Części 1–3. Część 4. Część 5. Część 6. Część 7.
List 37. Początek kampanii
List 38. Marsz przez Litwę
List 39. Postój w Kownie
List 40. Marsz ku Prusom
List 41. Wkroczenie do Prus i alarm
List 42. Marsz przez Prusy
List 43. Marsz przez Prusy ku Pregole
List 44. Pierwszy alarm
List 45. Drugi alarm
List 46. Alarm
List 47. Bitwa
List 48. Marsz ku Welawie
POCZĄTEK KAMPANII
List 37
Drogi przyjacielu! Podejmując się teraz opisania naszej wojny pruskiej, a raczej tej jej części, którą sam miałem okazję oglądać, nie uważam za zbyteczne poprzedzić go krótkim historycznym wyjaśnieniem, co właściwie dało powód do tego, że wplątaliśmy się w tę głośną w Europie, tak zwaną wojnę siedmioletnią, która była tak zgubna dla rodzaju ludzkiego i w której ze wszystkich stron zginęło tak ogromne mnóstwo ludzi.
Przelania tak wielkiej ilości ludzkiej krwi największą, a bodaj pierwszą i najgłówniejszą przyczyną był zmarły na kilka lat przed tym czasem król pruski Fryderyk II, stryj obecnie panującego króla pruskiego. Urodzony z niepospolitymi przymiotami i talentami, wychowany surowo przez ojca, który go nie kochał, a jeszcze w młodości sprowadzony z drogi prawdziwych cnót przez nauczycieli i przyjaciół niezbyt dobrych charakterów, spędziwszy wszystkie młode lata niemal w niewoli, ledwie stracił ojca i w 1740 roku wstąpił po nim na tron pruski, znalazłszy u siebie piękne i liczne wojsko, ogromną ilość gotowych pieniędzy i całe państwo w kwitnącym i bardzo dobrym stanie, zapragnął wykorzystać zamieszanie, jakie powstało wówczas w całej Europie z powodu śmierci cesarza Karola VI, i w sposób niemal zuchwały i najniesprawiedliwszy odebrać monarchii cesarskiej sąsiadującą z nim i bardzo znaczną prowincję Szląsk {Śląsk.}. Napadł wtedy na tę prowincję w sposób jak najbardziej nagły i, będąc władcą bardzo zręcznym, przebiegłym, niezwykle zdolnym do wojny i szczęśliwym w niej, tak przycisnął pozostałą po wspomnianym cesarzu córkę, Marię Teresę, że ta uciśniona i ścigana wówczas niemal przez całą Europę monarchini, dla ratowania siebie i utrzymania przy sobie reszty ziem odziedziczonych po ojcu oraz samej korony cesarskiej, musiała mimo woli odstąpić mu wspomnianą prowincję.
Ponieważ jednak utrata tej prowincji była dla dworu cesarskiego nazbyt dotkliwa, a wspomniana monarchini żadną miarą nie mogła zapomnieć wyrządzonej jej tym krzywdy, ledwie owa wojna się skończyła, a ta sławna i szczęśliwie przezwyciężająca wszelkie przeciwności monarchini umocniła się na tronie cesarskim, zaczęła ona myśleć o odzyskaniu wspomnianej prowincji i z dala czynić ku temu najskrytsze przygotowania.
Z pomocą swoich ministrów znalazła sposób, by przeciągnąć na swoją stronę wielu potężnych monarchów europejskich i pozyskać w nich silnych sojuszników.
Nawet ci, którzy przedtem z nią wojowali i nie życzyli jej dobrze, stali się jej przyjaciółmi i pomocnikami. Zawarto tajne sojusze z elektorem saskim, będącym wówczas zarazem królem polskim, a także z królem francuskim i z samą Szwecją; użyto zaś wszelkich możliwych sposobów, by zawrzeć taki sam sojusz z Rosją i nakłonić i ją do tego, aby i ona wplątała się w tę zamyślaną i wcale jej nie dotyczącą sprawę. Zabiegi i fortele ówczesnego ministra saskiego Brühla, który najbardziej całą tę sprawę wtedy obracał, odniosły upragniony skutek. Panującej wówczas w Rosji cesarzowej Elżbiecie Piotrownie, która, jak głosiła wtedy wieść, i bez tego żywiła już pewną osobistą urazę do króla pruskiego i nienawidziła go, wmówiono tyle złego o tym królu i nagadano tyle o niebezpieczeństwach, jakie rzekomo grożą Rosji ze strony tego sławnego i tak bardzo wzmocnionego monarchy, że nic dziwnego, iż zabiegami ministrów cesarskich, francuskich i saskich doprowadzono w końcu i ją do tego, że postanowiła zawrzeć taki sam sojusz i pomagać cesarzowej w zamyślanej przez nią sprawie wszystkimi siłami swego państwa. A ponieważ wszystko to czyniono potajemnie i w sposób bardzo skryty, sprawa ta mogłaby może i odnieść upragniony skutek, a król pruski nie tylko straciłby znowu Szląsk, lecz i zostałby poskromiony zgodnie z życzeniem wszystkich w ogóle sojuszników, gdyby wszystkiemu temu nie przeszkodziła jedna błaha okoliczność i nie spowodowała we wszystkim wielkiej zmiany i zamieszania.
Chciwość i zdrada jednego nikczemnego sekretarzyny, przez którego ręce przechodziły wszystkie sprawy wspomnianego ministra saskiego hrabiego Brühla, były wszystkiego tego przyczyną i nie tylko zniweczyły wielkie zamiary tak wielu monarchów, lecz rozpaliły też ogień wojny, która zgubiła niezliczone mnóstwo ludzi i przysporzyła jeszcze większej liczbie śmiertelników nieopisanych ruin, nieszczęść i klęsk. Ten nikczemnik, który potem sam przepadł bez wieści i słuchu, przekupiony przez króla pruskiego, co tydzień donosił mu o wszystkim, co tylko działo się potajemnie w gabinecie Brühla, i przekazywał mu nawet same kopie najskrytszej korespondencji między dworami. Tą też drogą król dowiedział się zawczasu, jak straszna burza zbiera się nad nim, i, będąc bardzo przebiegłym, a we wszystkich swoich sprawach i przedsięwzięciach bardzo szybkim i niezwykle zręcznym, znalazł sposób, by uprzedzić grożący mu cios i postawić wszystkim przedsięwzięciom swych przeciwników jak największą zaporę. Nie dając sojusznikom czasu na ostatnie przygotowania wojenne i korzystając z tego, że jeszcze się w pełni nie zebrali, wkroczył nagle i bez żadnego wypowiedzenia wojny z 60 000 ludzi swego wojska do elektoratu saskiego, w jednej chwili opanował go całego, zmusił całe saskie, nieprzygotowane jeszcze do wojny wojsko do poddania się mu w niewolę, samego zaś króla — do wyjazdu do Polski, a pozostałą w Dreźnie królową tak przycisnął i zgnębił, że wkrótce potem rozstała się z życiem.
Wszystkie starania dworu cesarskiego, by odwrócić te zuchwałe poczynania, i nawet bitwa wojsk cesarskich z pruskimi, stoczona na granicach Czech, były bezskuteczne i nie zdołały zatrzymać króla pruskiego w jego szybkich przedsięwzięciach i szczęśliwych sukcesach.
Wszystko to wydarzyło się pod koniec minionego roku 1756 i to właśnie rozpaliło ogień w całej Europie i dało początek tej strasznej wojnie. W całych nowszych czasach nie bywało jeszcze nigdy tak strasznego zbrojenia i tylu pospolitych ruszeń, jakie czyniono wszędzie na początku tego 1757 roku. Wiosną tego roku wyruszyło w pole w różnych miejscach aż dziewięć armii, a król pruski był otoczony nieprzyjaciółmi ze wszystkich stron. Z jednej strony gotowali się na niego napaść Francuzi, z drugiej — tak zwane wojska Rzeszy od strony Saksonii, z trzeciej — cesarscy od strony Czech i Śląska, z czwartej — Szwedzi od strony Pomorza, a z piątej kazano iść i atakować go naszym wojskom od strony Prus. Król pruski zaś gotował się tymczasem nie tylko bronić i osłaniać swój kraj wszędzie, lecz jeszcze sam iść i pustoszyć Czechy.
To właśnie było przyczyną ówczesnego ściągnięcia wszystkich naszych wojsk pod Rygę, o którym wspomniałem w ostatnim moim liście do was, a teraz, wracając do przerwanego wtedy wątku, powiem, że podczas gdy my w opisany sposób staliśmy obozem tuż przy samym przedmieściu miasta Rygi i nie wiedzieliśmy, co począć ze swoimi zbędnymi rzeczami, i porzucaliśmy je, czyniono ze wszystkimi pułkami wielkie rozporządzenia. Wszystkie podzielono na różne dywizje i brygady, a do każdej wyznaczono osobnych generałów jako dowódców. Każda brygada składała się z trzech pułków i dowodził nią zwykle jakiś generał major lub brygadier. Nasz pułk archangielogrodzki trafił do brygady razem z 3. pułkiem grenadierskim i pułkiem rostowskim, a za dowódcę brygady dostaliśmy generała majora Villeboisa.
Ponieważ zamiarem naszych głównych dowódców było przeprowadzić nas jak najprędzej za Dźwinę, kazano nam na dzień następny gotować się do przemarszu z ceremonią przez miasto Rygę i do przejścia po zbudowanym moście przez rzekę Dźwinę do wyznaczonych po tamtej stronie rzeki obozów, gdyż w dniu, w którym przyszliśmy, przechodziła inna brygada, złożona z pułków butyrskiego, biełozierskiego i apszerońskiego. Tak więc nazajutrz, to jest 29 kwietnia, wysławszy przodem tabory, przeszła i nasza brygada i stanęła obozem jakieś trzy wiorsty od miasta.
Przejście armii przez Dźwinę w opisany sposób, brygadami, było zaiste godne widzenia, gdyż wyznaczony wówczas na wodza armii generał feldmarszałek Stiepan Fiodorowicz Apraksin chciał w tym właśnie czasie zobaczyć wszystkie pułki powierzone jego komendzie i wyruszające z nim w pochód przeciw nieprzyjacielowi, i dlatego przy samym wejściu na most rozbito dwa wspaniałe namioty, z których w jednym przebywał stale wspomniany naczelny wódz we własnej osobie wraz z całą resztą generalicji oraz znakomitymi i utytułowanymi osobami, drugi zaś wypełniony był wielkim mnóstwem dam i dostojnych pań, pragnących również zobaczyć tę rzadką ceremonię.
Wszystkie wały miejskie w pobliżu tego miejsca, a także domy, dachy i okna obsypane były ludem obojga płci.
Co się tyczy pułków, to wszystkie musiały iść w najlepszym porządku i z ceremonią, i być w najlepszym rynsztunku. Wszyscy żołnierze mieli zatknięte za kapelusze zielone gałązki drzew, niby na zapowiedź przyszłych zwycięstw, które odniosą nad nieprzyjacielem. Najpierw maszerowali zebrani ze wszystkich pułków tej brygady furierzy {Nazwa podoficerów pełniących obowiązki kwaterników kompanii i szwadronów. Nosili proporczyk i nawet w piechocie jechali konno.} z rozwiniętymi proporczykami, pod przewodem swoich kwatermistrzów. Ten delikatny szyk z różnobarwnymi małymi chorągiewkami stanowił pierwszą wspaniałość całego pochodu. Potem szedł sztat {Prawdopodobnie sztab, tj. oficerowie sztabu armii.} i prowadzono luzaki generała dowodzącego tą brygadą. Nic tak nie przydawało wspaniałości jak piękne czapraki, którymi okryte były te konie; w całej armii generałowie mieli je wtedy sporządzone jednakowe, a choć nie bogate, to przedstawiające wspaniały widok. Zrobione były z ceraty, lecz pomalowane i wymalowane różnymi farbami, przez co z daleka wydawały się jedwabne; po bokach wymalowano na nich złotem monogramy i herby danego generała, co wszystko sprawiało jakiś majestatyczny i okazały widok. Za tymi końmi wieziono armaty z ich skrzyniami i amunicją, a dalej jechał konno sam generał w otoczeniu swego sztatu; za nim zaś szły pułki jego brygady ze zwykłą ceremonią, z rozwiniętymi sztandarami, przy biciu w bębny i grającej muzyce wojskowej. Wszyscy oficerowie i same sztandary musieli salutować, przechodząc obok generała feldmarszałka, przy której to okazji każdy starał się jak najlepiej spełnić swą powinność. Czystość i schludność ubiorów i rynsztunku żołnierzy, zielone gałązki na ich kapeluszach, a nade wszystko skórzane, na kształt dawnych szyszaków zrobione i mające na sobie rodzaj pióropuszy kaszkiety u wszystkich grenadierów — dodawały szczególnej barwy i pomnażały wspaniałość.
Nie sposób dość wyrazić, jakie rozmaite uczucia budził widok tego pochodu nie tylko w kimkolwiek innym, lecz w nas samych, którzy w nim uczestniczyliśmy. Myśli, że idziemy na wojnę i wyruszamy z ojczyzny do krajów obcych, odległych i wrogich, idziemy cierpieć niedostatek, przelewać krew i umierać za ojczyznę, wyobrażenie, że spośród tak wielu ludzi kroczących wówczas bardzo wielu nie wróci, lecz położy głowy na wojnie i w pochodach, niepewność, kto i gdzie podda się temu nieszczęsnemu losowi i komu przeznaczenie wyznaczyło nie wracać, i inne temu podobne rozważania wprawiały ducha w pewne przygnębienie i rozstrajały całą duszę. Natomiast z drugiej strony powszechne przekonanie o męstwie i niezwyciężoności naszych wojsk, pochlebna nadzieja, że nieprzyjaciel w żaden sposób nam się nie oprze, marzycielskie wyobrażenie, że przy naszej liczebności zarzucimy go {Zasypiemy.} choćby czapkami, i niezachwiana ufność, że go zwyciężymy, zgnieciemy i wrócimy z chwałą, okryci laurami, dodawały znów otuchy przygnębionemu sercu i, jakby je ożywiając, napełniały ogniem wojennej gorliwości, która tak bardzo pomaga nam chętnie i bez znużenia znosić wszelkie wojenne trudy i niewygody.
Ale oddaliłem się już od mego przedmiotu. Teraz do niego wracam i powiem, że we wspomnianym nowym obozie jakieś trzy wiorsty za Rygą stał nasz pułk ponad tydzień, a w tym czasie przeprawiały się za Dźwinę pozostałe pułki i czyniono wszystkie potrzebne do pochodu rozporządzenia. Całą armię podzielono na trzy dywizje, czyli części, z których pierwszą dowodził sam feldmarszałek, drugą, w której się znajdowaliśmy, generał en chef Wasilij Abramowicz Łopuchin, a trzecią — generał en chef Wilim Wilimowicz Fermor. Plan zamierzenia polegał na tym, aby obie pierwsze dywizje szły różnymi drogami przez Kurlandię do Polski, a raczej do Samogitii, czyli Żmudzi {Samogitia — kraj Samogitów, czyli Żmudzinów, ludu z plemienia litewskiego. Ziemia żmudzka — jedna z krain Litwy, zamieszkana przez lud plemienia litewskiego — Żmudź. Samogici i Żmudź to ludy pokrewne i mieszkają razem na terytorium powiatów rosieńskiego, telszewskiego i szawelskiego byłej guberni kowieńskiej.}, a potem, połączywszy się i doczekawszy pułków kawalerii i wojsk lekkich idących prosto ze Smoleńska, wkroczyły do Prus, trzecia zaś dywizja, pod komendą Fermora, szłaby w prawo, prosto na pierwszą pruską twierdzę graniczną Kłajpedę, i z pomocą wysłanej tam również morzem floty obległa to miasto.
Po przygotowaniu wszystkiego, co potrzebne do pochodu, nastąpił wreszcie 3 maja uroczysty wyjazd generała feldmarszałka z Rygi.
Od grzmotu armat, huczących wtedy z murów miejskich, jęczała tylko rzeka, a wyjazd tego wodza był nader okazały i wspaniały. Nasza brygada stała akurat przy samej drodze, którą miał jechać, dlatego wyprowadzono nas w szyk i musieliśmy oddawać mu honory, chyląc sztandary, jak naczelnemu zwierzchnikowi. Ogromny orszak wszelkiego rodzaju wojskowych otaczał go w czasie jazdy. Widowisko to oglądaliśmy wtedy po raz pierwszy i było dla nas uderzające, gdyż przepych tego pochodu był tak wielki, że niejeden monarcha nie wyrusza z takim na wojnę. Ale! Gdyby tylko powrót tego generała do tego miasta odpowiadał temu majestatycznemu wyjazdowi!
Tym zakończę ten mój list i, powiedziawszy wam, że jestem waszym przyjacielem, pozostaję i tak dalej.
MARSZ PRZEZ LITWĘ
List 38
Drogi przyjacielu! Podczas gdy my w opisany sposób zajmowaliśmy się przygotowaniami do pochodu i spędzaliśmy czas na ceremoniach i strojeniu się, nasi nieprzyjaciele pracowali całkiem inaczej i bynajmniej nie byli tak powolni. Prawdę mówiąc, i my wyruszyliśmy w pochód dość wcześnie; lecz król pruski znacznie nas w tym uprzedził. Widząc czynione przeciw sobie ze wszystkich stron tak straszne zbrojenia, sięgające nawet tego, że wszystkich różnych wojsk ciągnących przeciw niemu było do 700 tysięcy, i czując, że jest wobec nich nazbyt słaby, gdyż nawet ze wszystkimi swoimi sojusznikami, Hanowerczykami, nie miał więcej niż 260 tysięcy ludzi wojska, starał się nadrobić pośpiechem i zręcznością to, czego brakowało mu w siłach. A wiedząc, że żadne z wrogich mu mocarstw nie mogło wcześnie rozpocząć kampanii, postanowił skorzystać z tej okazji i, zebrawszy jak najwięcej sił, napaść znienacka na najsilniejsze z nich wszystkich i najbliższe mu, to jest na cesarstwo rzymskie, gdyż miał nadzieję, że jeśli uda mu się na samym początku je pokonać i zadać mu cios rozstrzygający, to tym nie tylko sprawi mu wielką przeszkodę, lecz zniweczy też zamiary innych sprzymierzonych z nim mocarstw.
To właśnie było przyczyną, że wyruszył w pole w tym roku nadzwyczaj wcześnie i z armią liczącą ponad 100 tysięcy, idąc z różnych stron na ziemie cesarskie trzema kolumnami. Sam, prowadząc pierwszą, wkroczył z Saksonii prosto do Czech, a jego sławny feldmarszałek hrabia Schwerin, prowadząc drugą, poszedł przez Śląsk, trzecią zaś prowadził książę Bevern i ruszył na ziemie cesarskie od strony Łużyc.
Te same przyczyny, dla których król spieszył się wydać rozstrzygającą bitwę, skłaniały cesarzową do trzymania się systemu zupełnie przeciwnego.
Postanowiła ona działać jedynie obronnie, dopóki jej sojusznicy nie będą w stanie wyruszyć w pole, gdyż przewidywała, że wtedy król pruski będzie zmuszony podzielić swe siły na różne korpusy, i dlatego czekała tylko na ten korzystny moment, by rozpocząć działania wojenne, a do tego czasu myślała jedynie o osłonie swoich ziem przed napaścią nieprzyjaciela.
Zgodnie z tym systemem dowodzący jej wojskami generał Browne podzielił swą armię na różne korpusy i, powierzywszy je komendzie księcia Arenberga, hrabiego Königsegga i hrabiego Serbellonego, rozstawił je w różnych miejscach wzdłuż granic, a sam z resztą armii stanął naprzeciw króla. Tym rozporządzeniem spodziewał się osłonić Czechy, a ponieważ wszystkie te korpusy były liczne i mogły się szybko połączyć, sądził, że zdołają wszędzie przeszkodzić Prusakom wkroczyć w granice cesarskie.
Stało się jednak nie to, lecz coś zupełnie przeciwnego. Zręczność, przebiegłość i obrotność króla oraz sztuka jego generałów zniweczyły wszystkie zamiary i nadzieje cesarskich. Nic nie mogło się im oprzeć. Ile tylko cesarscy starali się przeszkadzać Prusakom, ci przezwyciężyli wszystkie stawiane im przeszkody — wdarli się w granice cesarskie i zmusili nie tylko innych wodzów cesarskich do odwrotu, lecz i samego Browne’a do cofnięcia się pod same armaty stołecznego czeskiego miasta Pragi, gdzie po połączeniu wszystkich swych korpusów stanął w obozie umocnionym retranszamentem i mnóstwem baterii, dokąd wkrótce przybył i sam król.
Ledwie doszedł do Pragi i połączył się ze wszystkimi swymi oddzielnymi korpusami, nie zwlekając ani trochę i nie bacząc na całe korzystne położenie zajęte przez cesarskich ani na same ich szańce i baterie, którymi byli otoczeni, postanowił ich zaatakować, mówiąc odradzającym mu to generałom, że trzeba kuć żelazo, póki gorące. To właśnie dało początek owej bitwie pod Pragą, która była najsławniejsza w całej tej wojnie i została stoczona 25 kwietnia, to jest jeszcze w tym samym dniu, w którym wyruszyliśmy z pułkiem z naszych kwater, a nasze wojska zaczęły się ściągać pod Rygę.
Wspomniana bitwa była straszna i nader krwawa. Po stronie pruskiej walczyło 80, a po stronie cesarskich 75 tysięcy ludzi.
Wojskami pruskimi dowodził sam król z najsławniejszymi swymi generałami: hrabią Schwerinem, Keithem i wieloma innymi, cesarskimi zaś — książę Karol Lotaryński i generał Browne.
Król nie posłuchał swego feldmarszałka Schwerina i zaatakował cesarskich zupełnie inaczej, niż radził mu ten biegły generał i właściwy twórca armii pruskiej, ale właśnie przez to omal nie został doszczętnie pobity. Wszystkie jego wojska rzuciły się już do ucieczki i cesarscy z pewnością odnieśliby zupełne zwycięstwo, gdyby szczególny przypadek i nieustraszone męstwo samego wspomnianego feldmarszałka Schwerina nie sprawiły zmiany i nie odwróciły całej sprawy. Widząc już zupełną klęskę swych wojsk, feldmarszałek chwycił sztandar i krzyknąwszy: „Tchórze i nicponie wszyscy, kto za mną nie pójdzie!”, sam rzucił się na nieprzyjaciela. Wojsko, ujrzawszy to, ruszyło za nim. Schwerin padł martwy ze sztandarem w rękach, lecz sama jego śmierć wzbudziła odwagę i męstwo w wojsku pruskim. Wznawia ono bitwę, rzuca się na nieprzyjaciela, obala go i odnosi wreszcie zupełne zwycięstwo.
Prawe skrzydło cesarskich zmuszone było cofnąć się w inne miejsce, a lewe wejść do Pragi i tam się zamknąć. 5,000 ludzi cesarskich padło na placu, 10,000 wzięto do niewoli wraz z 240 działami artylerii, a 48,000 z mnóstwem książąt i generałów zostało zablokowanych w Pradze. Jednakże i królowi pruskiemu zwycięstwo to nie przyszło tanio. Stracił w tej bitwie 10,000 ludzi wojska; lecz jeszcze dotkliwsza była dla niego strata przez śmierć hrabiego Schwerina, którego tak mu było żal, że przyszedłszy po bitwie, by jeszcze raz zobaczyć jego ciało okryte krwią, długo patrzył na nie w milczeniu, ze łzami spływającymi z oczu, i wreszcie wykrzyknął: „To nie poddany, lecz ojciec, którego podziwiałem!”
Wielu generałów, tak jego, jak i cesarskich, okazało w tej bitwie cuda męstwa. Szczególnie zaś zasłynęli tym po stronie pruskiej książę Henryk, brat królewski, i generał Zieten, a po stronie cesarskiej — generał Browne, który musiał też umrzeć od ran otrzymanych w tej bitwie.
Oto jakie sprawy i straszne rozlewy krwi działy się już w Europie w czasie, gdy my zbieraliśmy się iść na wojnę. Ale wrócę teraz do nas i będę ciągnął dalej swoją opowieść.
Siódmy maja był wreszcie tym dniem, w którym i nasz pułk, za przykładem innych, musiał wyruszyć w pochód, a ponieważ do ziemi nieprzyjacielskiej było jeszcze bardzo daleko, a przy marszu przez Kurlandię nie było żadnego niebezpieczeństwa, to dla większej wygody w pochodzie nasze pułki szły pojedynczo, jeden za drugim.
Poszliśmy od razu w lewo i, minąwszy rybacką osadę, weszliśmy za nią do byłego obozu pułku pskowskiego, gdzie tego dnia nocowaliśmy.
Następnego dnia (8-go) przeszliśmy tylko dwie mile, a trzeciego (9-go), zbliżając się do granic kurlandzkich, zaczęliśmy już po trosze odczuwać wojenne trudy. Choć nasz przemarsz również nie wynosił więcej niż dwie mile, czyli 14 wiorst, i choć wyszliśmy rano, to mimo wszystko, z powodu ciasnoty drogi, ogromnych postojów i braku przyzwyczajenia do takich pochodów, nie mogliśmy dojść do wyznaczonego obozu wcześniej niż około północy, a nasze tabory przyszły dopiero rano, i dlatego musieliśmy w tym miejscu następnego dnia (10-go) zrobić dzień odpoczynku i dać wytchnąć i ludziom, i koniom.
Obóz wyznaczono nam w tym miejscu pośród sosnowego boru i po raz pierwszy staliśmy w miejscu tak niewygodnym i lichym, a ponadto musieliśmy całą noc spędzić bez naszych wozów i namiotów i cierpieć chłód, gdyż noce były wtedy jeszcze zimne. Rozpaliliśmy sobie ogniska pośród boru i grzaliśmy się przy nich niemal całą noc, nie jedząc i nie śpiąc, przepowiadając sobie, że i odtąd często będzie nam się to zdarzać. Generałowie dowodzący naszymi brygadami klęli i lżyli nasze tabory. I ciężkie się im wydawały, i to one były przyczyną wszystkich postojów, dlatego powtórzono rozkaz, aby zmniejszono ciężary i aby koniecznie po dwóch oficerów było na jednym wozie. Łatwo wywnioskować, że rozkaz ten wcale nas nie ucieszył. Zasmuciliśmy się wtedy wszyscy i współczuliśmy jeden drugiemu, gdyż nikt nie chciał się rozstać ze swoim wozem. Ale na szczęście nie wszystko się spełnia, co się rozkazuje. Z niektórymi z oficerów rzeczywiście tak postąpiono i ci biedacy musieli znowu porzucić część rzeczy i zostawić swe wozy; lecz większość, a wśród nich i ja, pod różnymi pretekstami zatrzymała swoje wozy, do czego wiele przyczynili się nasi dowódcy pułków, nie przymuszając nas zbyt surowo.
Nazajutrz, 11-go, wyruszyliśmy znowu w pochód i ciągnęliśmy dalej przez Kurlandię w najlepszym porządku, brygadami, w następującym szyku: najpierw szła brygada generała majora Villeboisa, złożona z 3. pułku grenadierskiego, naszego archangielogrodzkiego i rostowskiego. Za nią podążała brygada generała majora księcia Wasilija Michajłowicza Dołgorukowa, złożona z pułku kirasjerów następcy tronu oraz pułków piechoty nizowskiego, butyrskiego i wyborskiego, a na końcu brygada brygadiera Nuschersa, złożona z pułków pskowskiego, apszerońskiego i biełozierskiego. Przeszedłszy dwie i pół mili, nocowaliśmy przy folwarku Eckau, gdzie znajdował się zrujnowany murowany zamek i młyn.
Następnego dnia, 12-go, wieczorem, przybyliśmy wreszcie do miasteczka Bowsk i rozłożyliśmy się po tej stronie, gdyż przez rzekę Niemont przejść nie było można i trzeba było najpierw zbudować most pontonowy.
Do rana, 13-go, był on u nas od razu gotów i po raz pierwszy przyszło mi tu zobaczyć ten polowy i lotny most.
Pontony mieliśmy blaszane, pomalowane czerwoną farbą, a ponieważ ponadto wszystkie były równe, cały most przedstawiał najpiękniejszy widok i nie mogłem się nim dość napatrzeć. Tego dnia cała nasza dywizja przeprawiała się po nim i przechodziła przez miasteczko bez żadnej ceremonii. Widok tego kurlandzkiego miasteczka, w którym mieszkałem od dzieciństwa, i wspomnienie wszystkich miejsc, które wówczas oglądałem, sprawiały mi miłą uciechę i nie mogłem się na nie dość napatrzeć. Przeszedłszy je i przeprawiwszy się w bród przez drugą rzekę, Muszę, stanęliśmy niedaleko od niego obozem, na widoku całej dywizji.
W tym miejscu staliśmy dwie doby, 14 i 15, i przez ten czas nie próżnowaliśmy. Kazano nam ćwiczyć musztrę i strzelanie, a dowodzący generałowie oglądali naszą biegłość, przy czym hojny nasz główny dowódca Łopuchin obdarował naszych żołnierzy kilkoma czerwońcami. Natomiast z naszego dowódcy brygady, pana Villeboisa, nie byliśmy tak zadowoleni. Jego surowość i wyniosłość nie były nam zbyt miłe.
Rano trzeciego dnia, 16-go, wyruszyliśmy znowu w pochód i wkroczyliśmy wreszcie do Królestwa Polskiego. Nie mogliśmy się powstrzymać, by przy tym wyjściu z naszej ojczyzny i znajomych ziem kilka razy nie obejrzeć się na nią i nie powiedzieć z westchnieniem: „Żegnaj, miła i droga ojczyzno!.. czy da nam Bóg znowu cię zobaczyć i kiedyż to będzie?” Jakieś szczególne i wzruszające uczucia rozlewały się wtedy po wszystkich członkach naszego ciała i wbrew woli wyciskały łzy z naszych oczu. Choć staraliśmy się je ukryć, u bardzo wielu były one jednak dość widoczne. Nocowaliśmy wtedy, minąwszy nieco pierwsze polskie, a raczej litewskie miasteczko, zwane Żeismen.
Ponieważ 17-go znowu nastąpił niewielki postój z powodu taborów, a przy tym pozostałe brygady jeszcze nie nadeszły, postanowiono w tym miejscu zrobić dzień odpoczynku i poczekać na pozostałych. Ponieważ zaś największe opóźnienie i przeszkodę sprawiała nam artyleria, której cały park mieliśmy przy naszej dywizji, wysłano ją tego dnia przodem.
Następnego dnia, 18-go, przypadło akurat święto Trójcy Świętej. A ponieważ nasz główny dowódca był człowiekiem nader pobożnym i bogobojnym, wyruszyliśmy w pochód dopiero po wysłuchaniu mszy w rozstawionych cerkwiach pułkowych i dlatego przybyliśmy do wyznaczonego obozu przy drugim miasteczku, Linkowie, dopiero o świcie następnego dnia, 19-go. Musieliśmy jednak tego samego dnia iść dalej, aż do trzeciego miasteczka, zwanego Kławany; w tym jednak miejscu mieliśmy już dzień odpoczynku, 20-go.
21-go, po południu, ruszyła nasza brygada znowu w pochód i szła aż do wsi Pawikszni, dokąd zarówno piechota, jak i tabory przyszły już o północy.
W tym miejscu zaszła zmiana w moim położeniu. Do tego czasu byłem wciąż dowódcą kompanii i kierowałem kompanią, co było dla mnie bardzo korzystne, gdyż wielka różnica być zwykłym oficerem, a dowódcą kompanii, zwłaszcza w pochodzie. Lecz tu zachorował nagle nasz kwatermistrz pułkowy, pan Stein, i trzeba było wybrać do pełnienia jego obowiązków innego biegłego i zdolnego oficera. W całym pułku nie znaleziono do tego zdolnego nikogo prócz mnie. Choć starałem się od tego wymówić, nic mi nie pomogło i musiałem, zdawszy kompanię innemu przydzielonemu porucznikowi i przyjąwszy furierów pod swoją komendę, jechać przodem dla zajmowania obozów. Zmiana ta była mi i nie była przykra. Uwolniłem się przez nią od nieopisanego utrapienia i nudy, jakich doznawałem przedtem, jadąc zawsze konno przy swojej kompanii i zatrzymując się na każdej wiorście. Nie sposób wyrazić, jak przykre i uciążliwe było dla nas wszystkich, z braku przyzwyczajenia, takie ślamazarstwo i zatrzymywanie się w pochodzie niemal na każdym kroku. Od rana do wieczora, bywało, idziemy, a nie przejdziemy więcej niż 10 albo 15 wiorst, a przez cały ten czas nikomu nie wolno było oddalić się od swego miejsca przy kompanii ani na krok. Nierzadko zdarzało się, że krzyż pęka na pół od nieustannego siedzenia na koniu i człowiek tak się zmęczy, że życiu swemu nie rad. Wiele pomagała mi jeszcze nowo kupiona książka. Miałem ją zawsze w kieszeni i gdy tylko krzykną: „Stój!”, brałem się do niej i czytałem dalej. Na szczęście była bardzo zajmująca i nie mogłem się znużyć jej czytaniem. Przy wspomnianej zaś zmianie pozbyłem się wszystkich tych utrapień, a szczególnie miłe było mi to, że mogłem przez to mieć zawsze więcej czasu i spokoju dla siebie, gdyż ponieważ przemarsze były bardzo krótkie, to będąc swobodnymi, nie trwało długo przejechanie 15 czy 12 wiorst, a wtedy, po rozbiciu obozu, nie pozostawało nam nic do roboty i, czekając na swoje pułki, mogliśmy spać i odpoczywać, ile dusza zapragnie. Słowem, mieliśmy tyle wolnego czasu, że wkrótce doszło do tego, iż ta bezczynność mi się już znudziła. A ponieważ nie przywykłem być bez zajęcia, to przeczytawszy swoje książki i bardzo je polubiwszy, wpadłem na myśl, by w wolnych chwilach tłumaczyć mego „Clevelanda” i spędzać na tym cały swój wolny czas. Zajęcie to przyniosło mi podwójny pożytek, gdyż po pierwsze, zajmując się nim, nie odczuwałem ani trochę nudy; po drugie, uniknąłem przez to konieczności dotrzymywania towarzystwa moim towarzyszom, dwóm innym kwatermistrzom naszej brygady, i jeżdżenia z nimi po miasteczkach i wsiach, i spędzania tam czasu na piciu, hulankach, a nierzadko i na innych niedozwolonych swawolach. Towarzyszami tymi byli pan Kulbars i pan Pochwisniew. Pierwszy był z 3. pułku grenadierskiego i służył w zastępstwie oberkwatermistrza, drugi zaś z pułku rostowskiego i był zuchem nader lekkomyślnym. Ponadto, pełniąc tę funkcję, mieliśmy i tę korzyść, że przyjeżdżając do miasteczek zawsze przed pułkami, mogliśmy zdobyć i kupić wszystko, czego potrzebowaliśmy na prowiant, po wolnej cenie, a nie za trzykrotną, jak kupowaliśmy do tego czasu, gdyż ledwie dywizja dokądś przyszła, w ciągu godziny wszystko było wykupione i niczego nie można już było dostać. Ale wrócę do dalszego opisu naszego pochodu.
22 maja nasza dywizja doszła do miasteczka zwanego Nowe Miasto i, zrobiwszy tu dzień odpoczynku (23-go), ciągnęła (25-go) dalej aż do miasteczka Krekenawa.
W tym miejscu musieliśmy znowu stać dwie doby, 26 i 27, gdyż ponieważ przygotowano prowiant, musieliśmy go znowu odbierać i piec sobie chleby. Przy tej okazji po raz pierwszy przyszło nam piec te chleby w ziemnych piecach i rozczyniać ciasto w dołach: widok dotąd niewidziany i przez swą nowość zajmujący. Ujrzawszy wspomniane dołki i rozczyniane w nich w rogożach i workach ciasto, a do pieczenia chlebów inne, wykopane na kształt nor, dziwiliśmy się i nie chcieliśmy wierzyć, by mogło z tego wyjść coś dobrego: lecz nasze zdziwienie jeszcze wzrosło, gdy ujrzeliśmy potem chleby i suchary tak dobre i smaczne, jakich do tego czasu jeszcze nie jadaliśmy.
