Andriej Bołotow
„Życie i przygody Andrieja Bołotowa. Opisane przez niego samego dla potomków”

Stiepan Apraksin
(1702–1758)
Feldmarszałek (od 1756 roku), dowódca armii rosyjskiej w pierwszej kampanii pruskiej 1757 roku. Był krewnym hrabiego P.M. Apraksina, współpracownika Piotra I. Miał wpływowych protektorów, dzięki którym awansował aż do stanowiska prezesa Kolegium Wojennego, choć nie wyróżniał się szczególnymi zdolnościami wojskowymi. Lubił wystawne stroje i obiady, których nie odmawiał sobie nawet podczas wypraw wojennych. Uchodził za człowieka dobrego, skłonnego do dobroczynności, wiernego w przyjaźni i sumiennego w służbie.
Wczesnym rankiem 30 sierpnia 1757 roku armia rosyjska pod dowództwem feldmarszałka Stiepana Apraksina wyruszyła z obozu pod Norkitten (osiedle Mieżdurieczje), w którym spędziła trzy noce, w kierunku Allenburga (osiedle Drużba) i Królewca (Kaliningrad). Ledwie pierwsze rosyjskie kolumny, przemieszane z taborami, wyszły zza lasu osłaniającego obóz, natychmiast natknęły się na szyki bojowe armii pruskiej. Pruska piechota, ustawiona w linie bojowe, od razu otworzyła ogień, nie dając przeciwnikowi czasu na przejście z szyku marszowego do bojowego. Warto zaznaczyć, że i pruscy żołnierze nie spodziewali się ujrzeć Rosjan wychodzących zza lasu na otwartą przestrzeń. Armia pruska wymaszerowała z obozu pod Gross-Jägersdorf o czwartej nad ranem, aby jeszcze o świcie zaatakować nieprzyjaciela w jego obozie. Tak czy inaczej, element zaskoczenia był po jej stronie. Pruscy piechurzy zdążyli oddać trzy celne salwy, zanim z rosyjskich pozycji odpowiedziano chaotyczną strzelaniną z karabinów. Tak rozpoczęła się bitwa pod Gross-Jägersdorf. Bitwa wygrana przez armię rosyjską, która nie przyniosła jej jednak żadnych dalszych korzyści. Mogła zakończyć się całkowitym rozgromieniem armii osłaniającej Prusy Wschodnie. Jej geneza oraz wydarzenia, które po niej nastąpiły, są nawet ciekawsze niż sam przebieg batalii. Dlatego opowieść o Gross-Jägersdorf trzeba zacząć od początku i z obszernymi dygresjami dotyczącymi polityki i sztuki wojennej.
Fryderyk atakuje, Rosja przystępuje do wojny siedmioletniej
Działania wojenne wojny siedmioletniej (1756–1763), którą historycy nazywają niekiedy „właściwie pierwszą wojną światową”, rozpoczęły się nie w Europie, lecz w dalekiej Ameryce, gdzie starły się interesy Anglii i dwóch innych mocarstw kolonialnych — Francji i Hiszpanii. Jednak najzacieklejsze i najkrwawsze bitwy wojny siedmioletniej rozegrały się na kontynencie europejskim.
Czołowa piątka państw uczestniczących w tym konflikcie miała w nim globalne i jasno określone cele:
- Anglia — stać się jedynym światowym imperium kolonialnym, pokonawszy na tym polu głównego konkurenta, Francję, a po części także coraz bardziej podupadającą Hiszpanię.
- Francja — rywalizować z Anglią w polityce kolonialnej i pozostać dominującym mocarstwem w Europie kontynentalnej.
- Austria — odzyskać utracony wcześniej Śląsk i utrwalić swój status najsilniejszego mocarstwa w Europie Wschodniej.
- Prusy — dołączyć do grona czołowych państw Europy, poszerzając swoje terytorium kosztem państw sąsiednich.
- Rosja — stać się głównym graczem w polityce europejskiej, zabezpieczyć swoje posiadłości nadbałtyckie i zachodnie, zapewnić sobie pomoc Austrii w wojnie z Turcją.
Pozostali uczestnicy wojny mieli cele o charakterze lokalnym, które na dodatek co pewien czas ulegały zmianom.
Spośród pięciu głównych uczestników globalnego konfliktu Rosja miała początkowo najmniejszą motywację, by brać w nim udział, ale w miarę rozwoju działań wojennych coraz bardziej się w wojnę wciągała.
Żadne z mocarstw występujących przeciwko Prusom nie dążyło do unicestwienia państwa pruskiego. Wszystkim odpowiadały niewielkie Prusy w roli zadziornego sojusznika, ale bez ambicji na więcej.
Fragment mapy bitew wojny siedmioletniej.
Chcąc nie dopuścić do tego, by zjednoczone w koalicji Francja, Austria i Rosja wypracowały wspólny plan działań, król pruski Fryderyk II (znany również jako Fryderyk Wielki albo Stary Fryc) uderzył pierwszy, zajmując w 1756 roku Saksonię i powiększając swoją armię o 20 tysięcy saskich żołnierzy. Następnie w maju 1757 roku przyszło oblężenie Pragi, po czym do wojny przystąpiły Rosja i Francja.
Prusy: nie liczbą, lecz umiejętnościami
Porównując główne siły bloków militarnych Anglia–Prusy–Hanower oraz Francja–Austria–Rosja, zwraca uwagę miażdżąca przewaga tego drugiego pod względem liczby żołnierzy pod bronią: 723 tysiące wobec 340 tysięcy. W rzeczywistości sytuacja liczebna strony pruskiej była jeszcze bardziej przygnębiająca — Wielka Brytania nie zamierzała wykorzystywać swojej niewielkiej armii w bitwach na terenie Europy. Potyczki w koloniach były znacznie mniej krwawe, a za to pozwalały rządowi angielskiemu realizować najważniejsze dla kraju zadania związane z kontrolą nad posiadłościami kolonialnymi. W Europie zaś Anglia walczyła wyłącznie pieniędzmi. W ten sposób stosunek sił armii w Europie wynosił mniej więcej 1:3 na niekorzyść Prus. Fryderyk II nie widział w tym jednak przeszkody w osiągnięciu swoich celów, polegając na wyszkoleniu bojowym armii pruskiej i jej dużej mobilności, która pozwalała uzyskać co najmniej równowagę sił w określonym miejscu w najważniejszych momentach. Ponieważ jednak Prusy Wschodnie takim miejscem nie były (przynajmniej na początku kampanii), przewidywano tam inną taktykę. Wrócimy do niej nieco później, a tymczasem przyjrzyjmy się, czym Prusacy mogli przeciwstawić się groźbie rosyjskiej ofensywy.

Johann von Lehwaldt
(1685–1768)
Feldmarszałek (od 1751 roku). Urodził się w Legitten (obecnie osiedle Turgieniewo w rejonie polesskim). Spędził 63 lata w pruskiej służbie wojskowej. Dowodził wojskami pruskimi w bitwie pod Gross-Jägersdorf (1757). W 1760 roku skutecznie odparł oblężenie Berlina. Od 1762 roku generalny gubernator Prus Wschodnich. Pochowany w Królewcu na cmentarzu przy kościele w Juditten.
