/ Mierzeja Kurońska

Pruska Sahara

Pruska Sahara

Pochowani dwukrotnie. Zasypywany piaskiem cmentarz w Pillkoppen (Morskoje).

W 1817 roku ukazała się w Niemczech książka „Uwagi Rosjanina o Prusach i ich mieszkańcach, zebrane podczas podróży przez ten kraj w roku 1814” (niem. Bemerkungen eines Russen über Preussen und dessen Bewohner gesamelt auf einer im Jahr 1814 durch dieses Land unternommenen Reise), złożona z 16 listów rosyjskiego podróżnika, który w 1814 roku po raz pierwszy przybył nad brzegi Pregoły i Niemna, do jego przyjaciela, Niemca. Po pobycie w Kłajpedzie i wyprawie do Tylży autor, który z woli wydawców pozostał anonimowy, opowiada w trzecim liście, jakie przygody przeżył, przedzierając się przez Mierzeję Kurońską do Królewca. Tekst ten nie był dotąd tłumaczony na język rosyjski.

LEGENDY PRUS na blogu Tatiany Koliwaj.

Mierzeja Kurońska. – Jej mieszkańcy. – Szczątki statków na brzegu. – Schwarzort. – Nieżyczliwość miejscowych. – Błędy geograficzne. – Bursztyn. – Nidden. – Historia życia gospodarza stacji pocztowej. – Poranek nad morzem. – Nieszczęśliwy wypadek w ruchomych piaskach. – Sztorm na morzu. – Rossitten. – Napór wydm. – Pastor. – Łowienie ptaków. – Sarkau. – Kościół bez drzwi. – Przerwanie się morza. – Pochodzenie Mierzei Kurońskiej. – Cranz. – Trutenau.

Rozstanie z kłajpedzkim ludkiem, miłośnikiem mocnych trunków, nie kosztowało mnie ani jednej łzy, bo prawdę mówiąc, porządnie się tu nudziłem. Dlatego pośpiesznie załatwiłem wszystkie swoje sprawy handlowe i ruszyłem w dalszą drogę.

Kłajpedę oddziela od Mierzei Kurońskiej cieśnina szerokości około 3000 stóp, łącząca Zalew Kuroński z Morzem Bałtyckim. Podróżnych przewozi się przez cieśninę na barce. Barka ta na pierwszy rzut oka nie budziła zaufania, ale na szczęście szczęśliwie dowiozła mnie na przeciwległy brzeg.

Widok na Kłajpedę z MierzeiWidok na Kłajpedę z Mierzei Kurońskiej.

Prąd z zalewu do morza jest tak silny, że w cieśninie, a nawet w znacznej odległości w morzu, woda pozostaje słodka. Odróżnia się od morskiej ciemniejszą barwą.

Mierzeja Kurońska to piaszczysty pas lądu długości 16 mil i szerokości od ćwierci do połowy mili. Oddziela Zalew Kuroński od Morza Bałtyckiego i stanowi pasmo piaszczystych wydm, w niektórych miejscach sięgających wysokości kilkuset stóp. Z wyjątkiem wsi Rossitten, gdzie jest pole orne i niewielki lasek, mierzeja pozbawiona jest wszelkiej roślinności: ani pól, ani drzew, ani nawet najmniejszego ogródka warzywnego, a mieszkańcy siedmiu nędznych wioseczek, położonych na mierzei od strony zalewu, żyją wyłącznie z rybołówstwa.

Nie może być na ziemi miejsca smutniejszego niż to. Nic poza piaskiem i wodą: ani cienistych drzew, ani źródła z chłodną, orzeźwiającą wodą. Nie ma tu nawet zielonej łączki, która ożywiłaby jednostajną biel nagich piaszczystych wydm. Jak mogą tu żyć ludzie, jest dla mnie niepojęte. Zresztą obcowanie z nimi pokazuje, że poza ludzką postacią niewiele mają wspólnego z innymi ludźmi.

Nieżyczliwość na twarzach, zadowolenie z siebie, niezrozumiała, szczekliwa mowa – wszystko dowodzi, że znajdują się na najniższym szczeblu rozwoju ludzkości.