Co się tyczy mnie, to przytrafiła mi się tu jedna śmieszna przygoda. Ponieważ byłem w tym czasie zupełnie bezczynny, siedziałem pewnego dnia w swoim oficerskim namiocie na ziemi i zajmowałem się, jak zwykle, moim zajęciem, to jest tłumaczyłem na kolanach mego „Clevelanda”. Zagłębiwszy się w tę pracę, nie wiedziałem i nie przeczuwałem, że nadciągnęła i wisiała już nad nami straszna chmura burzowa, a usłyszałem tylko, że nagle zaszumiała i zawyła ogromna burza z wichrem i zaczęła zrywać nasze namioty. Zacząłem krzyczeć, żeby ludzie biegli i prędzej wbijali kołki mocniej w ziemię, ale nie było komu, a i nie było kiedy mnie słuchać! Mój namiot wicher, ani się obejrzałem, porwał cały, rzucił o ziemię i przygniótł nim mnie całkiem, razem z papierem i atramentem, do ziemi. Cóż było wtedy robić? Krzyczałem, co sił, ale wśród ogromnego szumu, błyskawic i grzmotów nikt nie słyszał, a samemu wydostać się nie było żadnego sposobu: tak dobrze zaplątały mnie poły namiotu. Słowem, omal się wtedy nie udusiłem, gdyż musiałem w ten sposób leżeć pod namiotem ponad pół godziny, dopóki wszyscy ludzie, pochowani gdzie popadło przed deszczem, nie zobaczyli mego nieszczęścia i, przybiegłszy, nie uwolnili mnie z więzienia. Ale jakimż dziwolągiem stamtąd wyszedłem! Byłem cały nie tylko przemoczony deszczem, ale i umazany atramentem, i rad byłem już temu, że się uwolniłem.
28 dnia tego miesiąca rozpoczął się znowu pochód naszej dywizji i trwał aż do miasteczka Serbeliszki, a następnego dnia, 29-go, doszliśmy wreszcie do znanego polskiego, choć niezbyt dużego miasteczka, zwanego Kiejdany. W tym miejscu następnego dnia, 30-go, zeszliśmy się z pierwszą dywizją, którą prowadził sam feldmarszałek. Szedł on bowiem z Mitawy inną drogą, przez Janiszki, Maszkutek, Szawle, Radziwiliszki i Szadów, i również przybył do Kiejdan. Jednakże obie te dywizje jeszcze się wtedy nie połączyły, lecz stały obozami osobno.
Pod Kiejdanami (1) staliśmy całe pięć dni, częściowo dla odbioru prowiantu, który również był tu przygotowany, i pieczenia z niego chlebów, częściowo czekając (2) na pozostałe brygady, które nieco odstały od innych. Jednakże 3 czerwca nasz feldmarszałek wyruszył ze swoją dywizją dalej, ku Kownu, a następnego dnia (4-go) podążyliśmy za nim i my z naszą dywizją, która, doszedłszy do miasteczka Bobty, tam nocowała. Nasza zaś brygada tym razem została w tyle, lecz przybyła do tego miasteczka dopiero 5-go.
Wreszcie 6-go przybyliśmy do miasteczka, a raczej dość znanego i sławnego miasteczka Kowna.
Zastaliśmy tu już wielkie zgromadzenie pułków, gdyż ponieważ, nie dochodząc do miasteczka, trzeba było przeprawiać się przez rzekę Wilię, która była nader duża, a mostów jeszcze nie zbudowano, przybywające pułki stawały przy tej rzece i czekały na ich przygotowanie.
7-go przeprawiliśmy się przez wspomnianą rzekę Wilię i, minąwszy Kowno, stanęliśmy przy tym miasteczku obozem. Staliśmy tu niemało czasu, gdyż ponieważ przez wspomnianą rzekę cała armia musiała przeprawiać się tylko po jednym wąskim moście pontonowym, a przy tym miasto to wyznaczono na generalne rendez-vous, czyli miejsce zbiórki, wymagało to niemało czasu.
Zresztą, ponieważ postój w tym miejscu był pamiętny kilkoma przygodami, jakie mi się przydarzyły, odłożę opowieść o nich do następnego listu, a obecny tym zakończę, mówiąc wam tymczasem, że jestem itd.
POSTÓJ W KOWNIE
List 39
Drogi przyjacielu! Teraz opowiem wam te przygody, które przydarzyły mi się podczas naszego postoju we wspomnianym polskim miasteczku Kownie.
Pierwsza zdarzyła się jeszcze w samym pierwszym dniu naszego tam przybycia i polegała na małym nieszczęściu, które sam na siebie ściągnąłem swoją głupotą, a mianowicie: wspominałem już wcześniej, że pełniłem wtedy funkcję kwatermistrza i jeździłem zawsze przodem dla zajęcia obozu. Wskutek tego pojechaliśmy przodem i wtedy, gdy nasza brygada znajdowała się jeszcze za rzeką Wilią. Przyjechawszy do miasteczka Kowna, kwatermistrz pułku rostowskiego, pan Pochwisniew, będąc zuchem lekkomyślnym i hulaką, nie wiem po co został w tyle w miasteczku, a z nim zostali i jego furierzy. Przyjechawszy z panem Kulbarsem na to miejsce za miasteczkiem, gdzie miał stanąć nasz obóz, nie mieliśmy czasu długo marudzić, gdyż nasze pułkowe tabory zaczęły już przeprawiać się przez rzekę, gdy odjeżdżaliśmy, i dlatego spieszyliśmy się jak najprędzej rozbić obóz. Lecz spadło na mnie wtedy utrapienie, że nie było kwatermistrza rostowskiego, bez którego nie mogłem rozbić obozu dla swego pułku, gdyż nasza brygada stawała zawsze w takim porządku, by na prawym skrzydle stał pułk grenadierski, na lewym nasz, a pośrodku rostowski, a zatem bez zajęcia środkowego obozu nie mogłem zająć skrajnego. Długo czekałem na tego pana, lecz on trochę się tam zabawił i nie jechał. Byłem na to zły nie wiedzieć jak i nieźle mu za to pobłogosławiłem.
Wreszcie zaczęły się już ukazywać nasze tabory, a obozów obu naszych pułków jeszcześmy nawet nie zaczęli rozbijać.
Cóż miałem wtedy robić? Nie pozostawało nic innego, jak odmierzyć dla pułku rostowskiego znaną nam odległość, a potem wziąć prostą linię z pułkiem grenadierskim i rozbijać swój. Lecz gdy, odmierzywszy tę proporcję, przyszedłem na to miejsce, gdzie miał stać nasz pułk, zobaczyłem, że była tu świeżo zaorana i jeszcze niezabronowana rola, i to nie zwykła, lecz wydarta z łąki. Słowem, na całym miejscu była bryła na bryle i darń na darni. Nadzwyczaj mnie to rozzłościło, gdyż tak paskudnego miejsca nie dostaliśmy pod obóz nigdy w całym naszym pochodzie; natomiast widziałem, że miejsce, które odmierzyłem dla pułku rostowskiego, było najpiękniejszą i równą łąką. Zazdrościłem tego i było mi przykro, a tym bardziej, że wiedzieliśmy, iż postoimy tu niemało czasu. Będąc w takich okolicznościach i widząc, że kwatermistrz rostowski ze swoimi furierami wciąż jeszcze nie jedzie, zachciało mi się przysłużyć swemu pułkowi i pod jakimś pretekstem zająć łąkę dla siebie, a rostowców odprawić na rolę, i przez to uwolnić swój pułk od wielkiej niewygody. Dlatego, pomyślawszy nieco i wymyśliwszy już zawczasu wymówki i usprawiedliwienia, poszedłem do kwatermistrza grenadierskiego zasięgnąć rady; lecz ten nie powiedział mi ani tak, ani nie. Nie otrzymawszy więc od niego ani rozkazu, ani zakazu, poważyłem się i rozbiłem swój obóz obok jego pułku. Ale żeby swój występek czymś przykryć, rozbiłem obok siebie na roli obóz i dla pułku rostowskiego. Moi furierzy nie chcieli nawet trudzić się dla cudzego pułku, ale ich zmusiłem i kazałem jeszcze z większą i szczególną starannością wyznaczać wszystkie miejsca, by tym porządniej go rozbić. Ledwie to zrobiłem, gdy rzeczywiście przyszły już i rostowskie, i naszego pułku tabory, a ja natychmiast kazałem swoim stawać na miejscach i prędzej zajmować obóz. Rostowscy, nie widząc swoich furierów, wszczęli z naszymi spór, czemu stajemy na ich miejscu, ale ja ich czymś tam udobruchałem i namówiłem, by stawali w wyznaczonym przeze mnie dla nich obozie. Ledwie tabory się ustawiły, gdy nadeszła i piechota. Kwatermistrz rostowski ruszył się z Kowna dopiero wtedy, gdy zobaczył już idącą piechotę, i ledwie zdążył przygalopować do nas bez tchu ze swoimi furierami. Nie miał wtedy czasu rozważać dogodności miejsca; jednak zobaczywszy, że jego miejsce jest już zajęte przez nasz pułk, przygalopował do mnie i mówi: — „Ech, bracie! Zamarudziłem w miasteczku, a ty zająłeś moje miejsce i nie tam stanąłeś”. — „Twoja wola była nie jechać! — odpowiedziałem — przecież moje tabory nie mogły na ciebie czekać, a mnie nie pozostawało nic innego!” — „No, niech tak będzie — mówił on — ale, ech, co za bieda, teraz już nie zdążę rozbić obozu, pułki już idą!” — „Jedź! Jedź! — mówię ja — ja już i dla waszego pułku rozbiłem obóz swoimi furierami”. Jeszcze mi za to podziękował i pogalopował na spotkanie pułku, a furierom kazał iść na miejsce. Lecz ci nicponie, przyszedłszy tam, szybko przejrzeli cały mój zamysł i po co to wszystko zrobiono, i niezmiernie się złościli, że mają stać na roli. Nie poprzestali na tym, lecz ze złości na mnie umyślnie poprzestawiali wszystkie paliki i celowo wykrzywili linię i front tak, że i namioty stanęły bardzo krzywo i licho. Ja, nic o tym nie wiedząc i nie przeczuwając, a ciesząc się ze swego powodzenia i podstępu, pojechałem i, spotkawszy swój pułk, przyprowadziłem go na miejsce. Lecz cóż nastąpiło? Radość moja nie trwała długo, lecz wkrótce obróciła się w smutek, a ta zabawka omal nie doprowadziła mnie do nieszczęścia.
Ledwie pułki stanęły w obozie, gdy przyjechał z miasteczka nasz generał major Villebois, którego kwatera była rozstawiona u nas na prawym skrzydle.
Ledwie podjechał do obozu, gdy wykrzywiony front pułku rostowskiego od razu rzucił mu się w oczy. Będąc nadzwyczaj gorącego i porywczego usposobienia, rozgniewał się wtedy ponad miarę i pogalopował prosto do tego frontu. Lecz jego złość jeszcze wzrosła, gdy, myśląc, że zastanie tam nasz pułk, ujrzał nagle rostowski, swój ulubiony pułk, którego, będąc przedtem w nim pułkownikiem, szczególnie bronił i kochał. Podniósł wtedy ogromny hałas i krzyk, i miotał wokół siebie ogniem i płomieniem. — „Kto to? Kto? Kto to zrobił? Kto tak zrobił? Kto rozbijał obóz? Czemu źle? Czemu krzywo? Czemu nie w tym miejscu? — krzyczał i wrzeszczał. — Dawać go tutaj!”
Kwatermistrz rostowski, znając jego porywczość, nie śmiał mu się już wtedy pokazać na oczy; lecz na nieszczęście wyszło kilku oficerów, którzy nie mniej od innych byli niezadowoleni z miejsca, i naskarżyli mu się, obwiniając wprost mnie jednego.
Znajdowałem się wtedy w swoim pułku i nic o tym nie wiedziałem ani nie przeczuwałem; lecz wkrótce ujrzałem biegających po całym obozie i wzywających mnie do generała. — „No! — mówiłem wtedy sam do siebie — przyszło i na mnie! Jakże ja się z tego wywinę i co też mnie spotka: generał to człowiek wściekły, żeby mi tylko czegoś nie zrobił!” Jak pomyślałem, tak się stało. Ledwie generał mnie zobaczył, w ogromnej zapalczywości naskoczył na mnie i zmieszał z błotem. Zacząłem przedstawiać mu usprawiedliwienia, ale gdzież tam, żeby je wysłuchiwał! Nie usprawiedliwień słuchać, lecz ukarać mnie miał na myśli. „Odbierz mu! — krzyczał tylko — odbierz mu, adiutancie, a już ja go nauczę!” Adiutant natychmiast zsiadł z konia i zaczął odpinać mi szpadę. Cóż miałem wtedy robić? Widziałem, że z motyką na słońce się nie porwę, stałem oniemiały i bez sprzeciwu pozwoliłem mu ją odpiąć. Po czym generał, nie słuchając już niczego więcej, odjechał, a ja musiałem iść do swego namiotu.
Wieść o moim nieszczęściu rozeszła się natychmiast po całym obozie i dla wszystkich było niepojęte, za cóż to mnie aresztowano. A ponieważ cały pułk mnie lubił i był ze mnie zadowolony, nie było nikogo, kto by mi nie współczuł i nie pytał mnie o przyczynę. Mój namiot zapełnił się natychmiast oficerami, którzy przyszli odwiedzić nieszczęśnika, a ja, smucąc się i śmiejąc, mówiłem im wtedy: „Oto za was wszystkich, panowie, cierpię! Was pożałowałem i na roli nie postawiłem, a przez to sam teraz mam biedę”. Byli bardzo zadowoleni z mojej gorliwości i dlatego jeszcze bardziej mi współczuli, mówiąc, że cierpię niewinnie. Wreszcie, usłyszawszy o tym, zaszedł do mnie sam nasz pułkownik i wypytywał mnie o cały przebieg zdarzenia. Opowiedziałem mu wszystko szczegółowo i wreszcie, śmiejąc się, mówiłem: „Wola wasza, panie pułkowniku! Musicie mnie teraz obronić — nie dla siebie, lecz dla całego waszego pułku to robiłem, a mnie byłoby wszystko jedno, czy stać na roli, czy na łące!” — „Oczywiście, nie omieszkam się postarać — odpowiedział — i bardzo jestem z ciebie w tej sprawie zadowolony. Uzbrójcie się jednak na godzinkę w cierpliwość. Trzeba dać czas, by gniew generalski ostygł, a potem ręczę za siebie, że cała sprawa zostanie załagodzona”.
I rzeczywiście, ledwie minęły dwie godziny, gdy przybiegł po mnie ordynans, abym niezwłocznie szedł do generała do kwatery.
Zastałem tam swego pułkownika, a generał był już potulny jak owieczka i wypytywał mnie o cały przebieg zdarzenia. „Wasza ekscelencjo — mówiłem mu wtedy śmiało — nie raczyliście mnie przedtem wysłuchać, ja w tej sprawie zupełnie nie jestem winien; kwatermistrz rostowski został w Kownie i nie wiem, po co tam zwlekał, aż do tego czasu, kiedy pułki przyszły już do miasta. Będąc tutaj, czekałem na niego ponad dwie godziny, aby zajął swój obóz, ale nie mogłem się go żadnym sposobem doczekać. Wreszcie tabory już przyszły i żądały ode mnie miejsca. Nie wiedziałem, co wtedy robić, i myśląc, że gorzej będzie, jeśli wasza ekscelencja zastanie tabory tłoczące się w nieładzie i zamieszaniu, nie znalazłem innego wyjścia, jak zająć miejsce dla swego pułku obok grenadierskiego”. — „O! Więc to tak było? — przerwał mi generał. — A cóż ten zuch tam robił i po co w Kownie świętował?” — „Wszystkiego tego nie wiem, wasza ekscelencjo — odpowiedziałem — tylko że tu nie było ani jego, ani żadnego z jego furierów, a ja, ujrzawszy już i ich przybyłe tabory, musiałem potem sam rozbijać obóz i dla ich pułku”. — „A czemuż jest krzywo rozbity?” — spytał generał. — „Temu już nie ja jestem winien — odpowiedziałem — nie mnie się uczyć rozbijania obozów i rozbiłem go dobrze, lecz oni sami naumyślnie i celowo wszystko wykrzywili i poprzestawiali moje paliki, byle tylko wywołać tym gniew waszej ekscelencji na mnie”. — „Patrzcie no, co za nicponie! — krzyknął wtedy generał. — A zatem nie ty, mój przyjacielu, jesteś winien, a wszystkiemu przyczyną Pochwisniew; ale już ja tego zucha nauczę! Adiutancie! Zwróć szpadę panu podporucznikowi, a zamiast tego idź aresztuj Pochwisniewa i każ go osadzić pod wartą”. Potem, obróciwszy się do mnie, mówił: „Wybacz mi, mój przyjacielu! Nie wszystko mi powiedziano tak, jak było, i nic o tym nie wiedziałem”. Bóg ci wybaczy, myślałem sobie wtedy, a tymczasem daj Boże jak najprędzej od niego zwiać.
W ten sposób zakończyła się ta nieszczęsna przygoda, jedyna tego rodzaju w całej mojej służbie. Wszyscy oficerowie cieszyli się z mego uwolnienia i chwalili mnie, że dobrze się wywinąłem. Mimo to obawiałem się, by generał nie dowiedział się prawdziwej przyczyny; ale, na szczęście, wkrótce potem wyszliśmy spod jego komendy i przydzielono nas do innej dywizji, a i nasz właściwy kwatermistrz, pan Stein, wyzdrowiał ze swojej choroby i objął znowu swoje obowiązki. Wróciłem więc do kompanii i nie jeździłem już więcej zajmować obozów.
Druga przygoda była śmiesznego rodzaju i polegała na tym, że niechcący i nieświadomie upiłem się, i to po raz pierwszy w życiu.
Stało się to w następujący sposób. Jeszcze długo przed przybyciem do Kowna nasłuchaliśmy się sporo, że w Kownie sprzedają się sławne polskie miody, zwane lipcami. Ciekawość, co to za napój, była w nas ogromna, i dlatego ledwie przyszliśmy do Kowna i rozłożyliśmy się obozem, każdy spieszył się zwolnić do tego miasta, by zaopatrzyć się w potrzebne rzeczy. Wśród nich i ja nie byłem ostatni. Przyszedłszy do miasta, pierwszym moim staraniem było odszukać, gdzie sprzedają lipiec. Wskazano mi oberżę, czyli piwnicę z winem, dokąd przyszedłszy, od razu go zażądałem. Zapytano mnie, ile każę podać. „Sztof!” — powiedziałem, gdyż myślałem, że jest tak samo słaby jak inne polskie miody, które można niekiedy pić na pragnienie i których, idąc przez Polskę, staliśmy się już amatorami. Gospodarz zdziwił się, widząc mnie samego, a żądającego całego sztofa miodu! Nie mówiąc jednak nic, poszedł i przyniósł mi go; a ja nie mniej się zdziwiłem, że ze sztofem postawił mi na stole maleńki kieliszek, a nie szklankę. „Cóż to takiego! — myślałem sobie. — Kto to widział, żeby miód pić kieliszkami, i to takimi maleńkimi?” Rozważyłem jednak znowu, że może tu taki jest zwyczaj, a widząc gospodarza przyzwoicie ubranego w niemiecki strój, dla przyzwoitości wstydziłem się zapytać, jaka była tego przyczyna, i wstydziłem się poprosić o szklankę. Nalałem więc od razu kieliszek i wypiłem. Miód wydał mi się istnym nektarem: czysty, smaczny, słodki, przyjemny, a przy tym wydał mi się wcale nie mocny, lecz słaby. Dlatego jeszcze się temu dziwiłem i mówiłem sobie: „Oto mówili, że lipiec jest bardzo mocny, a tymczasem można go pić bez obawy”. Odczekawszy więc chwilę, wypiłem jeszcze jeden kieliszek, a po pewnym czasie jeszcze jeden. Lecz ponieważ tym razem wydał mi się nieco mocniejszy, nie piłem go już więcej, a pomyślałem, by pójść najpierw coś niecoś kupić i poszukać kogoś ze znajomych, a potem zajść tu i dopić resztę. Postanowiwszy tak, mówię do gospodarza, czy nie zrobi mi przyjaźni i nie postawi tego miodu w szafie, i nie przechowa go przez kilka godzin, dopóki nie przyjdę z przyjaciółmi i nie dopijemy reszty. — „Mój Boże! — rzekł gospodarz — czemu by nie przechować! Proszę bardzo, łaskawy panie, miód wasz będzie cały, tylko racz pan za niego zapłacić”. — „Oczywiście, mój przyjacielu — powiedziałem — to rozumie się samo przez się; ileż ci za niego trzeba?” — „Czerwoniec, tylko tyle!” — rzekł z zimną krwią gospodarz! Słowo to mnie poraziło. „A to ci dopiero! — pomyślałem sobie — niezły miodek!” Przyznaję, że było mi już bardzo żal, że nie zapytałem najpierw, ile kosztuje; lecz ponieważ oddawać go z powrotem wydawało mi się już wstyd i nieładnie, to choć z ogromną niechęcią i złością na samego siebie, sięgnąłem do sakiewki, zapłaciłem, ile żądał, i wyszedłem, łając samego siebie za nieostrożność, a miód za jego drożyznę; lecz komedia na tym się jeszcze nie skończyła. Ledwie pochodziłem z pół godziny po mieście, gdy spotkał mnie adiutant naszego pułku i, ucieszony, że mnie widzi, powiedział, że dawno mnie szuka i żebym szedł jak najprędzej do obozu do pułkownika w pewnej potrzebie. Zacząłem zapraszać go ze sobą do oberży, lecz wymówił się brakiem czasu i radził mi znowu, żebym i ja nie zwlekał ani minuty.
Tak więc, nie mając czasu zajść po mój lipiec, pobiegłem do obozu, który był nie dalej niż o wiorstę od miasteczka.
Tu ledwie przyszedłem do pułkownika i, załatwiwszy sprawę, w której mnie wzywał, wróciłem do swego namiotu, gdy nagle odjęło mi władzę w obu rękach i nogach. Wydało mi się to straszne i dziwne. Nie rozumiałem, co to znaczy, i przestraszywszy się, tylko powtarzałem: — „Panie, zmiłuj się! Cóż to takiego! Co się stało z moimi rękami i nogami: bólu, zdaje się, żadnego nie czuję, a prawie wcale nie mam nad nimi władzy”. Słowem, stałem się takim kaleką, że musiałem położyć się na ziemi i leżałem jak sparaliżowany, nie pojmując, co by mogło być tego przyczyną, gdyż ponieważ byłem zresztą przy zdrowych zmysłach i pamięci, nawet nie przyszło mi do głowy, że to sprawił mój miodek, słodziutki i tani. Oficerowie, którzy do mnie zaszli, wyjaśnili mi wreszcie tę tajemnicę. Zapytali mnie, czy nie piłem lipca, a gdy im powiedziałem, że wypiłem trzy kieliszeczki, zaczęli się śmiać do rozpuku i powiedzieli: — „No, bracie! To on tak działa, a z tobą będzie jeszcze gorzej”. Ich przepowiednia się spełniła. Rzeczywiście, ledwie minęło od tego czasu pół godziny, gdy mój słodziutki i wspaniały miodek tak mnie rozebrał, że stałem się pijany jak bela i niemal bez rozumu i pamięci tarzałem się jak kłoda po trawie przed namiotem, a tylko tyle robiłem, że śmiałem się i zaśmiewałem na całe gardło, gdyż każda drobnostka wydawała mi się śmieszna. I wtedy to po raz pierwszy dowiedziałem się, jaki bywam po pijanemu, ale Bogu dzięki, że do dziś zdarzyło mi się to tylko dwa razy w życiu. W takim stanie spędziłem całą resztę dnia, nie wiedząc, gdzie sobie znaleźć miejsce; lecz nazajutrz, wyspawszy się, przeklinałem ten przeklęty miód wraz z jego gospodarzem i nie tylko nie poszedłem do miasta go dopić, ale nie chciałem o nim nawet słyszeć i zostawiłem go w spokoju w szafie u gospodarza.
Ale wrócę do opisu naszego pochodu. Cała armia, przeprawiwszy się przez rzekę Wilię, czyli Wilnię, została rozłożona obozem wokół Kowna. Miasteczko to leży w przepięknym położeniu. Niemała rzeka Niemen płynie między wysokimi górami szeroką doliną. Kowno siedzi na samym jej brzegu i ma w sobie dość murowanych budowli, cerkwi i innych pięknych domów, z których w najlepszym stał wtedy nasz feldmarszałek; pozostałe zajmowali jego orszak, cudzoziemscy wolontariusze i inni najznakomitsi generałowie. Całe miasto zapełniło się wtedy ludźmi i kipiało wojskowymi. Tuż pod samymi murami okrąża to miasto druga, wyżej wspomniana rzeka Wilnia, wpadająca do Niemna, tak że miasto zbudowane jest na samym klinie. Pułki rozłożone były obozami nad brzegami obu tych rzek i przedstawiały wtedy przepiękny widok.
Wkrótce po naszym przybyciu w to miejsce przyjechał do armii i generał en chef Browne; połączyły się z nią także nasze wojska, idące prosto ze Smoleńska i ze Starodubu, składające się przeważnie z jazdy i wojsk lekkich.
W ten sposób zebrała się w tym miejscu cała nasza armia, oprócz dywizji generała Fermora, która, jak wyżej wspomniano, poszła oblegać Kłajpedę.
Ledwie cała generalicja zjechała się i zebrała, gdy dwukrotnie odbyła się tu rada wojenna, czyli konsylium, i radzono na nich o dalszych przedsięwzięciach oraz o tym, gdzie i jak wkroczyć w granice pruskie; po czym dokonano w całej armii innego podziału pułków. Nasz pułk trafił już do innej dywizji, tej, którą dowodził generał en chef Browne; naszą zaś brygadą, utworzoną z naszego oraz z pułków narwskiego i wyborskiego, zaczął dowodzić już pan brygadier Berch.
Podczas gdy my w ten sposób i z taką powolnością wlekliśmy się z Rygi do Kowna i tu, po trochu zbierając się ze wszystkich stron, spędzaliśmy czas nie tyle na działaniu, co na bezczynności i pustych zbytkach, w Czechach i w innych miejscach nadal płonął ogień wojennego pożaru w sposób najzaciętszy. Wspomniana wcześniej, tak straszna bitwa cesarskich z Prusakami pod Pragą, choć była tak krwawa i choć w ciągu kilku godzin pobito i okaleczono w niej z obu stron ponad 30 tysięcy ludzi, nie zmieniła jednak ani trochę położenia rzeczy, nie zmniejszyła zaciekłości wojny i nie dała jeszcze żadnej nadziei na pokój. Bitwa ta jest szczególnie pamiętna tym, że choć wszyscy myśleli i oczekiwali, iż pociągnie za sobą wielkie skutki, to jednak tak się nie stało i nie miała ich. Wszyscy myśleli, że król pruski, który pobił wtedy cesarskich, puściwszy się w pościg za zbiegłymi cesarskimi i dogoniwszy ich, wszystkich wytępi, a zamkniętych w Pradze zmusi ogniem i głodem do poddania się w niewolę, i wielu nawet zakładało się, że król nie omieszka tego zrobić, i spodziewało się, że opanuje całe Czechy, zanim cesarscy zdążą się opamiętać: jednak wszyscy się w tym zawiedli.
Ile tylko król używał swej sztuki, by jak najwięcej skorzystać z tego zwycięstwa, nie miał w tym dalszego powodzenia. Dla wytępienia zbiegłych cesarskich wysłał wprawdzie w pościg księcia Bevern z 20 tysiącami ludzi swego wojska, ale wszystkie starania tego księcia były bezskuteczne i nie mógł żadną miarą przeszkodzić im połączyć się z innym cesarskim korpusem, stojącym niedaleko od Kolina. Wojska te, wzmocnione i pomnożone przez inne, przybyłe z Moraw i z Węgier, utworzyły w krótkim czasie na nowo dość wielką armię, a do dowodzenia nią przysłano Dauna, generała, który jedyny mógł swymi talentami choć trochę równać się z królewskimi i był w stanie mu się przeciwstawić.
Sam zaś król postanowił pozostać na miejscu bitwy, by otoczyć i zdobyć miasto Pragę wraz ze wszystkimi zamkniętymi w nim cesarskimi.
Posłał natychmiast do niego z żądaniem kapitulacji; lecz zdziwił się, usłyszawszy, że znajduje się w nim sam książę Karol Lotaryński z całą armią wojska cesarskiego, gdyż liczba jego sięgała 40 tysięcy ludzi. Mimo to król otoczył ze wszystkich stron to wielkie miasto i, nastawiawszy wszędzie baterii, zaczął je cisnąć w sposób najzaciętszy. Samych bomb i rozżarzonych kul wrzucono do niego do 170,000, a 900 budynków zostało przez nie zburzonych i uszkodzonych. Jednak wszystkimi tymi wysiłkami król nie mógł dokonać niczego ważnego ani nawet opanować najmniejszych umocnień tego miasta. Książę Karol opierał się w sposób najzaciętszy i odpierał wszystkie jego natarcia. Sama natura pomagała mu w tym nieco. Straszliwe chmury burzowe i ulewne deszcze sprawiły, że rzeka Mulda wystąpiła z brzegów, zerwała pruskie mosty pontonowe i oddała je w ręce cesarskich, wywołując przez to w wojsku pruskim wielki zamęt.
W tych okolicznościach, widząc, że cała jego kanonada niewiele szkodzi nieprzyjaciołom, król postanowił wygłodzić cesarskich i zmusić do kapitulacji, a ponieważ w mieście zaczynał się już pojawiać niedostatek żywności, to może i osiągnąłby w tym upragniony skutek, gdyby nie przeszkodziły mu inne okoliczności, a mianowicie to, że generał Daun z 60 tysiącami ludzi wojska cesarskiego zaczął posuwać się ku miastu, by uwolnić je od oblężenia, i że książę Bevern, będąc nazbyt słabym, by go powstrzymać, musiał się cofnąć. Król, usłyszawszy o tym, zostawił Keitha, by kontynuował oblężenie, a sam, oderwawszy, ile było można, wojska i połączywszy się z księciem Bevern, z 23 batalionami piechoty i 30 szwadronami jazdy poszedł przeciw Daunowi, by stoczyć z nim bitwę.
Do tego przedsięwzięcia skłoniło króla po pierwsze to, że wiadomo mu było, iż Daun otrzymał od cesarzowej rozkaz, by ważyć się na wszystko dla uwolnienia księcia Karola i niedopuszczenia do tego, by król wziął w Pradze całą armię do niewoli. Po drugie, widział, że nie stoczywszy z nim bitwy i nie pokonawszy go, nie mógł w żaden sposób opanować Pragi; a po trzecie, i nade wszystko, wiedział, że ze zwycięstwa nad Daunem mogą wyniknąć bardzo ważne i korzystne dla niego następstwa. Spodziewał się bowiem z pewnością, że wygrawszy tę bitwę, po pierwsze, uzyska wielką i już zupełną przewagę nad cesarskimi; po drugie, wszystkich zbrojących się przeciw niemu książąt Rzeszy, których nastraszył już wysłanymi przez siebie w głąb Niemiec 500 huzarami dla przeszkodzenia połączeniu ich wojsk, którzy dotarli nawet do Norymbergi i Ratyzbony, i którzy doprowadzeni już zostali do tego, że zaczęli się wahać i myśleć o porzuceniu strony cesarskiej, zmusi do proszenia go o zawarcie z nimi neutralności; po trzecie, spodziewał się, że pokrzyżuje tym i sam plan Francuzów, a może wstrzyma wszystkie ich operacje wojenne w Niemczech, gdyż ci mieli już tymczasem czas nie tylko wyruszyć w pole, ale przejść Ren i, połączywszy się z korpusem cesarskich, wkroczyć do Westfalii, gdzie książę Soubise, dowodząc nimi i cesarskimi, w niespełna tydzień zdobył miasto Wesel i odebrał Prusakom całe księstwo Kleve i Geldern, i przepędził ich aż do samej armii hanowerskiej, która pod komendą księcia Cumberland podjęła się z tej strony bronić ziem pruskiego władztwa; lecz przez marszałka francuskiego d’Estrées, który przybył do armii, została także już pobita pod Hastenbeck i straciła samo miasto Hanower. Po czwarte, spodziewał się, że przez to i sami Szwedzi, grożący mu napaścią na Pomorze, staną się bardziej pokojowi i ostrożniejsi; a po piąte, ufał, że przez to i sam nasz dwór skłoni się ku innym myślom, gdyż król mógłby już wtedy rozdzielić swoją armię wszędzie i na wszystkie strony i nie tylko wystawić przeciw nam większą siłę, ale i pospieszyć na pomoc uciśnionemu księciu Cumberland.
Te to przyczyny i pochlebne nadzieje przekonały króla, by spieszył się iść przeciw cesarskim i stoczyć bitwę z Daunem.
Wielu znawców sztuki wojennej zarzuca królowi w tym wypadku wielki błąd i mówi, że mógłby stanąć ze swoją armią w korzystnym i takim miejscu, gdzie nawet nie wydając bitwy, mógłby przeszkodzić Daunowi przedrzeć się do Pragi, i że mógłby przez to zdobyć to miasto, które nie mogło się już utrzymać dłużej niż kilka dni. Lecz król, przyzwyczajony do pośpiechu i już nazbyt łakomy zwycięstwa, zapragnął sam atakować i tym zepsuł całą sprawę.
Daun, wybrawszy bardzo korzystne położenie, oczekiwał spokojnie natarcia króla pruskiego. Ten ledwie przyszedł, od razu na niego natarł, i 7 czerwca, o drugiej po południu, rozpoczęła się bitwa. Lewe skrzydło armii pruskiej zbliża się, by zaatakować prawe cesarskie. W jednej chwili skrzydło to zostaje zaatakowane od czoła i z boku, a gwałtowny napór Prusaków obala jazdę cesarską. Hrabia Serbelloni, choć ranny, z szablą w ręku rzuca się na Prusaków, wznawia bitwę i znów bierze nad nimi górę. Piechota biła się tymczasem z okropnym rozlewem krwi; sześć razy rozbijano i odpierano bataliony Fryderyka i sześć razy wracały one, by z tą samą nieustraszonością nacierać na cesarskich. Daun i król pruski są sami wszędzie! Książę Karol Lobkowitz, książę Esterházy i hrabia O’Donnell pełnią obowiązki i dowódców, i samych szeregowych żołnierzy. Po stronie pruskiej zaś obaj bracia królewscy, książę Henryk i Ferdynand, pomagają mu i dzielą z nim trudy i niebezpieczeństwa. Około siódmej wieczorem obie armie słabną od ciężkich trudów i jakby za wspólną zgodą robią sobie półgodzinny odpoczynek. Fryderyk postanawia podjąć ostatni wysiłek i naprawić błąd popełniony przez swego generała Mansteina, który rozpoczął bitwę tam, gdzie król mu tego zabronił. Zbiera swoje najlepsze wojska, by jeszcze raz natrzeć na dzielne bataliony cesarskie, które tyle razy je odparły, i sam idzie na ich czele. Zatrzymuje uciekających jednym słowem: „Czy chcecie żyć wiecznie?” i zawraca ich, by szli na śmierć! A Daun tymczasem rozkazuje swojej jeździe na lewym skrzydle rzucić się na nieprzyjaciela i zaatakować go z boku. Ten ruch i dzielny opór jego piechoty rozstrzygnęły wreszcie losy tego strasznego dnia i przyniosły mu zupełne zwycięstwo. Prusacy stracili w tej pamiętnej bitwie do 8,000 ludzi swojej najlepszej piechoty i do 12,000 rannymi i zbiegłymi. Król cofa się w dość znacznym nieładzie. Wszystkie jego wspaniałe i okazałe zamysły i pochlebne nadzieje rozwiewają się. Tego samego wieczoru wraca do armii pozostawionej pod Pragą, a po dniu rozkazuje zwinąć oblężenie i ze wstydem i stratami wychodzi potem zupełnie z Czech; cesarscy zdobywają 22 sztandary i 45 armat z mnóstwem amunicji. Te trofea służą za dowód ich zwycięstwa, które kosztuje ich nie więcej niż 5,000 ludzi, za których kupują sobie wielkie korzyści i ratują od niewoli całe 40 tysięcy, z mnóstwem książąt i generałów.
Nie sposób wyrazić, jak bardzo uradowany był dwór cesarski wieścią o tym rozstrzygającym, sławnym i we wszystkich okolicznościach wielką zmianę sprawiającym zwycięstwie.
Daun pierwszy miał tę chwałę, że pobił króla w formalnej i regularnej bitwie, a cesarz z cesarzową byli z niego tak zadowoleni, że sami pojechali do jego żony, by przekazać jej tę radosną wieść. Wiadomo zresztą, że cesarzowa właśnie przy tej okazji ustanowiła swój order wojskowy, dając mu swoje imię Marii Teresy. Okazała generałowi Daunowi ten szczególny przywilej, że pozwoliła mu samemu dokonać awansów w jej armiach. Ten znak szacunku i zaufania był dla tego feldmarszałka tym bardziej pochlebny, że dał mu sposobność okazania dowodów przyjaźni nawet swoim rywalom do chwały. Wybór, jakiego dokonał przy tych awansach, okrył go innego rodzaju chwałą i czcią, która choć nie tak głośna jak ta, którą zyskał zwycięstwem, nie mniej jednak godna jest wielkich pochwał. Ale wrócę do naszej armii i do dalszego ciągu mojej opowieści.
