie, sam skręcił w lewo i ruszył z całą armią do Małej Polski, i po kilku dniach przybył do polskiego miasta Poznania.
W czasie gdy to się działo, przednie oddziały korpusu wysłanego na Pomorze, pod dowództwem generała majora Demiku, wkroczyły w granice Pomorza przy miasteczku Okonek, niedaleko miasteczka Szczecinek. W tym miasteczku Prusacy postawili jednego rotmistrza z kilkudziesięcioma huzarami i dragonami dla śledzenia naszych ruchów.
Chciał on schwytać jedną naszą partię, lecz sam został tak otoczony przez nasze wojska, że musiał trzy razy przerąbywać się przez naszych i z wielkim trudem schronił się w Szczecinku.
Była to pierwsza w tym roku akcja zbrojna i Prusacy nie omieszkali i tym razem oczernić postępowania naszych wojsk w oczach całego świata. Krzyczeli wszędzie, że nasze wojska przy wkroczeniu w granice pruskie także tym razem dopuszczały się nieludzkiego barbarzyństwa i takich okrucieństw, jakich dopuszczały się w roku ubiegłym za feldmarszałka Apraksina. Z rozkazu ich dworu ogłoszono takie wiadomości, których nie sposób było czytać bez gniewu. Pisali, jakoby po wspomnianej potyczce miasteczko Okonek wraz ze wszystkimi okolicznymi wsiami wydano kozakom na łup i że ci nie tylko je obrabowali i doszczętnie spustoszyli, lecz dopuszczali się też niesłychanych nieludzkości. Według ich słów skrzynie i kufry we wszystkich domach zostały rozbite, zboże stratowane i wypasione, bydło rogate, owce i konie zagnane do Polski i tam za bezcen sprzedane, a mieszkańców, choć oddawali chętnie wszystko, co tylko mieli, bezlitośnie siekano nahajkami i męczono. Pastorowi Henselowi z Lomina najpierw odrąbano rękę, a potem zastrzelono go trzema kulami z pistoletu. Landrata Ostena z Burzen i kilku innych pastorów zasieczono knutami na pół na śmierć, od czego landrat zmarł; innego zaś Ostena, sześćdziesięciopięcioletniego starca, obwiązano słomą, podpalono ją i tak zostawiono, przez co postradał życie. Bezeceństw zaś, jakich dopuszczano się wobec kobiet wszelkiego stanu i wieku, nie sposób opisać, i tak dalej. „Spustoszywszy w ten sposób — mówiły dalej te wiadomości — połowę powiatu szczecineckiego, korpus ten kontynuował swój pochód aż do dóbr Draheim w Nowej Marchii i spustoszył w ten sam sposób wspomniane dobra wraz z powiatem drawskim i choszczeńskim w Nowej Marchii. Skoro jednak dowiedzieli się, że idą przeciwko nim niektóre wojska wysłane z Kostrzyna, cofnęli się przez rzekę Drawę z powrotem do Polski i próbowali już tylko tam czynić wypady, gdzie nie spodziewali się napotkać oporu”.
Oto jak pisali o nas Prusacy i być może mieli ku temu nawet powód, gdyż za naszych kozaków nikt nie może ręczyć. Prawdą jest jednak i to, że nikt nie umiał tak bezwstydnie kłamać jak Prusacy i że nie było im nowiną snuć czasem jawne kłamstwa albo przynajmniej robić z każdej muchy słonia. Lecz ja, zostawiwszy to, wrócę do dalszego ciągu historii.
Nasza główna armia, przestawszy w Poznaniu dni dziesięć i przygotowawszy się w pełni do wkroczenia w ziemię nieprzyjacielską, wyruszyła wreszcie 1 lipca w pochód i poszła prosto na Śląsk, kierując marsz ku pruskiemu miastu Frankfurt nad Odrą.
Różne niewielkie partie nieprzyjacielskie spotkały ją zaraz po wkroczeniu w granice pruskie i nasze przednie wojska musiały nieustannie się z nimi potykać. Skoro bowiem tylko król otrzymał wiadomość o zbliżaniu się naszej armii do granic, rozkazał generałowi hrabiemu Dohnie porzucić oblężenie szwedzkiego miasta Stralsund i pospieszyć ku miejscu, w którym zamierzaliśmy wkroczyć, i starać się czynić nam w pochodzie jak największe zatrzymania i przeszkody i wszelkimi sposobami bronić tego kraju przed naszymi wojskami. Generał ten, mając niewielki korpus, rozłożył się za Odrą pod Frankfurtem, a dla zatrzymywania nas i czynienia przeszkód wysłał z oddziałami generałów Canitza, Malachowskiego i Platena, i ci nie omieszkali uczynić wszystkiego, co tylko było w ich mocy. Ponieważ jednak ich oddziały były zbyt małe, nie mogli niczego ważnego zdziałać przeciw tak licznej armii, jaką była wówczas nasza. Choć starali się zasiadać w niektórych miasteczkach, przez które mieliśmy przechodzić, jak również czynić nam przeszkody i niepokój przy przeprawach przez niektóre rzeki, zawsze jednak musieli ze stratą ustępować przeważającej znacznie sile.
Mimo to, ponieważ hrabia Dohna ze swym korpusem zajął pod Frankfurtem taką pozycję, że nasza armia nie mogła wygodnie przeprawić się w tym miejscu przez wielką rzekę Odrę, jak to pierwotnie zamierzała, hrabia Fermor postanowił wyjść znów z granic Śląska, w które był wkroczył, i skręciwszy w prawo, wejść w granice Marchii Brandenburskiej, a przeprawiwszy się ponownie przez Wartę, iść przez Gorzów ku pruskiej twierdzy Kostrzyn, zbudowanej niemal pośrodku Odry, i starać się tę twierdzę opanować, by tu dogodniej było przeprawić się przez wspomnianą Odrę. Generała zaś hrabiego Rumiancewa z osobnym korpusem, złożonym przeważnie z samej jazdy, wysłał dalej w prawo ku Stargardowi, by szukał przeprawy przez Odrę jeszcze niżej i w innym miejscu. Rozporządziwszy tak, wyruszył pod koniec lipca w pochód powrotny z Lubniewic i szedł z takim pośpiechem, że 3 sierpnia doszedł do wsi Kamień Wielki, odległej od Kostrzyna zaledwie o jedną milę, i rozłożył się tu obozem.
Ledwie przybył na to miejsce, postanowiono już nazajutrz uderzyć na Kostrzyn. Twierdza ta, zbudowana na 200 lat przed owym czasem, nie miała z tej strony żadnych zewnętrznych umocnień. Z jednej strony otaczała ją Odra, z drugiej zaś — to jest od naszej — grząskie bagno, które jednak nie było tak szerokie, byśmy nie mogli jej bombardować.
Mimo to uchodziła za bardzo ważną i mocną twierdzę i w tej nadziei mieszkańcy całej okolicy zwieźli do niej swój najlepszy dobytek i mienie, by je bezpieczniej przechować.
Dla zaatakowania jej wysłano generała Stoffelna ze strażą przednią, złożoną z 2000 grenadierów i pewnej liczby lekkich wojsk. Generał ten, przybywszy przed twierdzę i jej przedmieście, ujrzał wbrew wszelkim swym oczekiwaniom cały korpus wojsk pruskich, ustawiony przed bagnem oddzielającym miasto od przedmieścia i liczący do sześciu tysięcy. Widok ten najpierw go zatrzymał i zmusił do cofnięcia się nieco; lecz generał Fermor, który sam przyjechał zaraz za tym generałem, kazał niezwłocznie wspomnianym grenadierom podejść do samych zabudowań przedmieścia, a w tej samej chwili przywieźć armaty i, ustawiwszy je w otwartym polu, bez żadnych okopów i baterii, otworzyć najzaciętszy ogień na mosty oddzielające miasto od przedmieść. W tym samym zaś czasie grenadierzy mieli z taką furią uderzyć na wojska pruskie, że te musiały w największym nieładzie uciekać i ratować się po mostach do miasta.
Tymczasem cała armia podążyła za tą strażą przednią i przyszedłszy pod twierdzę, rozłożyła się przed nią. A ponieważ mieliśmy wówczas znakomitą artylerię, hrabia Fermor, nie zwlekając ani chwili, kazał jej bombardować w najzaciętszy sposób. Nasi artylerzyści dokonali tego z takim kunsztem, że od trzeciej bomby miasto się zapaliło i w ciągu kilku godzin obróciło się w popiół. To szczególne nieszczęście spotkało miasto 2 sierpnia, a stało się głównie dlatego, że owa fatalna bomba trafiła w magazyn pełen słomy, znajdujący się niedaleko prochowni. Wybuchł od tego tak straszny pożar, że nie tylko wszystkie budynki w mieście w niespełna 6 godzin obróciły się w popiół, ale i sami mieszkańcy ledwie zdążyli uratować się na drugi brzeg Odry, skąd musieli patrzeć, jak płomienie pożerają wszystkie ich domy i mienie.
Położenie, w jakim znajdowali się wówczas nieszczęśni mieszkańcy tego miasta, było zaiste straszne i godne pożałowania. Pewien z nich opisał je w swym liście z Berlina najżywszymi barwami; a ponieważ z listu tego najjaśniej można dostrzec, w jak żałosnym stanie znajdowali się wtedy ci nieszczęśni ludzie, przytoczę go wam słowo w słowo.
„Niniejszym zawiadamiam was — pisze on — o opłakanej zagładzie miasta Kostrzyna i o okrutnym losie, który dotknął wszystkich mieszkańców tego zrujnowanego miejsca i zmusił mnie do szukania tu schronienia w takim usposobieniu ducha, jakie stosowne jest do tego zdarzenia. 2 dnia bieżącego miesiąca, o trzeciej po południu, gruchnęła u nas po całym mieście wieść, że rosyjscy huzarzy i kozacy pokazali się na naszych polach miejskich przed krótką groblą.
Wieść ta tym bardziej poruszyła całe miasto, że wiadomo już było o armii rosyjskiej, iż cała ona, zmieniwszy kierunek pochodu i skręciwszy na Gorzów, zbliża się do Kostrzyna.
Z wież, dzwonnic i wałów miejskich widać było wśród huzarów i kozaków kilka osób wysokiej godności, jeżdżących na angielskich, okrytych siatkami koniach i oglądających miasto przez lunety. Gdy jednak z twierdzy oddano do nich kilka strzałów armatnich, oddalili się z powrotem. O tym zdarzeniu doniesiono niezwłocznie stojącemu pod Frankfurtem hrabiemu Dohnie i poproszono o wzmocnienie załogi twierdzy, co też natychmiast uczyniono, a zarazem przysłano nowego komendanta, pułkownika Schacka.
„3 dnia otrzymano wiadomość, że generał Fermor jadł tego dnia obiad z wieloma innymi generałami w Witnicy, o dwie mile od Kostrzyna, i że rozmawiano tam o wczorajszym rozpoznaniu, o położeniu twierdzy, o budowaniu baterii i o tym, co przedsięwziąć dnia następnego. Mimo to w Kostrzynie nie odczuwaliśmy jeszcze żadnego strachu i spaliśmy tej nocy spokojnie, póki nie obudziła nas rano, o 4 godzinie, strzelanina naszych huzarów z nieprzyjacielskimi i kilka strzałów armatnich. Wbiegliśmy na wieże i ujrzeliśmy całe pole za naszym przedmieściem aż po sam las pokryte nieprzyjacielskimi i naszymi lekkimi wojskami, strzelającymi do siebie nawzajem. Około dziesiątej zaś ujrzeliśmy przez lunetę ogromną kolumnę nieprzyjacielskiej piechoty, idącą od Dąbroszyna i Warnic ku naszej winnej górze. Ledwie zbliżyła się do tej góry, ustawiła na niej swe armaty i zaczęła z nich prowadzić tak zaciekły ogień kartaczami do naszych huzarów, że ci wraz z resztą naszych wojsk musieli w wielkim pośpiechu wycofać się do twierdzy. Potem nie minęło jeszcze i pół godziny, a nieprzyjaciel rzucił na nas takie mnóstwo bomb i kul zapalających, że nasze miasto od razu zapaliło się w trzech miejscach, a ogień z powodu ciasnej i zwartej zabudowy tak się wzmógł, że nie można go już było w żaden sposób ugasić. To oraz nieustanny lot bomb wprawiły wszystkich mieszkańców w taki strach i osłupienie, że wszyscy zaczęli myśleć już tylko o ratowaniu samego życia i o ucieczce w pole.
„Tych bomb i kul zapalających było tak wiele, że zdawało się, jakby całe niebo się rozwarło i spuściło na nas deszcz ognisty, i dlatego wszędzie, gdzie tylko zwrócić wzrok, widać było walące się domy, przygniatające swych właścicieli. O gaszeniu tego pożaru nikt nie mógł nawet pomyśleć, a wszyscy, którzy tylko mogli się ruszać, rzucili się do ucieczki. Nawet niemowlęta przy piersiach zrozpaczonych matek, nawet chorzy leżący w łóżkach ledwie mieli czas, by porzuciwszy wszystko, na wpół nadzy, uciec z ginącego miasta. Zewsząd słychać było jedynie jęki, żałosne krzyki i szlochy, zwłaszcza tych, którzy przebiegli za Odrę i widzieli stamtąd ogień i dym, pożerający całe ich mienie i dobytek i unoszący je ze sobą w obłoki.
Bardzo wielu ludzi zginęło wówczas w samym ogniu i płomieniach. Mnóstwo innych zostało przygniecionych przez walące się domy i udusiło się w piwnicach, gdzie szukali ratunku przed bombami.
Sam ledwie miałem dość czasu, by narzucić na siebie odzienie, a bomby już nad moją głową rozrywały się ze strasznym trzaskiem. Nie pozostawało wtedy myśleć o niczym innym, jak tylko o ratowaniu żony i dzieci. Zerwali się z łóżek i tak jak spali, na wpół nadzy, musieli spieszyć za mną i zostawić całe nasze mienie i dostatek na pastwę ognia i płomieni. Nie zdążyliśmy jeszcze dobiec do placu, gdy jedna bomba, która spadła nam pod nogi, powaliła nas na ziemię i rozerwała się z przeraźliwym trzaskiem. Na szczęście jej odłamki nas nie zraniły. Cały lud pędził i uciekał za bramy, i każdy spieszył ratować się w tym, w czym był, porzucając wszystko, co tylko miał na świecie. Kilkuset podążyło za nami, tak samo na wpół nagich jak my, i zostawiało swoje domy, a w nich wielu po kilka tysięcy pieniędzy. Straciliśmy wszystko i udało mi się uratować tylko własne życie i życie moich domowników, i za to jeszcze dziękuję Bogu.
„Nieszczęśliwymi stali się nie tylko my, mieszkańcy tego miasta, lecz i wielu przyjezdnych, którzy uciekli do nas do miasta ze swym najlepszym dobytkiem, a przy tej okazji zginęło także mnóstwo sprzętów kościelnych, przysłanych tu z różnych miejsc na przechowanie. Ponadto nie możemy odnaleźć wielu ludzi i nie wiemy, gdzie się podziali. Żar i gorąco od ognia i płomieni były tak wielkie, że stopiły się od nich nawet same armaty w cejghauzie. Most zbudowany przez Odrę spłonął cały, a nawet same izbice, zrobione dla powstrzymywania kry, obgorzały aż po samą wodę. Jednym słowem, był to widok najstraszliwszy i taki, że wątpię, czy od czasu zburzenia Troi i Jerozolimy był na świecie podobny przykład, by miasto zginęło w tak straszny i opłakany sposób w ciągu kilku godzin i zostało pochłonięte przez ogień i płomienie. Mimo to wały i umocnienia miejskie pozostały całe i nienaruszone”.
Oto jak zginęło to pruskie miasto od naszego okrutnego bombardowania. Ponieważ jednak spłonęły tylko same domy, umocnienia zaś pozostały całe, a załoga mimo to i mimo wszystkich naszych wielokrotnych wezwań i najdotkliwszych gróźb w żaden sposób nie chciała się poddać, nasi musieli potem rozpocząć formalne oblężenie; o tym zaś tak udanym i szybkim spaleniu miasta wysłano do dworu umyślnego kuriera z doniesieniem.
Lecz list mój tak się już rozrósł, że czas go już zakończyć, a opowieść o dalszych wydarzeniach zostawić na przyszłość; zakończę go więc, mówiąc wam, że jestem zawsze waszym czcicielem, waszym i tak dalej.
BITWA POD SARBINOWEM
List 66
Mój drogi przyjacielu! Wspomniane spalenie Kostrzyna narobiło wówczas na świecie wiele hałasu. Wielu nas winiło za tak niezasłużoną ruinę biednych mieszkańców, inni zaś usprawiedliwiali to wprowadzonym już na świecie obyczajem wojennym, który pozwala na takie działania. Co się tyczy nas, będących wtedy w Królewcu, to otrzymując niemal codziennie wiadomości o wszystkich wydarzeniach w armii, usłyszawszy o tym, nie mogliśmy nie ucieszyć się z tego zdarzenia, wszyscy bowiem nie wątpiliśmy, że po takim nieszczęściu miasto nie zdoła długo się utrzymać, lecz będzie zmuszone wkrótce się poddać. Nie umiem wam opisać, z jaką niecierpliwością czekaliśmy potem codziennie na kuriera jadącego z kluczami miasta Kostrzyna do dworu; tak bardzo bowiem byliśmy pewni, że miasto to wkrótce będzie w naszych rękach. Los jednak zechciał rozporządzić inaczej i sprawić to, czego najmniej się spodziewaliśmy.
Nie minęło kilka dni, gdy przez Królewiec przegalopował jako kurier do dworu pułkownik Rosen. Wszyscy staraliśmy się wtedy z największą ciekawością dowiedzieć, z jaką to wiadomością jedzie, i usłyszeliśmy, że wysłano go z wieścią o niezwykle zaciętej bitwie, jaką nasi stoczyli z Prusakami, o której wprawdzie mówiono, że nasi ją jakoby wygrali i odnieśli nad Prusakami zwycięstwo, lecz mina tego pułkownika wydała się nam tak niewesoła i posępna, że nie wiedzieliśmy, co myśleć, i zaczynaliśmy już mieć pewne wątpliwości. W tej niepewności pozostawaliśmy nie dłużej niż dwa lub trzy dni, to jest póki nie przyszła poczta i nie przywiozła nam gazet berlińskich. Wyobraźcie sobie jednak, drogi przyjacielu, jaki był nasz gniew i żal, gdyśmy z nich wyczytali, że nasza armia miała do czynienia z samym królem i że jakoby została przez niego rozbita na głowę, tak że liczba samych zabitych u nas sięgała 20 tysięcy ludzi, i że zabrali nam 103 armaty, 27 sztandarów i całą kasę polową, wynoszącą do 85 tysięcy rubli. Osłupieliśmy, czytając to; lecz najbardziej nieznośne było dla nas to, że o własnej stracie pisali, jakoby wynosiła w zabitych nie więcej niż 563 ludzi. Tak bezczelne kłamstwo było aż nazbyt oczywiste. „Zmiłujcie się, moi panowie — mówiłem tym, którzy w to wierzyli — czyż nasi nie mieli rąk i sami tylko nadstawiali karki i dawali się rąbać bez żadnej obrony? Przecież sami mówią, że bitwa trwała cały dzień i była najzaciętsza.
Jakimże więc sposobem straty obu stron są aż tak niewspółmierne? Nie — mówiłem dalej — bitwa z pewnością była, ale jakoś nie tak, tylko przebiegała inaczej”.
To nas istotnie nieco pocieszało; a wkrótce potem okazało się, że moje przypuszczenie było w samej rzeczy słuszne i że zwycięstwo to wcale nie było dla Prusaków tak wielkie, jak się zrazu przechwalali. Abyście jednak mogli mieć jaśniejsze pojęcie o tej naszej sławnej i pamiętnej bitwie, opowiem wam cały jej przebieg dokładniej.
Skoro tylko nasza armia we wspomniany sposób zbliżyła się do granic brandenburskich i w nie wkroczyła, dano o tym natychmiast znać królowi pruskiemu. Znajdował się on wówczas w Czechach i zamierzał iść na Pragę, by opanować tę stolicę Czech. Nic nie mogło być wtedy dla króla pruskiego bardziej przykre niż ta wiadomość, a zwłaszcza zanoszone skargi na czynione przez nas zniszczenia i spustoszenia. Głowę miał pełną wspaniałych zamysłów, a serce nadziei na odniesienie wielkich korzyści nad cesarskimi; i pośród tych właśnie dalekosiężnych zamysłów ujrzał się zmuszony, porzuciwszy wszystko, gnać co prędzej ku nam i starać się obronić samo serce swego państwa przed naszą napaścią. Ku większemu jeszcze jego zmartwieniu otrzymał wiadomość, że i sami Szwedzi, uwolniwszy się od oblężenia w Stralsundzie, wkroczyli bez przeszkód w jego granice i zbliżali się już do samej jego stolicy, Berlina. Wszystko to zmusiło go, by zabrawszy 14 batalionów piechoty i 33 szwadrony jazdy, nie iść, lecz biec na obronę swej Brandenburgii. Szybkość tego marszu była tak wielka, że w dwa tygodnie przeszedł ponad 120 mil, czyli około 900 wiorst, i ku szczególnemu naszemu nieszczęściu zdążył jeszcze w porę pod Kostrzyn. Przyjechał do Frankfurtu nad Odrą akurat w tym czasie, gdy nasi oblegali Kostrzyn, i słychać tam było wszystkie nasze strzały armatnie. Gniew jego był tak wielki, że zatrzymawszy się tu na nocleg i patrząc, stojąc na ganku jednego domu, na przechodzące obok wojska, stał jak osłupiały i tylko zażywał tabakę przy każdym usłyszanym naszym wystrzale. Gdy zaś przybył do Kostrzyna i ujrzawszy jego żałosny stan, dowiedział się, że komendant popełnił przy obronie tej twierdzy wielkie błędy, a ten, widząc jego gniew, zaczął się usprawiedliwiać, był tak rozdrażniony, że rzekł komendantowi: „Nie na ciebie się gniewam, lecz na siebie, że zrobiłem cię komendantem”.
Tak pałając gniewem i żądzą zemsty na nas, nie zwlekał ani chwili, lecz połączywszy się tu z wojskami hrabiego Dohny, postanowił, przeszedłszy rzekę, natychmiast na nas uderzyć. Ponieważ jednak w samym Kostrzynie z powodu spalenia mostu przejść nie było można, wybrał sobie do przeprawy inne miejsce, kilka wiorst poniżej Kostrzyna. Tu w mgnieniu oka stanął u niego most, a on, korzystając z naszej nieuwagi i zaniedbania tego miejsca, przeprawił całą swą armię w jedną noc, i to tak pomyślnie, że nasi nie zdążyli uczynić mu w tym najmniejszej przeszkody, a on nie tylko nie stracił przy tym ani jednego człowieka, lecz także odciął nas przez to od korpusu Rumiancewa, znajdującego się dalej w dół Odry i w znacznej odległości od armii.
Ledwie przeszedł tę ważną przeszkodę, korzystając z każdej chwili i nie dając nam czasu, byśmy się należycie przygotowali na jego przyjęcie, ruszył ze zwykłą sobie zręcznością i szybkością natychmiast do ataku na naszą armię.
Nie inaczej myślał, jak tylko że zastawszy nas w nieładzie, pobije nas wszystkich jak świnie, a spodziewał się tego tym bardziej, że jego ówczesna armia była niewiele mniejsza od naszej. W tym mniemaniu jednak się zawiódł. Generał Fermor, przewidziawszy zamiar królewski, zdążył w porę odejść od miasta i stanąć w bardzo korzystnym miejscu w szyku bojowym. Cały nasz front osłaniał grząski strumień, skrzydła zaś osłaniały wsie Quartschen i Piker, a cała armia ustawiona była w wielkie karé, czyli czworobok. Król ucieszył się, zastawszy ją w takim położeniu. Uważał takie ustawienie wojsk do bitwy za najgorsze ze wszystkich, ponieważ całe wnętrze takiego karé, czyli czworoboku, napchane było i wozami, i jazdą, i najpotrzebniejszymi taborami, a wszystko to nie tylko ogromnie przeszkadzało w ruchach wojsk podczas bitwy, ale miało też ten korzystny dla nieprzyjaciela skutek, że z wszystkich jego kul nie przepadła ani jedna, lecz każda wyrządzała szkodę, wpadając w tę ogromną ciżbę ludu, a gdy przeleciała bez szkody przez front przedni, trafiała w jazdę i tabory wewnątrz karé i je rozbijała; nic więc dziwnego, że w tej bitwie jednej nieprzyjacielskiej kuli zdarzyło się w jednym naszym pułku grenadierów zabić i poranić całych 48 ludzi. A jaki zamęt wywoływały te kule we wspomnianych taborach wewnątrz karé, tego nie sposób opisać.
Ledwie Prusacy zaczęli ze swej artylerii, a zwłaszcza z ciężkich armat, prowadzić najzaciętszy ogień na nasz front, ich kule zaczęły wkrótce jaszcze, fury i inne wozy gruchotać, przewracać, rozrywać i wprawiać w nieopisany zamęt; a ponieważ konie, które pourywały się od wielu z nich, wpadły w szał i pędziły prosto na front i w szeregi, zwiększyło to jeszcze bardziej powstałe już zamieszanie i nieład, tak że nasi dowódcy ujrzeli wtedy, choć już za późno, że postąpili bardzo źle. By choć trochę zaradzić temu złu, porwali się dopiero wtedy wyprowadzać wszystkie te zbędne ciężary i tabory precz z karé; lecz tym jeszcze bardziej całą sprawę zepsuli i tak sobie związali ręce, ponieważ w tym właśnie czasie król pruski zaczął obchodzić nasze prawe skrzydło, by uderzyć na nas, wedle swego zwyczaju, ukośnym szykiem w flankę, a licząc na pewno, że nas rozbije, zechciał dla naszej całkowitej zguby uczynić nam niemożliwym nawet sam odwrót i w tym celu zawczasu wysłał swe lekkie wojska i kazał zniszczyć i popsuć wszystkie mosty i grobli przez rzeczki, strumienie i bagna na tyłach naszej armii; wyprowadzone więc z karé nasze tabory, zastawszy je zniszczone, musiały się zatrzymać i nagromadziło się ich tam ogromne mnóstwo; od tego właśnie powstało straszne i takie zamieszanie, że nasi dowódcy, choć widzieli wtedy, że należało co prędzej zmienić pozycję swego wojska, było to już za późno i niemożliwe, gdyż król, nie tracąc ani chwili, zaatakował z największą siłą i pośpiechem nasze prawe skrzydło i zmusił nas tym do wejścia w bój, i wtedy rozgorzał nagle najzaciętszy ogień, tak z armat, jak i z broni ręcznej.