Pod dowództwem pruskiego feldmarszałka Johanna von Lehwaldta znajdowały się następujące siły: piechota — 20 250 żołnierzy, jazda — 7 600 kawalerzystów, pruska milicja — 2 200 ludzi. Wydawałoby się, że niewiele. Zanim jednak wyciągnie się wnioski o bezwzględnej przewadze armii rosyjskiej w sile żywej i artylerii, należy przypomnieć, że 5 listopada 1757 roku w bitwie pod Rossbach 22-tysięczna armia Fryderyka doszczętnie rozbiła 43-tysięczną armię francuską. Aby zaś właściwie ocenić szanse na sukces niewielkiej, ale zdyscyplinowanej armii Lehwaldta, trzeba zrozumieć, w jaki sposób odnoszono zwycięstwa w bitwach w połowie XVIII wieku.
W każdej ówczesnej armii europejskiej głównym rodzajem wojsk była piechota. Piechurzy uzbrojeni byli w gładkolufowe karabiny skałkowe. Zasięg ich względnie celnego ognia nie przekraczał 200 metrów.
Aby zapewnić wymaganą gęstość ognia, bataliony piechoty ustawiano w linii. A żeby osiągnąć zadowalającą szybkostrzelność, większość armii Europy ustawiała piechotę w trzech szeregach. Gdy jeden szereg oddawał salwę, pozostałe przeładowywały broń. W tym celu żołnierz wyjmował z ładownicy papierowy nabój, odgryzał zębami jego koniec, otwierał pokrywkę panewki, wysypywał na nią trochę prochu, zamykał pokrywkę, resztę prochu z naboju wsypywał do lufy, po czym wbijano tam stemplem ołowianą kulę z papierową przybitką. Teraz żołnierz był gotów do strzału. Bataliony Fryderyka II osiągały łączną bojową szybkostrzelność do 5–5,5 salwy na minutę. Na ćwiczeniach Fryderyk wymagał zaś, by „każdy żołnierz wystrzeliwał sześć kul na minutę, mając siódmą w lufie”.
Wyobraźmy sobie teraz obraz ówczesnej bitwy w ruchu. Ustawione w trzech szeregach oddziały piechoty zaczynają się do siebie zbliżać. Tempo marszu to powolny krok defiladowy — tylko w ten sposób można było spełnić wymóg ścisłego utrzymania linii. Gdy odległość od przeciwnika zmniejsza się do mniej więcej 140–150 metrów, oficer wydaje rozkaz oddania salwy. Strzały setek żołnierzy zlewają się w jeden. U przeciwnika padają zabici i ranni, lecz wyćwiczona piechota natychmiast zwiera szeregi, nie łamiąc szyku, i oddaje salwę w odpowiedzi.
Gdy odległość zmniejsza się do mniej więcej 50, a czasem nawet 30 metrów, jedna ze stron jako pierwsza wydaje komendę „Bagnet na broń!”, żołnierze osadzają bagnety na karabinach i, nie przechodząc w bieg, najeżeni bagnetami, przyspieszają kroku, aż starają się z przeciwnikiem w ataku na bagnety.
I właśnie tu armia pruska miała aż trzy atuty, dostrzeżone przez współczesnych jej obserwatorów wojskowych:
- Pruska piechota zdążała oddać 4–5, a niekiedy nawet 6 salw od chwili zbliżenia się na odległość strzału do przejścia do ataku na bagnety.
- Pruska piechota, niczym dobrze naoliwiony mechanizm, zwierała szyki, gdy kule lub pociski armatnie przeciwnika wyrywały z szeregu cały jego fragment, dlatego salwa odwetowa następowała bez zwłoki i bez utraty gęstości ognia.
- Pruscy dowódcy wykazywali godne pozazdroszczenia opanowanie, a piechota nie przechodziła do ataku na bagnety przedwcześnie, dzięki czemu często zdążała oddać jeszcze jedną, „dodatkową” salwę do przeciwnika, który już nacierał z nastawionymi bagnetami.
Co prawda później, w walce na bagnety, zwyciężał ten, w czyich szeregach pozostało więcej zdolnych do walki żołnierzy. I właśnie dlatego te jedna czy dwie dodatkowe salwy, które pruska piechota zazwyczaj zdążała oddać, okazywały się niekiedy rozstrzygające.
W wydarzeniach lata 1757 roku na terytorium Prus Wschodnich ich obrońcy mieli jeszcze jeden atut — postać samego dowódcy, generała feldmarszałka Johanna von Lehwaldta. W historiografii rosyjskiej Lehwaldtowi poświęcono niewiele uwagi. Tymczasem to właśnie w swoim feldmarszałku król Fryderyk upatrywał nadziei na pomyślny przebieg kampanii przeciwko armii rosyjskiej. Lehwaldt był umiarkowanie ostrożny, dysponował niezwykle bogatym doświadczeniem (zwłaszcza w porównaniu z doświadczeniem rosyjskich dowódców), uchodził za mistrza manewru, improwizatora i specjalistę od wyszukiwania słabych punktów przeciwnika. A jeśli wziąć pod uwagę, że feldmarszałek pochodził z Prus Wschodnich i dlatego dobrze znał teren, to trudno było Fryderykowi znaleźć lepszą postać do realizacji swoich planów.
A skoro mowa o samym Fryderyku Wielkim: często pada pytanie, co takiego wielkiego w sztuce wojennej dokonał ten król, który otrzymał przydomek „Wielki”?

Fryderyk II
(1712–1726)
Król Prus z dynastii Hohenzollernów, nazywany także „Fryderykiem Wielkim” i „Starym Fritzem”, bohater narodowy Niemiec. Przedstawiciel absolutyzmu oświeconego, przeprowadził szereg reform, zniósł w kraju cenzurę i tortury. W czasie bitew osobiście prowadził armię do ataku. Mimo kilku porażek militarnych odniósł zwycięstwo polityczne, znacznie poszerzając granice Prus i czyniąc z nich jedno z czołowych mocarstw europejskich.
Jeśli chodzi o rozwiązania taktyczne — z pozoru niewiele, zaledwie jedno: tak zwany „atak skośny”. Jego istota polegała na tym, że linia batalionów nacierała nie równym szeregiem, lecz rzutami. Przy tym skrzydło najbardziej wysunięte w stronę frontu przeciwnika składało się z najbardziej wartościowych bojowo oddziałów i było dodatkowo wzmocnione jeszcze dwiema liniami piechoty. W ten sposób na tym skrzydle powstawała lokalna przewaga liczebna, dzięki której armia pruska łamała skrzydło przeciwnika, a pozostałe jego oddziały znajdowały się w rezultacie pod nieustanną groźbą okrążenia. Najczęściej groźba ta od razu dezorganizowała uporządkowany ogień karabinowy wroga, w jego szeregach zaczynały się zamieszanie i przegrupowania, które ostatecznie przeradzały się w ucieczkę piechoty, a następnie w odwrót całej armii przeciwnika z pola bitwy. „Atak skośny” przez pół wieku uchodził za szczytowe osiągnięcie taktyki polowej i przeszedł do historii dopiero po bitwie pod Auerstedt w 1806 roku. „Armią liczącą 30 000 ludzi — pisał Fryderyk — można pokonać 100 000, jeśli uderzy się na nich z flanki”.
