Stolicy państwa zakonnego mężnie bronił komtur Henryk von Plauen, który przejął obowiązki wielkiego mistrza. Musiał walczyć zarówno z wrogiem zewnętrznym, jak i z wrogiem wewnętrznym — zdrajcami we własnym obozie, a tymczasem wojska nieprzyjaciela wciąż grabiły kraj. Dlatego w asyście pewnej straży udał się do obozu króla polskiego i zaproponował mu zawarcie pokoju w zamian za przekazanie Polakom kilku prowincji. Król wyniośle odparł, że ziemie te i tak są już jego, a on, król polski, zajmie całe Prusy. Niech rycerze oddadzą mu swoją główną twierdzę, Malbork, a potem... Potem niech posłowie Zakonu przyjdą do niego i błagają o łaskę. Być może wtedy zgodzi się na pokój. Ta wyniosła odpowiedź oburzyła von Plauena i odrzekł, że wraca do twierdzy w przekonaniu, iż Bóg i Najświętsza Panna nie odmówią Zakonowi swej opieki, a królowi nigdy nie uda się zawładnąć Malborkiem.
A jednak na razie zwycięzcy poddawały się miasta i twierdze, a jeden po drugim przysięgali mu wierność biskupi ziem pruskich. Król polski był pewien, że i Malbork, ostatni bastion rycerzy, również skapituluje, gdy stanie on pod jego murami ze sprzymierzonymi wojskami Litwinów i Tatarów. Mylił się jednak.
Zamek w Malborku stoi na skrzyżowaniu szlaków wodnych i lądowych.
Wysłana naprzód polska straż przednia odkryła, że most na rzece Nogat został wysadzony, wszystkie domy w okolicy zamku spłonęły i dokądkolwiek spojrzeć, tliły się pogorzeliska. Polacy posuwali się ku twierdzy bardzo powoli i z wielkim trudem. A na murach Malborka i za blankami jego wież stali uzbrojeni ludzie w zbrojach, wszystkie bramy były mocno zaryglowane, a mosty podniesione.
Dlatego król Polski i jego sprzymierzeńcy musieli podjąć decyzję o długotrwałym oblężeniu twierdzy. Wkrótce jednak oblegający zaczęli odczuwać niedostatek i trudy. Ich połączona armia była zbyt wielka, by długo utrzymywać ją w jednym miejscu: pojawiały się problemy z dyscypliną, prowiantem, kwaterowaniem żołnierzy. Wśród najemników, którzy całymi tygodniami musieli nocować pod gołym niebem, szalały choroby. Tysiące ludzi umierały na czerwonkę.
Wtedy król po raz pierwszy zaczął się niepokoić i zaczął modlić się ze swoimi biskupami, by Bóg się od niego nie odwrócił. Lecz modlitwy nie przynosiły mu ani pociechy, ani spokoju, gdyż dziwna myśl zawładnęła jego duszą...
W murze kościoła zamkowego w Malborku stał niezwykle piękny posąg Matki Bożej z Dzieciątkiem na ręku. Widać go było z daleka, bo miał dwanaście łokci1 wysokości, a złocenia na wizerunku Najświętszej Panny jaskrawo lśniły w słońcu. Wiele lat pracował nad tym posągiem mistrz. Przez lata, gdy go tworzył, posiwiał i zestarzał się. Aż wreszcie rzeźba była gotowa i nadszedł czas, by przekazać ją kościołowi. W noc poprzedzającą ten dzień rzeźbiarz znów udał się do swojej pracowni. Zapalił stary mistrz świece i po raz ostatni ukląkł przed świętym wizerunkiem. A rankiem znaleziono jego martwe ciało leżące na podłodze pracowni, obok ukochanego dzieła...
„Oblężenie Malborka w 1460 roku”, fragment obrazu nieznanego artysty, koniec XV wieku.
Umieścić posąg w niszy prezbiterium kościoła zamkowego polecił jeszcze poprzedni mistrz Konrad von Jungingen, brat zabitego w bitwie pod Grunwaldem Ulricha. Patronka Zakonu smutno spoglądała z wysokości w dal: na rzekę, na ziemie otaczające zamek i na polskie wojska, które rozłożyły się wokoło aż po horyzont.
I właśnie nieuświadomiony lęk przed tym wizerunkiem dręczył króla Jagiełłę dniem i nocą. Wkrótce zwołał on swoich wodzów na naradę.
„Wszystkie nasze kule i pociski są bezsilne — rzekł. — Panna Maryja odwraca je, broniąc oblężonych. Wierzcie mi, dopóki ten wizerunek Matki Bożej ze złotą koroną na głowie patrzy na nas, wszystkie nasze wysiłki są daremne. Najświętsza Panna w niebiosach sprawia, że Bóg nas nie słyszy”.
Te słowa króla dotarły do pierwszego puszkarza wojsk królewskich. Był on okrutny, przesądny i ambitny, dlatego bardzo się zadręczał, bo dotąd jeszcze niczym się tu, pod Malborkiem, nie wykazał. Teraz nagle wydało mu się, że pojął przyczynę. A skoro tak, pomyślał, że z łatwością rozwieje niepokój swojego króla.
I zaczął ustawiać swoją bombardę naprzeciw kościoła Najświętszej Marii Panny, gdzie stał cudowny wizerunek.
Pomagający mu strzelcy przestraszyli się i zaczęli go odwodzić od tego zamiaru. Lecz on wyśmiał ich: „Wy głupcy, musicie zobaczyć, że ten posąg to tylko kamień i cegła. Rozsypie się, gdy tylko trafi w niego mój pocisk. Gdy tylko korona Maryi stoczy się na ziemię, opór ustanie, a nasz król zdobędzie twierdzę. Wołajcie tu wszystkich, którzy chcą to ujrzeć na własne oczy. Wiele dobrych strzałów oddałem w swoim życiu, lecz teraz oddam strzał Mistrza. Król hojnie mnie wynagrodzi, a i wy nie odejdziecie z pustymi rękami”.