Na tej flance stał wówczas u nas tak zwany nowy korpus Szuwałowa, czyli obserwacyjny, złożony wprawdzie z najlepszych ludzi, ale takich, którzy nigdy nie byli w akcji i w ogniu.
Mimo to wytrzymał on cały okrutny ogień pruski z największym męstwem i powstrzymał cały napór pruskich grenadierów na siebie, tak że musieli się oni najpierw zatrzymać; a gdy w tym samym czasie nasza jazda, ujrzawszy odsłonięte pruskie lewe skrzydło, rzuciła się na nie i dzielnie w nie wrąbała, musieli się oni zmieszać i cofnąć. Ledwie Fermor to ujrzał, uznawszy to, choć o wiele za wcześnie, za zupełne zwycięstwo, kazał w niektórych miejscach rozerwać front swego karé, by przepuścić jazdę, wysłaną przez niego w pościg za uciekającymi; to zaś zepsuło całą sprawę. Gdy bowiem pomknęła ona z ogromnym krzykiem i wrzaskiem i wzbiła straszny kurz, a ten na nieszczęście wraz z dymem niosło wiatrem na naszą drugą linię i zrobiła się od tego taka ciemność, że nic nie było widać z bliska — wspomniana nasza druga linia, wziąwszy ją za nieprzyjacielską, otworzyła do niej silny ogień od tyłu, a od przodu spotkał ją ich dzielny generał Seydlitz, który ze swą jazdą nadciągnął na wsparcie cofających się wojsk pruskich, i z ogromnym impetem uderzył na nią trzema kolumnami; w mgnieniu oka została więc nie tylko odparta, lecz doprowadzona do tego, że pomknęła na własną piechotę; a w tym samym czasie na naszą piechotę z boku napadł jeszcze inny korpus jazdy pruskiej i powstało stąd zupełne rozprzężenie, a ponieważ w kurzu i dymie nasi zupełnie pomieszali się z nieprzyjaciółmi, rozpoczęła się taka mordercza walka, jakiej żadne pióro nie jest w stanie opisać.
Prusacy, którym wszystkim jeszcze przed bitwą surowo nakazano nikomu nie dawać pardonu, rąbali bez żadnego miłosierdzia wszystkich, kogo tylko mogły dosięgnąć ich szable, i z taką zajadłością, że nawet płomienie płonącej wówczas wsi Sarbinowo nie mogły ich w żaden sposób powstrzymać; kilka bowiem pułków pruskich dragonów, przegalopowawszy przez płomienie, napadło również na naszą piechotę i siało mord, a ich dzielny generał Seydlitz, rozbiwszy naszą jazdę i skończywszy z tą sprawą, podjął się innej, niemal niesłychanej dotąd rzeczy. Porwawszy swój pułk kirasjerów, napadł z szablami w dłoniach na naszą główną baterię, złożoną z ciężkich armat, i opanowawszy ją, rzucił się również na piechotę; a ponieważ w ten sposób była ona atakowana i bezlitośnie bita od przodu, od tyłu i z boków, nic dziwnego, że nie pomogło jej całe jej męstwo, lecz całe nasze prawe skrzydło doprowadzone zostało do rozprzężenia i do takiego nieładu, że nie było już ani frontu, ani linii, lecz żołnierze, rozproszywszy się, ostrzeliwali się z Prusakami już tylko kupkami i nie tyle już walczyli, ile odwracali się i sprzedawali swe życie nieprzyjaciołom bardzo drogo. Sami Prusacy mówią, że ukazał im się wtedy taki widok, jakiego nigdy jeszcze nie widzieli. Widzieli wszędzie Rosjan w małych i dużych kupkach i gromadach, stojących po wystrzelaniu wszystkich swych ładunków jak z kamienia i broniących się do ostatniej kropli krwi, i łatwiej im było ich zabijać, niż zmusić do ucieczki. Wielu, przestrzelonych na wylot, nie przestawało trzymać się na nogach i dopóty walczyć, dopóki mogły ich nosić nogi; inni, straciwszy rękę i nogę, leżeli już na ziemi, a nie przestawali jeszcze drugą, zdrową ręką bronić się i szkodzić swym nieprzyjaciołom, i nikt prawie spośród nich wszystkich nie prosił o pardon.
Z taką zaciekłością walczono z obu stron w tej krwawej bitwie.
A do tego wszystkiego dołączyło się jeszcze inne nieszczęście. Ponieważ we wspomniany sposób całe nasze prawe skrzydło zostało pomieszane i rozbite, a wielu zapędzono w bagna i przegnano aż do samego taboru, nasi żołnierze rzucili się na beczki markietanów z wódką, które wpadły im w oczy, i rozbiwszy je, pili ten trunek jak bydło i upijali się nim do nieprzytomności. Na próżno oficerowie i ich przełożeni rozbijali te beczki i wylewali wódkę na ziemię — żołnierze kładli się na ziemi i ssali ten miły sobie napój z samej ziemi. I ilu ich tu pomarło od samej wódki, ilu zginęło od samej tylko zajadłości, jaką w nich ta wódka wzbudziła. Wielu w zamroczeniu rzucało się na własnych oficerów i ich zabijało, inni jak wściekli i obłąkani błąkali się, gdzie popadnie, i nie słuchali nikogo, ktokolwiek by im co rozkazywał.
Oto co działo się na naszym prawym skrzydle i jak walczono tu od samego rana do połowy dnia; na lewym zaś do tego czasu nie działo się jeszcze nic, lecz teraz i na nie przyszła kolej. Prusacy zaatakowali i je, lecz zastali tu już nie ludzi z nowego korpusu, ale stare pułki i ludzi, którzy widzieli już nieprzyjaciela, i dlatego nie tylko nie zdołali ich złamać, lecz sami jeszcze zostali przez nich odparci i obróceni w ucieczkę. Już uciekali na oczach samego swego króla jak bydło, a nasi gnali ich i bili bez litości; już zapędzili ich w bagno i opanowali ich baterię; już niewiele brakowało, by w tej sprawie nastąpił wielki i dla nich nader niekorzystny zwrot; już zwycięstwo zaczęło całkiem przechylać się na naszą stronę; już sam król znajdował się w takim niebezpieczeństwie, że tuż obok niego zabito jego paziów, a jednego z jego adiutantów wzięto do niewoli, i on sam już zupełnie zwątpił w zwycięstwo — gdy nagle pędzi i tutaj ten sam Seydlitz ze swą jazdą i nie tylko powstrzymuje naszych w natarciu, lecz także swoich uciekających, i wznawia na nowo całą zaciętość bitwy. Wytrzymuje cały okrutny ogień kartaczowy i karabinowy, prowadzony do niego, po czym sam napada na naszą jazdę. Rozstrojona ich piechota znów formuje szyki i, nabrawszy otuchy, wspiera go w natarciu i wznawia z nami bój. A wszystko to wywołało i na tym skrzydle taką samą morderczą i bezładną walkę, jak na naszym prawym skrzydle, a zajadłość z obu stron była przy tym tak wielka, że znaleziono jednego z naszych wojaków, który, sam już śmiertelnie ranny, leżał na Prusaku, również konającym od ran, i gryzł go zębami; doszło wreszcie do tego, że z obu stron wystrzelano już cały proch i zaczęto walczyć na szpady i bagnety, i tak ciągnięto, póki zapadła noc nie położyła kresu temu wzajemnemu mordowi i nie zmusiła tak nas, jak i Prusaków, wyczerpanych już do cna, do odpoczynku. I wtedy ujrzano, że obie armie, w dymie i w mroku obróciwszy się frontami, stanęły na pobojowisku w poprzek w taki sposób, że połowa zabitych i rannych została u nas, a druga u Prusaków, i mnóstwo naszych armat dostało się w ręce Prusaków, a niemała liczba pruskich — nam; to zaś było przyczyną, że obie strony miały pewne prawo przypisywać sobie zwycięstwo, w istocie zaś prawie nikt nikogo nie zwyciężył. Mimo to w tej okrutnej i krwawej bitwie straciliśmy więcej niż Prusacy.
Stracili oni w zabitych nie więcej niż 3400 ludzi, w rannych 7000, a do niewoli dostało się do 2000, razem nieco ponad 12 tysięcy, a w zdobyczy otrzymaliśmy 26 armat i kilka sztandarów.
My zaś w samych zabitych straciliśmy do 10 000, a w rannych i wziętych do niewoli drugie tyle, tak że cała nasza strata sięgała 21 tysięcy, w tym mnóstwo generałów, oficerów sztabowych i starszych; armat zaś straciliśmy ponad sto, a sztandarów 37. A wszystko to stało się dlatego, że rozwścieczony złością na nas król pruski jeszcze na początku bitwy surowo rozkazał nie oszczędzać nas ani trochę.
Zresztą to nieszczęście przypisywano przede wszystkim naszemu tak sławnemu nowemu korpusowi obserwacyjnemu, który nie tylko pierwszy się zachwiał, lecz rzuciwszy się na beczki z wódką i rozbiwszy je, upił się, a potem zaczął burzyć się bez żadnego porządku i strzelać bez żadnego rozeznania, i do swoich, i do nieprzyjaciół. Nieład był tak wielki, że nasi generałowie utracili wszelkie dowództwo i zamiast porządkować wojska, musieli sami myśleć o ratowaniu własnego życia. A ponieważ nasze wojska tak były pomieszane z nieprzyjacielskimi, że nikt nie wiedział, dokąd uciekać i gdzie się zbierać, nic dziwnego, że najlepsi i najgorliwsi generałowie dostali się do niewoli nieprzyjaciela.
Wśród nich znajdowało się dwóch generałów poruczników, Sałtykow i hrabia Czernyszow, generał major Manteuffel i dwóch brygadierów, Tiesenhausen i Sievers. Rannych zaś było mnóstwo; lecz najbardziej żałowano generała en chef, starego Browne'a, który otrzymał ponad 17 ran w głowę.
Całą noc po tej okrutnej i krwawej bitwie obie armie przestały na pobojowisku pod bronią i nikt nie mógł przypisać sobie wprost zwycięstwa. Nazajutrz bitwa omal nie zaczęła się na nowo. Wszyscy radzili Fermorowi, by się na nią odważył, i szczęśliwi bylibyśmy, gdyby poszedł za tą radą. Moglibyśmy z pewnością zwyciężyć i rozbić króla doszczętnie, gdyż nie miał on już prochu prawie ani na jeden nabój. Lecz najwidoczniej losowi upodobało się, by chwałę tego dnia zdobyli nie my, lecz król pruski. Hrabia Fermor stchórzył i zrobił rzecz najgłupszą: napisał list do nieprzyjacielskiego generała Dohny i prosił o rozejm na trzy dni dla pogrzebania zmarłych oraz o wydanie paszportu na przejazd rannemu generałowi Browne'owi. Taki niezwykły i niemający jeszcze przykładu postępek dodał nieprzyjacielowi pychy. Hrabia Dohna odpowiedział mu takim samym, lecz nader wyniosłym listem. Pisał, że ponieważ król, jego pan, odniósł zwycięstwo, to on też będzie miał staranie o rannych. I ta przykra, nierozważna i nader niewczesna korespondencja posłużyła potem królowi pruskiemu za dowód, że zwyciężył. Lecz i tego było jeszcze mało: nasz sławny generał Fermor zrobił jeszcze gorzej: zamiast spróbować jeszcze swych sił, cofnął się tego dnia do swego wagenburga i tym samym wypuścił z rąk zwycięstwo; ten zaś nasz odwrót dał królowi powód, by już jawnie ogłosić swe zwycięstwo i chlubić się nim.
Mimo to sam był tak osłabiony, że nawet nie pomyślał, by nas ścigać i dalej nam dokuczać; lecz jeszcze tego samego dnia i on wycofał swą armię, a sam wrócił do Kostrzyna.
Tak zakończyło się to sławne wydarzenie; i choć nie można powiedzieć, by król nas całkowicie zwyciężył, to jednak cała korzyść z tej bitwy przynajmniej pozostała po jego stronie, gdyż nasza armia, straciwszy nie tylko mnóstwo ludzi, lecz także prawie całą artylerię i kasę, nie była już w stanie niczego więcej przedsięwziąć; i zamiast iść dalej, musiała pomału cofać się coraz dalej wstecz i wreszcie zupełnie wrócić na swe dawne kwatery zimowe do Prus, król pruski zaś zyskał swobodę, by ze swymi wojskami wrócić znów na Śląsk i zdążyć jeszcze zawczasu, by powstrzymać postępy czynione przez cesarskich.
Zresztą wielce przyczyniło się do naszego nieszczęścia i to, że nasza armia nie cała znajdowała się w tej akcji, lecz bardzo duży jej korpus, pod dowództwem hrabiego Rumiancewa i Stoffelna, znalazł się o kilka mil w oddali i nie mógł zdążyć na bitwę. Ku większemu jeszcze nieszczęściu okoliczności nie pozwoliły temu korpusowi nadciągnąć i nazajutrz do głównej armii, w której przydałby się bardzo w porę i mógłby osłabionego króla rozbić na głowę. Jeden z naszych głównych generałów, a mianowicie książę Aleksander Michajłowicz Golicyn, uszedłszy z pola bitwy, przygalopował ledwie żywy do tego korpusu i zapewnił go, że cała nasza armia rozbita jest na głowę i że nie ma dla niej żadnego ratunku; to zaś zmusiło ten korpus, by zamiast spieszyć na pobojowisko, myślał o własnym ratunku i o odwrocie okrężnymi drogami z powrotem ku miejscu, gdzie pozostawiono nasz wagenburg. Słowem, cały zbieg okoliczności był dla nas nieszczęśliwy, a jedyna korzyść, jaka nam z tej bitwy wynikła, była ta, że nasze wojska wsławiły się w niej nieopisanym męstwem i nieugiętością. Sam król przeraził się, ujrzawszy, z jaką niezłomnością i nieustraszonością walczyła nasza piechota, a Prusacy sami pisali w swych relacjach, że łatwiej nas zabijać, niż zmusić do ucieczki, i że nasi żołnierze dają się zabijać przy swych armatach i przy beczkach z wódką, i że przestrzelenie człowieka na wylot nie wystarcza jeszcze, by go całkiem powalić. Słowem, wszyscy Prusacy od tego czasu zaczęli już inaczej myśleć o naszych wojskach i przestali uważać naszych żołnierzy za takie świnie, za jakie uważali ich wcześniej. A chłopi byli na nich tak zawzięci, że gdy Prusacy spędzili ich kilka tysięcy i kazali kopać doły i grzebać zabitych, wrzucali do nich nie tylko martwe ciała, lecz i samych ciężko rannych, leżących bezradnie na pobojowisku, i zakopywali ich żywcem w ziemi. Na próżno ci nieszczęśnicy wznosili krzyki, prosili o miłosierdzie i z jękiem wytężali ostatnie siły, starając się wydostać spod martwych ciał; nowo narzucane na nich zwały przygniatały ich i pozbawiały ostatniego tchu. Sami pruscy pisarze nie wstydzili się odnotowywać tej okoliczności w swych historiach tej wojny, podobnie jak i tej niezbyt chwalebnej cechy samego króla pruskiego, który, gdy wzięci do niewoli nasi generałowie, hrabia Czernyszow, Sałtykow, Sułkowski i inni, zostali mu po bitwie przedstawieni, rzuciwszy na nich pogardliwe spojrzenie i odwróciwszy się od nich, rzekł:
„Nie mam Syberii, gdzie mógłbym ich zesłać, więc wrzućcie ich do kazamat kostrzyńskich. Sami przygotowali sobie takie dobre kwatery, niech więc teraz w nich postoją”.
Ten jego rozkaz został istotnie wykonany, jakkolwiek gniewał się na to i okazywał swe niezadowolenie komendantowi kostrzyńskiemu hrabia Czernyszow. Pytał go: „Czyżby kazamaty przeznaczone były na mieszkanie dla wodzów?”, lecz komendant odpowiedział mu: „Pan, mój panie, nie zostawił w mieście ani jednego całego domu, gdzie można by panu wyznaczyć kwaterę, musi więc pan być zadowolony z tych”. I tak, choć się złościli, musieli leźć do tych kamiennych piwnic, zrobionych pod wałami miejskimi. Przebywali w nich jednak tylko kilka dni, a potem król pozwolił im wynająć sobie kwatery na przedmieściu kostrzyńskim, które ocalało od pożaru.
Od tego czasu aż do samej zimy nie zaszło u nas z Prusakami nic ważnego, prócz pierwszego oblężenia i bombardowania pomorskiej nadmorskiej twierdzy Kołobrzeg. Na tę wyprawę wysłano generała majora Palmenbacha, lecz i ona okazała się również nieudana. Generał ten myślał zastraszyć to miasto takim samym spaleniem jak Kostrzyn. Kilka razy posyłał żądanie kapitulacji; a gdy mu odmówiono, choć cały miesiąc stał i nieustannie bombardował, nie mógł tej twierdzy nic uczynić. Wszystkie jego starania, by ją podpalić, były bezskuteczne. Musiał więc kopać okopy, i choć zbliżył się nimi dość blisko do miasta, ponieważ jednak jego korpus był zbyt mały, nie mógł się odważyć na szturm; gdy zaś dołączyło się do tego i to nieszczęście, że wysłane do niego statki z prowiantem i amunicją rozbiła na morzu niepogoda i zaczęło mu brakować prowiantu, musiał wreszcie to oblężenie porzucić i ze wstydem odejść od miasta.
Tak zakończyła się w tym roku nasza kampania przeciw Prusakom, którą słusznie można uznać za nieszczęśliwą, straciliśmy bowiem mnóstwo ludzi, artylerii, amunicji i pieniędzy, a mimo wszystko nic nie zdziałaliśmy i musieliśmy z goryczą widzieć, że zawiedliśmy się w swej nadziei na pana Fermora i że w praktyce był on daleko nie tak biegłym wodzem i generałem, jak początkowo myśleliśmy; potem bowiem okazało się, że popełnił wiele błędów, a ponadto wiele przyczyniło się do tego i to, że nie był lubiany przez wszystkich żołnierzy.
Lecz nie tak zakończyła się kampania tego roku na Śląsku i w Saksonii. Naszym sprzymierzeńcom, cesarskim i Francuzom, udało się z nawiązką pomścić na królu pruskim całą stratę, jaką zadał naszej armii, i stracił on tam to, co u nas wygrał.
Ledwieśmy z naszą armią rozpoczęli odwrót, gdy król, zostawiwszy przeciw nam hrabiego Dohnę z niewielkim korpusem, a generała Wedla wysławszy do Brandenburgii dla odpędzenia Szwedów, sam z wielkim pośpiechem i z najlepszą częścią wojsk ruszył na pomoc swemu bratu, księciu Henrykowi, by wybawić go z opresji; trzeba bowiem wiedzieć, że gdy król we wspomniany sposób chodził przeciw nam i miał z nami do czynienia, biegły generał Daun z cesarskimi nie próżnował: wysławszy generała Harscha z 20 000 ludzi na oblężenie śląskiej twierdzy Nysy, sam poszedł prosto do Saksonii, by wyprzeć stamtąd Prusaków. Znajdował się tam z nimi książę Henryk, brat królewski, i był już przypierany przez armię Rzeszy. Daun chciał przyprzeć go z drugiej strony i, połączywszy się z armią Rzeszy, wypędzić go zupełnie z Saksonii i opanować stolicę, Drezno. Być może by to też wprowadził w czyn, gdyby nie miał przeciw sobie tak biegłego wodza, jakim był książę Henryk. Ten zaś, mimo wszelkich wysiłków obu armii cesarskich, by zmusić go do bitwy, umiał za każdym razem znaleźć sposób, by jej uniknąć, i różnymi ruchami i obrotami zajmował je tak zręcznie, że przeciągnął sprawę aż do chwili, gdy zdążył mu przyjść z pomocą sam król pruski. Cały świat podziwiał wtedy znowu ową przedziwną zręczność i szybkość, z jaką król przyleciał od nas do Saksonii, i z jakim kunsztem umiał zniweczyć wszystkie zamysły i przedsięwzięcia Dauna i armii Rzeszy; lecz niezwykle wsławił się przy tym i wódz cesarski, hrabia Daun. Wszystkie jego ruchy i obroty były tak roztropne, że król, choć wzmocnił się wobec niego przez połączenie z bratem, nie mógł znaleźć dogodnej okazji i miejsca, by go zaatakować tak, jak chciał. Daun sam zaczął wtedy unikać bitwy i stawać w tak korzystnych miejscach, że król w żaden sposób nie mógł się odważyć na niego uderzyć, co skłoniło go do zmiany zamiaru i, odłączywszy się znów od brata, pospieszenia na Śląsk na pomoc twierdzy Nysie. Ledwie jednak wyruszył z armią w ten pochód, Daun, nie zwlekając ani chwili, poszedł za nim krok w krok i umiał tak zręcznie się uwinąć, że w jednym miejscu, wyprzedziwszy króla, zwabił go w tak ciasne, dla niego niekorzystne, a dla siebie korzystne miejsce, że ulubieniec i najlepszy przyjaciel królewski, pruski feldmarszałek Keith, ujrzawszy to, rzekł królowi: „Jeżeli cesarscy tym razem zostawią nas w spokoju, to wszyscy oni zasługują na szubienicę”. Lecz Daun nie był tak głupi, by wypuścić z rąk tak upragnioną okazję: istotnie zaatakował ich pod Hochkirch i po bardzo zaciętej i krwawej bitwie był tak szczęśliwy, że rozbił króla w proch, zabił mu do 10 000 ludzi, wziął ponad 100 armat, ponad 30 sztandarów i większą część jego taboru oraz wszystkie namioty. Słowem, król nigdy jeszcze nie poniósł tak wielkiej szkody i straty, a było mu to niejako zapłatą za rozbicie nas i karą za jego nadmierne przechwałki.
Stracił tu nie tylko mnóstwo wojska, lecz — co było dla niego najdotkliwsze — swego najlepszego przyjaciela, wspomnianego feldmarszałka Keitha, którego nie mógł dość odżałować.
Niemal w tym samym czasie Francuzi pod dowództwem księcia Soubise rozbili armię heską pod Lutterbergiem. Pomnożyło to jeszcze bardziej zmartwienie króla pruskiego. Jednakże i przy wszystkich tych nieszczęściach nie stracił on ani trochę swego bohaterskiego ducha, lecz swymi czynami wsławił się jeszcze bardziej. Umiał przedsięwziąć takie środki i po swej klęsce wykonać takie ruchy, że sprawił, iż wszystkie te zwycięstwa nie miały dla niego żadnych szkodliwych skutków. Daun, choć chciał wykorzystać swe zwycięstwo i, wróciwszy pod Drezno, opanować je, nie zdołał tego dokonać, i z litości dla tego miasta, nie chcąc go zrujnować bombardowaniem, musiał porzucić jego oblężenie i zakończyć kampanię powrotem do Czech, królowi pruskiemu zaś udało się uwolnić od oblężenia także miasto Nysę i pozostać na zimę znowu w spokoju, i mieć tę satysfakcję, że mimo wszystkich wielkich wydarzeń wojennych, jakie zaszły tego lata, pozostał władcą wszystkich swych dawnych ziem i we wszystkich bitwach nie stracił więcej niż 30 000 ludzi; strata zaś poniesiona przez wszystkie sprzymierzone mocarstwa walczące przeciw niemu liczona była do 100 000 ludzi.
Takie to były wydarzenia w ciągu tego lata i tak to spodobało się Opatrzności Bożej nimi rozporządzić. Nikt znów nie myślał, że przybiorą one taki koniec i że przelanie tak wielkiej ilości krwi ludzkiej pójdzie na marne i nie przyniesie żadnego ważnego skutku.
Teraz, opowiedziawszy wam o wojnie tego lata, czas mi wrócić znów do dalszego ciągu mojej opowieści. Uczynię to w następnym liście, a ten na tym zakończywszy, powiem, że jestem wasz i tak dalej.
WIEŚCI WOJENNE
List 67
Mój drogi przyjacielu! W czasie gdy w Brandenburgii, na Pomorzu, Śląsku i w Saksonii wojna we wspomniany sposób płonęła i wiele tysięcy ludzi ginęło na próżno, my nadal żyliśmy w Królewcu w najspokojniejszy sposób, tak jakbyśmy znajdowali się w kraju przyjaznym albo we własnej ojczyźnie. Nic nie zakłócało naszego spokoju ani nie przeszkadzało nam oddawać się rozmaitym rozrywkom. Jedynie docierające do nas niemiłe wieści o naszych wydarzeniach wojennych nieco nas trapiły; ale i to niezbyt wiele, ponieważ sami nie mieliśmy osobistego udziału w nieszczęściach i niedostatkach, jakie znosili żołnierze w armii, więc ich nie odczuwaliśmy, a zajmowaliśmy się tylko ciekawym wypytywaniem przyjezdnych z armii o wszystko, co się tam działo, i czytaniem tego, co wówczas o tym wszystkim pisano w gazetach.
Nigdy i o żadnej bitwie nie pisano tak wiele jak o wspomnianej bitwie pod Sarbinowem lub, jak niektórzy ją nazywali, kostrzyńskiej. Ponieważ bowiem obie strony chciały przypisać sobie zwycięstwo, obie z początku wiele kłamały i albo coś zatajały, albo przypisywały sobie za wiele, dało to powód do rozmaitych i wielokrotnych z obu stron zarzutów, wyjaśnień i dowodów, i dlatego gazety owego czasu były bardzo ciekawe.
