Wielki Elektor Fryderyk Wilhelm*, królowie Fryderyk I i Fryderyk Wilhelm I
Stan posiadłości Wielkiego Elektora po wojnie trzydziestoletniej. Koloniści holenderscy i niemieccy
Nigdy żadna wojna nie zrujnowała tak żadnego kraju, jak wojna trzydziestoletnia Niemiec. Znany historyk i powieściopisarz Freytag ani trochę nie przesadza w ponurości rzeczywistego położenia, gdy pisze: „Rozległa, od dawna kulturalna kraina, gdzie wielkie miasta liczono na setki, a wioski na tysiące, gdzie łąki przeplatały się z uprawnymi polami, została zrujnowana do tego stopnia, że wszędzie spotykało się w niej teraz pustkowia; przyroda, na nowo zdziczała po długim ujarzmieniu przez człowieka, zaczęła rodzić dawnych wrogów rodu ludzkiego – zarośla i dzikie zwierzęta. Tylko ludzie, którzy przekroczyli połowę życia, pamiętali, czym była wieś przed wojną, ile par tańczyło wówczas pod lipami i ile bydła chodziło w stadzie pasącym się na łąkach...” Z tych narodowych klęsk niemała część przypadła także ziemiom elektora brandenburskiego. Sama tylko Marchia straciła 140 000 dusz z 300 000. Głód, zaraza i armie wspólnymi siłami zamieniły całe okręgi w zupełne pustkowia. W 1639 roku goniec wysłany z Drezna do Berlina skarżył się, że pewnego razu przez cały dzień drogi nie spotkał ani jednego domu, gdzie można by dostać coś do jedzenia. „Spraw nie ma – pisze w 1640 roku berlińska Rada. – Nie ma z czego żyć. Bywa, że na przestrzeni całych czterech mil drogi nie spotka się ani człowieka, ani bydlęcia, ani psa, ani kota. Ani pasterzom, ani nauczycielom szkolnym już się nie płaci. Wielu się potopiło, powiesiło albo zarżnęło. Inni z żonami i dziećmi giną w nędzy!” Bywało, że włóczędzy, zabłąkawszy się do wioski, którą nawiedziły wszystkie nieszczęścia naraz, cofali się od progów domów, gdzie wrony, psy i wilki biły się o trupy ludzi i zwierząt. Ale nie wyczerpuje to jeszcze wszystkich okropności. W doniesieniu Rady Prenzlau z 9 lutego 1639 roku czytamy:
„Ponieważ wojna od wielu już lat nie pozwala rolnikowi pracować, życie podrożało do tego stopnia, że teraz wszędzie słychać jęki, krzyki i wycie głodujących. Ludzie żywią się najbardziej niestosownymi rzeczami: jedzą psy, koty, a nawet na ulicach, w biały dzień, ogryzają kości umarłych. Czy mówić wszystko do końca? Głód szaleje z takim okrucieństwem, że we wsiach, a nawet w samym mieście ludzie rzucają się jeden na drugiego; silniejsi zabijają słabszych, pieką ich i zjadają”.
Ci, którzy znali lepsze dni, patrząc, jak zło wciąż rośnie i rośnie, nie wierzyli już, by dni te mogły powrócić; a młodzież, która ich nie znała, nie wierzyła nawet, że kiedykolwiek bywały. Praca porzucona! Czy warto siać, gdy nie wiadomo, czy przyjdzie zbierać? Nikt do niczego nie przykładał ręki i aby chłopi nie zaniedbali do reszty nawet ziemi przy zagrodach, elektor musiał wydać rozporządzenie, by nie udzielać ślubu nikomu, kto nie posadził w swoim ogrodzie co najmniej sześciu drzew owocowych.
W takim opłakanym stanie zastał Marchię Brandenburską w 1640 roku Fryderyk Wilhelm, którego współcześni powinni byli słusznie nazywać Wielkim Elektorem. W innych jego prowincjach sprawy też nie miały się lepiej: pod pretekstem obrony Holendrzy zupełnie wyczerpali księstwo Kleve, Szwedzi i Polacy spustoszyli Prusy Książęce; najbliższe obszary Pomorza, terytoria Magdeburga, Halberstadtu, Minden – te nabytki Wielkiego Elektora – również jęczały nie mniej niż stare prowincje. Wszędzie opustoszałe miasta, zrujnowane wsie i porzucone pola głośno wzywały do siebie ludzi.
Nie tracąc czasu, Wielki Elektor zaczął ich szukać. Przede wszystkim postarał się sprowadzić z powrotem tych swoich poddanych, którzy uciekli przed okropnościami wojny, przypominając im, że po pokoju westfalskim nie ma się już czego bać. Szeroko otworzył drogę do siebie wszystkim bezdomnym, wygnańcom, błąkającym się żołnierzom, a nawet rabusiom, którzy chcieli znów stać się uczciwymi ludźmi, kupiwszy sobie za skradzione pieniądze majątek. Jego żelazna wola i dziedziczne w rodzie Hohenzollernów tradycje surowej dyscypliny dawały mu rękojmię, że cała ta różnorodna zbieranina ugnie się u niego pod jarzmem prawa. Wysoko ceniąc Holandię, gdzie spędził młodość i gdzie się ożenił, Fryderyk Wilhelm przyciągnął wielu kolonistów z tego kraju. Znaleźli się wśród nich inżynierowie, którzy pomogli mu stworzyć cały system kanałów według wzoru zapożyczonego z Holandii; dalej malarze, rzeźbiarze i architekci, którzy zaszczepili szacunek dla sztuki w kraju, który wcześniej nie miał o niej pojęcia. Główną zaś część tych kolonistów stanowili rolnicy, którzy osuszyli bagna i na swoich fermach – tak zwanych Holländereien – uczyli mieszkańców Brandenburgii hodowli bydła. Sama małżonka elektora, prawdziwa Holenderka z prostoty, skromności i pracowitości, prowadziła własną obórkę i wzorowy ogród warzywny, gdzie nie wzbraniała się pracować własnymi rękami. W tym ogrodzie wyhodowano pierwsze ziemniaki w Marchii, która jest dziś jednym z pierwszych na świecie konsumentów tego produktu.
Ale wśród osadników, których Fryderyk Wilhelm ściągnął do elektoratu, Holendrzy nie zajmowali jeszcze pierwszego miejsca – ani pod względem liczebności, ani znaczenia swoich usług. Szczęśliwym zrządzeniem losu władca ten, zaludniając swe spustoszone posiadłości, czyli służąc najżywotniejszym swoim interesom, zarazem zasłynął jako władca gościnny, opiekun prześladowanych i obrońca wolności sumienia. Brandenburgia od dawna była miejscem schronienia. Kraj ten nie dał reformacji ani jednego z tych płomiennych kaznodziejów, na wpół teologów, na wpół poetów, którzy rozpalili w duszach Niemców entuzjastyczne przywiązanie do nowej religii, ani jednego z tych męczenników, których krew użyźniła naukę Lutra. Ale ze wszystkich państw niemieckich właśnie jemu reformacja przyniosła najwięcej korzyści, ponieważ była tu obca nietolerancji. Podczas gdy gdzie indziej zrodzone przez nią sekty toczyły nieprzejednaną wrogość i bezlitośnie prześladowały się nawzajem, w Brandenburgii musiały one współżyć ze sobą, bo tak rozkazywali Hohenzollernowie. Hohenzollernowie długo się wahali, zanim przyjęli reformację. Joachim I pozostał żarliwym katolikiem aż do swej śmierci w 1539 roku, a Joachim II, przeszedłszy na luteranizm i na znak tego uroczyście przyjąwszy komunię pod dwiema postaciami, nie dał się jednak porwać aż do nienawiści wobec papizmu i nie ogłosił się szermierzem Lutra. „Nie chcę już wierzyć w jeden święty Kościół rzymski – mówił – ale nie uwierzę też w jeden święty Kościół wittenberski”. Jego następca Jan Zygmunt przyjął kalwinizm: wielkie poruszenie wśród jego poddanych, drżą przed żądaniem nowej zmiany wyznania. Ale elektor nawet o tym nie myśli – przeszedł na kalwinizm z pobudek politycznych, pragnąc zapewnić sobie przyjaźń Niderlandów, której potrzebował, by otrzymać w spadku Jülich.
W swoich poglądach religijnych był niemal wolnomyślicielem i zadowolił się tym, że zakazał kaznodziejom obu wyznań obrażać się nawzajem z ambony. Próbował nawet połączyć oba wyznania w jeden Kościół narodowy, w celu umocnienia swej władzy. Nie udało mu się to, ale tolerancja poczyniła za jego panowania takie postępy, że luterańskim pastorom zdarzało się ordynować kalwińskich, nie wywołując tym niczyjego zgorszenia.
Jakże niepodobnie do innych książąt niemieckich zachowuje się ten elektor! Nie dla zdobycia wolności sumienia Niemcy tak długo walczyli i tyle wycierpieli. W pokoju augsburskim luteranie zgodzili się z katolikami niczego nie dawać kalwinistom; ci z kolei, ledwie otrzymawszy na mocy pokoju westfalskiego prawo do istnienia, którego im wcześniej odmawiano, nie chcą słyszeć o wolności innych odłamów reformacji. Przy tym prawo bycia katolikiem, luteraninem lub kalwinistą przyznano tylko książętom, a 30. punkt traktatu stanowił, że każdy książę „zgodnie z obyczajem już wcześniej przyjętym w Rzeszy może zmieniać religię swoich poddanych, a poddani ze swej strony, jeśli nie chcą przyjąć religii swego księcia, mogą się wyprowadzić”. I książęta, i poddani szeroko korzystali z tych praw. Przez całe Niemcy przetoczyła się wielka wędrówka ludów i tysiące ludzi wyruszyły z wygnańczym kosturem w ręku szukać sobie nowej ojczyzny. Należy to rozumieć dosłownie: kształt i długość wygnańczych kosturów określały książęce regulaminy, a zanim wręczono je wygnańcom, wycinano na nich napisy. Wiele takich napisów dotrwało do naszych czasów i jest wśród nich niemało ciekawych. Tak na kosturze pewnego Czecha widnieje, że został wygnany za twierdzenie, jakoby „nikt nie miał władzy rozporządzać ludzkim sumieniem”.
Główny ruch przesiedleńczy szedł z południa i z zachodu i kierował się na wschód. Ale tam mógł go przyciągać tylko jeden kraj. Nie była nim Austria, służąca za narzędzie katolickiej kontrreformacji, ani Saksonia, gdzie książę i lud zastygli w ciasnym luteranizmie i gdzie nauczano, że kalwiniści w 23 punktach myślą jak arianie, a w 67 – jak Turcy. Była nim Brandenburgia. Jej książęta, wyznając pośród luterańskiej ludności kalwinizm, mogli przyjmować do siebie jednocześnie i luteranów, i wygnanych przez luteranów. Elektorzy uczynili tolerancję zasadą swoich rządów. W swym ubogim państwie, które przetrwało pośród tylu niebezpieczeństw tylko dzięki nieustannej o nie trosce i dbałości, wyznawali przede wszystkim religię państwa. Mieli zbyt mało poddanych, by mogli pozwolić sobie na luksus surowej prawowierności, a ich środki nie pozwalały im stać się prześladowcami heretyków. Najpierw żyć, a dopiero potem zajmować się teologią – oto ich wspólna dewiza. Wszyscy, którzy cierpieli za wiarę w Niemczech, kierowali wzrok ku tej odległej ziemi, i nadszedł nieszczęsny dla Francji dzień, kiedy płaska równina, której piaski piją wodę Haweli, stała się ziemią obiecaną dla mieszkańców malowniczych Sewennów i brzegów Loary.
* Hohenzollernsche Colonisationen, von D-r Max. Beheim-Schwarzbach. Leipzig, 1874.
Koloniści francuscy
Kiedy rząd Ludwika XIV, wyczerpawszy wszystkie wstępne środki prześladowania, przeszedł do otwartej przemocy wobec hugenotów, państwa protestanckie zaczęły na wyścigi oferować swą gościnę zbiegłym Francuzom. Szczególnie wyróżniał się gorliwością Wielki Elektor. Obawiając się, by Anglia i Holandia, dzięki swemu położeniu, dawnym związkom i bogactwom, nie przyciągnęły do siebie wszystkich przesiedleńców, występował ze szczególną natarczywością i składał najbardziej kuszące propozycje. W edykcie poczdamskim z 29 października 1684 roku, który rozpowszechnił we Francji w pięciuset drukowanych egzemplarzach, Wielki Elektor obiecywał wszystkim, którzy zechcą przenieść się do jego państwa, zapomogę na przejazd, wskazówki drogowe i przewodników; następnie, po przybyciu na miejsce, bezcłowy przywóz pieniędzy, ruchomości i towarów, darmowe przekazanie pustych lub opuszczonych domów, działki ziemi i materiał budowlany, zwolnienie od podatków na dziesięć lat oraz prawo miejskie lub bezpłatne przyjęcie do cechów. Rolnikom oferował ziemię, fabrykantom – pożyczki pieniężne, szlachcie – urzędy, jakie przypadną im do serca, a wszystkim w ogóle – prawo tworzenia gmin z głoszeniem słowa Bożego w ojczystym języku i z obieralnym sądem francuskim. I Fryderyk Wilhelm dotrzymał wszystkiego, co obiecał. Zgodnie z tymi wskazówkami emigranci z północnej Francji kierowali się do Amsterdamu, a z południowej – do Frankfurtu, skąd oczekujący w tych dwóch miastach komisarze pruscy przeprawiali ich na koszt swego państwa do Brandenburgii. Przesiedleńcy potrzebujący zapomogi nie musieli o nic prosić. Dobrowolne ofiary, do których swój wkład wniosło nawet duchowieństwo katolickie, przymusowe zbiórki, wprowadzone, gdy prywatna dobroczynność się wyczerpała, i wreszcie pożyczki z budżetu wojskowego utworzyły osobny fundusz wsparcia, a wszystkie potrzeby przesiedleńców zaspokajano z niego tak hojnie, że wieść o tym dotarła do emigrantów osiadłych w innych krajach i wielu opuściło Anglię i Szwajcarię, by znaleźć się w gronie nowych poddanych elektora Fryderyka Wilhelma.
W dokumentach urzędowych liczbę francuskich emigrantów, którzy znaleźli schronienie w Brandenburgii za Wielkiego Elektora, określa się na 20 000, co stanowi ponad jedną dziesiątą całej ówczesnej ludności tej prowincji.
Ale liczbami nie da się zmierzyć zasług, jakie nasi rodacy oddali swej nowej ojczyźnie. Czy można obliczyć, ile zawdzięcza im Berlin! Po wojnie trzydziestoletniej, kiedy Fryderyk Wilhelm ustanowił swą rezydencję w tej stolicy, liczono tam około 6000 mieszkańców i 950 domów mieszkalnych, których drewniane fasady, otoczone dla ozdoby kupami gnoju i chlewami, wychodziły na niebrukowane ulice. Przy złej pogodzie, która w tych stronach zdarza się często, ruch po ulicach stawał się niemal niemożliwy. Na Szprewie były mosty, ale tego rodzaju, że woźnica, zanim na nie wjechał, polecał łasce Bożej swój ładunek i swoją duszę. Wielki Elektor wiele uczynił dla oczyszczenia i rozbudowy tej paskudnej mieściny: ludność stolicy wzrosła za jego panowania, według jednych do 14 000, według innych do 20 000 dusz. W liczbie tej było 6000 francuskich emigrantów. To oni bez wątpienia najbardziej przyczynili się do przeobrażenia miasta. Było wśród nich wielu bogatych ludzi, a ubodzy byli zręcznymi rzemieślnikami. Biedacy pozakładali swoje kramiki na wszystkich skrzyżowaniach i we wszystkich zakątkach zamku elektora, a w dzielnicy Dorotheenstadt, przez Francuzów nazwanej szlachecką, bogacze zbudowali domy, których mieszkańcy byli oczywiście zbyt dobrze wychowani, by obrażać wzrok przechodniów widokiem brudnych chlewów, skąd nieustannie dobiegało chrząkanie cuchnących zwierząt.
Istnieje pogląd, że w samym usposobieniu umysłu berlińczyków pozostało od tamtych czasów wiele francuskiego. Inni temu zaprzeczają. Jest to jeden z tych sporów, w których nie może być niezbitych dowodów. Bez wątpienia berlińczyk jest dowcipny, ale jego dowcip jest nieelegancki, nie łagodzi go najmniejsza uprzejmość i dlatego częściej obraża, niż bawi. Jest sceptykiem, z pogardą odnosi się do umownych teorii i frazesów; nie ma w nim kultu tradycji historycznych. Wszystko to są oczywiście szczęśliwe lub nieszczęśliwe cechy naszego charakteru narodowego. Niektórzy uważają – i mnie samemu nieraz zdarzało się to słyszeć w Berlinie – że wśród liberałów, którzy z takim zapałem dążą dziś do zniszczenia w Prusach i w Niemczech ostatnich szczątków feudalnej przeszłości, potomkowie francuskich przybyszów wyróżniają się szczególną żarliwością racjonalizmu. Powtarzam raz jeszcze: są to kwestie, o które można spierać się bez końca. Ale nikt z czystym sumieniem nie może zaprzeczyć wielkich usług, jakie oddali elektoratowi goście Fryderyka Wilhelma jako robotnicy i kupcy, uczeni i artyści, rolnicy i żołnierze.