Pozostałe osiągnięcia Fryderyka z zewnątrz wcale nie wyglądały na wielkie. „Zaledwie” zdołał on ograniczyć do minimum straty niebojowe w czasie pochodów, uczynił obowiązkiem opiekę nad rannymi i ich ewakuację z pola bitwy oraz raz na zawsze położył kres wszelkim przejawom grabieży i wybryków wobec ludności cywilnej: żołnierz, który zabrał chłopu bochenek chleba, czy oddział furażerów, który nie zapłacił gminie chłopskiej ani nie zostawił jej skryptu dłużnego, stawali przed sądem wojennym, po którym mogło nastąpić rozstrzelanie.
Oddając sprawiedliwość „najlepszej armii Europy”, jak niekiedy nazywali współcześni armię Fryderyka Wielkiego, należy wskazać również jej słabe strony. Rzecz w tym, że w małych (w porównaniu z przeciwnikami) Prusach, które w dodatku nie zdążyły w pełni odbudować liczby ludności po epidemii dżumy z lat 1709–1711, zebranie 150–200-tysięcznej armii w oparciu o pobór rekruta było niezwykle trudne. Pruscy werbownicy wojskowi, uzupełniając pułki piechoty, przy aprobacie Fryderyka uciekali się do wszelkich, nawet przestępczych metod. Do wojska brano podstępem, za długi, poprzez zwykłe porywanie ludzi, w tym cudzoziemców.
Wziętych do niewoli żołnierzy wroga niekiedy w pełnym składzie wcielano do armii pruskiej. Od rekruta za wszelką cenę uzyskiwano podpis pod przysięgą, po czym golono mu głowę w szczególny sposób — tak, by łatwiej było łapać dezerterów.
Od tej chwili rekrut mógł opuścić służbę jedynie jako poległy w boju, z powodu problemów ze zdrowiem albo rozstrzelany za dezercję. Wobec takiego stanu rzeczy morale żołnierzy było bardzo niskie. Aby zapobiec masowej dezercji, zakazano marszów nocnych, na leśnych drogach piechocie towarzyszyła kawaleria, a w czasie bitwy na skrzydłach każdego pułku rozstawiano specjalne kompanie, których zadaniem było zwieranie szyku i udaremnianie wszelkich prób ucieczki z pola walki.
Kawaleria pruska w takiej postaci, w jakiej pojawiła się na „deskach” teatrów działań wojny siedmioletniej, była ulubionym rodzajem wojsk króla, przedmiotem jego dumy, jego dziełem, wychowywanym dosłownie od kołyski.
W odróżnieniu od piechoty kawalerię rekrutowano wyłącznie na zasadzie dobrowolności spośród wolnych obywateli państwa pruskiego.
Elitą kawalerii pruskiej byli kirasjerzy — ciężka jazda liniowa. Swoją nazwę zawdzięczała ona kirysowi — stalowemu napierśnikowi, który chronił kirasjera przed bronią białą, a nawet przed strzałem z karabinu lub kartaczem, jeśli oddano go z dużej odległości lub pod kątem. Fryderyk osobiście pisał instrukcje i regulaminy dotyczące uzbrojenia, szyku i taktyki działania jazdy liniowej. Do szwadronów kirasjerów dobierano potężne konie rasy hanowerskiej. Ćwiczenia konne kawalerii pruskiej odbywały się codziennie. Tylko w ten sposób, zdaniem króla, można było osiągnąć wysoki poziom wyszkolenia i zgrania.

Pruską jazdę liniową wyszkolono do szarży galopem w tak zwartym szyku, że jeźdźcy dotykali się nawzajem kolanami. Tak zwartej, rozpędzonej masy nie mogły powstrzymać ani salwy piechoty, ani grad kartaczy. Nawet ranni jeździec i koń siłą rozpędu wdzierali się wraz z całą lawiną w szyki przeciwnika, łamali je i tratowali piechotę, po czym nieprzyjaciel zamieniał się w chaotyczną ludzką masę, umykającą przed pałaszami kirasjerów. Zgodnie z regulaminem Fryderyka pruska ciężka kawaleria działała w ataku wyłącznie bronią białą i impetem — strzelanie z konia pruski król uważał za rzecz bezużyteczną, a współcześni twierdzą, że miał on całkowitą rację.
Lekką kawalerię — huzarów — również rekrutowano do armii pruskiej na zasadzie dobrowolności. Główne zadania huzarów polegały na szybkich uderzeniach na skrzydła i tyły przeciwnika, pościgu za cofającym się wrogiem, ubezpieczeniu bojowym kolumn w marszu (m.in. także w celu łapania dezerterów), rozpoznaniu oraz wzmacnianiu oddziałów furażerów.
Pruscy huzarzy byli jedynymi w Europie, którzy podlegali ogólnej dyscyplinie wojskowej.
W pozostałych armiach w mniejszym lub większym stopniu panowała „huzarska swawola”, przysparzająca często wielu problemów dowództwu i innym oddziałom. Ale, podobnie jak w innych armiach, konie huzarów były niewysokie, a ich ujeżdżenie, tak jak szkolenie jeździeckie samych huzarów, prowadzono w minimalnym zakresie — uważano, że huzarzy powinni podnosić swoje umiejętności i wyszkolenie samodzielnie.
Jeśli chodzi o dragonów, Fryderyk nie uważał za konieczne utrzymywania ich w dużej liczbie. Jego zdaniem wszystkie zadania kawalerii mogły być wykonane przez jazdę ciężką i lekką. Pruscy dragoni, podobnie jak dragoni innych armii, walczyli zarówno konno, jak i pieszo, uzbrojeni byli w lekkie, krótkolufowe karabinki o niewielkiej celności, skuteczne na odległość nie większą niż 150 metrów. Strzelanie z siodła było im surowo zakazane, zresztą tak jak i pozostałej kawalerii, z wyjątkiem huzarów, uzbrojonych w pistolety do walki wręcz.
Fryderyk II i generalicja pruska mieli niezwykle wysokie mniemanie o możliwościach armii pruskiej. I odwrotnie: wyszkolenie armii przeciwników pruski król uważał za niedające się w żaden sposób porównać z wartością bojową własnych wojsk.
Armia rosyjska — czarny koń
Trzeba przyznać, że po części Fryderyk miał rację. Z tym tylko zastrzeżeniem, że przeprowadzona przez cesarzową Elżbietę gruntowna reorganizacja armii rosyjskiej już na początku wojny siedmioletniej zaczęła przynosić owoce. W okresie przewrotów pałacowych i intryg lat 1727–1741 nowa armia rosyjska, stworzona jeszcze przez Piotra, podupadła. O ile gwardię utrzymywano materialnie na mniej więcej przyzwoitym poziomie, o tyle zaopatrzenie jednostek liniowych przedstawiało się fatalnie. Szczególnie ciężka sytuacja panowała w kawalerii. Według austriackiego oficera, kapitana Paradisa, który przebywał w Rosji w latach 30. (XVIII w.), „kawalerii armia rosyjska ma wielki niedostatek… Są wprawdzie dragoni, ale konie mają tak lichy, że dragonów za kawalerzystów uważać nie sposób… Dragoni, zsiadając z siodła, konie na ziemię przewracali”.
Reorganizacja armii nieco poprawiła sytuację.