Lecz choć nasi bardzo starali się ukryć swój wstyd i obronić honor naszego oręża, samą prawdę trudno było utaić przed oczami świata.
Choć nam samym, będącym wówczas w Królewcu, bardzo zrazu chciało się, by prawdą było to, że zwyciężyliśmy i co mówili nasi, a nieprawdą wszystko, co pisali Prusacy, to jednak otrzymane w końcu imienne listy wszystkich zabitych i rannych oficerów otworzyły nam oczy i kazały inaczej osądzić to nasze rzekome zwycięstwo, gdyż sama liczba oficerów zabitych, rannych i wziętych do niewoli była tak wielka, że nawet gdyby prawdą było, że zwyciężyliśmy, to i w tym wypadku zwycięstwo byłoby nazbyt drogo okupione; według bowiem naszych własnych, wydrukowanych i ogłoszonych w całym państwie wykazów, liczba samych zabitych oficerów sztabowych i starszych sięgała 211, ciężko rannych, których równie dobrze można uważać za zabitych, 415, lekko rannych 238, a wziętych przez Prusaków do niewoli 75 — tak że ogólna liczba sięgała bez mała 1000 ludzi. Liczba, jakiej nigdy jeszcze nie zdarzyło się nam tracić i która pogrążyła całą naszą ojczyznę we łzach, szlochach i westchnieniach; ponieważ bowiem wszyscy ci oficerowie byli w większości naszymi szlachcicami i rzeczywistymi właścicielami swych wsi i majątków, jako że cała szlachta służyła wtedy w wojsku, nie pozostał w Rosji prawie żaden dom szlachecki bez zmartwienia i który by nie opłakiwał nieszczęsnego losu któregoś ze swych bliskich lub krewnych. Słowem, kampania tego lata była dla Rosji nader opłakana i taka, jakiej nigdy jeszcze nie miała i którą będzie długo pamiętać.
W takich okolicznościach łatwo możecie wywnioskować, że mieliśmy szczególny powód dziękować Bogu, iż nie zdarzyło się nam być w niej razem z innymi pułkami; my zaś przeżyliśmy całe to lato w Królewcu i przeweseliliśmy je. Ze wspomnianych wykazów dostrzegliśmy, że nie było ani jednego pułku, który by tego lata nie stracił mnóstwa swoich oficerów; jakże łatwo mogło się to więc przydarzyć i naszemu, gdyby był razem z innymi w armii. Lecz nikt, jak sądzę, nie był z tego tak zadowolony jak ja. Kilka razy przychodziło mi na myśl, że gdybym był w armii, bardzo łatwo mógłbym i ja znaleźć się wśród owych nieszczęśników i leżeć na polach pod Sarbinowem pod trupami zabitych; i dlatego za każdym razem i przy każdej okazji dziękowałem swemu losowi, że mnie od tego odwiódł i uchronił. A takie rozmyślania wywarły na mnie bardzo wielki wpływ także w owym nader krytycznym dla mnie przypadku, o którym teraz zacznę wam opowiadać.
Było to przed nadejściem jesieni i wkrótce po wspomnianej bitwie. Armia, straciwszy tak w bitwie pod Sarbinowem, jak i w innych drobnych potyczkach mnóstwo ludzi, potrzebowała wzmocnienia.
Nie pozostawało więc nic innego, jak zebrać także wszystkie ostatnie wojska, które pozostały w Prusach w różnych miejscach, i przyłączyć je do armii. Natychmiast więc rozesłano od wodza naczelnego do wszystkich miejsc rozkazy i nakazano wszystkim pozostałym pułkom iść do niej i spieszyć się co tchu. Losowi temu podlegały i oba nasze pułki, które dotąd pełniły straż w Królewcu, a ponieważ doświadczenie dowiodło, że wielkie straże nie były tu zbyt potrzebne, kazano do ich pełnienia zostawić tylko trzecie bataliony ze słabszymi i niezdolnymi do pochodu ludźmi, wszystkim zaś pozostałym, z lepszymi ludźmi, iść spiesznie do armii.
Rozkaz ten był dla nas niby grom z jasnego nieba. Wszyscy nasi oficerowie zasmucili się i zafrasowali, usłyszawszy go. Tak już przywykli do tutejszego rozpustnego i dla nich wesołego życia, że nikt nie chciał się z nim rozstawać. Sam zmieszałem się, usłyszawszy o tym. Okoliczność, że choć byłem wtedy przy Korfie, nie zostałem jednak wykreślony z pułku, a wzięto mnie do niego tylko prywatnie i na pewien czas, wprawiała mnie w niepokój. Ku większemu jeszcze nieszczęściu nasz dawny stary pułkownik właśnie około tego czasu odszedł z pułku w stan spoczynku, a na jego miejsce przyjechał nowy pułkownik, książę Dołgorukow, o którym wprawdzie zapewniano nas, że to człowiek dobry, lecz że był nowy, nikt go jeszcze nie znał. Jego pierwszą sprawą było poznać wszystkich oficerów swego pułku. Musiałem się również u niego stawić; a ponieważ inni już dość mu o mnie naopowiadali, przyjął mnie nadzwyczaj życzliwie i choć żałował, że jestem nieobecny w pułku, kazał mi jednak częściej do siebie przychodzić.
W takich okolicznościach nadszedł do pułku wspomniany rozkaz. Dotąd nie zaznałem od tego nowego pułkownika ani nic złego, ani nic dobrego. Lecz wtedy, gdy zaczął przebierać wszystkich oficerów naszego pułku, by zostawić przy batalionie najgorszych, przysłał i po mnie. Gdy przyszedłem, rzekł mi, że ponieważ nasłuchał się tak wiele o mojej gorliwości w służbie i o moich szczególnych zdolnościach, nie wątpi ani trochę, że i ja zechcę wyruszyć razem z nimi do armii. — „Oczywiście!” — odpowiedziałem, bo w pośpiechu nie umiałem mu nic innego powiedzieć. Pytanie to było dla mnie zupełnie niespodziewane, a powiedzieć „nie chcę” wydawało mi się nie tylko źle, lecz zgoła nieprzystojnie.
„Skoro tak — rzekł mi dalej — to proszę się szykować do pochodu, a ja już postaram się o to, by pana puszczono do pułku”. — „Bardzo dobrze — odpowiedziałem. — Nasze przygotowania nie są wielkie i do pochodu jesteśmy zawsze gotowi”.
Powiedziawszy to, odszedłem od niego z niespokojnym duchem, trzeba bowiem przyznać, że mimo całej wychwalanej przez niego mojej gorliwości i pilności w służbie jego rozkaz nie był dla mnie zbyt wesoły i daleko mi było do takiej ochoty towarzyszenia im, jak on myślał, lecz o wiele chętniej zostałbym w Królewcu. Do ówczesnego mego życia w tym mieście tak już przywykłem i tak mi się ono już spodobało, że między nim a ciężkim i niebezpiecznym życiem wojskowym nie znajdowałem już żadnego porównania i pierwszemu dawałem nieskończone pierwszeństwo przed drugim. Przyszły mi wtedy na pamięć wszystkie korzyści i przyjemności mego ówczesnego życia i wszystko to dobre, z czego wtedy korzystałem, a myśl, że wszystko to stracę, czyniła je jeszcze przyjemniejszymi. Mówi przysłowie, że prawdziwą cenę rzeczy poznajemy dopiero wtedy, gdy je tracimy, i jest to bardzo słuszne.
Ówczesny przypadek dowiódł mi tego jak najjaśniej. Nigdy jeszcze ówczesne życie nie wydawało mi się tak przyjemne i cenne jak w tych chwilach. Zaczynałem już żałować, że pospieszyłem się z odpowiedzią pułkownikowi; a im więcej o tym rozmyślałem, tym bardziej rósł mój gniew na samego siebie, że byłem tak nieostrożny i nic nie pomyślawszy, od razu oznajmiłem swą zgodę na wyjazd z pułkiem. „Czy licho mnie za język pociągnęło? — mówiłem sam do siebie. — Czy byłem przy zdrowych zmysłach i rozumie? Cóż to za gorliwość i cóż to za zapał taki? Ani kot, ani kotka o tej twojej gorliwości i zapale się nie dowiedzą! Nikt ci za to, doprawdy, nie powie dziękuję i nikogo tym ani trochę nie zadziwisz, a ni stąd, ni zowąd stracisz spokój, bezpieczeństwo i tysiąc korzyści, z których dotąd korzystałeś, i bez żadnej potrzeby narazisz się znów nie tylko na wszystkie dawne trudy, niedostatki i tułaczkę, lecz i na same niebezpieczeństwa. Nie wszystko może się udawać tak jak w zeszłym roku; wtedy dobrze nam się wojowało, a teraz czyż nie słyszysz, jak gorąco bywa? Nie w tym, to w innym roku, nie w tym, to w innym razie przyjdzie kolej i na ciebie. Tak samo pięknie i ciebie zrobią kaleką i oszpecą, jak wielu innych, a wtedy chwacko sobie i chwal się ranami, a co w bok trafi, tego już nie wyjmiesz. O twojej gorliwości i zapale nikt się nawet nie dowie, a ty raczysz wlec przez wiek cały życie gorzkie i nieszczęśliwe; dobrze jeszcze, gdyby na tym jednym się skończyło i nie zdarzyło się coś gorszego. Jak zatłuką zucha za przykładem innych, to i po wszystkim. Kula głupia i nie przebiera, tak samo dobrze trafi i we mnie, jak w innych, a wtedy chlub się sobie i pociesz tym, że umarłeś na łożu honoru!”...
Krew się we mnie cała wzburzyła na tę myśl i zimny pot zrosił mi całe czoło. — „Czyż nie byłem durniem i skończonym głupcem? — mówiłem sam do siebie. — Jakaż była potrzeba spieszyć się z odpowiedzią, można było się wstrzymać, można było powiedzieć ni to, ni owo i czymś się wymówić albo przynajmniej zdać się na jego wolę; niechby już wzięli i posłali mnie przymusem, to już trudno, a tak teraz sam podałem broń przeciw sobie. Pułkownik myśli, że naprawdę sam chcę, i na pewno przystąpi do generała nie w porę i będzie się domagał, by mnie bezwarunkowo puszczono!... Piękny, doprawdy, ze mnie zuch! Nic głupszego nad to, co zrobiłem, być nie może...”
W takich i podobnych rozmyślaniach spędziłem cały czas, gdy szedłem na swoją kwaterę, a gniew mój na samego siebie był tak wielki, że gryzłem sobie palce i łajałem się wszelkimi wyzwiskami.
Zmienić tego jednak już nie było można, a ja miałem za pewne, że mnie puszczą, więc przyszedłszy do domu, kazałem swym sługom zbierać się i szykować do pochodu. Obaj, usłyszawszy to, zmartwili się i zaniepokoili jeszcze bardziej niż ja. „Ech, panie! — mówił mi starszy z nich. — Jakże to wy nie mogliście się wykręcić od pochodu? Cóż za uciecha iść w pochód i tłukąc się, cierpieć niedostatek? Sprawa obeszłaby się tam, doprawdy, i bez nas, a wy, skoro jest sposobność, poprosilibyście jednak o to generała, może by was i nie puścił”.
Słowa te jeszcze bardziej mnie zmieszały. Czułem, że mówi rzecz słuszną, i gniewałem się, że mi to wcześniej nie przyszło do głowy. Ponieważ jednak myśleć o tym było już za późno i nie wypadało, jako że sam oznajmiłem swą zgodę na pochód, zagryzłszy wargi, milczałem już tylko i w gniewie chodziłem tam i z powrotem po izbie. Sługa, widząc moje zmieszanie, znów przystąpił ze swymi radami: „Doprawdy, panie, pomyślcie no — rzekł mi — czy nie da się jakoś wykręcić? Widzicie, jakie teraz niebezpieczeństwa. Bóg z nimi i z ich pochodami! Gdyby tu, na jednym miejscu, to byłoby zdrowiej i lepiej”. — Ech, milcz! — krzyknąłem na niego. — I nie naprzykrzaj mi się więcej, i bez ciebie mi smutno, a rób, co każą. — „Proszę bardzo, panie — rzekł — za nami sprawa nie stanie, szybko się zbierzemy, byle tylko wy sami potem nad tym nie bolali — dobre miejsce łatwo stracić, ale niełatwo znowu znaleźć!” Wymruczawszy to przez zęby, odszedł ode mnie zabrać się do swej roboty; ponieważ bowiem pułk miał za dwie doby wyruszyć i wymaszerować z Królewca, trzeba było spieszyć się z przygotowaniami do wyjazdu.
Mimo to jego ostatnie słowa wryły się głęboko w moje myśli i dały mi powód do nowych myśli i rozważań. „A co? — mówiłem sam do siebie. — Czy nie spróbować by naprawdę jakoś zręcznie wykręcić się od tego pochodu? Pułkownikowi wprawdzie dałem słowo, ale czy nie dałoby się jakoś tak urządzić, by generał mnie nie puścił?...” Myśli o tym zajmowały mnie nie tylko przez cały ten wieczór, lecz i niemal przez całą noc. Tak się w rozmyślaniach o tym pogrążyłem, że nawet sen zdawał się ode mnie uciec i prawie całą noc nie spałem, tylko przewracałem się z boku na bok. W myślach nasuwały mi się różne sposoby i środki. Rozpatrywałem je wzdłuż i wszerz, lecz wszystkie wydawały mi się mało przydatne. Prosić o to samego generała wydawało mi się źle i nieprzystojnie; na nikogo innego nie mogłem liczyć, a o pułkowniku nie było co i myśleć. Przyszła mi również na pamięć moja dawna zasada, by nigdzie się z własnej woli nie wpraszać i od niczego się nie wymawiać. Niepewność, gdzie można znaleźć, a gdzie stracić, niepokoiła mnie nie mniej niż wszystkie korzyści, których spodziewałem się, jeśli zostanę. „Dobrze! — myślałem sobie. — Oczywiście dobrze by było, gdybym został, ale skąd wiedzieć, czy nie wyjdzie mi to na szkodę, jeśli odłączę się od pułku? A i tutaj — czy wiem na pewno, że zawsze będzie mi dobrze? Czy i tu nie może mi się przydarzyć coś nieprzyjemnego?”
„Inna sprawa — myślałem dalej — gdyby wszystko przyszło samo przez się. Inna sprawa, gdyby bez żadnego mego starania jakoś mnie tu zostawiono! Ach, gdyby samemu generałowi przyszło do głowy mnie nie puścić i odmówić pułkownikowi jego prośby”.
Myśl ta była dla mnie urocza, jednak w żaden sposób nie śmiałem łudzić się tą nadzieją. Okoliczność, że miałem wtedy tak mało zajęć, iż przez cały tydzień nie przypadała mi do przełożenia prawie ani jedna strona i że w kancelarii mogli się niemal obejść beze mnie, nie pozwalała mi żywić w sobie tej nadziei. „Takie nieszczęście — mówiłem — że akurat na tę biedę i przekładów nie ma, choćby one mi już pomogły. Kiedy indziej jest ich huk i nie jestem im rad, a teraz i im byłbym już rad, choćby ich było trzy razy więcej. Cóż z tego, niechby już tak było, choćby się i napracować”!...
W tych i podobnych rozmyślaniach spędziłem większą część nocy, lecz w końcu pozostałem wciąż jeszcze w niepewności, co robić. Wreszcie jednak, przypomniawszy sobie stare przysłowie, że ranek mądrzejszy od wieczora, i postanowiwszy zdać się na wolę Bożą i wszystkiego oczekiwać od samej Jego Opatrzności, zasnąłem i przespałem resztę nocy spokojnym snem.
Rano, ubrawszy się i przypomniawszy ludziom, by spieszyli się z pakowaniem i naprawą naszego wozu, poszedłem do kancelarii czekać na rozstrzygnięcie mego losu, nie wątpiłem bowiem, że mój pułkownik będzie tego dnia u generała i że rozmowa istotnie dotknie i mnie. Wspomniane myśli i niepokój ducha tak rozstroiły mój stan, że tego ranka wyglądałem bardziej na chorego niż na zdrowego, i było to tak widoczne, że gdy przyszedłem do kancelarii, wszyscy zaczęli mnie pytać, czy się nie rozchorowałem i czy coś mi się nie stało. „Nie — odpowiedziałem — nic!” — i pospieszyłem usiąść na swoim miejscu.
Ledwie zdążyłem tu powiedzieć swoim towarzyszom, Niemcom: „No, żegnajcie, drodzy moi przyjaciele! Jutro albo pojutrze nasz pułk wyrusza w pochód, a ja razem z nim” — gdy wszedł do mnie w wielkim pośpiechu nasz główny sekretarz i podając mi opasły zeszyt, rzekł: „Masz, bracie, teraz to się napracuj! I patrz, żeby jak najprędzej. Choćby i nockę przesiedzieć; mamy to wysłać z kurierem do armii, a to jest rozpiska podwód z prowiantem i marszruty, żeby więc nie było zatrzymania!” — E, e, e! — rzekłem, ujrzawszy ten ogrom. — Ależ tego, panie, i w trzy doby nie przełożysz; a poza tym, doprawdy nie wiem, kiedy zdążę tę sprawę zrobić: nasz pułk wyrusza stąd pojutrze, a mnie kazano szykować się razem z nim do pochodu. „A któż ci to rozkazał?” — spytał zdziwiony sekretarz. — Nasz pułkownik — rzekłem — przysłał wczoraj po mnie umyślnego i raczył mi rozkazać. — „Kto taki? — podchwycił. — Książę Dołgorukow? Ha, ha, ha! Książę Dołgorukow! Bzdura, mój panie! Czy to rzecz możliwa? Czy my ciebie puścimy! Jakże nam bez ciebie być? Radzi jesteśmy, że znaleźliśmy takiego człowieka, a pan pułkownik raczy się mądrzyć! Patrzcie no! Wielki z niego pan, żeby nam zabierać”. — Ależ on chciał dziś prosić o to generała — rzekłem. — „Choćby się naprosił i choćby pękł, to tego nie będzie; nie tylko on, ale choćby i sam Fermor stanął, i tak nie popatrzymy. Zaraz pójdę i zamelduję o tym generałowi, a wy i nie myślcie o tym, tylko zaczynajcie no prędzej przekładać”. — Dobrze, panie! — rzekłem. — A ja już kazałem się szykować do pochodu. — „Głupstwo, panie — podchwycił — poślijcie powiedzieć; ale czekaj, sam poślę. Ordynans! Biegnij prędko na kwaterę Andrieja Timofiejewicza i powiedz jego ludziom, żeby się nie kłopotali i do pochodu nie szykowali”.
Powiedziawszy to, poszedł do izby sędziowskiej i zostawił mnie w takim stanie, jakiego żadną miarą nie umiem wam opisać. Zbieg tak wielu i zupełnie niespodziewanych okoliczności i zdziwił, i ucieszył mnie niezmiernie.
Serce zaczęło mi skakać z radości i zadowolenia i nie wiedziałem, czy wierzyć własnym oczom i uszom i czy ważyć się łudzić nadzieją, że sekretarz istotnie spełni to, o czym mówił z taką pewnością. Najbardziej cieszyło mnie to, że sprawa potoczyła się bez żadnego współudziału z mojej strony i przybrała niespodziewanie taki obrót, że nie musiałem nikogo prosić ani sam tego dobijać.
Nigdy jeszcze z taką ochotą nie zaczynałem swoich przekładów jak tym razem. Pragnienie pozostania w Królewcu było tak wielkie, że gdyby było ich trzy razy więcej, nawet bym nie jęknął i gotów byłbym przesiedzieć i napracować się nie tylko jedną, ale choćby i całe trzy noce, byle tylko pomogło mi to siedzenie; lecz szczególnym szczęściem i ówczesny przekład był mi tak łatwy, że nie pisałem, lecz leciałem, przekładając go.
Podczas gdy tak siedziałem i zajmowałem się swoją robotą, nasz sekretarz istotnie poszedł do generała i naopowiadał mu tak wiele o niezbędnej potrzebie mojej osoby i o chęci pułkownika wzięcia mnie do pułku, że generał aż rozgniewał się na naszego pułkownika za jego przedwczesny rozkaz dla mnie i postanowił bezwarunkowo zatrzymać mnie przy sobie i postawić na swoim. Wszystko to stało się w samą porę, gdyż ledwie nasz sekretarz od niego wyszedł, przyjechał do niego i nasz pułkownik. Zaczął mu zaraz przedstawiać sprawę mojej osoby; lecz ponieważ nasz generał był już uprzedzony, nie dał mu nawet słowa wyrzec, tylko odmówił mu stanowczo, a nie poprzestając na tym, posłał natychmiast po mnie i kazał mi przyjść do siebie. Nic o tym nie wiedziałem, lecz domyślając się, po co mnie wołają, i znajdując się między strachem a nadzieją, poszedłem do niego z drżącym sercem.
Generał, ledwie mnie ujrzał, zwróciwszy się do mnie z życzliwym wyrazem twarzy, rzekł: „Nie, mój przyjacielu! W żaden sposób nie mogę cię puścić i musisz bezwarunkowo zostać tu, przy mnie, i być liczony przy batalionie. Nie martw się jednak o to bynajmniej; i tu będziesz pełnił dla monarchy taką samą albo jeszcze ważniejszą służbę jak w wojsku, a zatem nic przez to nie stracisz. W tym zdaj się na mnie”. Złożyłem mu najniższy ukłon i łatwo mogłem wywnioskować, że do jego ostatnich słów dały powód przedstawienia naszego pułkownika, który mnie przed nim wychwalał i wyrażał żal, że będąc dobrym oficerem, mogę przez taką nieobecność w pułku stracić swą kolejkę w awansie; dlatego, zwróciwszy się do stojącego tamże naszego pułkownika, chciałem tylko przez grzeczność zapytać, co raczy rozkazać, gdy on sam już do mnie podszedł i cichym głosem rzekł: „Cóż robić, bracie! Zrobiłem wszystko, co mogłem, ale sam widzisz, że to nie moja wola; zostawaj więc już tutaj”. Chciałem mu tylko odpowiedzieć, gdy generał, nie dając nam więcej mówić, rzekł do mnie: „No to idź, mój przyjacielu, i kontynuuj swoją pracę, i pospiesz się, na Boga, jak tylko możesz najprędzej”. Wtedy skłoniłem się im obu i nie poszedłem, lecz poleciałem do kancelarii z sercem przepełnionym nieopisanym zadowoleniem i radością.
Wszyscy kancelaryjni witali mnie pytaniem, co zaszło, a usłyszawszy, wyrażali swą radość, że zostałem z nimi.
Sam nasz sekretarz powitał mnie razem z innymi i poklepawszy mnie po ramieniu, rzekł: „No, czy nie mówiłem prawdy? Żyj ty, bracie, lepiej z nami! Tu chyba będzie ci nie gorzej, a tam, bracie, jest i bez ciebie komu wojować z Prusakami. Nikogo, doprawdy, nie zadziwisz, gdy dostaniesz kulą w łeb, a tu przynajmniej nie ma potrzeby się jej obawiać”. Nie omieszkałem podziękować mu za staranie o mnie i prosiłem o dalszą jego życzliwość i nieopuszczanie mnie, co mi też chętnie obiecał, sam zadowolony z siebie, że mógł to uczynić.
Tak oto zakończyła się ta sprawa, i to wbrew wszelkim moim oczekiwaniom, ku mojemu ogromnemu zadowoleniu. Od tej chwili przestałem się już troszczyć o pochód i bynajmniej się nie nudząc, przesiedziałem nad swoim przekładem nie tylko cały ten dzień, ale i większą część nocy, a nazajutrz o świcie stawiłem się znów w kancelarii i pracowałem z taką gorliwością i zapałem, że ku wielkiemu zadowoleniu sekretarza ukończyłem swój przekład przed wieczorem tego dnia. Wtedy pospieszyłem do domu, by przynajmniej choć trochę odpocząć po tak wielkich trudach. Lecz ledwie przyszedłem na kwaterę, gdy nowe zjawisko uderzyło mój wzrok i wprawiło mego ducha znowu w ogromne zmieszanie i niepokój.
Teraz gotów jestem pójść z wami o zakład, że nie zgadniecie, cóż to takiego było? Wam bowiem równie mało może przyjść do głowy, jak i mnie wtedy, że był to adiutant naszego pułku, przysłany do mnie umyślnie przez pułkownika. Zdziwiłem się i nie wiedziałem, co myśleć, gdy powiedział mi, że przysłał go do mnie pułkownik. — Po cóż to, mój panie? — spytałem go, zmieszany na duchu i zdziwiony. — „Jego Jaśnie Oświecona Mość kazał wam powiedzieć — mówił mi — że jeśli chcecie iść razem z nami w pochód, to możecie jutro rano, gdy pułk będzie wyruszał, potajemnie stąd wyjechać, a on już bierze na siebie obronę was przed wszelkimi zakusami, jakie mogłyby was za to spotkać ze strony generała Korfa”.
Czyż mogło być coś dziwniejszego, bardziej zdumiewającego albo raczej bardziej niedorzecznego i śmiesznego niż taka propozycja? Osłupiałem, usłyszawszy ją, i zmieszałem się tak, że przez kilka minut nie wiedziałem, co mu na to odpowiedzieć, a w duchu tylko myślałem: „Pokornie, doprawdy, dziękuję; człowiek rad, że niespodzianie udało mu się tak szczęśliwie wykręcić od pochodu, a Jego Jaśnie Oświecona Mość chce, bym jeszcze sam się do tego wpraszał, i to narażając się na niemałe niebezpieczeństwo. Cóż ja za dureń będę? Czy nie zwariować, jeśli pójść za tym zaproszeniem?” Ponieważ jednak trzeba było coś adiutantowi odpowiedzieć, zebrawszy nieco myśli, spławiłem go w następujący sposób: — Słuchaj no, bracie — rzekłem mu — choć nie chciałbym odłączać się od pułku, doprawdy nie wiem, czy mogę uczynić to, co Jego Jaśnie Oświecona Mość raczy rozkazywać.
Po pierwsze, wcale nie szykowałem się do pochodu i nie mam nic gotowego do wyjazdu, a po drugie, jakże mogę bez pozwolenia oddalić się i niejako uciec?
