/ Prusy

Narodziny Wielkiego Elektora

Narodziny Wielkiego Elektora

Książę w Prusach i elektor* brandenburski** Fryderyk Wilhelm I Hohenzollern (1620–1688) doszedł do władzy po śmierci ojca w 1640 roku jako bardzo młody człowiek. Znakomite wykształcenie, które odebrał w jednym z ośrodków kalwinizmu, na Uniwersytecie w Lejdzie (Niderlandy), gdzie od czternastego roku życia studiował historię, prawo, politykę i sztukę wojenną, pomogło mu od samego początku panowania działać skutecznie i niezależnie. Liczni utytułowani agenci wpływu państw rywalizujących z Prusami na arenie europejskiej, którzy próbowali wykorzystać jego niedoświadczenie, zostali bez zajęcia. Największym osiągnięciem Fryderyka Wilhelma jest bez wątpienia uzyskanie w 1657 roku suwerenności przez Brandenburgię-Prusy, gdy w wyniku jego energicznej i dobrze przemyślanej polityki Polska zrzekła się swoich praw do Księstwa Pruskiego. Po drodze do tego celu trzeba było rozwiązać jeszcze kilka ogromnych zadań: skupić w swoich rękach pełnię władzy, przywrócić życie wykrwawionym w wyniku wojny trzydziestoletniej (1618–1648), rozproszonym ziemiom prusko-brandenburskim, odrodzić gospodarkę i stworzyć zdolną do walki armię. Wszystko to Fryderykowi Wilhelmowi się udało, za co wdzięczni współcześni zaczęli nazywać go Wielkim (niem. Großer Kurfürst). Po nim tylko jeden pruski monarcha dostąpił podobnego zaszczytu, ale o Fryderyku II opowiemy kiedy indziej.

* Elektor (niem. Kurfürst, dosł. „książę elektor”, od niem. küren – „wybierać, obierać” i Fürst – „książę”) – książę posiadający prawo wyboru króla niemieckiego, a od XIII w. cesarza. Margrabiowie brandenburscy otrzymali ten prestiżowy tytuł na mocy Złotej Bulli z 1356 roku, po czym księstwo zaczęto nazywać elektoratem (niem. Kurfürstentum). Instytucja elektorów przestała istnieć wkrótce po likwidacji Świętego Cesarstwa Rzymskiego Narodu Niemieckiego w 1806 r.

** Marchia Brandenburska (niem. Markgrafschaft Brandenburg, znana także jako Marchia Brandenburgia – niem. Mark Brandenburg) – jedno z księstw Świętego Cesarstwa Rzymskiego, istniejące od 1157 roku do likwidacji cesarstwa. Księstwo ukształtowało się na terenach osadnictwa Wendów, którzy przejęli dziedzictwo plemion Wandalów. Obecnie kraj związkowy Brandenburgia (niem. Land Brandenburg) ze stolicą w Poczdamie wchodzi w skład RFN.

W niedawno opublikowanym artykule „Wielki manewr lodowy” opowiedzieliśmy o kulminacji wojskowej działalności Wielkiego Elektora brandenburskiego Fryderyka Wilhelma, kiedy okazał się on nie tylko dojrzałym, ale wręcz zupełnie niezwykłym wodzem. Tymczasem droga do tego chwalebnego zwycięstwa była długa i bynajmniej nie zawsze triumfalna. Inaczej być nie mogło, ponieważ sytuacja wokół państwa prusko-brandenburskiego i wewnątrz niego w żaden sposób nie sprzyjała reformom podjętym przez elektora.

Analizując działalność jakiejś postaci historycznej, zwykle przeprowadzamy analogie z innymi państwami w innych czasach, porównujemy ją z powszechnie znanymi osobami. Tym bardziej że w radzieckim (a za nim i w rosyjskim) programie szkolnym i w literaturze popularnej postać Fryderyka Wilhelma omawiano zwięźle i raczej negatywnie, z dziwnymi analogiami „pruski absolutyzm – niemiecki militaryzm – hitlerowski faszyzm”. A przecież właśnie absolutyzm był wówczas najbardziej postępową formą ustroju państwa, a militarystą Fryderyk Wilhelm był nie bardziej niż Piotr I czy Napoleon, z którymi porównanie wydaje się najbardziej trafne. Otóż jeśli porównać Fryderyka Wilhelma z utartym wzorcem monarchy-wodza, Napoleonem I Bonapartem, to widać różnicę: Napoleon urodził się, by zostać wielkim strategiem, Fryderyk Wilhelm natomiast sam uczynił się najsłynniejszym wodzem epoki, wkładając w to ogromną ilość sił i energii. Napoleona wyniosły na szczyt nieokiełznane siły rewolucji ludowej, Fryderyk Wilhelm zaś przezwyciężał opór najbardziej wpływowej i aktywnej części ówczesnej ludności Prus – szlacheckiej i mieszczańskiej elity. Najważniejsza różnica polega jednak chyba na tym, że o ile cała Francja nadwerężyła siły, by zapewnić chwałę Napoleonowi, o tyle w przypadku Fryderyka Wilhelma to on sam nie oszczędzał się dla chwały Prus. I tu bardziej na miejscu jest porównanie go z innym monarchą z przydomkiem „Wielki” – Piotrem I. Porównanie ich jako reformatorów pokazuje, że z powodu zupełnie innych okoliczności reformy Wielkiego Elektora nie były tak głębokie, a komponent wojskowy jego działalności przeważał nad cywilnym i administracyjnym. Ale za plecami rosyjskiego cara stał ogromny potencjał bezkresnego kraju, którego nie sposób było porównać ze skromnymi danymi wyjściowymi Prus. I jeśli, według słów poety, Piotr „postawił Rosję dęba”, to Fryderyk Wilhelm nauczył pruskiego konika nie plątać nóg, biegać ustalonymi chodami i ściśle słuchać poleceń jeźdźca.

I tak wychodzi na to, że Fryderyk Wilhelm był trochę Bonapartem, trochę Piotrem I, ale niewątpliwie był właśnie tym człowiekiem, który stworzył Prusy, wyróżniając je spośród licznych innych państw niemieckich. A jego droga zaczęła się od bardzo poważnych problemów, które odziedziczył po poprzednikach.

Fryderyk Wilhelm doszedł do władzy w państwie brandenbursko-pruskim w 1640 roku w wieku dwudziestu lat. W tym momencie państwo składało się z pięciu części: Elektoratu Brandenburgii, Księstwa Pruskiego, Księstwa Kleve, Hrabstwa Mark i okręgu Ravensberg. Wszystkie te części państwa były nie tylko odizolowane od siebie, ale niektóre z nich same miały enklawy w innych księstwach niemieckich. W rezultacie na mapie geograficznej państwo brandenbursko-pruskie wyglądało jak dziewięć nierównych pod względem powierzchni terytoriów. Pod względem ustroju politycznego twór państwowy Brandenburgia-Prusy był w XVII w. monarchią stanową, to znaczy w każdej z wchodzących w jego skład ziem zbierał się organ wybieralny – sejm krajowy (Landtag), który zatwierdzał lub nie zatwierdzał wszystkich ważnych decyzji monarchy dotyczących tych terytoriów. W państwie brakowało jednolitych praw dla wszystkich posiadłości, obowiązywało mnóstwo lokalnych aktów prawnych.


Fryderyk Wilhelm w 1647 rokuFryderyk Wilhelm ma 29 lat. Portret pędzla Adriaena Hannemana (1647).