2043 rodziny, liczące 10 215 osób, zajęły się różnymi gałęziami przemysłu. Byli to niepospolici robotnicy. Uczciwość i pracowitość były wspólnym dobrem tych ludzi, którzy wszystko poświęcili dla spokoju sumienia, a ich praca miała dla Brandenburgii nieocenione znaczenie, wprowadzili ją bowiem w nieznane jej dziedziny pracy.
Wiadomo, jakie postępy poczyniło we Francji w czasach Colberta wytwarzanie tkanin wełnianych. W Prusach całkowicie zanikło ono po wojnie i przesiedleńcy z Francji założyli nowe manufaktury wełniane w Magdeburgu, Frankfurcie nad Odrą, Brandenburgu i Królewcu.
Jedwabnictwo pod opieką Henryka IV, Richelieu i Colberta osiągnęło u nas wysoki stopień rozkwitu: francuscy przybysze założyli w Brandenburgii pierwsze plantacje morwy. Oni też przynieśli ze sobą sztukę farbowania i tłoczenia tkanin. Pierre Babry zbudował pierwszą maszynę pończoszniczą w posiadłościach elektora. François Flerton z powodzeniem założył pierwszą papiernię. We Francji już w średniowieczu powstał cech wytwarzający świece, podczas gdy w elektoracie nawet w XVII wieku domy możnych oświetlano woskowymi pochodniami, a małe – kopcącymi kagankami, w których palił się knot pływający w tranie. Francuzi założyli wytwórnie świec, a ponieważ była to wielka nowość, zachowali dla siebie tajemnicę produkcji. We wszystkich tych dziedzinach nasi rodacy okazali się nowatorami. A ile innych rzemiosł ożywili lub rozwinęli! Na przykład garbarnie, wytwórnie safianu i rękawiczek, szycie odzieży, wyrób przyborów toaletowych i galanterii modnej. Zegarmistrzostwo, które przed nimi było rzemiosłem, wzniosło się w ich rękach do rangi sztuki. Brandenburskie huty szkła wytwarzały wcześniej tylko szyby okienne i butelki; koloniści francuscy odlali pierwsze lustra. Wreszcie metalurgia zawdzięcza im ważne udoskonalenia; jeden z emigrantów był dyrektorem elektorskich hut żelaza i odlewni.
Mniejsza liczba naszych rodaków zajęła się handlem, ale usługi, jakie oddali, były ogromne. Handel nigdy nie był szczególnie ożywiony w tym kraju, położonym na wschód od Łaby, czyli na skraju handlowego pasa Europy, gdzie tak niewiele było do sprzedania, a w połowie XVII wieku zamarł całkowicie. Francuzi Girard, Michelet, Baudouin, Mangin i Perrault założyli pierwsze duże domy handlowe, które nawiązały stosunki z obcymi krajami.
Liczba przybyszów, którzy zajęli się rolnictwem, nie jest dokładnie znana, ale kolonii francuskich było wiele. Osiadły one głównie w Uckermark, której wsie najbardziej ucierpiały od wojny. Zresztą szczególne usługi oddały one tylko w uprawie tytoniu i w ogrodnictwie. Brandenburczycy nie byli wielkimi amatorami warzyw i dla kpiny nazywali Francuzów „fasolożercami”. Elektor, który bardzo lubił warzywa, musiał je sprowadzać z Hamburga albo z Lipska. Ale wkrótce nie musiał już tak daleko po nie posyłać. Francuscy ogrodnicy osiedlili się na przedmieściach Berlina – w Charlottenburgu i w Moabicie, ponurej piaszczystej dzielnicy, której nadali biblijną nazwę ziemi Moabu, zachowaną przez nią do dziś. Dzięki niesłychanej pracowitości i umiejętnościom wkrótce osiągnęli wspaniałe zbiory warzyw i owoców. Miejscowi nie chcieli wierzyć własnym oczom i nawet nie wiedzieli, czy pobożnym ludziom wolno brać do ust te niewidziane osobliwości. Ruzé, słynny ogrodnik z przedmieścia Köpenick, został oskarżony o czary. Ale z wolna przywykli do tego cudu i ogrody przedmieść stały się ulubionym celem niedzielnych wycieczek za miasto berlińczyków, wybierających się tam na obiad na świeżym powietrzu.
I dziś jeszcze, jadąc tramwajem konnym od Bramy Brandenburskiej do Moabitu, widzi się wiele francuskich nazwisk na murach ogrodów warzywnych.
Dotąd wyliczaliśmy materialne usługi oddane przez emigrantów, teraz trzeba powiedzieć o ich zasługach na polu oświaty. Te ofiary prześladowań religijnych przyprowadziły ze sobą także swoich pastorów, a ściślej mówiąc, przyszły za swoimi pastorami, z których wielu było ludźmi bardzo wykształconymi i obdarzonymi smakiem. Ich kazania posłużyły za wzór wymowy kaznodziejskiej dla pastorów brandenburskich, których cała sztuka oratorska sprowadzała się wcześniej do nadętej gadaniny, przetykanej grubiańskimi wybrykami i wyzwiskami. W kolonii było niemało prawników, sprawujących władzę sądowniczą, jednak nowi władcy zażądali tych prawników także do swojej służby. Parlament księstwa Oranii wyemigrował w całości. Zachował swą nazwę i organizację. Podczas uroczystych ceremonii, jak na przykład na pogrzebie swej monarchini Charlotty, występował in corpore w czerwonych togach: następca Fryderyka Wilhelma uczynił z tego parlamentu swój sąd apelacyjny. Marchia ogromnie potrzebowała lekarzy, gdyż całe lecznictwo znajdowało się w niej w rękach szarlatanów i znachorów, którym płacono osobno. Kolonista Jacques Gautier został lekarzem nadwornym, a imieniem słynnego Duclosa berlińczycy do dziś nazywają jedno z lekarstw na gorączkę. Widzieliśmy, że w Berlinie nie było architektów. Abraham Quesnay wiele się natrudził nad jego upiększeniem; inni oddali podobne usługi w innych miejscach. Malarze dawali znakomite lekcje swojej sztuki, ale – trzeba powiedzieć prawdę – nie mieli wcale uczniów. Kolegium Francuskie i założona w 1700 roku Akademia Nauk szczyciły się nazwiskami francuskich uczonych. Francuzi też przyczynili się do rozkwitu uniwersytetu we Frankfurcie i do założenia uniwersytetu w Halle. Można by sporządzić długą listę francuskich nazwisk, chlubnie zapisanych w kronikach nauki niemieckiej. Przypomnijmy La Motte-Fouquégo, Micheleta, de La Courbière’a i wreszcie wielkich braci Humboldtów, których matka była z pochodzenia Francuzką.
Emigranci-szlachcice zajęli miejsca na dworze i w armii. Wielu z nich mianowano generałami. Przez pewien czas sam marszałek Schomberg oddał do dyspozycji Wielkiego Elektora swe bogate doświadczenie wojskowe. Wielu francuskich żołnierzy wstąpiło do armii elektorskiej, gdzie wypełnili sobą około pięciu pułków. Korpus muszkieterów gwardii i grenadierów konnych w znacznej części składał się z Francuzów. Francuscy inżynierowie weszli do nowo utworzonego oddziału elektorskich saperów. Najsmutniejsze jest to, że ci emigranci bez wahania próbowali swych sił w walce przeciw ojczyźnie, która ich odtrąciła.
W wojnie z koalicją augsburską odznaczyły się pułki Varenne’a i Briquemaulta, a w bitwach i oblężeniach nad brzegami Renu, w najniebezpieczniejszych punktach, błyszczały czerwone, szyte złotem mundury muszkieterów gwardii.
Próżno oczekiwać, by wszyscy pisarze niemieccy jednomyślnie uznawali wagę usług, jakie Prusom oddali przesiedleńcy francuscy. Już pod koniec ubiegłego stulecia König w swej „Próbie historycznego opisu Berlina” pisał, że w XVII wieku Marchia o wiele więcej zawdzięczała prostym i praktycznym przesiedleńcom z Holandii niż francuskim hugenotom, ponieważ ci ostatni wraz z wytwornymi manierami i obyczajami przynieśli wiele takiego, bez czego doskonale można było się obejść. „O wiele lepiej – powiada – dać ludziom chleb, niż nauczyć ich pięknie go podawać”. Oczywiście, że tak. Ale czy hugenoci wraz z umiejętnością podawania nie przynieśli także chleba? Czy można zapominać o rzetelnych rzemieślnikach i zręcznych rolnikach i patrzeć tylko na piekarzy i kucharzy, którzy zapoznali Brandenburgię z białym chlebem i czystością w kuchniach, albo na oberżystów, którzy otworzyli w Berlinie pierwsze przyzwoite hotele, jak Hôtel de Paris na Bruderstrasse? Zresztą takie rozdrażnienie wobec najskromniejszych członków kolonii francuskiej nie jest zupełnie zrozumiałe, gdyż francuskim kucharzom, oberżystom, krawcom i fryzjerom wcale nie udało się wypaczyć prostoty germańskich obyczajów: nie nauczyli oni swych przybranych współobywateli ani ubierać się ze smakiem, ani dobrze gotować. Ku chwale Niemiec ich poważni pisarze stoją ponad takimi małostkowymi przytykami. Beheim-Schwarzbach, który niedawno wydał znakomitą książkę „Kolonizacja za Hohenzollernów”, w całości opartą na niepublikowanych wcześniej materiałach archiwalnych, nie oszczędza w niej w niczym patriotycznych uprzedzeń Königa.
Król Fryderyk I
Koloniści waldensi i francuscy
Elektor Fryderyk III, który stał się potem królem Fryderykiem I, był zupełnie niepodobny do swego poprzednika Fryderyka Wilhelma: pod względem umysłowym dzieli ich taka sama przepaść jak Ludwika XIII i Henryka IV. Ale Ludwik XIII był przynajmniej świadom swej nieudolności, podczas gdy Fryderyk I nie podejrzewał swojej i, starając się wyglądać na wielkiego człowieka, stawał się przez to jeszcze śmieszniejszy dla całego otoczenia. Był to prawdziwy parweniusz. Żaden żołnierz, który dosłużył się stopnia, nigdy tak nie cieszył się swymi oficerskimi galonami, jak ten elektor swą złotą koroną: rozpływa się z zadowolenia, czując ją na głowie, i aby się nią popisać, wydaje w Berlinie i Królewcu uroczystości niesłychanego przepychu. To syn marnotrawny w rodzinie skąpców. Ale mimo wszystko nie zapomniał zupełnie rodzinnych przykazań. Życie w Prusach tak nieubłaganie stawia pewne wymagania, że chcąc nie chcąc trzeba im się podporządkować. Przy całej rozrzutności nie można tam nie prowadzić rachunków. A czy można się nimi zajmować, nie myśląc o powiększeniu dochodów? W ten sposób panowanie Fryderyka I było pod pewnymi względami kontynuacją, co prawda dość lichą, panowania Wielkiego Elektora.
Fryderyk I miał jednak i dobre cechy: był dobry i naprawdę hojny, choć zbyt lubił popisywać się swoją hojnością.
Uczynił to, czego być może nie uczyniłby jego poprzednik i czego na pewno nie uczyniłby jego następca: pozwolił odejść kolonistom tęskniącym za ojczyzną, a nawet sam starał się pomóc im wrócić do rodzinnego kraju.
Na krótko przed śmiercią Fryderyk Wilhelm wydał rozkaz, by miasto Stendal, wciąż jeszcze leżące w ruinach, przyjęło kolonię waldensów. Wziął pod swą opiekę ten nieszczęsny mały ludek, tych przodków wszystkich cierpiących za reformację, i napisał w ich obronie przynoszące mu zaszczyt listy do księcia sabaudzkiego Karola Emanuela i do króla Ludwika XIV. Udało mu się nawet uchronić ich na pewien czas przed szaleństwami krucjaty i przed staraniami „kongregacji dla szerzenia prawdziwej wiary”, której członkowie oddali się pobożnej misji – kupowania za pieniądze nawrócenia biednych górali. Ale po odwołaniu edyktu nantejskiego przykład dany przez największego monarchę Europy przeważył u księcia sabaudzkiego nad wpływem żyjącego tak daleko elektora brandenburskiego. Cisnął on w waldensów okrutnym edyktem, który pociągnął za sobą bezlitosną wojnę, w której wyrżnięto trzy tysiące ludzi i odebrano rodzinom dwa tysiące dzieci. Dziesięć tysięcy waldensów wzięto do niewoli. Wszystko, co zdołały osiągnąć mocarstwa protestanckie, to wygnanie tych nieszczęśników, z których połowa zdążyła już zginąć w okropnych więzieniach, zanim wreszcie zjawiły się wojska książęce, by wyprowadzić za granicę tych, którzy pozostali przy życiu. Odprowadzono ich do Szwajcarii. Wielki Elektor wysłał tam komisarzy z propozycją schronienia w Prusach. Wygnańcy zgodzili się i przybyli do Brandenburgii, gdzie przyjął ich już Fryderyk I. Ale mieszkańcy Brandenburgii okazali się nie tak gościnni jak ich władca: waldensów serdecznie powitano w Spandau, lecz bardzo źle przyjęto w Stendalu i w Burgu. Nic nie przygotowano na ich przyjęcie. Trzeba było rozmieścić przybyłych po domach mieszkańców, ale ci dali im strychy i szopy i mimo surowej zimy nie dopuszczali do ogniska nawet chorych ani kobiet karmiących piersią. Jęki nieszczęśników dotarły do uszu elektora, lecz nie potrafił on znaleźć sposobu, by urządzić ich los, i był bardzo szczęśliwy już z tego, że mógł im pomóc wrócić do ojczyzny, gdy książę sabaudzki, poróżniwszy się z Ludwikiem XIV, dał waldensom amnestię. Jego dobroć przejawiła się w troskliwości, z jaką starał się ułatwić im daleką drogę. Posłał im nawet pieniądze do ojczyzny, usłyszawszy, że zastali tam swe domy zrujnowane i ciężko cierpieli od surowej pory roku.
Również kolonistom francuskim to nie Fryderyk I przeszkodził wrócić do ojczyzny. Kiedy w Rijswijk rozpoczęły się rokowania pokojowe, ci wygnańcy nabrali nadziei, że znów ujrzą Francję, której nie zapomnieli. Udało im się wzbudzić współczucie dla siebie we wszystkich państwach Europy, a Fryderyk wstawiał się za nimi z niezwykłą natarczywością, której bezcelowość z pewnością przewidywał. Jego poseł w Paryżu zabiegał o nich wspólnie z angielskim. Na kongresie przedstawiciele państw protestanckich złożyli wspólne przedstawienie na rzecz emigrantów. We wszystkich krajach protestanckich w wyznaczonym dniu odprawiono osobne uroczyste nabożeństwo, podczas którego ludzie modlili się do Boga, by skłonił do miłosierdzia serce Ludwika XIV. Ludwik odpowiedział, że jego dawni poddani mogą wrócić do Francji tylko pod warunkiem uroczystego przyłączenia się do Kościoła katolickiego. Kości zostały rzucone: hugenoci przestali patrzeć na obczyznę jak na miejsce postoju; z przytułku stała się ona dla nich ojczyzną.
Koloniści z Palatynatu i Szwajcarii
Reklamy i manifesty
Nie należy jednak myśleć, że Fryderyk I tylko odsyłał albo starał się odsyłać kolonistów do ojczyzny. Wojny Ludwika XIV dostarczyły mu wielu nowych osadników. Z wypalonego, podbitego i siłą nawróconego na katolicyzm Palatynatu tłumy ludzi uciekały szukać sobie nowej ojczyzny. Kiedy zwrócili się do Fryderyka, przyjął ich prośbę z pełną życzliwością, gdyż zamierzał na nowo odbudować i zaludnić Magdeburg. Wielki Elektor nie zdołał podnieść tego miasta ze spustoszenia, w jakie pogrążyły je słynny pożar i rzeź, które pochłonęły trzydzieści tysięcy ludzi i pozostawiły na miejscu miasta tylko sto trzydzieści pustych chat rybackich, bez sprzętów i bez mieszkańców. Właśnie do Magdeburga zaprosił Fryderyk emigrantów, obiecując im przy tym wszelkie ulgi.