Droga prowadzi brzegiem morza, pokrytym mnóstwem szczątków statków. Podróż ta sama w sobie jest męcząca, a staje się jeszcze bardziej przykra, gdy widzi się po drodze tyle świadectw katastrof morskich. Wielu nieszczęśników straciło na tym niegościnnym wybrzeżu cały swój majątek. A niektórzy i samo życie. Myśli te wprawiły mnie w melancholijny nastrój, który zadziwiająco harmonizował z posępnym milczeniem otaczającej mnie lichej przyrody, która tu, jak się zdaje, śmiertelnie obraziła się na cały rodzaj ludzki.

Odetchnąłem swobodniej, gdy dotarłem do Schwarzort, pierwszej stacji pocztowej na mojej drodze, i znów znalazłem się wśród ludzi, choć byli to chyba najbardziej nieżyczliwi ludzie, jakich kiedykolwiek spotkałem na stacjach pocztowych. Podróżowałem własnymi końmi i nie korzystałem z pocztowych. To mogło im dać powód do irytacji, bo nie dostrzegłem ani jednego przyjaznego spojrzenia, a na dziewięć z dziesięciu pytań nie otrzymałem odpowiedzi.

SchwarzortPrzy brzegu zalewu w Schwarzort (Juodkrantė, Litwa).

Jedzenie, podobnie jak kawa, było złe i niewspółmiernie drogie, wina ani piwa nie było wcale. To, że ci ludzie zawyżają ceny, jest wybaczalne: cóż mogłoby ich zatrzymać na tej posępnej pustyni, jeśli nie możliwość zarobienia więcej niż gdziekolwiek indziej?

No i koniec końców podróżny będzie zadowolony, jeśli w ogóle zdoła coś dostać za swoje pieniądze, nawet duże. Jeśli jednak gospodarze swoim nieprzyjaznym zachowaniem pozbawiają podróżnych przyjemności rozmowy, świadczy to o tym, że otaczająca miejscowych przyroda-macocha źle wpłynęła na ich obyczaje.

*         *         *

W drodze z Schwarzort do Nidden przydarzyło mi się zabawne zdarzenie. Aby ulżyć koniom w drodze przez głęboki piasek, wysiadłem z powozu i przez jakiś czas szedłem plażą. Wkrótce spotkałem woźnicę, który zawzięcie się o coś kłócił z podróżnym, którego, jak zrozumiałem, wiózł do Kłajpedy. Gorący spór1 był w pełni. Podróżny był tak rozdrażniony, że rwał się do pobicia woźnicy, od czego tego ostatniego uratowało jedynie moje nagłe pojawienie się. Wtedy obaj zaproponowali mi, abym był arbitrem w ich sporze. Polegał on na tym, że woźnica twierdził, iż z miejsca, w którym się znajdowali, widzi wzniesienie zwane Holenderskim Kapeluszem, a podróżny uważał to za absolutnie niemożliwe, sądząc, że woźnica po prostu z niego drwi.

Moje zapewnienie, że obaj mają rację, omal nie wciągnęło mnie w ogólną awanturę. Ogromnym wysiłkiem zmusiłem ich, by wysłuchali mojego wyjaśnienia. Na granicy z Kurlandią na brzegu morza rzeczywiście jest wzgórze zwane Holenderskim Kapeluszem. I było ono, rzecz jasna, widoczne z miejsca, w którym staliśmy, było więc jasne, że woźnica wcale nie myślał żartować sobie ze swojego pasażera. A to, że w swej prostocie naprawdę sądził, iż to brzeg Holandii, łatwo było wytłumaczyć jego nieznajomością elementarnej geografii. Zostawiłem ich, gdy się pogodzili, zadowolony, że udało mi się zapobiec szykującej się bijatyce.

*         *         *

Plaża jest tu pokryta niezliczoną ilością małych, różnokolorowych, okrągłych kamyczków, które bardzo pięknie wyglądają na białym piasku. Wszystkie są albo jasnoczerwone, albo jaskrawoniebieskie.

BursztynNadzwyczajna bursztynowa bryła.