Sytuacja w państwie u schyłku wojny trzydziestoletniej (1618–1648) była katastrofalna: w Prusach, które w czasie wojen polsko-szwedzkich ogłosiły zbrojną neutralność, odnotowano ubytek ludności rzędu 20% i ogólny upadek gospodarczy, w Elektoracie Brandenburgii pozostała niespełna jedna trzecia ludności, a kraj został przez wojnę dosłownie zrujnowany. Brandenburgię, która opowiedziała się po stronie cesarstwa, grabili zarówno sojusznicy, jak i przeciwnicy. Przy tym, według niektórych danych, to właśnie sprzymierzone wojska Habsburgów i Ligi Katolickiej wyrządziły miastom i wsiom Brandenburgii największe szkody. Fryderyk Wilhelm nie miał żadnych skutecznych narzędzi wojskowych, by temu położyć kres – w 1640 roku dysponował maleńką armią liczącą zaledwie 4000 żołnierzy. Dla porównania powiedzmy, że do pełnej obrony takiej twierdzy jak Królewiec potrzeba ich było około 12–15 tysięcy. Dlatego już w 1641 roku Fryderyk Wilhelm jako pierwszy z niemieckich książąt popierających cesarza ogłosił odmowę walki przeciwko Szwedom. Za nim poszli inni, co doprowadziło w rezultacie do wstępnego pokoju hamburskiego, który oznaczał gotowość głównych mocarstw do zakończenia wojny trzydziestoletniej. Taki zwrot był pierwszym sukcesem politycznym jeszcze nie „Wielkiego” wówczas elektora. Następnym była rekompensata za zrujnowane terytoria na mocy pokoju westfalskiego (1648), zgodnie z którym Brandenburgia otrzymała Pomorze Wschodnie, zniesione arcybiskupstwa Magdeburg i Halle oraz zniesione biskupstwa Minden i Kamień.

Po zakończeniu wojny trzydziestoletniej Fryderyk Wilhelm podjął tytaniczne wysiłki na rzecz stworzenia jednolitego scentralizowanego państwa na ziemiach Brandenburgii i Prus – tego, co już po jego śmierci stanie się Królestwem Prus.

Na tej drodze musiał rozwiązać następujące podstawowe problemy: rozproszenie i spustoszenie terytoriów, lenną zależność Prus od Korony Polskiej, słabość gospodarki i armii (po wojnie została ona zredukowana przez sejm krajowy do 1800 żołnierzy).

Przede wszystkim elektor oddalił ze swojego dworu wszystkich zwolenników cesarstwa Habsburgów i bezwarunkowego zachowania status quo Brandenburgii w cesarstwie. Na doradców zaproszono ludzi czynnych, popierających idee stworzenia nowego, jednolitego i niezależnego państwa. Przy formowaniu nowej elity politycznej postawiono na zwykłą szlachtę i mieszczan.

Na początku jego panowania główne trudności polityczne sprawiały Prusy. Pozycja Hohenzollernów była tam słaba jeszcze od czasów regencji, stany formalnie uznawały nad sobą władzę książęcą, ale rzeczywistą władzę w księstwie miała szlachecko-mieszczańska elita, reprezentowana przez mianowanych radców i przewodniczących rad miejskich miast nad Pregołą. W Królewcu ukształtowała się swego rodzaju oligarchia, która w razie sporów z elektorem natychmiast odwoływała się do króla polskiego jako zwierzchnika lennego księcia. W ogóle miejscowa szlachta dążyła do utworzenia w księstwie tak zwanej „republiki szlacheckiej”, być może nawet z przejściem bezpośrednio pod jurysdykcję króla polskiego. Wobec słabości swej władzy Fryderyk Wilhelm początkowo nie mógł niczego przeciwstawić takim nastrojom. Aby ją wzmocnić, potrzebna była zdolna do walki armia, a tę można było zyskać jedynie, budując silną gospodarkę. Dlatego Fryderyk Wilhelm rozwinął program uzupełnienia ludności państwa i zaprosił do kraju wszystkich prześladowanych z powodów religijnych. A przy okazji i wszystkich innych, którzy w rodzinnych stronach nie mieli perspektyw. Na wezwanie odpowiedzieli francuscy hugenoci, Holendrzy, Szwajcarzy, mieszkańcy wielu ziem niemieckich. Później zaproszono Żydów. W Prusach i Brandenburgii przyznano im bezprecedensowe w Europie prawa i gwarancje.

Państwo brandenbursko-pruskie stawało się najbardziej tolerancyjnym krajem Starego Świata.

Na drodze do stworzenia własnej silnej armii Fryderyk Wilhelm podjął następujące kroki: w 1644 roku armia Brandenburgii-Prus stała się regularna, najemnicy zostali albo przyjęci na stałe, albo rozpuszczeni, a dalej armię uzupełniano w drodze dobrowolnego werbunku. W 1651 roku elektor podporządkował wszystkie garnizony twierdz i pozostałe jednostki wojskowe jednemu naczelnemu dowódcy, baronowi von Sparrowi, a sam stanął na czele armii polowej. W ten sposób wykluczono możliwość przebywania na terytorium państwa jakichkolwiek formacji zbrojnych niepodlegających centralnemu dowództwu. Następnie, w 1653 roku, zwołał sejm krajowy w Berlinie i próbował uzyskać zgodę na powiększenie armii kosztem podatków. Spotkał się jednak z odmową. Zwiększenia wydatków na armię odmówili także pruscy junkrzy (warstwa wielkich właścicieli ziemskich) i rady miejskie. Wtedy Fryderyk Wilhelm wykonał chytry ruch: aby okiełznać elity, zawarł z nimi układ. Szlachcie potwierdzono wszystkie jej przywileje, w kraju wprowadzono poddaństwo, nie tak surowe jak w Rosji, ale przewidujące jednak podporządkowanie gmin właścicielom ziemskim i przekazanie tym ostatnim władzy sądowniczej, funkcji samorządu lokalnego i organów porządkowych na podległych im terenach, a także ustalanie wymiaru pańszczyzny, czynszów i danin. W zamian monarcha otrzymywał pełnię władzy państwowej i zgodę na wprowadzenie nowych podatków na utrzymanie armii. W rezultacie w ciągu pięciu lat (do 1658 r.) armia powiększyła się ponad dziesięciokrotnie i osiągnęła liczebność 22 000 żołnierzy.

Czym zatem charakteryzowała się nowa armia brandenburska? Po pierwsze, wysokim poziomem wyszkolenia, nowoczesnym uzbrojeniem, postępową taktyką. Po drugie, silną kadrą oficerską. Gdy tylko pojawiły się pieniądze, Fryderyk Wilhelm zaczął powoływać do służby doświadczonych oficerów z armii Szwecji, Holandii, Danii. Ich doświadczenie bojowe wykorzystywano przy szkoleniu własnych kadr oficerskich. Po trzecie, armia brandenburska była niezwykle zorganizowana i zdyscyplinowana. Regulaminy wykluczały wszelkie grabieże i maruderstwo, proklamowano humanitarne traktowanie ludności cywilnej. Zaopatrzenie armii odbywało się centralnie przez utworzone struktury tyłowe – magazyny. Żołd wypłacano żołnierzom i oficerom rzetelnie i bez opóźnień. Fryderyk Wilhelm i jego generałowie zaczęli stosować postępowe szwedzkie modele taktyczne. Polegały one na tym, że główną i decydującą siłą na polu bitwy była piechota uzbrojona w broń palną. Stawiano właśnie na ogniowe środki rażenia, do czego stosowano szyk liniowy w kilku szeregach. Szeregi te mogły oddawać jednoczesną salwę na trzech poziomach albo serię salw, zmieniając się nawzajem. Salwa z muszkietów, a później z karabinów, była głównym środkiem obrony także przed jazdą, w przeciwieństwie do przestarzałej taktyki, w której środkiem walki z jazdą byli pikinierzy – piechurzy z długimi pikami. W armiach Szwecji i Brandenburgii-Prus również używano pikinierów, ale ich liczba wynosiła od jednej czwartej do jednej trzeciej ogólnej liczby piechurów, podczas gdy w typowych armiach południa Europy pikinierów i muszkieterów było po równo. W ten sposób według szwedzkiego modelu taktycznego pododdział piechoty dysponował znacznie większą siłą ognia. W armii brandenbursko-pruskiej piechocie przydzielono także lekkie haubice polowe, które jeszcze bardziej zwiększyły jej zdolność bojową, w szczególności jej odporność na kawalerię. Ponadto Fryderyk Wilhelm przywiązywał dużą wagę do piechoty konnej – ruchliwych oddziałów piechoty, które przemieszczały się konno, a walczyły w szyku pieszym.