Z wszystkiego, co wyżej napisano, łatwo dostrzec, że ta sławna bitwa pod Kolinem rozegrała się w Czechach w tym samym dniu, w którym przyszliśmy z armią do wspomnianego polskiego miasteczka Kowna. Cesarscy nie omieszkali natychmiast wysłać do nas kuriera z wiadomością o swoim zwycięstwie; lecz otrzymaliśmy tę wieść dopiero 16 czerwca.
Łatwo wywnioskować, że wieść ta była dla nas wszystkich bardzo miła, gdyż ponieważ cesarscy byli naszymi sojusznikami, a my sami szliśmy za nich wojować i mieliśmy w królu pruskim wspólnego nieprzyjaciela, wywołała ona w całej naszej armii niemal taką samą radość, jak gdyby zwycięstwo to zostało odniesione nad nim przez nasze własne wojska. Feldmarszałek nie omieszkał natychmiast ogłosić go w całej armii i od razu rozesłano do wszystkich pułków kopie otrzymanej relacji cesarskiej. Po czym zebrano ze wszystkich pułków wszystkich pułkowych duchownych w głównej kwaterze, gdzie przy grzmocie armat złożono Najwyższemu uroczyste dziękczynienie. Wszyscy generałowie obiadowali tego dnia u feldmarszałka, a armaty musiały pracować przez cały ten dzień i ogłuszać swym grzmotem mieszkańców Kowna.
Po czym nie zwlekaliśmy już tu dłużej, lecz jeszcze tego samego dnia wydano rozkazy, byśmy gotowali się do dalszego pochodu. Ale odłożę opowieść o naszym dalszym pochodzie do następnego listu, a tymczasem pozostaję itd.
MARSZ KU PRUSOM
List 40
Drogi przyjacielu! Tak więc ledwie otrzymaliśmy wyżej wspomnianą radosną wieść, nasi wodzowie nie zechcieli dłużej zwlekać w Kownie, lecz zaczęli spieszyć z pochodem, i dlatego zaraz następnego dnia, to jest 17 czerwca, kazano już niektórym brygadom wyruszać w pochód i po trochu przeprawiać się za rzekę Niemen, przez którą również zbudowano porządny most na pontonach. Następnego dnia armia przeprawiała się dalej i tego dnia wyjechał z Kowna i sam generał feldmarszałek; lecz cała armia nie mogła żadną miarą przeprawić się wcześniej niż 21-go, którego to dnia przeszedł wreszcie i nasz pułk razem z innymi.
To wyruszenie z Kowna jest mi szczególnie pamiętne i do dziś z powodu jednego smutnego zdarzenia, które nastąpiło w tej samej godzinie, w której wyruszyliśmy.
Miałem w naszym pułku jednego bardzo dobrego przyjaciela, który ponadto był ze mną nieco spokrewniony, a przy tym był bliskim sąsiadem moich wsi. Służył już jako porucznik i nazywał się Fiodor Siemionowicz Sieliwierstow. Ponieważ był bardzo dobrego charakteru, żyliśmy z nim zawsze w przyjaźni i kochaliśmy się wzajemnie. Człowiek ten zachorował podczas naszego pochodu przez Polskę, jeszcze daleko przed Kownem. A ponieważ wszystkich tych, którym zdarzy się zachorować w pochodzie, można słusznie nazwać nieszczęśliwymi ludźmi, gdyż rzadko któremu z nich, a zwłaszcza cierpiącym na ciężkie choroby, udaje się wyzdrowieć, to takiemu samemu nieszczęsnemu losowi uległ i pan Sieliwierstow. Choć leczył go nasz pułkowy lekarz, ale czyż można prowadzić porządne leczenie w pochodzie, gdy chory zamiast potrzebnego mu spokoju co dzień poddawany jest nowym niewygodom i gdy sam lekarz nie ma kiedy pomyśleć o sobie; dlatego, choć przywieziono go do Kowna żywego, choroba jego tak się już nasiliła, że znajdował się już na krawędzi życia. Z tej też przyczyny, choć w Kownie mieliśmy jakieś dwa tygodnie spokojnego postoju, nie pomagały mu już żadne lekarstwa. Lecz i tego jeszcze było mało; jego nieszczęsny los chciał, aby rozstał się z życiem w tej właśnie minucie, gdy dopiero co wyruszyliśmy w pochód, a kibitkę z nim ledwie ruszono z miejsca. Nie mogę wyrazić, jak mocno wstrząśnięci byliśmy ja i inni jego przyjaciele, gdy, z trudem nas odszukawszy, przybiegli nam powiedzieć, że przeniósł się do wieczności. Zasmuciliśmy się i nie wiedzieliśmy, co wtedy z nim począć. Cały pułk był już w ruchu ze wszystkimi swymi taborami, a te ponaglano, by z wielkim pośpiechem przeprawiały się za rzekę. Zameldowaliśmy o tym pułkownikowi i prosiliśmy, by zwolnił nas choć na kilka godzin dla pochowania jego ciała. Lecz sprawa była tak trudna, że trzeba było meldować o tym naszemu dowódcy brygady, gdyż ten surowo zabronił komukolwiek oddalać się od swoich miejsc: ale i on nie zwolnił nas na dłużej niż na jedną godzinę i kazał nam pochować go tam, gdzie znajdziemy jego wóz na drodze. Cóż było nam wtedy robić? Musieliśmy być posłuszni surowemu rozkazowi naszego przełożonego i, zapomniawszy o wszelkich obrzędach i ceremoniach pogrzebowych, nie tyle go pochować, ile, wykopawszy w napotkanym przy drodze lasku niewielki dołek, zasypać go piaskiem, gdyż w pośpiechu i z powodu wielkiego pośpiechu marszu oraz panującego wśród wszystkich taborów ogromnego zamętu nie sposób było odszukać nawet popa.
Tak więc nasze łzy, którymi zrosiliśmy bezduszne zwłoki naszego przyjaciela, i westchnienia zanoszone ku niebiosom służyły mu za wszelkie ceremonie i obrzędy pogrzebowe.
Nie mogę wspomnieć, jak wielkim żalem przejęte były wtedy nasze serca, gdy piasek zakrywał jego zwłoki przed naszymi oczami po raz ostatni. Wyobrażaliśmy sobie, że bardzo łatwo może się zdarzyć, iż i my ulegniemy takiemu samemu nieszczęsnemu losowi, i mówiliśmy jeden do drugiego: „Kto wie! Może i nam także przyjdzie umrzeć w pochodzie! Może i nas w taki sam sposób, albo jeszcze gorzej, zakopią w piasku i nikt z naszych bliskich nie będzie wiedział, gdzie jest nasz grób!”
W taki sam sposób i w tym samym czasie rozstał się z życiem i mój dawny nauczyciel, pan Miller. Ciężka choroba zabrała go ze świata razem z wieloma innymi. Choć od tego człowieka w dzieciństwie doznałem wiele złego, to wszystko to już dawno zapomniałem, a on, będąc oficerem, tak mnie już kochał, że uważałem go za przyjaciela, i dlatego nie mogłem nie zrosić łzami przyjaźni i jego bezdusznych zwłok. Ten umarł wprawdzie jeszcze w obozie, w przeddzień naszego wymarszu, ale ponieważ był cudzoziemcem, to i jemu nie przypadł lepszy pogrzeb. W taki sam sposób i jego zakopano bez dalszych ceremonii w dole. Ale czas mi już porzucić te smutne przedmioty i wrócić do naszego pochodu.
Ponieważ, przeszedłszy rzekę Niemen, musieliśmy przechodzić przez bardzo strome i niedogodne góry, to, zrobiwszy na jej brzegu dzień odpoczynku 22-go, kazano nam wziąć prowiantu na trzy doby i iść przodem, zostawiając tabory, by przeprawiały się przez góry wedle własnej woli. Zdarzyło się nam to po raz pierwszy, że musieliśmy rozstawać się z naszymi taborami i zaopatrywać się również sami w żywność, co z braku przyzwyczajenia było dla nas dość dziwne. Przeszliśmy tego dnia (23-go) całą armią do wsi Gogi, leżącej nad brzegiem Niemna, i myśleliśmy, że naszych taborów długo nie będzie; one jednak, wbrew naszemu oczekiwaniu, przeprawiły się jeszcze tego samego dnia przez góry i przybyły do nas pod wieczór.
Jedyną trudnością było dla nas tylko to, że koni dla wypasu musieliśmy przeprawiać wpław przez rzekę Niemen, i to z niemałym niebezpieczeństwem.
Następnego dnia (24-go) staliśmy tu i odpoczywaliśmy, a 25-go wyruszyliśmy znowu w pochód, zostawiając tabory w tyle. Jednak wyprzedziły nas one na drodze i nocowaliśmy tego dnia przy miasteczku Preny. Nazajutrz zaś (26-go), kontynuując pochód, przybyliśmy do miasteczka Barbaryszki i rozłożyliśmy się obozami za nim, w którym i sam feldmarszałek stanął w swoich wspaniałych namiotach, jakich do tego czasu jeszcze nie widzieliśmy, i dlatego nie mogliśmy się dość napatrzeć ich przepychowi i pięknu oraz wielkości całego obozu feldmarszałkowskiego. Cały on, przez mnóstwo różnobarwnych namiotów, przedstawiał widok jakiegoś małego polowego miasteczka, pośrodku którego wznosiły się dumne, ogromne namioty ze swymi pozłacanymi gałkami. Jeden, i największy z nich, stał z przodu i służył za salę; drugi, stojący za nim, był mniejszy i służył za przedsypialnię, a za nim stała już okrągła kałmucka kibitka, służąca feldmarszałkowi za sypialnię; mnóstwo małych i stłoczonych ze sobą namiotów otaczało te namioty z trzech stron i w nich mieszkał sztat i inne niższe szarże przebywające przy feldmarszałku.
W tym miejscu staliśmy znowu ponad tydzień, częściowo z powodu zbliżającego się święta Piotra i Pawła, częściowo dlatego, że z tego miejsca trzeba już było skręcać w prawo, by wejść do Prus, a u nas jeszcze nie wszystko było przygotowane. Chciał też nasz generał feldmarszałek zrobić generalny przegląd całego swego wojska, a raczej nauczyć się ustawiać je w ordre de bataille. Dlatego (28-go), w przeddzień dnia św. Piotra, wyprowadzono całą armię na znajdujące się niedaleko od naszego obozu bardzo czyste i rozległe pole i ustawiono porządnie w ordre de bataille w dwóch liniach. Po przyjeździe generała feldmarszałka cała armia po raz pierwszy oddała mu honory, a on objechał ją całą dookoła i napawał się widokiem tak licznego mnóstwa ludzi będących pod jego rozkazami. Liczny orszak, złożony z różnych utytułowanych osób przebywających w jego namiocie, z mnóstwa generałów i cudzoziemskich wolontariuszy, podążał za nim, a kilkudziesięciu Kozaków czuhujewskich, huzarów, kirasjerów i innych wojsk konnych eskortowało ten pochód i przydawało mu jeszcze więcej wspaniałości. Co się zaś tyczy dowódców brygad, to każdy z nich czekał na przyjazd feldmarszałka przed frontem swojej brygady, a przy jego zbliżeniu galopował do niego i oddawał mu honory szpadą, rozkazawszy tymczasem bić w bębny, grać we wszystkich pułkach muzyce i wszędzie chylić sztandary, gdy tylko feldmarszałek się z nimi zrówna.
Wszystko to zwiększało przepych tego widowiska, które i dla nas samych było jeszcze nowe, gdyż wtedy po raz pierwszy ujrzeliśmy całą armię w szyku, a widok ten był dla naszych oczu uderzający.
Po zakończeniu całego objazdu i obejrzeniu wszystkich pułków, wyznaczonych wówczas do wkroczenia do ziemi nieprzyjacielskiej, odprawiono nabożeństwo dla wyproszenia u Boga błogosławieństwa dla rozpoczynanego przez nas dzieła, a potem rozpoczęła się strzelanina w następujący sposób: po pierwszym wystrzale ustawionej na prawym skrzydle armaty sygnałowej rozpoczęto ogień ze wszystkich armat pułkowych w obu liniach, po jednym ładunku. Na powtórny sygnał strzelała cała armia plutonami, a na trzeci — cała armia oddała z armat i broni ręcznej salwę generalną, który to wystrzał narobił już sporo grzmotu i był tak samo nowy i uderzający dla naszego słuchu, jak widok całej armii dla naszego wzroku. Po czym pierwsza linia i jazda wykonały pokazowy atak, a my, nabiegawszy się trochę po polu i wystrzelawszy na próżno kilka pudów prochu, dość umęczeni, zostaliśmy wreszcie rozpuszczeni do obozów.
Nazajutrz obchodziliśmy święto Piotra i Pawła ze zwykłą ceremonią cerkiewną i paradą, a tego dnia doznałem szczególnej radości z powodu przyjazdu do pułku mego szwagra, pana Niekludowa. Był on, jak już wcześniej wspomniano, wysłany jeszcze z naszych kwater kantonalnych do Polski dla przygotowania i zakupu prowiantu i przebywał w znanych polskich miastach — Wilnie i Grodnie, a wreszcie, po wykonaniu swego zlecenia, został zwolniony i przybył do swego pułku. Delegacja ta wcale nie była dla niego tak korzystna i zyskowna jak dla wielu innych, którzy bywają przy takich sprawach i dorabiają się całych tysięcy. Mój szwagier nie był takiego charakteru i usposobienia, by cokolwiek nieuczciwie zdobywać i podejmować w tym celu jakieś szalbierstwa i sprawy sprzeczne z przysięgą i obowiązkiem, dlatego z tego zlecenia nie dorobił się ani kopiejki, lecz przeciwnie, poniósł przy tej delegacji niemałą stratę, gdyż pomarli mu od chorób niemal wszyscy towarzyszący mu i bardzo dobrzy ludzie, i wyjechał z jednym tylko starowinką, a cierpiał taki brak służby, że musiałem już ja pomagać mu choć trochę swoimi, dopóki nie mógł dostać sobie ordynansów.
Następnego dnia po dniu św. Piotra (30-go) przygalopował do nas od generała Fermora major Romanius z radosną wieścią, że tak straszna dla nas pruska twierdza graniczna Kłajpeda, którą poszedł oblegać, została przez niego wreszcie zdobyta po kilkudniowym oblężeniu, 24 tego miesiąca, na kapitulację, i to z tak dobrym skutkiem, że z naszej strony przez całe oblężenie zabito tylko 3, a raniono 17 ludzi. Radość z tej pierwszej korzyści odniesionej nad nieprzyjacielem była w całej armii nieopisana i zdawało się, że wiele zmniejszyła ten strach, jaki mieliśmy przed Prusakami, gdyż ich męstwo wynoszono wówczas pod niebiosa i opisywano nam je jako nazbyt wielkie, dlatego dobrze wiedzieliśmy, że idziemy przeciw dzielnemu i silnemu nieprzyjacielowi, którego trzeba się było nie inaczej jak obawiać, choć w istocie jego siły bynajmniej nie były tak straszne.
Następnego dnia, co przypada na 1 lipca, odbyły się w całej naszej armii uroczystości i nabożeństwo dziękczynne z powodu tego szczęśliwego wydarzenia, a ziemia tylko jęczała od huku armat grzmiących przy kwaterze feldmarszałka, gdyż byliśmy wielkimi amatorami tracenia prochu na próżno. Wydał on dla całej generalicji wspaniały obiad, a my wszyscy nie mogliśmy się dość nacieszyć widokiem nieprzyjacielskich sztandarów, które zdobyto w Kłajpedzie i, po przywiezieniu do feldmarszałka, ustawiono przed jego kwaterą.
Lecz uroczystość ta omal nie została zakłócona przez smutne zdarzenie.
W tym samym czasie, gdy się odbywała, wybuchł w miasteczku Barbaryszki ogromny pożar, a wiatr niósł ogień prosto na stojącą w pobliżu miasteczka naszą artylerię, dlatego powstał wtedy ogromny alarm i spieszono się jak najprędzej odwieźć skrzynie z prochem; jednak pożar szybko ugaszono i żadna szkoda nie nastąpiła.
Tak więc staliśmy w tym obozie do 6 lipca, niemal całe dziesięć dni, a we wspomnianym dniu feldmarszałek z pierwszą dywizją wyruszył w dalszy pochód i, skręciwszy w prawo, poszedł prosto ku granicom pruskim, a następnego dnia (7-go) wyruszyliśmy i my z pozostałymi i, ciągnąc pochód aż do samego wieczora, nocowaliśmy przy wsi Gutsze, gdzie obóz całej armii ustawiono już według planu i w należytym porządku, a nie tak jak przedtem, brygadami, i gdzie jedna brygada, gdzie druga; gdyż im bardziej zbliżaliśmy się do ziemi nieprzyjacielskiej, tym więcej zaczęliśmy zachowywać ostrożności, a ponadto trzeba było jeszcze nauczyć się stawać razem.
Następnego dnia (8-go), i to już dobrze po południu, wyruszyliśmy znowu w pochód i, ciągnąc go aż do samej północy, przyszliśmy nocować do zajętego obozu przy miasteczku Ludwinów.
W tym miejscu staliśmy znowu całe cztery dni (9, 10, 11 i 12), w którym to czasie nic pamiętnego się nie wydarzyło, oprócz tego, że 12-go po obiedzie była nadzwyczaj gwałtowna burza z wichrem i gradem. Wielu oficerom zerwało wtedy namioty, mój jednak się utrzymał. Grad był tak gruby, że niemal cały wielkości orzecha, a wiele gradzin było większych od orzecha włoskiego.
13-go wyruszyliśmy znowu w pochód i musieliśmy obchodzić ogromny las i cierpieć brak wody. Nocowaliśmy przy jednym małym polskim miasteczku, którego nazwę zapomniałem, a rano (14-go), wziąwszy ze sobą wodę, maszerowaliśmy do drugiego polskiego miasteczka, którego nazwy nie mogłem się wtedy dowiedzieć, i tu znowu nocowaliśmy w pustym miasteczku.
Wreszcie 15-go przyszliśmy do polskiego miasteczka Wierzbołów, które było niemal ostatnie przed ziemią pruską. A ponieważ w ten sposób prawie już zupełnie zbliżyliśmy się do ziemi nieprzyjacielskiej, obóz całej armii ustawiono znowu razem, i to w czworobok batalionowy; stosowano też już środki ostrożności. Przed frontem rozstawiono u nas kozły hiszpańskie, zupełnie jak gdyby Prusacy byli Turkami i Tatarami, mieli nas już na karku i mogli wszystkich nas wyrąbać i posiekać na drobne kawałki, gdybyśmy nie podjęli tej śmiesznej ostrożności, choć byli od nas jeszcze bardzo daleko. Lecz i tego jeszcze było mało; za te kozły co noc wyprowadzano jeszcze ogromne pikiety, przy armatach i haubicach. Nic nas tak nie złościło jak te przeklęte pikiety, na których musieliśmy nocować pod bronią i bez namiotów, a ta ostrożność była jeszcze wcale niepotrzebna i służyła tylko do przyzwyczajania nas do wojennych trudów, a jeszcze bardziej do daremnego utrudzenia.
W tym miejscu, nie wchodząc jeszcze w granice pruskie, armia stała znowu cały tydzień, częściowo czekając na idącą jeszcze z tyłu naszą kawalerię, częściowo biorąc czas na rozpoznanie nieprzyjaciela i miejsc, dokąd mieliśmy iść. W tym czasie następnego dnia przybył do nas rzeczywiście generał major hrabia Piotr Aleksandrowicz Rumiancew z całą kawalerią i pułkami kirasjerów, z którymi szedł z Rosji przez Polskę zupełnie inną drogą.
Następnego dnia, to jest 17 lipca, schwytano już pruskiego szpiega, który jeździł w przebraniu polskiego szlachcica, z psami.
Myślę, że śmiał się do rozpuku, widząc nasze tchórzostwo i zbędne środki ostrożności. Schwytali go nasi Kozacy i przewieźli obok nas do feldmarszałka. Mówiono wtedy, że był to jakoby pruski porucznik z dwoma żołnierzami. Przez to dowiedzieliśmy się, że i nieprzyjaciel ze swej strony nie próżnował, lecz również stosował pewne, choć istotniejsze środki ostrożności.
18-go dokonano w naszej armii znowu nowego podziału pułków. Niektóre pułki wyznaczono do korpusu awangardy, który miał iść zawsze przodem, a komendę nad nim powierzono generałowi porucznikowi Lievenowi, który uchodził u nas w armii za najbieglejszego i najrozumniejszego generała, inne zaś pułki przeniesiono z brygady do brygady. Odebrano nam wtedy także pułki narwski i wyborski, a na ich miejsce przydzielono do brygady biełozierski i butyrski. Bóg jeden wie, po co odbywało się wtedy takie przetasowanie.
Tym zakończył się wtedy cały nasz pochód przez Polskę i ziemie przyjazne, a ponieważ od tego czasu rozpoczął się w nieprzyjacielskiej, pozwólcie mi, drogi przyjacielu, tym list ten zakończyć i powiedzieć wam, że jestem itd.
WKROCZENIE DO PRUS I ALARM
List 41
Drogi przyjacielu! Opowiedziawszy wam w poprzednich listach całą historię naszego powolnego i wielce uciążliwego pochodu przez Polskę, przystąpię teraz do opisu naszego pochodu przez Prusy, czyli samych naszych czynów wojennych. Opowiem wam, drogi przyjacielu, jak wkroczyliśmy do ziemi nieprzyjacielskiej, jak przez nią szliśmy, jak z nieprzyjacielskimi oddziałami prowadziliśmy tak zwaną małą wojnę, a potem, jak i z całą ich armią biliśmy się w regularny sposób. Jednak zanim przystąpię do samego tego opisu, nie uważałem za zbyteczne poprzedzić go kilkoma słowami o okolicznościach dotyczących naszych nieprzyjaciół.
Ponieważ król pruski w opisany wcześniej sposób, łudząc się nadzieją pokonania cesarskich, użył przeciw nim przede wszystkim całej swojej siły, to co do pozostałych miejsc i ziem swego władztwa nie pozostawało mu nic innego, jak osłaniać je tylko niewielkimi oddzielnymi korpusami.
Ze wszystkich tych ziem żadna nie budziła w nim tyle niepokoju co Prusy.
Odległość tego królestwa od miejsc, w których sam przebywał, oraz trudne okoliczności, w jakich się znajdował, pobity przez cesarskich pod Kolinem, stawiały mu przeszkody, by sam się tam udał dla obrony go przed naszymi wojskami, zbliżającymi się do niego i gotującymi się do wkroczenia. Dlatego wbrew woli musiał powierzyć obronę i straż nad nim swemu staremu feldmarszałkowi Lehwaldtowi, dając mu tyle wojska, ile tylko mógł oderwać, a którego liczba nie sięgała nawet 40 tysięcy ludzi. Z tą niewielką, choć złożoną z najlepszych starych pułków armią feldmarszałek Lehwaldt rozłożył się tak, by w miarę możności osłaniać Królewiec jako stolicę tego państwa, a dla dogodniejszego śledzenia ruchów naszych wojsk wyruszył jeszcze w kwietniu z Królewca i rozłożył swą armię obozem między Tylżą a Kłajpedą, główną zaś kwaterę urządził w Wystruci. Tu kazał codziennie ćwiczyć wszystkich konnych i pieszych mieszkańców we władaniu bronią, a wały i rowy miejskie naprawić i na pierwszych ustawić armaty; potem zaś rozciągnął z wojsk kordon od granic żmudzkich aż do samej Kłajpedy.
Na tych rozporządzeniach polegały jego pierwsze przygotowania; lecz gdy tylko usłyszał, że zbliżamy się całą armią do Prus od strony Polski, skłoniło go to do połączenia i ściągnięcia wszystkich swoich wojsk pod Wystruć, a Kłajpedę, z powodu jej oddalenia, pozostawić na łasce losu, gdyż uwolnić jej od oblężenia bez ogołocenia wnętrza państwa nie mógł żadną miarą. Wysłał jednak w tamtą stronę korpus wojska pod komendą generała majora Kanitza, by powstrzymać nasze wojska od dalszego przenikania do Prus od strony Kłajpedy.
W takim położeniu oczekiwał on nadejścia naszych wojsk; lecz ledwie zbliżyliśmy się we wspomniany sposób do samych granic, gdy on, czując się zbyt słabym, by powstrzymać impet naszej licznej armii, i lękając się, że zostanie ściśnięty z dwóch stron, to jest przez nas od czoła, a od flanki przez korpus generała Fermora, który zdobył już Memel, uznał za stosowne cofnąć się z całą swoją armią jeszcze dalej i przenieść swoją główną kwaterę z Wystrucia do Wehlau, dokąd odwołany został potem także korpus generała Kanitza, zbyt słaby, by powstrzymać pochód Fermora. Wystrucia jednak i całej rzeki Pregoły nie ogołocił zupełnie, lecz zostawił tam sławnego pułkownika Małachowskiego z huzarami i innymi lekkimi wojskami, aby śledził ruchy naszych wojsk i w miarę możności niepokoił nas w marszu.
W takich to okolicznościach znajdowały się Prusy w czasie, gdy przybyliśmy do ich granic i gotowaliśmy się wkroczyć do nich z całą armią.
Pierwsze wkroczenie naszych wojsk przednich nastąpiło nie wcześniej niż 20 lipca, tego bowiem dnia wyprawiono wreszcie naszą awangardę pod dowództwem generała Lievena z Wierzbołowa i weszła ona na ziemię nieprzyjacielską. Doszedłszy do pierwszego pruskiego miasteczka, zwanego Stallupönen, wysłał on natychmiast na zwiad i dla zasięgnięcia wieści o nieprzyjacielu oddział złożony z 300 ludzi z narwskiego i riazańskiego pułku grenadierów konnych oraz 180 Kozaków czugujewskich, pod dowództwem majora riazańskiego pułku dragonów Dela-Riua. Lecz ten pierwszy krok był dla nas wielce niefortunny. Nasz oddział, ku naszemu wstydowi i niesławie, nieprzyjaciel rozbił, a może by do tego nie doszło, gdyby wysłano z nim nie Francuza, lecz Rosjanina; ale Jego Ekscelencji, panu Lievenowi (który nie lubił wszystkich Rosjan i każdemu Czuchnie dawał pierwszeństwo przed nimi, był to bowiem ten sam, który przedtem przebywał w Rewlu i o którym wspominałem wcześniej), spodobało się powierzyć tak ważne zadanie panu Francuzowi, który bardzo źle usprawiedliwił jego wybór.
Ten nicpoń oficer ledwie odjechał od Stallupönen jakieś trzy mile naprzód, gdy nie widząc nigdzie nieprzyjaciela, wbił sobie najgłupszym sposobem do głowy, że nie ma go nigdzie w pobliżu, i dlatego, rozłożywszy się we wsi Kumelen, zaczął hulać i pić, i to nie tylko sam, lecz pozwolił też wszystkim swoim dragonom oddawać się takiemu samemu pijaństwu i innym swawolom, zupełnie jakby byli w jakimś przyjaznym kraju i nie mieli powodu niczego się obawiać. Wszyscy jednak srodze się w tym zawiedli. Wspomniany mężny pruski pułkownik Małachowski ledwie się dowiedział o wkroczeniu naszych wojsk, a w okamgnieniu znalazł się już tam z mnóstwem czarnych i swoich żółtych huzarów. Niespodziewana wieść, że pruscy huzarzy pokazali się już za wsią, zaalarmowała naszych pijących i rozproszonych po wsi i wprawiła ich wszystkich w ogromne zamieszanie. Lecz zanim się zbiegli i zebrali, zanim w pośpiechu stanęli w szyku za wsią, cały nieprzyjacielski oddział był już przed nimi. Nasi Kozacy przynieśli sobie chlubę i uderzyli z obu skrzydeł na nieprzyjaciela z ogromnym i zwykłym swoim krzykiem; lecz że znaleźli tu nie Tatarów, a porządnych i mężnych huzarów, ci szybko zawrócili ich wstecz, oddawszy do nich celną salwę ze swoich karabinków. Ta pierwsza nieudana próba tak przestraszyła naszych dragonów, którzy i bez tego nie są zbyt mężni, że ujrzawszy, iż nieprzyjaciel sam pędzi, by ich zaatakować z szablami w dłoniach, tak się tym przelękli, że nie oddawszy ani jednego strzału, zachwiali się i rzucili do ucieczki. Wtedy nieprzyjaciel siadł im na karku i gnał ich przez wieś Mikulen ponad dwie mile, rąbiąc ich i kłując i biorąc do niewoli. Wreszcie nadeszła naszym odsiecz i powstrzymała nieprzyjaciela od dalszego pościgu.
W tej pierwszej i niefortunnej dla nas potyczce zabito ponad 40 naszych dragonów, a także kilku Kozaków, a 26 ludzi wzięto do niewoli.
Po stronie zaś nieprzyjacielskiej, jeśli wierzyć ich relacjom, nie stracono ani jednego człowieka, a rannych było tylko 3 i zabito 1 konia.
Wieść o tym nieszczęsnym zdarzeniu rozeszła się natychmiast po całym naszym obozie. Wszyscy byli nader niezadowoleni z naszych dragonów, a pana majora wszyscy łajali i lżyli bez żadnej litości. I spotkała go za to zasłużona kara. Zdegradowano go do szeregowca i zakuwszy w kajdany, kazano sądzić, natomiast wachmistrza jego oddziału, Driabowa, który okazał dość męstwa i starał się zatrzymać oddział w ucieczce oraz w miarę możności stawiał nieprzyjacielowi opór, mianowano porucznikiem,
Dobrze by jednak było, gdyby na tym cała sprawa się skończyła i całe nasze przewinienie mogło zostać tym zatarte! Ale nie to jednak nastąpiło. Wspomniany przypadek, choć z pozoru wydaje się bez znaczenia — takich bowiem drobnych potyczek bywa na wojnach niezliczone mnóstwo i nigdy nie rozstrzygają one głównej sprawy, a przeważnie obracają się tylko na szkodę i uciążliwość obu stron — o tej potyczce nie można jednak tego powiedzieć, lecz jest ona szczególnie godna pamięci przez to, że wywołała wielkie i straszne następstwa, które obróciły się w nieszczęście wielu tysięcy ludzi. Po pierwsze bowiem, wywarłszy w całym naszym wojsku wielkie wrażenie co do męstwa Prusaków, pomnożyła tym w sercach wielu żołnierzy i tak już wielką lękliwość, tchórzostwo i strach przed Prusakami; po drugie, wpoiła naszym nieprzyjaciołom bardzo niekorzystne mniemanie o nas i o naszym męstwie i niezwykle ich ośmieliła; po trzecie, i co najważniejsze i najbardziej godne pamięci, dała powód do tego, że nie tylko wojska nieprzyjacielskie, lecz nawet sami pruscy mieszkańcy uroili sobie, że wszyscy jesteśmy gorsi od starych bab i do niczego się nie nadajemy. Dlatego nawet ich chłopi powstali już przeciw nam i zaczęli starać się wszędzie wyrządzać nam szkody i niepokój, a ku szczególnemu nieszczęściu dali tego pierwszy dowód we wspomnianej wsi Mikulen; gdy bowiem nasi, ścigani przez Prusaków, pędzili przez tę osadę, tamtejsi mieszkańcy, sądząc, że Prusacy już nas wszystkich pokonali, z lekkomyślności postanowili sami pomagać huzarom nas bić i strzelali do naszych ze swoich domów i okien, a to dało powód do tego, że gdy doniesiono o tym naszemu feldmarszałkowi, ten, rozgoryczony i rozgniewany tym wszystkim, wydał ów nieszczęsny rozkaz, aby odtąd, jeśli gdzieś zdarzy się coś podobnego i mieszkańcy podniosą na nas rękę — nie oszczędzać i samych mieszkańców i niszczyć takie osady.
Lecz ledwie ten nieszczęsny rozkaz wyszedł z jego ust, a już nasi Kozacy, Kałmucy i inne lekkie wojska użyli go ku złemu.
Rozsyłani wszędzie i wszędzie dla rozpoznania nieprzyjaciela, nie oszczędzali już ani winnych, ani niewinnych, lecz w wielu miejscach, z chciwości zysku, zaczęli siać wielkie spustoszenie i mieszkańców nie tylko wypędzać z osad, lecz męczyć ich, bić, grabić, ich domy pustoszyć, a gdzieniegdzie i palić, i dopuszczać się takich zbrodni, nieludzkości i bezprawi, jakie przystoją tylko barbarzyńcom, i które nie tylko wzbudziły we wszystkich pruskich mieszkańcach największą ku nam nienawiść i złość, lecz okryły nas wstydem i niesławą przed całym światem, bo wieść o tych spustoszeniach i barbarzyństwach rozeszła się natychmiast wszędzie i wszędzie zaczęto nas uważać za istnych barbarzyńców. Lecz i to było jeszcze mało; ponieważ bowiem rozzuchwalonych tym naszych Kozaków nie było potem sposobu powściągnąć, dokonane przez nich spustoszenia obróciły się potem nam samym na istotną szkodę i sprawiły, że wszystkie tak liczne trudy podjęte tego lata przyniosły nam tylko samą niesławę, a pożytku nie dały najmniejszego.
Oto co może zdziałać błąd jednego człowieka! Lecz odszedłem już od rzeczy i teraz czas powrócić do dalszego ciągu mojej opowieści.
Wreszcie 22 lipca wyruszyła w pochód i cała armia i wkroczyła do Królestwa Pruskiego. Wejście na ziemię nieprzyjacielską budziło w nas wszystkich jakieś szczególne uczucie: „Pobłogosław, Panie” — mówiliśmy wtedy między sobą, mając pod sobą ziemię naszych nieprzyjaciół — „teraz doszliśmy wreszcie do ziemi pruskiej! Komu też Bóg pozwoli szczęśliwie z niej wyjść, a komu sądzone położyć w niej głowę!” Okolice tego królestwa znaleźliśmy zupełnie odmienne od polskich. Panował tu już we wszystkim inny porządek i ustrój: wsie były czyste, rozplanowane i zbudowane porządnie, drogi wszędzie dobre, a w nizinnych miejscach wszędzie brukowane, gdzieniegdzie zaś podwyższone na kształt grobli i obsadzone drzewami. Jednym słowem, na wszystko nie można było patrzeć bez szczególnego zadowolenia. Ponadto, ponieważ nie dokonano jeszcze wtedy żadnego spustoszenia, wszyscy mieszkańcy byli w swoich domach i nie bojąc się nas wcale, stali wszyscy przed swoimi domami, a baby i dziewki napełniały cebry świeżą wodą i poiły przechodzących żołnierzy. Jednym słowem, zdawało się wtedy, że weszliśmy nie do nieprzyjacielskiego, lecz do przyjaznego kraju.
Naszym pierwszym postojem w Prusach było wspomniane pierwsze pruskie miasteczko czy małe miasto Stallupönen.
Szliśmy tam wprawdzie dwiema drogami, lecz obie dywizje obok siebie, dlatego też stanęliśmy obozem w jednej linii po obu stronach tego miasteczka, mając je przed sobą.
Ledwie (23-go) przyszliśmy na to miejsce i rozłożyliśmy się, by tu przeczekać dzień, gdy następnego dnia w całej naszej armii nastąpił pierwszy alarm. Było to w samo południe, gdy w naszych pułkach wszędzie uderzono w bębny i cały lud nadzwyczajnie się zaniepokoił. Każdy rzucał wszystko, czym się zajmował, ubierał się, chwytał broń i biegł przed front, dokąd wyprowadzano wszystkie pułki. Generałowie jeździli tam i z powrotem przed pułkami, a adiutanci i ordynansi raz po raz cwałowali to w jedną, to w drugą stronę, tak że kurz stał od nich słupem. My, nie wiedząc, po co to wszystko się dzieje, i nie mając najmniejszego pojęcia o wszystkich wspomnianych okolicznościach dotyczących armii pruskiej ani o tym, jak daleko od nas się znajduje, nie wnioskowaliśmy nic innego, jak tylko to, że zapewne cała armia nieprzyjacielska idzie nas atakować i jest już bardzo blisko; trzeba więc przyznać, że ten pierwszy przypadek i zbliżanie się rzekomej bitwy napędzały nam wszystkim pewnego rodzaju lęku, zwłaszcza dlatego, że nikt jeszcze nigdy nie widział nieprzyjaciela i nie zdarzyło mu się być w bitwie. Naszemu pułkowi trafiło się wtedy stać niemal na samym prawym skrzydle, dlatego niebawem zabrano z naszego i z kilku innych pułków po kilkaset ludzi i pod jednym pułkownikiem wysłano w prawo za wieś z wielkim pośpiechem. Zdawało nam się wtedy, że tam właśnie jest zapewne nieprzyjaciel i że nam pierwszym przyjdzie się z nim bić, a ponieważ sam znalazłem się w tym oddziale, mogę powiedzieć, że napatrzyłem się tam, jak nie tylko tacy młodzi ludzie, jakim byłem na przykład ja, lecz nawet starzy żołnierze okazywali lęk, i to tak, że my, oficerowie, musieliśmy im dodawać otuchy i zachęcać do nieustraszoności. Do dziś nie mogę bez śmiechu wspomnieć, jaką rolę wtedy odgrywałem. Mnie samemu na sercu było i tak, i siak, i myślę, że każdy mógłby był wyczytać z mojej twarzy, że nie była na swoim miejscu i że sam bardzo się lękałem i trwożyłem; mimo to starałem się wszelkimi sposobami to ukryć i przybierając minę bohaterstwa i nieustraszoności, namawiałem i napominałem na wszelkie sposoby swoich żołnierzy, by się nie lękali ani nie tchórzyli i bili się z nieprzyjacielem mężnie. Słowem, przez całą drogę wygłaszałem im całe kazania, a nogi same ledwie za nimi nadążały. Czegóż nie sprawi nowość zdarzenia i brak nawyku? Lecz cóż z tego wszystkiego wreszcie wyszło?