Znalazłem kilka dość dużych kawałków bursztynu, które mogły być warte nawet kilka dukatów. A jednak wyrzuciłem je do morza, wiedziałem bowiem, że zbieranie bursztynu według miejscowych praw pociąga za sobą surową karę.

Obawiałem się, że ktoś inny, z niewiedzy lub chciwości, może nie oprzeć się pokusie i przywłaszczyć sobie te piękne kamienie. Na Mierzei Kurońskiej rzadko trafia się bursztyn, nie spotka się tu jego poławiaczy z dużymi czerpakami, dlatego większość kamieni wyrzuconych tu przez morze najwidoczniej przepada.

*         *         *

Późnym wieczorem dotarłem do Nidden, gdzie stacja pocztowa była nadzwyczaj skromna, ale za to miała przynajmniej bardzo życzliwego gospodarza, z którym miło porozmawialiśmy, podczas gdy przygotowywano mi kolację. Opowiedział wiele ciekawego o Mierzei Kurońskiej i jej mieszkańcach. Ponieważ człowiek ten nie był pozbawiony pewnego wykształcenia, wyraziłem zdziwienie, że osiadł właśnie tutaj. Zapewniał mnie jednak, że przedkłada to miejsce nad każde inne, gdyż tu się urodził i tu otrzymał wykształcenie, i z wyjątkiem trzech lat studiów na królewieckim uniwersytecie całe życie spędził na tej piaszczystej pustyni.

Jego główne zajęcie to rybołówstwo, które namiętnie kocha. Poza tym przejezdni przynoszą mu mnóstwo nowin, a z prowadzenia stacji pocztowej ma niemały zysk. Pewien epizod z jego życia jest zbyt charakterystyczny, abym miał go przed Panem zataić. A ponieważ opowiedział mi go, nie biorąc ode mnie obietnicy milczenia, nie będzie mi miał za złe, jeśli przekażę tę historię jego słowami.

„Studiowałem w Królewcu od trzech lat – opowiadał – gdy mój ojciec, gospodarz stacji pocztowej, którego następcą miałem zostać, wezwał mnie do domu i oznajmił, że pora mi założyć rodzinę. Właściwie nie miałem nic przeciwko temu, ale okazało się, że ojciec sam już wybrał mi narzeczoną.

NiddenNidden (Nida, Litwa): kuroński rybak ceruje sieć.

Nadszedł dzień zaręczyn i po raz pierwszy spotkałem swoją przyszłą żonę, której nigdy wcześniej nie widziałem, i choć nie była brzydka, to jednak niezmiernie mi się nie spodobała.

Zacząłem gwałtownie protestować przeciw temu małżeństwu, ale ojciec zapewnił mnie, że przytoczy pewne argumenty, które zmienią moje zdanie. Potem wziął mnie za rękę, zaprowadził do odległego pokoju, mocno zamknął za sobą drzwi, a następnie wyciągnął spod surduta owe argumenty, którymi okazał się mocny bat, i zaczął nim bardzo przekonująco dowodzić, że małżeństwo to wyjdzie mi wyłącznie na dobre. No cóż… Argumenty były ważkie, oświadczyłem więc, że ojciec mnie przekonał i nie sprzeciwiam się już zaręczynom.

Ale potem, wszystko przemyślawszy, postanowiłem nie poddawać swojej woli władzy ojcowskiego bata. Dlatego mimo zaręczyn oświadczyłem ojcu wprost, że nie ożenię się z narzuconą mi dziewczyną. Ojciec nie zaszczycił mnie odpowiedzią, a wkrótce wysłał mnie w interesach do Kłajpedy i bardzo dokładnie wyznaczył czas mojego powrotu. Nie podejrzewając niczego złego, wróciłem w wyznaczonym terminie i zastałem dom pełen gości, wśród których był i duchowny. Wszyscy czekali na mnie, by rozpocząć ceremonię mojego ślubu. Ojciec podprowadził mnie, mocno zdziwionego, do narzeczonej i poprosił pastora, by udzielił ślubu, nie zwracając najmniejszej uwagi na mój opór.