Można stanowczo powiedzieć, że zdolna do walki armia licząca 22 000 żołnierzy wystarczała, by ówczesne państwa europejskie powstrzymywały się od awantur wojennych wobec jej posiadacza. Taka liczba bagnetów wystarczyłaby na stoczenie jednej wielkiej bitwy, choć w razie porażki można było po niej zostać prawie bez nich. A ponadto taka armia mogła być decydującym atutem dla silnego sojusznika. I właśnie to najbardziej kusiło Fryderyka Wilhelma. Gdy twój udział przesądza o losach wielkiej wojny, znacznie większej niż ta, którą mógłbyś prowadzić samodzielnie, twój partner w sojuszu zgodzi się na wszystkie twoje warunki. Takim warunkiem w określonych okolicznościach mogłoby stać się uwolnienie Prus od zależności lennej. Pozostawało tylko doczekać się tych „określonych okoliczności”.

Należy tu ponownie przypomnieć, że począwszy od samego 1466 roku, gdy na mocy II pokoju toruńskiego zakon krzyżacki stał się wasalem Korony Polskiej, władze zakonu nie porzucały planów uwolnienia się od tej zależności.

II pokój toruński

Opatrzony mnóstwem pieczęci oryginał traktatu między Królestwem Polskim a zakonem krzyżackim przechowywany jest w warszawskim Archiwum Głównym Akt Dawnych. Wyżej: fragment obrazu Mariana Jaroczyńskiego „II pokój toruński” (1873).



Oczywiście najprostszym był plan militarnego rewanżu. Jednak po wojnie i aż do zmierzchu Zakonu jego możliwości finansowe były zbyt słabe, by wynająć armię zdolną pokonać polską. Dlatego podejmowano próby wyjścia z wasalstwa w inny sposób. I tak wielki mistrz Henryk Reffle von Richtenberg w 1472 roku wkroczył na drogę bezpośredniej konfrontacji i złożył przysięgę królowi węgierskiemu Maciejowi Korwinowi. Liczono na to, że Węgry pomogą Zakonowi w walce z Polską, a protektorat węgierski nie będzie tak surowy. Jeszcze dalej poszedł jego następca, mistrz Marcin Truchsess von Wetzhausen. Nie tylko złożył przysięgę królowi węgierskiemu, ale w 1478 roku wypowiedział Polsce wojnę. Jednak królowie Polski i Węgier niespodziewanie znaleźli wspólny język. Mistrz musiał przerwać działania wojenne i złożyć przysięgę Koronie Polskiej. Wielki mistrz Jan von Tiefen po objęciu urzędu przez cztery lata unikał przysięgi i złożył ją dopiero w 1493 roku. Szczyt nieposłuszeństwa okazał przedostatni wielki mistrz Fryderyk von Sachsen (Fryderyk Saski). Przed wyborem na wielkiego mistrza nie był nawet bratem zakonnym. Władze zakonu wybrały go spośród innych kandydatów ze względu na znakomitość rodu i wasalstwo wobec cesarza Świętego Cesarstwa Rzymskiego. Dlatego Fryderyk Saski odmówił złożenia przysięgi wasalnej królowi polskiemu, uzasadniając to tym, że jest już wasalem cesarza. Cesarz w pełni poparł go w tej odmowie. A żeby uniknąć przymusu, wielki mistrz wyjechał do swojej Saksonii. Tam przeżył resztę swoich dni, nie stawszy się nigdy lennikiem króla polskiego. Wszystko to było oczywiście piękne jako posunięcie polityczne, ale faktycznie strona polska nadal uważała Zakon za swego wasala i jak gdyby nigdy nic mieszała się w jego sprawy wewnętrzne. Następnie wielkim mistrzem został Albrecht von Brandenburg-Ansbach. Również on został powołany przez Zakon na to stanowisko z zewnątrz. Przyczyną wyboru właśnie Albrechta było jego pokrewieństwo z królem polskim (po kądzieli był prawnukiem Jagiełły) i przynależność do wpływowego w cesarstwie rodu Hohenzollernów. Króla polskiego Zygmunta I nie zraziło ani jedno, ani drugie, i tradycyjnie zaczął żądać złożenia mu przysięgi lennej. Albrecht w duchu Fryderyka Saskiego zaczął wykręcać się od niej pod każdym pretekstem. Równolegle szukał silnych sojuszników do walki z Polską i znalazł ich w osobie wielkiego księcia moskiewskiego Wasyla III. Książę moskiewski bardzo pragnął osłabienia Polski, a wyjście Prus z wasalstwa bardzo by temu sprzyjało. Dlatego Wasyl III obiecał dać pieniądze na wynajęcie 10 000 żołnierzy. Pieniądze zostały przydzielone i wysłane do Królewca, ale z wielu powodów tam nie dotarły. Albrecht zaś w 1519 roku wypowiedział Polsce wojnę. Trwała ona dwa lata, zrujnowała przyległe terytoria przeciwników, legła jarzmem na budżecie, ale nie przyniosła Zakonowi żadnych rezultatów. Z powodu beznadziejności sytuacji Albrecht popadł w depresję i nawet zamierzał zrzec się tytułu wielkiego mistrza. Ale wtedy napotkał naukę Lutra i życie nabrało nowego sensu: zabrał się do tworzenia w Prusach państwa świeckiego z luteranizmem jako religią państwową. Potrzebował pokoju, w czasie którego mógłby wprowadzić protestanckie nabożeństwa i zsekularyzować państwo zakonne. W zamian za takie gwarancje był gotów złożyć hołd królowi polskiemu i na długo odłożyć kwestię samodzielności Prus. Jak się okazało – na 132 lata. Czas, by powrócić do idei uzyskania samodzielności, nadszedł dopiero za panowania Fryderyka Wilhelma.

Okazja, by wykorzystać stworzoną przez niego armię do uzyskania długo oczekiwanej niezależności Prus od Polski, nadarzyła się elektorowi dość szybko. W 1655 roku w Szwecji uznano, że Polska, osłabiona wojną z Rosją, i dynastycznie z nią związana Litwa zajmują zbyt rozległe terytoria, nieodpowiadające ich możliwościom skutecznej obrony. Rozpoczęła się wojna północna 1655–60, czyli potop szwedzki, jak nazywano ją na polskim teatrze działań wojennych. Fryderyk Wilhelm zrozumiał, że dla Prus to wspaniała szansa wyjścia z zależności lennej. Oczywiście można było po prostu ogłosić, że nie podlega już królowi polskiemu, i zerwać przysięgę wasalną. Ale w oczach całego europejskiego świata monarszego wyglądałby wtedy na buntownika i krzywoprzysięzcę, który z prawnego punktu widzenia i tak pozostawał lennikiem, tyle że zbuntowanym. Według zamysłu Fryderyka Wilhelma to król polski miał sam zrzec się praw lennych do Prus.