Wyszedłszy za wieś, która nazywała się Petrinatschen i leżała niemal przed naszym frontem, nie ujrzeliśmy przed sobą nikogo, a tylko czyste pole i w pewnym oddaleniu las.
Ponieważ jednak wszystko zmierzało do tego, by osłonić tę wieś i prawe skrzydło naszej armii, a my wnioskowaliśmy, że nieprzyjaciel znajduje się zapewne w lesie, ustawiliśmy się więc w porządnym szyku, przygotowaliśmy karabiny i ładunki i zaczęliśmy czekać na nieprzyjaciela. Lecz długo przyszłoby nam na niego czekać, gdyż nieprzyjaciela nie było tam ani śladu, i my, przestawszy tam aż do samego wieczora, wypatrzyliśmy sobie oczy. Wreszcie nastała już noc i sprowadzono nas z tego miejsca; lecz zamiast puścić do obozu, odprowadzono nas nieco w tył i postawiono znów na otwartym polu dla osłony prawego skrzydła armii, gdzie musieliśmy przestać całą następną noc, która dała nam się mocno we znaki i była pierwszą, którą spędziłem w wielkim niepokoju, bo ledwie się ściemniło, nadciągnęła przeokropna chmura i rozpętała się tak przeokropna burza, z ogromnym deszczem i wichurą, że rzadko widywałem taką w swoim życiu. Łatwo więc można wywnioskować, jak nam było spędzić całą noc nie tylko bez namiotów, ale i bez płaszczy, pod deszczem i wichurą, i co najbardziej dokuczliwe — na próżno i bez żadnej potrzeby. Dość, że porzuciwszy wtedy wszelkie rangi, chowaliśmy się pod jaszczami i armatami, a dotrzymywali nam w tym towarzystwa nawet oficerowie sztabowi. Mimo to nie rozpuszczono nas aż do samego świtu, i stało się to może dlatego, że o nas zupełnie zapomniano, bo żadnego niebezpieczeństwa nie było, a i potem nie mogliśmy się dowiedzieć, skąd wziął się cały ten alarm i zamieszanie; trzeba jednak sądzić, że pokazali się gdzieś jacyś huzarzyny nieprzyjacielscy, wysłani na przeszpiegi, a nasi wodzowie myśleli może, że już cała armia pruska idzie nas rozbić i wypędzić z królestwa, bo dla małego oddziału nie warto by było zadawać sobie trudu i alarmować oraz niepokoić całej armii.
Rano, to jest 24 lipca, wyruszyliśmy z całą armią dalej w pochód i przeszliśmy półtorej mili do pewnej pruskiej wsi, i rozłożyliśmy się tam obozem po wzgórzach i bardzo nierównych miejscach, i znów w tym miejscu przeczekaliśmy dzień. Tu ujrzeliśmy po raz pierwszy żałosne skutki krwawej wojny. W całej wsi nie było ani jednego człowieka, a wszyscy mieszkańcy, rozbiegłszy się, kryli się w lasach, zostawiwszy domy i całe swoje mienie na łup nieprzyjacielowi. Wieś ta istotnie była już przez naszych zrujnowana w najokropniejszy sposób. Nie było niemal ani jednego całego domu, w którym by czegoś nie porąbano, nie potłuczono i nie rozłupano, nie zostało ani jedno całe okno ani jeden cały piec, zupełnie jakby i te bezduszne rzeczy były nieprzyjaciółmi i wyrządzały nam zło. Co zaś do innego chłopskiego dobytku, którego nie zdążyli zabrać ze sobą, to nie było już po nim i śladu, a tylko pierze i puch rozsypane były po podłodze w izbach, bo i z powłokami od pościeli naszym nie chciało się rozstawać; że zaś pierze nikomu nie było potrzebne, poniewierało się wszędzie po podłogach izb i komnat, i tak było powszechnie wszędzie, gdzie tylko zdarzały się takie spustoszenia.
Taki widok poruszał nas i budził pewne współczucie nawet dla naszych nieprzyjaciół. W całej armii mówiono wtedy, jakoby przyczynę do takiego spustoszenia dali sami pruscy mieszkańcy; że w manifestach naszego feldmarszałka ogłoszono im wszystkim, iż zostawi się ich w spokoju, jeśli tylko sami nie będą podejmować żadnych wrogich działań, lecz że oni słuchali bardziej swoich wojsk, które kazały im przy każdej okazji nas niepokoić i wyrządzać nam wszelką szkodę, dlatego też nawet chłopi strzelali z lasów i zza krzaków do naszych żołnierzy, zwłaszcza po ostatniej i udanej dla nich utarczce. Mówiono dalej, jakoby nasz feldmarszałek wysłał umyślnego do pruskiego naczelnego dowódcy z żądaniem, aby chłopom zakazano dopuszczać się takich zuchwalstw i niepokojów, a w przeciwnym razie spotka ich za to zasłużona kara. Ponieważ zaś nieprzyjaciel takiego zakazu nie wydał, to właśnie to miało rzekomo skłonić naszego wodza, by sam ich karał i starał się odwrócić to zło wspomnianymi spustoszeniami.
Czy pogłoska ta była prawdziwa, czy nie, tego dokładnie nie wiem; wiadomo tylko tyle, że zła tym nie zmniejszono, a jeszcze bardziej je powiększono.
26-go wyruszyliśmy znów w pochód i doszliśmy tego dnia do znamienitego pruskiego miasteczka Gumbinnen, stolicy tamtejszej okolicy, a stanąwszy obok niego obozem, odpoczywaliśmy tu całe dwa dni, w którym to czasie przyprowadzano do przysięgi wszystkich mieszkańców Gumbinnen. To piękne miasteczko, nieufortyfikowane i pozostawione przez swoich bez żadnej osłony, poddało się nam bez sprzeciwu i przysłało wcześniej do feldmarszałka członków swego magistratu z prośbą, by przyjął ich pod swoją opiekę; to samo uczyniły też niektóre inne pobliskie miasteczka i mieściny.
Ponieważ idąc z tego miejsca dalej naprzód ku miastu Wystruć, armia musiała w jednym miejscu przechodzić bardzo wąskim defile przez gęsty i wielki las i pomiędzy wzgórzami, a otrzymano wiadomość, że to wąskie przejście zajęte jest przez huzarów nieprzyjacielskich, przeto 27-go wieczorem, już po capstrzyku, wysłano od armii dla zbadania i oczyszczenia tego wąskiego przejścia znaczny oddział, złożony z 300 huzarów, 300 Kozaków czugujewskich i 500 Kozaków dońskich, pod dowództwem generała-kwatermistrza von Stoffelna oraz pułkownika huzarów Stojanowa; a dla ich wsparcia kazano iść brygadierowi Demiku z kilkoma szwadronami kirasjerów i innych pułków kawalerii. Oddział ten, zbliżywszy się o świcie następnego dnia do wspomnianego lasu, znalazł rzeczywiście niemałą liczbę huzarów nieprzyjacielskich pod dowództwem wspomnianego pułkownika Małachowskiego i dlatego natychmiast się z nimi starł, a ta mała bitwa była pierwszą porządną naszą bitwą z Prusakami. Prusacy pisali w swoich relacjach, że przy wspomnianym pułkowniku było rzekomo nieco ponad stu huzarów i że w nocy na ten dzień, wyruszywszy z Gerwischkehmen dla rozpoznania położenia naszej armii, podjechał do nas na mniej niż pół mili, i że jakoby mgła i ciemność zmusiły go do powrotu na swój posterunek, zajęty między rzeką Pissą a lasem pitschińskim, i że tu napadli na niego nasi o wiele przeważającymi siłami, wskutek czego doszło do zaciętej strzelaniny, która trwała całe dwie godziny; lecz że w końcu jakoby przepędził naszych, ale że, jak mówią, wycofali się do lasu, dalej gonić ich nie było można. Do tego, zgodnie ze swoim zwyczajem chełpić się i łgać w sposób najbezwstydniejszy i najbezczelniejszy, dodają, że jakoby my, prócz wielu rannych i jednego huzara wziętego przez nich do niewoli, straciliśmy ponad 50 ludzi zabitych, a u nich jakoby zabito i raniono tylko kilka osób.
Jest to jednak zupełna nieprawda, a ich kłamstwo widać z samej ich relacji, choć starali się je przykryć zapewnieniem o prawdziwości swoich ogłoszeń i wychwalając zwłaszcza męstwo naszych huzarów i Kozaków.
A w rzeczywistości, jak nam, niemal naocznym świadkom, było dostatecznie wiadomo, pułkownik Stojanow natarł na nich ze swoimi huzarami i Kozakami tak mężnie, że po trwającej dwie godziny bitwie i strzelaninie musieli rzucić się do ucieczki, a nasz oddział, nie doczekawszy się jeszcze swojej odsieczy, nie tylko wyparł ich ze wspomnianego defile, ale gnał ich ponad milę, i to aż za Wystruć, zabiwszy około 50 huzarów wraz z jednym oficerem i wziąwszy do niewoli 1 huzara, 1 strzelca i 2 uzbrojonych chłopów. Po naszej zaś stronie zabity został 1 porucznik huzarów i 5 huzarów; rannych zaś było 1 chorąży kozacki, 1 Kozak i kilku huzarów.
Wiadomość o odniesieniu tej pierwszej niewielkiej przewagi nad nieprzyjacielem bardzo podniosła na duchu całą naszą armię. Wszyscy w ogóle radowali się, że i Prusacy umieją uciekać i że nasze minione przewinienie zostało dostatecznie zatarte. Wychwalano dalej generała Stoffelna za rozważne zarządzenia, a pułkownika Stojanowa za nieustraszone męstwo; mówiono też, że w tej bitwie byli obecni także niektórzy z naszych panów wolontariuszy, mianowicie młody hrabia Apraksin, hrabia Bruce, książę Repnin i baron L'Hôpital, siostrzeniec francuskiego posła.
Podczas gdy to działo się u nas na przedzie, my z armią staliśmy spokojnie pod Gumbinnen i odpoczywaliśmy, co szczególnie zapadło mi w pamięć dlatego, że cały ten dzień zajmowałem się tłumaczeniem swojej książki.
Tak oto, opanowawszy wspomniane ciasne przejście, 29-go nasza armia wyruszyła w pochód, zostawiwszy w Gumbinnen niżowski pułk piechoty z chorymi, i przeszedłszy rzeczkę Narp oraz doszedłszy do wspomnianego lasu i wsi Stanaitschen, rozłożyła się obozem.
Ledwie przyszliśmy na to miejsce, gdy od wysłanej naprzód awangardy otrzymano wiadomość, że armia nieprzyjacielska jakoby cała ustawia się za lasem w szyku bojowym, a ponieważ uznano, że chce ona stoczyć bitwę albo całą siłą nie dopuścić nas do przejścia przez wspomniany ciasny i długi las, to gdy tylko się ściemniło, uderzono generalny marsz i cała armia, zostawiwszy wszystkie tabory i kilka pułków dla ich osłony, ruszyła z artylerią nocą przez wspomniany las. My z naszym pułkiem pozostawaliśmy wtedy w ariergardzie z taborem i z niecierpliwością oczekiwaliśmy, co z armią stanie się na przedzie i czy nie dojdzie do walnej bitwy albo jakiegoś ważnego starcia. Rano jednak usłyszeliśmy, że przeszła ona wspomniany las szczęśliwie i bez żadnej przeszkody i że prócz niewielkiej potyczki, jaka zaszła w lesie między naszymi Kozakami a huzarami pruskimi, którzy podjechali dla rozpoznania naszej armii, i w której ci ostatni znów ze stratą zostali przepędzeni, nic więcej nie zaszło. Choć Prusacy w swoich ogłoszeniach i o tym trzecim przypadku, chełpiąc się, łżą niemiłosiernie, mówiąc, że to oni przepędzili naszych i że strata ich była niewielka, lecz czyż to możliwe, skoro szła tam cała armia, a ich podjechało tam ledwie ze dwustu ludzi z wspomnianym pułkownikiem Małachowskim.
Nasza armia, przeszedłszy las, nie znalazła przed sobą nie tylko całej głównej armii nieprzyjacielskiej, ale już żadnych wojsk pruskich, i wtedy dowiedziano się, że cała pogłoska o armii pruskiej była zupełnie nieprawdziwa. Prawdą było wprawdzie, że dostrzeżono piechotę nieprzyjacielską ustawiającą się w tamtych okolicach, lecz potem dowiedziano się, że był to tylko niewielki oddział, złożony z pewnej liczby pruskiej jazdy i piechoty, który pod dowództwem generała-majora Platena wysłano od ich armii naprzód dla śledzenia ruchów naszych wojsk i dla osłony Wystrucia, dlatego też stał on dotąd przy tym mieście. Lecz dowiedziawszy się o bliskim już nadejściu naszej armii i uważając się za zbyt słabego, by ją powstrzymać, zbierał się wtedy do odwrotu dalej, za Wystruć, i niszczył mosty przy tym mieście na rzeczkach Aalrup i Instruć, a naszym wojskom przednim wydało się, że już cała armia nieprzyjacielska ustawia się w szyku bojowym i gotuje się do bitwy, choć była ona jeszcze o kilka wiorst od nas, a ani w głowie, ani w myślach jej to jeszcze nie postało.
A u nas to tchórzostwa i strachu było Bóg wie ile!
Z czego samo przez się wynika, że nasi wodzowie mieli o nieprzyjacielu i położeniu jego armii bardzo słabe i niedostateczne wiadomości.
Tak więc rano kazano i nam z taborami i ariergardą iść za armią, a my, przybywszy do niej już nocą, znaleźliśmy ją stojącą jakieś trzy wiorsty od miasta Wystruć, w jego widoku, i czekającą na nas cały dzień w upale bez namiotów.
Na tym przemarszu zdarzyło mi się po raz pierwszy ujrzeć nieprzyjaciela, lecz nie żywego, a zabitego. Było to we wspomnianym lesie, gdy powiedziano nam, że na uboczu pod krzakiem leży ciało. Wszyscy z wielką ciekawością pocwałowaliśmy je obejrzeć. Lecz jakiż żałosny widok przedstawił się naszym oczom! Człowiek ten był wielkiego wzrostu i z dużymi wąsami; leżał zupełnie nagi na wznak i od upału cały rozdęty i opuchły jak od puchliny wodnej; robactwo kłębiło się pod całą jego nabrzmiałą skórą, tak że nie można było patrzeć na niego bez zgrozy i wewnętrznego wstrząsu. I rzeczywiście musieliśmy prędko odwrócić wzrok i westchnąwszy, odjechać, mówiąc jeden do drugiego: „Oto w taki sposób może i nam przyjdzie gdzieś leżeć pod krzaczkiem i zostać wydanym na pastwę żywiołom, zwierzętom, ptakom, robakom i owadom!” Lecz list mój jest już długi. Czas mi go zakończyć i powiedzieć Wam, że jestem itd.
POCHÓD PRZEZ PRUSY
List 42
Drogi przyjacielu! Ostatni mój list do Was zakończyłem naszym przybyciem do Wystrucia. Teraz, prowadząc swoją opowieść dalej, powiem, że ledwie przyszliśmy na to miejsce, gdy usłyszeliśmy, że nasi już opanowali to miasto: ponieważ bowiem Prusacy zostawili w nim tylko niewielki oddział, nasi Kozacy dońscy natychmiast go wypędzili, my zaś wprowadziliśmy do tego bardzo słabo ufortyfikowanego miasteczka newski pułk piechoty jako garnizon.
Następnego dnia, to jest 31 lipca, przysunęliśmy się bliżej miasta i stanęliśmy w obozie rozbitym między Wystruciem a drugim, leżącym naprzeciw niego za rzeką, miasteczkiem Georgenburgiem, i staliśmy tu zarówno ten, jak i oba następne dni, to jest 1 i 2 sierpnia.
W tym czasie odbywał się podział pierwszej zdobyczy wziętej w mieście od nieprzyjaciela, składającej się z ogromnego magazynu soli, której było tak dużo, że wszystkim osobom będącym w armii, i służącym, i niesłużącym, przypadło po dwa funty na człowieka, a poza tym mnóstwo jeszcze zostało na zapas. Znaleziono także w mieście cejghauz z mnóstwem starej pruskiej amunicji, którą rozdano w całości naszym Kałmukom, a w Georgenburgu znaleziono kilkaset czetwierci jęczmienia i owsa.
Następnego dnia, to jest 4 sierpnia, przybyły do armii także pozostałe nasze lekkie wojska kozackie i kałmuckie, idące z Rosji, a także kilka pułków dragonów pod dowództwem generała-en-chef Sybilskiego, a także generałów-poruczników Zybina i Kostiurina.
Brakowało więc wtedy jeszcze jednej dywizji generała Fermora, która po zdobyciu Memel także szła, by się z nami połączyć.
Wspomniany generał-en-chef Sybilski został przyjęty do naszej służby z polskiej dopiero niedawno, a przyjęty dzięki sławie, jaka o nim chodziła, że był mężnym i biegłym generałem. Dlatego po zbliżeniu się do granic pruskich wysłano go naprzeciw wspomnianym lekkim wojskom i kazano mu wejść z nimi do Prus w innym miejscu i dalej, po lewej od nas stronie, a pochód swój skierować przez Gołdap i Olecko i zająć tamtejsze okręgi. Generał ten, wszedłszy do Prus, nader się zdziwił, widząc czynione wszędzie przez Kozaków spustoszenia, pożogi i grabieże, i z przykrością musiał być świadkiem wszystkich okrucieństw i barbarzyństw, jakich dopuszczali się nasi Kozacy i Kałmucy wbrew wszelkim prawom wojennym.
O tych spustoszeniach, ku naszej wiecznej hańbie, pisali wtedy Prusacy w swoich relacjach, że gdy tylko weszli oni do Prus przez Olecko, natychmiast zarówno to miasto, jak i Gołdap z mnóstwem wsi ograbili do czysta, a wsie Monetten, Garzicken, Danilen i Friedrichshofen zupełnie obrócili w popiół, uśmierciwszy przy tym wielkie mnóstwo ludzi. Dalej, że we wszystkich tamtejszych miejscach nie widać było nic prócz ognia i dymu; że wobec płci niewieściej dopuszczano się największych swawoli i zniewag; że ze spalonej wsi Monetten wszystkie kobiety uszły były na jezioro, lecz i tam w trzcinach nie zdołały się przed Kałmukami ukryć; że pastora Hoffmanna w Scharejken zamęczyli prawie na śmierć, wymuszając pieniądze, choć on już dawno oddał im wszystko, co miał ze swego dobytku, i tak dalej.
Takie postępki naszych Kozaków i Kałmuków zaprawdę przynosiły nam mało chwały, wszystkie bowiem narody europejskie, usłyszawszy o takich barbarzyństwach, zaczęły i o całej naszej armii myśleć, że jest taka sama.
Co się tyczy tych Kałmuków, to te nasze lekkie wojska mieliśmy wtedy po raz pierwszy sposobność zobaczyć i porządnie obejrzeć. Wydali nam się bardzo dziwni, zwłaszcza gdy przejeżdżali obok nas półnadzy i sprzedawali swoje plecione nahajki, w których robieniu są wielkimi mistrzami. Odzienie mieli przeważnie lekkie, z czerwonego sukna, ale nigdy nie wkładali go porządnie. Na ich ulubiony obyczaj — jadania końskiej padliny i gotowania końskiego ścierwa w kotłach — nie mogliśmy patrzeć bez obrzydzenia. Widzieliśmy też ich nabożeństwo, odprawiane w osobnym okrągłym namiocie. Kilku ich duchownych siedziało, podwinąwszy pod siebie po tatarsku nogi, wokół namiotu, przy jego ścianach, i każdy z nich mamrotał, czytając książeczkę, i na tym jednym polegało u nich całe nabożeństwo. Zresztą o ich męstwie myśleliśmy z początku bardzo wiele, lecz potem okazało się, że gdyby ich wcale nie było, wyszłoby na to samo, bo przysporzyli nam tylko niesławy, a pożytku przynieśli bardzo mało. Lecz powrócę do dalszego ciągu mojej opowieści.
Trzeci dzień sierpnia przeznaczono wyłącznie na przeprawę przez rzekę Instruć, płynącą między Wystruciem a Georgenburgiem.
Rzeka ta była wprawdzie niewielka, lecz trzeba było budować most i przeprawić się przez nią prędko nie było można. Tak więc rozbito obóz po jej drugiej stronie, przy zamku Georgenburg.
Następnego dnia (4-go) przeprawiały się przez rzekę nasze nowo przybyłe lekkie wojska i mijając armię, stawały przed nią, przeznaczono im bowiem być zawsze na przedzie, stanowić tak zwaną armię lotną i oczyszczać naszą drogę z nieprzyjaciela. Z tego powodu, a także czekając na dywizję Fermora, armia musiała w tym obozie przeczekać dzień, wysławszy naprzód tylko korpus awangardy.
W czasie tego postoju mieliśmy czas pobyć w mieście Wystruciu i zakupić sobie wszystko, czego trzeba. Lecz nie zastaliśmy już prawie niczego, wszystko dawno już było wykupione i za żadne pieniądze nie można było niczego dostać. Miasteczko to, choć niezbyt wielkie, jest dość ładne. Zabudowa w nim kamienna, wysoka i dość schludna. Leży ono na samym brzegu rzeczki Węgorapy, która tutaj, połączywszy się z rzeczką Instrucią i kilkoma innymi, zaczyna już nazywać się Pregołą i płynie ku Królewcowi. A ponieważ nasza armia postanowiła iść po tamtej stronie Pregoły, musiała z tego miejsca skręcić w lewo.
Rano piątego dnia kazano ruszać w pochód, lecz przed wymarszem miałem sposobność ujrzeć żałosne widowisko, o którym Rosja w czasie szczęśliwego i pokojowego panowania Elżbiety prawie zupełnie zapomniała i jakiego mnie samemu nie zdarzyło się jeszcze nigdy widzieć, a mianowicie: karę śmierci na winnych przestępcach. Zdziwiliśmy się, wstawszy rano i ujrzawszy przed samym naszym pułkiem postawioną szubienicę, i nie wiedzieliśmy, co by to miało znaczyć. Wkrótce jednak dowiedzieliśmy się przyczyny. Nasz pułk wyprowadzono przed front i otoczono nim szubienicę, i ujrzeliśmy przy niej kilku skutych pruskich chłopów. Ich przestępstwo polegało na tym, że wspomnianym sposobem zbójecko strzelali zza krzaków do naszych żołnierzy i kilku z nich zabili. A ponieważ niepokoje te się mnożyły, postanowiono dla postrachu innych kilku z pojmanych spośród nich ukarać śmiercią. Tak więc powieszono wtedy przy nas dwóch, a jedenastu ludziom, których przestępstwo nie było tak wielkie, obcięto palce u rąk i puszczono ich znów wolno.
Mogę powiedzieć, że nie mogłem bez odrazy patrzeć na ten rozlew krwi i do dziś nie mogę go wspomnieć bez wewnętrznego drżenia serca.
Użycie tego okrutnego środka przyniosło wprawdzie ten pożytek, że od tego czasu pruscy chłopi zaczęli mniej się dopuszczać zbrodni, ale z drugiej strony dało Prusakom powód, by w swoich pismach jeszcze bardziej oskarżać nas o okrucieństwa, a nawet wiele przyłgać i zmyślać na nas tego, czego może nigdy nie było, o czym wspomni się niżej.
Po zakończeniu tej egzekucji, wyruszywszy w pochód, kontynuowaliśmy drogę prawym brzegiem rzeki Pregoły, w dół jej biegu, ale przeszliśmy tego dnia nie więcej niż sześć wiorst i stanęliśmy obozem przy wsi Sterkenimken, w dwóch liniach; awangardę zaś postawiono o kilka wiorst naprzód przy wsi Leisenimken, a dalej naprzód nasze lekkie wojska oczyszczały okolice położone przy Saalau.
W tym miejscu staliśmy całe trzy dni, armia nieprzyjacielska była bowiem od nas już niezbyt daleko, a jej wojska przednie, pod dowództwem generała-porucznika hrabiego Dohny, całkiem blisko; przesunął się on bowiem z 6 batalionami piechoty i 15 szwadronami jazdy o kilka mil przed armię i stanął przy Taplacken w bardzo korzystnym miejscu, umocniwszy swój obóz retranszementem i bateriami; przed nim zaś znajdowali się ich huzarzy i inne lekkie wojska, a to wkrótce dało sposobność do ich potyczki z naszymi Kozakami; gdy bowiem z wspomnianego obozu wysłano naszych Kozaków i Kałmuków na podjazd przeciw nieprzyjacielowi, natknęli się oni wkrótce na huzarów pruskich, stojących przy Norkitten, którzy ośmielili się na nich napaść. Lecz i tym razem powodzenie mieli bardzo marne. Zostali przez naszych Kozaków rozbici, przepędzeni i stracili ponad stu ludzi. O tym zdarzeniu Prusacy sami przyznają, że zostali pokonani, choć starają się swoje niepowodzenie przykryć jakimiś pozorami, mówiąc na przykład, że jeden z ich oficerów huzarskich, stojący przy Gaschdorf, poruszony do litości przez uciekających pruskich wieśniaków, wołających, że wszystko im odbierają i grabią, i zapewniony przez dezerterów, że naszych było tylko nieco ponad stu ludzi, poszedł za porywem swego męstwa i uczuciami, jakie wzbudzał w nim widok obrabowanych ludzi — postanowił z 200 huzarami posunąć się dalej naprzód aż do Norkitten, aby odbić Kozakom uprowadzone bydło. Lecz tu nagle otoczyło go 3000 Kozaków, a 300 ludzi uderzyło mu jeszcze w flankę od strony Plibischken, wskutek czego musiał się wycofać; lecz w tym odwrocie, przy przechodzeniu wielu defile i będąc zmuszonym nieustannie walczyć, sam poległ, straciwszy do 58 ludzi ze swego oddziału. Jest to jednak nieprawda, poległo ich więcej, a z naszej strony zabity został tylko jeden Kozak, który spadł z potkniętego konia.
6 sierpnia połączył się wreszcie z nami w tym obozie także korpus generała-en-chef Fermora, który był pod Memel.
A ponieważ cała nasza armia była już wtedy zebrana razem, nie od rzeczy będzie przy tej sposobności wspomnieć, jak była wielka i jacy generałowie przewodzili jej i nią dowodzili.
Co się tyczy liczebności wojsk, to pułków kawalerii liczono wszystkich 19. Ta jazda składała się z 5 pułków kirasjerów, 3 dragonów, 5 huzarów i 6 grenadierów konnych, do czego dochodziło jeszcze 14 000 Kozaków, 2000 Tatarów kazańskich i 1000 Kałmuków. Piechota zaś składała się z 28 pułków muszkieterów i 3 grenadierów. Tak że całą armię liczono na 134 000 ludzi, a mianowicie: 19 000 jazdy, 99 000 piechoty i 16 000 wojska nieregularnego.
Co zaś do generalicji, która przy niej się znajdowała, to naszymi wodzami i przywódcami były następujące osoby: 1) generał-feldmarszałek Apraksin, jako naczelny dowódca; 2) generałowie-en-chef: Georg Lieven, Łopuchin, Browne, Fermor i Sybilski. Pierwszy z nich, to jest Lieven, wojskami nie dowodził, lecz znajdował się przy świcie feldmarszałka i przydany mu był do rady i niejako za piastuna; zaiste dziwny przykład! Lecz jakkolwiek bądź, miał on we wszystkich działaniach wojennych wielki udział; a nie okrylibyśmy się takim wstydem przed całym światem, gdyby nie było przy nas tego mądrali i tego rzekomego filozofa; 3) generałowie-porucznicy: Matwiej Lieven, Iwan Sałtykow, książę Aleksander Golicyn, Zybin i Wilhelm Lieven; 4) generałowie-majorowie: Baumann, Schilling, Olitz, Zagriażski, książę Lubomirski, hrabia Rumiancow, hrabia Czernyszow, książę Dołgorukow, Manteuffel, Panin, Fast, Chomiakow i książę Wołkoński; 5) generałowie-kwatermistrzowie: Villebois i Stoffeln; 6) generałowie-kwatermistrzowie-porucznicy: Weymarn i Springer; oraz 7) brygadierzy: Demiku, Tiesenhausen, Dietz, Trejden, Plemiannikow i Hartwich.
Oto jak wielką liczono naszą armię według rozpisek i papierów; w rzeczywistości jednak była ona wtedy daleko nie tak wielka, wiele pułków nie miało bowiem swego pełnego stanu, a ponadto ze wszystkich mnóstwo ludzi było w rozmaitych komenderówkach i nieobecnych; tak więc w szeregach było ledwie dwie trzecie albo połowa wspomnianej liczby.
Tak oto ledwie cała armia połączyła się we wspomniany sposób, a już nazajutrz (7-go) przeprowadzono w niej całej nowy podział między pułkami i nowe rozporządzenie, i według tego podziału nasz pułk przypadł do korpusu awangardy pod dowództwem generała Lievena.
Korpus ten złożony był wtedy z pięciu pułków piechoty, które wybrano wszystkie spośród najmniej licznych, oraz z trzech pułków grenadierów-dragonów, czterech pułków huzarów i kilku tysięcy Kozaków i Kałmuków.
Wyruszyliśmy z tym korpusem przed armią, i to już 8-go wieczorem, w pochód, a przeszedłszy jakieś osiem wiorst, stanęliśmy nocą w obozie zajętym dla całej armii, przy pewnym pruskim miasteczku, Leisenimken, do którego 9-go przybyła też cała armia.
Tego dnia toczyła się strzelanina między naszymi huzarami i Kozakami a przednimi oddziałami nieprzyjaciela, które usadowiły się w bardzo korzystnym miejscu, jakieś trzy wiorsty przed naszym obozem, a szczególnie silna była palba pod wieczór; lecz gdy się ściemniło, ucichła, a nasi, przepędziwszy nieprzyjaciela, wrócili do obozu, i była to już czwarta potyczka z nieprzyjacielem.
10-go postanowiono, że cała armia przeczeka tu dzień i zajmie się pieczeniem chleba; lecz zaledwie się rozwidniło, a już znów słychać było palbę z ręcznej broni, a także kilka strzałów armatnich. Do tych strzelanin byliśmy już tak przywykli, że w obozie wcale się tym nie niepokoiliśmy, lecz spokojnie wylegiwaliśmy się w naszych namiotach, byliśmy bowiem pewni, że dzieje się to między wojskami przednimi i że one same dadzą sobie radę, a do nas sprawa w żaden sposób nie dojdzie. Tym razem jednak zaniepokojono nieco i nas, gdy pośpiesznie zabrano od nas z awangardy po 200 ludzi z pułku i wysłano z kilkoma armatami tam, gdzie toczyła się strzelanina. Przyczyną było to, że nasi Kozacy, ostrzeliwując się z wycofującą się strażą nieprzyjacielską, natknęli się na pruski batalion grenadierów, stojący przy wsi Kolenen, i zostali przez niego przepędzeni armatami. Między naszą piechotą a ich nie doszło jednak do starcia i nasi wrócili pod wieczór znów do obozu; natomiast nasi Kozacy, natknąwszy się w leżącej niedaleko naprzeciw naszego pułku wsi na kilku huzarów pruskich i poniósłszy od nich pewną stratę, tak się rozwścieczyli, że otoczywszy ją, spalili całą wieś do szczętu wraz ze wszystkimi, którzy w niej byli. Nasi Kozacy byli tego dnia pod wodzą swoich pułkowników, Diaczkowa i Sieriebriakowa, a bitwa była tak gorąca, że Prusacy wycofali się, straciwszy około 100 ludzi zabitych i sześciu wziętych do niewoli.
11-go armia stała w tym miejscu jeszcze nieruchomo, przez cały dzień padał ogromny deszcz, a pod wieczór znów słychać było w oddali strzelaninę, która trwała do nocy.
Była to już szósta potyczka i polegała na tym, że nasze lekkie wojska natknęły się przy wsi Ilschiken na kilka kompanii pruskiej milicji krajowej i rozbiwszy je, przepędziły.
12-go armia stała wciąż jeszcze w tym samym miejscu i wybierała najlepsze miejsce, gdzie można by przeprawić się przez rzekę Pregołę; choć bowiem zamierzała iść dalej wzdłuż rzeki Pregoły, to gdy dowiedziano się, że wszystkie miejsca i defile zajęte są tam przez Prusaków, a najważniejsze miejsca umocnione szańcami i bateriami, uznano za stosowne, porzuciwszy tę drogę, skręcić w lewo i przeprawiwszy się przez Pregołę, obejść te złe miejsca tamtą stroną, a przez to samo wywabić także nieprzyjaciela z jego umocnień. Co też rzeczywiście nastąpiło, to bowiem właśnie skłoniło feldmarszałka Lehwaldta do wyjścia ze swego umocnionego obozu i, przeprawiwszy się również przez Pregołę przy Taplacken, do wyruszenia nam naprzeciw.
I choć nie wiedzieliśmy wtedy o prawdziwym położeniu armii pruskiej, wszyscy jednak wnioskowali, że nieuchronnie wkrótce dojdzie do bitwy, wszystko bowiem już do tego zmierzało.
Tymczasem, gdy to wszystko się działo, a my staliśmy w tym obozie jakieś trzy dni, przytrafiło mi się kilka przygód, o których muszę Wam opowiedzieć. Pierwsza wzięła początek z pewnej czystej swawoli czy zabawki, którą w wolnej chwili przyszło mi do głowy się zabawić i która omal nie napytała mi biedy, a mianowicie: pewnego dnia, gdy mój sługa sięgnął do mojego podróżnego kufra po bieliznę, wpadł mi w oko schowany w nim ogromny szklany róg z owym białym prochem piorunującym, o którym wspominałem wyżej i którego narobiłem sobie spory zapas podczas postoju w folwarku Kaltebrun. Ledwie go ujrzałem, zrodziła się we mnie chęć spróbować spalić go w dużej ilości i zobaczyć, jak głośno huknie. Od dawna już miałem to w głowie, lecz dotąd nie było ku temu dogodnej sposobności i ciągle o nim zapominałem. Wtedy jednak zachciało mi się tego już niecierpliwie, i dlatego, wyjąwszy go, położyłem go na swoim polowym stoliku i poszedłem szukać miejsca, gdzie najwygodniej mógłbym to wprowadzić w czyn.
Tak się złożyło, że dzień był wtedy przepiękny, a pora sama południowa i upalna. Żołnierze, nagotowawszy kaszy i zjadłszy obiad, pokładli się wtedy wszyscy spać; lecz ogniska jeszcze się dymiły.