Zbity z tropu tym, co się działo, zamiast powiedzieć „tak”, głośno wrzasnąłem „nie”! I w tej chwili ojciec wymierzył mi tak ​​ogłuszający policzek, że w przerażeniu odskoczyłem i szybko powiedziałem „tak”. I tak wbrew swojej woli nagle stałem się żonaty. Od tego czasu minęło wiele lat, ojca dawno nie ma na świecie, a ja często chodzę na jego grób i płaczę tam łzami wdzięczności za to, że mój rodziciel wybrał mi dobrą żonę, która i teraz, u schyłku lat, stanowi szczęście mojego życia”.

*         *         *

… Wyspawszy się znakomicie, następnego ranka wysłałem z Nidden o godzinę wcześniej przodem swoje konie, które miałem nadzieję wkrótce dogonić, licząc na ich niespieszny chód, ponieważ droga wiodła przez sypki piasek. Szedłem energicznie brzegiem morza, orzeźwiony porannym chłodem.

WydmyMłodzi jeźdźcy u podnóża wydmy.

Radosny, rześki poranek jest piękny wszędzie, nawet na pustynnych brzegach Bałtyku. Dopiero co wschodzące słońce rozsypało złoty blask swoich promieni po srebrze niewysokich fal, których delikatna masa perłowa zlewała się na horyzoncie z lazurem nieba.

Białe żagle kilku statków płynęły wysoko nad horyzontem, a nad falami przy brzegu wciąż wisiał cienki welon porannej mgły, który stopniowo unosił lekki powiew wiatru. Słaby szum fal był ledwie słyszalny w głębokiej ciszy, panującej dokoła, i zdawał się oddechem budzącej się przyrody. Wkrótce jednak słońce, wzniósłszy się wyżej, rozmyło delikatne kontury tego pięknego obrazu, zamieniając go w posępną bazgraninę.

Mgła, splatająca się w fantastyczne kształty, znikła, nie było widać ani jednego statku i zamiast pozłacanej srebrnej tafli morza moim oczom ukazało się teraz jednostajne szare płótno wody bez końca i brzegu. Może się zdziwisz, że nudzi mnie widok spokojnego morza. Chętnie przyznam, że dla wielu ludzi ta bezkresna masa wody stanowi wzniosłe widowisko, nawet gdy jest spokojna. Jednak kto, tak jak ja, przez wiele lat mieszkał nad morzem i odbył kilka podróży morskich, staje się wobec niego dość obojętny. Natomiast wschód, a zwłaszcza zachód słońca nad morzem, nawet oglądane tysiąc razy, za każdym razem na nowo budzą zachwyt.

Dziś słońce było najprzykrzejszym towarzyszem podróży na świecie. Wkrótce jego oślepiający blask zaczął utrudniać mi marsz i sprawił, że i tak trudna droga stała się dwakroć cięższa. Sypki piasek na każdym kroku zapadał się pod moimi stopami. Promienie słońca, odbijające się od białej piaszczystej powierzchni Mierzei, czyniły upał nie do zniesienia, a słaby wietrzyk, wiejący tego dnia, nie mógł orzeźwić zmęczonego wędrowca. Przeszedłem dwie mile, gdy wreszcie udało mi się dogonić swój wóz, ale konie tak samo jak ja potrzebowały odpoczynku.

Dałem im pół godziny wytchnienia i w tym czasie zjadłem obfite śniadanie, a potem zrobiłem to, co robi niemal każdy podróżny na tej trasie: oddałem się słodkiemu snu, podczas gdy konie powoli ciągnęły mnie coraz dalej i dalej. Kto w takiej sytuacji zdoła oprzeć się chęci zaśnięcia, ten bez wątpienia wytrzyma i lekturę najnudniejszej powieści, i najbardziej nużące kazanie w kościele. Jednostajny widok – gdzie nie spojrzeć – piasku i wody, monotonny szum morskich fal i usypiające kołysanie wozu, pełznącego naprzód niczym ślimak, zlewają się w jedno, przywołując sen, który niczym przytulny kokon otula podróżnego.

Ruchome piaskiKonie ugrzęzły w ruchomych piaskach.

Ze słodkiego zapomnienia wyrwały mnie przerażone krzyki woźnicy. Ocknąłem się i zobaczyłem, że moje konie niemal po samą szyję zapadły się w piasek.