Początkowo może się wydawać, że elektor, jak to się mówi, płynął z prądem i lawirując wśród wciąż nowych okoliczności, niespodziewanie dla samego siebie zbliżył się do możliwości wyjścia spod władzy Korony Polskiej. We współczesnej historiografii panuje właśnie taki pogląd. Istnieje jednak i inny, z którego wynika, że wszystkimi działaniami Fryderyka Wilhelma kierowała precyzyjna kalkulacja. Nie bez powodu nazywano go „najchytrzejszym lisem Europy”.

Jeśli starannie prześledzić bieg wydarzeń, widać generalną linię znakomitego planu wyjścia z beznadziejnej sytuacji związanej z postanowieniami II pokoju toruńskiego i zależnością lenną Prus. Wszystko wskazuje mniej więcej na takie rozumowanie elektora: jeśli nie można po prostu wyjść z umowy lennej i stać się w istocie równym swemu zwierzchnikowi, to można tego zwierzchnika zmienić. Nie zmienia to twojego statusu, a zatem nie wywoła sprzeciwu europejskich monarchów. Twój status to jedynie wewnętrzna sprawa dawnego i obecnego pana. Rzecz zaaranżowano w najzwyklejszy sposób: król szwedzki wkracza do Prus, wojska polskie nie mogą Prus obronić, księstwo przechodzi w lenno zwycięzcy. Tak też się stało, choć szyki pomieszała polska szlachta, która, zrozumiawszy, że szwedzka ofensywa grozi całkowitą likwidacją samodzielności Polski, zaczęła obiecywać za pomoc wojskową wszelkie korzyści aż po polski tron. Było to bardzo kuszące, ale niestety niewykonalne. Już w pierwszej bitwie ze Szwedami wojska Brandenburgii-Prus poniosły klęskę. Nie czekając na dalszy ciąg niszczycielskich działań wojennych, jeszcze gdy Szwedzi podchodzili pod Królewiec, wysłano do króla szwedzkiego delegatów z prośbą o pokój, który został podpisany w Królewcu 17 stycznia 1656 roku. A 29 czerwca 1656 roku między królem Szwecji Karolem X Gustawem a Fryderykiem Wilhelmem podpisano traktat wasalny. Na jego mocy elektor miał między innymi wystawić przeciwko Polsce czterotysięczną armię, a w razie wspólnego zwycięstwa otrzymać terytoria Warmii, Wielkopolski i Poznania. Karol X nie skąpił nagród, przecież i tak należałyby one do jego wasala. Jednak dla elektora niebezpieczeństwo niepodzielnego panowania Szwecji w regionie przekreślało wszystkie korzyści z tych nabytków. Groziło ono, że na dziesięciolecia Prusy z lennika polskiego staną się lennikiem szwedzkim. Sprawę pogarszało to, że nie tylko Księstwo Pruskie stanęło po stronie Szwecji – do armii króla Karola przyłączali się wciąż nowi polscy i litewscy magnaci i wojewodowie ze swoimi wojskami. Królowi szwedzkiemu przysięgały pojedyncze miasta i całe województwa. W wyniku tego powstały warunki pozwalające przezwyciężyć charakterystyczną cechę wojen owego okresu – ograniczoność planów. Ta reguła, związana ze stosunkowo niewielką liczebnością armii państw europejskich XVII w., działała tylko w warunkach, gdy przeciwnik był gotów walczyć o swoją suwerenność. Ale gdy prosty lud i szlachta sami chętnie idą na służbę do najeźdźcy, pojawia się możliwość całkowitego wchłonięcia terytorium atakowanego państwa. Tym bardziej że polski król Jan II Kazimierz i szwedzki król Karol X Gustaw pochodzili z jednej dynastii Wazów i mogli wzajemnie rościć sobie prawa do tronów drugiego (co, nawiasem mówiąc, było oficjalnie ogłoszoną przyczyną wojny), a zatem inkorporację Polski łatwo było wytłumaczyć konfliktem wewnątrz dynastii, co znacznie ułatwiało szlachcie męki wyboru strony.


Królowie Polski i Szwecji z dynastii Wazów

Przedstawiciele dynastii Wazów – królowie Polski i Szwecji, Jan II Kazimierz (z lewej) i Karol X Gustaw, współcześni i koledzy Wielkiego Elektora, którzy spierali się między sobą o prawo do tronu.


Jednak błyskawicznym sukcesom Karola X Gustawa towarzyszyły niewybaczalne błędy, które ostatecznie doprowadziły do równie błyskawicznego odpływu potopu szwedzkiego. Po pierwsze, nie zdołał zacząć postrzegać Polski jako swego nowego terytorium, a jej mieszkańców jako swoich poddanych; wojska szwedzkie pustoszyły zarówno terytoria niepodporządkowane, jak i obszary, które dobrowolnie przeszły na jego stronę. W rezultacie w tych ostatnich pojawiło się, delikatnie mówiąc, niezadowolenie z nich. Po drugie, nie uwzględniono interesów jeszcze jednego dużego gracza w regionie – Rosji. Gdyby Karol Gustaw połączył wysiłki na rzecz zdobycia Polski z carem Aleksym Michajłowiczem, kwestia istnienia Polski jako takiej byłaby przesądzona. Ale w tym celu trzeba by zapewnić Rosję o obopólnych korzyściach ze zdobycia terytorium polskiego, zaproponować plan jego podziału, a także pójść na kompromis w kwestiach spornych terytoriów we wschodnim Nadbałtyczu, to znaczy po prostu przekazać Rosji ziemie w Inflantach lub Ingrii z zapewnieniem dostępu do Bałtyku. Na tak szerokie gesty szwedzki monarcha nie był gotów.

Dla Rosji zarówno Polska, jak i Szwecja były odwiecznymi rywalami w regionie, dlatego w sposób naturalny wspierała ona słabszą ze stron, walcząc najpierw przeciwko Polsce, potem przeciwko Szwecji, a na koniec znów przeciwko Polsce. Dokładnie tak samo rozumowali Duńczycy, dla których pojawienie się w regionie ogromnego imperium szwedzko-polsko-litewskiego również stanowiłoby wielki problem.

W rezultacie sytuacja wokół Polski stała się niezwykle zagmatwana. Było trzech nieprzejednanych rywali: Polska (z Litwą), Szwecja i Rosja. Każdy z nich grał na siebie, dlatego wszystkie sojusze miały charakter tymczasowy. Stroną zainteresowaną była też Dania, która miała pretensje przede wszystkim do Szwecji, a najmniej do Rosji. Kolejną siłę stanowiło Wojsko Zaporoskie, które z konieczności ciążyło ku Rosji, a za główne niebezpieczeństwo uważało Polskę, ale również zdążyło powalczyć po obu stronach. W wojnę wciągnięte zostały i bardziej odległe państwa – Chanat Krymski poparł Polskę, Siedmiogród i Rumunia natomiast stanęły po stronie Szwecji. Przeciwko Szwecji nastawione były Niderlandy, gdzie także poparto Polskę. A pośrodku tego kłębowiska sprzeczności znajdowały się Prusy, które armie wielkich mocarstw w razie dużej kampanii mogłyby po prostu zadeptać i zrujnować, jak stało się to z Marchią Brandenburską w czasie wojny trzydziestoletniej.

Jednak wojna północna (1655–1660) rozpadła się na pięć głównych teatrów działań wojennych (polsko-szwedzki, rosyjsko-szwedzki, pomorski, duńsko-szwedzki i norweski), a zatem na każdym z nich liczebność armii w bitwach najczęściej nie przekraczała 10–15 tysięcy żołnierzy, tylko niekiedy dochodząc do 25 tysięcy. W centrum tej złożonej partii znajdowała się armia Fryderyka Wilhelma (o łącznej liczebności około 20 000), który wyraźnie zdawał sobie sprawę, że jego udział w wojnie po jednej czy drugiej stronie może radykalnie zmienić bieg wydarzeń na każdym z frontów.

