/ Królewiec

Zakątek flamingów

Zakątek flamingów

W latach 50. XX wieku w gazecie wysiedlonych mieszkańców Prus Wschodnich „Ostpreussen-Warte” ukazał się cykl tekstów byłego królewieckiego lekarza i zapalonego historyka-regionalisty Herberta Mühlpfordta o ustronnych zakątkach Królewca. Poniżej przekład notatki tego samego autora o jego ulubionym miejscu w Tiergarten.

Bez wątpienia nasz Ogród zoologiczny był jednym z najpiękniejszych w kraju. Choć kolekcja zwierząt nie była szczególnie duża, sam teren stanowił wspaniały park, zwłaszcza dzięki strumieniowi i głębokiemu wąwozowi.

Gdy w 1896 roku ogród zoologiczny został otwarty, jedną z jego głównych atrakcji – zarówno pod względem sztuki ogrodowej, jak i architektury – była wieża widokowa, obłożona białymi i różowymi „marmurowymi” płytami. Była to oczywiście tylko piękna iluzja, bo wieżę zbudowano z drewna, lecz przetrwała bardzo długo, a dopóki była dostępna dla publiczności, roztaczał się z niej wspaniały widok na Królewiec i otaczające go lasy, pola, jeziora i rzeki.

Widok ze sztucznej groty naciekowej pod wieżą na staw i wzdłuż głównej alei był doprawdy czarujący.

Flamingi

Główną aleją, która przed stawem rozwidlała się na wschód i zachód, nieustannie płynął strumień odwiedzających. Dzieci tłoczyły się wokół klatek, a spragnieni kawy dorośli zdobywali upragniony napój przy niezliczonych stolikach, przy dźwiękach muzyki, przed główną restauracją i kawiarnią „Benther” (Café Benther) – później „Liedtke” (Café Liedtke).

Tak więc nasz ukochany ogród zoologiczny nie był zwykłą menażerią (spóźnione brawo za to!) i trudno go było nazwać cichą idyllą!

Co najwyżej ptaszarnia nad stawem mogłaby zasługiwać na to określenie; kiedy bowiem wczesnym wiosennym rankiem wchodziło się do jej jasnej szklanej „świątyni”, z tysiącami fioletowych glicynii zwisających z sufitu, to, co się widziało, z pewnością można było nazwać idyllą. Ale i tu bynajmniej nie panowały cisza i spokój – świergot, śpiew, krzyki i trele były na tyle głośne, że zmiękczały nawet najbardziej zatwardziałe serca.

Ale nie ptaszarnię mam na myśli, mówiąc, że w ogrodzie zoologicznym był cichy zakątek – chcę wam opowiedzieć o „zakątku flamingów” (Flamingowinkel), jak go zawsze nazywaliśmy.

Flamingowinkel


Można było do niego dojść od kawiarni „Bender” (Café Bender). „Zakątek flamingów” znajdował się na pięknie wygiętym wąskim półwyspie, wcinającym się w staw przy wieży widokowej. Na jego końcu stał niewielki drewniany pawilon widokowy i kilka ławek. Można tu było posiedzieć w kojącej atmosferze, wygodnie obserwując szlachetne ptaki albo po prostu podziwiając sylwetkę wieży.

Liczne flamingi w zamyśleniu bezszelestnie przechadzały się po brzegach stawu, zupełnie nie krępując się ludzi, często podchodziły do pawilonu, uważnie przyglądając się siedzącym tam gościom swymi bladożółtymi oczami, ani razu nie okazując natręctwa. Nie znały ani strachu, ani niepokoju; były uosobieniem spokoju, a przy tym nie wydawały się takimi filozofującymi nudziarzami jak łysy marabut. Do tego dochodziło ich wytwornie piękne bladoróżowe upierzenie, widok wdzięcznie wygiętych szyi i, co nie mniej ważne, godne podziwu zachowanie.

Tak więc nawet najbardziej porywczy i źle wychowany człowiek musiał w tym miejscu zamilknąć, i już choćby z tego powodu „zakątek flamingów” słusznie można było wpisać na listę najprzyjemniejszych miejsc Królewca.

Cóż się z wami stało, spokojni mieszkańcy Nilu?


Przetłumaczono z języka rosyjskiego przy pomocy AI (Claude, Anthropic), październik 2026 r.