Nie tylko powierzono mi mnóstwo ważnych spraw do przekładu, czym przez oba te dni zajmowałem się dniem i nocą, ale ponadto w kamerze mam na swych rękach księgi sznurowe, do których codziennie zapisuję przychód i rozchód wszystkich tutejszych dochodów; jakże więc mogę, nie zdawszy ich, oddalić się i samowolnie wyjechać? Przecież mnie za to osądzą i mogę się przez to stać nieszczęśliwym. Nasz generał nie lubi, by z nim igrano; nikt mnie wtedy nie obroni przed jego gniewem. Jego Jaśnie Oświecona Mość widać nie wie, jak silny jest on u dworu, a nam to już dość dobrze wiadomo. Zameldujcie więc o tym Jego Jaśnie Oświeconej Mości i powiedzcie ode mnie, że mimo całej mojej gorliwości i pragnienia bycia przy pułku nie mam w żaden sposób odwagi tego uczynić, i nie sądzę, by Jego Jaśnie Oświecona Mość sam zechciał przez to uczynić mnie nieszczęśliwym. — „Dobrze — rzekł adiutant — wszystko mu to powtórzę, ale, no, a jeśli on bezwarunkowo tego zechce albo posunie się dalej i każe cię wziąć przymusem, co wtedy uczynisz?” — W tym będzie już jego wola — rzekłem — i wtedy nie ja, lecz on będzie odpowiadał, a samowolnie i potajemnie wyjechać nie mogę w żaden sposób, i powtarzam wam, że w żaden sposób się na to nie odważę i boję się przekroczyć rozkaz generalski. Gdyby jeszcze, nie daj Boże, doszło to do dworu, to do czego się wtedy nadam?
Tak spławiłem mego pana adiutanta: odszedł ode mnie jak niepyszny, a ja, odprowadziwszy go i patrząc za nim, mówiłem sam do siebie: „Idź no, bracie, idź! I na przyszłość nie nawijaj się do nas z takimi sprawami. Nie zwariowaliśmy jeszcze, żeby samowolnie robić takie głupstwa”.
Mimo to jego ostatnie słowa wprawiły mnie w wielkie zmieszanie. „Jeszcze czego! — myślałem w duchu. — Żeby tylko nie zamyślił naprawdę tego zrobić. Pułkownik w pułku jest przecież jak diabeł w bagnie, władza jego wielka. Jak przyśle oddział i każe siłą wziąć i wywieźć, to cóż z nim zrobisz — chyba że zaczniesz krzyczeć „ratunku”, a choć nie chcesz, to pójdziesz. Nasz generał nawet się o tym nie dowie, a jemu trzeba tylko wyprawić mnie z miasta, a potem już żegnaj na zawsze! Kiedy to co będzie, a ja przy pułku i przy pułku”. Tak i w podobny sposób rozważałem sam ze sobą i ze swoimi ludźmi przez cały ten wieczór, a ponieważ ci, dowiedziawszy się o wszystkim, co zaszło, zafrasowali się nie mniej niż ja, wprawili mnie w jeszcze większe zmieszanie, poddając mi myśl, że jeśli pułkownikowi to przyjdzie do głowy, to czy nie zrobi tego jeszcze tej samej nocy i nie każe mnie potajemnie wyprawić z miasta. „Tak — mówiłem — jeszcze czego; nie sądzę jednak, by zechciał zrobić takie głupstwo i z mojego powodu kłócić się z generałem”. — Tak to tak — odpowiedział mi mój Jakow — ale i ręczyć za niego nikt nie może; mówią, panie, że to człowiek bardzo zuchwały, i nie od rzeczy by było, żebyśmy się na noc dobrze pozamykali, a jeśli przyjdą, to w żadnym razie nie otwierać drzwi; niech robią rwetes i wyłamują siłą. — „Bredzisz, durniu — rzekłem mu. — Zamknąć się, owszem, można, ale nie wpuścić będzie żadną miarą nie można, a lepiej postarać się jakimś sposobem dać wtedy prędko znać o tym naszemu sekretarzowi Czonżinowi”. —
„Niech i tak będzie — rzekł mój Jakow. — Nic nie mówcie, panie; jeśli coś będzie, to ja zaraz do niego skoczę i powiem, a gdzie on kwateruje, to ja wiem. To będzie istotnie lepiej”.
Umówiwszy się tak i kładąc się spać, zamknęliśmy się istotnie na głucho, by nie można było w żaden sposób wejść do nas z ulicy, i spędziliśmy noc w nieustannej obawie, by nas nie niepokojono. Tylko patrzyłem, że przyjdą albo wezwać mnie do pułkownika, albo wręcz zmusić do natychmiastowego wyjazdu z miasta. Jednakże obawa moja była próżna. Noc minęła szczęśliwie i nie słyszeliśmy żadnego hałasu, a ledwie nastał dzień, nie zwlekając ani chwili, pobiegłem do kancelarii i nie uspokoiłem się na duchu, póki do niej nie przyszedłem; tam bowiem uważałem się już za zupełnie bezpiecznego i mówiłem sam do siebie: „No! Teraz niech przychodzą i biorą mnie stąd”. Widać jednak naszemu pułkownikowi nie chciało się robić takiego głupstwa, bo od tego czasu zostawił mnie w spokoju i wyszedł tego dnia ze swym pułkiem z miasta, nie przysyłając już do mnie nikogo.
Nie sposób dość opisać, z jakim zadowoleniem patrzyłem wtedy ze swego zamku na odchodzące wojsko i jak nie mogłem się doczekać, by prędzej wyszło. Choć było mi przykro, że wspomniany przypadek przeszkodził mi pożegnać się ze wszystkimi moimi przyjaciółmi i towarzyszami, którzy szli w pochód i na wojnę z nieprzyjacielem, to jednak własne bezpieczeństwo przełożyłem nad tę przyjemność i życzyłem im zaocznie szczęśliwej drogi i pomyślnego powrotu, a sam cieszyłem się, że zostałem na miejscu i w spokoju. Jednak obawa moja i po odejściu pułku była tak wielka, że wróciłem na kwaterę dopiero nocą.
Tak oto zostałem wtedy w Królewcu i choć nie zostałem wykreślony ze swego pułku, stałem się już od niego prawdziwie odłączony. Co działo się ze mną dalej, o tym usłyszycie w przyszłości, a teraz pozwólcie mi w tym miejscu się zatrzymać i zakończyć mój list, mówiąc wam, że jestem wasz i tak dalej.
ZAKUP KSIĄŻEK
List 68
Mój drogi przyjacielu! Zostawszy we wspomniany wcześniej sposób w Królewcu i odłączywszy się przez to już istotniej od pułku, a łudząc się nadzieją, że i w przyszłości nieprędko zostanę do niego puszczony, zacząłem już myśleć o urządzeniu swego życia stosownie do ówczesnych moich okoliczności. Pierwszym moim staraniem było pozbyć się koni. Ponieważ nie były mi już wcale potrzebne i nigdy z nich nie korzystałem, nie chciałem karmić ich na próżno i tracić na to mnóstwa pieniędzy. Dotąd ich utrzymanie nic nie kosztowało: chodziły razem z innymi w pułkowym tabunie i nie miałem z nimi kłopotu. Gdy jednak pułk odszedł, a tymczasem nastała już jesień, nie miałem ich już gdzie podziać i musiałem trzymać je na kwaterze i kupować dla nich drogą w tamtych stronach paszę. Bardzo szybko mi się to sprzykrzyło, postanowiłem więc lepiej je sprzedać, a otrzymywane na nie podwójne wówczas pieniądze racyjne {Tu: pieniądze należne na wyżywienie koni.} obracać na rzecz lepszą i bardziej zgodną z moimi upodobaniami. Uczyniłem to wkrótce po odejściu pułku, a pieniądze uzyskane za konie zachowałem, by w razie wezwania mnie do pułku można było kupić za nie nowe.
Po ograniczeniu tej strony moich wydatków zmniejszyłem je wkrótce potem jeszcze dzięki jednej okoliczności. Mój sługa Jakow zaproponował mi, bym postarał się o to, żeby mi nie odebrano owej drugiej kwatery, którą przydzielono mi dla moich koni; ponieważ bowiem w tej, w której stałem, nie było żadnego podwórza, gdzie mógłbym pomieścić swój wóz i konie, miałem drugą, gorszą, gdzie mieszkał ten sługa z moimi końmi. Zdziwiłem się jego propozycji i spytałem, na cóż by nam była potrzebna.
— A na to, panie — rzekł. — Już od jakiegoś czasu nabrałem ochoty trudnić się wymianą koni. Kupuję je tanio od przyjeżdżających tu naszych ruskich furmanów, a potem albo wymieniam, albo sprzedaję tutejszym pruskim chłopom i mam z tego czasem niezły zarobek. Gdyby więc druga kwatera została nam po dawnemu, mógłbym, stojąc na niej, prowadzić dalej swój proceder, a przy tym i szewcować {Szewcować, od ukraińskiego — czeboty.} w wolnym czasie; wy zaś mielibyście z tego tę korzyść, że nie musielibyście tracić pieniędzy na moje wyżywienie i utrzymanie, lecz mógłbym już sam się żywić i odziewać.
— To bardzo dobrze, mój przyjacielu — rzekłem — a zatrzymać kwaterę przy sobie nic mnie nie kosztuje.
I w samej rzeczy wystarczyło mi tylko powiedzieć o tym jedno słowo naszemu plac-majorowi, a sprawa była załatwiona, i od tego czasu mój sługa mieszkał już stale na tej drugiej kwaterze i częściowo swym szewskim rzemiosłem, częściowo wspomnianym końskim procederem nie tylko sam się żywił i odziewał, lecz uzbierał sobie sporo pieniędzy, które mnie samemu przydały się potem bardzo w porę, o czym wspomnę w przyszłości na swoim miejscu. Co się zaś tyczy drugiego mego sługi, to ten mieszkał na mojej kwaterze i żywił się prowiantem należnym mi na ordynansa. Tak więc utrzymanie obu moich sług od tego czasu nic mnie nie kosztowało.
Pozbywszy się tych dwóch wydatków, zacząłem w miarę możności ograniczać także inne niepotrzebne wydatki, które dotąd pochłaniały mi mnóstwo pieniędzy. Na wyżywienie prawie nie musiałem nic wydawać: obiad miałem codziennie gotowy u generała, a moje kolacje, jak już wcześniej wspominałem, były tak lekkie i tak mało kosztowały, że traciłem na nie mało pieniędzy. Nawet łakocie, na które dotąd szło mi mnóstwo pieniędzy — z tej przyczyny, że byłem do nich amatorem od dziecka, a wtedy, przy wielkiej obfitości sprzedawanych owoców i warzyw, zwłaszcza rozmaitych wiśni, śliwek, jabłek, gruszek i bergamotek, była ku temu najbardziej upragniona sposobność — postanowiłem również nieco ograniczyć i obracać te pieniądze raczej na rzeczy potrzebne. W żadne gry hazardowe nie grywałem, a i nie miałem na to czasu; jeśli zaś zachodziłem niekiedy do gospód stojących przy drodze, to nie po co innego, jak chyba dla czytania gazet albo by napić się kawy lub herbaty, albo zagrać z kimś w bilard, i to nie na pieniądze, lecz tylko na same partie. Wreszcie i strojem postanowiłem się nie popisywać, lecz mieć tylko nie lichy i nie wstydliwy. Towarzystw i biesiad żadnych nie urządzałem, a i nie było kiedy ani z kim ich urządzać; zatem i na to nie trzeba było tracić pieniędzy. Słowem, urządziłem cały tryb ówczesnego mego życia na stopie statecznej i samotnej, i tak, że po wszystkich moich niezbędnych wydatkach zostawała mi z żołdu i racji ponad połowa.
Nie myślcie jednak, drogi przyjacielu, że przy wspomnianym ograniczeniu wydatków stałem się sknerą i skąpcem i wszystkie zaoszczędzone pieniądze gromadziłem i chowałem. Ach, nie! Byłem od tego bardzo daleki, a wyznam wam, że wydawałem je niemal wszystkie co do kopiejki.
Teraz, jeśli zaciekawi was, na co je obracałem, powiem bez ogródek, że wydawałem je wszystkie na to, ku czemu najbardziej rwało się moje serce i wszystkie moje upodobania, to jest na kupowanie książek, farb, obrazków i na wykonywanie rozmaitych instrumentów i ciekawych przedmiotów. Moja ochota do tego wszystkiego nie tylko nie malała, lecz z godziny na godzinę stawała się większa.
Do tego czasu wciąż jednak jakoś się od tego powstrzymywałem: częściowo brak zbędnych pieniędzy, częściowo nieustanne przekonanie, że znowu pójdziemy w pochód, powstrzymywały mnie od obarczania się wieloma książkami i innymi rzeczami.
Przykład, który przydarzył mi się pod Rygą, skąd musieliśmy porzucić wszystkie zbędne rzeczy, zawsze miałem w pamięci i budził on we mnie nieustanną obawę. Lecz skoro tylko nasz pułk odszedł i upewniłem się już, że nie puszczą mnie do armii i nie mam powodu obawiać się pochodu, dałem już więcej woli porywom swego serca i rzuciłem się wprost w tak dawno już upragnione kupowanie książek i innych rzeczy.
Nie mogę bez śmiechu i dziś wspomnieć, z jaką przyjemnością kilka dni po odejściu pułku pobiegłem, wykorzystawszy wolną chwilę, do wspomnianej już przeze mnie wcześniej księgarni i z jakim zachwytem przez kilka godzin przeglądałem tam i przebierałem książki. Cały trzos, wypchany po brzegi pieniędzmi, przyniosłem do niej, a nie wyniosłem z niej ani kopiejki, lecz wszystkie, ile ich miałem przy sobie, obróciłem na kupno różnych książek i dzieł. I, o Boże! Jakąż przyjemność odczuwałem wtedy, gdy związawszy ich całą stertę, poniosłem ją ze sobą.
„No! — mówiłem sam do siebie. — Teraz to jest co czytać i jest czym się zająć; teraz nie mów, że ci nudno: jest już czym nudę odpędzić, byle tylko była ochota. Teraz czytaj sobie, proszę, którą chcesz, i zabawiaj się, ile dusza zapragnie!”
Tak mówiąc, przytaszczyłem swą stertę prosto do kancelarii. Wszyscy zdziwili się wielkiej liczbie zakupionych książek, a zwłaszcza gdy zacząłem je rozkładać i na nowo wszystkie przeglądać. Nikomu mój postępek nie wydał się tak dziwny jak panom Niemcom, moim towarzyszom.
— E! e! e! — zawołali obaj jednym głosem. — Na cóż wy taką masę nakupiliście?
— Jak to na co? — odpowiedziałem im. — Do czytania, moi panowie. Nie mam nic do roboty w wolnym czasie, a wiecie, że jestem amatorem i lubię czytać.
— Dobre to! — rzekli dalej. — Ale czyżbyście chcieli do czytania kupować sobie wszystkie książki i tracić na to pieniądze?
— A jakże? — odpowiedziałem.
Uśmiechnęli się wtedy obaj moi Niemcy, a jeden z nich, który był we wszystkim bardziej obeznany, rzekł mi:
— Nie, panie podporuczniku: to będzie dla was zbyt kosztowne. Na kupno tylu książek, ile trzeba do waszego czytania, wkrótce zabraknie wam pieniędzy, i tylko roztrwonicie pieniądze, a wielkiego pożytku nie odniesiecie!
— Dlaczegóż to? — spytałem go, zdziwiwszy się.
— Dlatego — odpowiedział — że książek mamy w sklepach przeogromne mnóstwo, lecz wśród nich nie tyle dobrych, ile złych i do niczego nieprzydatnych. Wszystkich nijak nie wykupicie, a kupować je będziecie z wyboru. Wybór zaś wśród nich jest bardzo trudny i zawsze łatwiej w nim się pomylić i nakupić takich, które nic nie są warte i które potem trzeba wyrzucić, jak to na pewno i teraz wam się przydarzyło. Proszę no, pozwólcie mi je przejrzeć.
— Bardzo dobrze, proszę, bracie — rzekłem i dałem mu je przebierać, jak chce.
Mój Niemiec, usiadłszy, zaczął je zaraz przebierać i przeglądać po swojemu. Nie tylko odczytywał tytuły, lecz przy nieznanych sobie także same przedmowy i po kilka stron treści, i wszystko rozkładał na różne kupki. Patrzyłem na niego, nie spuszczając oczu, i czekałem z niecierpliwością, co wreszcie powie. Lecz jakże struchlałem na duchu, gdy on, przebrawszy wszystko i wziąwszy najmniejszą kupkę, rzekł mi:
— Te oto są niezłe i pieniądze za nie nie są stracone, a te — mówił, pokazując mi drugą kupkę — ni to, ni owo i nie są warte więcej, niż by je raz przeczytać. Te oto — rzekł, podając trzecią kupkę — są mi nieznane i choć nie mogę o nich wprost sądzić, nie wątpię jednak i nie sądzę, by i w nich było wiele dobrego. Co się zaś tyczy tych — rzekł mi, wskazując na największy stos — tych wszystkich lepiej by było wcale nie kupować: wszystkie one nie są nic warte i pieniądze za nie są po prostu stracone.
— Nie, czy to prawda — spytałem zdziwiony — co mówicie?
— Oczywiście, że tak! — odpowiedział. — Wszystkie je znam i nie będę was oszukiwał.
— Ech, cóż za nieszczęście, i cóż ja to zrobiłem! — zawołałem, zgryziony.
— Tak! — rzekł mój Niemiec. — Nieco się pospieszyliście; należało być ostrożniejszym i nie spieszyć się od razu z kupowaniem takiego mnóstwa. Zdążylibyście kupić i wtedy, gdybyście taką książkę przeczytali albo istotnie się dowiedzieli, że jest dobra.
W sensie — treści, samego dzieła.
— Ależ zmiłuj się, bracie — rzekłem — jak je poznasz i kiedy je tu czytać? Jest ich takie zatrzęsienie, że nie wiedziałem nawet, na którą z nich patrzeć, i ledwie zdążałem odczytywać same tytuły {Strony tytułowe — pierwsze karty, na których widnieje autor i tytuł książki.}.
— A właśnie te tytuły — odpowiedział mi Niemiec — was, panie, oszukały. Po nich najtrudniej poznać dobre książki i właśnie na nich nie należy nigdy polegać.
— Ale jak lepiej postąpić — spytałem — i dzięki czemu można by uniknąć pomyłki?
— Dzięki wcześniejszemu przeczytaniu — odpowiedział — tak jak mówiłem przedtem; jest jednak na to i inny sposób. Wśród książek na sprzedaż są pewne szczególne książeczki, zawierające rady dla młodych ludzi, pragnących zakładać biblioteki, w których podaje się krótką i rozumną krytykę książek wszelkiego rodzaju i daje się rady, które z danej klasy lepiej wybierać, a których, przeciwnie, należy unikać. Właśnie w taką książeczkę trzeba by się wam najpierw zaopatrzyć i za jej pomocą, zapoznawszy się choćby pobieżnie z najlepszymi autorami i dziełami, postępować już niejako jak z nut i wybierać takie, które bardziej polecają uczeni autorzy owych książeczek.
— Ech, żal mi — rzekłem — że tego nie wiedziałem i że wy mi tego wcześniej nie powiedzieliście. Nie kupiłbym, doprawdy, takich bzdur, a teraz co mam zrobić z takim mnóstwem?..
Pożaliwszy się i pomartwiwszy nad swą nieostrożnością, spytałem wreszcie mego Niemca, czy nie mógłby mi zdobyć takiej książeczki, o jakiej teraz mówił.
— Owszem — odpowiedział — i jeśli pan sobie życzy, to zaraz pójdę do sklepu i zapytam, czy nie ma tej, którą szczególnie dobrze znam.
— Jakżebyście mnie zobowiązali — rzekłem — i byłbym wam za to nie wiem jak wdzięczny.
— Na cóż czekać? — podchwycił mój Niemiec. — Pójdę w tej chwili. Ale chwileczkę, panie podporuczniku — ciągnął, chwyciwszy kapelusz — czy nie postarać się wyświadczyć wam jeszcze innej przysługi? Te książki — mówił, wskazując na duży stos — istotnie do niczego wam się nie nadają. Czy nie pozwolicie mi wziąć ich ze sobą? Spróbuję, czy nie uda mi się wcisnąć ich z powrotem księgarzowi i albo odzyskać za nie wasze pieniądze, albo przekonać go, że zamiast nich kupicie u niego potem inne, a on do tego czasu pozostałby wam dłużny. Zgadzacie się na to?
— Ach, mój przyjacielu! — zawołałem. — Czyż można by się nie zgodzić? Zobowiązalibyście mnie tym bez końca.
— Dobrze, panie podporuczniku, zobaczymy i użyjemy wszystkiego, co tylko się da.
Powiedziawszy to, porwał mój stos książek i pobiegł do sklepu.
Radość moja była wtedy ogromna, a niecierpliwość, z jaką czekałem na jego powrót, jeszcze większa. Prawie nie odchodziłem od okna, lecz co chwila wyglądałem, czy nie wraca i czy nie niesie ze sobą z powrotem wszystkich moich książek.
Lecz z powrotem jakoś się ociągał. Zdziwiło mnie to i jeszcze bardziej wzmogło moją niecierpliwość.
„Cóż za dziwy — mówiłem — dawno już powinien był wrócić: sklep niedaleko. Chyba księgarza nie ma w domu albo on go namawia i namówić nie może. Albo gdzieś zaszedł?”
Lecz minęła już godzina i zaczęła się druga, a jego wciąż jeszcze nie było widać.
„Panie, zmiłuj się! — myślałem. — To już zupełnie niepojęta sprawa i na pewno coś szczególnego go zajęło”.
Lecz w tej samej chwili, gdy tak rozważając sam ze sobą, patrzyłem w okno, patrzę — a on w drzwiach.
— Ba, ba, ba! — zawołałem. — Skąd się wzięliście? I jakże to przyszliście, że nie mogłem was dojrzeć? Cały czas patrzyłem na tę ulicę, którą mieliście iść.
— Zaszedłem na godzinkę w inne miejsce — rzekł — i przyszedłem już z drugiej strony.
— No i co, mój przyjacielu — podchwyciłem i zacząłem go wypytywać — zdobyliście tę książeczkę?
— Oto ona — odpowiedział, wyjmując ją z kieszeni i podając mi.
— A moje książki?
— Widzicie, że nie mam ich przy sobie.
— Czyżbyście i ich się pozbyli?
— Właśnie tak.
— A księgarz? Pewnie się zaparł i nie chciał ich przyjąć z powrotem?
— Nie obyło się bez tego; ale go przekonałem, udobruchałem. To u nas człowiek dobry i ugodowy. Naopowiadałem mu to i owo o panu i o pańskim zamiłowaniu do książek, aż w końcu się zgodził.
— Ach, przyjacielu mój, jakżeś mnie zobowiązał! Ale cóż, na czym stanęło i co ustalono: czy zostaje mi coś winien?
— Bynajmniej, był tak łaskaw, że nawet pieniądze oddał.
— Czyżby naprawdę?
— Naprawdę, oto pańskie pieniądze.
— No, dziękuję, doprawdy dziękuję! — rzekłem, przyjmując od niego podawane pieniądze i ciesząc się niewymownie, że je odzyskał.
— Czy jednak nie pogniewa się pan na mnie — podchwycił — że ośmieliłem się z pańskich pieniędzy wydać jakieś trzy talary na własną potrzebę? Zwrócę je panu, kiedy tylko pan zechce.
— Ojczulku mój — odpowiedziałem mu — choćbyś je nawet wszystkie wydał, nie rzekłbym ani słowa! Uczynił pan dla mnie więcej niż to, a panu można zaufać i w większej sprawie.
I doprawdy, byłem z niego tak zadowolony, że gotów byłbym oddać mu i ostatnie, gdyby mnie wtedy o nie poprosił. On jednak ich nie potrzebował, lecz podziękowawszy mi za zaufanie, mówił dalej:
— Skoro jest pan dla mnie tak łaskawy, to muszę panu powiedzieć w zamian jeszcze coś miłego.
— Cóż takiego, drogi przyjacielu? — zapytałem zdziwiony.
— A oto co — rzekł — kiedy wracałem z księgarni tutaj, przyszła mi do głowy pewna szczególna myśl. Przecież książki, pomyślałem, kupuje pan nie po to, by zbierać wielką bibliotekę — bo i gdzie by się pan z nią podział? — lecz po to tylko, by je czytać.
— Oczywiście — odpowiedziałem.
— Czyż więc nie uwolnić pana całkiem od ich kupowania, a przynajmniej od trwonienia na nie mnóstwa pieniędzy, a przy tym w pełni zaspokoić pańską chęć do czytania?
— A jakże to możliwe? — zapytałem zdziwiony.
— Możliwość ku temu istotnie jest, byle tylko była na to pańska wola. Jest tu u nas pewien dom, którego gospodarz trzyma u siebie przeogromne mnóstwo najlepszych książek wszelkiego rodzaju i daje je do czytania każdemu, kto zechce, i takie, jakie kto sobie życzy, a sam bierze za to od czytelników tylko najmniejszą opłatę.
— Co pan mówi? — zawołałem. — Czyżby naprawdę?
— Właśnie tak — odpowiedział — a i opłata niewielka, nie więcej niż po jednym naszym groszu, a po waszemu po jednej kopiejce dziennie. Czy nie zechciałby pan z tego sposobu skorzystać? U nas bardzo wielu tak czyta.
— Ojczulku mój! Ależ ja gotów byłbym płacić nie tylko po jednej, ale i po trzy kopiejki dziennie, bylebym mógł z takiej dogodności korzystać, ale chodzić do niego na to czytanie, jak pan sam wie, nie mam kiedy.
— I tego wcale nie trzeba — odpowiedział. — On bowiem daje każdemu książki do domu; a dla ostrożności, by nie mogły przepaść, bierze tylko na samym początku w zastaw kilka talarów, które potem zwraca, gdy tylko kto przestanie czytać.
— To jeszcze lepiej — zawołałem z przeogromnym ukontentowaniem — i jakżebym był rad, gdybym mógł się z tym człowiekiem poznać.