Rozpowszechnił w Palatynacie swego rodzaju reklamę, wysławiającą wszystkie wygody i uroki miasta. „Magdeburg leży – powiada autor tego afisza, napisanego po francusku – na rozległej równinie, nad brzegiem Łaby, jednej z najpiękniejszych i najbardziej spławnych rzek”. Igrając etymologicznym znaczeniem słowa Magdeburg, dodaje w stylu XVIII wieku: „Mówią, że miasto wzięło swą nazwę od Wenus i jej służebnic, gracji...” Jak tu było się oprzeć podobnym pokusom? 1376 rodzin, liczących 7000 osób, przybyło do Magdeburga i osiedliło się w mieście i jego okolicach. Byli wśród nich uczeni, teolodzy, prawnicy, rzemieślnicy i rolnicy. Ci ostatni wprowadzili uprawę tytoniu, która stała się źródłem bogactwa kraju, a z pomocą wszystkich tych przesiedleńców nieszczęsnemu miastu udało się odzyskać część dawnego dobrobytu.
Tymczasem miejscowi krzywo patrzyli na cudzoziemców, których obsypywano przywilejami i którzy wypierali ich w handlu i przemyśle. Elektor co rusz musiał tłumaczyć się przed swymi poddanymi i ich uspokajać.
To napomina ich, by byli bardziej współczujący, jeśli nie chcą, by Pan Bóg znów rozgniewał się na ich miasto; to szczegółowo wyjaśnia im, że błędnie pojmują swoje interesy. Wydał nawet w formie pytań i odpowiedzi prawdziwy traktat o korzyściach z kolonizacji, w którym przedstawiono cały program Hohenzollernów w tej kwestii. Oto kilka fragmentów z niego, w lekkim skrócie.
„Czy pożyteczne jest dla krajów i ich rdzennej ludności, by ich władcy przyciągali cudzoziemców pewnymi ulgami i swobodami? – Tak, pożyteczne, albowiem doświadczenie dowodzi, że gdzie więcej mieszkańców, tam pomyślniej rozwija się i przemysł. Przy tym nie ma nic bardziej przekonującego niż przykład niezrównanego bohatera, Jego Elektorskiej Wysokości świętej pamięci Fryderyka Wilhelma, który przyjął pod swą najmiłościwszą opiekę Francuzów wygnanych z ojczyzny przez prześladowania religijne i w ten sposób wprowadził pożyteczne wytwórczości. Jego Królewska Mość król pruski poszedł tylko za tym chwalebnym przykładem, najmiłościwiej przyjmując mieszkańców miasta Mannheim i innych miejsc, doszczętnie zrujnowanych przez najazd francuski. – Czy miejscowi mieszkańcy nie mogliby uczynić tego samego, co uczynili nowi, gdyby Jego Królewska Mość nadał im podobne ulgi? – Jest to bardzo wątpliwe, bo przez sześćdziesiąt lat nic nie zrobili. – Jego Królewska Mość wydaje co roku pieniądze na kolonię. Czy przynosi to jakiś zysk? – Od czasu przybycia do Magdeburga do 1708 roku włącznie koloniści przybyli z Palatynatu kosztowali łącznie 114 462 talary. Tymczasem na zakup i budowę domów wydali oni, po odliczeniu udzielonych im pożyczek i zniżek cen poczynionych na ich korzyść, 102 846 talarów z pieniędzy przywiezionych z Palatynatu lub zarobionych pracą. Ich wytwórnie tytoniu i manufaktury wełniane, nawet jeśli wziąć pod uwagę tylko najważniejsze z nich, mianowicie te, które pracują na wywóz za granicę, przyciągnęły do kraju 667 395 talarów. Wreszcie cudzoziemcy na samo tylko swoje utrzymanie wydali około 1 miliona talarów; i wystarczy porównać budżet miasta za lata 1689 i 1708, by zobaczyć, czy jego dochody wzrosły, czy zmalały... A zatem ci, którzy dotąd źle odnosili się do biednych cudzoziemców, dobrze uczynią, jeśli zaprzestaną swej wrogości i w duchu chrześcijańskiego miłosierdzia ucieszą się, że biedni ludzie mogą zarobić, nie szkodząc nikomu, kawałek chleba. Przeto niech Najwyższy raczy obdarzyć jednako starych i nowych mieszkańców skarbem swego błogosławieństwa!” Tak kończy się modlitwą ten budżet, napisany w formie katechizmu. Widać z niego, jak już wskazywaliśmy, że Fryderyk I bardzo dobrze umiał liczyć, że współczucie Hohenzollernów dla prześladowanych nie było całkiem bezinteresowne i że chrześcijańskie miłosierdzie było w Prusach bardzo opłacalną – choć całkowicie prawomocną – lokatą kapitału, która przynosiła znacznie więcej niż sto od stu.
Aby uzyskać dostęp do Prus, nie trzeba było koniecznie być prześladowanym. Kiedy w 1693 roku rządy Zurychu i Berna prosiły Fryderyka, by zwrócił uwagę na protestanckich poddanych opata z St. Gallen, którzy skarżyli się na ucisk ze strony swego władcy, odpowiedział, że chętnie ich przyjmie, ale będzie też bardzo rad przybyciu rzemieślników z jakichkolwiek kantonów, „jeśli tylko znajdzie się u nich choć trochę pieniędzy”. Wskazuje, jakiego właśnie rodzaju rzemieślnicy są mu potrzebni: w jednych miejscach przędzarze, w innych murarze, w niektórych punktach kupcy i rolnicy. Wszystkim obiecano przywileje i ulgi. Rolnicy będą musieli kupić sobie ziemię, ale zaproponuje się im korzystne warunki; konieczne jest jednak, by mieli ze sobą co najmniej po 200 talarów. Chętnie zwolniłby ich z tego wymogu, „gdyby nie tak ciężkie czasy!” Za to o ich rodziny będzie się starannie dbać: król gwarantuje dzieciom bezpłatną naukę rzemiosła, a jeśli znajdą się wśród nich talenty, obiecuje im nawet miejsce w Kolegium Joachimsthalskim w Berlinie, a potem stypendium na uniwersytecie we Frankfurcie.
Obietnice te przyciągnęły niemało Szwajcarów do państwa Fryderyka, gdzie dla przybyszów zawsze znajdowało się i miejsce, i zajęcie. Król skierował nowych kolonistów na wschód, do Prus Książęcych i na Litwę. Tu również trzeba było zacierać ślady mnóstwa najokropniejszych klęsk, straszniejszych być może jeszcze od tych, których obraz widzieliśmy!
W wojnie, która wybuchła pod koniec XVII stulecia między Polską z jednej strony a Szwecją i Brandenburgią z drugiej, Polacy zwrócili się o pomoc do Tatarów. 50 000 tych dzikusów zalało pruskie prowincje. W niespełna rok Tatarzy i Polacy spalili 13 miast i 249 miasteczek i wsi. Wymordowali 23 000 ludzi, a 34 000 uprowadzili w niewolę. Ale jeszcze straszniejsza była dżuma, która nadeszła po wojnie: Królewiec w ciągu 8 miesięcy stracił 10 000 mieszkańców, a okręg Wystruć – 66 000. Ogólna liczba ofiar przekroczyła 200 000, tak że prowincja ta przybrała wygląd pustyni. By zaludnić wszystkie te opustoszałe miejsca, trzeba by, żeby ze Szwajcarii przybyły prawdziwe zastępy emigrantów, ale przyszło ich tylko 6 lub 7 tysięcy, z czego część osiadła w Brandenburgii. By powiększyć tę zbyt małą liczbę, Fryderyk zaczął szukać w Szwajcarii kolonistów innego rodzaju.
W kantonach Berno i Zurych mieszkała wówczas garstka uczniów Mennona, tego współczesnego Lutrowi oryginalnego reformatora, który chciał, by jego wyznawcy nie poprzestawali na wyznawaniu czystej nauki religijnej, lecz ponadto otwierali światu oczy na całą przewrotność rządzących nim praw i przygotowywali ludzi do wprowadzenia lepszych. W żadnym wypadku nie wolno im było uciekać się do przemocy. Wpatrzeni w idealne państwo, gdzie nie będzie ani kłamstwa, ani niesprawiedliwości, ani nienawiści, przeciwstawiali nadużyciom jedynie bierny opór, odmawiając przysięgi, która zakłada kłamstwo, i służby wojskowej, która zakłada nienawiść. Takie postępowanie nie przypadło do gustu władcom. Wielu z nich zwróciło się do Lutra, pytając go o zdanie, jak należy postępować z tymi nowatorami. Reformator, powołując się na apostoła Pawła, odpowiedział, że nie można ich tolerować, i od XVI wieku zaczęto prześladować menonitów w Szwajcarii, ale mimo to nadal tam mieszkali. Pod koniec XVII wieku rząd Zurychu chciał zmusić do służby wojskowej tych z nich, którzy żyli na jego terytorium: odmówili. Rząd zażądał od menonitów, by zamiast przysięgi odpowiadali przynajmniej „tak” lub „nie” na pytania stawiane przez sąd: nie zgodzili się i na to. Rząd nakazał im się wyprowadzić: pozostali na miejscu. Wtedy zaczęło się prześladowanie. W tym samym czasie w Bernie wydano wymierzone przeciw menonitom edykty, skazujące ich na wygnanie, piętnowanie, galery i karę śmierci. Wreszcie ujął się za nimi Fryderyk I; ale napotkał rywalizację Stanów Generalnych Holandii, które również oferowały menonitom schronienie u siebie. Oba państwa pilnie śledziły się nawzajem, bo każde z nich chętnie wzięłoby pod swą opiekę bogatych kolonistów, zostawiając biedaków dobroczynności drugiego. I oto menonici przybyli do Prus Wschodnich, gdzie mogli czcić Boga, jak chcieli, nie obawiając się królewskich werbowników. Liczba tych przesiedleńców nie jest dokładnie znana, w każdym razie było ich niewielu, a ich przybycie niewiele zmieniło położenie nieszczęsnej prowincji.
Fryderykowi I brakowało w charakterze konsekwencji i energii, by zaradzić klęskom, od których cierpiały Prusy. Po jego śmierci kraj pozostał w dawnym położeniu.
Ogromne połacie ziemi leżały odłogiem, chwasty swobodnie rozrastały się na rozległych cmentarzyskach, ciągnących się na niezmierzone odległości wszędzie, gdzie szalały wojna i dżuma, a olbrzymie lasy, istniejące do dziś, wysoko wzniosły się tam ku niebu, oplótłszy korzeniami kości tak nieszczęśliwie zgładzonego pokolenia.
Fryderyk Wilhelm I. Menonici i dezerterzy
Kolonizacja Prus Wschodnich
Już w sam dzień koronacji Fryderyka Wilhelma I stało się jasne, że nowy władca zamierza panować zupełnie inaczej niż jego poprzednik. Zamiast wydawać na koronację 6 milionów talarów, jak Fryderyk I, Fryderyk Wilhelm wydał na nią tylko 2547 tal. 9 fen., a i to zapewne wydało mu się drogo. Dwór pruski w jednej chwili się przeobraził. Kosztowne stroje znikły: król ich nie nosi i nie znosi wokół siebie. Jego ulubiona moda – krótki surdut i długa szpada. Nie zachwyca się, jak Fryderyk, swą królewską godnością – ale czy można znaleźć króla bardziej przejętego świadomością swych obowiązków? Dla niego nie ma drobiazgów i chce wszystko widzieć na własne oczy. Jego przechadzki są inspekcjami, a na berlińskich ulicach jego laska też przechadza się po plecach próżniaków. Za to wobec ludzi pracy okazuje na swój sposób prawdziwą czułość. Tak na przykład osobiście interesuje się chłopkami, które dopuszcza do założonej przez siebie w Królewcu szkoły maślarskiej. Jeśli były pilne i posłuszne przez dwa lata nauki bez zarobku i okazywały się, jego zdaniem, zdolne szerzyć zdobytą „naukę” po wsiach, odliczał im 100 talarów na posag, by mogły wyjść za mąż za „porządnych chłopaków”.
Ten czynny i pracowity człowiek nie rozmieniał się jednak na takie drobiazgi: zdał sobie dokładnie sprawę z potrzeb swych państw, przemyślał najlepsze środki ich zaspokojenia i, raz podjąwszy decyzję, ułożył zgodnie z nią całe swoje życie.
Podobnie jak Wielki Elektor, widzi, że najlepszym lekarstwem na dolegliwości jego państwa jest kolonizacja. Ale nie chce wpuszczać do siebie byle kogo i od tych, których przyjmuje w poczet swych poddanych, żąda pracy i posłuszeństwa. Od niego wzięła się dewiza monarchii pruskiej: Nicht raisonniren – „Nie rozprawiać!”. Menonici, jego zdaniem, rozprawiali zbyt wiele, a w ogóle ci poszukiwacze ideału zupełnie mu nie odpowiadali. Znana jest namiętność „króla-sierżanta”, jak go przezwano, do żołnierzy-olbrzymów, których nazywał swymi „drogimi długonogimi chłopakami”. Żadna władza na świecie nie mogła obronić przed jego bezczelnymi werbownikami nieszczęśników, których natura obdarzyła wysokim wzrostem. Pewnego razu jego agenci pochwycili we Włoszech kaznodzieję u stóp ambony. Polowali też na gościńcach, gdzie raz porwali posła cesarskiego. Czyż było możliwe, by przy tym zaczęli przejmować się religijnymi skrupułami menonitów? Oczywiście, gotowi byli szanować uczucia istot średniego wzrostu, ale uważali, że wolność sumienia znika na wysokości sześciu stóp nad poziomem ziemi. Wpadłszy na trop pewnej menonickiej rodziny olbrzymów, wdarli się nocą do domu, w którym mieszkała, dopuścili się tam brutalnej przemocy i uprowadzili sześciu wspaniałych chłopów do Poczdamu. Tam tych biednych filozofów postawiono w szeregu i kazano im uczyć się musztry. Tylko jeden się poddał; pięciu pozostałych trwało przy swoim tak uparcie i długo, że w końcu trzeba było ich puścić. Dotknięty w swym najserdeczniejszym przywiązaniu i urażony tonem otrzymanych protestów król kazał menonitom opuścić królestwo, by zwolnić miejsce „innym dobrym chrześcijanom, którzy nie uważają służby wojskowej za grzeszną”. Potem odstąpił od tej surowej decyzji, gdy napisano mu z Królewca, że wypędzenie menonitów odbije się na ściąganiu podatków. Nie mógł pozostać nieczuły na tego rodzaju argument: nie bez powodu nazywał siebie ministrem finansów i ministrem wojny króla pruskiego. Minister finansów przywołał do rozsądku ministra wojny; ale w głębi duszy Fryderyk Wilhelm nigdy nie wybaczył tym chrześcijanom, którzy nie chcieli wstąpić do jego gwardii.
Żądał, by koloniści, osiadłszy we wskazanych im miejscach, nawet nie myśleli więcej o powrocie do ojczyzny. Wyjazd był w jego oczach dezercją.
Kiedy kilku przygranicznych chłopów litewskich za namową Polaków odeszło do Polski, zabrawszy tam z polską pomocą swoje stada i cały dobytek, aż po drzwi i okna swych domów, król wpadł w furię na całą Polskę i wydał rozkaz, by nie dopuszczać więcej w poczet kolonistów ani jednego Polaka „pod groźbą kary śmierci”. Zresztą w ogóle wydawało mu się niewłaściwe przyjmować do kraju graniczącego z Polską, który nie był jeszcze zniemczony, kolonistów niemówiących „dobrym niemieckim językiem”. Bardzo obawiał się też Żydów, „albowiem nie mogą usiedzieć w jednym miejscu i wszędzie uczą złego”. Ciskał gromy swych edyktów na „tych włóczęgów i innych złych ludzi”, oskarżając ich o podburzanie chłopów do dezercji. „Każdemu, kto schwyta jednego z takich Żydów – mówił – należy natychmiast wypłacić dużą nagrodę”.
Fryderyk Wilhelm rozumiał, że najlepszym sposobem zatrzymania kolonistów w kraju jest sumienne dotrzymanie obietnic, które ich przyciągnęły. Biada temu, kto dopuścił się jakiejś niesprawiedliwości wobec gości monarchii pruskiej! Pewien radca wojenny pozwolił sobie wymuszać pieniądze od przesiedleńców: został schwytany i natychmiast powieszony. By jego starania przyniosły pożądane owoce, król ustanowił osobną komisję kolonizacyjną i wydał w formie przywilejów swego rodzaju kodeks praw i obowiązków kolonisty. Wszystko było w tym kodeksie uregulowane w szczegółach dla przesiedleńców wszystkich kategorii, a hojną ręką nadano im swobody i przywileje. Dla nich ten skąpiec stawał się rozrzutny. Podczas gdy wszystkie dochody jego państwa nie przekraczały 7 400 000 tal., wydawał po milionie rocznie przez sześć lat na samą Litwę. Duchowe i moralne interesy nowych poddanych zajmowały króla nie mniej niż materialne. Szanował ich wolność sumienia, gdyż zachował się w nim duch tolerancji jego poprzedników. Obchodził setną rocznicę urodzin Lutra na równi z rocznicą przejścia na kalwinizm Jana Zygmunta. Założywszy wytwórnie broni w Spandau i w Poczdamie, dał katolickich księży robotnikom sprowadzonym z Liège: mało go obchodziło, że byli papistami, skoro umieli robić dobre karabiny.