Przechadzając się za taborami i przyglądając się tym dymiącym ogniskom, ujrzałem na szczęście w jednym miejscu na ogieńku stojący trójnóg, a obok niego leżącą patelnię. Czegóż lepszego trzeba było? Postanowiłem nasypać na nią prochu i postawić na trójnogu, i ledwie to wymyśliłem, natychmiast wprowadziłem w czyn. W okamgnieniu pobiegłem po swój proch, nasypałem go na patelnię z dobrą łyżkę stołową i poprawiwszy ogień, postawiłem ją na trójnogu. Ponieważ jednak łatwo mogłem wywnioskować, że huknie mocno i że zrzuci patelnię z ognia, to aby nie narażać się na niebezpieczeństwo, poszedłem do swojego namiotu, z którego na szczęście widać było to miejsce, i położywszy się w nim na łóżku, opuściłem z tamtej strony połę i patrzyłem z niecierpliwością, co nastąpi. Długo nic się nie działo i myślałem, że ogień jest mały i dlatego proch nie prędko się topi. Lecz omyliłem się. Stopił się szczęśliwie i nagle wydał dokładnie taki huk, jakby rozerwało ogromną bombę. Nie spodziewając się tak silnego i przechodzącego wszelkie moje oczekiwania huku, zamarłem wtedy i przeląkłem się, bo dopiero wtedy, a nie wcześniej, przyszło mi do głowy, że moja zabawka łatwo może przynieść i biedę. „Ach! — mówiłem wtedy sam do siebie — cóż ja narobiłem i nabroiłem. Żeby tylko nie wszczął się alarm i nie spotkała mnie z tego jaka bieda! Huk zbyt silny i głośny, żeby go tylko nie usłyszał sam feldmarszałek. Przecież stoi niedaleko stąd, a o tym zupełnie zapomniałem!” Myśl ta wprawiła mnie od razu w wielki lęk, który jednak jeszcze bardziej się wzmógł, gdy po chwili ujrzałem, że rzeczywiście nie tylko nasz, ale i inne stojące obok nas pułki niezmiernie się zaniepokoiły. Wszyscy żołnierze zerwali się ze snu i zaczęła się ogromna bieganina i dopytywanie: gdzie? co? z czego? i od czego tak huknęło? — Każdy pytał drugiego, a ten trzeciego, i bajaniom nie było wtedy końca. Jeden mówił, że wystrzeliło z armaty; drudzy spierali się, że rozerwało bombę; trzeci mówili, czy nie rozerwało gdzieś jaszcza z ładunkami albo skrzyni z prochem! Czwarci sami nie wiedzieli, co myśleć i jak sądzić. Lecz wszyscy w ogóle i z różnych stron biegli na miejsce, gdzie słychać było huk i gdzie w okamgnieniu zebrało się mnóstwo ludzi, którzy jednak tylko tłoczyli się tam i z powrotem i nic nie widząc, nie wiedzieli, jak sądzić i czemu huk przypisać.
Dla mnie, który leżałem wtedy w namiocie i widziałem całe to widowisko, było to bardzo a bardzo nieprzyjemne. — „No, i masz — mówiłem sam do siebie — czy nie zgadłem, że nabroiłem.
Chyba samo licho podkusiło mnie wymyślać tę uciechę? No, a jak się wszystko wyda! No, a jeśli ktoś widział mnie wtedy, gdy byłem przy ogieńku!
No, a jeśli się domyślą, że wszystkiemu ja byłem przyczyną?” Ledwie zdążyłem to wymówić, a nowa wieść ugodziła moje serce niczym piorun! Przycwałowało od feldmarszałka kilku, jeden za drugim, ordynansów i wszyscy krzyczeli i pytali: „Kto to? Kto i po co wystrzelił z armaty?!” Zamarłem wtedy i przeląkłem się, gdy to usłyszałem. Myślałem już, że stanie się Bóg wie co, i tak się zlękłem, że nie wiedziałem, co robić; gdyby było można, uciekłbym gdzieś i schował się tak, żeby mnie nikt nie znalazł; lecz że uciec i podziać się nie było gdzie, nie znalazłem innego wyjścia, jak schować się na posłaniu pod kocem i udawać śpiącego. Nie sen jednak miałem wtedy w głowie, lecz czekałem każdej chwili, że przyjdą, wezmą mnie i poprowadzą do feldmarszałka, w pośpiechu bowiem uważałem już za pewne, że mnie widziano i całą sprawę odkryto, i dlatego, drżąc jak w febrze, nie robiłem nic innego, jak tylko w myślach prosiłem Boga, by się nade mną zlitował i od tej biedy wybawił. Lecz szczególnym szczęściem tak się złożyło, że nikt mnie przy ogieńku nie widział i nikomu nie przyszło do głowy, że to ode mnie pochodzi, a wszyscy tylko powtarzali i dziwiąc się, sami mówili przysłanym od feldmarszałka, że tu huknęło, ale co takiego i z czego, tego nikt nie widział i nie wie, bo nie było widać ani ognia, ani dymu, i że sami nie mogą się temu dość nadziwić. I w ten sposób sprawa ta się skończyła i stanęło na tym, że nikt nie wie i nie dowiedział się także potem, bo mnie samemu wyjawiać to i chwalić się swoim żartem nie było powodu, ja zaś przeleżałem na swoim posłaniu i nie pisnąłem, dopóki wszyscy się nie uspokoili, a i wtedy tym, którzy mi o tym opowiadali, zapewniałem, że spałem tak twardo, iż niczego nie słyszałem.
Ponieważ jednak list mój jest już długi, kończąc go i odkładając resztę na przyszły, pozostaję itd.
POCHÓD PRZEZ PRUSY KU PREGOLE
List 43
Drogi przyjacielu! Ledwie przygoda opisana w moim ostatnim liście dobiegła końca, a ja ledwie zdążyłem się ucieszyć, że wszystko minęło i skończyło się szczęśliwie, gdy nowe zmartwienie gotowało się już ugodzić moje serce. W tym samym miejscu przytrafiła mi się też druga przygoda, która jednak była dla mnie nieszczęśliwsza i na żart już nie wyglądała, a mianowicie: okradziono mnie, i to jeszcze tej samej nocy, która na nieszczęście była bardzo ciemna i podczas której już nie udając, lecz naprawdę spałem tak twardo, że nawet nie słyszałem, jak spod wezgłowia wyciągnięto mi moją szkatułkę i rozbiwszy ją za namiotem, wyjęto z niej wszystkie pieniądze. Sprawę tę załatwiono tak zręcznie i po mistrzowsku, że wstawszy rano, znalazłem swoją szkatułkę już rozbitą w pewnej odległości od namiotu, i tylko rozłożyć ręce! Długo, mimo wszystkich swoich starań, nie mogłem się dowiedzieć, kto to tak sprytnie urządził; lecz potem dowiedziałem się, że był to pewien nowo przydzielony do naszej kompanii żołnierz, który był skończonym łotrzykiem i za to został wypchnięty z kompanii grenadierskiej, choć był ogromnym chłopiskiem. Straciłem przy tym około dwudziestu rubli i jeden złoty medal, którego żal mi było najbardziej, ponieważ dany był mojemu dziadowi, panu Bakiejewowi, przez cesarza Piotra Wielkiego za to, że własnymi rękami wziął do niewoli szwedzkiego schoutbynachta podczas zdobycia czterech fregat.
Choć najbardziej starałem się o jego odzyskanie, hultaj przepuścił go za marny grosz w innym pułku i tak już w żaden sposób nie mogłem go odszukać i odzyskać.
Miejsce to zapamiętałem dalej i dlatego, że wysyłano mnie z niego po furaż; ponieważ bowiem około tego czasu siano było wszędzie ukryte i zwiezione do osad, my zaś znajdowaliśmy się już blisko nieprzyjaciela i nie było sposobu wyżywić wszystkich swoich koni paszą polną, musieliśmy karmić je sianem, zdobywając je w pobliskich osadach, i posyłać po nie co dzień oddziały z oficerami. Oddziały te były dla nas najniebezpieczniejsze i każdy dziękował Bogu, gdy się dobrze udało. Przyczyną było to, że naszych żołnierzy, a zwłaszcza ludzi niesłużących, jak na przykład poganiaczy, ordynansów i sług oficerskich, w żaden sposób nie można było utrzymać. Ledwie przyjedziesz do wsi, a oni się po niej rozbiegną i zamiast szybko zwijać siano w tobół, zaczną szukać i myszkować po wszystkich kątach za dobrem i dobytkiem, i nikogo nie możesz znaleźć, i tylko patrzeć, jak nadpadną nieprzyjacielscy huzarzy i wyrąbią tych, co są w rozproszeniu i nieładzie. Ja jednak swój oddział wyprawiłem szczęśliwie. Wieś ta była wprawdzie bardzo blisko nieprzyjaciela, lecz właśnie to stało się powodem do zachowania największych ostrożności. Na szczęście znaleźliśmy ogromne szopy pełne siana, a ja, nie puszczając ludzi, kazałem przy sobie jak najprędzej zwijać tobole i wieźć do armii, i dobrze zrobiłem, że tak się pośpieszyłem, bo ledwie odjechaliśmy, gdy rzeczywiście przycwałowali już pruscy huzarzy, lecz nikogo więcej we wsi już nie zastali, a gonić za nami się nie odważyli.
Zresztą, co się tyczy tego furażowania, to każdemu, kto go nigdy nie widział, wyda się ono bardzo zadziwiające i nie uwierzy, że tak wielką masę siana można przewieźć na jednym koniu, a co jeszcze bardziej zadziwiające — wierzchem; trzeba bowiem wiedzieć, że dla szybszego i wygodniejszego przewozu siana furażuje się zawsze konno, a z siana wiąże się dwa ogromne tobole czy kipy, z których każda będzie niemal jak mały wóz, i oba te tobole przerzuca się na sznurach przez siodło w poprzek konia, a człowiek siada między nimi i jedzie zupełnie jak na wozie siana, bo tobole te wloką się niemal po samej ziemi i konia za nimi prawie wcale nie widać. Sami zdziwiliśmy się z początku, ujrzawszy to, a nasi ludzie nie wiedzieli, jak w ten sposób wiązać siano; potrzeba jednak szybko nauczyła i ich tej sztuki.
Prócz tego pamiętne jest mi to miejsce i tym, że po raz pierwszy ujrzeliśmy i poznaliśmy tu kartofle, o którym to płodzie ogrodowym nie mieliśmy dotąd nawet pojęcia.
We wszystkich wsiach w pobliżu naszego obozu były ich zasiane i zasadzone ogromne zagony, a ponieważ około tego czasu zaczęły dojrzewać i nadawały się już do jedzenia, nasi żołnierze szybko je zwęszyli i w okamgnieniu gotowały się już we wszystkich kotłach. Mimo to, z powodu niezwyczajności tego pokarmu, nie obeszło się bez tego, że wybuchły od niego w armii choroby, a najczęściej ciężkie biegunki, i nasza armia za poznanie tego płodu musiała zapłacić kilkuset ludźmi zmarłymi na te choroby.
Co się tyczy tego, czy byliśmy zresztą zadowoleni z Prus w czasie tego pochodu, to mogę powiedzieć, że po przybyciu do armii naszych lekkich wojsk nie tylko nie cierpieliśmy w niczym niedostatku, lecz mieliśmy jeszcze we wszystkim obfitość, a zwłaszcza w mięsie. Bydła i grubego, i drobnego, i wszelkiego rodzaju ptactwa domowego i żywiny, a zwłaszcza gęsi, było przeogromne mnóstwo i zawsze można je było dostać za bardzo tanią cenę. Same barany kupowaliśmy czasem tylko po dziesięć, a gęś nie drożej niż po pięć i po cztery kopiejki. Wszystko to sprzedawali nam nasi Kozacy i Kałmucy, bo rozpraszając się wszędzie, pustoszyli niemiłosiernie wszystkie okoliczne osady. A ponieważ mieszkańcy ratowali tylko swoje grube bydło, a wszystko inne porzucając, rozbiegali się do lasów i tam się kryli, obfite pruskie wsie pełne były wszędzie niezliczonego mnóstwa drobnego bydła i wszelkiego rodzaju ptactwa, i nasi Kozacy, Kałmucy, a nawet sami dragoni i huzarzy, mieli się czym wszędzie i dostatecznie obłowić. Tylko jednego wkrótce nam zabrakło — soli i chleba, lecz i na to znajdowano sposoby zaradcze.
Lecz o ile z jednej strony było to dobre, o tyle z drugiej złe. Za cały ten dostatek i krótkotrwałą obfitość musieliśmy zapłacić bardzo drogo, nie tylko wielkim we wszystkim niedostatkiem, jaki potem sami ponieśliśmy, lecz i wieczną niesławą, jaką przez to zyskaliśmy na całym świecie. Ponieważ bowiem wszystko to wiązało się z ostateczną ruiną niewinnych pruskich mieszkańców wsi, dało to Prusakom powód do wnoszenia przed cały świat ogromnych i chyba niebezpodstawnych skarg na nas, co łatwo można dostrzec z tego, co pisali o tym w swoich relacjach.
„Tej jesieni — mówią oni — nikt nie siał tu zbóż ozimych. — Nieprzyjaciel, z braku paszy dla swego licznego taboru i jazdy, furażuje wszędzie z największym nieładem i wyczyszcza wszystkie osady do cna. — Korpus generała Fermora, trzeba to powiedzieć na jego pochwałę, zachowywał jeszcze możliwie największy porządek i przy całej grabieży nie dopuszczał się przynajmniej żadnych okrucieństw i nieludzkości: dlatego większa część mieszkańców w tamtych miejscach pozostawała w swoich domach i nieprzyjaciela, który przychodził po dwadzieścia razy w jedno miejsce, w miarę swoich możliwości zaopatrywała.
Główna armia natomiast napełniła cały kraj okrucieństwami i nieludzkościami. Wszyscy wieśniacy uciekają precz i ratują się przed nią po lasach i w miejscach nieprzebytych.
Wielu mieszkańcom z samej tylko lekkomyślności i głupoty, i tylko za to, że nie może dać więcej albo nie może powiedzieć czegoś, czego sam nie wie, obcina się nos i uszy; zabiera mu się całe bydło i sprzedaje potem w armii nieprzyjacielskiej za bezcen, ponieważ, jak sami mówią, Kozak musi sam sobie zdobywać pieniądze i pożywienie. I z tego właśnie biorą się takie zuchwalstwa i czyny, którymi brzydzi się sama natura. Wielu ludzi duszą pętlami, innym, na pół żywym, rozcinają wnętrzności i wydzierają serca z piersi, trzecim porywają dzieci, i dopuszczają się jeszcze gorszych i takich nieludzkości, których żadnymi słowami nie można opisać. Obrabowany i pozbawiony całego swego dorobku wieśniak doprowadzany jest tym do nadzwyczajnej zaciekłości i wściekłości. Wyprasza, gdzie tylko może, zamiast jałmużny jakąś strzelbinę, prochu i ołowiu, i stara się nimi bronić i osłonić ostatnie swoje rzeczy, które udało mu się ocalić w lasach przed grabieżą. I w ten sposób zastrzelili oni już ponad dwustu Kozaków, którzy wjeżdżają nawet w same lasy i starają się i tam dopuszczać swoich zbrodni”.
Oto co pisali o nas Prusacy, i nie można ręczyć, czy nasi Kałmucy i Kozacy rzeczywiście nie dopuszczali się gdzieniegdzie, zwłaszcza na uboczu, takich nieludzkości.
Co zaś do innych spustoszeń, to byliśmy ich sami naocznymi świadkami. Ze wszystkich wsi, jakie trafiały nam się na oczy, nie znajdowaliśmy ani jednej z ludźmi, lecz wszystkie były puste i ograbione do czysta. We wszystkich nie tylko nie pozostawał ani jeden cały dom, ale nawet ukryte, zawalone chrustem i gnojem doły ze schowanym w nich dobytkiem nie uchodziły uwagi naszych żołnierzy. Wyszukiwali oni i je wszystkie i rozgrabiali i to, co ostatnie. Co zaś do ich pól i zasianego zboża, to wszystkie one w tych miejscach, gdzie szła armia, były w najżałośniejszym stanie; ponieważ bowiem armia, zwłaszcza zacząwszy bliżej zbliżać się do nieprzyjaciela, szła przeważnie frontem i nie drogą, lecz prosto przez pola i jak popadło, nie było czasu rozróżniać, czy jest tam zboże, czy co innego, i wszystko było tratowane i mieszane z błotem. Nawet przez same jary i wąwozy musieliśmy przejeżdżać nie drogami, lecz na wprost, jak popadło. I, o! ileż przy takich okazjach było u nas łamania i przewracania się! ileż razy niejeden wóz leciał na łeb na szyję z góry i ileż koni zapadało się po uszy w muł, i jak dokuczliwe bywały nam te małe przeprawy!
Do dziś jeszcze nie mogę się nadziwić, jak zdążaliśmy naprawiać swoje połamane wozy i czynić je znów zdatnymi do dalszego pochodu.
Lecz odszedłem już od głównego przedmiotu i teraz czas już powrócić do opisu dalszego ciągu pochodu. Tak oto stała nasza armia we wspomnianym miejscu do 12 sierpnia. Tego jednak dnia postanowiono w tym miejscu, gdzie zamierzano przeprawić się przez rzekę, utworzyć z połowy taborów armijnych i ciężkich wagenburg, aby zostawić go po tej stronie, a z armią przejść na drugą i starać się zmusić nieprzyjaciela do bitwy. I dlatego rozkazano jeszcze tego samego dnia wyruszyć połowie taborów i iść ku rzece, a dla osłony wspomnianego wagenburga iść z nimi naszemu oraz apszerońskiemu i archangielskiemu pułkowi dragonów, lecz spieszonemu; ruszyliśmy więc jeszcze tego samego wieczora, a ponieważ odległość do rzeki wynosiła tylko jakieś trzy wiorsty, przyszliśmy tam jeszcze w porę i zdążyliśmy przy wsi Simonikschen utworzyć porządny wagenburg. To lekkie polowe umocnienie, złożone z samych tylko wozów, zdarzyło nam się tu po raz pierwszy oglądać i budować. Wszystkie wozy ustawiano w jeden rząd i w taki sposób, aby przednie koła jednego stykały się z tylnymi kołami drugiego, i powstawało przez to takie splecenie wozów, przez które w żaden sposób nie można było przejechać na koniu, a ponadto można było zza tego ogrodzenia z wozów w potrzebie bronić się i przeciw piechocie. Takim nierozerwalnym sczepieniem wozów otoczono dość rozległe miejsce, na podobieństwo jakiejś twierdzy czy miasta, i mogło ono służyć za schronienie wszystkim, którzy nie mogli iść z armią. Tymczasem, gdy budowaliśmy ten wagenburg, inni zajmowali się już budową mostów przez rzekę Pregołę, które na rano następnego dnia były gotowe, a było ich dwa drewniane i trzy pontonowe.
Następnego dnia, to jest 13 sierpnia, wyruszyła i przybyła na to miejsce cała armia i rozłożyła się obozem wokół wspomnianej wsi, a tabory rozdzielono znów między pułki, bo pozostawienie wagenburga po tej stronie znów odłożono, i tak nocowaliśmy tu wszyscy razem.
14-go, to jest w przeddzień Zaśnięcia Bogurodzicy, po południu kazano naszemu korpusowi awangardy przeprawiać się po mostach za rzekę Pregołę, a my, przeprawiwszy się przez nią, śpieszyliśmy zająć pewne wąskie przejście, które było za rzeką na wzgórzu. Trzeba bowiem wiedzieć, że za rzeką była najpierw równa łąka, ciągnąca się na jakieś dwie wiorsty, a potem nagle zaczynała się stroma i wysoka góra, a na jej szczycie było znowu równe miejsce, ciągnące się na pół wiorsty albo na wiorstę, a dalej szedł przegęsty i przeogromny las, za którym znów było rozległe pole, otoczone lasami. Przejścia jednak na to pole przez las nie było, lecz trzeba było iść tylko jednym wąskim, na ćwierć wiorsty wszerz ciągnącym się przesmykiem, który znajdował się po lewej ręce między wspomnianym lasem a pewnym przeokropnym i stromym jarem, którym płynęła niewielka rzeczka i z tamtej strony wpadała do Pregoły. To właśnie wąskie defile mieliśmy zająć i do tego przeznaczono nasz korpus. Przyszedłszy tam, musieliśmy z powodu ciasnoty miejsca stanąć bokiem, to jest wzdłuż tego wąskiego przejścia, i dlatego stanęliśmy twarzą ku skrajowi lasu, a za naszymi taborami był wspomniany stromy jar.
Armia zaś pozostała na postoju w swoim dawnym obozie za rzeką.
Następnego dnia, dla uczczenia święta Zaśnięcia Bogurodzicy, ustawiono w naszych pułkach cerkwie i odprawiano nabożeństwo, a tymczasem przeprawiała się na tę stronę rzeki także druga dywizja i stawała obok nas, zajmując coraz dalej w prawo puste miejsce między lasem a górą, gdzie wyznaczono obóz dla całej armii. Główna zaś armia z kawalerią pozostała jeszcze po tamtej stronie rzeki i, wziąwszy prowiantu na trzy doby, odesłała tylko swoje tabory, które zatrzymały się w wyznaczonych miejscach pod osłoną drugiej dywizji i naszego korpusu awangardy.
Ponieważ wspomnianą drugą dywizją dowodził generał-en-chef Łopuchin, przybył on w przeddzień tego dnia razem z nami i stanął w swoim namiocie naprzeciw samego naszego pułku, przy lesie. Ponieważ generał ten był bardzo pobożny, a przy tym nader cnotliwy i dobry człowiek, odprawiało się u niego wieczorem całonocne czuwanie, a tego dnia spowiadał się i przyjął komunię, zupełnie jakby przeczuwał, że życie jego nie potrwa długo i że pozostało mu już niewiele dni życia na świecie. Lecz o ile ten generał był kochany i szanowany przez wszystkie wojska, o tyle nielubiany i pogardzany był inny, będący wtedy z nami generał-major dragonów Chomiakow, sławny jedynie z tego, że był wielkim amatorem lasek i woził ich ze sobą do kilkuset, i który narobił nam wtedy mnóstwo śmiechu. Tego staruszka, któremu z powodu zgrzybiałości bardziej przystało siedzieć w domu za piecem niż być w pochodzie, licho podkusiło wybrać miejsce pod swój namiot za naszymi taborami i na samym brzegu jaru; lecz miejsce to było tak niewygodne i tak naprzykrzali mu się nasi chorzy i objedzeni kartoflami żołnierze, że biedny starzec nie był rad życiu, że się tu rozłożył, i widząc, że wszystkie jego kije i laski nie pomagają, musiał uciekać i przenosić swój namiot w inne miejsce.
Ledwie tego dnia wysłuchaliśmy mszy, usłyszeliśmy w głównej kwaterze za rzeką trzy strzały z armaty sygnałowej. Wiedzieliśmy już, że oznacza to sygnał alarmu: dlatego wszyscy rzucili się natychmiast do broni, a wszystkie pułki natychmiast i z wielkim pośpiechem wyprowadzono przed front, gdzie czekaliśmy na rozkaz. Wkrótce potem usłyszeliśmy w oddali jeszcze kilka strzałów armatnich. Lecz ledwie to nastąpiło, lunął na nas przesilny i przeokropny deszcz i trwając całą godzinę, przemoczył nas wszystkich.
Potem słyszeliśmy wprawdzie jeszcze kanonadę, lecz nic nie nastąpiło i znów nas rozpuszczono.
Przyczyną zaś tego alarmu było to, że nieprzyjaciel wysłał tego dnia dla rozpoznania naszej armii generała-majora Ruescha z 1200 huzarami i pięcioma szwadronami jazdy dragońskiej, przy wsparciu sporej liczby piechoty pod dowództwem generała Kanitza — który to oddział, natknąwszy się na nasz kozacki obóz, zabił ich ze dwudziestu, a właśnie to skłoniło feldmarszałka do wysłania im na odsiecz kilkuset huzarów i dragonów, którzy zmusili nieprzyjaciela do odwrotu, odbiwszy mu z powrotem zagarnięty przez niego tabun kozackich koni. W tej potyczce znów z obu stron kilku ludzi zabito i raniono.
Następnego zaś dnia, tj. 16-go, przeprawiła się wreszcie zza rzeki także pozostała armia i główna kwatera i stanęła w wyznaczonym obozie, a nasz wódz, pan Apraksin, jadł tego dnia obiad u stojącego przed nami generała Łopuchina. Kwaterę zaś dla siebie wybrał pośrodku armii, za wspomnianym wielkim lasem.
Ponieważ w ten sposób z godziny na godzinę przysuwaliśmy się bliżej nieprzyjaciela, i ten dzień nie minął spokojnie. Pod wieczór znów słychać było za rzeką Pregołą strzelaninę i porządną salwę, a także kilka strzałów armatnich. Przyczyną było to, że za rzeką w pobliżu obozu znów pokazali się nieprzyjaciele i strzelali do naszych Kozaków i Kałmuków; ci jednak zmusili ich do odwrotu do lasu, zabiwszy im 4 huzarów i wziąwszy jednego do niewoli.
Mówiono wtedy, że nasi Kałmucy dali przy tej okazji dostateczne dowody swojej zręczności i męstwa właściwego takim lekkim ludom: 7 z nich — dostrzegłszy ze dwudziestu pruskich huzarów, którzy oddalili się od reszty, i przepłynąwszy nago i bez siodeł, z samymi tylko dzidami, przez Pregołę — uderzyło na nich z taką zaciekłością, że obróciwszy ich w ucieczkę, gnali ich aż do samego ich obozu i, jak wspomniano wyżej, trzech zabili, a jednego wzięli do niewoli. Lecz był to niemal pierwszy i ostatni ich dobry czyn, bo prócz tego nie zdarzyło mi się słyszeć, by dokonali czegoś znakomitego.
Tak oto toczyła się u nas niemal co dzień mała wojna, lecz wkrótce potem nastąpiła i ważniejsza, o czym wspomnę w przyszłym liście, a tymczasem jestem itd.
PIERWSZY ALARM
List 44
Drogi przyjacielu! Teraz zbliżyłem się już do najważniejszego punktu czasu z całej naszej ówczesnej kampanii, czyli do prawdziwych działań wojennych przeciw nieprzyjacielowi; to bowiem, o czym wspominałem dotąd, polegało przeważnie tylko na samych potyczkach czy małych i nieważnych starciach, które, jak wiadomo, nigdy nie bywają rozstrzygające, a obracają się zwykle tylko obu armiom na niepokój, uciążliwość i daremną utratę ludzi; albo, mówiąc krócej, teraz z kolei przyszło mi opowiedzieć Wam o naszej apraksinowskiej bitwie, o której dość się Wy nasłuchaliście, lecz prawdziwych wydarzeń, jakie przy niej zaszły, zapewne nie znacie. Lecz czyż możecie je znać, skoro sami przy tym nie byliście, a z samych pogłosek naprawdę wszystkiego w żaden sposób znać nie można. Własne przykłady dostatecznie mi to udowodniły.
Mimo to nie oczekujcie, że przekażę Wam szczegółowo wszystkie okoliczności, które przy tym zaszły. Z góry bowiem Wam się przyznam, że mnie samemu nie są one szczegółowo znane, choć rzeczywiście sam przy tym byłem i wszystko widziałem na własne oczy. Ale czyż tak małemu człowiekowi, jakim byłem wtedy, można znać wszystkie szczegóły tego, co działo się w armii, w czasie, gdy wszystko było w ogromnym zamieszaniu i gdy mnie, będącemu wtedy przypadkiem dowódcą kompanii, nie można było odejść ani na krok od swego miejsca i swojej kompanii? Cóż więc innego pozostaje, jak przekazać to, co mogłem sam zobaczyć i co doszło do mojej wiadomości. Armię w pochodzie nie inaczej można porównać, jak z wielkim i ludnym miastem, w którym człowiek przebywający w jednym kącie zapewne nie może znać szczegółowo wszystkiego, co dzieje się i zachodzi na drugim krańcu, i nie sądzę, by ktokolwiek, nie wyłączając samych wodzów, mógł znać wszystkie szczegóły bitwy z całą dokładnością. Powszechny zamęt i zamieszanie, hałas, krzyk, kurz, gęstość dymu, a nade wszystko wszechobecne niebezpieczeństwo i tysiąc innych okoliczności mogą temu przeszkodzić.
W takich okolicznościach cóż innego pozostaje, jak przekazać Wam tylko to, co przypadek pozwolił mi samemu zobaczyć albo o czym mogłem wtedy wiarygodnie usłyszeć.
Ponieważ jednak bitwa ta była jedyną, którą zdarzyło mi się samemu widzieć, to w zamian za ten zresztą niedostatek postaram się przynajmniej odmalować wszystko, co widziałem, jak najżywiej i jak najszczegółowiej, abyście mogli wszystkie widziane przeze mnie wydarzenia jak najdoskonalej sobie wyobrazić i uzyskać o nich takie pojęcie, jakbyście je sami widzieli.
Lecz zanim przystąpię do właściwej opowieści o bitwie, chciałbym Wam najpierw odmalować całą ówczesną pozycję, czyli położenie naszej armii, bez tego bowiem nie możecie w żaden sposób wyobrazić sobie prawdziwego stanu ówczesnego zamieszania ani uzyskać prawdziwego pojęcia o niebezpieczeństwie, w jakim się wtedy znajdowaliśmy. A żeby mi to lepiej się udało, postanowiłem nie tylko szczegółowo opisać wszystko, co mi wiadome, ale i to, co potrzebne, objaśnić planami i rysunkami. Opowiem Wam więc najpierw, w jaki sposób rozłożona była nasza armia w swoim ostatnim obozie przed bitwą. Nie wiem, jaki wydać sąd: czy stała ona w korzystnym miejscu, czy w niekorzystnym, i czy należy chwalić, czy ganić naszych wodzów za to, że ją tak rozłożyli.
Wyobraźcie więc sobie najpierw, drogi przyjacielu, wysokie równe miejsce nieopodal brzegu pewnej niezbyt wielkiej rzeki, płynącej przez szeroką, głęboką i równą dolinę. Wspomniane wysokie i równe miejsce, leżące na górze, u podnóża której zaczynała się wspomniana dolina, było nie tyle szerokie, ile długie; miało ono, o ile pamiętam, wszerz nie więcej niż pół wiorsty, a wzdłuż jakieś półtorej albo dwie wiorsty, z dwóch stron bowiem otaczał to miejsce wielki, gęsty i zwarty las, ciągnący się wszerz, czyli w poprzek, na wiorstę albo więcej, a z trzeciej strony przecinał je przeogromny i przegłęboki jar, z płynącą nim niewielką rzeczką, wpadającą do wspomnianej rzeki Pregoły. W ten sposób miejsce to było otoczone niemal ze wszystkich stron nieprzezwyciężonymi zaporami, a wyjście z niego było tylko w dwóch miejscach, mianowicie na jego krańcach, gdzie na jednym krańcu była w lesie niewielka polana, a na drugim, między lasem a wspomnianym jarem — także niewielka pusta przestrzeń, ciągnąca się wszerz na niewiele ponad ćwierć albo na pół wiorsty.
Na tym to pięknym miejscu rozłożona była obozem nasza armia i, jak się zdawało, nie mogło być korzystniejszej pozycji, ponieważ stała ona, zupełnie jak w umocnieniu umyślnie stworzonym przez naturę, i ze wszystkich stron osłonięta była najpożądańszymi zaporami; przed sobą miała bowiem wspomniany gęsty, wysoki i niemal nieprzebyty las, osłaniający jej front niemal w najlepszy sposób. Prawe skrzydło osłonięte było tym samym lasem; lewe — wspomnianym nieprzebytym i stromym jarem, i tylko od tyłu było otwarte miejsce, lecz i ono z powodu wspomnianej głębokiej doliny i rzeki Pregoły było niedostępne, tak że z żadnej strony nie mogła obawiać się napaści nieprzyjaciela. Nawet wąskie defile, znajdujące się na lewym skrzydle przy jarze, którym jedynie było z tego miejsca swobodne przejście na rozległe, położone za lasem pole pod Jägersdorfem, obsadzone było wieloma pułkami, osłonięte wojskami i bateriami, a ponadto miało jeszcze przed sobą niewielki strumyk z niecką, który wypływając z pola pod Jägersdorfem, wpadał do wspomnianego wielkiego jaru.
Wąska zaś polana między lasami na prawym skrzydle, zupełnie jak umyślnie, od dawna poprzecinana była kilkoma niewielkimi rowami, które bardzo nam się przydały.
Jednym słowem, wszystkie okoliczności zgadzały się ze sobą w najlepszy sposób i nie mogło być dogodniejszego miejsca do osłony obozu w czasie oczekiwanej bitwy, a potrzeba było tylko sztuki generałów, by umieć z tego miejsca należycie skorzystać. Czy jednak nasi wodzowie mieli potrzebną do tego sztukę, czy nie, to zobaczycie z dalszego ciągu, a ja tymczasem dla lepszego wyobrażenia przedstawię Wam całe wspomniane położenie miejsca na rysunku {Rysunek ten zob. na końcu książki. Przyp. autora. Rysunku tego jednak nie ma w rękopisie książki ani „na jej końcu” się nie znajduje. M. S.}.
Oto macie plan i opis całego położenia tego miejsca, na którym odbyła się nasza sławna akcja wojenna. Wyobraźcie je sobie dobrze, abyście tym lepiej mogli dostrzec wszystkie opisane niżej wydarzenia, do których wreszcie teraz przystąpię.
W ostatnim moim liście zakończyłem tę materię tym, że armia przeprawiła się cała przez rzekę Pregołę i stanęła obozem na wyżej opisanym miejscu, a mój opis sięgał do 16 sierpnia. 17-go rano wszystko w armii było jeszcze spokojnie. Z rozdanych rozkazów wiedzieliśmy, że i ten dzień przestoimy na tym miejscu, dlatego znów posłano po furaż, a ponadto kazano jeszcze pobrać prowiant na ponad pół miesiąca, i pobraliśmy go już do 5 września. Jednym słowem, o nieprzyjacielu nie było jeszcze ani słychu, ani widu, i choć wszyscy mieliśmy dość powodów wnioskować, że nie może on już być daleko i że wkrótce dojdzie do prawdziwej z nim rozprawy, to jednak nie wiedząc nic dokładnego, nie mieliśmy powodu niepokoić się strachem i wyobrażaniem sobie śmiertelnej bitwy. Krótko mówiąc, byliśmy tak spokojni, jakbyśmy byli jeszcze o sto wiorst od nieprzyjaciela, i nie myśląc o niczym, piliśmy sobie i jedliśmy, i weseliliśmy się, zabawiając się rozmaitymi obozowymi rozrywkami.
Przed południem usłyszeliśmy wreszcie w oddali trzy strzały armatnie, a niedługo potem jeszcze dwa. Uznaliśmy je za nieprzyjacielskie i mówiliśmy jeszcze między sobą, że tak głośnych dotąd jeszcze nie słyszeliśmy, i wnioskowaliśmy, czy nieprzyjaciel nie jest już blisko; ponieważ jednak w armii nie było żadnego ruchu i wszystko było spokojnie jak dawniej, uznaliśmy te strzały za nasze i wywnioskowaliśmy, że zapewne gdzieś w oddali nasi strzelają do nieprzyjacielskich oddziałów, i dlatego, przywykłszy już do takich odgłosów, natychmiast przestaliśmy o tym myśleć. Lecz nie minęła jeszcze godzina, gdy ujrzeliśmy, że się omyliliśmy i że zapewne było to coś ważnego. W naszej armii wszczął się ogromny alarm.
Zaczęła się straszna bieganina i gonitwa adiutantów i ordynansów, którzy krzyczeli, aby wychodzić do szyku i wyprowadzać pułki przed front.
W jednej chwili znikł wtedy dawny spokój i zaczęło się wojenne zamieszanie. Każdy, rzucając wszystko, czym się zajmował, chwytał broń, wdziewał rynsztunek wojenny i biegł stanąć w swoim szeregu i na wyznaczonym miejscu. Wszędzie słychać było cichy gwar, bieganinę i ponaglanie przełożonych. Całe nasze wojsko zupełnie jakby ożyło i w okamgnieniu wszystkie pułki były już przed swoimi obozowiskami i stały we froncie, oczekując rozkazu, dokąd iść i co robić. Nie sposób dość opisać, jak dotkliwy był dla wszystkich ten pierwszy niemal i prawdziwy alarm. Każdy, nie myśląc inaczej, jak tylko że nieprzyjaciel już nadciąga i zapewne jest już niedaleko — nie mógł wnioskować nic innego, jak tylko że za chwilę poprowadzą go stawiać w szyku bojowym i że wreszcie nadchodzi ta godzina, w której przyjdzie mu zapomnieć i o sobie samym, i o wszystkim na świecie, i gotować się na śmierć. Okoliczność, że cała armia składała się niemal wyłącznie z takich ludzi, którzy nieprzyjaciela jeszcze na oczy nie widzieli, pomnażała w każdym lęk i wewnętrzne wzburzenie krwi i drżenie członków. Mówi się przecież w prostym przysłowiu, że pierwszą piosenkę śpiewa się zarumieniwszy, a tu sprawa była nieco poważniejsza od piosenki. Wszystko to jednak nie trwało długo i jakby chciano nas tylko postraszyć; ledwie bowiem pułki stanęły we froncie i się ustawiły, gdy znów przysłano gońców z rozkazem, aby żołnierzy rozpuścić z powrotem do namiotów i odtąd czekać już na sygnał z trzech armat.