Dlatego gdy zdarzył się niemal cud i polska szlachta od cichego wyzbywania się swojej państwowości przeszła do zdecydowanych działań na rzecz wyzwolenia kraju od szwedzkich najeźdźców, gdy powstał imponujący sojusz antyszwedzki, elektor zrozumiał, że nadszedł czas zmiany sojuszników. Ale zmiany nie byle jakiej, lecz na własnych warunkach, przecież w odróżnieniu od innych sojuszników Polski jego armia miała działać na najważniejszym kierunku. Trzeba powiedzieć, że do decyzji o zerwaniu sojuszu ze Szwedami i przyłączeniu się do Polski Fryderyk Wilhelm doszedł nie od razu. Początkowo strona polska chciała przywrócić Prusy do swego wasalstwa groźbami i siłą. W tym celu wysłano nawet do Prus specjalny korpus Gosiewskiego, któremu przydano oddziały litewskie i jazdę krymskotatarską. Dość imponujące siły liczące prawie 8000 Polaków i Litwinów oraz 2000 Tatarów 8 października 1656 roku rozgromiły w bitwie pod Prostkami armię Prusaków i Szwedów liczącą 4000 żołnierzy. Straty wojsk pruskich nie były śmiertelne, ale po klęsce nastąpiło spustoszenie południowo-wschodnich Prus. Zresztą niepowodzenie to nie złamało woli Fryderyka Wilhelma. Na rokowania z Polską zgodził się dopiero po roku, gdy strona polska była gotowa do ustępstw w sprawie statusu księstwa pruskiego. Podobnie jak w przypadku Szwedów, podpisanie nowego traktatu przeprowadzono w dwóch etapach: 19 września 1657 roku w Wehlau (Znamiensk) i 6 listopada tegoż roku w Bromberg, czyli (po polsku) w Bydgoszczy.

Dwustuletnie marzenie zakonu krzyżackiego, a potem Księstwa Pruskiego, o odzyskaniu suwerenności państwowej zostało spełnione. Ale nawet wtedy elektor nie stał się jeszcze „Wielkim”, choć było to jego najważniejsze osiągnięcie przez wszystkie lata panowania.

Po przejściu Brandenburgii-Prus na stronę Polski wynik wojny był przesądzony. Wojska koalicji polskiej w 1658 roku prowadziły działania na rzecz wyzwolenia Prus Królewskich i do 30 grudnia 1658 roku po półrocznym oblężeniu zdobyły Toruń. W czasie oblężenia Szwecja wykonała manewr armią, desantując 17 czerwca 1658 roku wojska na Mierzei Wiślanej, by ruszyć stamtąd na Królewiec i zmusić Prusy do wyjścia z wojny. Tam jednak Szwedzi napotkali zacięty opór i zrezygnowali z marszu na pruską stolicę.

Do 1660 roku wojna wyczerpała siły i zasoby wszystkich uczestniczących stron. Przystąpienie do wojny Danii, której pomagały Austria i częściowo Anglia, postawiło stronę szwedzką na krawędzi militarnego krachu. W obawie przed naruszeniem równowagi sił na północy Europy do gry włączyła się Francja, w formie ultimatum obiecując rozpoczęcie działań wojennych po stronie Szwecji. Wojna regionalna groziła przerodzeniem się w ogólnoeuropejską. Dlatego wszystkie strony doszły do wniosku, że czas rozpocząć rokowania pokojowe. 3 maja 1660 roku podpisano długo oczekiwany pokój oliwski, który miał uregulować wszystkie sporne kwestie w regionie. Elektor Fryderyk Wilhelm podpisywał go na równi z królami polskim i szwedzkim oraz cesarzem Świętego Cesarstwa Rzymskiego. Pokój oliwski ostatecznie utrwalił status Prus jako państwa niezależnego. Nieco później w Kopenhadze zawarto pokój między Szwecją a Danią.

Uzyskanie przez Prusy suwerenności państwowej nie czyniło ich jeszcze znaczącym mocarstwem europejskim. Zgodnie z oczekiwaniami dał o sobie znać stary problem – szlachecka swawola, rozwinięta w epoce regencji i faktycznych rządów mianowanych i wybieranych urzędników i radców w Prusach. Elita pruska przywykła obywać się bez twardej ręki suwerena. Nawet niezależność od Korony Polskiej ucieszyła bynajmniej nie wszystkie ugrupowania szlacheckie i mieszczańskie. Partia propolska w Królewcu była zawsze silna – króla polskiego można było z powodzeniem wykorzystywać jako najwyższą instancję w sporach z księciem. Tak i po traktatach welawsko-bydgoskich część szlachty wkroczyła na drogę ukrytego i jawnego przeciwstawiania się władzy Fryderyka Wilhelma, a nawet wzmocniła kontakty z dworem polskim. W środowisku szlacheckim dojrzewał spisek, którego celem było ograniczenie uprawnień książęcych. Przy tym w razie niepowodzenia w bezpośrednim konflikcie zakładano unieważnienie traktatu polsko-pruskiego i wystąpienie do króla Polski z prośbą o przyjęcie Prus w skład królestwa, na przykład na zasadzie unii z Litwą. Król polski nosiłby wówczas także tytuł księcia w Prusach i byłby nominalnie zatwierdzany przez sejm krajowy.

Nie trzeba tłumaczyć, że dla Fryderyka Wilhelma idee te były kategorycznie nie do przyjęcia, a zatem walka z nimi rozpoczęła się natychmiast. Jeszcze w czasie wojny północnej, w 1657 roku, wzniósł on na zachodnim skraju Królewca fort Fryderyksburg. Twierdza leżała nad brzegiem Pregoły, tam gdzie znajdowała się zapora bonowa „Holländer Baum”, miała cztery bastiony i możliwość obrony okrężnej. Fort wyraźnie nosił cechy umocnienia o podwójnym przeznaczeniu: z jednej strony chronił miasto przed wtargnięciem floty nieprzyjaciela, z drugiej – kontrolował cały morski ruch towarowy z Królewca. Ponadto bezsensowne stawały się próby zamknięcia się w mieście za wałami przed armią elektora. Miejscowi krajoznawcy w swoich studiach często zwracają uwagę na to, że armaty fortu były skierowane na miasto jako jednoznaczne ostrzeżenie dla rad miejskich. Jednak odległość od fortu do centrów trzech miast nad Pregołą wynosiła 1000–1500 m, co pozwalało trzymać je jedynie pod symbolicznym celownikiem armat. Na taką odległość ówczesne działa mogły wystrzelić pełną kulą laną, ale nie granatem ani bombą. Strzelać przy tym trzeba by torem stromym, a zatem liczyć można było w najlepszym razie na efekt psychologiczny.


Fort Fryderyksburg na planie KrólewcaFort Fryderyksburg (obwiedziony na czerwono) na planie Królewca z XVIII wieku. Do naszych czasów zachowała się jedynie jego potężna brama, w której mieści się centrum historyczno-kulturalne „Okrętowe Zmartwychwstanie”.

Zasadnicza walka z nieposłuszną szlachtą pruską rozpoczęła się już po zakończeniu wojny północnej. Przy tym w swojej polityce wewnętrznej Fryderyk Wilhelm stał wyłącznie po stronie szlachty, lecz wymagał od niej bezwarunkowego uznania swej najwyższej władzy.