Tylko racjonaliści i ateiści nie znajdowali u niego litości: tych wtrącał do więzienia. Ale nie uważał ciemnoty za ostoję wiary i otworzył mnóstwo szkół w tych prowincjach, do których wezwał najwięcej kolonistów.
„Na wiele by mi się zdało – mówił – gdyby mi się udało zaludnić kraj rolnikami, a nie udało się zrobić z nich dobrych chrześcijan”. Mimo wszelkich trudności założył na Litwie i w Prusach Wschodnich 1380 szkół. Ta praca otrzymała swą nagrodę. W 1725 roku do Prus przybyło 9539 nowych osadników; założono wiele miast i 460 wsi. Ale był to dopiero początek. Nietolerancja religijna miała jeszcze raz dostarczyć Prusom licznych synów.
Koloniści z Salzburga i ziem austriackich
Polityka religijna Prus i Austrii
Biskupstwo salzburskie było jednym z najstarszych i najsławniejszych księstw niemieckich. Żyło w nim 200 000 ludzi, wśród których nauka reformacyjna zdołała zapuścić korzenie mimo surowych prześladowań ze strony książąt-biskupów. Pod koniec XVII i na początku XVIII wieku, kiedy rządzili tu jeden po drugim dwaj pełni tolerancji prałaci, liczba dysydentów jeszcze wzrosła, a baron Leopold Firmian od samego objęcia tronu biskupiego zaczął okazywać z tego powodu silny niepokój i niezadowolenie. Po całym szeregu nieudolnych przedsięwzięć, nieudanych misji, bezskutecznych pielgrzymek i bezużytecznych gróźb biskup, wbrew przedstawieniom mocarstw protestanckich, licząc na poparcie cesarza Karola VI, uciekł się do otwartej siły. Ale i to nie doprowadziło do niczego. Wtedy, opierając się na znanym artykule pokoju westfalskiego, nakazał wszystkim niekatolikom udać się na wygnanie, nie dając im jednak terminu ustalonego traktatem. Na pewien czas cofnął był swą decyzję, potem znów do niej wrócił. Jednym słowem, dopiero wtedy się zreflektował, że popełnił ogromny błąd, gdy 30 000 jego poddanych – i to najlepszych spośród nich – nacierpiawszy się wszelkich okrucieństw, przekroczyło granicę.
Fryderyk Wilhelm od dawna już miał się na baczności; jako jeden z pierwszych zaprotestował przeciw prześladowaniu. Pisarze katoliccy twierdzą, że wysyłał emisariuszy do biskupstwa, by podsycali niezadowolenie. Jest to bardzo prawdopodobne, ale reputacja kraju schronienia, którą przez ponad stulecie cieszyły się Prusy dzięki postępowaniu swych władców, sama przez się wystarczająco wyjaśnia, dlaczego salzburscy protestanci zwrócili się do Fryderyka Wilhelma. W 1731 roku król przyjmuje dwóch wysłanych przez nich deputowanych. Obiecuje im, że nawet jeśli wiele tysięcy ich rodaków zechce szukać schronienia w jego kraju, przyjmie ich wszystkich „łaskawie, życzliwie i ze współczuciem”. Wkrótce potem wydaje otwarty manifest do wygnańców i posyła do Ratyzbony swego agenta z poleceniem kierowania nimi za pomocą swoich rad. Wtedy większość tych nieszczęśników ruszyła do Prus. Jeden z nich pozostawił szczegółową relację z tej odysei; czuje się w niej jednocześnie żal wygnańca, żar wierzącego chrześcijanina i wdzięczność prześladowanego za przyjęcie, jakie zgotowano tej cząstce ludu Bożego w drodze do ziemi obiecanej. Całe procesje wychodziły na spotkanie wędrowców, witano ich w duchu biblijnym, w miastach i wsiach, wśród okrzyków ludu i śpiewu psalmów, wygłaszano do nich uroczyste mowy – tak że ich ucieczka przypominała pochód triumfalny. Z tej relacji dowiadujemy się, że wielu książąt próbowało zatrzymać u siebie salzburskich przesiedleńców, ale wszystkie te próby były daremne: „Władca Wirtembergii wyświadczył nam wiele dobra, tak dla ciała, jak i dla duszy; niech mu za to odpłaci Pan Bóg nasz i niech ześle mu Swoje błogosławieństwo! Ale nie chciał nas puścić do Prus; pewnego razu przyszło do nas trzech ludzi i podzieliło nas na trzy części; wszyscy natychmiast rzuciliśmy się ku sobie i, pomieszawszy szeregi, zawołaliśmy: «Nie ruszymy się z miejsca, dopóki nie będziemy pewni, że prowadzą nas do Prus»; i wtedy trzej ludzie powiedzieli: «Nie mamy nic do roboty z tym ludem, bo nie chce iść nigdzie indziej, tylko do Prus»”.
Fryderyk Wilhelm czekał na salzburczyków. Początkowo liczył tylko na 5 lub 6 tysięcy przesiedleńców, ale przysłany mu raport donosił, że idzie ich ponad 20 000. „Doskonale! – napisał na marginesie. – Chwała Bogu! Jakąż łaskę zsyła Pan domowi brandenburskiemu! Albowiem ta łaska z pewnością zstępuje od Boga!”
Kiedy pierwsza grupa przechodziła przez Poczdam, król zapragnął ją zobaczyć. Było to 29 kwietnia 1732 roku. Kaznodzieja nadworny, duchowieństwo i szkoły wyszli na spotkanie przybyszów i powitali ich mowami, a jeden z lekarzy oferował tymczasem swe usługi chorym. Potem przyszedł rozkaz, by udać się do królewskiego parku i ustawić się przed pałacem. Król nie kazał na siebie czekać. Wyszedłszy do nich, od razu zwrócił się do kaznodziei nadwornego i zapytał go: „Rozmawiał pan z nimi? Co to za ludzie?” Kaznodzieja odpowiedział, że znalazł w ich duszach czystą wiarę ewangeliczną. „A pan – rzekł król, zwracając się do komisarza, który przyprowadził grupę – jest pan z nich zadowolony? Dobrze się sprawowali w drodze?” Komisarz pochwalił ich zachowanie. Potem król przywołał kilku emigrantów i zaczął zadawać im pytania o ich wierzenia. Odpowiedzi uznał za skromne i zgodne z Ewangelią. Wtedy kazał rozdać im pieniądze, zaczął rozmawiać to z jednym, to z drugim i raz po raz powtarzał: „Wszystko się ułoży! Dobrze wam będzie u mnie, dzieci! Wszystko się ułoży!” Jakiś czas później, napotkawszy inną grupę przesiedleńców, stanął na skraju drogi, kazał im maszerować przed sobą i polecił zaśpiewać psalm „Bóg naszą ucieczką i mocą!”. Przesiedleńcy nie znali melodii i prosili o wybaczenie. Wtedy sam zaśpiewał go pełną piersią, a wzruszony tłum zaczął mu wtórować. Kiedy przeszły ostatnie szeregi, powiedział: „Idźcie, idźcie, Bóg wam na pomoc!” Czasami urządzał coś w rodzaju publicznej spowiedzi. „Mam nadzieję – mówił – że nie ma między wami hulaków, obżartuchów i pijaków!” – i zawsze kończył swą mowę obietnicą swego współczucia i życzliwości.
Przy rozdziale kolonistów między krainy większość z nich przypadła Prusom: przyjęły one 15 508 osób i dzięki temu wkrótce zupełnie się przeobraziły. Umiejętności salzburskich rzemieślników stworzyły dobrobyt małych miasteczek pruskich i litewskich, które przed nimi nie znały przemysłu, a pracowitość rolników uwolniła glebę od dzikiej roślinności. Przy tym koloniści przyciągnęli do swej nowej ojczyzny także pieniądze. W krajach protestanckich zebrano na rzecz prześladowanych w Salzburgu współwyznawców około 900 000 florenów; większą część tej sumy wysłano do Prus. Wśród nowych poddanych Fryderyka Wilhelma byli i tacy, którym zostały w ojczyźnie znaczne majątki, ale mogli teraz czerpać z nich tylko bardzo niewielki dochód. Król wyjednał dla nich u biskupa pozwolenie na sprzedaż majątków i po wielu trudnościach operacja ta się powiodła, przynosząc kilkaset tysięcy talarów. Ale prawdziwym bogactwem wniesionym do kraju przez wygnańców była ich praca, budząca współzawodnictwo rdzennych mieszkańców. Fryderyk Wilhelm umiał należycie docenić oddane przez nich usługi. Wybaczył im za to okazaną mu nieufność przy sprzedaży majątków i cierpliwie znosił ich skargi na ciężar podatków i na mnóstwo powinności, które spadły na nich natychmiast po upływie lat ulgowych. Ten człowiek był zdolny do cierpliwości, a nawet do łagodności, gdy szło o dobro państwa.
Przyzwyczaił z wolna przybyszów z Salzburga do myśli, że w Kanaanie, do którego ich wezwał, nic nie daje się darmo i że ziemia i władca żądają zapłaty za swą wspaniałomyślność: ziemia – potu czoła pracujących, a władca – części ich dochodu, ich pracy i w razie potrzeby ich krwi.
Po biskupstwie salzburskim najwięcej kolonistów dostarczyły Prusom w epoce Fryderyka Wilhelma Austria, Śląsk i Czechy. Jakiż jaskrawy kontrast w polityce religijnej między Austrią a Prusami w XVI i XVII wieku! Po krótkim wahaniu Habsburgowie spadają na podległe im kraje ze wszystkimi okropnościami kontrreformacji. Ferdynand II, za którego panowania zaczyna się wojna trzydziestoletnia, pozostawia swoim protestanckim poddanym do wyboru tylko wyrzeczenie się wiary albo wygnanie. Ferdynand III i Leopold, być może z jeszcze większą surowością, podążają tą samą zgubną drogą. Władcy ci ogłosili swoją zasadą: „Lepiej panować nad pustynią niż nad krajem zamieszkanym przez heretyków!” – i tak gorliwie się jej trzymali, że w końcu sami ze strachem cofnęli się przed dziełem swych rąk. Do 1636 roku Habsburgowie stracili tak wielu ludzi, że musieli w końcu pohamować swą gorliwość i zakazać emigracji. Ale lud nadal odchodził potajemnie, a potem, przy nowym przypływie ducha nietolerancji, protestanci zaczęli otwarcie korzystać z prawa emigracji, przyznanego im przez pokój westfalski. Wszystkie krainy monarchii habsburskiej srodze ucierpiały od tej polityki. Osiągnęła ona swe cele w arcyksięstwie, ale jakim kosztem! Niemal cała stara szlachta i stare mieszczaństwo wyemigrowały; znaczna część ludności Wiednia ustąpiła miejsca nowym przybyszom, a wiele niegdyś kwitnących miast handlowych, jak Freistadt, popadło w upadek, z którego nie było im już dane się podnieść. Ten sam widok na Śląsku! Od pokoju westfalskiego aż do chwili, gdy Fryderyk II zawładnął tą prowincją, emigracja w niej nie ustawała, a ponieważ naukę reformacyjną przyjęli głównie Niemcy, żywioł słowiański znów wziął górę w kraju, który zdążył był już w trzech czwartych się zniemczyć. W Czechach klęski były jeszcze straszniejsze i pociągnęły za sobą jeszcze poważniejsze następstwa.
Zostawszy w 1526 roku królami czeskimi, Habsburgowie od razu zaczęli prowadzić najbardziej nietaktowną politykę, jaką tylko można sobie wyobrazić. Wspomnienie Husa, który zginął na stosie, wokół którego stali na straży żołnierze cesarza niemieckiego, wciąż żyło w kraju; a od czasu strasznych wojen husyckich, mimo ustępstw religijnych poczynionych na rzecz utrakwistów, których tak nazywano, ponieważ przyjmowali komunię pod dwiema postaciami, w ludzie przetrwała paląca nienawiść narodowa i religijna do wszystkiego, co nosiło niemieckie imię.
Niemieckiego profesora, kupca, robotnika nienawidzono nie mniej niż Żyda. Czesi byli gorącymi orędownikami swoich narodowych tradycji, ze łzami wspominali los Słowian miśnieńskich, brandenburskich i pruskich, niegdyś wytępionych przez Niemców, a najskrytszym marzeniem każdego dobrego patrioty było „oczyścić na zawsze złote, najchrześcijańskie królestwo z niemieckiego plugastwa, które grozi, że je przepełni”.
Jednak kiedy Niemcy z kolei wydały własnego reformatora, którego naukę przyjęła większość mieszkających w Czechach Niemców i która zarazem poczyniła wielkie postępy wśród samych Czechów, wspólnota wierzeń, jak się zdawało, powinna była złagodzić wrogość plemienną. Gdyby Habsburgowie nie byli skazani przez jakieś fatum na służenie za narzędzie reakcji katolickiej, mogliby ku wielkiemu dobru Niemiec dokończyć dzieła tego pojednania. Ale kierowała nimi jedynie ślepa nienawiść do reformacji. Próbowali zbliżyć utrakwistów z katolikami i w tym celu zaczęli schlebiać czeskiemu patriotyzmowi: cesarz Maciej wydał w 1615 roku słynny dekret, którym z Czech jednocześnie wypędzano język niemiecki i luteranizm. Ten niesłychany jak na cesarza niemieckiego akt nie przyniósł korzyści temu, kto go podpisał: luteranizm już wcześniej zdążył poczynić ogromne postępy wśród Czechów i kiedy zaczęły się prześladowania, ich ofiarami padło tyle samo Czechów, co Niemców.
Nie możemy przedstawiać tu martyrologium Czech, wydanych przez Habsburgów w czasie wojny trzydziestoletniej i po niej na pastwę jezuitom, ale przytoczymy jedną liczbę, która sama przez się wymowniej mówi o klęskach, jakie wojna i nietolerancja wyrządziły Czechom, niż najdłuższe opowieści. Z czterech milionów ludność Czech spadła do 800 000! I dziś jeszcze znajdzie się w nich niemało miejsc, gdzie zaludnienie nie wróciło do liczby z 1620 roku, a herezji mimo to nie wytępiono. Niemało było Czechów, którzy wróciwszy z mszy, na której musieli stać z różańcem w rękach, szczelnie zamykali okna i drzwi i siadali do śpiewania hymnów protestanckich. Zakazana nauka przechodziła potajemnie z ojca na syna aż do dnia, kiedy spóźniony patent tolerancyjny, wydany przez Józefa II pod koniec XVIII wieku, pozwolił każdemu otwarcie wyznawać swą wiarę i pokazał, ile iskier tliło się jeszcze pod popiołem na pogorzelisku Czech.
Tymczasem wygnańcy rozeszli się różnymi drogami. Niemało ich musiało przybyć i do Brandenburgii, i do Prus jeszcze za Wielkiego Elektora i za Fryderyka I, ale dokładne wiadomości o tej nowej imigracji dotarły do nas dopiero z czasów Fryderyka Wilhelma I. Czesi nie przyszli wtedy wprost z Czech do Prus. Wcześniej zatrzymali się w najbliższym sąsiedztwie swej ojczyzny, w Saksonii, gdzie utworzyli duże kolonie, korzystając z gościnności, jaką elektorat saski okazywał luteranom. Ale wkrótce zebrało się ich tam zbyt wielu; przy tym ci z nich, którzy nie byli ścisłymi zwolennikami wyznania augsburskiego, obawiali się o wolność swego sumienia, zwłaszcza po przejściu elektorów saskich na katolicyzm. Kiedy rozeszła się wieść o przyjęciu, jakie król zgotował przesiedleńcom salzburskim, ośmiu Czechów z pastorem na czele udało się do Poczdamu i prosiło Fryderyka Wilhelma o audiencję.
Fryderyk Wilhelm przyjął ich od razu. Przedstawili mu najbardziej wzruszający obraz swych nieszczęść i gorąco błagali go o pomoc; a on tymczasem chodził tam i z powrotem po pokoju, ważąc, jak zwykle, wszystkie pro i contra. „Przysyłajcie ich – rzekł wreszcie – urządzę ich u siebie”. Byli już w drodze. Początkowo zebrało się ich tylko 500, ale potem grupa ta rozrosła się do kilku tysięcy dusz. Rząd saski natychmiast się zaniepokoił i zaprotestował. Ale Fryderyk sam już żałował zbyt pospiesznie podjętej decyzji. Nie wiedział dobrze, co to za lud ci Czesi, i od ludzi, którzy już drugi raz chcieli zmieniać miejsce zamieszkania, nie spodziewał się niczego dobrego. Miał jeszcze wiele kłopotów z salzburczykami i trochę się obawiał, by opinia publiczna Niemiec nie stanęła w końcu po stronie katolików, którzy nazywali go złodziejem poddanych.