Do trzech istniejących pułków kirasjerów utworzono trzy kolejne. Ale i taka liczba ciężkiej jazdy była niewystarczająca. Zwiększanie liczby pułków kirasjerskich hamowały jednak wysokie koszty zakupu rosłych koni i ich utrzymania. Dlatego trzonem rosyjskiej jazdy regularnej stała się kawaleria średnia – dragoni. W warunkach niedostatecznego finansowania rosyjskie dowództwo dostrzegało w pułkach dragońskich pewną zaletę, ponieważ ten rodzaj kawalerii przeznaczony był do służby zarówno w szyku konnym, jak i pieszym. Uniwersalność obniżała co prawda wartość dragonów jako piechoty, gdyż uzbrajano ich w lżejsze karabiny o krótszej lufie. Również użycie dragonów w szarżach konnych dawało mniejszy efekt niż atak klasycznej jazdy liniowej. Za to jako wysoce mobilne oddziały bojowe, zdolne wykonać niemal każde zadanie drugorzędnej wagi, dragoni sprawdzali się całkiem dobrze.
W rosyjskiej jeździe praktycznie nie istniała regularna lekka kawaleria. Jeszcze za Piotra próbowano tworzyć oddziały huzarskie z najemnych Węgrów, Wołochów i Polaków. Z czasem jednak, nie znajdując środków na ich utrzymanie, zaproponowano świeżo upieczonym huzarom nadziały ziemi w Małorosji w zamian za gotowość stawienia się pod broń w razie wojny, czyli uczyniono z huzarów coś na kształt Kozaków. W rezultacie u progu wojny siedmioletniej pułki huzarskie były zupełnie niezdolne do walki, toteż jako ich uzupełnienie i zarazem podstawę lekkiej kawalerii armia rosyjska wykorzystywała jazdę nieregularną – Kozaków dońskich i czuhujewskich oraz tzw. „oddział czterech ludów”, złożony z Kałmuków, Baszkirów, Tatarów kazańskich i Mieszczeriaków.
Oddziały te miały przeróżne uzbrojenie – od karabinów piechoty po łuki i oszczepy – co stało się przyczyną licznych anegdotycznych sytuacji i bólem głowy dla oficerów i dowództwa armii rosyjskiej.

Piotr Szuwałow
(1711–1762)
Hrabia, generał-feldcajgmistrz (od 1756), generał-feldmarszałek (od 1762), szef rządu za panowania Elżbiety I, reformator wojskowy. Jako zwierzchnik resortu artylerii przeprowadził gruntowną reorganizację i modernizację artylerii rosyjskiej, dzięki którym była ona najlepsza w Europie aż do końca wojen napoleońskich.
Niewątpliwą zaś dumą armii rosyjskiej połowy XVIII wieku była artyleria. Reformy uzbrojenia artyleryjskiego, podjęte przez generała-feldcajgmistrza hrabiego Piotra Szuwałowa, przyczyniły się do wzrostu znaczenia tego rodzaju wojsk w toku kampanii wojennych. Artyleria rosyjska, nie tracąc siły ognia, stała się stosunkowo lekka i mobilna, czym nie mogła się pochwalić artyleria przeciwnika. W wyniku reformy osiągnięto rozsądną unifikację kalibrów i ładunków, co znacznie ułatwiło zaopatrywanie pododdziałów artylerii w amunicję. Za najważniejszą innowację Szuwałowa uważa się jednak wprowadzenie na uzbrojenie haubic zwanych jednorożcami.
Aby docenić znaczenie tego kroku, trzeba odbyć krótką wycieczkę w dzieje artylerii XVIII wieku.
Wszystkie ówczesne działa dzieliły się na armaty, haubice i moździerze. Najdłuższe lufy miały armaty. Przy równych kalibrach dysponowały one najsilniejszym ładunkiem spośród wszystkich rodzajów dział i najwyższą prędkością początkową kuli. Duży ładunek wymagał mocnej lufy i solidnej lawety. Dlatego armaty były zarazem najcięższymi działami w armii. Armata strzelała ogniem na wprost żeliwnymi kulami. Dzięki rykoszetom kula kilkakrotnie odbijała się od ziemi, co rekompensowało niedokładność ówczesnych celowników.
Kula armatnia skutecznie razi przeciwnika na odległość kilometra i więcej, w szyku kilkuliniowym mogła zabić trzech–czterech żołnierzy, a na dodatek niszczyła umocnienia.
Wadą armat była jednak nie tylko ich duża masa, lecz także to, że mogły strzelać wyłącznie kulami – granat czy bomba rozpadały się pod wpływem potężnego ładunku już w przewodzie lufy. Ponadto skuteczny ogień rykoszetowy kulami był niemożliwy na terenie podmokłym lub silnie pofałdowanym.
Haubica miała krótszą lufę. Strzelała po umiarkowanie stromym torze pustymi w środku bombami (pociski o masie ponad jednego puda) i granatami (o masie poniżej jednego puda), w które wkładano ładunek prochu. Granat wybuchał w powietrzu nad przeciwnikiem lub po upadku w miejscu jego rozmieszczenia, rażąc siłę żywą odłamkami skorupy. Tak jednak wyglądało to w teorii, w praktyce zaś ładunek prochowy bomby nie miał aż tak dużej siły, skorupa nie dawała wymaganej liczby odłamków, granat często pękał przy uderzeniu w twardą przeszkodę, a niekiedy ładunek w ogóle się nie zapalał. Dlatego skuteczność bomb i granatów w porównaniu z rykoszetującymi kulami nie była tak wyraźna. W walce z bliska haubice przechodziły na ogień na wprost i raziły nacierającego przeciwnika kartaczami. Zasięg rażenia ładunkiem kartaczowym był porównywalny z zasięgiem strzału karabinowego, przy czym dopóki prędkość kartaczy była wysoka, nie zapewniało to ich szerokiego rozrzutu, a gdy rozrzut osiągał pożądaną powierzchnię, kartacze były już na wyczerpaniu i często nie przebijały grubego sukna munduru, nie mówiąc już o kirysie ciężkiej jazdy.
Wynaleziony przez oficerów artylerii Daniłowa i Martynowa „jednorożec” był haubicą o wydłużonej lufie na lekkiej lawecie polowej.
W odróżnieniu od zwykłej haubicy czy moździerza mógł on strzelać kulami (choć nie tak daleko jak armata), a kartacze wylatywały z jego lufy z większą prędkością początkową. Stożkowa komora (część lufy, w której umieszczano ładunek prochu) „jednorożca” sprzyjała całkowitemu wylatywaniu z lufy resztek spalonego prochu i skracała czas jej czyszczenia wyciorem. W ten sposób armia rosyjska otrzymała mobilną, uniwersalną i szybkostrzelną broń, optymalnie łączącą w sobie potrzebne cechy.