— Cóż stoi na przeszkodzie? — odpowiedział. — Zaraz pana z nim poznamy. Wiem, gdzie mieszka.
— Ojczulku mój! — zawołałem, składając mu przeniski ukłon. — Gotów byłbym ci się do nóg pokłonić, gdybyś mi tę przysługę wyświadczył: zobowiązałbyś mnie tym na wieki. Czy nie mógłbym choćby teraz pójść tam z panem?
Zdziwił się on mojej niecierpliwości i roześmiawszy się, rzekł:
— Dobrze, dobrze, panie podporuczniku, skoro tak panu na tym zależy, to nie musi się pan wcale trudzić i tam chodzić. I od tego pana uwolnię: sprawa już załatwiona. Nie wątpiąc, że będzie to panu miłe, już tam byłem i całą rzecz załatwiłem.
— Jak to? — zapytałem, aż podskoczywszy z radości. — Czy to możliwe?
— Właśnie tak — odpowiedział — a na dowód tego oto panu i pokwitowanie od niego na otrzymane w zastaw wspomniane pieniądze. Te trzy talary wydałem nie na siebie, lecz właśnie na to.
— Czyżby naprawdę? Ach, jakże mnie pan zobowiązał! — rzekłem, składając mu przeniski ukłon.
— A oto — ciągnął, wyjmując zza pazuchy zeszycik — i drukowany spis wszystkich jego książek: wystarczy tylko zaznaczać w nim, które pan zechce, i posyłać po książki do niego z kartką, a on będzie je przysyłał. Za pierwszy miesiąc zapłaciłem mu już 30 groszy.
Boże mój, jakże się wtedy z tego wszystkiego ucieszyłem! Byłem tak zadowolony z postępku mojego Niemca, że rzuciwszy mu się na szyję, nawet go wycałowałem i nie mogłem znaleźć dość słów, by wyrazić mu swoją wdzięczność. Zaprawdę, gdyby mnie kto obdarował wtedy czymś cennym, nie byłaby moja radość i wdzięczność tak wielka jak w owej chwili. A że zdarzyło się to przypadkiem w sam dzień moich urodzin, długo ten dzień pamiętałem i nie pamiętam, bym kiedykolwiek spędził go z takim ukontentowaniem jak wtedy. I nie ma się czemu dziwić: zaspokojona została wówczas jedna z największych moich skłonności, i to nie jednym tylko, lecz wieloma sposobami, bo i kupionych książek zostało mi jeszcze mnóstwo, i niespodzianie trafiła mi się okazja taka, jakiej tylko mogło pragnąć moje serce. Słowem, nie potrafię wam opisać, jak bardzo byłem zadowolony z całego tego zdarzenia i w jakim ukontentowaniu spędziłem ów wieczór i większą część nocy, czytając i przeglądając, po powrocie na kwaterę, moje książki i otrzymany spis.
Ale tak się rozgadałem, że zapomniałem, iż dawno już czas list kończyć i powiedzieć wam, że jestem wasz, i tak dalej.
ZABAWY I ROZRYWKI
List 69
Drogi przyjacielu! Przypuszczam, że już z góry przewidywaliście, iż zacznę ten list od opowieści o tym, jak zacząłem korzystać ze wspomnianej w ostatnim liście niespodziewanej dogodności. I nie pomyliliście się, bo istotnie uważam za potrzebne wam o tym opowiedzieć. Ten moment był w moim życiu szczególnie godny uwagi. Szedł mi wtedy dwudziesty pierwszy rok życia i właśnie od tego czasu zaczęło się prawdziwie moje czytanie książek, które potem przyniosło mi tak wielki pożytek. Do tego czasu, choć czytywałem książki, całe moje czytanie odbywało się tylko skrawkami i urywkami, od czasu do czasu, a od tej pory zasiadłem, że tak powiem, na dobre i zabrałem się do czytania niemal bez przerwy i nie ruszając się z miejsca. Ówczesna jesienna i nudna pora, zaczynające się długie wieczory, siedzenie co dzień w kancelarii do mniej więcej dziesiątej wieczorem, mnóstwo wolnego czasu, pozostającego od spraw i przekładów, okoliczność, że płaciłem za książki pieniądze, choć niewielkie, niechęć do trwonienia ich na próżno, a przeciwnie, chęć skorzystania jak najwięcej z tej upragnionej okazji i przeczytania jak największej liczby książek, a wreszcie i same najciekawsze i najprzyjemniejsze treści tych książek, które czytałem na początku — wszystko to sprawiło, że nie traciłem niemal ani minuty wolnego czasu, lecz cały obracałem na czytanie.
Teraz opowiem wam, jakiego rodzaju książki czytałem wtedy najwięcej. Choć za pośrednictwem wspomnianej książeczki, kupionej mi przez mego towarzysza, dowiedziałem się o wszystkich najlepszych książkach i dziełach we wszystkich dziedzinach literatury niemieckiej i choć, przeglądając swój katalog, ku szczególnemu zadowoleniu stwierdzałem, że wiele z nich miał również ów mieszkaniec Królewca, od którego już następnego dnia zacząłem brać książki do czytania — nie poprzestałem jednak na tym, lecz poprosiłem tegoż Niemca, mego towarzysza, który mi tę okazję zapewnił i który podjął się trudu zaprowadzenia tam jednego z naszych kancelaryjnych żołnierzy, którego postanowiłem zawsze posyłać po książki, by i on ze swej strony mi doradził, które lepiej czytać na początek, i zaznaczył je w katalogu. On chętnie to uczynił i zaznaczywszy wszystkie, które znał i które były lepsze od innych, oraz wypowiedziawszy swoje zdanie o ich zaletach, radził mi zacząć od czytania najlepszych niemieckich powieściopisarzy. Mówił, że dzięki temu nie tylko nauczę się czytać ich książki sprawniej i poznam ich język doskonalej, lecz także najłatwiej nabiorę ochoty do dalszej lektury.
A ponadto będę mógł weselej spędzać ówczesny nudny czas, zwłaszcza wieczorami, bo skoro są one zajmujące, mogą łatwiej niż książki innego rodzaju zaprzątać całą moją uwagę i nie pozwalać odczuwać nudy.
Na tę propozycję zgodziłem się tym chętniej, że odpowiadała ona i moim własnym skłonnościom. Mój „Cleveland” i niektóre inne przeczytane przeze mnie wcześniej powieści już dawno zaszczepiły we mnie upodobanie do nich, a zawsze ze szczególną przyjemnością czytywałem książki zawierające w sobie coś historycznego.
A że powieści miał ów Prusak przeogromne mnóstwo, a wśród nich i wszystkie najlepsze i najsławniejsze, rzuciłem się w ich lekturę i oddawałem się jej z taką pilnością i gorliwością, że nie znałem nawet zmęczenia. Mój żołnierz musiał co chwila chodzić po książki i wkrótce doszło do tego, że nie tylko Niemcy, moi towarzysze, ale i sam właściciel książek nie mógł się dość nadziwić, jak szybko je przeczytuję, i w końcu tak mi zaufał, że nie obawiał się przysyłać mi ich już po całym tuzinie naraz, i to znacznie więcej, niż wart był cały mój zastaw. Trzeba jednak powiedzieć, że i ja sam starałem się zawsze zachować zaufanie i nie tylko zwracałem mu jego książki zawsze w całości i rzetelnie, ale i dbałem o nie zupełnie jak o własne, by nie mogły się jakoś zagubić, a to było mu szczególnie miłe. Ja zaś miałem z tego tę korzyść, że spośród mnóstwa przysyłanych mogłem wybierać i czytać te, które były lepsze od innych i bardziej mi się podobały, a pozostawiać pozostałe, które wydawały mi się nie tak dobre i niegodne mojej lektury.
Na takim nieustannym czytaniu samych powieści spędziłem nie tylko całą ówczesną jesień, ale i całą zimę, a nawet większą część następnego lata, a ich treść nie tylko mi się nie przykrzyła, ale stawała się z każdym dniem jeszcze przyjemniejsza i w istocie z godziny na godzinę coraz bardziej zachęcała mnie do czytania. Przeczytałem ich wtedy przeogromne mnóstwo i ze wszystkich najlepszych i najsławniejszych podówczas powieści nie została prawie ani jedna, która by nie była w moich rękach i nie została przeze mnie przeczytana od początku do końca.
Wobec zwykłego zarzutu stawianego powieściom, że ich lektura przynosi nie tyle pożytku, ile szkody, i że nierzadko można je uważać za jad i truciznę dla młodych ludzi, można by pomyśleć, że i na mnie wywarły podobne działanie; ja jednak uroczyście o sobie powiem, że nie uczyniły mi nic złego. Ile bym ich nie czytał, nie dostrzegłem z całej tej lektury ani wtedy, ani później żadnych złych i szkodliwych dla siebie następstw, nie zdeprawowały się przez nie moje myśli ani nie zepsuło się serce, nie zostałem przez nie skuszony do żadnych złych uczynków ani wciągnięty w występki i rozpustne życie; przeciwnie, ich lektura przyniosła mi niezliczone korzyści i pożytki.
Umysł mój napełnił się mnóstwem nowych wiadomości, jakich wcześniej nie miał, a serce czułymi i szlachetnymi uczuciami, zdolnymi nie skłaniać, lecz odwracać mnie od występków i złych uczynków, którym łatwo mógłbym ulec.
Słowem, w żaden sposób nie mogę się na nie uskarżać ani obwiniać ich ze swej strony o szkodliwe następstwa, lecz raczej wiele dobrego im zawdzięczam.
Być może stało się tak dlatego, że szczególnym szczęściem od samego początku trafiły mi do rąk powieści najlepszego rodzaju, pisane z gustem przez dobrych i sławnych autorów, i takie, w których piękno cnót i dobrego postępowania, a ohyda występków i złego życia, przedstawione były najżywszymi i urzekającymi barwami; skoro bowiem, naczytawszy się ich najpierw, nabrałem dobrego smaku w powieściach, byłem już w stanie wybierać między złymi a dobrymi i tym mniej mogłem być potem zepsuty przez złe, trafiające mi czasem do rąk, lecz łatwiej mogłem nimi gardzić i nie zaszczycać ich swoją lekturą. A wiele, być może, przyczyniło się do tego i uprzednie usposobienie i stan mego serca, które od dzieciństwa miało więcej skłonności do dobrego niż do złego i już dobry fundament do umiłowania cnoty.
Jakkolwiek bądź, wspomniane czytanie powieści przyniosło mi rozmaite pożytki. Za najważniejszy z nich można uznać to, że dzięki obfitej lekturze stałem się w języku niemieckim nieporównanie bieglejszy i doskonalszy. Nie tylko całe tysiące słów i wyrażeń, których wcześniej zupełnie nie znałem, stały mi się tu znane i zrozumiałe, mimochodem i bez żadnego wkuwania ich na pamięć, ale nauczyłem się po części smaku i w samym stylu dzieł niemieckich, poznałem jego wdzięk i piękno i przez to wszystko niepostrzeżenie przygotowałem się do łatwiejszego rozumienia i chętniejszego czytania innych, pożyteczniejszych dzieł. Drugim i nie mniej ważnym pożytkiem, jaki odniosłem z tej lektury, można uznać to, że czytając opisy zdarzeń we wszystkich państwach i we wszystkich krajach świata, niepostrzeżenie zaznajomiłem się znacznie bliżej z nimi wszystkimi, a zwłaszcza z najznaczniejszymi na świecie miastami. Poznałem i nabrałem dostatecznego wyobrażenia o rozmaitych obyczajach i zwyczajach narodów i o wszystkim, co we wszystkich państwach jest dobrego i złego, i jak ludzie żyją w tym czy innym państwie, i co się tam u nich praktykuje. Zastąpiło mi to w wielkiej mierze osobne czytanie książek geograficznych i uczyniło mnie pod tym względem znacznie lepiej obeznanym. Nie mniejsze zaś wyobrażenie nabrałem i o sposobie życia ludzi rozmaitego stanu, począwszy od władców ziemskich aż do ludzi stanu najniższego. Samo życie codzienne i światowe we wszystkich jego rozmaitych postaciach i stanach, i w ogóle cały świat, stały mi się znacznie bliższe niż przedtem, i o wielu rzeczach nabrałem jaśniejszego wyobrażenia, o których wcześniej miałem tylko słabe i niedoskonałe. Co się tyczy mego serca, to od obfitej lektury napełniło się ono tak czułymi i szczególnymi uczuciami, że wyraźnie odczuwałem w sobie wielką przemianę i czułem się zupełnie jakby odrodzony.
Zaczynałem patrzeć na wszystkie zdarzenia na świecie nie innymi, lecz cnotliwszymi oczyma, a wszystko to zaszczepiało we mnie pewną odrazę do grubiańskiego i nikczemnego obejścia i do towarzystwa ludzi występnych i odciągało mnie od takiego towarzystwa z godziny na godzinę coraz bardziej.
Wreszcie płynął stąd ten pożytek, że skoro cały wolny czas był u mnie przeważnie zajęty samym czytaniem, nie tylko nigdy nie trwałem w bezczynności, ale też nie zajmowałem się, poza sprawami służbowymi, żadnymi innymi rzeczami, które łatwo mogłyby mnie odciągnąć od moich pożytecznych zajęć i wprowadzić w jakieś błędy. Co zaś się tyczy uciechy, jaką sprawiało mi to czytanie powieści, to już nie wiem, do czego by ją porównać i jak by wam ją opisać. Dość, gdy powiem, że była nieustanna i tak wielka, że i dziś jeszcze nie mogę zapomnieć owego czasu i tego, jak był dla mnie przyjemny i radosny. Pamiętam i dziś jeszcze, jak radowałem się nie tylko w czasie czytania, przesiadując bez żadnej nudy długie wieczory, lecz głowa moja była tak napełniona przeczytanymi opowieściami i przygodami, że i podczas najnudniejszego chodzenia nocami z kancelarii na kwaterę nie wychodziły mi one z pamięci, i myślami zajmowałem się nimi i radowałem w tych nudnych wędrówkach nie mniej niż w czasie czytania, i dzięki temu nie czułem trudu i przykrości związanych z chodzeniem po błotnistym i śliskim bruku.
Ale dość o mojej ówczesnej lekturze, trzeba bowiem, bym opowiedział wam i o innym zajęciu, któremu oddawałem się od czasu do czasu i które, choć miało za przedmiot jedynie rozrywkę, było jednak także niewinne i dozwolone. Polegało ono nie na czym innym, jak na tańcu, a raczej na nauce tej sztuki. Zdziwicie się bez wątpienia i uznacie to za rzecz zupełnie nieprzystającą do mego ówczesnego usposobienia, a jednak tak było naprawdę, i skłoniła mnie do tego po części moja skłonność do tego zajęcia od dzieciństwa, po części bale, wydawane czasem przez naszego generała, i tańce na nich. Ilekroć tylko zdarzało mi się je oglądać, wpatrywałem się w nie z zachwytem i za każdym razem w duchu się złościłem, czemu nie mogę sam brać w tym udziału. Ale niskość mego stopnia, wrodzona nieśmiałość i lękliwość, a nade wszystko sama moja nieumiejętność tańczenia nie pozwalały mi nawet myśleć o tym, bym mógł kiedykolwiek w tej rozrywce uczestniczyć; choć bowiem jako dziecko tańcowywałem, to ponieważ nigdy się tej sztuki nie uczyłem, wszystkie ówczesne moje tańce nic nie znaczyły. Ponieważ zaś od tego czasu nigdy więcej nie zdarzyło mi się tańczyć, uważałem się wtedy za zupełnie do tego niezdolnego, dlatego też zadowalałem się jedynie patrzeniem, jak inni tańczą, i przypatrywaniem się wszystkim ich ruchom i obrotom, aby po powrocie na kwaterę móc choć samouctwem nieco tej sztuki się nauczyć. I rzeczywiście czyniłem tak czasem w wolnych godzinach i, nucąc menuety {Nucąc menuety.}, uczyłem się robić pas i inne obroty.
A że sztuka ta nie była tak trudna, by nie dało się jej przejąć, po pewnym czasie opanowałem ją tak, że w razie potrzeby mógłbym się odważyć zatańczyć i publicznie, i brakowało mi do tego jedynie stosownej okazji.
Ledwie do tego doszedłem, gdy niespodzianie nadarzyła się i upragniona okazja. Ten sam Niemiec, który zapoznał mnie z książkami, zapewnił mi i tę okazję. Pewnego razu, przyszedłszy do nas do kancelarii, opowiedział, że w jego sąsiedztwie odbędzie się tego dnia żydowskie wesele, i zaproponował mi, czy nie chcę z ciekawości go obejrzeć.
— Bardzo bym chciał — rzekłem — nigdy jeszcze takiego nie widziałem. Ale jakże by to można zrobić?
— Jeśli pan sobie życzy — odpowiedział mój Niemiec — to pójdziemy razem. Zaprowadzę tam pana wieczorem; trzeba się tylko nieco lepiej ubrać, bo wesele będzie porządne i przyzwoite.
— Dobrze — rzekłem — ale czy nie będzie to niestosowne, że pójdziemy bez żadnego zaproszenia, z własnej woli?
— Ależ nie, panie podporuczniku! U nas jest taki zwyczaj, że skoro tylko kto urządza wesele publiczne i choć trochę porządniejsze, to wolno tam przychodzić każdemu przyzwoitemu człowiekowi, a zwłaszcza wam, panom oficerom: macie do tego szczególne prawo. Żaden gospodarz nie tylko nie powie wam ani słowa, ale jeszcze poczyta to sobie za zaszczyt; trzeba tylko samemu zachowywać się przyzwoicie i nie zaczynać żadnych zuchwałości, hałasów, burd ani innych nieprzystojnych postępków.
— O, co do tego — rzekłem — to z mojej strony nic takiego nastąpić nie może.
— To wiem i jestem tego pewien — odpowiedział — i dlatego właśnie panu proponuję. — No, to dobrze! — rzekłem. — Zaprowadźże mnie pan wtedy, proszę, i zaspokój moją ciekawość.
Umówiwszy się w ten sposób i poszedłszy na kwaterę, by poprawić sobie włosy i nieco lepiej się przyodziać, wstąpiłem po niego o umówionej godzinie, a że już na mnie czekał, poszliśmy z nim od razu na to wesele. Była już wtedy zupełna noc, ale on mówił, że u nich taki zwyczaj, iż wesela odbywają się zawsze nocą. Jakże się jednak zdziwiłem, gdy przyprowadził mnie do przeogromnego murowanego domu, oświetlonego mnóstwem świateł!
— Czyżby to tu było wesele? — zapytałem.
— Właśnie tu — odpowiedział.
— Co ty mówisz! — podchwyciłem, zająknąwszy się. — Czy nie będzie to niestosowne, że przyjdziemy nieproszeni; wesele, jak widać, jest okazałe?
— Ależ nie! — rzekł. — Proszę iść śmiało i niczego się nie obawiać. Oto pójdę przodem i będę panu służył za przewodnika.
Rzekłszy to, poszedł prosto do sieni; ja podążyłem za nim. Ledwie weszliśmy do sieni, gdy dźwięk przepotężnej muzyki uderzył w moje uszy.
— Ba, ba, ba! — rzekłem. — Tu nawet i muzyka jest.
— A jakże pan myślał? — odpowiedział. — Bez muzyki bywają u nas tylko wesela pospólstwa; a jeśli tylko odrobinę porządniejsze, to zawsze z muzyką.
W tej samej chwili otworzyły się drzwi i on pociągnął mnie za sobą. Sala była przeogromna, oświetlona mnóstwem świec i wypełniona wielkim mnóstwem ludzi obojga płci.
Zdziwiłem się, widząc, że pośród nich wszystkich nie było ani jednego człowieka z najniższego pospólstwa, lecz wszyscy ludzie byli przyzwoicie ubrani i zachowywali całą przystojność. Jedni z nich siedzieli pod ścianami na krzesłach, inni przechadzali się i rozmawiali między sobą; inni zaś, i ci najliczniejsi, stali gromadkami i przyglądali się tańczącym pośrodku sali w kilka par i porządnie menueta. Wszyscy, którzy nas napotykali, ustępowali nam drogi i okazywali nam wszelką grzeczność i uprzejmość. Wszystko to, przez swą niespodziewaność, zadziwiło mnie niezmiernie.
— Cóż ty, bracie — mówiłem cicho do swego towarzysza — dokąd ty mnie zaprowadziłeś? To wcale nie przypomina wesela, to istny bal!
— A jakże pan myślał? — rzekł. — U nas zawsze tak bywa.
— Ależ zlituj się — dopytywałem go dalej — powiedzże mi, gdzie jest pan młody i panna młoda, kiedy będą brali ślub i kiedy odbędzie się u nich ceremonia weselna?
— Ech, panie podporuczniku — odpowiedział — przecież oni już dawno, jeszcze dziś w południe i w innym miejscu, są poślubieni, i cóż nam do tego, a tu jest tylko bal weselny. Ślub biorą w swoich domach, a są przy tym obecni tylko krewni.
— A ten dom czyż nie jest gospodarza? — zapytałem zdziwiony.
— Ach, nie — odpowiedział — ten dom jest miejski i publiczny, a ci, którzy chcą wyprawiać bale weselne, tylko go wynajmują na wieczór i płacą za to do ratusza prawie zupełną drobnostkę.
— Ot, mości panie — rzekłem, dziwiąc się z godziny na godzinę coraz bardziej — ten zwyczaj macie bardzo dobry, i dlatego wesela niewiele gospodarza kosztują.
— Oczywiście, niewiele — odpowiedział — bo cały wydatek polega na kupnie świec i zapłaceniu niewielkiej sumy pieniędzy muzykantom, a poza tym nie ma tu ani kolacji, ani częstowania, a za granie muzyki płacą raczej sami tańczący.
— Jak to? — zapytałem, zdziwiony jeszcze bardziej.
— A tak — rzekł — że zobaczy pan to sam. Niech się tylko skończy menuet, a wtedy, jeśli komu zechce się szczególnie coś zatańczyć, każe muzykantom to grać i za ten przywilej daje im drobnostkę, kilka groszy, a oni wtedy huczą i grają tak długo, jak on sobie życzy.
— Cóż za dziwy! — rzekłem. — Ale proszę mi powiedzieć, cóż to za ludzie tańczą, i w ogóle wszyscy tu obecni?
— Wszelkiego stopnia i stanu — odpowiedział — z wyjątkiem tylko najniższego pospólstwa: są tu mieszczanie, są dobrzy rzemieślnicy, są duchowni, są i porządni kupcy ze swymi żonami i córkami; a spośród młodych, a i tych tańczących mężczyzn, jest mnóstwo studiujących w tutejszym uniwersytecie studentów, a wśród nich i dzieci z dobrych rodów szlacheckich. A w dawniejszych czasach przychodziło tu i mnóstwo naszych panów oficerów, i to oni bywali najlepszymi tancerzami. Słowem, są tu ludzie wszelkiego rodzaju, bo każdemu wolno odwiedzać te biesiady, a w dodatku z tym, że kto nie chce być rozpoznany, może przyjść w masce i w stroju maskaradowym.
— Ależ zlituj się! — dopytywałem go dalej. — Skoro bywają tu ludzie wszelkiego rodzaju, i znajomi, i nieznajomi, to czy nie mogą tu łatwo zdarzać się wszelkie rzeczy, na przykład kłótnie, hałasy, burdy i tym podobne?
— Ach, nie! — odpowiedział. — U nas nigdy się to nie zdarza, i zdarzyć się nie może. Nasza policja bardzo surowo pilnuje, by nic podobnego na tych zgromadzeniach się nie działo. Niech Bóg broni, jeśli komu przyjdzie do głowy przedsięwziąć coś nieprzystojnego i niestosownego — zaraz pod ręce, wyprowadzą ze wstydem i wypchną za drzwi, ktokolwiek by to był.
— To doprawdy bardzo dobrze! — rzekłem. — Ale, za pozwoleniem, powiedział mi pan, że to wesele żydowskie; dlaczegóż więc nie widzę tu Żydów?
— Ech, jakże nie widać — odpowiedział — czyżby ich pan nie zauważył? Jest ich, prawda, niewielu, ale są: o, proszę zwrócić uwagę na tych, którzy mają brody nie do czysta wygolone, lecz pozostawiony wąski pasek na szczękach, przystrzyżony nożyczkami: to wszystko Żydzi, i tylko po tym jednym można ich rozpoznać; a poza tym są ubrani tak samo jak inni, bo przychodzą tu spośród nich tylko najlepsi i najbogatsi.
— A ich kobiety? — zapytałem dalej.
— Tych — rzekł — niczym już od innych odróżnić nie można: ubierają się tak samo dobrze jak inne. Niech pan popatrzy, czy rozpozna pan wśród tych tańczących samą pannę młodą?
— Nie — rzekłem, obejrzawszy wszystkie pozostałe — wszystkie, zdaje się, ubrane są jednakowo i wszystkie całkiem ładnie.
— Oto ona — rzekł, wskazując na pannę młodą — można ją odróżnić tylko po tym, że jest cała w białej sukni i że głowę ma przybraną kwiatami. A oto jej pan młody — rzekł, wskazując na młodego i przystojnego młodzieńca.
Patrzyłem wtedy ze szczególną ciekawością na tych nowożeńców i nie mogłem się dość nadziwić całemu ich zachowaniu, które było tak przyzwoite, że nigdy bym nie pomyślał, iż to Żydzi, gdyby mi tego nie powiedziano. Wreszcie zapytałem mego towarzysza:
— A gdzież jest sam gospodarz? Proszę mi go pokazać.
— Bóg go wie — odpowiedział mi — nie znam go i czy jest tu, czy nie, doprawdy nie wiem, a i po cóż o nim wiedzieć? Jest tu takim samym gościem jak wszyscy inni, i jak on o nikogo, tak i o niego nikt się nie troszczy.
— Ot, zabawne i zadziwiające — rzekłem — ale prawdę mówiąc, tym lepiej i swobodniej.
W tej samej chwili skończył się taniec polski, który tańczono wtedy po menuecie.
— No, a teraz co będzie? — rzekłem.
— Pewnie kontredans! — odpowiedział mój towarzysz, i nie pomylił się w swoim przypuszczeniu.