Posłał komisarza na spotkanie nowych przybyszów – by ich obejrzał, a gdy ten zameldował, że byli to w większości skrajnie nędzni biedacy odziani w łachmany, wydał rozkaz, by nie przyjmować ich na granicy.
Nieszczęśni Czesi musieli się rozproszyć, ale i potem nie przestawali porozumiewać się z królem, mając nadzieję zmiękczyć jego serce. Wreszcie Fryderyk Wilhelm oznajmił im, że zgadza się dopuścić ich do swych posiadłości, ale pod warunkiem, że będą przekraczać granicę małymi grupami, nie zwracając niczyjej uwagi. Rozmieścił Czechów po wszystkich swoich prowincjach, ale w Berlinie pozwolił im utworzyć całą kolonię, w której liczono 2000 dusz. Nowi koloniści musieli najpierw dowieść swej przyzwoitości. Gdy przez trzy lata wzorowo się sprawowali i przykładnie pracowali, król zaczął okazywać im wielką troskliwość. Wybudowano dla nich w stolicy nową dzielnicę. Ulicę Wilhelmstrasse, przy której do dziś mieszkają potomkowie tych wygnańców, poszerzono dla nich. Każdy z nich – jak pisał jeden z tych nieszczęśników do przyjaciół, którzy zostali w Czechach – mógł spokojnie zarabiać i jeść swój kawałek chleba, radosnym sercem i ustami wysławiając Boga! Król zbudował dla Czechów przy Friedrichstrasse osobny kościół, nazwany Betlejemskim, na pamiątkę owego praskiego kościoła, w którym kapłanem był Jan Hus. Tak, Hohenzollernowie zawsze mieli takie szczęście: w rzeczywistości troszczyli się o to, by zebrać płatników podatków i żołnierzy do zaludnienia i obrony swych posiadłości, a wychodziło na to, że powierzają Prusom misję naprawiania wszelkich niesprawiedliwości i zapewniania wolności sumienia wszystkim prześladowanym.
Bilans kolonizacji za tych trzech władców
W tym historycznym szkicu kolonizacji Prus za Wielkiego Elektora, Fryderyka I i Fryderyka Wilhelma I uwzględnialiśmy tylko przesiedleńców, którzy szli dużymi grupami. Ich spis prowadzono na granicy; oficjalna liczba sięga 53 000; ale trzeba do tego dodać jeszcze mnóstwo kolonistów, którzy znaleźli przytułek w posiadłościach Hohenzollernów przed pokojem westfalskim, jak również tych, którzy przybyli tam po tym pokoju bądź pojedynczo, bądź niewielkimi grupami.
Jeśli wziąć pod uwagę, że na kolonistów żyjących w zdrowym i żyznym kraju i korzystających w porównaniu z rdzenną ludnością z dużych przywilejów musiała przypadać znaczna część corocznego przyrostu ludności, to w rezultacie okaże się, że w 1740 roku, po śmierci Fryderyka Wilhelma, 600 000 poddanych króla pruskiego stanowili cudzoziemscy przybysze i ich dzieci; a król pruski miał wówczas w sumie 2 400 000 poddanych.
Wiele wniosków ciśnie się tu pod pióro, ale lepiej z nimi poczekać, dopóki nie zapoznamy się z historią kolonizacji za panowania Fryderyka II, który szedł tą samą drogą co jego poprzednicy, tylko śmielszymi i większymi krokami. Jednak już teraz dzieje monarchii pruskiej ukazują się nam w nowym świetle i wyraźnie widzimy przynajmniej jedną z przyczyn niezwykłych sukcesów tego państwa, które, zaczynając od bardzo niewiele, wkrótce wzniosło się do rangi wielkiego mocarstwa na przekór Francji i Austrii, dyktującym wówczas samowładnie prawa na kontynencie. Błędy, które popełniały oba te kraje, wszystkie co do jednego wychodziły na korzyść ich przyszłej rywalki. Jakże pouczające jest porównanie polityki religijnej Prus i Austrii! A ile nieocenionych usług oddał Wielkiemu Elektorowi Ludwik XIV! I jakiż kontrast między królem-sierżantem a Ludwikiem XV! W tym samym 1732 roku, kiedy Fryderyk Wilhelm zatrzymał w drodze do Prus salzburskich wygnańców, by nauczyć ich nowego psalmu, dwór francuski był zajęty kwestią, czy pani de Mailly uda się zostać uznaną faworytą króla. Arcybiskup Embrun Guérin de Tencin, jawny krzywoprzysięzca i symoniak, oraz biskup Laon La Fare, o którym Barbier mówi, że „uchodziłby za zawadiakę wśród muszkieterów”, grzmieli przeciw jansenistom. Parlament bronił praw władzy świeckiej przed roszczeniami biskupów i papieża na przekór królowi, który zaczął od środków skrajnej surowości wobec niego, a skończył kapitulacją. A cały Paryż biegał na cmentarz przy kościele Św. Medarda patrzeć, jak na grobie pewnego diakona-wizjonera paralitycy odzyskiwali władzę w rękach i nogach.
Nie należy odwracać się od tych wspomnień, jakkolwiek byłyby dla nas smutne. Kto chce zrozumieć dalszy bieg wydarzeń, wszystkie cuda rządów Fryderyka II i całą hańbę panowania Ludwika XV, ten musi jasno wyobrazić sobie Fryderyka Wilhelma, ubranego jak robotnik i całkowicie pochłoniętego budowaniem państwa pruskiego w czasie, gdy rozpustne paryskie towarzystwo, wystrojone w jedwab i aksamit, żartem szykowało się do wyprawienia stypy po odwiecznym porządku, z którym, na szczęście, los naszego kraju wcale nie był nierozerwalnie związany.
Fryderyk Wielki
Kolonizacja jako dziedzina administracji
Panowanie Fryderyka Wielkiego otwiera nowy okres w dziejach władców-kolonizatorów Prus. Istotnie, podczas gdy Wielki Elektor, Fryderyk I i Fryderyk Wilhelm I dla pozyskania nowych poddanych korzystali jedynie ze szczęśliwego zbiegu okoliczności zewnętrznych, Fryderyk II organizuje regularną imigrację do swego państwa według z góry ułożonego planu. Uczeń szkoły fizjokratów, która miała w XVII stuleciu tylu sławnych zwolenników, uznaje, że „chłopi są ojcami-żywicielami społeczeństwa”, i aby zwiększyć ich liczbę w swoich prowincjach, nie szczędzi wysiłków od pierwszego dnia panowania do ostatniej chwili życia. Za niego kolonizacja staje się przedsięwzięciem czysto gospodarczym. Jego poprzednicy grali na gorliwości religijnej – on uważa to za zupełnie zbędne. W jego listach, notatkach i uwagach na marginesach pism nie znajdzie się ani jednej biblijnej metafory. Jego państwo nie jest już krainą obiecaną, lecz ziemią oddaną do eksploatacji, a ponieważ co do grosza wie, ile kosztuje go każdy kolonista, nigdy też nie rozprawia o szczególnej łasce Bożej dla królewskiego domu brandenburskiego. Oczywiście, jego poprzednicy niemało się natrudzili nad kolonizacją monarchii, ale i jemu pozostało jeszcze wiele do zrobienia. W chwili wstąpienia Fryderyka na tron jego państwo obejmowało 2145 mil kwadratowych i liczyło około 2 500 000 dusz ludności. Tymczasem dziś w samej Brandenburgii, której powierzchnia wynosi zaledwie 734 mile kwadratowe, żyje 2 900 000 ludzi. Wiele więc luk pozostawało do wypełnienia w starych prowincjach, a niemało okazało się ich i w nowych – na Śląsku i w Prusach Wschodnich, zdobytych przez Fryderyka. Ich ludność była tak rzadka, a żywioł słowiański w niej tak silny, że trzeba było wprowadzić w ich żyły wiele krwi germańskiej. Do tego trzeba jeszcze dodać wojnę o sukcesję austriacką i wojnę siedmioletnią, które zabrały królowi tak wielu poddanych. Idąc w poprzek pracy Fryderyka i niszcząc jej owoce, zmusiły go one do podwojenia wysiłków, by zatrzeć ślady wyrządzonych przez nie klęsk i doprowadzić do końca dzieło rozpoczęte przez jego przodków.
Fryderyk postanowił uczynić kolonizację taką samą odrębną dziedziną pruskiej administracji jak pobór podatków czy pobór do pospolitego ruszenia.
Kamery poszczególnych prowincji, będące urzędami administracyjnymi o charakterze kolegialnym, miały zebrać dokładne wiadomości o potrzebach swoich krain, sporządzić wykazy pustych domów i porzuconych działek ziemi, określić liczbę kolonistów, którzy mogliby znaleźć miejsce w ich okręgach, i metodycznie wpisać wszystkie te dane w rubryki osobnych szczegółowych tabel. Wzór tych tabel opracował sam król i starannie je studiował, jak w ogóle trzymał te kamery prowincjonalne pod nieustannym nadzorem. Ślady jego osobistej ingerencji spotyka się na każdym kroku: ileż obietnic podpisano jego imieniem, ale ileż i gróźb! Trzeba było pobudzać gorliwość urzędników. I tak już byli zawaleni sprawami biurokratycznej administracji, a teraz musieli jeszcze wyszukiwać przesiedleńców, czuwać nad ich przemieszczaniem się, osadzać ich w miejscu zamieszkania i na dodatek wynajdywać środki na pokrycie tych nowych wydatków, gdyż król, nie odmawiając pomocy przesiedleńcom i często udzielając nawet bardzo hojnych pożyczek, przyjmował jednak za ogólną zasadę, że koszty kolonizacji powinny obciążać te same prowincje, które w przyszłości na niej zyskają. Niemało próśb o pieniądze odrzucił bezlitośnie. „Nie mam ani grosza” – pisze na marginesach podań; albo: „Jestem biedny jak Hiob”; a jeszcze: „Jestem dziś jakiś przygłuchy i nie mogę dobrze zrozumieć, o czym mówicie”. A przecież żądał dokładnego i niezłomnego wykonywania swoich poleceń. Niestrudzona działalność tego nowatora wprawiała w zakłopotanie jego urzędników, przywykłych do sztywnej rutyny. Ponieważ wszystko nowe wydawało im się zgubą, ci starzy urzędnicy często pozwalali sobie występować z najuniżeńszymi przedstawieniami, w których słowa „bezużyteczne” i „niemożliwe” pojawiały się na każdym kroku. Fryderyk tego nie znosił. Ostrymi uwagami i nieubłaganą wymagalnością udało mu się wreszcie złamać wszelki jawny i ukryty opór. Ale trzeba posłuchać, z jakim oburzeniem król mówi o upartych: nie znajduje na nich dość mocnych słów; nazywa ich złymi i bezsumiennymi ludźmi; oskarża ich o to, że weszli między sobą „w piekielną zmowę, by uciskać przesiedleńców wezwanych przez jego patriotyczną troskę”; nakazuje im natychmiast zmienić swe „haniebne, bezbożne i szkodliwe dla kraju postępowanie”.
Kiedy taki władca jak Fryderyk zaczyna mówić podobnym językiem, nie pozostaje nic innego, jak być posłusznym. Tak też uczyniono – i ci, którzy w głębi duszy złorzeczyli królewskim rozkazom, nierzadko otrzymywali nagany za nadmierną gorliwość w ich wykonywaniu.
Sami przesiedleńcy przysparzali królowi niemało kłopotów. Nie byli to dawni stateczni i pobożni protestanci, którzy ponad wszystko stawiali swe sumienie i w imię posłuszeństwa Bogu natychmiast stawali się posłusznymi sługami króla. Kamery prowincjonalne nie bez podstaw skarżyły się, że wśród kolonistów trafiało się niemało hochsztaplerów, uciekających się do wszelkich szalbierstw, by obłowić się kosztem dobrych intencji swego nowego władcy. Jedni sprytnie wyłudzali po dwa razy pieniądze na koszty podróży, inni po kilka razy wyjeżdżali z Prus i znów do nich wracali dla premii przesiedleńczej. Wielu naiwnie sądziło, że królowi wystarcza ich obecność i że niczego od nich nie zażąda – chyba że dzieci. „Zboże dojrzało – mówili inspektorom – kto je będzie żął?” Nadymali się i kiedy byli niezadowoleni, grozili odejściem, składając, że tak powiem, dymisję z kolonistów. Pewnego razu jeden z nich, mimo wszystkich danych mu ulg, miał czelność powiedzieć królowi w twarz, że zamierza odejść z całą rodziną gdzieś, gdzie ludziom lepiej się żyje. „I bardzo dobrze zrobisz, przyjacielu – odpowiedział mu Fryderyk. – Gdybym znał jakieś miejsce, gdzie byłoby mi lepiej, sam bym tam poszedł”. Jednak ucieczki osadników doprowadzały go do furii; ale przypisywał je kamerom prowincjonalnym. Na próżno starały się mu one wpoić, że uciekają wszyscy pijacy, których przyjemnie się pozbyć: wychodził z siebie, nakazywał podwoić surowość i robił przeglądy dwa razy w tygodniu. Zaproponowano mu, by zobowiązać osadników przysięgą. „Nie ma potrzeby – odpowiedział – mnożyć przysiąg: i bez tego dość się ich łamie”. Aby zapobiec tym ucieczkom, sięgnął po środek pewniejszy – zobowiązał władze lokalne do zwrotu sum wydanych na zbiegów. Kiedy skarżono mu się na charakter tych przybyszów, nie spierał się, zauważając, że „często pierwsze pokolenie do niczego się nie nadaje”. Pracował dla przyszłości i chciał, by inni także uzbroili się w cierpliwość w oczekiwaniu na dzień, w którym pruska dyscyplina zrobi swoje.
Agenci pruscy za granicą
Aby ułatwić kamerom prowincjonalnym werbunek kolonistów, Fryderyk ustanowił dwie specjalne agencje: jedną we Frankfurcie nad Menem – dla Niemiec Południowych, drugą w Hamburgu – dla Północnych. Tej ostatniej polecono zatrzymywać emigrantów zmierzających do Ameryki. Obie agencje drukowały ogłoszenia w gazetach, a tam, gdzie te ogłoszenia były zakazane, wysyłały specjalnych pracowników dla tajnej propagandy. Werbownicy otrzymywali wynagrodzenie „od głowy”: za nieżonatego robotnika-majstra płacono trzy talary, za żonatego – pięć. Ten proceder miał swój gorący okres i swoją martwą porę. „Przyszła wiosna – pisze do Fryderyka jego frankfurcki agent – teraz najlepszy czas szukać kolonistów”. Ale najpomyślniej szły sprawy, gdy jakieś nieszczęście spadało na sąsiednie kraje. Fryderyk ani razu nie przepuścił okazji, by z tego skorzystać. Wystarczy, że w samym środku XVIII wieku znów odżyją prześladowania religijne – jak to było w Saksonii i w Austrii, gdzie w 1752 roku heretyków znów wtrąca się do więzień i skazuje na wygnanie, albo w Polsce, gdzie wychowana przez jezuitów szlachta dodaje jeszcze nietolerancję do całej tej masy zła, od którego kraj ten szykował się zginąć – a król pruski natychmiast zwraca się z oficjalnymi przedstawieniami do rządów i z oficjalnymi – do prześladowanych. Nie ma takiej drobnostki, którą by zlekceważył, gdy szło o przyciągnięcie osadników. Tak w 1742 roku z Głogowa donoszą Fryderykowi, że „teraz bardzo wygodnie jest obrócić na korzyść Śląska prześladowania, od których cierpią sąsiednie kraje”. Król musi tylko rozkazać zbudować w dwóch wsiach na granicach Polski i Czech dwa kościoły protestanckie, gdzie nabożeństwo odprawiano by po polsku i po czesku; przyciągnie to wielu przesiedleńców, a ponadto w każdą niedzielę przychodzić tam będzie około 7000 ludzi, którzy będą tam pić piwo i wódkę i zostawiać w kraju swoje pieniądze. Kościoły będą tanie; można je zbudować jak najprościej i „nie ma nawet potrzeby zawieszać drzwi”. Jakże widać w tych szczegółach subtelną oszczędność małego gospodarstwa, które chce rozrosnąć się w wielkie!
Ale najlepszym środkiem przyciągania prześladowanych było kontynuowanie skutecznej polityki Hohenzollernów. Tak też Fryderyk uczynił. Jego tolerancja nie miała granic. W moim państwie, mówił, każdy może zbawiać swą duszę, jak mu się wydaje najlepiej.
Los dał mu nawet okazję udowodnić tę tolerancję w dość zdumiewający sposób. Większość przyjętych przez niego wygnańców była ofiarami jezuickiej gorliwości. Ale gdy sami jezuici pewnego pięknego dnia znaleźli się wygnani z państw katolickich, król bez wahania otworzył i przed nimi swe drzwi.