Prawa szlachty i częściowo rad miejskich w samorządzie lokalnym zostały bezprecedensowo rozszerzone. Nie dopuszczano jednak ingerencji w sprawy państwowe, politykę zagraniczną i zarząd wojskowy, poza służbą szlachty w organach państwowych. Przy tym ogólnie polityka elektora była niezwykle korzystna dla szlachty służebnej, co wielu z jej przedstawicieli doceniło.

Niemniej jednak w Królewcu wyłoniło się dwóch przywódców opozycji: spośród radców cywilnych – Hieronim Roth (1606–1678), spośród wojskowych – generał-lejtnant hrabia Albrecht von Kalckstein (1592–1667). Obaj uważali działania Fryderyka Wilhelma zmierzające do wyjścia z zależności lennej od Polski za nielegalne, ponieważ nie zostały zatwierdzone przez pruski sejm krajowy. Opozycjoniści rozwinęli burzliwą działalność zaraz po zakończeniu wojny północnej. W swoich odezwach do szlachty pruskiej domagali się rewizji warunków pokoju oliwskiego i porozumień z 1657 roku, a także agitowali za uznaniem przez stany protektoratu polskiego. Jedną z przyczyn tej agitacji stały się podatki, którymi Fryderyk Wilhelm obłożył miasta. Podatki były potrzebne na utrzymanie silnej armii. Nie żeby były niebotycznie wysokie, przeciwnie, zostały starannie obliczone i uporządkowane. Ale ponieważ temat podatków był bliski wszystkim, głupotą byłoby go nie wykorzystać. Rady miejskie zamierzały po prostu zignorować pobór podatków i zobaczyć, jak zareaguje na to władza zwierzchnia.

Jako pierwszego Fryderyk Wilhelm aresztował w 1661 roku Albrechta von Kalcksteina. Zresztą gdy generał przysiągł, że nie będzie więcej występował przeciwko elektorowi, został ułaskawiony i spędził pozostałe lata w rodowym majątku Knauten (osiedle Prudki w rejonie bagrationowskim). Hieronim Roth natomiast tylko wzmógł swoją aktywność, pojechał na audiencję do króla polskiego do Warszawy, gdzie opowiedział mu, że stany królewieckie pragną widzieć go władcą Prus. Takie działania wprawiły Jana Kazimierza w głęboką konsternację, ale doskonale rozumiał on, że zrujnowana wojną Polska nie jest w stanie podjąć żadnych realnych kroków w celu odzyskania księstwa. O wyjeździe Rotha do Polski dowiedział się elektor i uznał te działania już nie za politykę, lecz za zdradę stanu. W 1662 roku z korpusem liczącym 2000 żołnierzy wkroczył do Królewca i aresztował Rotha. Wezwanie do interwencji i zmiany władzy w tamtych czasach jednoznacznie groziło karą śmierci, ale Fryderyk Wilhelm okazał zdumiewającą wielkoduszność. Przewiózł zdrajcę do Marchii Brandenburskiej i osadził w więzieniu w mieście Peitz w godnych warunkach. Przy tym Rothowi powiedziano, że w razie przyznania się do winy, rezygnacji z dalszego oporu i złożenia prośby o ułaskawienie prośba ta zostanie spełniona. Roth odrzucił te warunki. Co więcej, wkrótce został przyłapany na przekazywaniu swoim stronnikom listów wymierzonych w elektora. Dopiero po tym przeniesiono go do zwykłych warunków więziennych i pozostał w zamknięciu do końca swoich dni.

Ale partia antybrandenburska w Prusach nie została jeszcze ostatecznie rozbita. Walkę z elektorem kontynuował jeden z synów Albrechta von Kalcksteina – Krystian Ludwik (1630–1672). On również był wojskowym w stopniu pułkownika, niechęć do władzy elektorów brandenburskich w Prusach wyssał od ojca, a w swoich działaniach poszedł dalej niż pozostali jego wspólnicy. Po śmierci ojca w 1667 roku krewni w sporze o spadek wydali Krystiana Ludwika elektorowi jako zdrajcę. W 1668 roku został aresztowany i skazany na dożywotnie więzienie, ale natychmiast ułaskawiony i skończyło się na grzywnie. Niczego go to nie nauczyło. W 1670 roku pułkownik uciekł do Warszawy, gdzie wystąpił przed sejmem polskim z mową o konieczności siłowego rozwiązania kwestii włączenia Prus do Polski. Stamtąd też słał do Prus odezwy z wezwaniem do niepodporządkowywania się władzy elektora i obietnicami, że wkrótce nadejdzie pomoc z Polski. Fryderyk Wilhelm w tym samym czasie zwoływał sejm krajowy w sprawie podwyższenia podatku na utrzymanie armii. Agitacja pułkownika Kalcksteina wśród stanów pruskich groziła pokrzyżowaniem tych planów. Dlatego przeprowadzono operację specjalną godną powieści Aleksandra Dumasa.

Zbuntowany pułkownik został porwany w polskiej stolicy i wywieziony na terytorium Prus zawinięty w dywan. Kalcksteina dostarczono do Memel (Kłajpedy), gdzie został przesłuchany z zastosowaniem tortur i skazany przez specjalny trybunał na karę śmierci. Wyrok wykonano 8 listopada 1672 roku. Nawiasem mówiąc, była to jedyna egzekucja z pobudek politycznych przez całe 48 lat panowania Wielkiego Elektora.

W tym czasie sam elektor miał już ponad pięćdziesiąt lat. Rozwiązane zostały cztery najważniejsze zadania: przezwyciężono zniszczenia ziem w wyniku wojny trzydziestoletniej, scentralizowano władzę, stworzono zdolną do walki armię, osiągnięto suwerenność Prus. Pozostało jedno – ziemie Brandenburgii i Prus nadal były terytoriami rozdzielonymi ziemiami należącymi do Polski. Między nimi leżały ziemie Prus Królewskich i Pomorza Wschodniego (Pomorza Gdańskiego), utracone przez zakon krzyżacki w wyniku II pokoju toruńskiego. Zadanie ich odzyskania na pierwszy rzut oka nie wyglądało na nierozwiązywalne – Polska coraz bardziej słabła, stopniowo tracąc status lidera regionalnego. Ale w przeciwwadze do tego największe mocarstwa Europy, przede wszystkim Francja i Anglia, zaczęły brać na siebie rolę europejskiego policjanta, czuwającego nad równowagą sił w regionach i kategorycznie niedopuszczającego do jej naruszenia na korzyść tej czy innej strony. Mimo to Fryderyk Wilhelm uważał, że zakrojona na szeroką skalę kampania wojskowo-polityczna na rzecz zdobycia terytoriów rozdzielających Prusy i Brandenburgię może się powieść, jeśli zebrać koalicję zainteresowanych państw – Brandenburgii-Prus, Rosji i Szwecji. Wprawdzie o ile sojusz Brandenburgii z Rosją wydawał się całkiem logiczny, o tyle antagonizm w parach Rosja–Szwecja i Szwecja–Brandenburgia był oczywisty. Czyli teoretycznie Szwecję można było skłonić do wystąpienia przeciwko Polsce, powiedzmy, w zamian za ustępstwa terytorialne. Zresztą do koalicji można było przyciągnąć także inne państwa, na przykład Danię lub Holandię. Właśnie dlatego w przeciwwadze do imperialnych ambicji Francji i Anglii ukształtował się dość trwały sojusz Danii, Holandii i Brandenburgii-Prus.