To znów uspokoiło nas wszystkich: uznaliśmy, że zapewne coś przekręcono i nie tak, jak trzeba, doniesiono feldmarszałkowi, i rozszedłszy się do swoich namiotów, wzięliśmy się znów do swoich zajęć. Kto grał w karty, kto śpiewał, kto się śmiał, kto żartował i tak dalej. Lecz nie minęła jeszcze godzina, i tak oto około czwartej po południu usłyszeliśmy już prawdziwy sygnał alarmu. W głównej kwaterze u feldmarszałka wystrzelono trzy razy z armaty sygnałowej, i był to znak, by znów wyprowadzać pułki przed front. Natychmiast to uczyniliśmy i baliśmy się już mniej niż przedtem, myśląc, że znów nas rozpuszczą. Lecz ten dzień zaczął się na to, byśmy się zawodzili w swoich oczekiwaniach; wkrótce bowiem ujrzeliśmy, że sprawa z wolna nabiera wagi. Przyjechali do nas dowódcy naszych brygad i nagle wyprowadzili pułki z rozwiniętymi sztandarami z obozu. Wtedy to u wielu zaczęło się drżenie serca i żałosne pożegnania z pozostającymi w obozie znajomymi.
Lecz na szczęście nie było im kiedy długo się tym zajmować, wyprowadzono nas bowiem z wielkim pośpiechem i wyprowadzono za las na otwarte i rozległe pole pod Jägersdorfem.
Lecz jakże bardzo znów się tu zawiedliśmy! Myśleliśmy, że wyjdziemy już prosto na nieprzyjaciela i nie tylko go ujrzymy, ale i natychmiast wdamy się z nim w bój; zamiast tego na całym polu nie ujrzeliśmy i nie dostrzegliśmy ani jednego człowieka i zdziwiliśmy się tym niezmiernie. Mimo to ustawiano wszystkie wyprowadzone nasze pułki w porządku i ustawiono je jakieś dwie wiorsty od obozu w dwóch liniach, między obiema leżącymi pośrodku tego pola wsiami, w szyku bojowym i rozliczono, jak należy. Lecz ledwie to skończono, gdy nic nie zdziaławszy, a tylko spaliwszy jedną wieś, poprowadzono nas z powrotem do obozu, i przechodziliśmy i przestaliśmy jakieś trzy godziny na próżno, bo nieprzyjaciela nie było jeszcze nawet w zapowiedzi, a mówiono tylko, jakoby znajdował się za leżącym przed nami lasem i jakoby także ustawiał się w szyku bojowym, dlatego też wyprowadzono nie całą naszą armię, lecz tylko nasz korpus awangardy oraz dywizję hrabiego Fermora, i to może po to, by mu dowieść, że jesteśmy bardzo ostrożni. Lecz o, gdybyśmy zawsze byli tak ostrożni!
Tak oto skończył się i ten dzień, bez żadnych ważnych wydarzeń, a my z braku doświadczenia nie wiedzieliśmy, co by to miało znaczyć, że nas wyprowadzano. Zdarzyło mi się być wśród tych, co wychodzili do boju, i szliśmy, mówiąc szczerze, dość śmiało i bez żadnego tchórzostwa. Niecierpliwość malowała się wszystkim na twarzy i każdy gorąco pragnął jak najprędzej ujrzeć nieprzyjaciela i poprawiał swoją broń, by jak najsprawniej do niego strzelać. Lecz choć patrzyliśmy, ile się dało, i choć gorliwie pragnęliśmy zgotować mu mężne przyjęcie, jego jednak nie było i nie mogliśmy ujrzeć ani jednego człowieka, choć rozległe, ciągnące się na kilka wiorst pole było nam całe widoczne. Wracając do obozu, nie wiedzieliśmy, cieszyć się z tego czy smucić? Nie mieliśmy jednak większego powodu się tym trapić. Komuż życie niemiłe i kto mógł być pewien, że wyjdzie z bitwy cały i żywy? Ja tylko miałem powód być rad z tego powrotu; ale dlaczego — tego zapewne nie zgadniecie. „Z tchórzostwa!” — powiecie. — Nie, ja zaprawdę nie tylko się nie bałem, ale byłem nawet spokojniejszy, niż sam myślałem. A oto dlaczego: przytrafiła mi się pewna śmieszna i niespodziewana przygoda.
Gdy staliśmy na polu w szyku bojowym i czekając na nieprzyjaciela z lasu, poprawialiśmy swoje karabiny, chciałem i ja sprawdzić, czy jest proch na panewce mojego karabinu, bo nabity był u mnie już dawno.
Lecz czyż nie stała się wtedy istna psota? Patrzę, a u mojego karabinu w ogóle nie ma kurka!.. Mój Boże! Jakże się wtedy zmieszałem i w jakie popadłem zakłopotanie! Z jednej strony nie rozumiałem, gdzie się podział; z drugiej martwiłem się, że w razie potrzeby nie będę miał czym nie tylko strzelać, ale i się bronić, a z trzeciej, i co najważniejsze, bałem się, żeby ktoś tego nie zobaczył i nie zaczął się śmiać. Lecz jakkolwiek bądź, kurka mojego nie było: odkręciła się przeklęta śrubka, która, jak trzeba sądzić, poprzedniego dnia, gdy czyszczono broń, była słabo przykręcona, i przepadła razem z kurkiem. A na domiar nieszczęścia nie było sposobu go szukać. Nie tylko szukać, ale bałem się nawet powiedzieć o tym najlepszym swoim przyjaciołom, lecz tylko w duchu się martwiłem i sam z siebie się śmiałem, mówiąc: „Zaiste, piękny ze mnie wojak! I że też ten przeklęty kurek znalazł czas, by przepaść. Akurat wtedy licho go zabrało, kiedy był najbardziej potrzebny!” — Lecz na szczęście pozbyłem się wszystkich kłopotów: sprawa obeszła się bez bitki, a mojego karabinu bez kurka nikt nie zauważył. Wróciliśmy szczęśliwie, a na rano był już przy moim karabinie inny kurek. Tę zasługę mogę przyznać sprawności pułkowych ślusarzy. Zaprawdę w ciągu godziny dorobili mu zupełnie nowy i nie wstydziłem się już pokazać przed frontem, a zgubiony zostawiłem spokojnie leżący na polach pod Jägersdorfem.
Tym zakończę ten mój list i zapewniwszy Was o mojej przyjaźni, pozostaję itd.
DRUGI ALARM
List 45
Drogi przyjacielu. W ostatnim moim liście opisałem Wam nasze pierwsze przygotowanie do bitwy, a teraz opiszę drugie. Nie dziwcie się temu! Jakakolwiek ona była, aż dwie doby minęły na samych przygotowaniach do niej! Musiała więc być zapewne niezwykła. I niezwykła była, drogi przyjacielu, jak sami to z jej opisu potem zobaczycie, lecz ja, zostawiwszy rzeczy uboczne, przystąpię do rzeczy.
Noc na osiemnasty sierpnia spędziliśmy w dawnym obozie szczęśliwie i w najpożądańszym spokoju. Wszystko było cicho i spokojnie i nikt nie myślał o nieprzyjacielu. Co będzie następnego dnia, tego nikt nie wiedział, a i ranek nie zapowiadał nam niczego niezwykłego.
Rano bito nie generalny marsz, lecz pobudkę, a to już dowodziło nam, że i tego dnia w pochód nie pójdziemy, lecz będziemy stać na tym samym miejscu.
Ta cisza i spokój trwały aż do dwunastej godziny i my, myśląc, że i przez cały dzień nic się nie wydarzy, zamierzaliśmy już spędzić go na rozmaitych uciechach, gdy nagle niespodziewany strzał armatni przerwał nasz spokój i zwrócił na siebie naszą uwagę. Stało się to, jak teraz pamiętam, w tej samej chwili, gdy z moim kompanem siedliśmy do obiadu; trzeba bowiem wiedzieć, że niedługo przed tym czasem zaprzyjaźniłem się w szczególny sposób z kapitanem sąsiedniej ze mną dwunastej kompanii, Aleksiejem Dmitrijewiczem Wieljaminowem, człowiekiem światowym, bardzo rozumnym, darzącym mnie wyjątkową sympatią, a przy tym ziomkiem, był on bowiem obszarnikiem z powiatu czerńskiego, w którym to powiecie i ja miałem jedną wioseczkę. Lubiąc mnie, od dawna starał się mnie namówić, żebyśmy jadali razem; a ponieważ miał u siebie kucharza i jadał dobrze, w końcu chętnie się na to zgodziłem, i od tego czasu przez całą resztę tego pochodu żyliśmy z nim jak rodzeni bracia i nie tylko jadaliśmy razem, ale i spaliśmy w jednym namiocie. Z tym to moim przyjacielem i kompanem ledwie siedliśmy wtedy do obiadu, gdy usłyszeliśmy wspomniany strzał, i mówiliśmy jeszcze wtedy: — „Ach! Czy to nie alarm znowu: nie dadzą nam nawet zjeść obiadu”. Mimo to tym pierwszym sygnałem jeszcze niezbyt się zaniepokoiliśmy i jedliśmy dalej; lecz ledwie wzięliśmy się do łyżek, nastąpił drugi, a wkrótce potem i trzeci strzał. Wtedy nie było czasu długo się zastanawiać, łyżki powypadały nam z rąk i my, porzuciwszy jedzenie, śpieszyliśmy jak najprędzej się ubierać, chwytać za broń i wkładać na siebie nasze odznaki i szarfy. Gwar i zamieszanie słychać było już w całym obozie. Wszędzie zaczęła się bieganina, krzyk i ponaglanie. Jeden stał już na swoim miejscu przed frontem, drugi biegł tam stawać, trzeci chwytał jeszcze za broń i wkładał na siebie rynsztunek wojenny; inny, który gdzieś się oddalił, biegł jeszcze na złamanie karku, nieubrany, do namiotu i śpieszył się ubrać i zdążyć pójść razem ze swoimi towarzyszami na śmierć. Głos i krzyk przełożonych i wodzów, cwałujących i jeżdżących przed pułkami, słychać było wszędzie i budził męstwo i odwagę w sercach żołnierzy. Ziemia jęczała od ciężaru dział, ciągniętych przez mnóstwo koni, a echo rozlegało się tylko po stojącym naprzeciw nas lesie od krzyku poganiaczy i furlejtów, ponaglających konie, by prędzej ciągnęły zgubne działa, przygotowane do rażenia nieprzyjaciela. Jednym słowem, wszystko było w ruchu i przedstawiało dla oczu żołnierza miłe widowisko.
Ledwie wyszliśmy z pułkami przed front i się ustawiliśmy, gdy ujrzeliśmy już naszych głównych wodzów, jadących z wielką świtą obok naszych pułków.
Nie mogło być wspanialszej świty niż świta naszego naczelnego wodza. Otoczony wielkim mnóstwem innych wyższych i niższych przełożonych, generałów i oficerów, jechał on z wielką pompą przewodzić armii i rozporządzać losami tak wielu tysięcy ludzi. Dumny i kosztowny, bogatym rzędem przystrojony koń, podskakując, tańczył pod sobą nogami, niosąc na sobie tego wodza. Mnóstwo innych koni pod bogatymi czaprakami szło za nim luzem. Wreszcie całe tłumy huzarów i Kozaków czugujewskich osłaniały ten okazały i wspaniały orszak. Przeznaczeni byli na przyboczną straż naszego wodza i towarzyszyli mu wszędzie.
Wkrótce potem poprowadzono nasze pułki z rozwiniętymi sztandarami znów na to samo miejsce, na które wychodziliśmy poprzedniego dnia; lecz wyprowadzano już nie samą pierwszą dywizję i nasz korpus awangardy, lecz całą armię. Mogliśmy to wywnioskować stąd, że ponieważ naszemu pułkowi przypadło stać w najciaśniejszym miejscu i przejściu, wszystkie pułki, i konne, i piesze, ze sztandarami i działami swoimi musiały iść obok nas i przechodzić tym ciasnym defile na rozległe pole pod Jägersdorfem. Tam ustawiano je już porządnie w dwóch liniach w szyku bojowym, a nas poprowadzono już po wszystkich, przeznaczono nas bowiem do osłony lewego skrzydła obu linii i postawiono nas w poprzek obu linii. Jakiż widok przedstawił się nam nagle, gdy wydostawszy się z ciasnoty obozu, wyszliśmy na pagórek, z którego widać było całą okolicę pola! Cała jego połowa, leżąca ku nam i ku lasowi, pokryta była licznym ludem. Fronty obu linii były od siebie w znacznej odległości i wzdłuż ciągnęły się tak daleko, że końca ich w żaden sposób nie można było dojrzeć. Tylko sztandary powiewały i mieniły się swoją różnobarwnością, i tym najbardziej zdobiły to piękne widowisko. Cała pusta przestrzeń między obiema liniami wypełniona była mnóstwem ludzi. O ile obie linie stały nieruchomo jak mury, o tyle ożywiony był lud znajdujący się między nimi. Widać tam było tylko cwałowanie jazdy, dowódców, adiutantów i ordynansów i wojsk tam i z powrotem, armat i ich jaszczy i amunicji. Wszyscy dowódcy krzątali się i starali się rozporządzić i rozstawić wszystko, gdzie co trzeba, i wydać potrzebne rozkazy, jak cofać się podczas bitwy: wszyscy bez wątpienia jej oczekiwali.
Dzień nastał wówczas najpiękniejszy, pogoda była jak najbardziej upragniona i sam blask oręża zdolny był już wzbudzić ochotę do bitwy.
Nie mogło być korzystniejszego i lepszego położenia naszej armii i ustawienia naszego szyku, wyobraźcie sobie bowiem, mój drogi przyjacielu, że wspomniane pole jägersdorfskie nie jest wszędzie tak równe, by można je było nazwać poziomym: po naszej stronie znajdowało się na nim niewielkie wzniesienie. Wzniesienie to zaczynało się od szerokiej niecki czy suchej doliny leżącej między obiema wsiami i ciągnęło się aż do samego lasu, za którym stał obóz naszej armii. Zajmowało ono dość dużo miejsca i panowało nad całą przestrzenią pola jägersdorfskiego. Właśnie na tym wzniesieniu, czyli łagodnym pagórku, ustawiła się nasza armia w szyku bojowym i miała dość miejsca, by rozmieścić się wedle woli. Cały jej front, czyli czoło, osłaniała wspomniana sucha dolina, czyli niewielka szeroka niecka, którą płynął mały, lecz grząski i bagnisty strumień, a cały tył – wysoki i gęsty las, tak że od tyłu nie mogło grozić żadne niebezpieczeństwo. Lewym skrzydłem przylegała do jednej z wyżej wspomnianych wsi, leżących pośrodku pola i bardzo blisko siebie, a czy prawe było czymś osłonięte, czy nie, tego nie mogłem widzieć. A choćby nawet z natury nie było niczym osłonięte, to osłaniała je dostateczna liczba wojsk konnych i pieszych wraz z całą kolumną artylerii. Jednym słowem, pozycja armii była jak najbardziej upragniona i taka, że każdy mógł wnosić, iż zajęła ona miejsce nader korzystne. Abyście zaś mogli jaśniej ujrzeć ten szyk bojowy, przedstawię go wam na osobnym rysunku. (?)
Ustawiwszy się w ten sposób bez pośpiechu i rozporządziwszy, co trzeba, czekaliśmy z nieustraszonością na nieprzyjaciela i co chwila spodziewaliśmy się, że wyjdzie z lasu leżącego naprzeciw nas i na nas uderzy. Jednakże rachunek ten czyniono bez gospodarza. Ileśmy nie czekali i ile, obracając oczy w tę stronę, skąd spodziewaliśmy się nieprzyjaciela, nie patrzyli, nie mogliśmy dojrzeć nawet jego śladu; równie daremne były wszystkie nasze wypytywania przyjeżdżających do nas z prawego skrzydła. Choć każdego z nich pytaliśmy: „Czy nieprzyjaciel nadchodzi? Czy pokazał się już z lasu? Czy go nie widać?” – wszyscy odpowiadali, że nie i że sami już oczy sobie wypatrzyli.
Słowem, całe nasze oczekiwanie było daremne. Nieprzyjacielscy wodzowie nie byli tak głupi, jak sądziliśmy.
Znali dobrze swoją wobec nas słabość i wiedzieli, jaką przewagę ma nasza siła nad ich siłą, i dalecy byli od tego, by atakować nas, tak korzystnie ustawionych, w biały dzień i z tak oczywistym dla siebie niebezpieczeństwem; raczej zadowalali się tym, że w ten sposób się im pokazaliśmy, a oni mogli całą naszą siłę zobaczyć i obejrzeć jak na dłoni. Prócz tego nie mieli jeszcze nawet czasu, by zacząć z nami sprawę. Jak się potem dowiedzieliśmy, dopiero tego dnia przyszli od Wehlau do obozu zajętego za lasem i wysłali jedynie podpatrzyć naszą armię. O tym rozpoznaniu nieprzyjaciele piszą w swoich relacjach, jakoby wysłany został przez nich generał porucznik Schorlemer z 20 szwadronami huzarów i 20 szwadronami dragonów; myśmy jednak takiej liczby wojska nie widzieli, a powiadano nam potem, że tego dnia rozpoznawał nasz obóz i armię jedynie pruski generał porucznik hrabia Dohna z niewielką osłoną, uchodził on bowiem u nich za najlepszego generała; naszym zaś wodzom, a raczej wysuniętym strażom, wydało się, że to już cała armia, i to właśnie było przyczyną naszego tchórzostwa i pospiesznego wyjścia z obozu.
Wskutek wszystkich tych okoliczności, mimo całego naszego oczekiwania, nie mogliśmy ujrzeć przed sobą nieprzyjaciela. Staliśmy już ponad dwie godziny; dzień zaczął już chylić się ku wieczorowi, a nieprzyjacielskiej armii ani śladu, a wszystko, co mogliśmy usłyszeć, sprowadzało się do tego, że w oddali między naszymi Kozakami a nieprzyjacielem toczyła się niewielka strzelanina, przy czym on z lasu prowadził do nich ogień to z ręcznej broni, to z dział; i byli to może ci, których od nas wysłano na zwiady o nieprzyjacielu.
Wreszcie nasi wodzowie spostrzegli, że stoimy na próżno i niczego się nie doczekamy. Dlatego też, wystrzeliwszy kilka razy z wielkiego działa w las i rzuciwszy tam kilka bomb z haubic, może do ukazujących się nieprzyjaciół, i spaliwszy wieś leżącą w oddali pod lasem przed armią, odesłali nasze pułki z powrotem do obozu. Nie wiedzieliśmy i nie mogliśmy pojąć, co by to miało znaczyć i jak długo będą nas tak wodzić i pokazywać nieprzyjaciołom.
Zaczynało się już prawie zmierzchać, gdy wróciliśmy do swoich namiotów, i wtedy po raz pierwszy usłyszeliśmy w nieprzyjacielskim obozie wieczorny sygnałowy wystrzał armatni na capstrzyk, a ponieważ słychać go było dość głośno, mogliśmy wnosić, że obóz nieprzyjacielski znajduje się już niedaleko od naszego; a nieco później bardzo wyraźnie usłyszeliśmy, jak u nich bito capstrzyk.
Nie potrafię dość wyrazić, z jakimi rozmaitymi uczuciami duszy słuchaliśmy owego dźwięku nieprzyjacielskich bębnów; nigdy jeszcze dotąd nie zdarzyło się nam go słyszeć.
Z wielką ciekawością każdy wytężał słuch, by go pochwycić, a ponieważ tak pewny i jawny dowód bliskości nieprzyjacielskiej armii nie pozwalał nam już żadną miarą wątpić, że nazajutrz dojdzie między nami a nim do bitwy, wielu słuchało tego bicia capstrzyku, a wkrótce potem i naszego, z wyjątkowym zadowoleniem i bez żadnego zmieszania, ciesząc się, że wkrótce będą mieli do czynienia z nieprzyjacielem, a przy tym dogodną sposobność do okazania swojej dzielności i męstwa; inni zaś zajęci byli wtedy innymi myślami:
„No, bracia! – mówili wtedy niektórzy – widać już po wszystkim, że przychodzi u nas do bijatyki – niechybnie jutro ją będziemy mieli! Komu to Bóg pomoże przemóc swego wroga? Choć łudzimy się nadzieją, że pobijemy Prusaków, to nie nowina na świecie i takie przykłady, że i małe armie rozbijały wielkie. Nie daj Boże, żeby takie nieszczęście spotkało nas!” – „Tak! – podchwytywali inni – wszystko to rzecz możliwa; ale jakkolwiek by było i komukolwiek by Bóg pomógł, to pewne, że po obu stronach nie obejdzie się bez strat. Wielu przy tej okazji pójdzie na tamten świat. I komuż to, komu sądzone jest złożyć tu swoją głowę!” – „Tak! – ciągnęli dalsi – wielu z nas na pewno nie ujrzy już zachodu słońca i słyszy teraz po raz ostatni bity capstrzyk wieczorny! Jutro o tej porze leżeć już będą bez tchu i ze stygnącą już krwią! Ale komuż to, komu przyjdzie być w ich liczbie? Wszystko to zakryte jest przed nami nieprzeniknioną zasłoną i wszystko stanowi straszliwą niewiadomą!” – „Tak! – odpowiadali inni – niewiadomo też, komu to, komu zdarzy się przy tym na zawsze zostać okaleczonym i stracić bądź rękę, bądź nogę, bądź tak zostać postrzelonym i poranionym, że na zawsze pójdzie jako kaleka i ułomny. Szczęśliwy będzie ten, kto wyjdzie ze wszystkiego cało i zostanie i żywy, i zupełnie nietknięty”. Tak i podobnie rozmawiało wówczas między sobą wielu, a nieprzywykłość wszystkich do ognia i to, że nigdy jeszcze nie byli w bitwach, budziły w wielu takie uczucia i rozmyślania. Ale było też wielu takich, którzy wszystkich nadchodzących niebezpieczeństw nic a nic sobie nie ważyli, lecz z mężnym duchem, zapominając o wszystkim, gotowali się do bitwy jak na jakąś wesołą ucztę.
Ledwie u nas odbito capstrzyk i ledwie zdążyło się zmierzchnąć, gdy zrobiła się tak gęsta mgła, a raczej dym, jakiej w życiu nie widziałem.
Nagle zrobiło się tak ciemno, że mimo jasnego letniego wieczoru nie można było nic zobaczyć nawet na dziesięć sążni. Dziwiliśmy się temu osobliwemu zjawisku, tym bardziej że dotąd takich mgieł tu nie widywaliśmy. Mgła ta jednak nie trwała długo; po godzinie rozeszła się znowu i zrobiło się jasno.
Wtedy wydano w całej armii rozkaz, by wszystkich żołnierzy wyprowadzić przed front i by wszystkie pułki nocowały pod bronią, zaopatrzywszy się zawczasu w prowiant na trzy doby. Dziwne nam to było i nie mogliśmy pojąć, co by to miało znaczyć. Wszyscy tylko wnosili, że zapewne nazajutrz przyjdzie nam ruszyć w pochód, i dlatego każdy z nas myślał o tym, jak by naprędce zaopatrzyć się w jadło. Na szczęście nie brakowało nam wówczas żywności. Para gęsi została natychmiast upieczona, a szynka ugotowana. Wypchano mi pełną torbę i mieliśmy nadzieję, że wszystkiego tego starczy nam i na pięć dni. Przygotowawszy się w ten sposób, nocowaliśmy pod bronią. Tym zakończę swój list, powiedziawszy wam, że jestem itd.
ALARM
List 46
Drogi przyjacielu!
Teraz doszedłem już do tego punktu czasu, który był dla całej naszej tegorocznej kampanii rozstrzygający, to jest do 19 sierpnia, który to dzień stał się sławny i pamiętny dzięki stoczonej w nim bitwie. Dla mnie był on tym szczególniej godny uwagi, że był jedynym tego rodzaju, jaki dotąd zdarzył się w moim życiu i jaki los pozwolił mi oglądać. Dlatego też życzyłbym sobie, drogi przyjacielu, opisać wam tę bitwę jak najdokładniej, ale nie ufam, by starczyło mi na to sił.
Zanim jednak zacznę opisywać samą bitwę, muszę wam objaśnić przyczynę wydanego w przeddzień w armii rozkazu, który wydawał się nam tak niepojęty. Nasi wodzowie, wróciwszy z pułkami do obozu, zebrali radę wojenną i rozważali, co czynić. Wszyscy jednogłośnie zgodzili się co do tego, że nieprzyjaciel, jak wszystko wskazuje, nie chce dać bitwy i boi się pokazać w polu, a stara się jedynie zagrodzić nam drogę do dalszego pochodu, zająwszy najciaśniejsze przejście, i tym wszystkim przeszkodzić, byśmy go nie obeszli i nie przeszli z armią prosto na Królewiec. Inni natomiast domyślali się i mówili, że nieprzyjaciel może oczekuje od nas ataku. Wszystkie jednak takie sądy były bezpodstawne, jak to się z dalszego okaże.
Nasi wodzowie jednak, przypuszczając wówczas to wszystko, wnosili, że nie pozostaje nic innego, jak tylko wyjść mu naprzeciw i zmusić go do przyjęcia bitwy.
Ale tu powstało pytanie: dokąd i którędy do niego iść? Iść prosto przez pole jägersdorfskie i najbliższą drogą było czystą niemożliwością: stał on ze swoją armią za gęstym i wielkim lasem, będąc przezeń całkowicie osłonięty, a przez ten las nie było innego przejścia niż jedna wąska i ciasna droga, i ta już była zajęta przez wojska pruskie; tu zatem żadną miarą nie można było atakować, a obchodzić wspomniany las dookoła było bardzo daleko. Ponieważ jednak nic innego nie pozostawało, a chciało się pospieszyć, postanowiono obejść dookoła z lewej strony ów dalszy las, za którym stał nieprzyjaciel, i tym sposobem zwrócić nieprzyjaciela ku sobie. A ponieważ na to obejście trzeba było użyć nie inaczej jak kilku dni, a przy tym iść złymi drogami i ciasnymi przejściami, uznano za stosowne zostawić ciężkie tabory tu na miejscu, a wziąć ze sobą tylko lekkie i niezbędne i zebrać się jak najlżej. Wreszcie postanowiono nie zwlekać z tym przedsięwzięciem, by nie dać nieprzyjacielowi czasu na zajęcie i ostatnich przejść, i dlatego wyznaczono na to wspomniany 19 sierpnia, ustaliwszy, że wyruszy się w pochód o świcie; właśnie dlatego wydano rozkaz, by wziąć ze sobą prowiant na trzy doby, być do pochodu całkowicie w gotowości i nocować pod bronią przed frontem.
Takie to były zarządzenia z naszej strony. Ale losowi zupełnie inaczej się upodobało. Zamysły i zamiary nasze zostały zniweczone i stało się zupełnie co innego, bo kiedy my w ten sposób rozmyślaliśmy i naradzaliśmy się nad środkami, jakimi zmusić tchórzliwego nieprzyjaciela do bitwy, u niego tchórzostwa ani w zaczątku nie było. Był on bodaj śmielszy od nas i postanowił, nie tracąc czasu, sam nas zaatakować. Prusacy od dawna słynęli z tego, że umieją korzystać z czasu i okoliczności, i właśnie dzięki tej umiejętności małymi siłami często rozbijali wielkie armie. Tego fortelu zamierzali użyć i w tym przypadku, a brak sił wynagrodzić zręcznością i śmiałością. Dość dobrze wiedzieli, w jak ciasnym, choć bardzo korzystnym miejscu stoi nasza armia, a może nie był im nieznany i ten nieład, w jakim znajdowali się wówczas nasi generałowie i wodzowie. Sam nasz zamiar obejścia dookoła i wyruszenia w pochód może jakimś sposobem wywiedzieli, i dlatego, niedługo myśląc, postanowili skorzystać z tej okazji i napaść na nas całkiem znienacka, w chwili gdy armia dopiero ruszy z miejsca, by wykorzystać nasze zamieszanie i, nie wypuściwszy nas z naszej nory, podusić jak kury. Ten zamiar wykonali z dość dobrym powodzeniem, jak to się z dalszego okaże.
Tak oto plecione były na nas sieci, a my, nic nie wiedząc, spaliśmy sobie i odpoczywali spokojnie. Wreszcie purpurowa zorza zaczęła z wolna oświetlać widnokrąg i zwiastować nam dzień najpiękniejszy.
Gęsta mgła, która znowu była przed ranem, zaczęła się rozchodzić i powietrze stawało się rzadkie i przejrzyste; słońce, wybiegłszy zza gór, oświetliło już cały nasz widnokrąg, gdy głośny sygnałowy wystrzał armatni, przerwawszy nasz słodki sen, wprawił całą armię w ruch. Słuchaliśmy z ciekawym uchem, co zaczną bić: pobudkę czy generalny marsz, a usłyszawszy ten ostatni, natychmiast zaczęliśmy spiesznie gotować się do pochodu. Nieco później bito „na wozy”, wskutek czego natychmiast zwinięto wszystkie namioty, zaprzężono konie do wozów, a tabory, nic nie zwlekając, wedle swego zwyczaju ruszyły w drogę. Teraz przypomnijcie sobie, drogi przyjacielu, jedną okoliczność, o której wam mówiłem, mianowicie że wyjście i wyjazd z miejsca, gdzie armia rozłożona była obozem, był tylko w tym jednym wąskim przesmyku, gdzie stał nasz korpus awangardowy i druga dywizja; a ponieważ i nasz pochód miał prowadzić w tę stronę, to naturalnie tabory całej armii, ruszywszy w drogę, zwaliły się w to miejsce i wywołały ścisk ogromny. Ku większemu nieszczęściu, przed tym ciasnym przejściem znalazł się grząski i błotnisty strumień, a mianowicie ten sam, który, przecinając pole jägersdorfskie i przechodząc między obiema wsiami Jägersdorf, wpadał do stromego jaru znajdującego się za armią. Przez ten strumień musiały przeprawiać się przednie tabory, a że naturalnie doznały przy tym niewielkiego zatrzymania, ścisk i zamieszanie w tylnych stawały się jeszcze większe. Wszystkie wozy cisnęły się między sobą i każdy starał się posuwać naprzód i wyprzedzać drugi. Ponieważ zaś przednie musiały się zatrzymywać, zrobił się taki ścisk, że między telegami i wozami pieszy z wielką biedą mógł się przecisnąć. Wszystko tu było pomieszane: i artyleria z jej jaszczami i amunicją, i tabory pułkowe, i powozy generalskie, i wozy oficerskie i żołnierskie, skąd najbardziej i powstawało zamieszanie. Same pułki ruszone były już ze swoich miejsc i w różnych miejscach stłoczone były kupkami między taborami, co wszystko pomnażało jeszcze ścisk i zamieszanie, które i tak zawsze bywa, gdy armia wyrusza z obozu w swój pochód.
W tym samym czasie, w tym samym czasie, gdy zamieszanie było największe, a wojska z taborami były w wyżej wspomniany sposób przemieszane i te ostatnie tak zapchały cały wąski przesmyk, którym miała wychodzić główna armia, że nie było ani przejścia, ani przejazdu – w tym samym czasie, powiadam, nagle po całym wojsku i taborach zaczęła się z początku roznosić cicha wieść, że nieprzyjaciel nadciąga i jest już blisko, ale natychmiast zamieniła się w ogólny gwar i wszędzie słychać już było krzyk: „Nieprzyjaciel! Nieprzyjaciel!” i zapewnienia, że jest już bardzo blisko; ale nikt dokładnie nie wiedział. Jeden mówił, że pokazał się na polu, drugi twierdził, że przeszedł już wsie; trzeci mówił, że jest już w samych taborach, i tak dalej.
Każdy tłumaczył tak, jak mu się chciało, i dodawał dla postrachu innych, co mu się podobało; a inny nie wiedział, co wnosić i którą pogłoskę uważać za najprawdziwszą.
Ale niedługo trwaliśmy w tej niepewności. Po jakichś trzech minutach otrzymaliśmy tego dobre potwierdzenie. Przed całym tym wąskim miejscem, po prawej, gdzie stykało się ono z polem jägersdorfskim, stał u nas obozem 2. Moskiewski pułk, zajmując całe wejście na wspomniane pole; a ponieważ osłaniał on cały nasz dawny obóz, dla lepszego umocnienia i osłony tego miejsca dołączono do niego niewielką kolumnę artylerii i ustawiono ją na wszelki wypadek przed nim. Ten pułk był pierwszym, który nagle ujrzał wtedy nieprzyjaciela, i, co najdziwniejsze, stojącego już przed sobą.
Nie wiem już ja, nie wiedzieliśmy wtedy i wszyscy – a wy sami osądźcie i rozbierzcie – jak to się stało, że my, mimo całej naszej dawnej ostrożności i mimo całego wielkiego mnóstwa naszych lekkich wojsk strzegących armii, nie widzieliśmy, jak nieprzyjaciel przeszedł przez swój daleki las, jak wyszedł na pole i jak przeszedł całe rozległe, na jakieś cztery wiorsty wszerz rozciągające się pole jägersdorfskie, i jak to się stało, że ujrzeliśmy go nie wcześniej, niż gdy już nam prawie siadł na karku. Doprawdy, dziwna to była i niepojęta rzecz! Będąc o jakieś dwieście wiorst od nieprzyjaciela, mieliśmy największe środki ostrożności, i to takie, jak gdyby nieprzyjaciel był o dwie czy trzy wiorsty, i na pikietach wszystkich nas zamęczono; a gdy nieprzyjaciel naprawdę był tak blisko, wtedy oczy mieliśmy jakby zawiązane i, mówiąc przysłowiem, „nie widzieliśmy, jak nam w oczach stodoła spłonęła”. Jednym słowem, rzecz to była niepojęta, i ja nie twierdzę ani nie mogę twierdzić, a tylko powiem, że krążyła potem w armii pogłoska, jakoby naszym wodzom jeszcze przed świtem, kiedy armia jeszcze trwała w spokoju, niejednokrotnie donoszono, że nieprzyjaciel, wyszedłszy na pole, posuwa się ku nam, ale nie chciano jakoby temu wierzyć, uważając to za bajdy i rzecz niemożliwą. A szczególnie wskutek mądrego przekonania powiernika i pomocnika feldmarszałka, wyżej wspomnianego generała Lievena. Ale czy tak było naprawdę, tego doprawdy nie wiem, bo tak małemu człowiekowi, jakim byłem ja, nie było sposobu tego wiedzieć.
Ale jakkolwiek by było, nieprzyjaciel zastał nas w takim nieprzygotowaniu, że lepszego nie mógł sobie żądać ani życzyć. Wspomniany 2. Moskiewski pułk ujrzał go nie wcześniej niż na taką odległość, że mogły go już dosięgnąć działa, wskutek czego z naszej baterii stojącej przed nim w tej samej chwili rozpoczęła się kanonada na nieprzyjaciela, która potwierdziła nam, że pogłoska o nieprzyjacielu jest prawdziwa i że znajduje się on już w bliskiej od nas odległości.
Mój Boże! Jakie zrobiło się wtedy w całej naszej armii i taborach zamieszanie! Jaki podniósł się lament, jaki gwar i jaka zaczęła się gonitwa i jaki bałagan!
Gdzieniegdzie słychać było krzyk: „Tutaj! Tutaj! Artylerię!”; w innym miejscu krzyczano: „Jazdę, jazdę prędzej tu przysyłajcie!” Gdzie indziej krzyczano: „Tabory precz! Precz! Wstecz! Wstecz! Wstecz!” Jednym słowem, całe powietrze napełniło się wołaniem gońców i rozkazodawców, a jeszcze bardziej – furmanów i powożących wozami. Ci tylko to i wiedzieli, że krzyczeli: „Wio! Wio! Wio!” i poganiali konie ciągnące wszelkie ciężary. Słowem, i przedtem było już niezłe zamieszanie, a przy takim niespodziewanym alarmie stało się ono zupełnie nie do opisania. Cały lud się zmieszał i nie wiedział, co robić i przedsięwziąć. Sami nasi dowódcy i wodzowie stracili wszelki porządek rozumowania i miotali się wszędzie bez pamięci, nie wiedząc, co robić i przedsięwziąć. Taki przypadek był dla nich samych jeszcze pierwszy, a do tego, na nieszczęście, tak niespodziewany i bezładny, a oni wszyscy byli ludźmi jeszcze nieprzywykłymi. Nigdy nie widziałem ich w takim nieładzie jak wtedy. Jeden pędził bez pamięci i z pobladłą jak u trupa twarzą krzyczał i rozkazywał, sam nie wiedząc co; inny sam odpędzał tabory, łajał i bił woźniców; trzeci, chwyciwszy działo, sam pędził z nim, ile koń miał siły. Inny, porwawszy jakiś pułk, przedzierał się z nim przez tabor, przełażąc przez telegi i furgony, prowadząc go, sam nie wiedząc dokąd. Jednym słowem, wszystko znajdowało się w największym zamieszaniu i nieładzie, a i czy mogło być inaczej, skoro nie wiedziano, czy armię ustawiać w porządek, czy bronić się przed nacierającym już nieprzyjacielem – tak blisko był już on przy nas.