Usłyszeliśmy nagle głos pewnego młodego człowieka, wołającego do muzykantów, by grali „réjouissance” {Francuskie — właściwie wesołość, uroczystość.}, i dającego im trochę pieniędzy. Ledwie to wymówił, gdy po całej sali rozległo się echo i mnóstwo głosów zaczęło mówić:
— Réjouissance! Réjouissance!
I wszyscy młodzi ludzie zaczęli szukać sobie partnerek i, prosząc młode kobiety do tańca, rangować się {Ustawiać się w szereg, wyrównywać.} w dwie linie. A że nazwa tego kontredansa była mi dość znana, bo widziałem, jak go kilka razy tańczono na balach u generała, i tak mi się spodobał, że i melodię, i figurę wyuczyłem się na pamięć, zapłonąłem wtedy chęcią, by go zatańczyć.
„Ech — myślałem — spróbowałbym go zatańczyć! Może się nie pomylę; figurę znam”.
Ale nieśmiałość moja była tak wielka, że w żaden sposób nie mógłbym się na to odważyć, gdyby mój towarzysz, zauważywszy, że płonę chęcią, lecz tylko nie śmiem, nie powiedział mi:
Niemiec. — Cóż, panie podporuczniku, czy nie zechciałby pan dotrzymać im towarzystwa?
Ja. — Bóg wie! Nigdy jeszcze tego kontredansa nie tańczyłem! Prawda, figurę jego znam, ale boję się, że się zmieszam i poplączę.
Niemiec. — Ech, panie podporuczniku, niech pan rusza, może się pan nie poplącze; a choćby się pan i zmieszał, nieszczęście niewielkie, ludzie tu nie z wysokich sfer, wybaczą panu. Niech pan tylko stanie w ostatniej parze, a zanim przyjdzie na pana kolej, to pan i przejmie.
Ja. — To iść?
Niemiec. — Niech pan idzie, mości panie, niczego się nie obawiając.
Ja. — Ale skąd mam wziąć kobietę? Żadnej nie znam.
Niemiec. — Cóż z tego! Niech pan bierze którąkolwiek, żadna panu nie odmówi, lecz jeszcze poczyta sobie za zaszczyt tańczyć z panem, jeśli tylko umie.
Ledwie to wymówił, gdy ujrzeliśmy pewną młodą i ładną dziewczynę, biegającą po całej sali i szukającą sobie partnera, i wtedy rzekł mi mój towarzysz:
— No, proszę, czegóż lepszego trzeba, sama szuka, niech pan idzie i zwróci się do niej.
Ledwie starczyło mi ducha, by się na to odważyć. Podszedłem do niej w tej samej chwili, gdy przechodziła obok nas, i rzekłem do niej:
— Łaskawa pani! Zapewne brakuje pani pary? Czy nie zechce pani ze mną?
— Z ochotą — odpowiedziała mi dziewczyna, wyraźnie uradowana moim zaproszeniem. Podała mi rękę i od razu chciała mnie prowadzić, by stanąć między parami.
— Łaskawa pani — rzekłem, zatrzymując ją nieco — czy nie lepiej trochę dalej, bo, przyznam się pani, tego tańca jeszcze nie tańczyłem, chyba że będzie mnie pani poprawiać.
— O, mój panie, z przeogromną ochotą — odpowiedziała i od razu poszła stanąć tam, gdzie chciałem.
Serce zadrżało we mnie, ledwie stanąłem w szeregu, a te chwile, które musiałem czekać, aż przyjdzie na mnie kolej, były dla mnie najbardziej męczące.
Cały mój duch był w wielkim pomieszaniu i stałem ni żywy, ni martwy, zupełnie jakbym czekał nie wiadomo na co. Ale wreszcie los mój się rozstrzygnął. Porwano mnie, pociągnięto i kazano mi również biegać, skakać i obracać się, i ta chwila rozstrzygnęła wszystkie moje wątpliwości i nieufność do samego siebie. Przetańczyłem cały kontredans bez najmniejszego błędu i tak sprawnie, że mój towarzysz nie mógł się mnie dość nachwalić. I od tego czasu nie musiał mnie już zachęcać do tańca: potrzebna i ciężka była mi tylko pierwsza chwila, a skoro raz się odważyłem, prawie nie było na mnie rady. Nie opuściłem ani jednego tańca, którego bym nie tańczył razem z innymi, i tak się rozochociłem, że mój towarzysz już prawie temu nie był rad, lecz usiadłszy w kąciku, tylko na mnie popatrywał. Najbardziej spodobało mi się to, że wszystkie kobiety ze szczególną ochotą ze mną tańczyły i nie tylko się nie śmiały, jeśli czasem w nieznanych mi jeszcze kontredansach z początku się myliłem, ale każda z przyjemnością mi mówiła, dokąd iść i co robić.
Jednym słowem, ten wieczór był dla mnie najprzyjemniejszy w życiu. Nie spostrzegłem, jak minął, i roztańczyłem się nawet do tego stopnia, że mój towarzysz w końcu do mnie podszedł i rzekł:
— Już po północy, panie podporuczniku! Czy nie pora nam iść do domu? Młodzi dawno już wyszli i zniknęli, a wkrótce wszyscy się rozjadą.
Dopiero wtedy opamiętałem się, że zatrzymałem tego dobrego człowieka. Złożyłem mu tysiąc przeprosin i podziękowań, że tyle się dla mnie natrudził, i chwyciwszy kapelusz, od razu z nim poszedłem.
Tym skończyło się wtedy to zdarzenie, a tym skończę i mój list, i znów wam powiem, że jestem, i tak dalej.
List 70
Drogi przyjacielu! Wieczór spędzony tak wesoło sprawił mi tyle ukontentowania, a ćwiczenie się w tańcach tak mi się spodobało, że nie wychodziły mi one z myśli przez całą drogę, gdy wracałem wtedy na kwaterę. Przy rozstaniu jeszcze raz podziękowałem memu towarzyszowi i byłem jego przysługą niezmiernie zadowolony. Do tańca zaś tak się rozochociłem, że idąc dalej, nie raz sam sobie mówiłem: „No, gdyby mi się jeszcze raz czy dwa zdarzyło tak samo potańczyć, to już bym ruszył i mógłbym śmiało tańczyć nawet u samego generała na balach”. To moje życzenie spełniło się wcześniej, niż myślałem i oczekiwałem. Wspomniany mój towarzysz, Niemiec, ledwie zobaczył mnie następnego dnia, roześmiawszy się, rzekł:
„No, panie podporuczniku, lubi pan tańczyć, prawdziwy z pana amator! Nie wiedziałem o tym, a gdybym wiedział, dawno bym panu dał ku temu okazję. Czy nie zechciałby pan jeszcze raz tak samo zabawić się tańcami? Pojutrze znowu będzie wesele”.
— Co pan mówi! — zawołałem. — Czyżby znowu takie samo? — Nie tylko takie samo, ale jeszcze lepsze! Tu, całkiem blisko, w staromiejskim domu miejskim, będzie się żenił pewien zamożny kupiec. I jeśli pan sobie życzy, zaprowadzę pana i tam, ale tylko pod warunkiem, że nie będę tam siedział tak długo jak wczoraj, lecz że wolno mi będzie stamtąd wyjść, kiedy zechcę.
— Ach! Drogi przyjacielu, zobowiążesz mnie tym bezgranicznie! A co do pana, to niech pan idzie, kiedy chce, mogę zostać i sam. — „Bardzo dobrze — rzekł — zaprowadzę pana i tam; i cóż mówić, byle tylko miał pan ochotę tańczyć. Będę panu za każdym razem mówił, gdy tylko się dowiem, że gdzieś będzie wesele. U nas w obecnej jesiennej porze bywają one bardzo często i może pan być na wszystkich, jeśli tylko pan zechce”. — Ojczulku mój — zawołałem — ty mnie, jak Boga kocham, tak zobowiązujesz, że doprawdy nie wiem, czym i jak ci się za to odwdzięczyć!
Pan Pickart (tak bowiem się nazywał) istotnie dotrzymał słowa.
Zaprowadził mnie i na to wesele, które w samej rzeczy było nieporównanie lepsze i we wszystkim wspanialsze od pierwszego; nie tylko dom, w którym się odbywało, był znacznie większy, ale i zgromadzenie liczniejsze, a składało się ono z ludzi znacznie lepszych i znakomitszych.
I tu bawiłem się niezwykle wesoło; skoro bowiem byłem już śmielszy, od razu przystąpiłem do tańców i przetańczyłem mniej więcej do trzeciej, tak że ze zmęczenia ledwie doszedłem do domu i resztę nocy przespałem jak zabity. A ledwie minęło kilka dni, gdy ku wielkiemu memu zadowoleniu dostałem przez pana Pickarta i po raz trzeci okazję, by tak samo przetańczyć niemal całą noc na weselu.
Przez to trzykrotne i długotrwałe ćwiczenie się w tańcu tak się w tańcach wprawiłem i obyłem, że wszystkie tańczone wówczas w Królewcu rozmaite tańce stały mi się bardzo dobrze znane i wszystkie mogłem tańczyć bez trudu i bezbłędnie; a ta nowa sztuka, nabyta tak małym trudem, przydała mi się wtedy bardzo w porę.
Ledwie bowiem nasza armia wróciła z wyprawy nad Wisłę i rozłożyła się tam na kwaterach kantonalnych, nasze miasto wypełniło się mnóstwem przyjeżdżających z armii ludzi wszelkiego rodzaju. Ze wszystkich pułków przysłano komendy i oficerów po rozmaite rzeczy i zakupy. Mnóstwo innych przyjeżdżało za własnymi potrzebami i mieszkało tu przez jakiś czas, a wśród nich było wielu generałów, i brygadierów, i innych znakomitych ludzi. Co zaś się tyczy przejazdu przez nasze miasto wielu dostojnych osób, częściowo z armii do Petersburga, częściowo stamtąd do armii, to był on niemal nieustanny; a że i wszyscy oni zwykle zatrzymywali się u nas w mieście na kilka dni, to od tego wszystkiego, jak również od zjazdu pruskiej szlachty z powiatów do miasta na zimę, całe nasze miasto zupełnie jakby ożyło; a wszystko to dało powód naszemu generałowi, który i bez tego lubił wystawne i wesołe życie, by pokazać się przy tej okazji w całym swym blasku. Nie przepuścił żadnej przejeżdżającej znakomitej osoby, by nie ugościć jej u siebie w najlepszy sposób. Co zaś się tyczy generałów przyjeżdżających do nas i mieszkających u nas w mieście po kilka tygodni, to wszyscy oni przebywali u niego niemal stale. Nie było dnia, w którym by go nie odwiedzali i nie byli przez niego na wszelkie sposoby goszczeni i zabawiani; co chwila odbywały się u niego liczne zgromadzenia i obiady. A że do tego doszło i to, że poznał się już całkowicie z całą znajdującą się w mieście szlachtą pruską i zyskał u niej miłość i szacunek, a ponadto nasz generał, mimo całego swego podeszłego wieku, nie odstąpił jeszcze od przyzwyczajeń młodych lat i od szczególnej skłonności do miłosnych intryg, i zdarzyło się tak, że szczególnie zapałał tu namiętnością do pewnej pruskiej hrabiny z rodu Keyserlingów, to wszystko to skłaniało go do wymyślania i wynajdywania wszelkich możliwych rodzajów rozrywek, i dlatego nie było ani jednego święta i uroczystego dnia, w którym nie wydawałby u siebie dla wszystkich najznakomitszych ludzi wspaniałej uczty, a potem licznego balu.
Nie przejeżdżał przez nasze miasto żaden z dostojnych ludzi, dla którego nie wyprawiłby również biesiady.
Ale i tym wszystkim jeszcze się nie zadowolił; a że wspomniana jego namiętność do hrabiny Keyserlingowej wzrastała z godziny na godzinę i skłaniała go do szukania jak najczęstszych okazji do spotkań z nią, wkrótce doszło do tego, że oprócz wszystkich świąt wyznaczono w każdym tygodniu osobne dni, w które miały się odbywać zjazdy i zgromadzenia albo u niego, albo w innych najznakomitszych domach. I tak niemal każdego dnia albo on miał gości, albo sam był w gościach. A że nikt z innych nie mógł żyć tak wystawnie i rozrzutnie jak on, zaprowadził przede wszystkim u siebie to, by co tydzień, oprócz zwykłych zjazdów na grę w karty, odbywało się u niego jednego dnia i powszechne zgromadzenie i bal, trwający zwykle przez większą część nocy. Słowem, nasze miasto stało się siedzibą uciech i wesołości i pośród ówczesnego szczęku oręża jedynym miejscem, w którym można było znaleźć okazję do zabawy i przyjemnego spędzenia czasu; a rozeszła się o tym wieść, która przyciągała mnóstwo ludzi zarówno z armii, jak i ze wszystkich innych miejsc, i wszyscy młodzi ludzie dążyli tam zupełnie jak do jakiegoś ośrodka wesołości.
W takich okolicznościach osądźcie, jakie musiało być moje ukontentowanie, gdy ja, mieszkając przy tym generale i nabrawszy wspomnianym sposobem smaku do tańców, mogłem mieć okazję raz w tygodniu, a czasem i kilka razy, nie tylko napawać się ich widokiem podczas balów, ale i samemu brać w nich udział. Choć bowiem z początku nie mogłem się łudzić nadzieją, bym kiedykolwiek miał w tym udział, wkrótce doszło do tego, że zaczęto mnie samego szukać i do tego przymuszać. Przywieziono do nas wziętego przez naszych do niewoli w ostatniej bitwie królewsko-pruskiego adiutanta przybocznego, hrabiego Schwerina. Ponieważ był bardzo znakomitego rodu, a przy tym chłopiec młody, świeży, zgrabny, zwinny i prawdziwy piękniś i mądrala, a przy tym był dotąd w łasce u króla, nie tylko nie trzymano go u nas pod kluczem, lecz okazywano mu ze wszystkich stron najwyższy możliwy szacunek. Mieszkał u nas zupełnie na swobodzie i miał przy sobie tylko dla formy dwóch dozorców, takich samych młodych chłopców, takich samych zgrabnych, zwinnych i przystojnych. Jednym z nich był ten sam Orłow, Grigorij Grigorjewicz, który potem był tak sławny i odegrał wielką rolę w świecie, a drugim — jego brat cioteczny, pan Zinowjew. Obaj byli wtedy jeszcze najniższymi oficerami armii i nie więcej jak porucznikami, i obaj mieszkali nieodstępnie przy hrabim Schwerinie na jednej kwaterze i nie tyle go pilnowali, ile dotrzymywali mu towarzystwa.
Ci trzej zuchy byli wtedy u nas pierwszymi i najlepszymi tancerzami na balach i zarówno swą urodą, jak elegancją i dobrym zachowaniem przyciągali na siebie wzrok wszystkich.
Ich serdeczne i szczególnie miłe obejście zjednało im u nas wszystkich szczery szacunek i miłość; ale nikt nie wyróżniał się tym tak jak wspomniany pan Orłow. Już wtedy miał w całym swym charakterze tak wiele dobrego i pociągającego, że nie sposób było go nie lubić. Dla mnie był wyjątkowo serdeczny i życzliwy; skoro bowiem ich kwatera znajdowała się naprzeciw samego zamku, a jemu niemal każdego dnia zdarzało się bywać u nas w kancelarii z raportem dla generała, mieliśmy wkrótce okazję się poznać i polubić. Słowem, w krótkim czasie pokochał mnie jak rodzonego brata i nigdy nie omieszkał, ujrzawszy mnie, zawołać: „Ach! Bołotionko, mój przyjacielu! (tak bowiem zwykle mnie nazywał) witaj, gołąbku!” i wycałować mnie jak rodzonego.
Taka miłość i nieustanne serdeczności tego człowieka wobec mnie przyniosły mi w końcu tę korzyść, że mogłem brać udział we wszystkich rozrywkach odbywających się u naszego generała. Wspominałem już wyżej, że był on jednym z naszych najlepszych i pierwszych tancerzy i zupełnie jakby duszą balów. Ledwie bowiem starsi otworzyli bal i, potańczywszy kilka menuetów i polonezów, zasiedli do kart, ci panowie musieli, na prośbę generała, zaczynać z młodymi damami i pannami kontredanse i podtrzymywać wesołość balu przez cały czas, póki trwał; ale uczynić to nie było im tak łatwo, jak on z początku myślał. Zaszła jedna okoliczność, która stanowiła dla nich w tym przeogromną przeszkodę, a mianowicie: młodych dam i panien było u nas zawsze przeogromne mnóstwo, ale młodych mężczyzn, zdolnych tańczyć kontredanse i, jak to się mówi, puszczać się na całego, oprócz nich, tak mało, że nie mogli czasem zebrać sześciu i siedmiu par. Choć bowiem dotrzymywali im towarzystwa i przyjezdni z armii, trafiający na te bale, a nierzadko i spośród samych generałów ci, którzy byli młodsi, jak na przykład hrabia Piotr Iwanowicz Panin i pan Villebois i niektórzy inni; ale że nie zawsze się zdarzali i nie mogli im nieustannie towarzyszyć i puszczać się z nimi na całego, był z nimi przeogromny kłopot i nie wiedzieli, co robić. Z początku radzili sobie jakoś przez pewien czas; ale gdy bale u generała zaczęły się bardzo częste, a im w końcu dojadł brak towarzyszy, zaczęli wyszukiwać spośród wszystkich znajdujących się wtedy w Królewcu młodych i zdolnych do tego oficerów i na wszelkie sposoby ich nakłaniać i namawiać, by przychodzili na te bale.
Przy tej okazji pan Orłow pierwszy ze wszystkich zwrócił uwagę na mnie. Od razu zaczął mnie do tego namawiać, i choć ile wlezie wymawiałem się swoją nieumiejętnością i tym, że nie śmiem wobec generała i nie wiem, czy będzie mu to miłe, nic nie pomogło.
Na pierwszym balu, jaki się potem zdarzył, przystąpił do generała: „Cóż, wasza ekscelencjo — rzekł do niego — wola wasza, ale nie ma z kim tańczyć. Czy nie raczy wasza ekscelencja rozkazać oto panu Bołotowowi? Mógłby wam pomagać”. — „Ależ proszę, duszo moja! — rzekł generał — z przeogromną ochotą; ale czy on tylko umie?” — „Myślę, że umie — rzekł Orłow — ale nawet gdyby nie umiał, zaraz go nauczymy, choćby tylko do figury nam stawał; niech wasza ekscelencja tylko raczy rozkazać, bo sam bez waszego rozkazu się nie ośmiela”. — „Ech, czemu nie!” — odpowiedział generał i od razu podszedł do mnie i najserdeczniej rzekł: „Przyjacielu mój! Jeśli tylko możesz, to proszę, tańcz sobie, czegóż masz się mnie obawiać; sprawisz mi tym jeszcze wielką przyjemność”. To mi wystarczyło; skoro bowiem dusza moja dawno tego pragnęła, w tejże chwili poleciałem z panem Orłowem i puściłem się na całego.
Zdziwił się on mojej umiejętności i nie mógł się mnie za to dość nachwalić; a i sam generał, ujrzawszy, że tańczę porządnie i na równi z nimi równie dobrze skaczę i się obracam, był z tego tak zadowolony, że podszedłszy do mnie i poklepawszy po ramieniu, rzekł: „Brawo! Brawo, mój przyjacielu! Proszę, tańcz i przychodź tu za każdym razem, ilekroć tylko będę miał bal!”.
Od tego czasu nie opuszczałem już ani jednego balu, lecz przychodząc na nie, przetańczałem zawsze do samego ich końca, i Bogu jedynemu wiadomo, jak wielkie i obfite czułem z tego ukontentowanie. Prawda, z początku było mi nieco trudno przywyknąć: nie uczestnicząc nigdy w tak dostojnych towarzystwach i widząc się wtedy zmuszonym tańczyć, a nawet skakać i obracać się z samymi księżniczkami, hrabinami i baronowymi i stawać nierzadko w jednym szeregu z samymi naszymi generałami we wstęgach i orderach, a zwłaszcza z tak strasznym dla mnie w dawniejszych czasach panem Villeboisem, czułem czasem przeogromne pomieszanie i serce bardzo nie było mi na miejscu; ale do czegóż nie można przywyknąć? Ledwie się trochę oswoiłem, nic już mnie nie poruszało i tańczyłem ze wszystkimi nimi z taką samą przyjemnością jak z równymi sobie; a to bardzo pomogło temu, że w późniejszych latach mego życia obchodziłem się z dostojnymi ludźmi zawsze już śmielej niż do tego czasu. Moje zaś przyzwyczajenie do tańca i ukontentowanie, jakie przy tym odczuwałem, były tak wielkie, że choć bale te odbywały się u nas często, wcale mi to jeszcze nie wystarczało, lecz nie opuszczałem i w mieście niemal żadnego wesela, na którym bym nie był i również nie potańczył. Na te jednak chadzałem już nie sam, lecz z kilkoma innymi oficerami, z którymi poznałem się przy okazji tańców u generała, a były nam one jeszcze milsze od samych balów, i to dlatego, że tam byliśmy już pierwszymi tancerzami i korzystaliśmy z większej swobody niż na balach, z tej to przyczyny nierzadko chadzał z nami na nie i sam Orłow dla towarzystwa.
W takich to rozrywkach spędziliśmy wtedy całą jesień; a ledwie nastała zima, nasz generał sprawił nam nową przyjemność.
Sprowadził z Berlina całą trupę komediantów, a że u nas w mieście był gotowy i całkiem ładny murowany teatr, zaczęły się u nas przedstawienia teatralne. Widowiska te były dla mnie zupełnie jeszcze nowe i niezwykłe, a że komedianci grali dość dobrze, bardzo szybko nabrałem i do nich smaku i tak je polubiłem, że radowały mnie jeszcze bardziej niż wszystko inne, i nie opuszczałem ani jednego widowiska teatralnego, by na nim nie być, co tym łatwiej mogłem czynić, że nic mnie one nie kosztowały. Ponieważ bowiem dyrektor teatru miał potrzebę w naszej kancelarii, i to właśnie we mnie, z grzeczności podarował mi od samego początku tak zwany Freibillet, czyli dał przywilej wchodzenia zawsze bez opłaty.
Nie potrafię opisać, do jak wielu i niezliczonych uciech dawały mi powód te widowiska teatralne. Częste zmiany przedstawień, nigdy przeze mnie niewidziane komedie, prologi i tragedie urzekały mnie swą nowością bezgranicznie. Przyglądałem się im nie tylko z przeogromną zachłannością, ale i z największą możliwą uwagą; i spośród wszystkich widzów zapewne bardzo nieliczni zaszczycali je taką uwagą jak ja. Ilekroć tylko zdarzało mi się bywać w teatrze, cała głowa moja bywała napełniona tym, co widziałem i słyszałem, i zajmowałem się tym przez całą resztę wieczoru.
Ale i tego wszystkiego było jeszcze mało; nasz generał bowiem, dla udoskonalenia naszych wesołości i dla przydania swemu wystawnemu i wspaniałemu życiu więcej blasku, wkrótce potem zaprowadził u siebie i maskarady. Ten rodzaj rozrywek był dla mnie również zupełnie nowy i nigdy dotąd niewidziany, i dlatego mógł mnie cieszyć nie mniej niż inne. Z początku jednak nie mogłem brać w nich udziału. Zaczęły się one najpierw niewielkie i, że tak powiem, pokojowe, w apartamentach gubernatora; a że nie wszyscy z tamtejszej szlachty mieli stroje maskaradowe, zbierali się na nich tylko nieliczni. Trwało to jednak niedługo. Ledwie rozeszła się o nich wieść i pogłoska, że generał, nie zadowalając się prywatnymi maskaradami, zamierza wydawać wielkie i ogólnodostępne w domu operowym i pozwolić wszystkim brać w nich udział, wszystkim zawróciło się w głowach i wszyscy zaczęli sprawiać sobie stroje maskaradowe. Od razu nawieziono mnóstwo masek i u wszystkich, którzy zechcieli w nich uczestniczyć, poszły w ruch rozmaite pomysły. Nie potrafię opisać, jak uderzające było dla mnie pierwsze takie widowisko w wielkiej sali teatralnej. Kilkaset rozmaitych masek, z których jedna była dziwniejsza i zadziwiająca od drugiej, ukazawszy się nagle mym oczom, wprawiło je w taki zamęt, że nie wiedziałem, na którą najpierw patrzeć i którą bardziej się zachwycać. Ale żadna maska nie wydawała się tak piękna i urocza jak murzyńska, niewolnicza, w których stroje ubrani byli Orłow z Zinowjewem. Uszyty był cały z czarnego aksamitu, przepasany różowymi pasami z tafty; turban przyozdobiony paciorkami i innymi ozdobami, a obaj, ubrani jednakowo, skuci byli łańcuchami zrobionymi z blachy.
Ponieważ obaj byli wysocy i równego wzrostu, i obaj mieli piękną figurę, nie sposób opisać, jak wspaniale się prezentowali i jak przyciągnęli na siebie wzrok wszystkich. Spośród pań zaś najpiękniej prezentowała się wtedy księżniczka Holstein-Beck.
Zawarła ona szczególną przyjaźń z młodym hrabią Schwerinem i była wtedy ubrana do pary z nim i doprawdy wytwornie. Ale oprócz nich wielu innych wyróżniało się zarówno bogactwem, jak i osobliwością swoich strojów maskaradowych.