W wyprawie do Prus wzięły udział także szeroko znane „sekretne haubice”. Ich „sekret” polegał na owalnym przewodzie lufy, którego dłuższa oś była równoległa do ziemi. Zgodnie z zamysłem twórców takie haubice miały wyrzucać kartacze nie równym stożkiem, lecz swoistym wachlarzem, co miało zapewnić ich szerszy rozrzut i większą skuteczność rażenia, zakładano bowiem, że większość kul tworzących ładunek dosięgnie celu akurat na wysokości wzrostu nieprzyjacielskich żołnierzy. Niestety, ani Szuwałow, ani ówcześni rusznikarze nie znali praw fizyki rządzących lotem kartaczy, zgodnie z którymi kształt przewodu lufy nie wpływa na rozkład kartaczy w przestrzeni, dlatego pochlebne opinie wojskowych o użyciu tych haubic w boju można przypisać wyłącznie służalczości wobec przełożonych, tak charakterystycznej dla armii rosyjskiej (i to nie tylko w tamtych czasach!). Nawiasem mówiąc, po śmierci Szuwałowa „sekretne haubice” wkrótce wycofano z uzbrojenia.
Co zaś się tyczy rosyjskiej piechoty, to jej słabością było zdecydowanie uzbrojenie.
Zagraniczni dyplomaci, będący przy okazji szpiegami, donosili z Rosji, że pułki piechoty uzbrojone są zarówno w karabiny nowego, lżejszego wzoru z 1753 roku, jak i w stare, pozostające na wyposażeniu jeszcze od czasów piotrowych. Broń strzelecka w armii rosyjskiej służyła z reguły aż do całkowitego zużycia. Lufy wielokrotnie rozwiercano. Prowadziło to do tego, że każdy pododdział piechoty miał broń o różnych kalibrach, zasięgu i szybkostrzelności, co nie sprzyjało zgraniu ognia w warunkach taktyki linearnej. Te same źródła donoszą jednak o wysokim morale rosyjskich żołnierzy i niskim poziomie dezercji.
Plany Lehwaldta
Powiedzieć, że feldmarszałek był doświadczony i biegły w rzemiośle wojennym, to nic nie powiedzieć. W chwili rosyjskiej inwazji Lehwaldt miał 72 lata, z czego 58 spędził w służbie wojskowej; brał udział zarówno w bitwach zaczepnych, jak i obronnych. Jego zadaniem było nie dopuścić do swobodnego marszu armii rosyjskiej, uwikłać ją w mnóstwo drobnych potyczek, utrudniać gromadzenie prowiantu i furażu, a przy pomyślnym zbiegu okoliczności poszarpać ją w kilku bitwach. Jednocześnie należało chronić własną armię przed poważnymi stratami i czekać na posiłki od Fryderyka. Lehwaldt mógł podejmować rokowania pokojowe, zawierać czasowe rozejmy, a nawet oddać Królewiec, byle tylko spowolnić postępy Rosjan.
Za najlepsze rozwiązanie Fryderyk uważał jednak rozbicie armii rosyjskiej w bitwie, w której Lehwaldt miał przeciwstawić liczebności wojsk rosyjskich kunszt wojenny, czynnik zaskoczenia i dogodną pozycję w terenie.
Już w chwili, gdy armia rosyjska wyruszała w pochód wiosną 1757 roku, Lehwaldt przeprowadził inspekcję twierdzy Królewiec i doszedł do wniosku, że jej ziemne umocnienia są zniszczone i nie stanowią jakiejkolwiek pewnej ochrony przed nieprzyjacielem. Od samego początku Lehwaldt wykluczył uporczywą obronę Memla (Kłajpedy) i Królewca, ponieważ umocnienia tych twierdz były niedostatecznie silne, a sama obrona wewnątrz twierdzy nie pozwoliłaby wykonać postawionych przed nim zadań. Mimo to w twierdzach pozostawiono garnizony (3000 żołnierzy w Królewcu i 800 w Memlu) z artylerią forteczną. Umocnienia Królewca w rejonie Bramy Brandenburskiej poddano nawet remontowi, aby twierdza nie stała się łatwym łupem przednich oddziałów rosyjskiej kawalerii, lecz podczas szturmu związała główne siły przeciwnika.

Wilhelm Fermor
(1702–1771)
Hrabia, generał-anszef, uczestnik wielu wielkich bitew wojny siedmioletniej. Podczas pierwszej wyprawy do Prus kierował oblężeniem i zdobyciem Memla. Dowodząc armią rosyjską, w latach 1757–58 zajął Prusy Wschodnie i Królewiec. Pierwszy rosyjski generał-gubernator Prus. W 1759 roku przekazał dowództwo P.S. Sałtykowowi. Po wojnie generał-gubernator Smoleńska. Imieniem Fermora nazwano ulicę w Kaliningradzie.
W trakcie marszu rosyjskich kolumn ku granicom Prus i skierowania korpusu generała-anszefa Wilhelma Fermora pod Memel w celu oblężenia twierdzy plan działań Lehwaldta ostatecznie się skrystalizował. Nie przeciwdziałał on zdobyciu Memla, nie wysłał armii ani jej części do ataku na Fermora zmierzającego na połączenie z armią Apraksina, gdyż w takim przypadku jego oddziały mogłyby zostać zaatakowane jednocześnie z dwóch stron. Główne siły Lehwaldt rozmieścił pod Insterburgiem (Czerniachowsk), a po połączeniu się obu armii rosyjskich zaczął się wycofywać w kierunku ich marszu, kontrolując ten proces i wyczerpując Rosjan drobnymi, nękającymi walkami. Lehwaldt przygotował kilka dogodnych umocnionych pozycji, na których przy pomyślnym zbiegu okoliczności mógł wydać armii rosyjskiej walną bitwę. Tymczasem oddziały landmilicji zaczęły szarpać w drobnych potyczkach rosyjskie komendy furażerskie i pojedyncze pododdziały w marszu.
Plany Apraksina
Położenie Apraksina było znacznie trudniejsze niż jego przeciwnika. Nie miał on takiej carte blanche na pełną swobodę działania, jaką dysponował Lehwaldt. Czytając wspomnienia współczesnych i prace historyków różnych epok poświęcone wojnie siedmioletniej, mimowolnie dochodzi się do przypuszczenia, że głównym planem Apraksina było dokonanie na terytorium przeciwnika czegoś, co zjedna mu przychylność cesarzowej Elżbiety, uniknięcie klęski z rąk Prusaków i jak najszybszy powrót do Petersburga. Wszystkie te zapiski i analizy powstały jednak już po smutnym końcu losów dowódcy armii rosyjskiej i utrwalały ukształtowany stereotyp człowieka niezdecydowanego i bojaźliwego, pozbawionego wszelkiego talentu wodzowskiego, dlatego należy podchodzić do nich z pewną nieufnością.
Zacznijmy więc od tego, że Apraksin otrzymał początkowo rozkaz o bardzo ogólnym charakterze – posuwać się w kierunku granicy Prus. Jasnych wskazówek, w jakim kierunku (na Królewiec czy na Śląsk) ma się odbywać marsz armii, nie wydano.
Należało nacierać w ogólnym kierunku zachodnim i czekać na dalsze rozkazy lub działać stosownie do sytuacji.
Dla człowieka sumiennie wykonującego polecenia, pozbawionego najmniejszych śladów awanturniczości, jakim był nasz feldmarszałek, był to najzgubniejszy z rozkazów. Po przekroczeniu granicy i zdobyciu Memla wskazówki stały się jednak bardziej jasne i konkretne. Głównym celem armii rosyjskiej stał się Królewiec.