Rzecz w tym, że woźnica, by ułatwić koniom drogę, zjechał z ubitej, sypkiej koleiny i trafił na ruchomy piasek, w który zapadły się, gdy tylko na niego wstąpiły.

Nie pozostało mi nic innego, jak pobiec do wsi Rossitten po pomoc, gdzie z wielkim trudem uprosiłem wieśniaków, by pomogli mi wyciągnąć konie, obiecując znaczną nagrodę. Za wykopanie koni musiałem zapłacić cztery talary, co oczywiście było niesłychanym rozbojem. Zresztą sześciu ludzi pracowało ponad trzy godziny, zanim zdołali wyciągnąć moje koniki z piaszczystej niewoli. Ponieważ na stałym lądzie ruchome piaski zwykle nie występują, podejrzewam, że nie ma Pan o nich pojęcia, dlatego postaram się wyjaśnić to dziwne zjawisko, typowe dla tutejszych stron.

Pośród piasków, często w dużej odległości od morza, są miejsca, które, gdy wstąpi na nie człowiek lub zwierzę, nagle zapadają się jak wilczy dół, porywając za sobą wszystko, co było na powierzchni. W chwili zapadania się masy piasku na zewnątrz wydobywa się dużo wody, a miejsce to staje się potem tak twarde, że można po nim bez żadnych obaw przewozić ciężkie armaty. Takie wypadki zdarzają się tu bardzo często. Ludzie, wozy, konie toną w piasku i nikt nie wie, gdzie są i gdzie się podziali.

Tych, którzy wpadli w ruchomy piasek, udaje się uratować tylko w bardzo rzadkich przypadkach. Ludzie, którzy przyszli z Rossitten na pomoc, dziwili się, że moje konie wciąż trzymają głowy nad ziemią. Kilka lat temu w ruchomym piasku utonęła mała córeczka pewnego oficera z Kłajpedy. Nieszczęsną wciągało w piaszczystą niewolę na oczach jej przyjaciół. Ciała dziewczynki mimo wszelkich wysiłków nie udało się odnaleźć. O ile mi wiadomo, żaden uczony przyrodnik nigdy nie zadał sobie trudu zbadania pochodzenia tego dziwnego zjawiska natury.

*         *         *

Pod wieczór niebo zaczęło ciemnieć. Niezliczone stada mew z przenikliwym krzykiem krążyły nad zalewem, co zawsze było nieomylnym znakiem zbliżającego się sztormu, postanowiłem więc zostać w Rossitten do południa następnego dnia i tam też stałem się świadkiem tego majestatycznego zjawiska przyrody.

Wydmy Mierzei KurońskiejWidok na Pillkoppen (Morskoje) z wydmy Efa.

Stało się to, czego się spodziewałem. W nocy zaczął wiać silny wiatr, który rano przeszedł w sztorm, znalazłem więc we wsi przewodnika i poprosiłem go, by zaprowadził mnie na najwyższą wydmę, abym stamtąd mógł popatrzeć na wzburzone morze i okolicę.

Było to doprawdy wspaniałe widowisko! Przede mną rozpościerało się bezkresne morze, które przybrało barwę czarnego, zachmurzonego nieba. Wściekle wznosiło ku chmurom swoje szaleńczo toczące się fale, z których na wszystkie strony leciały spienione bryzgi. Zdawało się, że te rozwarte góry wody za chwilę zaleją nasz wąski pasek lądu, o który za każdym razem rozbijały się z ogłuszającym hukiem. W obie strony ciągnęło się w dal białe pasmo wzgórz, za mną zaś rozpościerał się spokojny, gładki jak lustro Zalew Kuroński i gdzieś na jego horyzoncie ledwie widniał litewski brzeg.