Tym razem znajdowałem się wśród widzów; a rozrywka ta tak mi się spodobała, że gryzłem sobie palce, iż nie sprawiłem sobie również, za przykładem innych, stroju maskaradowego. Dlatego ledwie się dowiedziałem, że wkrótce będzie drugi, jeszcze liczniejszy maskarad, nie byłem już tak głupi, lecz zmajstrowałem i sobie piękny strój hiszpański. Ten maskarad był jeszcze lepszy i nieporównanie liczniej uczęszczany niż poprzedni. Zdawało się, że wszystkim mieszkańcom Królewca zawróciło się w głowie i że wszyscy zapragnęli wziąć w nim udział i prześcignąć jeden drugiego w wymyślaniu osobliwych masek i ozdób. Jakichże to masek i jakich zadziwiających widowisk na nim nie było! Były tu nie tylko rozmaite tak zwane kadryle; były nie tylko maski przedstawiające rozmaite dzikie i europejskie, dawne i nowe ludy; były nie tylko maski przedstawiające rozmaitych rzemieślników i majstrów, na przykład młynarzy, kominiarzy, kowali i innych tym podobnych, ale nawet same martwe przedmioty, jak na przykład szafy, piramidy i inne tym podobne, musiały przybierać ożywioną postać i chodzić między ludźmi. Nie sposób opisać, jak z początku zadziwiły nas te poruszające się i przechadzające się tuż między ludźmi szafy i piramidy, bo ludzi ukrytych w ich wnętrzu wcale nie było widać. Ale potem nie mogliśmy się z tego dość naśmiać. Słowem, maskarad ten był najwspanialszy i miał wszystkie cechy najlepszych maskarad. Spędziliśmy na nim niemal całą noc w przeogromnym ukontentowaniu i tańczyliśmy do upadłego. Pan Orłow był tym razem ubrany w strój dawnych senatorów rzymskich, który tak do niego pasował, że my, zachwycając się nim, kilka razy mówiliśmy mu: „Tylko tobie, bracie, być wielkim bojarem i panem; żaden strój tak do ciebie! nie pasował jak ten”. Tak mówiliśmy do niego, nie wiedząc, że i rzeczywiście mu się to przydarzy i że zupełnie jakbyśmy mu to przepowiadali.
W takich to rozmaitych i bardzo częstych rozrywkach spędziliśmy całą ówczesną zimę, a nigdy nie były one u nas tak liczne jak około początku 1759 roku, czyli w okresie świąt Bożego Narodzenia. Przez całe te dwa tygodnie każdego dnia było u nas coś nowego, to jest albo bal, albo maskarad, albo teatr, albo po prostu zgromadzenie i tak dalej. A do tego wszystkiego doszło jeszcze jedno, również nowe i zabawne dla nas widowisko. W Królewcu, jak i w wielu innych europejskich miastach niemieckich, każdego roku około Bożego Narodzenia odbywa się jeszcze jeden, tak zwany jarmark Bożego Narodzenia.
Zaczyna się on w wigilię Bożego Narodzenia i trwa cały tydzień, a szczególne jest w nim to, że handel odbywa się nie za dnia, lecz tylko wieczorami i nocą, przy światłach.
Cały niewielki i wcześniej wspominany plac w Altstadt zastawia się kramikami, przybranymi rozmaitymi towarami i oświetlonymi mnóstwem świec i latarni; a że handluje się przeważnie naczyniami miedzianymi i łakociami, blask świateł, odbijający się zarazem od czystych naczyń miedzianych i cynowych, porozwieszanych wszędzie i porozstawianych po wszystkich półkach w kramach, tworzy dość przyjemne widowisko.
Całe miasto czeka na ten jarmark zupełnie jak na jakieś szczególne święto, i ledwie nadejdzie wigilia święta Bożego Narodzenia, wszyscy lepsi mieszczanie ze wszystkimi swymi rodzinami i małymi dziećmi zjeżdżają się i przez cały wieczór przechadzają się między rzędami tych kramów. Mają oni zwyczaj kupować w ten wieczór swym małym dzieciom łakocie, zabawki i inne drobne podarunki, a takie same przynosić i przywozić tym, które zostały w domu. I to właśnie jest przyczyną, że wszystkie małe dzieci czekają u nich na ten dzień z przeogromną niecierpliwością i cieszą się już zawczasu przyszłymi podarunkami, które nazywają „Chrystusem”.
I my nie omieszkaliśmy odwiedzać tego jarmarku w wolne wieczory i brać udziału w powszechnej radości; i na tych zajęciach zastał nas rok 1759.
Ale że list mój osiągnął już swoją zwykłą wielkość, kończąc go, powiem, że jestem wasz, i tak dalej.
List 71
Drogi przyjacielu! Podczas gdy my wspomnianym sposobem spędzaliśmy całą zimę w Królewcu wśród niezliczonych przyjemności i rozrywek. Nasza armia stała na kwaterach kantonalnych, rozłożywszy się nimi wzdłuż Wisły i w pobliskich miejscach i osadach; a że jej naczelny dowódca, hrabia Fermor, musiał, by zdać sprawę ze swych działań i otrzymać nowe rozkazy, pojechać do Petersburga, na czas swej nieobecności powierzył dowództwo nad całą armią najstarszemu z będących wówczas w niej generałów en chef, Frołowowi-Bagriejewowi. Zdziwiliśmy się, usłyszawszy o tym, bo generał ten, przesłużywszy cały swój wiek w pułkach dragońskich i dożywszy głębokiej starości, bardziej był zdolny siedzieć spokojnie przy piecu niż dowodzić tak wielką armią, i był tak mało znany, że prawie nigdy nawet jego nazwiska nie słyszeliśmy. Ale z tej okoliczności, że był starszy służbą od wszystkich innych, nie można go było w żaden sposób pominąć, mimo że on, będąc człowiekiem zupełnie prostym, nie miał do tego najmniejszych zdolności.
Okoliczność ta była przyczyną, że w ciągu tej zimy, pośród naszych wesołości, raz niezwykle się zaniepokoiliśmy. Pewnego razu, nie myśląc, nie zgadując, otrzymaliśmy wiadomość, że w całej armii wynikło przeogromne zamieszanie i że cała ona w środku zimy gotuje się do wymarszu w pole. Nie wiedzieliśmy, co o tym myśleć, bo myśląc najmniej o wojnie i o armii, nie wiedzieliśmy nic, co tam, z dala od nas, się działo, i z pośpiechu przygotowań do wymarszu nie wnioskowaliśmy nic innego, jak że król pruski, korzystając z nieobecności generała Fermora i znając zgrzybiałość i słabość naszego ówczesnego dowódcy, zapewne postanowił niespodziewanie napaść na naszą armię; a że nie mogliśmy pokładać w nim najmniejszej nadziei, obawialiśmy się, by rzeczywiście nie nastąpiło jakieś nieszczęście.
Ku jeszcze większemu spotęgowaniu naszego lęku i obawy otrzymaliśmy około tego samego czasu i z Petersburga tajny rozkaz, byśmy i my ze swej strony zachowali największą możliwą ostrożność i w razie, gdyby dostrzeżono u mieszkańców Królewca jakąś obawę, dla napędzenia im strachu, położyli na wszystkie domy Pechkränze, czyli smolne wieńce, a w razie największego niebezpieczeństwa nie inaczej wyszli z miasta, jak podpaliwszy je i obróciwszy całe miasto w popiół. Taki niezwykły i straszny rozkaz wprawił nas samych w przeogromną niepewność, a na mieszkańców Królewca napędził taki strach i przerażenie, że przez kilka dni chodzili wszyscy ze spuszczonymi głowami i zapomnieli o wszelkich wesołościach i zabawach.
Ale na szczęście strach ten i obawa trwały niedługo. Ledwie minęło kilka dni, gdy otrzymaliśmy wiadomość, że w naszej armii znów wszystko się uspokoiło i zrobiło się cicho i spokojnie, a to od razu uspokoiło i nas.
Potem dowiedzieliśmy się, że stało się to stąd, iż królowi pruskiemu przyszło do głowy kazać jednemu korpusowi wojsk wkroczyć ze Śląska do Polski. Ledwie nasz dwór otrzymał o tym wiadomość, kazano natychmiast i naszej armii wyruszyć z kwater kantonalnych i iść mu naprzeciw; a wieść o tym tak przestraszyła Prusaków, że natychmiast znów wyszli z Polski i wrócili na Śląsk, a wtedy i my odłożyliśmy broń i uspokoiliśmy się jak dawniej.
Tymczasem jednak z naszej zeszłorocznej kampanii i poniesionych strat nie byli na naszym dworze zbyt zadowoleni. Znaleźli się liczni, którzy krytykowali całe postępowanie naszego naczelnego dowódcy; a inni całą winę zrzucali na nasz nowy korpus obserwacyjny; byli wreszcie i tacy, którzy ganili samą naszą artylerię, a zwłaszcza tajne haubice Szuwałowa, przypisując im działanie dalece nie tak dobre, jakiego się po nich spodziewano. Wszystkie te rozmaite pogłoski dały naszemu dworowi powód do przysłania do armii umyślnych dla zbadania naszej artylerii; dlatego też około tego czasu przeprowadzano tam to badanie w obecności wszystkich dowódców armii. A że okazało się, iż wspomniane haubice rzeczywiście miały pewne niedostatki i niedoskonałości, od tego czasu nie cieszyły się już taką sławą jak dawniej, a zaczęto mówić raczej o jednorożcach, które około tego czasu wprowadzono u nas do użytku.
Zresztą w ciągu tej zimy czyniono z naszej strony nieustanne i wielkie przygotowania do wznowienia wojny w przyszłe lato i do prowadzenia jej jeszcze usilniej. Ile Anglia nie starała się przez swoich ministrów nakłonić nasz dwór do przyjęcia neutralności, wszystkie jej chytrości i starania były daremne. Sprzymierzone z nami dwory przekonały cesarzową nie tylko do kontynuowania wojny, ale i do prowadzenia jej ze znacznie większym wysiłkiem niż przedtem. Wpajały jej, że sam jej honor wymaga, by pomściła ten wstyd, którego doznała minionego lata, a ona tym chętniej poszła za tymi radami, że i sama chciała przywrócić chwałę rosyjskiego oręża, a ponadto byłoby haniebne porzucić bez potrzeby swoje zdobycze. Wszystkie wysiłki i zabiegi króla pruskiego o zerwanie tego sojuszu były bezskuteczne i bez powodzenia. Mimo to używał on wszystkiego, co mógł, by do tego doprowadzić, a jego agenci musieli wszędzie pracować i się trudzić. Choć tym przy dworze francuskim udało się było omamić kierującego wówczas wszystkimi sprawami kardynała Bernisa i doprowadzić go do tego, że zaczął był z dworem angielskim korespondencję zmierzającą do zawarcia między sobą pokoju, na ich nieszczęście wykryto to w porę i przedsięwzięto takie środki, że kardynał ten sam stracił przez to swoje stanowisko. A ten, który zajął jego miejsce, książę Choiseul, przywrócił sprawy znów do porządku i zniweczył wszystko to, co agentom króla pruskiego udało się było zdziałać. Takie samo niepowodzenie spotkało ich i przy dworze tureckim, który starali się wszelkimi sposobami podburzyć i nakłonić do rozpoczęcia wojny albo z cesarskimi, albo z nami, i sprawić przez to nam największą dywersję.
Król pruski nie żałował skarbu i używał ogromnych sum na przekupienie ministrów tureckich i na omamienie samego młodego sułtana.
Jego pieniądze i trudy przepadły jednak na próżno. Ministrowie cesarscy i francuscy ze swej strony również nie żałowali podarków, a ich ilość przeważyła pruskie. Turcy uznali za pożyteczniejsze dla siebie czerpać zyski z obu stron, a przy tym żyć w pokoju i ciszy i nie narażać swej ojczyzny na straty i wojenne niebezpieczeństwa. Co zaś się tyczy dworu cesarskiego, to przy nim nie miał on nic do zdziałania; skoro bowiem był on wtedy najważniejszą sprężyną całej wojny i bardziej niż wszyscy zabiegał o jej kontynuowanie, wszystkie intrygi króla pruskiego pozostawały daremne.
Wszystko to bardzo niepokoiło króla pruskiego i budziło w nim wielką obawę, tym bardziej że i na swoich jedynych sprzymierzeńców, Anglików, nie mógł pokładać dalszej nadziei. Choć bardzo chciał, by przysłali silną flotę na nasze Morze Bałtyckie i odwiedzili nasz Kronsztad i inflanckie wybrzeża, Anglia jednak tak się wtedy pogrążyła w swojej wojnie morskiej z Francuzami w Azji, Afryce i w Ameryce i tak zasmakowała w zdobyczach uzyskanych tam i w korzyściach odniesionych nad Francuzami, że uważała za korzystniejsze dla siebie kontynuować je, niż bez żadnej pochlebnej nadziei tłuc się o puste i nagie fińskie skały i kamienie.
Mimo to nasz dwór miał wielką obawę, by takie odwiedziny ze strony Anglików nie nastąpiły; i właśnie to było przyczyną, że starał się zawczasu zawrzeć osobny sojusz z dworem szwedzkim i duńskim i umówić się, by dla odwrócenia tego postawić połączoną flotę w Sundzie, dla przeszkodzenia Anglikom w przejściu, co też rzeczywiście uczyniono następnego lata.
Tymczasem cała nasza armia została uzupełniona częściowo nowo zaciągniętymi rekrutami, częściowo starymi wojskami, które pozostały w głębi Rosji. Wszystkim im kazano iść do Prus, a ich miejsca zajęli nowo zaciągnięci rekruci. W miejsce utraconej artylerii dostarczono do armii mnóstwo innej; a że wiadomo się stało, iż dawny dowódca armii nie był przez nią lubiany, postanowiono zmienić i jego i wybrać kogoś innego. Rozpoczęcie kampanii polecono jednak temu samemu, dlatego w marcu wrócił on do armii i zaczął czynić wszystkie potrzebne przygotowania do jak najwcześniejszego rozpoczęcia kampanii.
Nie mniejszym staraniom i przygotowaniom oddawały się i inne sprzymierzone z nami dwory, to jest: cesarski, francuski i szwedzki. Wszędzie odbywały się wielkie zbrojenia i wszędzie gotowano się na nowo przelewać krew ludzką i napaść ze wszystkich stron i z większym wysiłkiem na króla pruskiego.
Ale i ten tymczasem nie pozostawał bezczynny, a czego nie mógł osiągnąć w swoich politycznych intrygach, to nadrabiał innymi staraniami i pomysłami.
A że jego własne państwo było małe i nie mogło dostarczyć mu dostatecznej liczby ludzi do uzupełnienia armii, mając w swej władzy cały Elektorat Saksonii, wykorzystał to przemocą zagarnięte księstwo i uzyskał z niego siłą mnóstwo rekrutów. A nie zadowalając się tym, zwerbował przeogromne mnóstwo ludzi i w samej Polsce; zaopatrzył się również w potrzebne konie i we wszędzie przygotowane magazyny. Anglia, odmówiwszy mu floty, zaopatrzyła go w dostateczną ilość pieniędzy i obiecała pomagać, jak dawniej, wojskami hanowerskimi. Jednym słowem, i król nie omieszkał uczynić wszystkich potrzebnych do nowej kampanii przygotowań i przygotować się do mężnego odparcia tak wielu otaczających go ze wszystkich stron nieprzyjaciół.
Na tych to przygotowaniach ze wszystkich stron do kontynuowania wojny minęła cała ówczesna zima. My zaś tymczasem żyliśmy w Królewcu w spokoju i ciszy i nie tyle o tym, ile o swoich rozrywkach myśleliśmy. Jednakże, mimo że tak wiele się nimi zajmowaliśmy, nie zaniechałem i dawnych swoich zajęć, lecz cały wolny czas, pozostający od kancelaryjnych przekładów, obracałem na nieustanne czytanie książek. Zawsze byłem nimi obłożony w swoim kąciku czy przy okienku i nikt nigdy nie zastał mnie siedzącego bezczynnie albo, jak mówi przysłowie, bijącego bąki i chodzącego bez zajęcia po kancelarii. Przeczytałem w tym czasie nie wiadomo ile powieści, poznałem wszystkie najlepsze z nich, a tak mi się spodobały, że dla chwilowej odmiany w moich zajęciach postanowiłem jedną z nich nawet przetłumaczyć na język rosyjski. Aby nie utrudzić się zbytnio i nie zająć się na długo tym przekładem, wybrałem do tego jedną niewielką i bardziej od innych ulubioną powieść i pracowałem nad tym przekładem z taką pilnością, że w kilka tygodni całkiem go skończyłem. Była to niemal pierwsza książka, którą przetłumaczyłem od początku do końca, a zadowolenie, jakie z tego odczuwałem, było tak wielkie, że od razu, przepisawszy ją ze szczególną starannością na czysto, kazałem ją oprawić w trzy tomy w dobrą oprawę. Książki te do dziś przechowują się u mnie w całości i służą pamiątką mojej ówczesnej pracowitości. Los jednak nie chciał, by ten przekład został wydrukowany, bo wtedy o wydrukowaniu go nie można było nawet myśleć, gdyż wszystkie książki drukowano wtedy u nas tylko w jednej Akademii i na koszt skarbu. A potem, gdy powstały inne drukarnie i gdy było już można, nagle wyszła ta książka drukiem, przetłumaczona już przez kogo innego — i tak mój przekład pozostał; z czego jednak byłem potem zadowolony, bo był on pierwociną i nie tak dobry, by był wart druku.
W takich to zajęciach i okolicznościach zastała mnie wiosna tego roku.
Z jej nadejściem zaniepokoił mnie był pułkownik naszego pułku swoim żądaniem odesłania mnie do pułku; skoro bowiem armia zaczęła się zbierać do wymarszu w pole i wszystkim pułkom kazano zebrać swoich nieobecnych, nasz pułkownik nie zapomniał i o mnie i przedstawił służbową drogą, by zażądano mnie z Królewca, a dowodzący generałowie nie omieszkali napisać o tym do naszego generała.
Nie sposób dość opisać, jak bardzo zmieszało mnie to żądanie. Serce we mnie zadrżało i cała krew się we mnie wzburzyła, gdy nasz sekretarz przyniósł mi ten papier i podając mi go, rzekł: „Popatrz no, bracie, co o tobie piszą! Chcą, żebyś szedł w pole... No, zbieraj się!”. Drżącymi rękami przyjąłem od niego ten przeklęty papier, a oczy niemal odmówiły mi posłuszeństwa przy czytaniu. Osłupiały, i nie rozumiałem ani jednego słowa z tego, co czytałem, tak zmieszała mnie ta niespodzianka. Ale nie wyszedłem jeszcze z pierwszego mego pomieszania i nie zdążyłem wszystkiego przeczytać, gdy sekretarz, wyrwawszy mi znów papier z rąk i nie rzekłszy już ani słowa, pognał z nim do izby sędziowskiej, zostawiając mnie z myślami rozbitymi w proch i w stanie, którego w żaden sposób nie potrafię opisać.
Najbardziej trapiło mnie to, że nie miałem wtedy ani koni, ani niczego innego w gotowości do wymarszu. Byłem tak pewien, że nie ruszę się z miejsca, że wyprzedawszy konie i mając gotowy stół u gubernatora, najmniej myślałem o wymarszu i o zaopatrzeniu się w potrzebne zapasy na drogę. Wszystko to trzeba było wtedy naraz zdobywać i przygotowywać, a co najprzykrzejsze, czynić to bezzwłocznie, bo żądano, bym został zwolniony jak najszybciej. Ponadto trzeba przyznać, że pobyt w Królewcu stał mi się już tak wesoły i przyjemny, że bardzo już nie chciało mi się z tym miastem rozstawać i zamieniać tutejszego spokojnego i przyjemnego życia na trudne i nudne życie w polu.
Obrzydły mi wtedy wszystkie moje książki i ulubione dotąd zajęcia. Chodziłem przez cały ten dzień ze spuszczoną głową i jak zmyty nie wiedziałem, co ze mną będzie, po wspomnianych słowach sekretarza i jego wyjściu. Skoro nie powiedział mi nic więcej, nie wiedziałem, co wnosić i czy naprawdę mówił, żebym zbierał się w pole, czy żartował. Mina, z jaką wymówił te słowa, choć łudziła mnie pewną nadzieją, nie śmiałem jednak na niej polegać. Mimo to pomieszanie moje było tak wielkie, że przez cały ten dzień nie miałem dość ducha, by zapytać go dokładniej o siebie i zażądać dalszego wyjaśnienia. Ku spotęgowaniu mego pomieszania nie tylko on sam nie zaczynał o tym dalej mówić, a przez cały ten dzień chodził nachmurzony i tak rozgniewany, że nikt nie odważył się zaczynać z nim rozmowy, ale i nikt inny nie zaczynał o tym ze mną mówić, zupełnie jakby nie wiedział, że żądają mnie do armii.
Wszystkiemu temu nie mogłem się dość nadziwić i nie wiedząc, co wnosić, postanowiłem i sam stosować się do ich milczenia i czekać na dalszy bieg rzeczy.
Ale na szczęście ta niepewność trwała niedługo. Ledwie, spędziwszy bardzo niespokojną noc, przyszedłem rano następnego dnia do kancelarii, gdy jeden z naszych podjaczych, podszedłszy do mnie, rzekł: „Gdyby pan dał, panie, coś na wódkę, to pokazałbym panu coś w sekrecie”. — „Bardzo dobrze! — rzekłem, wyjmując z kieszeni trochę drobnych — pieniądze oto gotowe, a pokazuj tylko, a im przyjemniejsze będzie, tym więcej pieniędzy”. — „Zobaczymy!” — rzekł i pobiegł ode mnie. Nie wiedziałem, co by to znaczyło, a domyślałem się tylko, że zapewne coś, co mnie dotyczy, i domysł mój był słuszny. Mój kopista, po krótkiej chwili, wyszedł znowu i mrugnąwszy, dał mi znak, bym wyszedł za nim do sieni. Tu, odprowadziwszy mnie w najbardziej ustronny kącik, wyciągnął zza pazuchy papier i podając mi go, rzekł: „Proszę czytać, panie, szybciej, Timofiej Iwanowicz zakazał mi to komukolwiek pokazywać, a zwłaszcza panu”. Zdziwiłem się, usłyszawszy to, ale zdziwienie moje stało się jeszcze większe, gdy przebiegłszy go pobieżnie oczyma, ujrzałem, że było to pismo z odpowiedzią naszego generała w mojej sprawie do armii. Wspominano w nim, że skoro zachodzi we mnie nieodzowna potrzeba, w żaden sposób nie można mnie zwolnić, ale że zostanie przedstawione do Petersburga, by przysłano tłumaczy; a gdy zostaną przysłani, wtedy i ja zostanę zwolniony do pułku.
Jakby jakaś góra spadła mi wtedy z ramion, gdy przeczytałem ten papier. Łatwo mogłem dostrzec, że nie mam już powodu obawiać się rychłego wysłania do armii, i uradowawszy się tym niezmiernie, dałem memu podjaczemu na wódkę całe pół rubla — tak byłem rad z tej udzielonej mi wiadomości! Prosił mnie jednak, bym nikomu o tym nie mówił i nawet udawał, że nic o tym nie wiem. Obiecałem mu to chętnie uczynić i w duchu zaśmiewałem się, gdy nasz sekretarz tego samego dnia przyszedł do mnie i dając mi coś do przetłumaczenia, znów zaczął mnie ponaglać i zupełnie jakby napędzając strachu i uśmiechając się, mówić: czemuż to się nie zbieram i nie szykuję do wyjazdu? Przybrałem wtedy wymuszoną smutną minę i odpowiadając mu żałośnie, rzekłem: „Cóż robić, skoro nie można niczego zmienić, to widać tak już ma być. Gdyby zechcieli, mogliby i zostawić, a skoro wam tak trzeba, to i pojadę”. — „Nie można! — podchwycił. — Przecież widziałeś, jak surowo żądają. Ale przetłumacz no to, jeszcze zdążysz się zebrać!”. Rzekłszy to, odszedł ode mnie, znów nie mówiąc nic stanowczego. Ale na sercu było mi już o wiele lżej. „Dobrze — mówiłem sam do siebie — teraz już mnie nie oszukasz i nie zwiedziesz. Gotów jestem pozwalać ci żartować sobie ze mnie, tylko wysyłaj no prędzej to, co o mnie napisano!”. I rzeczywiście męczył mnie ponad tydzień, co dzień ponaglając do wyjazdu i znów co dzień zatrzymując przekładami, i nie wcześniej mi oznajmił, aż sam, jak sądził, zmęczył się już mnie męczyć.
Wtedy, jakbym nic nie wiedział, dziękowałem mu za przysługę i przypisywałem wszystko jedynie jego woli, a to było mu najmilsze ze wszystkiego.
W ten sposób pomógł mi ten człowiek i po raz drugi; a dzięki jego też życzliwości nie zbytnio pośpieszano z żądaniem tłumaczy z Petersburga. Do uczynienia go zmuszała ich sama konieczność; skoro bowiem co do stałego zatrzymania mnie przy sobie nie mogli sami na siebie całkowicie liczyć, na wszelki potrzebny wypadek rzeczywiście wystosowano wspomniane żądanie, lecz ułożono je na moją korzyść tak, że w żaden sposób nie można było oczekiwać, by nastąpiło jego szybkie wykonanie i by żądanych tłumaczy do nas przysłano.
Mimo to zdarzenie to długo nie mogło mi wyjść z głowy. Pomimo odmowy udzielonej przez generała i wszystkich zapewnień naszych sekretarzy wciąż jeszcze obawiałem się, by jakimś trafem nie zmieniły się okoliczności i by mnie nie wypchnięto do armii; i nie uspokoiłem się całkowicie wcześniej, niż po wymarszu armii w pole i jej oddaleniu się za granice pruskie do Polski.
Ale list mój jest już duży i czas mi go kończyć; dlatego, przerywając swoją mowę, pospieszę powiedzieć wam to samo, a mianowicie, że jestem wasz, i tak dalej.