Od granicy do Norkitten
Wkroczenie armii Apraksina na ziemię pruską zaczęło się od niewielkiej, lecz dotkliwej kompromitacji – rosyjski oddział rozpoznawczy złożony z dragonów i Kozaków pod dowództwem majora francuskiego pochodzenia de la Rua zajął wieś Kummeln, położoną między dzisiejszymi miastami Niestierow i Gusiew. Nie zastawszy we wsi nieprzyjaciela, major wraz z oficerami oddał się pijaństwu. Atak pruskiej jazdy zaskoczył ich zupełnie. W rezultacie zginęło ponad czterdziestu ludzi, a oddział rosyjski rzucił się do panicznej ucieczki. Kolejnych 26 dragonów i Kozaków dostało się do niewoli. Armia pruska nie poniosła strat bezpowrotnych.

Andriej Bołotow
(1738–1833)
Pisarz, filozof, uczony, twórca rosyjskiej agronomii. W latach wojny siedmioletniej pełnił służbę wojskową, odszedł w stan spoczynku w stopniu kapitana. Po wojnie zajął się botaniką, leśnictwem i agronomią. Autor licznych poradników z tych dziedzin. Przez 30 lat pisał autobiograficzne wspomnienia „Życie i przygody Andrieja Bołotowa, opisane przez niego samego dla potomnych”, stanowiące niezwykle cenne źródło historyczne do wydarzeń XVIII–XIX wieku.
Wydarzenie to, według świadectwa uczestnika wyprawy, podporucznika Andrieja Bołotowa, poważnie podkopało morale rosyjskich żołnierzy. Oficerowie odnotowywali, że coraz częściej toczyły się rozmowy o niezwyciężoności armii pruskiej i o klęsce czekającej wojska rosyjskie. I choć sprawca tych smutnych wydarzeń, de la Rua, został zdegradowany do stopnia szeregowca, wszystkie dalsze wydarzenia rozgrywały się pod wrażeniem tego, co zaszło.
Jeszcze przed bitwą pod Gross-Jägersdorf armię Apraksina kilkakrotnie podrywano nocą alarmem; ustawiała się w szyku bojowym tylko po to, by o świcie przekonać się, że w pobliżu nie ma przeciwnika.
Przy tym wojskom rosyjskim nieustannie dokuczała landmilicja. Napadając na furażerów i oddziały ubezpieczenia, wywoływała stałą nerwowość w pododdziałach. Apraksin kazał milicjantów chwytać i rozstrzeliwać. Kozacy i Kałmucy postępowali jeszcze okrutniej – we wsiach, w których zauważono zbrojne formacje, urządzano pogromy i mordowano ludność cywilną, po czym takie wsie doszczętnie palono. Działania te natychmiast pociągnęły za sobą tłumy uciekinierów, którzy nie czekając już na smutny los, sami podpalali swoje domostwa i odchodzili do Królewca. Armia zaczęła odczuwać niedostatek, ponieważ wkraczała do wsi już spustoszonych. Skończyło się na tym, że według świadectwa Bołotowa Apraksin wydał rozkaz trzymania nieregularnej kawalerii w ariergardzie, co pozbawiło armię przedniego rozpoznania konnego...
Z pogromów skorzystał Fryderyk. Rozpoczęła się wojna informacyjna: Stary Fryc wydawał relacje, w których barwnie opisywano, jak „dzika horda barbarzyńców” rozprawia się z ludnością cywilną. Relacje rozchodziły się po całej Europie, były przedrukowywane w gazetach i odczytywane na dworach. Reputacja armii rosyjskiej została poważnie splamiona, co nie mogło nie wywołać skrajnego niezadowolenia Elżbiety, która ze wszystkich sił starała się uchodzić za oświeconą i łaskawą monarchinię. Tę wojnę propagandyści Fryderyka bez wątpienia wygrali, przynajmniej na tamtym etapie. Aby jednak uniknąć niepotrzebnych ofiar, Lehwaldt wstrzymał działania landmilicji i polecił jej członkom dołączyć do armii głównej.
Armia rosyjska, przeciążona taborami, posuwała się bardzo powoli. Dzienne przemarsze wynosiły 5–15 wiorst. Często po przemarszu armia zatrzymywała się obozem na 2–3 dni.
Apraksin prowadził wyprawę „gruntownie”, ze służbą, srebrną zastawą, nadmierną garderobą i innymi atrybutami pokojowego życia szlachcica. Po zajęciu Gumbinnen (Gusiew) przez trzy dni odbierano od miejscowej ludności przysięgę na wierność rosyjskiej cesarzowej. 9 sierpnia na trasie przemarszu między Gumbinnen a Insterburgiem doszło do potyczki oddziału pruskich huzarów z wysłanym na zwiad oddziałem rosyjskiej lekkiej kawalerii (300 huzarów i 800 Kozaków) wspieranym przez kirasjerów. Obie strony twierdziły, że ich własne straty wyniosły kilku ludzi, podczas gdy straty przeciwnika sięgały pół setki.
19 sierpnia pod Insterburgiem armia Apraksina połączyła się z korpusem Fermora. Armia rosyjska liczyła wówczas „do 134 000 ludzi, a mianowicie: 19 000 konnicy, 99 000 piechoty i 16 000 wojsk nieregularnych” (Bołotow). Tak ogromną przewagę liczebną zręczny wódz z pewnością przekułby w przewagę jakościową: narzuciłby przeciwnikowi walną bitwę, oskrzydliłby go częścią sił lub zaszedł od tyłu i zmusił do walki do ostatniego żołnierza albo do kapitulacji. Dla miernego wodza, jakim był Apraksin, było to jednak zadanie ponad siły. Z drugiej strony decyzja o przeprawie na lewy brzeg Pregoły, by nie przyjmować bitwy na pozycjach zawczasu przygotowanych przez Lehwaldta, była w gruncie rzeczy słuszna, choć dość prymitywna.
Od 27 do 29 sierpnia armia rosyjska przeprawiała się przez Pregołę. Oddziały docierające na lewy brzeg rozkładały się obozem, osłonięte od tyłu rzekami Pregołą i Auxinne (Gołubają). Od strony przeciwnika obóz osłaniał gęsty las. Podczas przeprawy armię rosyjską zaatakowała pruska straż przednia, prowadząc coś w rodzaju rozpoznania walką. Atak skutecznie odparł wysłany oddział „czteronarodowej komendy”. Do walnej bitwy pozostawały godziny. Wiedział o tym Lehwaldt, ale nie domyślał się tego Apraksin…
Niespodziewane zwycięstwo w nieoczekiwanej bitwie
Wszystkie opisy początku bitwy zaczynają się od stwierdzenia, że po przekroczeniu Pregoły w rejonie Norkitten naczelny wódz armii rosyjskiej nie raczył przeprowadzić rozpoznania terenu. Był to doprawdy dziwny i niewybaczalny błąd, tym bardziej że – co odnotowuje w swoich zapiskach Bołotow! – wcześniej Apraksin bywał w takich sprawach wręcz przesadnie ostrożny. Być może feldmarszałek uznał, że Lehwaldt nie wie o jego manewrze, a zatem nie należy się spodziewać rychłego pojawienia się armii pruskiej na lewym brzegu. Z drugiej strony trudno było nie przewidzieć, że miejscowa ludność – nie mówiąc już o wywiadzie – będzie z pewnością informować pruskie dowództwo o każdym kroku armii rosyjskiej. Należy zatem stwierdzić, że efekt zaskoczenia Lehwaldt osiągnął w przeważającej mierze dzięki niedopatrzeniu rosyjskiego dowództwa, a nie za sprawą jakichś oryginalnych pomysłów taktycznych.