Wzgórze, na którym stałem, miało kilkaset stóp wysokości, co czyniło widok na morze jeszcze bardziej imponującym. Nadeszła pora schodzić i wtedy mój przewodnik uchronił mnie przed niebezpieczeństwem, które grozi w tych stronach wszystkim przyjezdnym. Zamierzałem zejść ze wzgórza prosto w dół, ale przewodnik powiedział, że w ten sposób na pewno spadnę z wysokości co najmniej stu pięćdziesięciu stóp. Wzgórze stanowiło od góry do dołu masę olśniewająco białego piasku, co tworzyło złudzenie optyczne łagodnego przedniego stoku. To, że w rzeczywistości był stromy i niemal pionowy, nie było z góry widać. Aby mnie o tym przekonać, przewodnik wbił kij na szczycie obok miejsca, na którym stał, a potem, gdy zeszliśmy w dół zaproponowaną przez niego drogą, ja, spojrzawszy z dołu na szczyt wzgórza, zobaczyłem, że kij sterczy praktycznie nad naszymi głowami.

*         *         *

Rossitten leży na półwyspie wysuniętym w zalew i ma niewielki skrawek ziemi ornej, w tym lasek złożony z dębów i sosen o poskręcanych pniach – jedyny na całej Mierzei. Dawniej większa część Mierzei była porośnięta drzewami, ale ludzie przez bezmyślność je wycinali, wskutek czego pozostały las, poza tym niewielkim skrawkiem, stopniowo został zasypany piaskiem.

Wydmy Mierzei KurońskiejDługa droga wśród wydm.

Pustynnienie terenu pod naporem piasku przybrało tu takie rozmiary, że być może wkrótce i z tej wsi nic nie zostanie, bo niemal każdego dnia piasek zagarnia coraz to nowe skrawki tego niewielkiego obszaru, na którym prowadzi się uprawę roli.

A ponieważ piasek jest zwiewany przez wiatr i spłukiwany przez deszcz z wysokich piaszczystych wzgórz w dół, żadne ogrodzenia nie mogą pomóc na tę plagę.

Tak oto wieś Lattenwalde została całkowicie zasypana piaskiem i dziś nie ma po niej śladu. Wszystko, co zostało ze wsi Kunzen, to kilka chat, które lada chwila grożą zawaleniem. Kościół, dom pastora i większość zabudowań tej osady są już pogrzebane głęboko pod piaskiem.

Pastor gminy Kunzen, mieszkający w Rossitten od czasu, gdy zniknęła jego wieś, wygłasza swoje kazania w czymś w rodzaju szopy. Ma najnędzniejsze stanowisko w kraju i ledwie tyle dochodu, ile potrzebuje, by utrzymać swoją skromną, bezradosną egzystencję. Podstawowe pożywienie duchownego stanowią ryby i mięso wron, które, nawiasem mówiąc, jest całkiem niezłe w smaku. Wrony występują w jadłospisie miejscowych w dużych ilościach i uchodzą za przysmak, ponieważ innych rodzajów mięsa nie sposób tu w ogóle znaleźć.

Część dochodu pastor czerpie z łowienia ptaków, którym zajmuje się w tym właśnie niewielkim lesie koło Rossitten. Lasek ten, jak mówią, jest bardzo bogaty w ptactwo. Złowione ptaki pastor wysyła na sprzedaż do Królewca.

Urzędowa działalność tego duchownego zwykle całkowicie ustaje latem, ponieważ wszyscy jego parafianie, z wyjątkiem czterech poczmistrzów i kilku właścicieli gospodarstw w Rossitten, wiosną wraz z całą rodziną i czeladzią siadają na wozy i przenoszą się na drugą stronę zalewu, gdzie zajmują się rybołówstwem. Wracają nie wcześniej niż późną jesienią. Dzieci urodzone w tym czasie pozostają nieochrzczone aż do powrotu do domu. Nie udziela się też komunii ani ślubów i wszystkie te obrzędy religijne duchowny odprawia łącznie w ciągu kilku dni.

Kościół w SarkauKościółek w Sarkau (Lesnoj).

We wsi Sarkau jest kościół, będący jakby filią kościoła w Rossitten. Zarządza nim miejscowy pastor. W kościele tym nie ma drzwi, a zamiast nich są tylko dwa otwory w ścianach z lichymi zasuwami.