Nowy konflikt zbrojny rozpoczął się dla Brandenburgii właśnie w 1672 roku od Holandii. W ogóle Europa w XVII wieku była prawdziwym wrzącym kotłem wojen i konfliktów, które praktycznie nie wygasały, zmieniały się tylko teatry działań wojennych. Przy tym zarysowało się kilka stałych ognisk napięcia. Jedno już wyżej wspomnieliśmy – to obszar południowego i wschodniego Nadbałtycza, gdzie wzajemne roszczenia terytorialne miały wielowiekową historię. Drugim stała się północ Francji i Holandia. Francja od dawna z irytacją patrzyła na wszystko, co działo się w Holandii. Po pierwsze dlatego, że Holendrzy wspierali współwyznawców-hugenotów w samej Francji. Po drugie dlatego, że sukcesy Holendrów w budowie kapitalizmu i gospodarki rynkowej kolidowały z interesami gospodarczymi królestwa francuskiego. Po trzecie dlatego, że król francuski pamiętał, iż prawnie (jeśli pogrzebać w starożytnych manuskryptach) miał prawo lenne do ziem holenderskich. Dla Holandii sytuację komplikowało jeszcze to, że jej dawni tradycyjni sojusznicy w konfrontacji z Francją – Szwecja i Anglia – wystąpili z sojuszu, a nawet zaczęli skłaniać się ku przymierzu z nią. Po stronie Holandii stanęła Brandenburgia, wystawiając do udziału w wojnie armię liczącą 20 000 żołnierzy. Pomoc Brandenburgii przyszła bardzo w porę, biorąc pod uwagę, że Francja tajnymi rokowaniami i porozumieniami wyłączyła z wojny tradycyjnych sojuszników Holandii – Szwecję i Anglię, a Austria nie mogła pomóc Holandii z powodu swojej wojny z Turkami. Wsparcia Holandii udzieliły także Hiszpania i niektóre księstwa niemieckie. Przy tym Francja i jej zagraniczne korpusy sojusznicze dysponowały ogromną jak na tamte czasy armią, sięgającą 160 000 ludzi. Mimo to podjęte przez Holendrów środki obronne, aż po zatopienie terenu, przez który miał nacierać przeciwnik, pokrzyżowały plany Francji na szybkie zwycięstwo. I wtedy Francuzi postanowili wyeliminować Brandenburgię z gry. W tym celu przekonali Szwedów do rozpoczęcia inwazji na Brandenburgię. I gdy do elektora zaczęły napływać meldunki o zwiększaniu liczby żołnierzy na Pomorzu Szwedzkim, początkowo nie chciał wierzyć, że Szwecja bez poważnych podstaw może naruszyć postanowienia pokoju oliwskiego.

Tymczasem Szwedzi przekroczyli granicę między Pomorzem Szwedzkim a Brandenburgią. W ciągu kilku miesięcy od listopada 1674 roku, mając przytłaczającą przewagę wojskową, bez większego oporu zajęli znaczną część Marchii Brandenburskiej. Armią szwedzką dowodził feldmarszałek Karol Gustaw Wrangel (1613–1676), znany Fryderykowi Wilhelmowi jeszcze z czasów potopu szwedzkiego. Przy czym elektor zdążył poznać go zarówno jako sojusznika, jak i przeciwnika. Wieści o szwedzkiej agresji dotarły do Fryderyka Wilhelma w Holandii, lecz mimo chęci natychmiastowego wystąpienia przeciwko Szwedom, kierując się zdrowym rozsądkiem, odłożył wyprawę do końca wiosny. Po pierwsze, nie można było ogołocić frontu przeciw Francji, ponieważ doprowadziłoby to do katastrofy w całej wojnie francusko-holenderskiej. Po drugie, elektor dysponował armią mniej więcej równą siłom szwedzkim w Brandenburgii. Zimowy marsz na taką odległość wyeliminowałby co najmniej jedną czwartą żołnierzy, co było zupełnie nie do przyjęcia. Po trzecie, trzeźwo oceniając sytuację, rozumiał, że zima przeszkadza także Szwedom. Biorąc pod uwagę zimową pogodę i zdolności obronne twierdz, zdołają zdobyć zaledwie kilka z nich, a główna kampania rozpocznie się wiosną. Ale gdy tylko nastało ciepło, niezwłocznie rozkazał zdjąć armię z holenderskiego teatru działań wojennych i w maksymalnym tempie wracać do ojczyzny. Ponieważ takie przerzucenie wojsk według wszystkich regulaminów zajęłoby co najmniej dwa miesiące, rozkazano nie czekać na zaopatrzenie z tyłów (magazyny), lecz wszystko, co niezbędne, kupować po drodze od miejscowej ludności. Ponadto zorganizowano oddział przedni złożony z ponad pięciu tysięcy kawalerzystów i około tysiąca piechurów, który dotarł do Magdeburga w zaledwie dwa tygodnie, pokonując drogę 250 km.

Wszystkie dalsze wydarzenia bez żadnej fikcji literackiej ozdobiłyby każdy historyczny film przygodowy, przy czym widz odniósłby wrażenie, że scenarzyści przesadzili z fabułą.

Tak więc w Magdeburgu Fryderyk Wilhelm przeliczył przybyłe tam z nim wojska – mógł liczyć na 5600 jeźdźców i 1000 piechurów przy 13 działach. To mniej więcej dwa razy mniej niż u przeciwnika. Ale dowództwo szwedzkie oczekuje armii elektora w najlepszym razie za dwa miesiące – taka była wówczas szybkość marszów pieszych. Szwedzi rozlokowali się małymi garnizonami w miastach i twierdzach. I dlatego Fryderyk Wilhelm postanawia zaatakować miasto Rathenow, położone w centrum zajętego przez Szwedów terytorium i stanowiące węzeł dróg łączący szwedzkie garnizony. „Przerwać łączność i kierowanie pododdziałami”, „rozciąć zgrupowanie przeciwnika i rozbić je w częściach” – wszystko to brzmi jak dyrektywy i komunikaty frontowe z zupełnie innych czasów, kiedy takie metody stały się klasyką. Zresztą i dalej w działaniach Fryderyka Wilhelma zobaczymy całkiem nowoczesne metody operacji wojskowych.

Dowodzenie szturmem Rathenow powierzono doświadczonemu feldmarszałkowi Georgowi Derfflingerowi, który walczył w tych stronach jeszcze w latach wojny trzydziestoletniej. Biorąc pod uwagę, że piechoty i dział było wyraźnie za mało do pełnego oblężenia i szturmu, postanowiono uciec się do podstępu wojennego. Armia elektora potajemnie, unikając głównych dróg, przeprawiła się przez Łabę i 24 czerwca znalazła się w okolicach Rathenow. Wywiad skontaktował się z magistratem miejskim i przekazał urzędnikom miejskim zadanie wydania uroczystego bankietu dla oficerów szwedzkich. Korzystając z tego, że w garnizonie nie został ani jeden trzeźwy oficer, Derfflinger przebrał się w szwedzki mundur i przekonał wartę do otwarcia bramy. Na nieszczęście dla Szwedów Derfflinger był najwidoczniej niezłym aktorem. Gdy warta otworzyła na oścież bramę, los zaskoczonego garnizonu Rathenow był przesądzony.