Czy w takich okolicznościach można było oczekiwać, że nasza armia zdoła ustawić się w porządny szyk bojowy i dać porządny odpór nieprzyjacielowi? Prawie wszystkie pułki, a przynajmniej większa ich część, znajdowały się za lasem i za taborem i żadną miarą nie mogły się przezeń przedrzeć, a przejść przez las z powodu jego gęstości również nie było sposobu. Musiały więc stać z założonymi rękami i czekać, aż oczyszczą im drogę. Ale tego wobec ówczesnego zamieszania i ciasnoty miejsca nie było możności uczynić. Jedynie druga dywizja, pod komendą cnotliwego generała en chef Łopuchina, dlatego że stała obozem w samym przesmyku i najbliżej pola, mogła w pewien sposób się poruszać, ale i jej pułki żadną miarą nie mogły iść prosto, lecz musiały iść rzędami i w ten sposób, wychodząc z przesmyku w prawo, ciągnąć się tuż wzdłuż lasu, bo posuwać się dalej w rozległe pole z powodu bliskości nieprzyjaciela było już niemożliwe.
Czy kiedykolwiek armie tak ustawiają się w szyk bojowy? Ale czego nie zrobi potrzeba! Radzi byśmy byli, choćby w ten sposób udało się nam wydostać zza lasu i taborów. Wkrótce jednak straciliśmy i ten ostatni sposób.
Teraz powiem wam, drogi przyjacielu, gdzie właściwie ja w tym zamieszaniu się znalazłem i co się ze mną działo. Nasz pułk, jak wam wcześniej mówiłem, znajdował się w korpusie awangardowym, czyli przednim, wraz z kilkoma innymi równie nielicznymi jak nasz pułkami. Ponieważ staliśmy prawie na samym przedzie i przeznaczeni byliśmy do osłony taborów w czasie pochodu, ruszono nas z miejsca przed wszystkimi innymi pułkami i znajdowaliśmy się wtedy przy samym tym strumieniu, otoczeni ze wszystkich stron mnóstwem taborów, gdy zaczęła się z naszej i z nieprzyjacielskiej strony wyżej wspomniana strzelanina z dział i niektóre z nieprzyjacielskich kul zaczęły po taborach furkotać, świstać i wszystko, co im tylko stanęło na drodze, łamać i gruchotać. Zjawisko to było dla nas jeszcze nowe i dotąd niewidziane. Zatrzymaliśmy się, usłyszawszy to, i czekaliśmy rozkazu, dokąd nam każą iść: naprzód po trakcie czy w prawo, ku temu miejscu, gdzie już toczyła się strzelanina. Nieco później przygalopował do nas, nie pamiętam już, jakiś generał i, porwawszy nas, poprowadził przez strumień naprzód przez wszystkie tabory, każąc przedzierać się przez nie wszelkimi sposobami, a gdzie nie można, przełazić przez fury i wozy.
Teraz zatrzymam się na chwilę i powiem, że ponieważ podczas tego marszu nic nie było widać przed nami za taborami, a my uważaliśmy za pewne, że wydostawszy się z nich natkniemy się prosto na stojącego już w gotowości nieprzyjaciela i natychmiast wejdziemy z nim w krwawą bitwę, chwile, w których w ten sposób szliśmy i przedzieraliśmy się przez tabory, były dla nas najbardziej krytyczne. Pewność co do bliskości nieprzyjaciela, odgłos strzelaniny armatniej, słyszanej już z samej bliskości, i nieprzyjacielskie kule latające już po taborach nie pozwalały nam wątpić w to, że za kilka minut i my zaczniemy strzelać i walczyć z nieprzyjacielem; a niedoświadczenie w takich przypadkach i myśl, że kosa śmierci rozpostarta jest już nad każdym i gotowa do zgładzenia wielu, i że ówczesne minuty były dla wielu już ostatnimi w życiu – wprawiały całą duszę w taki rozstrój, a wszystkie myśli w takie wzburzenie i zamęt, że ówczesnego stanu duszy nie sposób żadną miarą wyrazić słowami, bo w owej chwili działały w niej nie jedna, lecz wiele namiętności naraz, i doprawdy nie można powiedzieć, czy to strach, właściwy wszystkim ludziom, bardziej władał wtedy wszystkimi siłami duszy, czy gniew i oburzenie na widoczny wtedy wszędzie nieład i zamieszanie i wywołany tym zapał i chęć, by iść prędzej i odpierać nieprzyjaciela – wszelako nie sposób nie przyznać, że serce u każdego było wtedy nie na swoim miejscu, lecz drżało nader dotkliwie, raz po raz zamierając.
Wszelako i to dla poświadczenia prawdy trzeba powiedzieć, że całą tę pierwszą i doprawdy niewyrażalną słowami trwogę czuliśmy tylko od samego początku i jedynie dopóty, dopóki nie wyszliśmy na pole i nie ujrzeliśmy nieprzyjaciela.
A potem, nie wiem, czy dlatego, że człowiek znajduje się już jakby w rozpaczy i odrętwieniu, czy dlatego, że jest nie sam, lecz z mnóstwem innych, nie czuje on nawet w przybliżeniu takiego strachu i lęku, jaki z natury oraz wedle rzeczywistego niebezpieczeństwa i wagi zdarzenia czuć by należało, lecz bywa już znacznie raźniejszy i spokojniejszy na duchu.
Ale odbiegłem już od porządku mojej opowieści; teraz, wracając do niego, powiem, że przedarłszy się przez tabory i wyszedłszy na swobodę, ujrzeliśmy pozostałe pułki naszego korpusu awangardowego, ustawiające się po naszej prawej ręce w jedną linię. Kazano nam do nich przylec, a do nas zaczęły przylegać pozostałe pułki naszego korpusu. W ten sposób trafiliśmy zupełnie w inne miejsce niż to, gdzie w przeddzień przyszło nam stać. I na szczęście tak się trafiło, że miejsce to było najpiękniejsze, a co jeszcze lepsze – najbezpieczniejsze; w tym właśnie miejscu, gdzie przyszło stanąć naszemu pułkowi, znalazł się niewielki pagórek czy wzgórek, z którego widać było całą przestrzeń pola jägersdorfskiego. Ledwie zdążyliśmy nań wejść i rozejrzeć się, gdy cała armia pruska ukazała się nam jak na dłoni. Ujrzeliśmy, że znajdowała się ona prawie na tym samym miejscu, gdzie w przeddzień byliśmy ustawieni my, a jej pierwsza linia stała dokładnie tam, gdzie stała nasza pierwsza linia, druga zaś naprzeciw wsi Klein-Jägersdorf, i obie jej linie zwrócone były końcami ku temu miejscu, gdzie staliśmy, tak że mogliśmy patrzeć wzdłuż obu. Ku większemu zadowoleniu widać nam było i całe to miejsce, gdzie ustawiała się nasza armia, bo przyszło nam z całym swoim korpusem stać na lewym skrzydle swojej, a raczej mówiąc, na flance obu armii. Sami zaś byliśmy osłonięci od napaści niewielkim bagnem, porośniętym wprawdzie niskimi, ale niezwykle gęstymi zaroślami, ciągnącymi się od wsi Klein-Jägersdorf na pewną odległość w lewo. Przez te zarośla z naszego pagórka mogliśmy wszystko widzieć, a nieprzyjaciel nie miał możności przejść do nas przez zarośla. Tak oto staliśmy w spokoju i gotowaliśmy się być tylko widzami całego teatru rozpoczynającej się wtedy krwawej bitwy.
Zaczęła się ona na początku ósmej godziny, gdy słońce było już dość wysoko i swym blaskiem przy cichej pogodzie czyniło dzień najpiękniejszy. Pierwszy ogień rozpoczął się ze strony nieprzyjacielskiej, a nam wszystko to było widać.
Prusacy szli najmężniej i w najlepszym porządku atakować naszą armię, wyciągającą się wzdłuż lasu, a podszedłszy na odpowiednią odległość, dali do naszych porządną salwę. Był to pierwszy raz, gdy ujrzałem nieprzyjacielski ogień skierowany na moich rodaków.
Serce nam wtedy zadrżało i zdziwiliśmy się wszyscy, widząc, że z naszej strony nie odpowiedziano ani jednym wystrzałem z ręcznej broni, zupełnie jakby swoją salwą pobili wszystkich do jednego. Prusacy, dawszy salwę, nie zatrzymując się, nacierali dalej i, nabiwszy w marszu swoje karabiny i podszedłszy jeszcze bliżej do naszych, dali do naszych całą swoją pierwszą linią drugą porządną salwę. Wtedy zdziwiliśmy się jeszcze bardziej i nie wiedzieliśmy, co robić, widząc, że i na tę salwę z naszej strony nie odpowiedziano ani jednym wystrzałem. – „Panie, zmiłuj się! Cóż to takiego?” – mówiliśmy, zszedłszy się razem i patrząc na to widowisko z naszego odległego wzgórza – „czy żyją jeszcze nasi i co oni robią? Czyżby nikt nie został przy życiu?” Niektórzy małoduszni zaczęli już w samej rzeczy wnosić, że naszych wszystkich wybito. „Jakże to możliwe – mówili – żeby po dwóch tak okrutnych salwach i z takiej bliskości ktoś ocalał?” Ale oczy nasze dowodziły czegoś przeciwnego. Ledwie dym nieco się rozszedł, mogliśmy jeszcze wyraźnie widzieć nasz front przez Prusaków; ale skąd by takie milczenie pochodziło, tego nikt nie mógł przeniknąć. Niektórzy z zabobonnych starców pomyśleli już, czy aby karabiny naszych żołnierzy nie są zaczarowane; ale to mniemanie zostało przez nas wszystkich wyśmiane, było bowiem zupełnie niedorzeczne. Patrząc dalej, ujrzeliśmy, że Prusacy i po tej salwie nacierali dalej i w marszu nabijali swoje karabiny, a nabiwszy je i podszedłszy jeszcze znacznie bliżej, dali do naszych trzecią przeokropną i przeporządną salwę. – „No! – zakrzyknęliśmy wtedy – teraz to już pewnie naprawdę naszych wszystkich wybili!” Ale ledwie zdążyliśmy to wymówić, gdy ku powszechnemu zadowoleniu ujrzeliśmy, że nie wszyscy jeszcze nasi są wybici, lecz wielu jeszcze zostało przy życiu. Bo ledwie nieprzyjaciele zdążyli dać trzecią salwę, gdy zapłonął i z naszej strony ogień armatni i karabinowy, i choć nie salwami, bez porządku, to jednak znacznie jeszcze silniejszy od nieprzyjacielskiego. Od tej chwili przestali już i Prusacy strzelać salwami. Ogień stał się po obu stronach nieprzerwany ani na minutę i nie mogliśmy już odróżnić nieprzyjacielskiej strzelaniny od naszej. Jedynie wystrzały armatnie były odróżnialne, a szczególnie z naszych sekretnych haubic Szuwałowa, które po ich szczególnym dźwięku i gęstym czarnym dymie mogliśmy wyraźnie widzieć i odróżniać od reszty strzelaniny armatniej, która, podobnie jak karabinowa, stała się po obu stronach najzaciętsza i nieprzerwana.
Teraz wyobraźcie sobie sami, drogi przyjacielu, jak nam było patrzeć na to krwawe widowisko, bo ówczesnych poruszeń duszy nie jestem w stanie opisać piórem.
My wszyscy, to jest sztabowcy i oficerowie, zebrawszy się gromadkami, patrzyliśmy na tę rzeź i tylko żałowaliśmy i rozprawialiśmy, bo sami nic nie mogliśmy uczynić.
Choć cały przebieg był nam widoczny, staliśmy jednak tak daleko, że do nieprzyjaciela nie mogły sięgnąć nie tylko nasze karabiny, ale i same działa pułkowe. Musieliśmy więc tylko z założonymi rękami patrzeć i, będąc między strachem a nadzieją, oczekiwać rozstrzygającej chwili. Ale wkrótce straciliśmy i tę przyjemność oglądania całego przebiegu; od nieprzerwanej strzelaniny dym tak zgęstniał, że obu walczących armii nie było nam już widać, a słychać było tylko trzask karabinowej i huk armatniej strzelaniny. Jedynie same końce walczących linii, czyli frontów, były nam nieco widoczne i przedstawiały widowisko nader wzruszające. Oba fronty znajdowały się w bardzo bliskiej od siebie odległości i stały w nieprzerwanym ogniu. Nasz przez cały czas bitwy stał niewzruszenie, a pierwszy szereg, jak przyklęknął, tak i klęczał. Front pruski zaś zdawał się być w nieustannym ruchu: to przybliżał się o kilka kroków, to znów cofał się w tył, bił się jednak nie z mniejszym męstwem i hartem niż nasi, i trwało to tak nieprzerwanie.
Właśnie w tym czasie mieliśmy sposobność napatrzeć się wszystkiemu temu, co w takich razach się dzieje, i czyż można opisać to żałosne widowisko? Za obu frontami widać było mnóstwo ludzi przedstawiających rozmaite obrazy: jeden pędził na koniu, wioząc niechybnie jakiś ważny rozkaz, ale przestrzelony leciał z niego na łeb na szyję na ziemię; inny wybiegał z frontu i, osłabiony od ran, nie mógł już utrzymać się na nogach, lecz padał; tam wleczono zabitego dowódcę, gdzie indziej prowadzono pod ręce poranionego; nagle ukazywały się we frontach całe luki i nagle znów były zapełniane; pojedynczo zabijanych we froncie nie można było za dymem tak wyraźnie widzieć jak innych. Ale jak opisać krzątaninę i zamęt pozostałych, znajdujących się za frontem? W jakim rozmaitym ruchu ich widziano: wielu jeździło na koniach, zachęcając wojaków i rozwożąc im potrzebne rozkazy; inni galopowali wzdłuż frontu z tyłu; jeszcze inni od frontu w tył. Gdzieniegdzie prowadzono plutonami posiłki, tam ciągnięto działo, gdzie indziej skrzynkę z ładunkami na sobie; w innym miejscu pod kimś padły konie i trzeba je było rozplątywać i wyprzęgać; gdzieniegdzie biegał koń, który stracił swego jeźdźca; gdzie indziej leciał jeździec z zabitego konia, i tak dalej.
Jednym słowem, wszystko przedstawiało widowisko żałosne i dla czułego serca bolesne, a my, widząc to wszystko, nie mogliśmy się dość napatrzeć, tak bardzo było ono dla nas ciekawe i wstrząsające.
– Dobrze wam było, powiecie, drogi przyjacielu, patrzeć, kiedy do was samych sprawa nie dochodziła, a przyszło wam stać w tak błogim i takim miejscu, w jakim każdy w czasie bitwy chętnie zgodziłby się stać. Oczywiście, że dobrze! – odpowiadam – i mogliśmy być naszym losem bardzo zadowoleni. Dodam do tego, że mieliśmy ponadto jeszcze pewien rodzaj wojennej rozrywki, a mianowicie przed samym naszym pułkiem, czy raczej mówiąc, przed samą moją kompanią, na samym szczycie tego wzgórza, na którym staliśmy, trafiło się, że postawiono u nas całą kolumnę artylerii, złożoną z ponad dwudziestu wielkich dział, haubic i jednorogów. Ta bateria, osłaniająca nasz korpus, przez cały czas bitwy nie była bezczynna. Raz po raz strzelano z niej do nieprzyjacielskiej drugiej linii i rzucano z haubic bomby zarówno w nią, jak i w obie wsie, które zajęte były przez Prusaków, a my nie mogliśmy się dość nacieszyć widokiem dobrego skutku wysyłanych ku nieprzyjacielowi kul i bomb. Wiele kul, trafiając wzdłuż samego frontu nieprzyjacielskiej drugiej linii, robiło ogromne ulice, tak jak i bomby wszędzie wywoływały wielkie zamieszanie. Obie wsie obróciliśmy natychmiast w ogień i płomień i wypędziliśmy tym nieprzyjaciół, którzy się w nich zasiedli. Ale żadna bomba tak nas nie ucieszyła, jak jedna, rzucona z haubicy. Ujrzeliśmy, że przy jednej wierzbie, stojącej między obiema wsiami, zebrało się mnóstwo pruskich oficerów z ich drugiej linii, by oglądać, tak samo jak my, przebieg bitwy. Tych widzów zachciało się nam postraszyć i poprosiliśmy oficera artylerii, by postarał się posadzić im bombę pośrodku kółka. Spełnił on nasze życzenie, a strzał był tak udany, że bomba trafiła prosto pod wierzbę i, nie doleciawszy do ziemi na sążeń, pękła. Jakiż popłoch wywołała ona wśród tych panów pruskich dowódców! Wszyscy rzucili się w rozsypkę; jednakże trzech musiało tu zostać na wieki.
Oto, drogi przyjacielu, czyż nie istną mieliśmy wolną chwilę, by tak się zabawiać w czasie, gdy inni ginęli i umierali? Ale cóż innego mieliśmy robić? Ale poczekajcie, może i do nas wkrótce dojdzie sprawa. Jeszcze nie wszystko opowiedziałem.
Prusacy, może znudziwszy się ponoszeniem tak wielkich strat od naszej baterii, umyślili i sami zatoczyć przeciw nam kilka wielkich dział i nieco poskromić nasze zabawki, ale na swoje nieszczęście nie mieli w tym zbyt dobrego powodzenia.
Kilka wielkich dział ugrzęzło im w bagnie i nie mogli ich wyciągnąć, a te, które zatoczyli i ustawili, i tak nie mogły nam jakoś szkodzić; czy przyczyną tego było to, że musieli strzelać nieco pod górę, czy odległość była dla nich za duża, ale jakkolwiek by było, ich kule nam nie szkodziły. Niektóre z nich przelatywały ponad frontem i słyszeliśmy tylko ich świst, a większa część padała, nie dolatując daleko do miejsca, gdzie staliśmy, tak że z tego daremnego starania naszych nieprzyjaciół tylko się śmialiśmy.
Ale wszystkie te żarty omal nie obróciły się dla nas w rzecz poważną. Patrząc w wyżej wspomniany sposób zarówno na przebieg bitwy, jak i na stojących naprzeciw nas za wsiami nieprzyjaciół, nie widzimy nawet tego, co działo się u nas na lewym skrzydle, którego zza pagórka nie było nam widać, gdy nagle w drugim, stojącym obok nas po lewej pułku zatrzeszczał drobny ogień karabinowy. – „O! Cóż to takiego? – mówiliśmy, wzdrygnąwszy się. – Czy aby nieprzyjaciel nie jest już tutaj?” I dziwiliśmy się, nie pojmując, skąd by się miał wziąć, bo prawie całe pole było nam widoczne i nie zauważyliśmy żadnego ataku na nas, a z powodu wyżej wspomnianego bagna uważaliśmy go nawet za niemożliwy. Wszelako ledwie zdążyliśmy zebrać myśli, gdy już krzyczano do nas, byśmy obracali nasz front w tył. To wydało się nam jeszcze dziwniejsze: obróciliśmy się, ale nikogo przed sobą nie ujrzeliśmy, prócz naszej jazdy, która za nami w różnych miejscach była ustawiona. – „Do swoich mamy strzelać czy co?” – mówiliśmy ze śmiechem. Czekaliśmy jednak z niecierpliwością, co będzie. Po lewej stronie u nas, gdzie pokazał się ogień, słychać było ogromny hałas i strzelaninę, a niemniej i na baterii stojącej naprzeciw naszego pułku zrobiło się wielkie zamieszanie. Tu podniósł się krzyk: „Tutaj! Tutaj! Obracaj!… Kartaczami! Kartaczami!” I ledwie zdążono obrócić wszystkie działa w lewo, gdy ze wszystkich z nich i ze znajdujących się tu jednorogów dano przeokropną salwę i wywołano ogień najzaciętszy. Choć zza pagórka nie było nam wcale widać, do kogo strzelają, mogliśmy jednak wnosić, że nieprzyjaciel jest blisko. I wtedy to, trzeba przyznać, duch nasz zaczął się nieco trwożyć; powszechny hałas, rozmaite krzyki i wołania, odgłos strzelaniny z dział i drobnej broni, gonitwa dowódców i upomnienia czynione wszystkim, by byli gotowi, kazały nam myśleć, że przychodzi już i na nas kolej bić się i, na wzór innych, umierać, a zbliżanie się tak strasznych chwil wywoływało naturalnie jakieś wewnętrzne drżenie w sercach.
Ale ponieważ list mój jest już wielki, a o bitwie tej jeszcze wiele trzeba opowiedzieć, odłożywszy resztę do następnego, ten tym zakończę, mówiąc wam, że jestem i tak dalej.
BITWA
List 47
Drogi przyjacielu! Zaczynając czytać ten list, nie zawiedźcie się i wy w swoim oczekiwaniu, tak jak zawiedliśmy się my w naszym oczekiwaniu w tym punkcie czasu, na którym zakończyłem mój poprzedni list. Myśleliśmy wtedy niechybnie, że za minutę zetrzemy się z nieprzyjacielem i będziemy mieli krwawą sprawę; jednakże w tym się omyliliśmy; nastąpiło zupełnie co innego, i to tak mało oczekiwane przez nas wtedy, jak niechybnie teraz przez was, a mianowicie, że cały wyżej wspomniany i tak straszny hałas, krzyk i odgłos strzelaniny, który nas tak bardzo zatrwożył, nagle zniknął i wbrew wszelkiemu przypuszczeniu i oczekiwaniu ucichł zupełnie. Zdziwicie się temu, ale nie w mniejsze zdumienie wpadliśmy i my wtedy, gdy po upływie kilku minut nagle ogień karabinowy ucichł, a nieco później i z dział przestano strzelać i zaczęto je po dawnemu ustawiać i obracać. Jednym słowem, sam hałas zaczął z wolna cichnąć i kazano nam znowu się obrócić. Dziwiliśmy się temu wszystkiemu niewymownie i, nie pojmując, co by to miało znaczyć, pytaliśmy jadących z lewego skrzydła, którzy widzieli wszystko, co się działo, o przyczynę, i z trudem mogliśmy wywiedzieć się, co następuje:
Na samym lewym skrzydle naszego korpusu stali nasi Kozacy dońscy. Ci od samego jeszcze początku bitwy pognali atakować stojącą za bagnem nieprzyjacielską jazdę.
Widzieliśmy to jeszcze wtedy i złościliśmy się jeszcze, patrząc na marne powodzenie tych lichych wojaków. Początek zrobili bardzo świetny. Ich atak odbywał się wprawdzie w odległości ponad wiorsty od nas, ale mogliśmy wyraźnie słyszeć, jak zakrzyczeli – „Gi! Gi!” – i na łeb na szyję pognali na Prusaków. Myśleliśmy z początku, że wszystkich ich przekłują swoimi dzidami, ale wkrótce ujrzeliśmy coś przeciwnego. Ich dzielność polegała tylko na tym, że pokrzyczeli i z gwintówek swoich popukali, bo ponieważ Prusacy stali nieruchomo i gotowali się przyjąć ich mężnie, Kozacy, widząc, że to nie na ich siły, w tej samej chwili zawrócili i w nogi, co sił. Wszystko to było nam widać; ale co się potem działo, tego nie widzieliśmy, bo Kozacy, objeżdżając bagno, zniknęli nam z oczu. Wtedy też dowiedzieliśmy się, że pruscy kirasjerzy i dragoni sami pognali za nimi i, objeżdżając bagno, gnali ich jak owce ku naszemu frontowi. Kozacy nie mieli się gdzie podziać. Bez pamięci pędzili prosto na front naszego lewego skrzydła, a jazda pruska szła za nimi krok w krok i rąbała ich bez litości. Nasza piechota, widząc Kozaków pędzących prosto na nią i ginących, uznała za konieczne nieco się rozstąpić i dać im przejazd, by mogli za frontem znaleźć ratunek. Ale to omal nie spłatało wielkiego figla. Jazda pruska, ścigając ich szwadronami, w najlepszym porządku, płynęła jak jakaś bystra rzeka i wdzierała się za Kozakami prosto w naszą piechotę. To właśnie było przyczyną, że ten pułk zaczął do nich strzelać z karabinów; ale trudno mu było się przeciwstawić i powstrzymać straszny pęd tej jazdy. Przedni szwadron wjechał już w porządku za Kozakami za nasz front i, rozsypawszy się, rąbał wszystkich, kto tylko był za frontem. Właśnie dlatego trzeba było obrócić nasz front w tył. Ale wszystko to by nie pomogło, a Prusacy, wjechawszy całą swoją jazdą w naszą flankę, zmietliby nas wszystkich co do nogi i dopełniliby zwycięstwa, które już przechylało się na ich stronę, gdyby jedna okoliczność nie powstrzymała całego ich pędu i nie nadała wszystkiemu innego obrotu. Bateria, o której wyżej wspominałem, na szczęście zdążyła jeszcze w porę obrócić swoje działa, a dana z niej salwa kartaczowa miała skutek jak najbardziej upragniony, bo ponieważ przyszło jej wystrzelić w poprzek pędzących jeden za drugim pruskich szwadronów, wyrwawszy prawie cały szwadron, przerwała tym ich pęd i pędzących nie tylko zatrzymała, ale zmusiła do zawrócenia na łeb na szyję. Ci zaś, którzy wpadli za nasz front, wpadli jak mysz w pułapkę. Piechota natychmiast znowu się zwarła i wszyscy oni musieli zginąć w najżałośniejszy sposób.
Nasza kawaleria spotkała ich tutaj i wyrąbała wszystkich do jednego człowieka. W ten sposób skończyła się ta sprawa w sposób jak najbardziej upragniony.
Takie to były wydarzenia na naszym lewym skrzydle. Teraz zwróćmy się, drogi przyjacielu, ku środkowi i zobaczmy, co działo się z tymi, których niedawno zostawiliśmy walczących ze sobą. Tu, sprawiedliwie mówiąc, była najważniejsza sprawa i bitwa najgorętsza. Jednakże co dokładnie działo się tutaj, a także na prawym skrzydle, tego z powodu oddalenia i dymu sami nie mogliśmy widzieć. Wspomniałem już wyżej, że widoczne były nam tylko końce obu frontów, a co do nich, stały one nieruchomo i ostrzeliwały się dokładnie dwie i pół godziny, zupełnie jak wkopane, czego byliśmy naocznymi świadkami.
Oto wszystko, co mogłem sam widzieć w czasie trwania bitwy. – Teraz opiszę wam to, czego widzieć nie mogłem i o czym dowiedzieliśmy się później.
Nieprzyjaciel prowadził swój główny atak w dwóch miejscach, a mianowicie przeciw obu przesmykom, czyli wejściom do naszego silnego obozu. Widać chciał zastać nas jeszcze w obozie i nie wypuścić na pole ani jednego człowieka, co najbardziej można wnosić stąd, że u zabitych pruskich oficerów znaleziono potem dyspozycję i rozkazy, w których nakazywano, by żołnierze rąbali nasze kozły hiszpańskie. Wskutek tego atak jego prowadzony był zarówno na główne wejście, jak i na nasze prawe skrzydło, gdzie, jak wcześniej wspominałem, również znajdował się niewielki przesmyk. Na szczęście to ostatnie miejsce nasi zdążyli zająć jeszcze zawczasu. Dzielny pułkownik Jazykow ze swoim 1. pułkiem grenadierów objął to miejsce i wytrzymywał wszystkie najzaciętsze nieprzyjacielskie natarcia w sposób najmężniejszy. Na szczęście znalazły się tu dawne rowy i kanały, które służyły naszym prawie za retranszament i dawały wielką pomoc. Jednym słowem, ile nieprzyjaciel ni się wysilał i ile ni starał się przedrzeć przez to miejsce i wyprzeć naszych, nie miał powodzenia. Nasi wytrwali do samego końca bitwy i choć ponieśli niemałe straty, nie stracili tego tak ważnego dla nieprzyjaciela miejsca.
Ale nie z tak dobrym powodzeniem bili się nasi na lewym skrzydle, a raczej w środku, gdzie nieprzyjaciel prowadził swój główny atak.
Wspomniałem już wyżej, że nieprzyjaciel tak niepostrzeżenie się do nas podkradł, że nasi nie mieli czasu wyprowadzić w porządku pułków i ustawić przeciw niemu linii, lecz musieli, jakoś przedzierając się przez ścisk taborów, iść rzędami i jakoś ustawiać i wyciągać front wzdłuż lasu w prawo. Jednym słowem, nasi jeszcze się ciągnęli i starali się jak najdalej wyciągnąć, by większa liczba pułków mogła się zmieścić i stanąć do obrony, gdy nieprzyjaciele, podszedłszy już dość blisko, dali do nich wspomnianą pierwszą salwę; że na nią z naszej strony nie odpowiedziano, przyczyną było to, że nasi szli i ciągnęli się rzędami i, widząc, że nieprzyjacielskie kule jeszcze nam nie szkodzą, nie uznali za potrzebne zatrzymać się i obracać ku nim frontu, lecz ponieważ każda minuta była dla nas droga, starali się tylko jak najdalej wyciągnąć. To samo stało się i przy powtórnej nieprzyjacielskiej salwie, która wprawdzie raniła u nas kilku ludzi, ale ponieważ dla nas najważniejsze było wyciągnąć front dalej, to i na nią nie odpowiadając, ciągnęliśmy się wciąż dalej. Ale gdy nieprzyjaciele dali już salwę po raz trzeci, wtedy nie było już możności iść dalej i wytrzymywać. Ich kule zaczęły już znacznie bardziej dosięgać naszych i dlatego nasi musieli się zatrzymać i pokazać im twarz, a także i to, że i u nas nie gorsze od ich karabiny i kule się znajdują; i wtedy to rozpoczął się po obu stronach ów nieugaszony ogień, o którym wspomniałem już wyżej.
Teraz muszę wam, drogi przyjacielu, powiedzieć, że ogień ten, choć po obu stronach najzaciętszy, nie był jednak prowadzony z równymi korzyściami. Nieprzyjaciele mieli nieporównanie więcej przewag niż nasi. Ich atak prowadzony był w porządku, najlepszymi pułkami i ludźmi, i według zawczasu sporządzonej i właściwie przestrzeganej dyspozycji. Ich artyleria działała, jak należy, a cały tył mieli wolny i wzmocniony drugą linią i odwodami, z których nic im nie przeszkadzało każdą stratę w pierwszej walczącej linii w tej samej chwili wynagradzać i uzupełniać nowymi i świeżymi ludźmi; w ten sam sposób mieli pożądaną możność zaopatrywać walczących w potrzebne zapasy i proch. Co do naszych, to wszystkich tych przewag, na nieszczęście, nie mieli, bo po pierwsze, żadnej dyspozycji zawczasu nie sporządzono, a i nie było kiedy jej sporządzać, wszystkim zaś sam Bóg kierował i rozporządzał. Po drugie, ludzi z naszej strony było znacznie mniej niż z nieprzyjacielskiej.
U nich biła się cała linia, a u nas ledwie jedenaście pułków zdołało się wyciągnąć i te musiały odpowiadać za wszystko i za wszystkich.
Ku większemu nieszczęściu i ci nieliczni ludzie związani byli po rękach i nogach; bo po pierwsze, nie było przy nich potrzebnej artylerii, prócz małej liczby dział pułkowych i haubic Szuwałowa. Tych właśnie dział, w których cała armia pokładała największą nadzieję, znalazło się w bitwie nie więcej niż trzy czy cztery, a cóż można było z nich zdziałać, skoro większej połowy ich jaszczy i amunicji nie można było przewieźć zza lasu? Po drugie, przyciśnięci byli do samego lasu tak, że za sobą nie mieli żadnego miejsca. Po trzecie, pomocy i świeżych ludzi na miejsce zabitych nie było skąd otrzymać; większa część armii wprawdzie nie była w akcji, ale stała za lasem i w takich miejscach, skąd nie można było do nich dotrzeć. Najpotrzebniejszych ładunków nie było skąd wziąć, gdy okazały się potrzebne. Czegóż innego w tak niekorzystnych i bezładnych okolicznościach można było oczekiwać prócz nieszczęścia! Ach! ono rzeczywiście już się zaczynało i zapewne doszłoby do skutku i dopełniło się, gdyby sam Bóg nie zechciał jawnie nas zmiłować i nie wyrwał, jak się okazało, zwycięstwa z rąk nieprzyjaciół. Nasze dzielne pułki stały z początku mocno jak nieprzełamany mur; ostrzeliwały się nieprzyjacielowi, ile było siły, i przez całe dwie godziny powstrzymywały jego zuchwałość i impet. Ale cóż miały wreszcie czynić, gdy większa ich część była wybita i poraniona? Szeregi stały się już nazbyt rzadkie, a uzupełnić ich nie było kim. Oficerów prawie wszystkich straciły, a co najgorsze, nie miały wreszcie już nawet prochu, jedynego i ostatniego środka obrony. Znajdując się w tej ostateczności, cofnęły się nieco bliżej lasu, ale tym jeszcze bardziej sprawę popsuły. Nieprzyjaciele, ujrzawszy to i uznawszy za odwrót, rzucili się z największym zapałem i zmieszali ich zupełnie z błotem. Cały skraj lasu napełnił się wtedy jękiem i wołaniem rannych i umierających i spłynął krwią zabitych. Nie było już wtedy możności, by dowódcy i wodzowie czymkolwiek pomogli. Cnotliwy i prawdziwie gorliwy generał en chef Wasilij Abramowicz Łopuchin, który na nieszczęście był dowódcą tej dywizji, ile ni wytężał sił, pobudzając i namawiając żołnierzy do dzielnej obrony, nie był już w stanie udzielić najmniejszej pomocy. Jego samego, poranionego wieloma ranami i zbroczonego krwią, wlekli już w niewolę pruscy grenadierzy i zerwali z niego order, i zapewne by go uprowadzili, gdyby nie ujrzało tego kilku naszych grenadierów: ci, mimo że sami ginęli, zapragnęli ocalić ukochanego przez siebie generała.
Nic nie mogło powstrzymać ich porywu. Jak lwy wyrwali go z paszczy wężowej, ale ach! już ledwie oddychającego.
W takich okolicznościach łatwo możecie wywnioskować, że nasza zguba wisiała już jakby na włosku. Prusacy zmiażdżyli już cały nasz front zupełnie, a w niektórych miejscach wdarli się już i do samych taborów. Powstało tam wtedy najstraszliwsze zamieszanie i zamęt. Wszyscy krzyczeli: „Precz! Precz! Wstecz, wstecz tabory!” Ale że nie miały się gdzie podziać, o tym nikt nie pamiętał. Z jednej strony najbardziej stromy jar, a z drugiej rzeka zagradzała drogę na wszystkie strony. Sama armia Bóg wie dokąd mogłaby się wycofać, a że tabory na pewno wszystkie by przepadły, co do tego nie ma wątpliwości. Jednym słowem, zwycięstwo było przez nieprzyjaciół zdobyte już w połowie, i gdyby jeszcze choć trochę, to bylibyśmy rozbici zupełnie, ku niewypowiedzianemu wstydowi.
Teraz, mam nadzieję, niecierpliwie chcecie wiedzieć, jakimże cudownym sposobem nie tylko ocaleliśmy, ale i zwycięstwo odnieśliśmy? Tego, jeśli rzecz dobrze rozważyć, sami już prawie nie wiedzieliśmy – sam Bóg chciał nas ocalić. Wszystko polegało na tym, że nasze pułki stojące za lasem, znudziwszy się staniem bezczynnie w czasie, gdy ich bracia i towarzysze ginęli, i usłyszawszy o grożącym im rychłym niebezpieczeństwie, umyśliły pójść, a może zostały wysłane, by jakoś przedzierać się przez las i ratować swoich współplemieńców. Prawda, że przejście było im bardzo trudne: gęstość lasu była tak wielka, że z biedą i jeden człowiek mógł się przedrzeć. Nic jednak nie mogło powstrzymać ich zapału i gorliwości. Dwa pułki, 3. Grenadierski i Nowogrodzki, porzuciwszy swoje działa, porzuciwszy i skrzynie z ładunkami, widząc, że te tylko je zatrzymują, a przewieźć ich nie sposób, rzuciły się same i przez najgęstszy las, na głos ginących i wołających, zaczęły się przedzierać. I na szczęście udało im się wyjść w najpotrzebniejsze miejsce, a mianowicie tam, gdzie pułki Narwski i 2. Grenadierski były już prawie zupełnie rozbite i gdzie niebezpieczeństwo było większe niż w innych miejscach. Ich przybycie było jak najbardziej w porę. Wspomniane rozbite pułki biły się już wręcz, pojedynczo, i nie poddawały się nieprzyjacielowi aż do przelania ostatniej kropli krwi. Nie może być nic sławniejszego od tej dzielności, jaką okazywali wtedy wojacy, tworzący rozproszone resztki wspomnianych nieszczęsnych pułków.