Przez nie właśnie dostaje się do środka miejscowa wspólnota chrześcijańska. Są tu dwie ambony: jedna zwrócona ku zalewowi, druga – ku morzu. Pastor wchodzi to na jedną, to na drugą, zależnie od kierunku wiatru. Rzecz w tym, że wiatr musi mu wiać w plecy, w przeciwnym razie drobny piasek, dostający się tak czy inaczej do drewnianego budynku, wpadałby mu do oczu.

Między Rossitten a Sarkau spotkałem tak ogromną liczbę mew, że gdy wszystkie naraz wzbiły się w powietrze, zasłoniły słońce i wszystko dokoła pociemniało. Ptaków było z pewnością kilka milionów. Zanim się poderwały, zauważyłem też kilka kruków, siedzących obok mew w pokojowym sąsiedztwie. Tylko brak pożywienia mógł zmusić te dumne ptaki-samotniki do znoszenia towarzystwa histerycznych mew.

Koło Sarkau jest na Mierzei płaskie miejsce, gdzie fale z morza już kilka razy przelewały się do zalewu, rozmywając w ten sposób drogę do Kłajpedy. Podjęto próbę powstrzymania naporu morza przez budowę grobli, ale chyba okazało się to niewystarczające, bo morze już teraz dochodzi do krawędzi tamy, choć w ostatnim czasie nie obserwowano żadnych wiatrów spiętrzających wodę. Jeśli morze kiedyś dokona tu poważnego przełomu do zalewu, nadbrzeżne marsze Litwy mogą bardzo ucierpieć.

Mierzeja Kurońska niewątpliwie zawdzięcza swoje powstanie jakiemuś kataklizmowi przyrody i pod tym względem zasługuje na baczną uwagę uczonych. Stare kroniki mówią, że powstała w 1190 roku po burzy, która trwała długich dwanaście lat. Silny wiatr wiał przy tym nieustannie z jednej i tej samej strony nieba. W kronikach Inflant, o ile mi wiadomo, nic się o tym nie mówi.

Zalew KurońskiŁodzie rybackie przy brzegu zalewu.

W owym czasie Prusy nie były jeszcze podbite przez rycerzy, nie miały więc historyków, a ponieważ Niemcy przybyli tu dopiero w 1230 roku, czyli czterdzieści lat później, jakieś skąpe wiadomości o powstaniu Mierzei Kurońskiej mogli czerpać jedynie z miejscowych legend.

A to oznacza, że wobec braku wiarygodnych dowodów dwunastoletnią burzę można podać w wątpliwość. Zresztą nie widziałem jeszcze kroniki biskupa Chrystiana, najstarszego pruskiego historyka. Jeśli ten rzadki rękopis uda się odnaleźć w Królewcu, to koniecznie go przeczytam. Bardzo na to liczę. Być może kronika zawiera jakieś informacje, ponieważ biskup Chrystian musiał być współczesnym temu zjawisku przyrody.

*         *         *

Pod Sarkau piaski się kończą i zaczyna się wielki las świerkowy, który ciągnie się aż do Cranz – dużej wsi z dobrą gospodą. Ogarnęło mnie bardzo dziwne uczucie, gdy, obejrzawszy się, spojrzałem na pozostawioną za sobą Mierzeję Kurońską. Znów znalazłem się wśród życzliwych, dobrych ludzi, wśród których szybko zapomnę tę piaszczystą kurońską pustynię z jej półdzikusami. Dobrze przyrządzony obiad, na którym podano między innymi świeżo złowione gotowane śledzie, zwane tu strömlingami, orzeźwił mnie, a wykąpawszy się w morzu, wcześnie położyłem się spać, by następnego dnia wcześnie rano wyruszyć i przed zmrokiem przybyć do Królewca.

*         *         *

Od Cranz okolica staje się bardzo żyzna. Łąki, sady, dwory i zagajniki następują po sobie, ciesząc oko. Wkrótce znaleźliśmy się w Trutenau, pięknym majątku z młynem – dużą papiernią. Zarówno papiernia, jak i domy fabrykantów są niezwykle malownicze: czerwony tynk ich ścian stanowi przyjemny kontrast z ciemnymi lasami i błękitnym jeziorem, którego woda porusza młyn. Obok głównego budynku papierni wznosi się wysoka góra porośnięta dębami, a za nią – dość głęboka dolina, do której z szumem spada strumień wody z młyna.