Wszystkie rachuby elektora okazały się trafne. Gdy w jednej z części rozczłonkowanej armii szwedzkiej, stacjonującej obozem w Brandenburgii, dowiedziano się o niespodziewanym pojawieniu się przeciwnika i zajęciu przez niego Rathenow, dowódcom puściły nerwy. Szwedzi nie wiedzieli nic – ani liczby żołnierzy, z którymi niespodziewanie zjawił się elektor, ani tego, jakie miasta zdążyli już zająć, ani dalszych planów Fryderyka Wilhelma. Mimo że nawet połowa armii szwedzkiej liczebnie nie ustępowała armii Brandenburgii, Szwedzi, przestraszywszy się okrążenia, rozpoczęli odwrót z przygotowanej do obrony pozycji w kierunku miasta Fehrbellin w nadziei na połączenie armii. Oddziały przednie elektora wkrótce dogoniły szwedzką straż tylną i w krótkiej potyczce ją rozbiły. Dowiedziawszy się, że walki straży tylnej nie zmusiły Szwedów do zatrzymania się i przygotowania do walnej bitwy, Fryderyk Wilhelm rozkazał zorganizować pościg siłami 1600 jeźdźców, nie wdawać się w decydujący bój, ale nieustannie niepokoić cofające się wojsko drobnymi potyczkami. Kilka dni takiego odwrotu wyczerpało wojsko szwedzkie, a ponadto zwiadowcy zniszczyli przed cofającymi się Szwedami most na Rhinie. Szwedzi byli zmuszeni stoczyć walną bitwę. Nawiasem mówiąc, tym szwedzkim zgrupowaniem dowodził przyrodni brat feldmarszałka Wrangla – Wolmar (1641–1676).

Trzeba powiedzieć, że według wszelkich kanonów w tej bitwie powinni byli zwyciężyć Szwedzi. Jak wspomniano wyżej, siły przeciwników pod względem liczby żołnierzy były mniej więcej równe, ale Szwedzi mieli dwa razy więcej dział (28 przeciwko 13 lub 14). Ponadto armia szwedzka zajęła pozycje obronne, a nacierać musieli Brandenburczycy. W takiej sytuacji do udanego ataku potrzebna była odczuwalna przewaga liczebna. Fryderyk Wilhelm zaś nie tylko nie miał tej przewagi, ale występowała też wyraźna dysproporcja między piechotą a kawalerią na korzyść tej ostatniej. A przecież w XVII wieku piechotę uważano za główną siłę na polu bitwy, a kawalerię za pomocniczą. Ale na radzie wojennej Fryderyk Wilhelm i Georg Derfflinger nalegali, że Szwedów trzeba bić teraz, póki są zdezorientowani i zdezorganizowani. Zdezorientowanie Szwedów potwierdzało to, że prowadząc rekonesans terenu, przeoczyli dominujące wzniesienie na swoim prawym skrzydle. Ten pagórek Fryderyk Wilhelm zajął pod swoją pozycję artyleryjską. W bitwie stoczonej 28 czerwca 1675 roku Fryderyk Wilhelm wybrał taktykę niemal naprzemiennych uderzeń kawalerii na oba skrzydła Szwedów, które miały zdezorganizować szwedzki szyk i stworzyć groźbę okrążenia. Plan w pełni się sprawdził. Ponadto na lewym skrzydle wojska brandenburskiego swoje słowo powiedziała dobrze rozmieszczona bateria. Szwedzi początkowo dzielnie się bronili, ale lokalna przewaga sił na skrzydłach zrobiła swoje. Kawaleria brandenburska zepchnęła szwedzkie szwadrony prosto na ich własną piechotę, która z tego powodu nie mogła przyjąć przeciwnika gęstym ogniem. Wojsko szwedzkie zachwiało się i zaczęło się cofać, stopniowo przechodząc w ucieczkę. Straty Szwedów w zabitych i jeńcach wyniosły 3000 żołnierzy i piętnastokrotnie przewyższyły straty armii elektora.


Wielki Elektor w bitwie pod FehrbellinWielki Elektor i generał Derfflinger w czasie bitwy pod Fehrbellin.

Gdyby w bitwie pod Fehrbellin uczestniczyło mniej więcej trzy razy więcej wojsk, starcie to stałoby się najsłynniejszym w historii Europy XVII wieku. Ale w historii Niemiec bez wątpienia zostawiło swój ślad. Historycy niemieccy twierdzą, że właśnie po tym rozgromieniu Szwedów Fryderyka Wilhelma oficjalnie zaczęto nazywać „Wielkim Elektorem”. Był to pierwszy przydomek „Wielki” w tytułach monarchów niemieckich. Drugi i ostatni otrzymał król Fryderyk II. Dzień zwycięstwa pod Fehrbellin obchodzono w Niemczech jako święto aż do I wojny światowej.

Mapa bitwy pod FehrbellinMapa bitwy pod Fehrbellin.


Po klęsce pod Fehrbellin armia szwedzka rozpoczęła ogólny odwrót. Zwycięstwo Brandenburgii dodało otuchy Duńczykom i wkrótce przyłączyli się oni do wojny przeciwko Szwedom, przypomniawszy sobie o niegdyś utraconych terytoriach, należących obecnie do Korony Szwedzkiej. Wojna szybko przeniosła się na terytorium Pomorza Szwedzkiego. Już jesienią 1675 roku wyzwolono miasta Stettin (obecnie polski Szczecin), Wismar i szereg mniejszych. Następnie wojna przybrała charakter przewlekły i toczyła się zarówno na lądzie, jak i na morzu, gdzie Szwedom przeciwstawiała się flota duńsko-holenderska.

W czasie tej wojny wydarzyła się historia opisana w artykule „Wielki manewr lodowy”. A potem był dotkliwy „prztyczek w nos” od Francji, która nie dopuściła do włączenia zajętych w czasie wojny ze Szwecją terytoriów w skład Prus. Wojna ze Szwecją stała się ostatnią wielką kampanią Wielkiego Elektora. Wojsko brandenburskie zdążyło jeszcze wziąć udział w składzie armii cesarskiej w wielkiej wojnie tureckiej (1683–1699), ale jego rola nie była tam tak znacząca, a wojna zakończyła się już po śmierci samego Fryderyka Wilhelma.

Przez 48 lat panowania Wielkiego Elektora państwo brandenbursko-pruskie nie znajdowało się w stanie wojny jedynie przez 22 lata. Przy tym niekiedy Fryderyk Wilhelm prowadził trzy wojny jednocześnie. Historycy naliczyli w tym okresie 103 bitwy (boje, oblężenia, potyczki), z których za wygrane uważa się 66, za przegrane 23, a kolejne 24 otrzymały status nieokreślony. Przy tym Fryderyk Wilhelm nie był utalentowanym wodzem, był natomiast pilnym uczniem i bardzo energicznym człowiekiem, doskonale rozumiejącym, że sukcesy wojskowe i polityczne są wynikiem całego kompleksu przedsięwzięć. Przejąwszy pod koniec wojny trzydziestoletniej zrujnowane i rozdrobnione terytoria, przekazał je następcy w postaci ukształtowanego państwa, w pełni gotowego do przekształcenia się w pełnoprawne królestwo. Oczywiście, jak wielu monarchów europejskich, dla osiągnięcia swoich celów nie oszczędzał ani siebie, ani swoich poddanych. Można powiedzieć, że położył podwaliny pod tradycje osławionego „pruskiego militaryzmu” i „pruskiego drylu”, a kraj ku świetlanej przyszłości prowadził wyłącznie środkami przymusu. Ale w tamtych czasach było to zjawisko całkowicie normalne, zasługujące na aprobatę społeczną. Tymczasem przy całej swojej bezkompromisowości w budowie wojska Fryderyk Wilhelm uczynił z Prus obszar tolerancji i swobody wyznania. Tu nie urządzano pogromów Żydów, nie wyrzynano nocami przedstawicieli innego wyznania, nie szturmowano miast dlatego, że zaszyli się w nich „heretycy i bluźniercy”. Przeciwnie, tu czekano na tych, którzy u siebie w ojczyźnie byli poddawani podobnym prześladowaniom, a tradycja ta trwała także po śmierci Wielkiego Elektora. Nawiasem mówiąc, przodkowie Immanuela Kanta (po mieczu) przesiedlili się do Prus z Litwy właśnie w czasach panowania Fryderyka Wilhelma.


Przetłumaczono z języka rosyjskiego przy pomocy AI (Claude, Anthropic), październik 2026 r.