Jeden, straciwszy rękę, trzymał jeszcze miecz w drugiej i bronił się przed nacierającymi i rąbiącymi go nieprzyjaciółmi.
Inny, prawie bez nogi, cały poraniony i cały we krwi, oparłszy się o drzewo, odpierał jeszcze wrogów usiłujących go zgubić. Trzeci jak lew ryczał pośród tłumu nieprzyjaciół, którzy go otoczyli, i mieczem torował sobie drogę, nie chcąc prosić o pardon i łaskę, mimo że krew strumieniami spływała mu po twarzy. Czwarty wyrywał broń tym, którzy, rozbroiwszy go, wlekli go w niewolę, i ich własną bronią starał się ich uśmiercić. Piąty, zapomniawszy, że jest sam, rzucał się z bagnetem w tłum nieprzyjaciół, zamyślając wszystkich ich przekłuć. Szósty, nie mając prochu ani kul, zrywał ładownice z martwych swoich wrogów i szukał u nich nieszczęsnego ołowiu, zamyślając ich własnymi kulami do nich strzelać. Jednym słowem, okazywano tu wszystko, czego tylko można było wymagać od dzielnych i nieustraszonych wojaków.
W tej właśnie ostatecznej chwili ukazały się im w lesie wspomniane dwa pułki, spieszące im na pomoc. Nie sposób opisać tej radości, z jaką walczący patrzyli na tę idącą ku nim pomoc, i z jakim zachwytem wołali do nich, nagląc, by się spieszyły. Wtedy zmieniło się tu wszystko, co było przedtem. Te świeże pułki nie zwlekały długo, lecz dawszy salwę i podniósłszy wojenny okrzyk, rzuciły się prosto na bagnety przeciw nieprzyjaciołom, i to rozstrzygnęło nasz los i sprawiło upragnioną odmianę. Nieprzyjaciele zadrżeli, cofnęli się nieco, chcieli lepiej się ustawić, ale nie było już kiedy. Nasi siedli im na karku i nie dawali im ani minuty czasu. Wtedy dawna pruska dzielność obróciła się w tchórzostwo i w tym miejscu, niedługo zwlekając, zawrócili i zaczęli szukać ratunku w odwrocie. To przestraszyło ich pozostałe wojska, a dodało ducha naszym. Zaczęli już wszędzie z wolna się chwiać, a u nas rozpoczął się ogień silniejszy niż przedtem. Jednym słowem, nie minął kwadrans, gdy Prusacy we wszystkich miejscach z początku zaczęli wycofywać się w porządku, ale potem jak bydło, bez żadnego porządku i szyku, rzucili się do ucieczki.
Całego wyżej wspomnianego wydarzenia nie mogliśmy z daleka i za dymem widzieć, jednakże patrząc, nie spuszczając oczu, na sam koniec ich prawego skrzydła, mogliśmy wyraźnie widzieć, jak zaczynało się ono chwiać i tracić swoją dawną pozycję. Było ono ostatnie, które przystąpiło do odwrotu, i w innych miejscach nieprzyjaciele dawno już uciekali, a ono wciąż jeszcze stało i się ostrzeliwało. Ale ujrzawszy uciekających swoich towarzyszy, i ono nie chciało długo zwlekać. Jakież miłe i zachwycające dla wojaka przedstawiło się wtedy widowisko! Najpierw ich front cofnął się o jakieś pięć kroków, potem jeszcze więcej, potem jeszcze dalej i cofał się z każdą chwilą prędzej. Wszystko to nam było widać, a my, będąc między strachem a nadzieją, nie chcieliśmy wierzyć własnym oczom. „Cofają się chyba? – mówiliśmy jeden do drugiego. – O, daj Boże, żeby nasi ich przegnali!” Ale wkrótce radość nasza była zupełna. Ujrzeliśmy cały ich front obrócony w zupełną ucieczkę i zakrzyknęliśmy wszyscy: „Chwała Bogu, chwała Bogu! Nasi wzięli górę, nasi wzięli górę!” i klaskaliśmy w dłonie.
Wtedy w jednej chwili radość rozlała się po całej naszej armii i zdawało się, że każdemu wojakowi wypisana była w oczach.
Każdy spieszył opowiadać o swojej szczęśliwości drugiemu, choć ten sam to samo widział, i natychmiast rozlał się po całym wojsku jakiś miły i cichy gwar. Po minucie zakrzyknęli nasi dowódcy: „Naprzód! Naprzód! Naprzód!” i my wszyscy, jak staliśmy, tak się rzuciliśmy. Nie sposób żadną miarą opisać tego zachwytu, z jakim biegliśmy wtedy w pogoń za nieprzyjacielem, a raczej spieszyliśmy zajmować jego miejsce. Nie było już tu dla nas żadnej niemożliwości. Szliśmy prosto przez zarośla i przez bagno i nie wiem już, jak się przedarliśmy. Jakich to, jakich psot nie było tu podczas tego przełażenia! Jeden, biegnąc z radości bez pamięci, wpadał nagle w wykrot i zapadał się po pas w muł; inny, potknąwszy się o kępę, leciał na łeb na szyję i rozciągał się w mule i w błocie, i walał się w nim jak straszydło; ten zaczepiał ubraniem o krzaki i nie mógł się uwolnić, rwał je, nie żałując, że się podrze. Innemu gałązki całą twarz i oczy posmagały; inny, wpadłszy w muł, nie mógł wyciągnąć nóg i prosił o pomoc. Ale wszystko to zdawało się dobre i w porządku. Przebiegliśmy, śmiejąc się i zanosząc od śmiechu, przez to paskudne miejsce i tylko jedno było słychać: „Naprzód! Naprzód, bracie! Chwała Bogu, nasi zwyciężyli!”
Wszelako, będąc w gęstych zaroślach, przy całej swojej radości myśleliśmy i o tym, by wyszedłszy z nich, nie natknąć się na nieprzyjaciela. „Kto wie – mówili niektórzy – czy nie stoi jeszcze na miejscu jego druga linia i czy nie zatrzymała uciekających?” Ale czyż to rzecz możliwa, by tak było! Prusacy, choć jak by się nie chwalili w swoich relacjach, że wycofali się w porządku, porządku tu ani w zaczątku nie było. W jednej chwili zniknęli nam z oczu, a całe pole było nimi usiane. My, wyszedłszy ze swoich zarośli na pole, nie ujrzeliśmy z nich ani jednego człowieka, a stały tylko ich porzucone działa i leżeli przy nich zabici artylerzyści i inni wojacy.
Dobiegłszy wreszcie do miejsca, gdzie stała ich druga linia, kazano nam się zatrzymać i wyrównać z innymi pułkami, ustawiającymi się tu w jedną linię, i ledwie cała armia zdążyła wydostać się zza lasu i ustawić w jedną linię, gdy zakrzyknięto „Hura!” i rzucono kapelusze w górę. O! Jakież to było dla nas radosne widowisko! Wielu od łez radości nie mogło wymówić słowa – tak przejmujące jest to dla każdego wojaka.
Tak oto zakończyła się nasza sławna apraksinowska i pierwsza bitwa z Prusakami.
Niebu spodobało się darować nam nad naszym nieprzyjacielem zupełne zwycięstwo, a my nie mogliśmy mu dość za to dziękować, zwłaszcza gdy dowiedzieliśmy się, w jakim niebezpieczeństwie znajdowała się cała armia i jak niewiele brakowało do tego, by została zupełnie rozbita, a my na wieki okryci tym wstydem, że niemal garść Prusaków zdolna była rozbić tak liczną armię, jaką była nasza. I zaiste, jeśli rzecz rozważyć, zwycięstwo to odniesione zostało nie umiejętnością naszych wodzów, której nie było ani śladu, lecz raczej wyjątkową dzielnością naszych wojsk, a najbardziej szczególnym zrządzeniem losów, które ułożyły wszystkie okoliczności tak, że sama dzielność naszych wojaków była już wymuszona i z musu zmuszeni byli bić się do ostatniej kropli krwi, gdy nie mieli dokąd ani uciekać, ani się wycofać. Ale jakkolwiek by było, zwyciężyliśmy, i zwycięstwo odnieśliśmy zupełne; abyście zaś, drogi przyjacielu, mogli jaśniej widzieć cały przebieg tej bitwy, objaśniłem ją wam całą na przesyłanym tu rysunku (patrz rysunek 3 na końcu książki {Rysunku tego jednak nie ma w oryginalnym rękopisie Bołotowa. M. S.}), a o tym, co nastąpiło potem, jak i o innych okolicznościach dotyczących tej bitwy, doniosę wam w liście następnym, obecny zaś tym kończąc, powiem, że jestem na zawsze wasz i tak dalej.
POCHÓD KU WEHLAU
List 48
Drogi przyjacielu! Zakończyłem mój ostatni list na tym, że przegnaliśmy nieprzyjaciela i odnieśliśmy zupełne zwycięstwo. A teraz muszę wam opowiedzieć, co działo się u nas potem i jak wielka była nasza wygrana.
Powiadają, że od wodzów wojsk wymaga się podwójnej umiejętności, a mianowicie: by umieli zwyciężać, a jeszcze bardziej, by umieli ze swoich zwycięstw korzystać i nie pozwalali im przepadać na darmo. Co zaś do naszych wodzów, to zdaje mi się, że brakowało im obu tych umiejętności. Nie umieli ani zwyciężać, ani korzystać ze zwycięstw. Zwycięstwo darował nam Bóg niespodziewanie i, jak mi się zdaje, bez żadnego naszego zamysłu i współdziałania, a o tym, by z niego korzystać, nie mieliśmy nawet w głowie. Czy to nie umieliśmy, czy nie chcieliśmy. Krążyła wtedy w armii pogłoska, że wielu jakoby przedstawiało, by urządzić pościg za nieprzyjacielem i starać się rozbić go do szczętu; także jakoby radzili feldmarszałkowi, by z całą armią bez żadnej zwłoki ruszyć za uciekającym nieprzyjacielem. Ale pan Lieven, od którego rad wszystko najbardziej zależało i któremu, jak dowiedzieliśmy się już później, było bardzo nie w smak i to, że niespodziewanie udało się nam zwyciężyć nieprzyjaciela, miał jakoby powiedzieć przy tej okazji, „że jednego dnia dwóch świąt nie bywa, i dosyć już tego, że zwyciężyliśmy”. A ponieważ wszystkie jego słowa uważane były za wyrocznie, przeto i nie urządzono za nieprzyjacielem najmniejszego pościgu. Dano mu czas odwlec się od nas dalej i nie przeszkadzano mu, jak chciał, znowu zbierać sił. W takich okolicznościach doprawdy nasi nieprzyjaciele byli jeszcze bardzo głupi, że nie wrócili i nie uderzyli na nas na nowo: byli w stanie rozbić nas jeszcze w proch przy naszym pięknym porządku.
Tak oto nieprzyjaciel odszedł, a my zatrzymaliśmy się sobie na tym miejscu, gdzie po bitwie się ustawiliśmy, i nie posuwając się ani o krok naprzód, kazaliśmy przywieźć do siebie tabory i rozbić obóz.
Ledwie nas rozpuszczono z frontu, pierwszym naszym staraniem było, by wsiąść na konie i jechać oglądać pobojowisko. Jakież widowisko przedstawiło się wtedy nam, którzy nigdy jeszcze podobnego nie widzieli! Cały łagodny stok, na którym stała i biła się linia pruska, usłany był martwymi ciałami nieprzyjaciół, a przy tym ujrzeliśmy rzecz osobliwą. Wszyscy leżeli już nadzy, jak ich matka urodziła, i zdarto z nich nie tylko pończochy i trzewiki, ale i same koszule. Ale kto i kiedy ich tak obdzierał, tego żadną miarą nie pojmowaliśmy, bo czas był niezwykle krótki, a bitwa ledwie się skończyła. I nie mogliśmy się dość nadziwić temu, jak prędko nasi poganiacze, ordynansi i ludzie zdążyli to sprawić i wszystkich pobitych Prusaków tak obnażyć, że przy każdym człowieku leżał tylko drewniany klocek z ładownicy, w którym były ładunki, i niebieski papierek, którym były przykryte. Tych rzeczy widać nikt już nie potrzebował, a z innych rzeczy nie widzieliśmy już ani jednej, tak że nawet same wstążki z warkoczy, niewarte trzech groszy, były rozplecione i zabrane. Taki żałosny stan przedstawiał nam widowisko najbardziej poruszające. Zresztą widzieliśmy, że pobici byli prawie wszystko ludzie rośli, zdrowi, biali, tłuści i, jednym słowem, leżeli na wznak jak góry albo jak czerkaskie woły. Małe i do góry podkręcone wąsy nadawały nawet zmarłym wygląd straszny i bohaterski. Zresztą rozmaite położenia i stany, w jakich widzieliśmy tych pobitych, przyprawiały nas o pewne drżenie. Jeden miał całą głowę albo połowę jej oderwaną; inny leżał to bez ręki, to bez nogi; trzeci bez boku albo rozerwany na pół. Inni zastrzeleni byli tylko kulami i leżeli rozciągnięci, a każdy przedstawiał sobą jakiś osobny widok. Ale jakże zdziwiliśmy się, przyjechawszy pod las i na to miejsce, gdzie stali i bili się nasi, Rosjanie. Tu przedstawił się nam widok zupełnie od tamtego odmienny. Cały skraj lasu usłany był ludźmi, ale zdawało się, że tylko śpiącymi, i dokładnie tak, jak gdyby rozpuszczono front, a żołnierze rozeszli się w różne strony i każdy przykucnął tam, gdzie mu przypadło. Wszyscy byli ubrani i nietknięci, tak jak zostali zabici, wskutek czego i leżeli w szczególnym położeniu. Jeden leżał twarzą do ziemi, inny skulony pod krzakiem, trzeci na boku, mając przy sobie karabin i całą resztę swojego oręża, czwarty na wznak, i tak dalej.
Ale czemu najbardziej się dziwiliśmy, to temu, że po naszej stronie widzieliśmy pobitych znacznie mniej niż po pruskiej, i nie znajdowaliśmy na to innej przyczyny niż tę, że wiele szkody wyrządziły tu sekretne haubice Szuwałowa.
O rzeczywistych stratach z obu stron nie było nam sposobu się dowiedzieć, jednakże wszyscy wtedy mówili, że nasze straty w zabitych rzeczywiście nie sięgały jakoby nawet 1000 ludzi, a wynosiły tylko 860 ludzi; natomiast rannych było znacznie więcej, i to ponad cztery tysiące ludzi, a ponieważ z nich bardzo wielu wkrótce potem zmarło, całe straty można rzeczywiście szacować na jakieś dwa tysiące, a z rannymi – na jakieś pięć tysięcy, choć z tych ostatnich wielu było bardzo lekko rannych i tylko liczono ich w ich poczet; a byli i tacy, którzy, wcale nie będąc rannymi, starali się wpisać w poczet rannych, myśląc uzyskać przez to jakieś korzyści, choć w tym bardzo się zawiedli, a nadzieja ich była daremna. W samym naszym pułku zdarzył się przykład temu podobny. Pewien podporucznik, człowiek mi znajomy, a skądinąd porządny oficer, nazwiskiem pan Aristow, nie był w ogóle tego dnia w szeregu i w bitwie, lecz znajdował się w taborze z tej przyczyny, że w przeddzień nieco zaniemógł, i dlatego jechał leżąc w swojej kibitce. Ale nagle znalazł się w liczbie rannych. „Panie, zmiłuj się – mówiliśmy między sobą, dziwiąc się temu – jakże to się stało, że nasz Aristow jest ranny?” Ale wkrótce potem dowiedzieliśmy się, że on nieprzyjaciela nawet na oczy nie widział, a tylko w tym czasie, kiedy niebezpieczeństwo było największe i kiedy wszystkie tabory przepędzano precz i w tył, tak się przestraszył, że zapomniawszy o swojej chorobie i wskoczywszy na wyprzężonego z wozu przyprzążnego konia, puścił się w cwał w tył, a jadąc obok pewnego drzewa, w pośpiechu zaczepił głową o jeden konar i nieco nim zadrasnął sobie czoło. I tę to niewielką szramę umyślił ten pan nazwać raną otrzymaną od nieprzyjaciela i wpisać się w poczet rannych. Myślał niechybnie uzyskać za to jakąś nagrodę, ale w tym oczekiwaniu bardzo się zawiódł, a sprawił tylko tyle, że cały pułk, dowiedziawszy się o tym zdarzeniu, zaczął go wyśmiewać i doprowadził w końcu do tego, że musiał z niego uciekać i prosić o przeniesienie do innego pułku.
Co zaś do strat nieprzyjacielskich, to wszyscy jednogłośnie mówili, że samych zabitych znaleziono na miejscu do 2500 ludzi, nie mówiąc o rannych, których było nieporównanie więcej. Prócz tego nałapaliśmy ich do niewoli ponad 600 ludzi, z ośmioma oficerami, a liczba ich z godziny na godzinę się pomnażała. Samych dezerterów, czyli tych, którzy samowolnie do nas przeszli, było do 300 ludzi i więcej. Oprócz tego wszystkiego wzięliśmy na pobojowisku 29 dział z ich jaszczami i amunicją, z których trzy były ogromne.
Zdobyliśmy także 29 bębnów, ale żadnego sztandaru nie udało się nam zagarnąć: Prusacy byli nazbyt ostrożni i strzegli ich bardzo pilnie.
A i sami ich generałowie i wodzowie widać nie byli tak gorliwi i śmiali jak nasi, bo w liczbie zabitych był u nich jeden major Goltz, a w liczbie rannych generał porucznik hrabia Dohna. Natomiast my straciliśmy w tej bitwie kilku generałów i dowódców; ale za żadnym cała armia tak nie żałowała, jak za generałem en chef Łopuchinem. Ten, poraniony w proch, dostał się był do niewoli Prusakom, ale odbito go siłą pruskim grenadierom i przyniesiono na rękach do taboru. Tu miał on przynajmniej tę pociechę, że dożył końca bitwy, a jego ostatnie słowa pozostały w niezatartej pamięci całej armii. Będąc już u kresu życia, pytał jeszcze obecnych: „Czy nasi gonią?”, „Czy feldmarszałek żyje?” A gdy go zapewniono i o jednym, i o drugim, przeżegnawszy się, rzekł: „No, chwała Bogu! Teraz umrę w spokoju, oddawszy dług mojej monarchini i ukochanej ojczyźnie!” – i w tej samej chwili rzeczywiście umarł. Śmierć jego, sprawiedliwie mówiąc, była sławna, bo rzadko po którym generale tak wielu płakało, jak po nim. Będąc człowiekiem bogatym i szczodrym w najwyższym stopniu, umiał tym skłonić ku miłości do siebie tysiące serc i sprawić, że go przy końcu opłakiwano.
Drugim generałem, którego straciliśmy, był generał porucznik Zybin. Ten również miał imię dobrego człowieka i zasłużył na żal, jednakże o nim mówiono niedługo i niewiele. Brygadier Kapnist był trzecim z zabitych, a obaj oni zginęli na naszym lewym skrzydle w czasie, gdy Prusacy wdarli się do nas za front ze swoją jazdą. Z pozostałych zaś naszych generałów wielu zostało rannych, jak to: obaj panowie Lievenowie, Gieorgij i Matwiej, generał Tołstoj, generałowie majorowie: de Bosquet, Villebois i Manteuffel; generał kwatermistrz Weymarn i brygadier Plemiannikow; ale ich rany nie były groźne i tak błahe, że mogli pełnić swoją służbę. Co zaś do oficerów sztabowych i starszych, to zabito i poraniono ich niemało, a dość, gdy powiem, że 2. pułkiem grenadierów musiał po bitwie dowodzić porucznik, bo wszyscy sztabowcy i kapitanowie byli po części wybici, po części poranieni. Słowem, jakkolwiek krótka była nasza bitwa, przelano w niej dosyć ludzkiej krwi i niejeden kurhan z pogrzebanymi wojakami pozostał na polach jägersdorfskich.
Następnego dnia, to jest 20 sierpnia, odbyła się u nas uroczystość dziękczynna. Składaliśmy Najwyższemu należne dziękczynienie przy kanonadzie ze zdobytych nieprzyjacielskich dział, a cała armia ustawiona była w szyku i trzy razy dała zwykły ogień biegły. Wszystkim żołnierzom wydano porcję wódki; kazano też wypłacić żołd za miesiąc poza rachunkiem. Pozostały zaś czas dnia użyto na rozbieranie ciał zabitych, zarówno swoich, jak i nieprzyjacielskich, oraz na przyjęcie prowiantu dla wziętych w bitwie i z godziny na godzinę pomnażających się jeńców wojennych.
Armia stała i następnego, 21 dnia na tym samym jeszcze miejscu. I tego dnia grzebaliśmy naszych zabitych i ciała nieprzyjacielskie, a jeńców i rannych odsyłaliśmy z powrotem do Tylży.
Tego dnia wysłano też generała majora Panina z wiadomością o tej bitwie na dwór do Sankt Petersburga.
Nasz feldmarszałek w swoim doniesieniu na dwór o tym wydarzeniu starał się ile możności ukryć i zataić swój niewybaczalny błąd i to, że przez samą swoją nieostrożność dopuścił nieprzyjaciela tak blisko do siebie, lecz nadawał całej sprawie wygląd ile możności najlepszy. Wyrażał swoje zdziwienie tym, że zastał armię pruską w liczbie znacznie przewyższającej, niż sądził, i sięgającej do czterdziestu tysięcy. Wynosił dzielność i śmiałość Prusaków pod niebiosa i zatajał całkowicie tę okoliczność, że z naszej armii nawet czwarta część nie była w rzeczywistej akcji, a całą sprawę zakończyło nie więcej jak piętnaście pułków, wszystkie zaś inne stały z założonymi rękami i bez żadnego zajęcia za lasem. O samej rozstrzygającej okoliczności opowiadał wprawdzie zgodnie z prawdą, ale w innym świetle, i wreszcie starał się wszystko zagłuszyć przypisywaniem niezmiernych pochwał haubicom Szuwałowa i obecnym w bitwie wolontariuszom: księciu Repninowi, hrabiemu Bruce’owi, hrabiemu Apraksinowi, kapitanowi gwardii Boltingowi oraz cudzoziemcom: cesarskiemu generałowi Saint-André, francuskiemu pułkownikowi Vietinghoffowi, a zwłaszcza L’Hôpitalowi, saskiemu pułkownikowi Lansdorfowi i holsztyńskiemu porucznikowi Nadasty’emu, o których, jak widać, z samego tylko pochlebstwa mówił, że okazali jakoby w tej bitwie cuda dzielności, gorliwości, zapału i nieustraszoności. Ale w samej rzeczy w naszej armii najmniej o nich mówiono. A wszystkie te osoby były u nas tak mało znane, że nawet nie wiedzieliśmy, iż przy niej się znajdowały; a przy tym nikt nie pojmował, gdzie i przy jakiej okazji mieliby okazać te cuda dzielności, bo bitwa była tak stłoczona i splątana, że nikt z dowódców nic nie mógł zdziałać. A jeśli ktoś słynął i przez całą armię był chwalony, to zaszczyt ten można przypisać pułkownikowi Jazykowowi.
Uczynił on więcej niż wszyscy; choć sam był poraniony w proch, wytrzymał ze swoim pułkiem cały ogień i, odparłszy nacierającego z całą siłą nieprzyjaciela, utrzymał bardzo ważny posterunek; ale o tym prawdziwym bohaterze nasz naczelny wódz w swojej relacji nie wspomniał ani jednym słowem.
Co zaś do Prusaków, to nic nie mogło być śmieszniejszego i bardziej irytującego niż to, jak przedstawiali oni tę bitwę w swoich pismach i z jaką bezczelnością kłamali i zmyślali to, czego nigdy nie było, starając się tym oszukać cały świat i nadać tej bitwie wygląd zupełnie inny i dla nich korzystniejszy. Wymyślili przede wszystkim na nas tę zupełną bajkę, że staliśmy tu tak okopani i w tak silnym retranszamencie, że mieliśmy usypane nie tylko cztery linie, czyli wały, ale przed nimi jeszcze porządne transzeje, obstawione ponad 200 działami, podczas gdy u nas nigdzie nawet łopatą ziemi nie kopano, a na co by transzeje były potrzebne, tego nie tylko my nie wiedzieliśmy, ale gdyby zapytać samego pruskiego pisarza, to i on nie wiedziałby, co powiedzieć, bo była to już istna niedorzeczność. Ale tak oto spodobało mu się w swojej gorącej wyobraźni umocnić nasz obóz, po to, by tym bardziej powiększyć bohaterskiego ducha swojego feldmarszałka Lehwaldta, który odważył się zaatakować nas, stojących w tak silnym umocnieniu, i by tym łatwiej można było potem ukryć swój wstyd i usprawiedliwić go z przegranej bitwy; bo potem i powiedział, że jakkolwiek dzielnie Prusacy nacierali i jakkolwiek pomyślnie jakoby całą naszą pierwszą linię, a zwłaszcza jazdę, przewrócili zupełnie i odebrali nam jakoby całe trzy bataliony i ponad 60 dział, to jednak nie było, powiada, żadnej możności opanować wszystkich tak licznych, jeden za drugim usypanych retranszamentów; lecz trzeba było zwycięstwo, które było już w rękach, z nich znowu wypuścić i, pobiwszy u naszych do 9000 ludzi, wycofać się w najlepszym porządku.
Oto jakimi bezsumiennymi i bezczelnymi wymysłami i jawną nieprawdą starali się oni zamydlić oczy światu i pokryć swój wstyd. Ale na szczęście opisy tej bitwy były u nich różne i niejednakowe, a w wielu rzeczach jeden z drugim niezgodne. Na przykład w innej wiadomości dodali nowe kłamstwo, mówiąc, że mieliśmy zasiekę ze ściętych drzew i że trudno im było przez nią przechodzić, a potem się ustawiać, choć nic takiego nie było. A w trzeciej wiadomości kłamali jeszcze bezczelniej, zapewniając świat, jakoby ich kawaleria nasze lewe skrzydło i jazdę zupełnie przewróciła i opanowała baterię, podczas gdy ta nawet blisko ich do siebie nie dopuściła, lecz jedną salwą takie wśród nich wywołała spustoszenie, że w tej samej chwili zawrócili i, zostawiwszy szwadron, który wjechał do nas za front, na pastwę naszym, sami z biedą się odwlekli i zostawili to skrzydło w spokoju.
Dalej kłamali najbezczelniej, że jakoby u nas na prawym skrzydle usypano mnóstwo baterii, jedna za drugą, i że jakoby trzy z nich opanowali, ale wszystkich opanować nie mogli.
Wreszcie, by swoje bezczelne kłamstwo uwieńczyć jeszcze bardziej bezsumiennym, jako pretekst, dlaczego musieli się wycofać, wymyślili rzecz godną śmiechu i taką bajkę, z której doprawdy trzeba się zaśmiewać, a mianowicie, jakoby ich druga linia, zwiedziona gęstością dymu, sama zaczęła strzelać do swojej pierwszej od tyłu, i że ta, dostawszy się w ten sposób między dwa ognie i znosząc jeden ogień z tyłu, od swoich, a drugi z przodu, od nas, oraz ostrzał z ponad 150 dział i moździerzy, nie mogła się dłużej utrzymać i musiała się wycofać, zostawiwszy 11 dział i pobiwszy u nas ponad 10 000, i tak dalej.
Tak i podobnie starali się Prusacy okłamywać cały świat i sami siebie pocieszać w swoim niepowodzeniu. Ale co najdziwniejsze, to i sam król pruski w swoich dziełach, które pozostały po jego śmierci, wspominając o tej bitwie, mówi wprawdzie sprawiedliwiej od wszystkich innych i opisuje ją prawie dokładnie tak, jak przebiegała, jednakże w niektórych punktach również nieco podkłamuje, a mianowicie mówiąc, że mieliśmy zasiekę i że stracili tylko 13 dział, a z ludzi zabitymi, rannymi i wziętymi do niewoli tylko 1400 ludzi – co było równie nieprawdziwe, jak i to, że, wedle jego zapewnienia, ich armia liczyła nie więcej niż 24 000 ludzi. Zresztą bardzo winił on swojego feldmarszałka Lehwaldta za to, że nie zaatakował nas wcześniej, a zwłaszcza w przeddzień, kiedy wychodziliśmy i się ustawialiśmy. Ale Bogu wiadomo, czy udałoby się im wtedy uzyskać nad nami jakąś przewagę, bo byliśmy wtedy do bitwy gotowi i znajdowaliśmy się na znacznie lepszej pozycji; a wszystko to dowodzi, że i samemu królowi doniesiono o wszystkich okolicznościach niezbyt rzetelnie i on sam nie miał o tej bitwie należytego pojęcia.
Ale jakkolwiek by było, Prusakom nie udało się, wedle ich życzenia, nas rozbić, a cała umiejętność ich generałów i dzielność żołnierzy nic a nic im nie pomogła. Losowi spodobało się natomiast, byśmy ich zwyciężyli i przepędzili z powrotem do ich dawnego umocnionego obozu pod Wehlau, dokąd, nie będąc ściganymi, powrócili bez przeszkód.
Okoliczność ta, o ile była miła i radosna dla nas, o tyle przykra dla króla pruskiego, który właśnie w tym czasie znajdował się w bardzo kłopotliwym położeniu.
Przegrana przezeń przeciw cesarskim sławna bitwa pod Kolinem, o której wcześniej była mowa, miała dla niego następstwa bardzo nieprzyjemne. Wspominałem już wyżej, że musiał ze wstydem odstąpić od oblężenia czeskiej stolicy, Pragi, zapomnieć wszystkie swoje wspaniałe i świetne zamysły i nadzieje na rychłe zdobycie całych Czech i myśleć zamiast tego o tym, jak by samemu prędzej i z mniejszą stratą z Czech się wydostać.
W tym zamiarze podzielił swoją armię na dwa korpusy i jeden z nich poprowadził sam z powrotem do Saksonii, a drugi wysłał pod dowództwem swojego następcy tronu, brata ojca obecnego króla pruskiego {Pisane w 1789 roku. Red.}, na Łużyce, by bronić tamtejszego kraju przed najazdem cesarskich. Z pierwszym z tych korpusów wyszedł z Czech i do Saksonii powrócił nader pomyślnie, nie poniósłszy żadnych dalszych strat. Ale armia następcy tronu nie była tak szczęśliwa. Wielka armia cesarska poszła za nią i, mając dobrych wodzów, stanęła tak, że przeszkodziła księciu kontynuować swój pochód ku Gabel. W tej twierdzy znajdował się pruski generał Puttkamer z czterema batalionami załogi. Cesarscy obiegli go tu i zmusili do natychmiastowego poddania się, a ponieważ zajęciem tego miejsca przecięta została księciu komunikacja z jego magazynami znajdującymi się w mieście Żytawie, musiał szukać innej drogi i obchodzić dookoła przez Kamnitz. Ale ten pochód był dla niego nie tylko niezwykle trudny, ale zgubny i kosztowny, bo w tej drodze, nieustannie niepokojony przez cesarskich, postradał mnóstwo ludzi, amunicji i bagażu i omal nie zamorzył głodem całej swojej armii, bo doszło do tego, że przez całe trzy doby nie miała chleba i omal zupełnie nie zginęła, gdyby na szczęście generał Winterfeldt nie dostarczył jej nieco prowiantu z Żytawy. Słowem, książę ten doprowadzony był do takiej ciasnoty, że zamiast iść na Łużyce, musiał pospiesznie wycofać się ku Budziszynowi i w stronę Saksonii.
Tu połączył się z nim król, który był tak niezadowolony z postępowania księcia, że przez pewien czas nie chciał go zaszczycić swoim spojrzeniem i okazywał mu wszelkie oznaki swego gniewu i niełaski.
Jednakże i jemu samemu nie we wszystkim lepiej się wiodło. Wszystkimi wspomnianymi wydarzeniami był tak rozstrojony, że długo nie mógł niczego przedsięwziąć i większą część lata spędził na naprawianiu swojej rozbitej armii i zaopatrywaniu jej we wszystko, co potrzebne.
Wreszcie, na początku sierpnia, zebrawszy rozproszone po różnych miejscach oddziały swoich wojsk, zamierzył był znowu spróbować swego szczęścia przeciw cesarskim i w tym celu ruszył z armią ku Żytawie; ale zastał tu nieprzyjaciela stojącego na tak korzystnej pozycji, że, mimo całej swojej dzielności i umiejętności, nie odważył się przystąpić przeciw niemu do najmniejszego przedsięwzięcia, lecz nic nie zdziaławszy, powrócił znowu do Saksonii, dokąd wzywały go inne i ważniejsze potrzeby; otrzymał bowiem wiadomości, że z jednej strony jego sprzymierzeńcy, Hanowerczycy, po przegranej bitwie z Francuzami, byli już przez nich nazbyt przyciśnięci i że sprawa dochodzi już do tego, że armia albo zginie, albo odda się do niewoli; z drugiej, że zebrała się już i tak zwana armia egzekucyjna Rzeszy, w wielkiej liczbie, pod Norymbergą, i połączywszy się z Francuzami, gotowała się wejść do Saksonii i uderzyć tu na niego; a z trzeciej, że ze Szwecji przeprawiło się przez Morze Bałtyckie siedemnaście tysięcy ludzi na Pomorze i że wojsko to gotowało się wtargnąć do jego ziem. Przeciw wszystkim więc tym nieprzyjaciołom musiał król dawać odpór i wymyślać wszelkie środki do ich odparcia. A ponieważ właśnie w tym czasie otrzymano wiadomość o wkroczeniu i naszej armii do Prus, a wkrótce potem i o samym zwycięstwie, odniesionym przez nas nad jego armią, wszystko to naturalnie wprawiało jego myśli w wielki rozstrój. Nie wiedział, dokąd i w którą stronę przede wszystkim zwrócić największą swoją uwagę, i wszystko to doprowadziło go w końcu do takiego przygnębienia, że oddał się niemal zupełnej już rozpaczy i, nie chcąc widzieć siebie okrytym wstydem i niesławą, zamierzył był już całkiem odebrać sobie życie, o czym jasno świadczą niektóre pisane przez niego do Woltera listy i ułożona przez niego samego na wypadek tego samobójstwa oda.
Oto do jakiego rozpaczliwego stanu doprowadzony był król pruski tego lata i jak dotkliwe były dla niego zwycięstwa odniesione nad nim przez cesarskich i przez nas. Tak liczni nieprzyjaciele, otaczający go ze wszystkich stron silnymi i licznymi armiami, budzili w nim wielką obawę i napędzali mu strachu i grozy. Czuł, że jest wobec nich wszystkich nazbyt słaby i bezsilny, i dlatego nie spodziewał się niczego innego, jak tego, że go nieuchronnie rozbiją i że nie tylko straci wszystko, co zdobył, ale że cesarscy opanują i całą jego Brandenburgię; a co do nas, to zarówno cały świat, jak i on sam nie wątpili wtedy, że my, skorzystawszy z odniesionego nad jego armią zwycięstwa, nie omieszkamy natychmiast opanować całego jego Królestwa Pruskiego i wypędzić z niego resztek jego rozbitej armii. My wszyscy sami myśleliśmy to samo, jednakże rachunek ten czyniono bez gospodarza; Opatrzności niebios spodobało się bowiem urządzić wszystkie wydarzenia zupełnie inaczej i sprawić to, czego nikt żadną miarą nie mógł pomyśleć ani się spodziewać i czemu cały świat niezmiernie się zdziwił.
Wszystko to ujrzycie i usłyszycie, drogi przyjacielu, w dalszym ciągu moich listów, a teraz tego ode mnie nie żądajcie i nie oczekujcie! List mój już nazbyt się rozrósł i pora mi go zakończyć, a ponieważ i materia od tego czasu pójdzie już nieco odmienna, to i stosownie będzie mówić o niej już osobno. Przeto, przerwawszy ten list i zapewniwszy was o niezmienności mojej przyjaźni, pozostaję i tak dalej.
KONIEC CZĘŚCI CZWARTEJ.
(Ciąg dalszy nastąpi.)
ŹRÓDŁO:
Болотов А. Т. Жизнь и приключения Андрея Болотова: Описанные самим им для своих потомков: В 3 т. Т. 1: 1738-1759 / Вс. ст. С. Ронского; Примеч. П. Жаткина, И. Кравцова. -- М.: ТЕРРА, 1993.
Część pominiętych rozdziałów dodano według:
Издание: А. Т. Болотов в Кёнигсберге (Из записок А. Т. Болотова, написанных самим им для своих потомков). Калининград, Кн. Из-во, 1990.
Pozostałe rozdziały dodano według pierwszego wydania „Zapisków” (dodatek do „Russkaja Starina”, 1870).
Przetłumaczono z języka rosyjskiego przy pomocy AI (Claude, Anthropic), październik 2026 r.