Ale nie tylko bicz prześladowań religijnych pomagał pracy agentów pruskich. W 1747 roku Czechy cierpią od strasznego głodu. Natychmiast donosi się o tym Fryderykowi. Jest do głębi duszy poruszony tym, „jaki okropny chleb jedzą ci biedni Czesi”, i wyraża nadzieję, że „jego poddani skorzystają z okoliczności i pomyślą o sposobach przyciągnięcia do siebie” niektórych z głodujących. W 1767 roku miasto Leszno po raz trzeci w ciągu jednego stulecia zostało zniszczone przez pożar. „Czy nie można by czegoś zrobić?” – piszą do Fryderyka. Król niezwłocznie wydaje po niemiecku i po polsku manifest, w którym po kilku słowach współczucia z powodu nieszczęścia, jakie spotkało biedne miasto, oznajmia o dochodzących do niego słuchach, że wiele ofiar tej klęski „wyraża chęć osiedlenia się na Śląsku”, i następnie, jak zwykle, wylicza czekające je przywileje. Złe rządy w Polsce, gdzie panuje anarchia, i w niektórych małych państwach niemieckich, jak Meklemburgia, gdzie władcy z nędznym budżetem rujnują się na naśladowanie dworu Ludwika XIV – wszystko służy Fryderykowi za pretekst do wabienia poddanych od sąsiadów. Jeden po drugim wszyscy się na niego skarżą. Elektor saski, który wiele musiał wycierpieć od Fryderyka, pisze do króla pruskiego, że jego „sposób postępowania zupełnie narusza zasady dobrego sąsiedztwa”, i wyraża nadzieję na rychłą zmianę na lepsze. Ale nadziei tej nie było dane się spełnić, gdyż agenci pruscy otrzymali tylko polecenie działać z większą ostrożnością. W jednym z listów do swego przedstawiciela przy dworze wiedeńskim Fryderyk sam kreśli ze wszystkimi szczegółami postępowanie, którego zręczny człowiek, wtajemniczony w plany swego władcy, powinien się trzymać w obcym kraju, by z powodzeniem wabić kolonistów i nie tracić przy tym zewnętrznych pozorów uczciwości. „Postara się pan puścić w obieg przesyłane panu przeze mnie edykty, ale ostrożnie, nie dając poznać po sobie udziału w tym. Jeśli pan się dowie, że jedna lub kilka rodzin niepozbawionych zamożności przejawia skłonność do przeniesienia się do naszego państwa, powinien pan podtrzymywać je w tym zamiarze. Jeśli przedstawią jakieś desiderata, proszę natychmiast przysłać mi szczegółowy raport o tym. Proszę być pewnym mej szczególnej życzliwości za pańskie trudy; ale proszę działać z największą ostrożnością i nie dawać najmniejszego powodu do zarzutu, że podburza pan poddanych do opuszczenia swego władcy”. Rady te wykonywano, jak się zdaje, z pełną dokładnością, tak że obcym rządom w żaden sposób nie udawało się wytropić werbowników Fryderyka. Mnożą one edykty karzące „zbrodniczą emigrację”. W niektórych z tych edyktów wyraźnie przebija wściekłość na „agentów i emisariuszy emigracyjnych”, których trzeba „chwytać za kark przy najmniejszym podejrzeniu i, zależnie od okoliczności, poddawać różnym ciężkim karom, aż po karę śmierci”. Ale nic nie pomagało.
Kiedy Fryderykowi zależało na dobrych stosunkach z którymś z sąsiadów, hamował na pewien czas gorliwość swych werbowników. Ale jeśli sąsiada nie trzeba było się obawiać albo nie było się czego po nim spodziewać, nie krępował się już niczym.
Jego postępowanie w Polsce było oburzające: odbierał temu nieszczęsnemu krajowi dosłownie wszystkich zręcznych i pracowitych robotników, jakich można było w nim znaleźć. Byli to w większości Niemcy, którzy skupili w swych rękach niemal cały przemysł wielkich miast. Agenci pruscy nie krępowali się przy tym wcale. „U mnie emigracja postawiona jest na szeroką skalę” – pisał jeden z nich do Fryderyka. Ale oto kilku magnatów postanowiło przeciwstawić się wyjazdowi przesiedleńców. Było to w kwietniu 1769 roku, kiedy Prusy pozostawały jeszcze w pokoju z Polską. Król jednak natychmiast wysłał tam trzy pułki. Ta mała armia, pod pretekstem odebrania partii koni na remont, dotarła do Poznania i wróciła z przesiedleńcami, wybiwszy i rozproszywszy garstkę Polaków, którzy próbowali przeszkodzić im w przejściu przez pewien most. W ten sposób Fryderykowi nie wystarczało, że klęski spadające na sąsiednie kraje wzbogacały Prusy, jak „dżuma wzbogaca czarny Acheron”. Kiedy ci złowieszczy sprzymierzeńcy długo nie przybywali z pomocą pruskiej propagandzie, nie wahał się przed zbrojną interwencją, bardzo przypominającą rozbój.
Rozmieszczenie kolonistów w poszczególnych prowincjach monarchii pruskiej
Osadników pozyskanych wszystkimi tymi środkami rozdzielono między różne prowincje monarchii pruskiej. Spośród starych prowincji Litwa i Prusy Wschodnie otrzymały ich co najmniej 15 000; prowincje magdeburska i halberstadzka – 20 000; Pomorze – również 20 000; Nowa Marchia – 24 000. Ale najhojniej obdzielono Brandenburgię – kraj, który Fryderyk miał przed oczami i który szczególnie kochał jako kolebkę swej monarchii; chciał nawet sam pisać jej historię. Zaraz po wstąpieniu na tron król kazał przeprowadzić staranne dochodzenia w kwestii, czy w Marchii nie zmalała liczba osad i czy nie zmniejszyły się ich rozmiary w porównaniu z okresem sprzed wojny trzydziestoletniej. Zażądał przedstawienia sobie szczegółowego raportu, do którego należało dołączyć uwagi co do tego, czy nie należy założyć szeregu nowych wsi i powiększyć starych. Doniesiono mu, że w Brandenburgii jest teraz więcej wsi niż dawniej, że wszystko idzie jak najlepiej, ale że można jeszcze znaleźć miejsce dla 111 rodzin po pięć dusz, czyli osiedlić 555 osób. Fryderyk całkowicie zgodził się z wnioskami raportu, podziękował autorom pracy i w latach 1740–1756 znalazł w Brandenburgii miejsce dla 50 000 kolonistów! Prawda, osuszono przy tym bagna i uzdrowiono wilgotne, ziejące febrą brzegi rzek; zaczęło się tam paść bydło, a chłopi zaczęli siać i żąć w takich miejscach, gdzie za ludzkiej pamięci nie postała noga ni człowieka, ni bydlęcia. Ludność miejska rozrosła się do ogromnych rozmiarów.
Tak Berlin, który za Wielkiego Elektora był nędzną mieściną liczącą 6000 mieszkańców, a w chwili wstąpienia na tron Fryderyka liczył ich jeszcze zaledwie 68 931, po 15 latach mieścił 100 336 dusz, czyli przybyło mu 32 000!
I oto pośród takiego dobrobytu wybuchła wojna siedmioletnia. Całe państwo pokryło się ruinami, a Brandenburgia srodze ucierpiała. Ale po co raz jeszcze opisywać spustoszenie tej prowincji? Spotkalibyśmy tu znowu te same okropne obrazy, które kreśliliśmy, mówiąc o wojnie trzydziestoletniej. Tak, niewielu krajom przyszło tyle się natrudzić i przetrwać tyle burz, co tym wielocierpiącym Prusom! Fryderyk chciał zdać sobie dokładnie sprawę z rozmiarów klęski, by do nich dostosować swe wysiłki; okazało się, że ludność zmniejszyła się o 66 840 osób. Wtedy zabrał się do dzieła i włożył w nie żelazną energię. Fryderyk ostro oznajmił tym, którzy ośmielali się czynić mu uwagi, że on wydaje rozkazy i nie przyjmuje rad; a tym, którzy ważyli się stawiać opór, odpowiadał, że doprowadzi swe dzieło do końca, choćby „ludzie wrzeszczeli przeciw niemu aż do końca świata”. I w 1778 roku zło zostało więcej niż naprawione. Ludność Brandenburgii wzrosła za samego panowania Fryderyka o 207 000 dusz. Trzeba przy tym oczywiście uwzględnić naturalny przyrost ludności dzięki urodzeniom i nie zapominać, że bardzo wielu cudzoziemców osiedliło się w Marchii, nie stając się kolonistami w ścisłym sensie słowa. Ale mimo wszystko, według najbardziej umiarkowanej oceny, liczba kolonistów sięgała 100 000.
Aby uzyskać jasne wyobrażenie o zdumiewającej działalności króla pruskiego, należałoby prześledzić we wszystkich drobiazgach historię kolonizacji każdej prowincji; ale narazilibyśmy się przy tym na niebezpieczeństwo zagubienia się w nieskończonym mnóstwie szczegółów. Niemniej nie możemy nie powiedzieć obszerniej o Śląsku, gdyż tu Fryderykowi chodziło nie tylko o zwiększenie liczby mieszkańców i podniesienie bogactwa społecznego w interesie armii i skarbu: stawiał sobie za zadanie przekształcenie tej nowej krainy, swego najważniejszego nabytku, w organiczną część państwa pruskiego.
Położony na północnym stoku Karpat, między Czechami a Polską, i podobnie jak one zasiedlony przez Słowian, Śląsk w średniowieczu był związany z obydwoma tymi państwami. W 1526 roku, gdy Habsburgowie zostali królami czeskimi, wszedł on również w skład posiadłości domu austriackiego. Jakże zmieniłby się los Niemiec, gdyby Austria, zamiast unosić się kosmopolityczną ambicją i walczyć o zdobycie posiadłości w Hiszpanii i we Włoszech, w Niderlandach i na Węgrzech, gmatwając przy tym swe stosunki i wyczerpując siły na tej zbyt rozległej arenie, po prostu postarała się umocnić swe panowanie nad Czechami i Śląskiem! Żywioł germański był już w tych krajach tak silny, że Austria mogłaby z takim samym powodzeniem przeprowadzić zniemczenie górnego biegu Łaby i Odry, z jakim margrabiowie brandenburscy przeprowadzili je w dolnym biegu tych niegdyś słowiańskich, a teraz niemieckich rzek. A gdyby Habsburgowie umocnili się trwale w całych południowo-wschodnich Niemczech, żadna siła nie mogłaby powstrzymać ich postępów na zachodzie. Prusy nie przeszkodziłyby im przyłączyć Bawarii, jak to uczyniły w 1779 roku, gdyż Prusy nie stałyby się wówczas wielkim mocarstwem.
Śląsk – ta austriacka awangarda w Dolnych Niemczech, oskrzydlająca Brandenburgię i wcinająca się swym północnym krańcem między Berlin a Poznań – uniemożliwiłby wszelką dalszą ekspansję monarchii pruskiej w kierunku wschodnim*.
Oto dlaczego Fryderyk w roku swego wstąpienia na tron, na pierwszą wieść o śmierci Karola VI, która otwierała kwestię sukcesji austriackiej, zerwał się z łóżka, do którego przykuwała go febra, i pozostawiwszy ministrom układanie stosownego do okoliczności dyplomatycznego kłamstwa, sam z całą armią rzucił się na Śląsk**. Zdobycie tej prowincji o powierzchni 600 mil kwadratowych z 1 200 000 mieszkańców, które powiększyło Prusy o całą jedną trzecią, było dziełem kilku miesięcy. W całej prowincji natychmiast zawrzała zdumiewająca działalność. Pierwszą troską Fryderyka było umocnienie się w swym nabytku. Zastał twierdze w zupełnej ruinie i w krótkim czasie uczynił je zdatnymi do obrony. Prowincja otrzymała osobnego gubernatora, podległego bezpośrednio królowi. Zręczna administracja finansowa podwyższyła podatki, nie budząc protestu, ponieważ były lepiej rozłożone. Poza tym pieniądze nie były teraz, jak dawniej, odsyłane do pałacu cesarskiego w Wiedniu, lecz pozostawały w kraju i szły na jego obronę i na wprowadzanie wszelkiego rodzaju ulepszeń. Z 3 300 000 tal. Fryderyk brał dla siebie tylko 17 000. Wyzwolenie umysłowe Śląska zaczęło się nazajutrz po podboju. Bele książek przywieziono do kraju, w którym wcześniej prawie nie było co czytać: tak długa była lista książek zakazanych przez cenzurę wiedeńską, która okazywała się surowsza od samej rzymskiej kongregacji sporządzającej Indeks. Mieszkańcy Śląska nie wierzyli własnym oczom, czytając broszury, które pozwalały sobie poddawać rozbiorowi, niekiedy bardzo śmiałemu, nawet poczynania ich nowego władcy. Spory religijne między dwoma wyznaniami, które stały tam naprzeciw siebie, były dość silne, a protestanci, którzy nacierpieli się ucisku, wyobrazili sobie, że teraz przyszła ich kolej. Ale Fryderyk nie dał skrzywdzić katolików. Zmniejszył zbyt dużą liczbę świąt, w które, według wyliczeń pewnego współczesnego, tracono 5 100 000 roboczodniówek. Ale pod wszystkimi innymi względami odnosił się do duchowieństwa katolickiego niezwykle uprzejmie, do tego stopnia, że pozostawił nawet biskupowi wrocławskiemu niesłychany w swym państwie przywilej bicia monety. Nie znosił najmniejszego zamachu na wolność sumienia.
Pewnego razu, akurat nazajutrz po bitwie pod Strzegomiem, gdy król przebywał w Kamiennej Górze, przyszło do niego 2000 chłopów i, otoczywszy go, prosili, by dał im tylko swoje najmiłościwsze pozwolenie na wybicie wszystkich katolików w okolicy.
Na króla-filozofa spłynęło wtedy nagłe natchnienie. „Miłujcie nieprzyjaciół waszych – zawołał – błogosławcie tym, którzy was przeklinają, odpłacajcie dobrem za zło, módlcie się za tych, którzy was krzywdzą i prześladują, jeśli chcecie być prawdziwymi synami Ojca mojego, który jest w niebie!” Chłopi, którzy w żaden sposób nie spodziewali się usłyszeć takiego odwołania do Kazania na Górze, wzięli sobie pouczenie do serca i cicho się rozeszli.
Tymczasem zaczęła się imigracja. Najpierw zjawiła się armia urzędników pruskich. Dozorcy celni, przeważnie starzy podoficerowie w stanie spoczynku, z wieczną fajką w zębach, zasiedli przy bramach miast i nie schodzili ze swego posterunku od rana do nocy, zadowalając się za to najnędzniejszą pensją. Poborcy podatków otworzyli swoje kantory, w których jedynym umeblowaniem była drewniana skrzynia, gdzie zamykali zebrane pieniądze i której strzegli jak oka w głowie. Surowi, sumienni, nieprzekupni, wpoili Ślązakom wysokie wyobrażenie o państwie, które miało tak gorliwe sługi. Wraz z urzędnikami zjawili się także żołnierze pruscy. Austria trzymała na Śląsku tylko 2000 ludzi; Fryderyk postawił 40 000. Ich oporządzenie, postawa, pruska dyscyplina, nieustanna gotowość do wymarszu – wszystko stanowiło jaskrawe przeciwieństwo garnizonowego rozprzężenia, które miejscowi przywykli oglądać u Austriaków, i mimowolnie nasuwało ludności porównania, wypadające nie na korzyść Austrii. Zaledwie Prusy objęły w posiadanie zdobytą krainę, a już nowi ich poddani poczuli, że stało się to na zawsze.
Potem nadeszła kolej kolonistów. W pierwszym roku po podboju Fryderyk odmówił zajmowania się kolonizacją. „Najpierw twierdze! – mówił. – Z jednego wołu dwóch skór się nie zdziera”. Król pruski miał bardzo poważne powody, by wstrzymywać się od podwójnych wydatków: po zdobyciu Śląska zostało mu w skarbcu ledwie 15 000 talarów. Ale gdy tylko pojawiły się u niego jakieś wolne środki, natychmiast przeznaczył je na urzeczywistnienie swej ulubionej myśli. Prowincja znajdowała się w opłakanym stanie. Wskutek zupełnej opieszałości administracji austriackiej w prowincji często spotykało się jeszcze ślady spustoszeń wyrządzonych sto lat wcześniej przez wojnę trzydziestoletnią. We wsiach widniały opuszczone gospodarstwa, a w miastach całe dzielnice pokryte były rozpadającymi się, okopconymi przez pożar domami. W roku podpisania pokoju drezdeńskiego*** dwa edykty królewskie wezwały tu kolonistów i wkrótce górskie wioski zaludniły się przędzarzami, którzy płukali w wodzie górskich potoków swoje płótna, a w dni targowe zapełniali place małych miasteczek, takich jak Jelenia Góra, Kamienna Góra czy Wałbrzych, przynosząc im dobrobyt. W latach 1759 i 1762 wydano nowe edykty specjalnie dla Śląska, które przyciągnęły tu całe tłumy osadników.