Wszystko to sprawiło, że wczesny ranek 30 sierpnia 1757 roku i resztę dnia armia rosyjska spędziła zupełnie inaczej, niż planowało jej dowództwo. Zgodnie z planem czekał ją kolejny marsz w kierunku Allenburga (os. Drużba). Rosyjskie pułki i szwadrony w zwykłym szyku marszowym miały wyjść przez wąskie przejście między lasem a rzeką Auxinne.
Kolumny liniowe szły przemieszane z taborami i artylerią, gdy niespodziewanie natknęły się na pułki pruskie ustawione w szyku bojowym.
Trzeba tu zwrócić uwagę na dwie ważne kwestie. Po pierwsze, z opisanego przez Bołotowa zgrupowania liczącego 110 tys. żołnierzy pod dowództwem Apraksina pozostało 55 tysięcy zdolnych do walki. „Brak” połowy armii łatwo wytłumaczyć stratami wskutek chorób (ok. 11 000 ludzi), garnizonami pozostawionymi w Gumbinnen i Insterburgu, a także dużą liczbą żołnierzy przeznaczonych do zadań niebojowych (gospodarczych). Po drugie, początek bitwy był zaskoczeniem dla obu stron, choć w różnym stopniu: armia rosyjska w ogóle nie spodziewała się ataku, pruska zaś musiała uderzyć nie na obóz, lecz na kolumny w marszu.
Pomnik zwycięstwa pod Gross-Jägersdorf w okolicach osiedla Mieżdurieczje (Norkitten).
Nic dziwnego, że to Prusacy pierwsi przygotowali się do walki. W centrum frontu piechota ustawiła się w linie i zdążyła oddać aż trzy salwy, zanim wojska rosyjskie zdołały odpowiedzieć bezładnym ogniem z karabinów i dział. Właśnie tu, w centrum, rozegrały się najbardziej dramatyczne wydarzenia. Sytuację pogarszało to, że do walki bezpośrednio weszła jedynie niewielka część armii rosyjskiej, podczas gdy reszta – wskutek zagubienia dowództwa i skrajnie niekorzystnego położenia – pozostawała bezczynna. Sytuację uratował generał-en-chef Wasilij Łopuchin. To on ze swoją dywizją przyjął pierwsze i najważniejsze uderzenie, zdołał pod ogniem nieprzyjaciela sformować bataliony i ogniem odpowiedzieć piechocie Lehwaldta.
Ten czas wystarczył, by armia rosyjska zaczęła przegrupowanie, przygotowała się do odparcia ataku i nie została rzucona do ucieczki, która miałaby dla niej fatalne skutki.
Lehwaldt, oceniwszy sytuację, wyprowadził potężne uderzenie kawalerii – szwadronów Schorlemera – na nasze prawe skrzydło. Przełamanie pruskich kirasjerów groziło okrążeniem armii rosyjskiej i zniszczeniem jej tyłów. Uderzenie to udało się powstrzymać dopiero dzięki posiłkom, ponieważ pierwsze rzuty rosyjskiej konnicy zostały przez Prusaków rozbite.
Na lewym skrzydle do ataku ruszyli Kozacy, lecz zderzywszy się z kawalerią księcia holsztyńskiego, rzucili się do ucieczki pod osłonę rosyjskiej piechoty. Epizod ten bywa czasem przedstawiany jako wciąganie przeciwnika w zasadzkę przez Kozaków, jednak Bołotow jednoznacznie opisuje, że wycofujący się Kozacy po prostu uciekali, stawiając tym samym oddziały piechoty w wyjątkowo trudnym położeniu – rozstępując się i rozrywając czworobok, piechota stawała się bezbronna wobec naporu nieprzyjacielskiej kawalerii. Mimo to padł rozkaz, by przepuścić Kozaków za własne pozycje. Teraz katastrofa groziła już na lewym skrzydle. Sytuację uratowali jednak artylerzyści – nacierająca kawaleria pruska znalazła się dokładnie przed haubicami rosyjskiej baterii, a następująca po tym salwa kartaczami zadała jej druzgocące straty. Nastąpiło zamieszanie, które wykorzystały wojska lewego skrzydła – piechota ponownie uformowała czworobok, a kirasjerzy ruszyli do kontrataku. Pruska konnica wolała się wycofać.

Mapy bitwy pod Gross-Jägersdorf.

W tym czasie Apraksin całkowicie utracił kontrolę nad wojskami. Odtąd wynik bitwy zależał wyłącznie od dowódców dywizji i pułków. Dywizja generała Łopuchina w centrum frontu, nie wytrzymując miejscowej przewagi przeciwnika, ponosiła ciężkie straty i powoli cofała się do lasu. Sytuację uratował inny generał – Rumiancew. Wyłącznie z własnej inicjatywy przedarł się przez zablokowane tabory i leśne gęstwiny na odsiecz Łopuchinowi. Wyjście odwodu z lasu i następujący po nim zorganizowany atak na bagnety całkowicie zaskoczyły Prusaków.
Armia pruska zaczęła się cofać. W tym czasie do walki weszły jeszcze dwie rosyjskie dywizje piechoty i odwrót armii Lehwaldta zaczął przypominać ucieczkę. Artyleria rosyjska przeniosła ogień bombami na tylne oddziały Prusaków, zmuszając je do przyłączenia się do uciekających oddziałów czołowych. Bitwa została wygrana.
Ale czy na pewno wygrana? Niekiedy pojawia się opinia, że Lehwaldt osiągnął zamierzone cele – zadał armii Apraksina dotkliwy cios i wycofał się, zachowując własną armię do kolejnych bitew. Trudno jednak wyobrazić sobie, by Lehwaldt liczył na straty w ludziach zbliżone do strat armii rosyjskiej, a także na pozostawienie Rosjanom całej swojej artylerii. Owszem, z powodu niezdecydowania feldmarszałka Apraksina do rozgromienia armii pruskiej nie doszło, ponieważ nie zorganizowano pościgu za wycofującym się przeciwnikiem. Mimo to sytuacja na wschodniopruskim teatrze działań wojennych stała się dla armii rosyjskiej znacznie korzystniejsza niż przed bitwą.
Tajemnica zabrana do grobu
Dlaczego zatem armia rosyjska nie zdobyła Królewca, lecz dotarłszy do Allenburga, zawróciła? Jednoznacznej odpowiedzi na to pytanie nie ma. Historycy snują przypuszczenia, ale prawdziwą przyczynę znał tylko sam Stiepan Apraksin. Tłumaczył on swoją decyzję ubytkiem żołnierzy oraz brakiem żywności i paszy, lecz nie przekonało to w pełni ani współczesnych, ani historyków. Być może dodatkowe szczegóły wyszłyby na jaw podczas procesu dowódcy, ten jednak go nie dożył – wiek i strach przed karą zrobiły swoje. A wszelkie potępienia działań Apraksina przez jego towarzyszy z kampanii padły dopiero wtedy, gdy rozkaz odwrotu spotkał się z negatywną oceną cesarzowej.