TrutenauPapiernia i wiatraki w Trutenau (Miedwiedjewka).

Urządzenia papierni są w znakomitym stanie, ale papier, który się tu wytwarza, nie jest czysto biały, co tłumaczy się jakością wody.

Aby rozwiązać ten problem, delikatniejsze gatunki się wybiela, ale mimo to nie dorównują one dobremu białemu papierowi holenderskiemu. Wytwarza się tu również angielski prasowany karton – preszpan, niezbędny fabrykantom sukna do wykańczania tkaniny, przy czym technologia produkcji trzymana jest w tajemnicy, dlatego nie pozwolono mi obejrzeć maszyn. Właściciel tej fabryki, pan Jachmann, znany uczony, był w podróży, zrozumiałe więc, że pracownicy nie mogli pozwolić mi zwiedzić zakładu bez jego zgody. Wynalazca tego procesu technologicznego, niejaki Kanter2, wiele podróżował po świecie, aby przejąć odpowiednie doświadczenia i przyswoić sobie potrzebne sposoby, ale słabo mu się to udawało, dlatego po powrocie sam przeprowadzał niezliczone doświadczenia, na które wydał cały swój majątek i 14 000 talarów Rzeszy, podarowanych mu przez Fryderyka Wielkiego.

W końcu wynalazł ten proces, i to w takiej doskonałości, że wytwarzany tu preszpan był poszukiwany nawet przez angielskich producentów i znacznie przedkładano go nad akwizgrańskie wióry. Sam wynalazca odniósł jednak niewielką korzyść ze swego odkrycia, ponieważ żył dość krótko. Zresztą z owoców jego myśli i wytrwałej pracy korzystają teraz spadkobiercy.


LEGENDY PRUS na blogu Tatiany Koliwaj.

PRZYPISY

1. Opisana dyskusja stała się przedmiotem sporu tłumaczki z redaktorem. Trzeba było zasięgnąć opinii osoby z wewnątrz. Stanęła ona po stronie pasażera, autorytatywnie stwierdzając, że z brzegu morza między Juodkrantė a Nidą Holenderskiego Kapelusza (ang. The Dutchman's Cap, lit. Olando Kepurė) nie da się zobaczyć. Niewielkie wzniesienie, znajdujące się na brzegu morza dziesięć kilometrów na północ od Kłajpedy, po prostu zasłonią wydmy Mierzei. Jednak to twierdzenie opiera się na wrażeniach z XXI wieku, gdy Mierzeja na całej długości porosła lasem. A w czasach, gdy doszło do spotkania opisanego przez anonimowego rosyjskiego podróżnika, żadnego lasu nie było – tylko piasek, więc całkiem możliwe, że wzgórze Holenderski Kapelusz jednak było widoczne. Poza tym mogło być wówczas znacznie wyższe! Nawet w Wikipedii napisano, że ulega silnej erozji od strony morza. Żelazna Wydma Zipfelberg w Primorje (Groß Kuhren) na przykład w ciągu ostatnich stu lat stała się niższa niemal o połowę! Jaką miała wysokość w 1814 roku, nie da się już dziś ustalić. Jeszcze jeden przykład: przy dobrej pogodzie z tarasu widokowego nad jeziorem Łabędź po stronie rosyjskiej można zobaczyć dwa wieżowce w centrum Kłajpedy, choć odległość stamtąd do nich wynosi około 50 km. Co prawda tego lata widok ten zasłoni podrastająca sosna. Krótko mówiąc, kto miał rację, tak i nie udało się ustalić. Ale to, że nasz rodak, który po raz pierwszy znalazł się na Mierzei, rzucił się tłumaczyć miejscowym, gdzie raki zimują, w pewien sposób charakteryzuje go i jako człowieka, i jako pisarza…

2. Wydaje się, że chodzi o Johanna Jakoba Kantera (Kanter, Johann Jakob; 1738 Królewiec – 1786 Królewiec).


Przetłumaczono z języka rosyjskiego przy pomocy AI (Claude, Anthropic), październik 2026 r.