Tu, podobnie jak w Brandenburgii, dzieło przerwała wojna siedmioletnia. Ta zacięta wojna, która okryła Fryderyka taką chwałą, toczyła się głównie o Śląsk, po którego utracie nie mogła się pocieszyć królowa węgierska. Maria Teresa, jak wiadomo, do tego stopnia kochała Śląsk, że nie mogła bez łez patrzeć na Ślązaka! Fryderyk także kochał tę prowincję, ale było to nie sentymentalne przywiązanie, lecz namiętność skąpca, który zdobył bezcenny skarb i przez pewien czas drżał, by mu go nie wyrwano z rąk. Ledwie niebezpieczeństwo minęło, znów zabrał się do pracy. Będąc nagrodą dla zwycięzcy, Śląsk był też głównym teatrem wojny – innymi słowy, po wojnie nie można go było poznać. Przeciw tak poważnemu rozstrojowi Fryderyk uznał za konieczne sięgnąć i po silne lekarstwa. Sam udał się, by odwiedzić to, jak sam się wyraził, „zrodzone przez niego w chorobie dziecię”.
Nic nie mogło umknąć temu szerokiemu, a zarazem przenikliwie jasnemu królewskiemu spojrzeniu, które dążyło do przeniknięcia wszędzie i było obdarzone od natury darem chwytania wszystkiego. Król, że tak powiem, nosem wyczuwał jakość ziem z dokładnością, która przyniosłaby zaszczyt najbardziej doświadczonemu gospodarzowi.
Jego korespondencję z gubernatorem śląskim można wziąć za korespondencję ziemianina z jego rządcą. „Niech pan zobaczy – pisze pewnego razu – czy nie dałoby się gdzieś podjąć dużych robót, które przyniosłyby dobry dochód, jak na przykład osuszanie bagien... Jestem niemal pewien, że coś się znajdzie, np. w Opolu i jego okolicach”. – „Nie ma tu czego wziąć – odpowiada gubernator. – Gleba to torf, nie wyżywi się z niej żaden osadnik”. – „Proszę jednak nie tracić tego z oczu – odpiera król – i trzymać w zapasie potrzebną sumę pieniędzy”. W następnym roku – nowa bura dla gubernatora, nowe skargi tego ostatniego na złą glebę. „Niechże pan wreszcie raczy – pisze król – starannie zbadać glebę, zamiast mówić tak na wiatr, i zaprosi sobie do pomocy znających się na rzeczy ludzi”. Okazało się, że Fryderyk miał rację: skończyło się na tym, że ogromne przestrzenie nowych ziem na Śląsku poszły pod uprawę. Ale Fryderykowi nie wystarczało zaludnić same ziemie koronne: chciał, by i ziemianie zakładali nowe wsie w swych rozległych, źle uprawianych posiadłościach. Aby przezwyciężyć wszelki opór, sam zabrał się do propagowania swych idei. Wkładał w to wiele namiętności i chętnie wyobrażał sobie, że wszyscy się z nim zgadzają. Wystarczyła najmniejsza oznaka poparcia – a wierzył lub udawał, że wierzy, że jego zdanie triumfuje. Pewnego razu w Koźlu zaczął przekonywać hrabiego Posadowskiego o konieczności oddania osadnikom śląskich lasów pod karczunek. Hrabia, znany przeciwnik tego projektu, zachowywał roztropne milczenie, przerywając je z rzadka, wyłącznie z grzeczności i szacunku, nieśmiałym „tak”. Ale Fryderykowi niczego więcej nie było trzeba. Kilka dni później, zabrawszy się do przekonywania innego rozmówcy, powiedział mu, że odbył niedawno ciekawą rozmowę z Posadowskim, który teraz bezwarunkowo przeszedł na jego stronę. Kiedy przekazano to Posadowskiemu, bardzo się przestraszył, wiedząc z góry, że taki komplement nie ujdzie mu na sucho. I rzeczywiście, nie musiał długo czekać – wkrótce otrzymał oficjalne wezwanie, by „przedstawić raport o swoich dalszych projektach kolonizacji”.
Kto chciał przypodobać się królowi, ten budował na swojej ziemi wieś. „Nie mogę już służyć memu królowi jako żołnierz – pisze pewien stary szlachcic, przechodząc w stan spoczynku – ale chcę jako wasal dowieść mu swej gorliwości, albowiem jego wola będzie dla mnie aż do grobowej deski najświętszym z praw”. I zakłada kolonię. Sprowadzenie przesiedleńców było dla dzierżawcy ziem koronnych najlepszym sposobem uzyskania odnowienia korzystnego kontraktu, a kto musiał zapłacić skarbowi wysoką grzywnę, mógł się od niej uwolnić tą samą drogą. Jeśli ktoś miał ambitne pragnienie ozdobić swe nazwisko szumnym tytułem i przemienić się ze zwykłego śmiertelnika w „Pana Tajnego Radcę” – Fryderyk mówił mu: „Niech pan zbuduje wieś”. Wreszcie, gdy grunt w społeczeństwie był dobrze przygotowany, wydał słynny w kronikach Śląska edykt pod nazwą: „Najwyższa deklaracja, na mocy której mają zostać zbudowane nowe wsie w dogodnych miejscach, przy szerokiej pomocy w gotówce, której Jego Królewska Mość Najmiłościwiej raczył udzielić właścicielom ziemskim”.
„Taka jest Nasza Najmiłościwsza wola, by każdy z naszych wiernych wasali zbudował jedną lub kilka wsi na swojej ziemi, jeśli tylko jest w stanie to uczynić”.
Tak zaczyna się edykt, a żeby samemu osądzić, czy wierni wasale są „w stanie” go słuchać, król żądał informacji o rozmiarach i położeniu lasów, które mogli wykarczować tylko koloniści, o znajdujących się tam polanach, o bagnach, które można osuszyć za pomocą rowów, o stawach, o polach pozostających bez uprawy z powodu oddalenia od folwarków. Ustalał najmniejszy rozmiar działki, jaki mieli wydzielać nowym wsiom właściciele ziemscy pragnący otrzymać pożyczkę ze skarbu, dawał plan domów i wskazywał materiał budowlany. Określał udział państwa w kosztach zagospodarowania, ogłaszał wszystkich kolonistów osobiście wolnymi, polecał zatroszczyć się „o naukę szkolną, która jest tak potrzebna”, i mieć osobne pomieszczenie dla „dobrych nauczycieli szkolnych”. Wreszcie żądał natychmiastowego przystąpienia do dzieła, tak by w następnym roku była już gotowa „przyzwoita liczba wsi”. Edykt zdziałał cuda. Władze lokalne tak zabrały się do jego przeciwników, że ci musieli się poddać. Król ze swej strony nie szczędził ani pieniędzy, ani łask. Po kilka razy w roku przysyłano mu sprawozdania o zakładaniu nowych osad. Chwalił, gratulował, ale zarazem przypominał, że to jeszcze nie dość. Pod koniec swego panowania z dumą ujrzał, że dzięki niemu prowincja Śląsk zyskała 60 000 nowych mieszkańców.
Nie mniejszą troskliwość okazywał także Prusom Zachodnim. Jak wiadomo, kraina ta wraz z biskupstwem warmińskim i Obwodem Nadnoteckim przypadła Fryderykowi przy pierwszym rozbiorze Polski. Gdy nadeszła chwila urzeczywistnienia tego jego dawnego marzenia, Fryderyk był już w pełnej gotowości: bez hałasu zajął te ziemie, a zuchwały zabór nie kosztował ani kropli krwi. Trzydzieści lat przeleciało nad głową Fryderyka od czasu, gdy zdobył Śląsk, ale jego zapał i nieustraszoność wobec najtrudniejszych przedsięwzięć pozostały te same. Sam pojechał obejrzeć ten przypadły mu „kawałek anarchii”, jak się cynicznie wyraził. Nie można nie przyznać, że zastał go rzeczywiście w okropnym stanie. Kraj znajduje się w zupełnym zapuszczeniu – mówi się w oficjalnym raporcie o Obwodzie Nadnoteckim – bydło liche i zwyrodniałe, narzędzia rolnicze najbardziej prymitywne: nie zna się tu nawet żelaznego pługa. Pola wyjałowione, zarośnięte chwastami i pokryte kamieniami; łąki zabagnione, lasy wycięte. Twierdze i większość wsi i miast w ruinach. Domy są takie, że trudno uwierzyć, jak mogli w nich żyć ludzie: to nędzne lepianki z błota i słomy, zbudowane na prymitywną modłę prymitywnymi środkami. Niekończące się wojny, pożary, epidemie i odrażające rządy zrujnowały ten kraj i zabiły w nim wszelką ochotę do pracy. Stan chłopski zniszczony do cna, mieszczańskiego nie ma wcale. Bagna i zarośla zajmują miejsca, na których dawniej (w epoce zakonu krzyżackiego), sądząc po niemieckich cmentarzach, żyła liczna ludność. Ponure barwy tego obrazu nie są przesadzone. Nie ulega wątpliwości, że co najmniej czwarta część ziem tej prowincji pozostawała nieuprawiana, a jej miasta nie były warte niejednej wsi: w Bydgoszczy, gdzie dziś jest 30 000 mieszkańców, wówczas ledwie ich się zbierało 800.
Aby podźwignąć ten nędzny kraj, Fryderyk od razu puścił w ruch wszystkie środki – tak materialne, jak i moralne: zniesienie poddaństwa, ogłoszenie równości wszystkich wobec prawa, nadanie wolności sumienia, zakładanie szkół, a zarazem pomoc pieniężną dla miast, nieoprocentowane pożyczki dla zubożałych szlachciców-ziemian, hodowlę koni dessauskich i kóz hiszpańskich, wreszcie darmowe rozdawnictwo nasion.
Cały kraj podzielono na niewielkie okręgi, z których każdy miał swego naczelnika, swój sąd, swoją pocztę, swoją organizację medyczną. Nie było miasta, w którym choćby jedna dzielnica nie podniosła się z ruin. Wszędzie pracowały pług i kilof, wszędzie trwały budowy. Rok później Fryderyk pisze do Woltera: „Zniosłem niewolę, uchyliłem barbarzyńskie prawa i ustanowiłem na ich miejsce rozumne; otworzyłem kanał, który łączy Wisłę, Noteć, Wartę, Odrę i Łabę; odbudowałem miasta, które leżały w ruinach od czasu dżumy 1704 roku; osuszyłem 20 000 mil kwadratowych bagien; zaprowadziłem w kraju policję, o której nie słyszano tam nawet ze słyszenia”. Kanał, o którym tu mowa, zbudowano z niewiarygodną szybkością: ukończono go w 16 miesięcy dzięki temu, że 6000 robotników pracowało nad nim dniem i nocą, i że Fryderyk nie poskąpił na niego 740 000 talarów. Latem 1773 roku Fryderyk mógł już z radością patrzeć, jak statki załadowane na Odrze spływały Wisłą. Jednocześnie ponosił ogromne nakłady na ochronę kraju przed plagą okresowych powodzi. A koloniści już ściągali tu ze wszystkich stron. Kamera prowincjonalna otrzymała najdokładniejsze instrukcje. „Quod bene notandum” – napisano na marginesie jednego z rozkazów. – „Wszystko to ma być wykonane dosłownie albo biada kamerze! Moje rozkazy mają być wykonywane co do joty i natychmiast”. Tak też je wykonywano. Byłoby nużące wyliczać, co zrobiono dla każdego miasta. Weźmy dla przykładu samo Chełmno. Kiedy to nieszczęsne miasto przypadło Prusakom, stały w nim jeszcze całe stare mury i stare kościoły, ale z wielu domów zostały tylko ziejące po bokach ulic piwnice, w których gnieździła się nieszczęsna biedota. Z 40 domów na Rynku 28 nie miało ani okien, ani dachów. Fryderyk zaczął sypać pieniędzmi: dał 2635 tal. na bruki, 36 884 – na 25 zakładów przemysłowych, 5106 – na naprawę domów, 3839 – na budynki publiczne, 80 343 – na budownictwo prywatne, 11 749 – na kościół i szkołę, 73 223 – na zagospodarowanie nowych osadników, szewców, krawców, ogrodników, murarzy, cieśli, sukienników, kupców itd. Kiedy cały ten lud się urządził i wszystkie te budynki stanęły, Fryderyk mógł z dumą powiedzieć, że zbudował nowe miasto. A kiedy tę samą pracę ukończono w całym kraju, mógł równie dumnie powiedzieć, że stworzył nową prowincję.
* Należy zauważyć, że w kwestii sukcesji bawarskiej, podobnie jak w wielu innych decydujących momentach swego życia, Prusy bardzo wiele zawdzięczały pomocy Rosji. Dopiero groźba Katarzyny II, że wyśle wojska rosyjskie na pomoc pruskim, zmusiła Austrię do rezygnacji z roszczeń do Bawarii i do zawarcia niekorzystnego dla siebie pokoju cieszyńskiego (13 maja 1779 r.). (Przypis tłumacza).
** W grudniu 1740 roku. Fryderyk II nie tylko w żaden sposób nie umotywował swego napadu na Śląsk, ale uznał nawet za możliwe przekroczyć jego granicę bez wypowiedzenia wojny Austrii. (Przypis tłumacza).
*** 25 grudnia 1745 r.
Bilans kolonizacji przed śmiercią Fryderyka II
Pochodzenie kolonistów. Grecy i Cyganie. Zespolenie z narodem. Skutki polityczne
W ogólnym rachunku za swego czterdziestosześcioletniego panowania Fryderyk II wprowadził do monarchii pruskiej 300 000 nowych poddanych. Rozmieścił ich w starych miastach, dziewięciuset nowych wsiach i kilku tysiącach specjalnie w tym celu założonych osad. Jeśli przypomnieć wyniki działalności jego poprzedników i dodać je do rezultatów działalności Fryderyka, okaże się, że w 1786 roku prawie jedną trzecią ludności pruskiej stanowili koloniści, którzy osiedlili się w Prusach od czasów Wielkiego Elektora. Podobnego faktu nie można znaleźć w dziejach żadnego innego z nowożytnych państw.
Wiemy już, skąd przybyli za poprzedników Fryderyka ci wędrowcy szukający nowej ojczyzny. Za panowania Fryderyka najwięcej ich dostarczyły Niemcy, a w Niemczech – Saksonia, Wirtembergia, Palatynat i Austria. Poza Niemcami werbownicy pruscy najbardziej eksploatowali Polskę. Ale nie znajdzie się ani jednego kraju na świecie, który nie byłby reprezentowany wśród kolonistów zgromadzonych przez Fryderyka.
Wśród osadników śląskich znajdujemy Francuzów, co prawda w bardzo niewielkiej liczbie. Niemal we wszystkich miastach były włoskie sklepy z towarami „galanteryjnymi” i jadalnymi „delikatesami”, gdzie poczesne miejsce zajmowały różnego rodzaju kiełbasy i szynki. Fryderyk chciał przyciągnąć na swe ziemie także Greków, by za ich pośrednictwem nawiązać stosunki handlowe z Południem i Wschodem. Polecił swemu agentowi w Wenecji obiecać Grekom najbardziej kuszące warunki, jeśli zgodzą się pojechać do Prus. Agent ten nawiązał kontakty z pewnym greckim duchownym, niejakim Teokletem, który uroczyście tytułował się tak: Orientalis ecclesiae Graecae humilis praelatus, abbas infutatus et chorepiscopus Poliadiae et Bandorum in Macedonia, etc. Rezultaty jednak okazały się niezbyt świetne: na Śląsk przybyło ledwie kilku Konstantynów i Demetriuszów. Najbardziej zdumiewającymi gośćmi monarchii pruskiej byli oczywiście Cyganie. Fryderyk chciał przywiązać do ziemi swego państwa nawet tych dziwnych przybyszów ze Wschodu, którzy wiedli dalej koczowniczy żywot dawnych czasów, błąkali się ogromnymi gromadami po Prusach Wschodnich i po Litwie i budzili wśród mieszkańców nienawiść zmieszaną ze strachem. Fryderyk I gromił ich groźnymi edyktami. Kazał postawić na granicy szubienice z napisem: „Kara dla cygańskiej hołoty, mężczyzn i kobiet” – i na wieść o pojawieniu się ich taborów zwoływać dzwonem na trwogę milicję. Ale Cyganie nadal się pojawiali, korzystając ze strachu, jaki budziła w pruskich władzach ich reputacja czarowników. Fryderyk II początkowo ponowił był przeciw nim groźby swego ojca, ale w końcu postanowił spróbować, czy nie da się zrobić czegoś pożytecznego z tych włóczęgów. Zaczął wykorzystywać ich jako szpiegów dla armii, kazał im zbierać szmaty dla swoich papierni i założył wreszcie w różnych miejscach kilka osobnych kolonii cygańskich, których mieszkańcy do dziś zachowali swój typ, obyczaje kuglarzy i wędrownych muzykantów oraz skłonność do kradzieży, szczególnie silnie dającą o sobie znać u kobiet, ofiar odwiecznego atawizmu.