Składając Elżbiecie raport tuż po bitwie pod Gross-Jägersdorf, Apraksin nie przypisywał sobie cudzych zasług, a jednak ani słowem nie wspomniał o generale Rumiancewie, który zapewnił przełom w bitwie. Oddał jedynie hołd pamięci poległego Łopuchina. Wszystkie późniejsze wydarzenia – od rezygnacji z pościgu za rozbitym Lehwaldtem po zawrócenie własnej armii – pokazują, że Apraksina przytłaczała zarówno odpowiedzialność za całą kampanię, jak i jego własna w niej rola. Najbardziej prawdopodobną przyczyną decyzji, która być może kosztowała później Apraksina życie, była zapewne obawa przed utratą armii w wyniku nowych bitew, głodu i epidemii.
Powrót armii Apraksina do domu wywołał najwyższe niezadowolenie Elżbiety i większej części dworu.
Jeszcze niedawno bohater „zwycięstwa nad Fryderykiem” (na dworze nikomu nie przeszkadzało, że sam Fryderyk przebywał setki wiorst od miejsca wydarzeń), uroczyście nagrodzony prawem umieszczenia w herbie rodowym wizerunku dwóch armat, został przez to samo otoczenie cesarzowej uznany za głównego winowajcę niechlubnego wyniku kampanii. Gdy armia stacjonowała na leżach zimowych, dowódcę wezwano do Petersburga, do którego jednak nie dotarł, gdyż aresztowano go w Narwie. W więzieniu przesłuchiwał go osobiście naczelnik Tajnej Kancelarii Aleksandr Szuwałow. Apraksin nie przyznał się jednak do winy i nikogo nie obciążył. Nic nie dało również przejrzenie skonfiskowanego archiwum feldmarszałka – nie znaleziono w nim śladów spisku, zdrady ani złych zamiarów. Sam Apraksin skierował do cesarzowej list, w którym napisał między innymi: „…i to mogę donieść, że w całej armii nie było ani jednego człowieka, który nie chciałby przelać ostatniej kropli swej krwi w obronie najwyższych interesów i dla wypełnienia woli Waszej Wysokości…”
W pośpiechu przesłuchano również bohatera zdobycia Kłajpedy (a później także Królewca), generała Wilhelma Fermora. On jednak również tylko potwierdził słowa swojego zwierzchnika, że „deszcze i wielkie błota” pozbawiły armię koni, które same ledwo trzymały się na nogach i nie były w stanie ciągnąć taborów ani nieść żołnierzy w siodle, dlatego postanowiono zawrócić na leża zimowe, zamiast rozlokować się w Prusach.
Śledztwo utknęło w martwym punkcie i nie wiadomo, jak by się to wszystko skończyło, lecz Stiepan Apraksin nie doczekał sądu i 17 sierpnia 1758 roku zmarł.

Elżbieta I
(1709–1762)
Cesarzowa Rosji (od 1741), córka Piotra I. Wstąpiła na tron w wyniku przewrotu pałacowego przy poparciu gwardii. Przedstawiała się jako kontynuatorka dzieła ojca. Wybitna przedstawicielka absolutyzmu oświeconego. Za panowania Elżbiety wstrzymano wykonywanie wyroków śmierci, otwarto pierwszy w Rosji uniwersytet i przyłączono Prusy Wschodnie. Cesarzowa położyła kres dominacji cudzoziemców we wszystkich dziedzinach rosyjskiej administracji państwowej, obsadzając kluczowe stanowiska przedstawicielami rosyjskich rodów szlacheckich.
Według ludowej legendy Elżbieta, zapoznawszy się ze wszystkimi materiałami śledztwa, rzekła: „Cóż, pozostaje ostatni środek – uniewinnić”. Jej słowa odczytano oskarżonemu dosłownie, lecz gdy tylko padło „pozostaje ostatni środek”, wycieńczonego feldmarszałka tknął udar, po którym już nie doszedł do siebie.
Katarzyna II w swoich pamiętnikach podsunęła historykom własną wersję przyczyn decyzji Stiepana Apraksina o wycofaniu armii z Prus Wschodnich. Pisała, że odwrót „…przypominał ucieczkę, ponieważ porzucał on i palił swoje tabory i zagważdżał działa. Nikt nic nie rozumiał z tych poczynań; nawet jego przyjaciele nie wiedzieli, jak go usprawiedliwić, i dlatego zaczęto doszukiwać się ukrytych zamiarów. Choć i ja sama nie wiem dokładnie, czemu przypisać pospieszny i niezrozumiały odwrót feldmarszałka, gdyż nigdy więcej go nie widziałam, sądzę jednak, że przyczyną było to, iż otrzymał od swojej córki, księżnej Kurakiny, która wciąż – z polityki, a nie ze skłonności – pozostawała w związku z Piotrem Szuwałowem, od swego zięcia księcia Kurakina… dość dokładne wiadomości o zdrowiu cesarzowej, które stawało się coraz gorsze…”
Słowa Katarzyny rozwinięto następnie w wersję, według której armię z wyprawy zawrócił kanclerz Bestużew, zamierzający osadzić na tronie wnuka Elżbiety, Pawła Piotrowicza, z pominięciem jego ojca – przyszłego cesarza Piotra III. Wersja ta żyje do dziś, choć nie uwzględnia faktu, że zarówno przed rokiem 1757, jak i później do takich celów zawsze wykorzystywano gwardię, stacjonującą w Petersburgu i jego okolicach.
Patrząc z perspektywy minionych czasów, można powiedzieć, że nic strasznego się nie wydarzyło. Armia rosyjska przeprowadziła przewlekłą operację ekspedycyjną, nieco zrujnowała gospodarkę Prus Wschodnich i wystawiła na próbę ich armię.
Jednakże sama próba wpłynięcia na przebieg globalnej wojny nie przyniosła powodzenia – wyprawa do Prus w żaden sposób nie odbiła się na jej przebiegu ani w Europie, ani tym bardziej w Nowym Świecie i Azji. Fryderyk II walczył wówczas wyłącznie z Austrią i Francją, a wydarzenia lata 1757 roku w niczym nie pokrzyżowały jego planów. Główna zaś sprawczyni wojny – Anglia – najwyraźniej w ogóle nie miała pojęcia, co też dzieje się w dalekich Prusach Wschodnich, i systematycznie przygotowywała się do decydujących zwycięstw na amerykańskim teatrze działań wojennych. Paradoksalnie Rosja całkowicie przegrała kampanię, nie ponosząc przy tym militarnej porażki.
Nie można jednak powiedzieć, że pierwsza wyprawa do Prus poszła na marne. Armia rosyjska uwierzyła, że jest w stanie pokonać każdą armię w Europie. Prusacy dostrzegli w rosyjskim żołnierzu godnego przeciwnika, któremu można stawić czoła jedynie równymi lub przeważającymi siłami, i dlatego podczas następnej wyprawy na Królewiec armia rosyjska nie napotkała już poważnego oporu. A wydarzenia lata 1757 roku stały się jedną z najciekawszych kart historii naszego regionu.
Przetłumaczono z języka rosyjskiego przy pomocy AI (Claude, Anthropic), październik 2026 r.