W naszych czasach zamek nadal pozostaje pod opieką Najświętszej Marii Panny.
W okamgnieniu jego słowa rozeszły się po całym obozie. Przy bombardzie zebrał się wielki tłum. Czego to ludzie między sobą nie mówili. Ktoś twierdził, że król rozkazał strzelać, bo anioł objawił mu tej nocy: zdobędzie zamek, jeśli zniszczy kamienny posąg i uczyni w ten sposób wyłom w murze cytadeli.
Inni w strachu kiwali głowami, ktoś przysięgał, że słyszał: nie ma świętości w tym posągu, jest on bożkiem, a rycerze Zakonu oddają się bałwochwalstwu, dlatego też zostali przeklęci przez papieża w Rzymie. Oto dlaczego wykorzenienie takiego grzechu jest sprawą pobożną.
Puszkarz nie zważał na te wszystkie rozmowy, nie patrzył też na wystraszone twarze obecnych. Nasypał do woreczka grubego prochu — dwa razy więcej, niż potrzeba do potężnego strzału — po czym wepchnął go głęboko w szeroki wylot lufy. Wziął stempel i trzy razy wbił go do oporu w lufę działa. Uczyniwszy to, strzelec wybrał na ziemi najcięższą i najgładszą z kamiennych kul i podrzucił ją w powietrze, by sprawdzić, czy nie rozbije się, spadając na ziemię. Kula okazała się mocna, została załadowana do lufy, a za nią ubito przybitkę z trawy. Teraz puszkarz stanął przy dziale i zaczął celować.
Tłum z niepokojem spoglądał to na niego, to na posąg Matki Bożej. Nagle ktoś krzyknął: „Dzieciątko Jezus podniosło rękę i pogroziło palcem. Odstąp, mistrzu!” Inny, drżąc, wybełkotał: „Patrzcie, patrzcie: Panna gniewnie błysnęła oczami!” Powstało ogólne poruszenie. Większość obecnych gorąco pragnęła, by strzału w ogóle nie było.
Na kilka sekund przed strzałem, który przekreślił ambitne plany polskiego króla.
Tymczasem puszkarz, nie dając się zbić z tropu, nasypał drobnego prochu na płytkę wokół otworu zapałowego i ustawił metalową osłonę od wiatru, by prochu nie zdmuchnęło. Następnie wziął z rąk pomocnika płonący lont i ogłuszająco krzyknął: „A teraz baczność!”. Ostrożnie przytknął od tyłu lont do prochu...
Na sekundę zapadła dzwoniąca cisza, a potem rozległ się straszliwy wybuch i ogromna chmura dymu spowiła działo.
...Wizerunek Maryi pozostał nietknięty. Panna z Dzieciątkiem na ręku wciąż łagodnie uśmiechała się do świata. Ale lufa działa pękła i spadła z łoża. Puszkarz leżał na ziemi z poczerniałą twarzą i opalonymi włosami, zakrywając oczy rękami, i jęczał. Pomocnicy podnieśli go z ziemi i ponieśli precz. A on żałośnie mamrotał: „Oczy, moje oczy! Nic nie widzę!”.
Wtedy strach i przerażenie ogarnęły tłum. Wielu padło na kolana, wyciągając ręce ku posągowi, i modliło się o odpuszczenie grzechów. Większość w pośpiechu uciekła i rozniosła straszną wieść o tym, że królewski puszkarz stracił wzrok za to, że zgrzeszył przeciw Matce Bożej. Dowiedział się o tym, co się stało, i król Jagiełło. Rozdarł na piersi płaszcz i zawołał: „Biada nam — to zły znak! Teraz nasi wrogowie będą z nas szydzić, a przyjaciele nasi upadną na duchu. Módlcie się, módlcie, byśmy nie ucierpieli jeszcze bardziej!”
Wkrótce w twierdzy dowiedziano się o tym, co zaszło. Uznano tu, że był to cud, którego dokonał posąg Bogurodzicy.
Strzał nie wyrządził mu szkody, lecz poraził bezbożnego puszkarza, na zawsze pozbawiając go wzroku. Pewność siebie oblężonych rosła, domagali się, by poprowadzono ich do ataku na wroga. Rycerze zaczęli często robić wypady, zadając przeciwnikowi ciężkie straty.
Przez długie osiem tygodni stały wrogie wojska pod murami Malborka. Miasto zostało zniszczone, lecz samego zamku nie zdołano zdobyć. Nie złamawszy oporu oblężonych, zdjął wreszcie król Władysław Jagiełło oblężenie, każąc trąbić na zbiórkę.
Odeszli Polacy, odeszli i Litwini z Tatarami. I czyż nie święta opieka Marii Panny była tego przyczyną!?
PRZYPIS TŁUMACZKI
1. Źródła podają, że wysokość rzeźby wynosiła osiem metrów.
ŹRÓDŁO
„Legendy i podania prowincji poznańskiej”. 1893. (Sagen und Erzählungen aus der Provinz Posen)
● Od redakcji: Przeczytaj na VisitPrussia.com wywiad z tłumaczką niemieckich, a w szczególności pruskich baśni, naszą stałą autorką Tatianą Koliwaj, prowadzącą własnego bloga, na którym opublikowano niezliczone mnóstwo innych przypowieści, legend i baśni w jej przekładach.
Przetłumaczono z języka rosyjskiego przy pomocy AI (Claude, Anthropic), październik 2026 r.