W ten sposób ludność pruska w czasach Fryderyka stanowiła cierpliwie i umiejętnie ułożoną mozaikę. Jej części składowe są jeszcze i dziś widoczne, choć czas zatarł i nieco pomieszał barwy. Tak spośród głównych grup przesiedleńców w Prusach Wschodnich łatwo odróżniamy po pewnych osobliwościach języka i ubioru, po wspomnieniach ludowych, po pieśniach i baśniach potomków przybyszów z Salzburga. W Prusach Zachodnich od razu rzucają się w oczy wezwani przez Fryderyka II Szwabowie; ich czarne włosy, ciemne oczy i smukła budowa ostro odcinają się od jasnoblond głów, niebieskich oczu i tęgości rodowitych mieszkańców Północy, którzy daleko im ustępują zarówno w przedsiębiorczości, jak i w zdolności do wytężonej pracy. Niemal wszyscy ci Szwabowie przyszli do swej nowej ojczyzny jako biedacy. Skuszeni edyktami Fryderyka, które jego agenci odczytywali im w cieniu wiejskich lip albo w karczmach, zabrali swój dobytek i ruszyli w drogę. Bogaci jechali na wozach wypchanych wszystkim, co tylko dało się zabrać, poczynając od sprzętów domowych, a kończąc na tobołach niepotrzebnych rupieci, i pędzili przed sobą swoje nędzne stada świń i gęsi; ale większość niosła cały swój majątek na końcu kija. Niemal wszyscy byli rzemieślnikami. Mimo to po przybyciu do Prus nadano im ziemię i bez gadania przemienili się w rolników. Niejeden szedł, by pracować jako murarz, a teraz w fartuchu swego cechu wychodził obsiewać pole. Za pługiem można było zobaczyć młode kobiety, które dzielnie stawały na miejscu swoich mężów zmarłych w drodze.
W rękach tych niestrudzonych i aż do skąpstwa oszczędnych pracowników ziemia wzrosła pięciokrotnie w swej wartości.
Ich potomkowie zachowali w sobie piętno charakteru narodowego: są amatorami rubasznych drwin, lubią zażartować z sąsiada, nie bacząc na to, że może się rozgniewać, i, jak to bywało dawniej w Niemczech Południowych, ich wioski wymieniają między sobą płaskie docinki. Mówi się, że ich kobiety łatwo ulegają pokusie – to także uważa się za echo szwabskiego pochodzenia. Przesądy tych dzieci przesiedleńców są wciąż te same co w Szwabii, skąd ich ojcowie przywieźli ze sobą księgi magiczne lub prorocze, jak słynny zbiór „Albert Wielki, czyli Sympatyczne i naturalne sekrety egipskie, dokładnie zachowane, sprawdzone i zatwierdzone dla zwierząt i ludzi”. Szwabska gwara ludowa pozostała ich ojczystą mową. W niej ułożone są te swobodne piosenki, które śpiewają w niektóre święta na łączkach do tańca albo pod oknami swoich ukochanych. Nauczyciele ludowi oburzają się na „ten okropny język”, na to Schwoabsch, jak mówią, przedrzeźniając grubą wymowę Wirtemberczyków. Ale dzieci przesiedleńców pozostają mu wierne i jeśli muszą coś sobie powiedzieć w sekrecie przy obcych, śmiało mówią to na głos w swej starej gwarze: sami nauczyciele ludowi nic z niej nie rozumieją.
Tuż pod Berlinem leży pewna wioska, stanowiąca dla historyka niezwykle ciekawy przedmiot obserwacji. W tej wsi, zwanej Rixdorf, jest do siedmiu tysięcy mieszkańców: część jej zamieszkują Niemcy, druga część – Czesi. Czesi dzielą się na kilka gmin religijnych: kalwinistów, luteranów i braci czeskich, którzy stanowią ostatnie pozostałości husytów*. Po długich prześladowaniach i tułaczce, znalazłszy wreszcie przytułek na gościnnej ziemi Brandenburgii, zachowali do dziś tak żywe wspomnienie swej dawnej ojczyzny, jak gdyby dopiero wczoraj stamtąd przybyli. Żyją zamknięci w sobie, tworząc rodzaj małej republiki o bardzo surowych prawach obyczajowych. Wszelkie rozrywki, tańce, a nawet gra w karty są zakazane. Wobec winowajców ustanowiono cały szereg środków karnych – upomnienie pastora, wezwanie przed zgromadzenie „starszych”, żądanie poprawy, czasowe odsunięcie od komunii i wreszcie całkowite wykluczenie ze wspólnoty. Bracia czescy mówią po niemiecku, a ich kaznodzieje, na mocy edyktów królewskich, muszą w kościele posługiwać się tym właśnie językiem. Ale bracia nie zapomnieli czeskiego: mówią nim w domu i uczą go w szkołach. Biblię czytają po czesku; psalmy są pisane i śpiewane w obu językach, a w noc wigilijną po niemieckiej modlitwie nagle rozbrzmiewa čas radosti – czeski hymn o trzech zwrotkach ze starodawną, oryginalną, porywającą melodią, która głęboko wstrząsa duszami obecnych. Bracia czescy długo nie mogli dojść do zgody ani z gminą kalwińską, ani z luterańską, które także źle żyły ze sobą. Te trzy siostry-wygnanki żywiły do siebie bynajmniej nie siostrzane uczucia; w swych niekończących się kłótniach nie szczędziły sobie obelg i porównań z rozmaitymi bestiami apokaliptycznymi. Ale mimo wszystko musiały się pogodzić: kalwiniści i luteranie mają wciąż różne kościoły, ale szkołę wspólną. Nie są tak surowi i fanatyczni jak bracia czescy i nie zachowali tak silnie piętna swego pochodzenia. Jednak i oni nie zapomnieli swego języka.
W Rixdorfie Czesi na pożegnanie mówią „Z panem bohem” zamiast niemieckiego „adié”, a wieczorem, zależnie od tego, którymi ulicami się spaceruje, słyszy się to „gute Nacht”, to „dobrá noc”.
Język francuski nie miał tyle szczęścia co szwabski i czeski – wyszedł z użycia. Jeśli są jeszcze kościoły, w których – jak na przykład w Berlinie – kazanie głosi się po francusku, to słuchać go przychodzi więcej Niemców niż dzieci hugenotów: dla berlińczyków jest to ćwiczenie z francuskiego. W niektórych miejscach, na przykład w Ziethen w Uckermark, gdzie kolonia francuska, żyjąc z dala od miast, lepiej zachowała pamięć o ojczyźnie, do dziś jeszcze w mowie niemieckiej spotyka się niemało słów francuskich, jednak w bardzo zniekształconej postaci. Dzieci mówią do rodziców: pir, mir; łóżko nazywa się kutsche – to francuskie słowo couche, wymówione na niemiecką modłę; groseille zamieniło się w gruselshem. Tak samo zniekształciły się nazwiska: Urbain zamieniło się w Irrbenk, Dupont w Dippo, Vilain w Villing. Na chrzcie nadal nadaje się francuskie imiona Jean, Jacquet, Rachel, ale tak je się wymawia, że nie sposób ich poznać. Jednak i do dziś potomkowie hugenotów uczą się w dzieciństwie tego i owego po francusku. Tak, nierzadko uczą się dziesięciu przykazań w krzepkiej francuszczyźnie XVI wieku i dziwnie jest słyszeć, jak małe dziewczynki recytują jedno z nich: „Tu ne paillarderas pas”. Wszyscy niemieccy hugenoci znają też na pamięć, nic zresztą nie rozumiejąc, kalwińskie wyznanie wiary: ostatnie wspomnienie ojczyzny żyje w tych niewielu linijkach, dla których przodkowie Urbainów i Dupontów poszli na gorzkie wygnanie.
Są też inne cechy, po których można rozpoznać kolonistów pochodzenia francuskiego. Tak dalece zachowali typ narodowy, że Francuz, który trafiłby nagle z francuskiej wsi do wioski takiej jak Ziethen, doznałby bardzo dziwnego uczucia na widok tych chłopów, zupełnie podobnych do naszych. Z pewnością poczułby chęć zagadnięcia ich po francusku, ale nie zrozumieliby go i nie mieliby z nim nic wspólnego. Podczas mojej ostatniej podróży po Niemczech sam natknąłem się na uderzający dowód tej trwałości typu francuskiego. Pewnego razu w teatrze, który tego wieczoru był wypełniony od góry do dołu, zająłem się w antrakcie przyglądaniem się publiczności. Nagle mój sąsiad powiedział do mnie: „Jest tu pański rodak; niech pan się dobrze przyjrzy, a znajdzie go pan”. Mój wzrok wkrótce zatrzymał się na jednym z obecnych i bez wahania wskazałem go mojemu rozmówcy. Nie pomyliłem się; osoba tak szybko przeze mnie odkryta okazała się członkiem parlamentu niemieckiego o czysto francuskim nazwisku, odziedziczonym po przodkach-hugenotach. Przyjrzawszy się bliżej, zauważyłem jednak w swym rodaku coś dziwnego: była to francuska twarz bez francuskiego wyrazu. Beheim-Schwarzbach krótko i trafnie określa, czym potomkowie francuskich wygnańców różnią się od swoich rodaków, a w czym pozostali do nich podobni.
„Prawie wszyscy oni – powiada – mają ciemne włosy i ciemne oczy o błyszczącym i dociekliwym spojrzeniu; są średniego wzrostu i smukłej postawy; wytworne, długie i cienkie palce ich kobiet ostro różnią się od grubych, niezgrabnych palców Niemek; ale na ich twarzach leży piętno spokoju, flegma niemieckiej poczciwości, która zupełnie odmienia te francuskie fizjonomie”.
Im więcej upływa czasu, tym bardziej zacierają się te różnice. Rodziny różnego pochodzenia, które wcześniej stroniły od siebie, coraz częściej mieszają się przez małżeństwa. Z drugiej strony rosnąca szybkość i wygoda komunikacji rozbijają i rozpraszają te małe związki cudzoziemców, niegdyś trzymające się tak mocno. Dawno już zdążyły zniknąć przywileje prawne o charakterze cywilnym i politycznym, nadane swego czasu kolonistom, a dzieci przesiedleńców podporządkowały się wspólnym prawom. Jedynie menonici zachowali aż do naszych dni zwolnienie od powinności wojskowej, nadane im przez Wielkiego Elektora i potwierdzone przez Fryderyka Wielkiego. Nawet po tym, jak Prusy otrzymały konstytucję, a wola króla przestała być jedynym prawem, ministrowie wciąż jeszcze stawiali przywilej menonitów ponad konstytucją. Ale w 1867 roku parlament Związku Północnoniemieckiego, mimo protestów podniesionych w obronie menonitów, uchwalił artykuł 57: „Każdy Niemiec podlega obowiązkowi służby wojskowej i nikt nie ma prawa wyręczać się innym przy wypełnianiu tego obowiązku”. Od tego czasu ci wrogowie wojny emigrują masowo. Przyszedłszy z Czech do Prus, teraz odchodzą z Prus do Ameryki. „Ale cóż z tego! – mówi Beheim-Schwarzbach. – Oni dawno już dali wszystko, co mogli dać. Państwo wynagrodziło ich dość hojnie, a państwo jest żywym organizmem, podlegającym prawom wzrostu, i nie może pozwolić, by trzymano je w więzach nałożonych na nie kilka wieków temu”.
W ten sposób ci cudzoziemcy, którzy przyszli ze wszystkich stron Niemiec i Europy, zlali się w jedną całość z narodem, który ich przyjął. Teraz w Prusach są tylko Prusacy. W godzinie niebezpieczeństwa wszyscy okazywali jednakową miłość do przybranej ojczyzny: w 1814 roku menonici, nie mogąc walczyć, oddawali na wspólną sprawę swoje pieniądze. Francuzi nie mają nawet co próbować zagadywać potomków francuskich przybyszów o wspólnocie pochodzenia; najuprzejmiejsi z nich spieszą wtedy oświadczyć, że są „prawdziwymi Niemcami do głębi duszy”. Niektórzy zaś z nich obrażają samych Niemców skrajnościami swej germanofilii, jak było z tym panem, który tuż przed wybuchem wojny 1870 roku z katedry uniwersytetu berlińskiego prosił Boga i ludzi o przebaczenie za swe francuskie nazwisko. Pozwalając sobie raz jeszcze odwołać się do osobistych wspomnień, powiem, że o ile bardzo serdecznie przyjęto mnie w małej kolonii francuskiej w Hanau, gdzie panie tak współczująco opiekowały się naszymi chorymi jeńcami, o tyle jedyna poważna sprzeczka w Niemczech po wojnie zdarzyła mi się właśnie z berlińskim Francuzem.
Ci cudzoziemcy, rozpłynąwszy się w ludności pruskiej, przekazali jej otrzymane od natury swoje szczególne zdolności i uczynili ją niepodobną do żadnego innego narodu. Ze zmieszania różnych ras powstała nowa rasa.
Przypomnijmy przy tym, że sama ludność rdzenna, wziąwszy ją w całości, nie była w tym kraju tubylcza. Prowincje, którymi rządził Fryderyk: Brandenburgia, Pomorze, Prusy Wschodnie i Zachodnie, Łużyce, Śląsk – w VI wieku były zasiedlone wyłącznie przez Słowian. W ciągu średniowiecza całe tłumy nowych osadników nieustannie napływały tam ze wszystkich krain Niemiec i Holandii. Mnisi, którzy szli z głoszeniem Słowa Chrystusowego, kupcy szukający nowych rynków, chłopi przyciągani wolnością własności, rycerze goniący za przygodami i możliwością zdobycia kosztem pogan nowych ziem, margrabiowie pragnący poszerzyć swe posiadłości – cała ta różnobarwna rzesza kaznodziejów, handlarzy, rolników i wojowników przedostała się do małych państw słowiańskich i, to wciskając się między mieszkańców, to ich wypierając, krok po kroku przygotowała ekspansję Niemiec daleko poza granice wskazane przez Tacyta. U schyłku średniowiecza ukształtowało się coś w rodzaju osobnego narodu brandenburskiego, mówiącego osobnym językiem – gwarą Marchii, o której z pochwałą wyraża się Luter w swoich R o z m o w a c h p r z y s t o l e. Ale przewroty XIV i XV wieku, wojny religijne XVI wieku i wreszcie straszna wojna trzydziestoletnia omal nie zniweczyły owoców wielowiekowej pracy. Wtedy to władcy-kolonizatorzy zabrali się do swego dzieła, z którego przebiegiem dopiero co się zapoznaliśmy. Wtedy to nowi koloniści, napływający nie tylko, jak dawniej, ze wszystkich stron Niemiec, ale nawet z zagranicy, wypełnili sobą luki starej kolonii. Jednym słowem, Hohenzollernowie dokończyli wówczas rozpoczętej przez Askańczyków pracy nad stworzeniem tego sztucznego, ale niezwykle mądrze i mocno zorganizowanego ciała politycznego, które zwie się Prusami.
Czy trzeba wskazywać, że napływ każdej nowej fali osadników wywoływał w kraju także nowy przypływ energii do pracy? Rdzenni mieszkańcy, na których spada jakaś katastrofa, opuszczają po niej ręce: nie wyrywają chwastów, które opanowują ich pola, nie odbudowują opustoszałych dzielnic swych miast. W Magdeburgu czy we Wrocławiu przez 100 lat nie mogli uprzątnąć gruzów pozostałych po pożarze. Ale kolonista, przybywszy z daleka specjalnie po to, by orać swoje pole albo budować sobie dom, wyrywa kąkol i uprząta ruiny. Wiadomo, że najbardziej beztroski leń z Europy, trafiwszy na przydzieloną mu działkę w Ameryce czy w Algierii, czuje w sobie przebudzenie energii. Przykładowi tych cudzoziemców w znacznej mierze zawdzięcza ludność pruska ową uporczywą gorliwość w pracy, która pozwoliła poddanym wydobywać z ubogiego kraju niespodziewanie wielkie środki, a królom utrzymywać siły zbrojne zupełnie nieproporcjonalne do liczby poddanych, które umożliwiły Fryderykowi walkę z koalicją najpotężniejszych mocarstw świata.
* Sekta braci czeskich powstała w XV w. Jej założycielem był Piotr Chelčický. Za swoje główne zadanie bracia uważali urzeczywistnienie w życiu zasad moralności ewangelicznej. Najsłynniejszym członkiem tej sekty był znany pedagog Jan Amos Komeński. (Przypis tłumacza).
_________________
Wszystkie trzy wydania „Szkiców z dziejów Prus” Ernesta Lavisse’a można znaleźć i kupić w antykwarycznym serwisie alib.ru.
Przetłumaczono z języka rosyjskiego przy pomocy AI (Claude, Anthropic), październik 2026 r.