OGRODY ROZRYWKOWE
List 72
Drogi przyjacielu! Uwolniwszy się w ten sposób znowu, bez żadnych moich zabiegów, a przypadkiem, od wymarszu i upewniwszy się jeszcze bardziej, że nie ruszę się z miejsca i dłużej pozostanę w Królewcu, zacząłem prowadzić dawny tryb życia i nie tylko oddawać się wszystkim tym samym zajęciom, ale dodałem do nich i niektóre inne. Ledwie minęła zima, a z nią długie wieczory, tak sposobne do czytania książek, wraz z nadchodzącą wiosną zmieniły się pod wieloma względami i nasze wesołości, zabawy i zajęcia. Bale i tańce, odbywające się w ciągu zimy u naszego generała, choć nie ustały całkiem, były już jednak znacznie rzadsze i mniej liczne. Większa część szlachty pruskiej rozjechała się po wsiach, a mało też było już przyjezdnych z armii. Wszyscy oni odjechali na swoje miejsca i wyruszyli w pole, a wszystko to zmniejszyło nasze zimowe wesołości i ograniczyło je tak, że bale i zgromadzenia odbywały się u generała już bardzo rzadko, a gdy się nawet zdarzały, składały się przeważnie z jego najlepszych przyjaciół i znajomych. Brak ten wynagradzał on sobie wprawdzie częstszymi wyjazdami do domów najznakomitszych szlachciców pruskich, którzy pozostali w mieście, a zwłaszcza do swojej ulubienicy, hrabiny Keyserlingowej, i przechadzkami z nimi po ogrodach i innych miejscach rozrywki. Ale że zabawy i rozrywki te były bardziej prywatne niż publiczne, nie mogliśmy brać w nich udziału, lecz musieliśmy się zadowalać samymi uroczystymi świętami, z których nasz generał nie przepuścił żadnego, by nie wydać u siebie uroczystej uczty, a potem nie dać balu.
Ale że święta te były rzadkie, a my nie tak mało przywykliśmy do tańców i rozrywek tego rodzaju, by mogły nam one wystarczyć, staraliśmy się ten brak zastąpić wyszukiwaniem miejskich wesel i tańczeniem na nich; ale gdy w końcu i te z powodu letniej pory stały się rzadkie, musieliśmy i my uciekać się do przechadzek po ogrodach i spędzania w nich z przyjemnością tych godzin, które pozostawały nam wolne od zajęć.
Na szczęście znajdowało się wtedy w Królewcu mnóstwo takich ogrodów, do których chodzić i spędzać tam z przyjemnością czas nie było nam wzbronione.
Były one rozrzucone po całym mieście i należały do osób prywatnych; nie były wprawdzie zbyt wielkie ani wystawne, ale niektóre z nich całkiem ładne i utrzymywane w porządku. Ich właściciele, dla uzyskania z nich pewnego rocznego dochodu, wynajmują je ludziom utrzymującym się z prowadzenia karczem, a ci, prowadząc takie karczmy w domkach znajdujących się pośrodku tych ogrodów, przyciągają nimi ludzi do ich odwiedzania, dlatego też w porze letniej są one zawsze pełne mnóstwa ludzi wszelkiego rodzaju. Chodzą do nich kupcy, chodzą porządni mieszczanie, chodzą studenci, a czasem i rzemieślnicy. Słowem, wstęp do nich, oprócz samej podłości {W znaczeniu „podłego ludu” — czeladzi, chłopów poddanych.}, nikomu nie jest wzbroniony i każdy ma swobodę w nich siedzieć albo przechadzać się, albo zabawiać się rozmaitymi grami, jak na przykład w karty, w kręgle, w fortunkę {Hazardowa gra loteryjna.} i w inne tym podobne. Jednego tylko pilnuje się surowo, by zawsze panowały tu ład, cisza i wszelka przystojność, dlatego też nie usłyszysz tu nigdy ani hałasu, ani krzyku, ani żadnych innych głupstw; lecz wszyscy odwiedzający te ogrody, podzieliwszy się na kompanie, albo siedzą gdzieś w gromadce, albo przechadzają się po alejach i ścieżkach, albo zabawiają się jakąś grą i spędzają czas w ukontentowaniu i śmiechu. Żadna kompania nie przeszkadza drugiej i nikt się nikim nie zajmuje, lecz wszyscy starają się tylko okazywać sobie nawzajem wszelką grzeczność i uprzejmość. Prawdziwie miło było widzieć i spotykać to tu niewielką gromadkę starszych ludzi, siedzących gdzieś w altanie cicho i spokojnie i rozgrywających sobie swego lombra; to znów innych na ławeczkach, pod gałęziami cienistych drzew, pijących przyniesione im porcje kawy, herbaty czy czekolady albo siedzących z fajką w ustach i ze szklanicami dobrego piwa przed sobą i oddających się poważnym i statecznym rozmowom. Piwa używają oni do popijania swego tytoniu, a wybornych sucharów, upieczonych z pytlowego chleba, do zagryzania go. Co się tyczy młodych, ci zajmują się raczej grą w kręgle, czyli w tak zwany „lagenbahn” {Kręgielnia.}, grając wprawdzie na pieniądze, ale bez żadnego hałasu, krzyku i na najmniejsze stawki, i bynajmniej nie dla wygranej, a jedynie dla spędzenia czasu. To znów znajdziesz ich zajętych grą w fortunkę albo w samym domu w bilard; a jeśli komu zachce się coś zjeść, to i ten może zamówić sobie, by mu coś ugotowano lub upieczono z jadła, a także kazać podać sobie kieliszek wódki, likieru albo wina, jakie tu jest w domu. Nic więcej się tu nie sprzedaje, a to, co jest, jest tak dobre, tak tanie i tak ustronne {Ustronnie, przytulnie, wygodnie.}, że każdy wychodzi stamtąd z zadowoleniem.
Długo nie znałem ogrodów i przechadzek tego rodzaju, a zapoznał mnie z nimi nie kto inny, jak ten sam mój towarzysz Niemiec, pan Pickart, któremu tak wiele zawdzięczałem za książki i za wesela.
Zmówiwszy się ze swym towarzyszem, zaprowadził mnie on pewnego razu do nich, a tak mi się spodobały, że od tego czasu niemal w każdą niedzielę, w które to dni byliśmy swobodniejsi niż w inne, chadzałem do takich ogrodów pić po obiedzie swoją herbatę czy kawę i spędzać cały pozostały czas albo na grze w kręgle i fortunkę, albo na przechadzce, a nierzadko i oni obaj dotrzymywali mi towarzystwa i grywali tam ze mną w lombra. I mogę powiedzieć, że takie przechadzki nigdy mi się nie przykrzyły, lecz za każdym razem wracałem z nich na kwaterę ze szczególnym ukontentowaniem. Szczególnie zaś podobało mi się ciche, łagodne i spokojne obejście wszystkich, którzy tam bywali, i grzeczność okazywana przez wszystkich. Prawda, z początku wszyscy panowie Prusacy stronili ode mnie jako od rosyjskiego oficera i uciekali, ale ledwie zaczynałem z nimi mówić uprzejmie po niemiecku, oni, biorąc mnie za rodowitego Niemca, od razu stawali się zupełnie inni i wyjątkowo serdeczni. Chętnie przyłączali mnie do swoich kompanii i nierzadko wdawali się ze mną w rozważania, a nawet w rozmowy wręcz polityczne. A że chętnie pozwalałem im się łudzić i brać mnie za Niemca, a czasem umyślnie przytakując im w ich zdaniach, tym bardziej utwierdzałem ich w tym złudzeniu, nierzadko zdarzało się, że właśnie dzięki temu dowiadywałem się od nich wielu takich rzeczy, których inaczej nie można by było się dowiedzieć i wywiedzieć, a zwłaszcza dotyczących ówczesnych wydarzeń wojennych. O tych byli tak dobrze poinformowani, że nie mogłem się dość nadziwić; a w jaki sposób mogli tak szybko i szczegółowo dowiadywać się wszystkich nowin, było to dla mnie już zupełnie niepojęte, bo nierzadko słyszałem od nich o niektórych rzeczach na dwa lub trzy tygodnie przedtem, nim pisano o tym w gazetach.
Prócz tego nierzadko przechadzałem się i po ulicach, i po innych najlepszych miejscach w mieście, a zwłaszcza po wałach ziemnych otaczających przedmieścia, które służyły za wspólne miejsce przechadzek dla mieszkańców Królewca. Każdej niedzieli po obiedzie wypełnione były kilkoma tysiącami spacerującego po nich ludu obojga płci i wszyscy uważali to miejsce za najlepsze do przechadzek. I rzeczywiście takie było, bo z ich wysokości można było sięgać wzrokiem w pole i natrafiało się nim w wielu miejscach na przepiękne położenie okolic otaczających tę stolicę Prus. Czasem zaś chadzaliśmy na przechadzkę i za samo miasto, a zwłaszcza w dół rzeki Pregoły. Miejsce jest tu nisko położone i szczególnie dobre i dogodne do przechadzek. Poprzecinane jest mnóstwem kanałów, obsadzonych alejami drzew, a przy głównej alei znajduje się wiele domków rozrywkowych i karczem dla odpoczynku spacerujących.
Ale ile by mnie wszystkie takie przechadzki nie zajmowały, nie zaniechałem jednak dla nich i innych moich zajęć, a zwłaszcza książek.
Prawda, z nadejściem wiosny i lata czas nie był już tak sposobny do czytania jak nudny zimowy, gdyż większa liczba powabnych przedmiotów zewnętrznych odciągała ku sobie uwagę i przeszkadzała w czytaniu; jednakże choć nie z takim wysiłkiem, wciąż oddawałem się czytaniu, ale czytałem już nie tyle powieści, ile książki innego rodzaju. Przyczyną było to, że najlepsze powieści były już przeze mnie wszystkie przeczytane i zostały same oborusze {Oboruszi, oboryszi, oborki, obirki — resztki.} i takie, na których czytanie nie chciało się prawie tracić czasu, a ponadto wpadły mi przypadkiem w ręce obie te książeczki pana Sulzera {Zob. przypis 15 po tekście.}, które ten sławny niemiecki autor napisał o pięknie natury. Treść w nich zawarta była dla mnie zupełnie nowa, ale tak mi się spodobała, że całkowicie mnie urzekła. Słowem, obie te małe książeczki wywarły na mnie takie działanie, które rozciągnęło się niemal na wszystkie dni mego żywota, i były podstawą przeogromnej przemiany, jaka zaszła potem we wszystkich moich uczuciach. To one pierwsze zaczęły mnie zaznajamiać z cudownym urządzeniem całego świata i ze wszystkimi pięknościami przyrody, które dostarczały mi potem tylu przyjemnych chwil w życiu i dawały powód do tych niezliczonych niewinnych uciech, które potem stanowiły znaczną część mego szczęścia.
Ledwie je przeczytałem, a nie tylko oczy moje zupełnie jakby się otworzyły i zacząłem patrzeć na całą naturę zupełnie innymi oczyma i znajdować tam tysiąc przyjemności, gdzie dotąd nie dostrzegałem najmniejszych, ale zapłonęło we mnie gorące i nienasycone pragnienie czytania większej liczby książek tego samego rodzaju i poznawania z godziny na godzinę coraz dalej całego urządzenia świata. Słowem, książeczki te były zupełnie jak lont, który rozpalił gnieżdżącą się w mym sercu i dotąd mnie samemu nieznaną ochotę do wszystkich nauk fizycznych i innych, tak zwanych przyrodniczych. Od tej chwili niemal wszystkie powieści zostały przeze mnie zostawione w spokoju i zacząłem już wyszukiwać wszystkie takie, które choć trochę miały z tamtymi związek; a że u Niemca, zaopatrującego mnie w książki, było takich mało, nie żałowałem wcale pieniędzy na kupno zupełnie nowych w księgarni i zdobywałem je wszędzie, gdzie tylko można je było odszukać. A ledwie trochę się do nich przywiązałem, gdy niepostrzeżenie nabrałem smaku i do dzieł poetyckich, mających z nimi tak bliskie i ścisłe pokrewieństwo. A że książek tego rodzaju miał mój Niemiec dość, rzuciłem się w ich lekturę, a to tak mnie zachęciło, że niepostrzeżenie nabrałem i sam pewnej skłonności do wierszopisarstwa i w wolne czasem godziny nie tylko ćwiczyłem się w układaniu jakichś wierszyków, ale podjąłem się trudu, dla łatwiejszego wyszukiwania rymów, ułożenia pewnego rodzaju słownika poetyckiego, która to książeczka do dziś jest u mnie cała i służy pamiątką mojej ówczesnej ochoty do poezji.
Mimo to losowi, jak widać, nie było miło uczynić mnie wierszopisem.
Ze wszystkich moich ówczesnych trudów nie wyszło w końcu nic, i choć pozostałem miłośnikiem wierszopisarstwa, nie stałem się poetą i wkrótce ujrzałem, że natura nie obdarzyła mnie potrzebnym do tego darem. Słowem, trudność układania rymów wkrótce mi się sprzykrzyła, a że tymczasem zająłem się innymi i ważniejszymi przedmiotami, zostawiłem poezję w spokoju.
Zresztą, jak już wyżej wspomniano, nie samym czytaniem spędzałem cały swój wolny czas, lecz z nadejściem wiosny i z umiłowaniem książek przyrodniczych odrodziła się we mnie dawna moja ochota do rysowania. Z powodu wspomnianych wyżej rozmaitych zmian, jakie we mnie zachodziły, i z braku wolnego czasu nie brałem się już niemal cały rok za pędzle i farby, ale że tego lata spraw było u nas już tak mało, że czasu wolnego zostawało mi każdego dnia mnóstwo, oswoiwszy się {W znaczeniu — uwolniwszy się.} już znacznie w kancelarii i mając w niej osobny pokój, postanowiłem pewnego razu spróbować, czy nie mógłbym czasem między sprawami w samej kancelarii choć trochę porysować! A że niewielka moja próba udała się po myśli i ujrzałem, że nie tylko nikt mnie za to nie potępiał, ale wszyscy jeszcze przychodzili popatrzeć, jak rysuję, i zachwycając się moimi obrazkami, chwalili moją pracowitość i pilność, pomału przeniosłem większą część moich farb i innego przyboru rysunkowego do kancelarii i ćwiczyłem się tu w rysowaniu między sprawami jak w domu. Cała szuflada w stole była tu u mnie wypełniona muszlami, szkiełkami, pędzlami i innymi rzeczami, i zajmowałem się nimi po kilka godzin niemal każdego dnia.
Wraz z tym pomału odnowiła się moja ochota i do innych ciekawych zajęć. Mając swobodę ćwiczenia się wspomnianym sposobem w rysowaniu, wymalowałem w tym czasie mnóstwo obrazów do skrzynki perspektywicznej {Stereoskop.} i doprowadziłem ją całą do takiej doskonałości, że wszyscy, którzy ją widzieli, nie mogli się nią dość nazachwycać. Przynosiłem ją kilka razy do kancelarii i wszyscy nasi kancelaryjni wychwalali mnie za nią pod niebiosa i zawsze z przyjemnością w nią zaglądali. I rzeczywiście była dobra: proporcja jej była tak udana, a obrazy tak żywo pomalowane pod naturę, że zdołały oszukać nawet samego naszego majora placu, pana Millera. Nie mogę bez śmiechu wspomnieć tej przygody. Było to na mojej kwaterze. Wspomnianemu panu majorowi placu zdarzyło się pewnego razu wstąpić do mnie, by obejrzeć moją kwaterę, bo od jakiegoś czasu prosiłem go o jej zmianę i o przydzielenie mi lepszej.
Moja skrzynka stała wtedy akurat w mojej sypialni na oknie. Ona pierwsza wpadła mu w oczy.
— Cóż to takiego pan ma? — zapytał.
— A niech pan popatrzy w szkiełko — odpowiedziałem. Major schylił się i zaczął patrzeć; ale jakże się
zdziwiłem, gdy po chwili z wielkim zdziwieniem zawołał:
— Ba, ba, ba! A gdzież to jest ta ulica i takie piękne domy? Czemuż ja dotąd tego nie widziałem? Ileż tu kwater!
Rzekłszy to, odskoczył od skrzynki i z wielką zachłannością utkwił wzrok w oknie, myśląc rzeczywiście, że widział i zobaczy prawdziwą ulicę. Pękałem ze śmiechu, widząc, jak dobrze się oszukał.
— Tfu, do licha! — zawołał i zaczął pluć i wymyślać mojej skrzynce. — Cóż to za diabeł! Przecież doprawdy dałem się oszukać i myślałem, że widzę prawdziwą ulicę. Czy to możliwe, jakim byłem głupcem!
Starałem się osłonić jego wstyd zapewnieniem, że nie on jeden, lecz wielu tak samo daje się oszukać. Było mu jednak niezmiernie wstyd, a ta drobnostka sprawiła, że otrzymałem potem bardzo piękną kwaterę, bo starał się już na wszelkie sposoby mnie udobruchać i tym nakłonić, bym tej sprawy nie rozgłaszał.
W tym samym czasie zmajstrowałem u siebie na kwaterze i drugą ciekawą rzecz, i to taką, która sprawiała, że wielu umyślnie do mnie przychodziło i się nią zachwycało. Była to wprawdzie istna dziecinna zabawka, ale co do swej istoty niegodna nie była uwagi, tym bardziej że stanowiła drugi mój wynalazek w życiu, godny odnotowania. Jeszcze od samego początku pobytu w Królewcu szczególnie spodobały mi się wodotryski urządzone tu i ówdzie w tym mieście, a że codziennie zdarzało mi się przechodzić z mojej dawnej kwatery obok jednego z nich, nierzadko zatrzymywałem się i zachwycałem czasem i z pół godziny tą nieustannie tryskającą w górę i podtrzymującą na sobie złotą kulę wodą. Częste oglądanie tego wodotrysku podsunęło mi pewnego razu bardzo dziwną myśl, a mianowicie: zachciało mi się spróbować, czy nie mógłbym wymyślić i zrobić i dla siebie choćby niewielkiego wodotrysku, i zmajstrować taki, który mógłbym wozić zawsze ze sobą i stawiać wszędzie, gdzie by mi się tylko zachciało. Myśl doprawdy zadziwiająca i dość dziwna. Z początku sam śmiałem się z tego swego pomysłu i uważałem tę rzecz za niedorzeczną i niemożliwą. Ale czegóż nie może zdziałać ochota i skłonność do ciekawych rzemiosł i sztuk? Im dłużej o tym myślałem, tym mniej znajdowałem niemożliwości, i w końcu udało mi się nakreślić w myślach plan, który wydał mi się całkiem wykonalny.
Ledwie to wymyśliłem, gdy przez wrodzoną swą niecierpliwość zapragnąłem swój pomysł urzeczywistnić naprawdę.
Okoliczność, że znajdowałem się wtedy w takim mieście, które pełne było wszelkich rzemieślników, zdolnych zrobić wszystko, cokolwiek by im zamówić, skłaniała mnie do tego jeszcze bardziej, ale dotychczasowy mój brak czasu wstrzymał na pewien czas wprowadzenie tego zamiaru w życie. Ale tej wiosny, gdy zyskałem więcej czasu i przy tym upewniłem się bardziej, że nie pójdę w pole, wziąłem się do tej rzeczy i z taką pilnością uwijałem się przy całym jej wykonaniu i przy przynaglaniu stolarzy, blacharzy, cyniarzy, ślusarzy i malarzy, by szybciej robili to, co im przeze mnie zlecono, że po jakichś dwóch tygodniach miałem nieopisaną przyjemność ujrzeć swój miniaturowy wodotrysk istniejący i sprawiający swym działaniem więcej przyjemności, niż mogłem myśleć i oczekiwać. Słowem, rzecz ta, a raczej zabawka, udała się po myśli i godna była prawdziwie ciekawego obejrzenia przez każdego. Cały ten wodotrysk, ze wszystkimi swymi przynależnościami, mieścił się w małej, pomalowanej skrzyneczce, mającej na długość i szerokość nie więcej niż jakieś dziesięć werszków, a na wysokość jakieś trzy werszki. Mimo to po otwarciu tej skrzyneczki, postawionej na stoliku w kącie, przy ścianie i okienku, ukazywał się w niej piękny mały okrągły baseniczek, ozdobiony pośrodku jedną większą, a dookoła dwunastoma małymi złoconymi figurkami, przedstawiającymi częściowo delfiny, częściowo żaby. Z nich wszystkich tryskała taka sama liczba maleńkich wodotrysków, odpowiadających dużemu pośrodku, którego strumień sięgał w górę ponad półtora arszyna i wydawał przyjemny szum i plusk. Słowem, wszystko było tak urządzone, że można było patrzeć z przyjemnością; a co najlepsze, doprowadzenie wody z postawionego na stropie tego pokoju szaflika było tak zręcznie ukryte, że nikt nie mógł tego dostrzec. Długa blaszana rurka, złożona z rozmaitych, jeden w drugi wchodzących kawałków, doprowadzała tę wodę do wodotrysku i była tak ukryta za ścianą, że wcale jej nie było widać. Gdy trzeba było wodotrysk złożyć, wszystkie kawałki tej rurki wsuwano jeden w drugi i potem kładziono do tejże skrzynki, skąd też wynikała ta dogodność, że można go było wszędzie wozić i zajmował bardzo mało miejsca.
Teraz nie potrafię opisać, jak bardzo cieszyła ta zabawka nie tylko mnie, ale i wszystkich, którzy do mnie przychodzili. Wszyscy, którzy ją widzieli, nie mogli się nią dość nazachwycać. Na główną rurkę, znajdującą się pośrodku baseniku, porobiłem mnóstwo rozmaitych nasadek, za pomocą których można było sprawiać, by woda tryskała na rozmaite sposoby, jak na przykład: czasem prostym strumieniem w górę, czasem rozsypywała się w mnóstwo kropel na kształt deszczu, czasem w kształcie gwiazdy, a czasem w kształcie pawiego ogona i tak dalej. Słowem, czyniłem nim mnóstwo rozmaitych odmian i tym wszystkim i dziwiłem, i zabawiałem widzów. Wszyscy nasi kancelaryjni nie omieszkali do mnie przyjść, ledwie o nim usłyszeli, i wynosili mnie pod niebiosa pochwałami za moją zręczność i za pomysł. To znacznie powiększało ich dobre o mnie mniemanie.
Nie omieszkali opowiadać o tym innym z pochwałą, i to już wystarczało mi za nagrodę za trudy poniesione przy jego robieniu.
Ale ile przyjemności sprawiałem tym wodotryskiem wszystkim, którzy mnie odwiedzali, tyle wyzwisk zbierałem za niego od wielu innych, przechodzących obok mojej kwatery. Ale przyczyną tych wyzwisk byłem już właściwie ja sam, a raczej moja głupota i swawola. Pośród innych ołowianych nasadek na rurkę mego wodotrysku, które przeważnie sam majstrowałem i robiłem, podkusiło mnie zrobić jedną krzywą i ułożoną tak, by woda, w razie puszczenia wodotrysku, tryskała nie prosto w górę, lecz łukiem w bok, przez otwarte okienko, i rozpryskując się na krople, spadała na ulicę. W tę nasadkę puszczałem wodę wtedy, gdy zdarzało się komu iść ulicą obok mojej kwatery, i jedynie po to, by można było się pośmiać i pohohotać z jego zdziwienia; ledwie bowiem człowiek zrównał się z moim oknem, nagle zraszało go z góry mnóstwo kropel wody, na kształt deszczu. Człowiek, poczuwszy je, dziwił się, patrzył w niebo i na wszystkie strony, w górę, i nie widząc nic, dziwił się i nie rozumiał, skąd woda się wzięła. A to dawało czasem powód, że niektórzy, wpadłszy w humor {Rozdrażnienie.}, wymyślali sami nie wiedząc komu i odchodzili precz, obsypując mnie porządnymi błogosławieństwami. Ale nad nikim nie płatałem tego figla tak często jak nad kobietami przechadzającymi się czasem ulicą ze swymi parasolkami z tafty {Tafta — gładka tkanina jedwabna.}. Ledwie, bywało, ujrzę takie panie, a schowawszy się za ścianę, by mnie nie było widać, otwierałem na jedną minutę swój wodotrysk i nastawiałem tak, by woda spadała prosto na ich parasolki i sprawiała na nich szum spadających kropel. Boże mój, jaki podnosił się u nich wtedy szum i krzyk!
— Ach, Herr Jesu! Herr Jesu! {Panie Jezu.} Deszcz, deszcz, deszcz! — krzyczały i zaczynały uciekać, a ja pękałem ze śmiechu, siedząc w pokoju za ścianą i radując się ich rozdrażnieniem.
Ledwie zmajstrowałem tę rzecz i poznałem się dzięki niej z wieloma rzemieślnikami, gdy odnowiła się i dawna moja ochota do hokus-pokusów {Sztuczek, wynalazków.}, których nauczyłem się jeszcze, stacjonując w Estlandii, i zachciało mi się zaopatrzyć we wszystkie potrzebne do tego przyrządy. W jednej chwili narobiłem mnóstwo rysunków i poleciałem z nimi do rozmaitych rzemieślników. Oni zaś zadowolili mnie, wykonawszy je wszystkie po mojej myśli, a moje ukontentowanie było przeogromne, gdy ujrzałem u siebie je wszystkie według mego życzenia i mogłem sam robić wszystkie wyuczone wtedy sztuczki i fortele. Łatwo jednak można wywnioskować, że tą sztuką nie miałem powodu przed nikim się chełpić, lecz zadowalałem się nią tylko sam dla siebie, a wspominam o tym tylko po to, by tym dowieść, jakimi sprawami zajmowałem się około tego czasu i jaką skłonność już wtedy miałem do wszelkich fortelów i sztuk.
Ale tego będzie dość na ten raz. List mój jest już dość duży i osiągnął swoje zwykłe granice, dlatego, zostawiając opowieść o dalszych moich przygodach przyszłym listom, obecny zakończę nowym zapewnieniem was o niezmienności mojej przyjaźni ku wam i o tym, że jestem na zawsze wasz, i tak dalej.
KONIEC CZĘŚCI SZÓSTEJ.
(Zakończenie nastąpi.)
ŹRÓDŁO:
Болотов А. Т. Жизнь и приключения Андрея Болотова: Описанные самим им для своих потомков: В 3 т. Т. 1: 1738-1759 / Вс. ст. С. Ронского; Примеч. П. Жаткина, И. Кравцова. -- М.: ТЕРРА, 1993.
Część pominiętych rozdziałów dodano według:
Wydanie: А. Т. Болотов в Кёнигсберге (Из записок А. Т. Болотова, написанных самим им для своих потомков). Калининград, Кн. Из-во, 1990.
Pozostałe rozdziały dodano według pierwszego wydania „Zapisek” (dodatek do „Russkaja Starina”, 1870).
Przetłumaczono z języka rosyjskiego przy pomocy AI (Claude, Anthropic), październik 2026 r.

