Twer, 18 maja 1789
Rozstałem się z wami, moi drodzy, rozstałem się! Serce moje przywiązane jest do was wszystkimi swymi najczulszymi uczuciami, a ja bezustannie się od was oddalam i będę się oddalał!
O serce, serce! Któż wie, czego ty chcesz? — Ileż lat podróż była najmilszym marzeniem mojej wyobraźni? Czyż nie w zachwycie powiedziałem sobie: nareszcie pojedziesz? Czyż nie budziłem się co rano z radością? Czyż nie zasypiałem z przyjemnością, myśląc: pojedziesz? Jak długo nie mogłem o niczym myśleć ani niczym się zajmować prócz podróży? Czyż nie liczyłem dni i godzin? Lecz — gdy nadszedł upragniony dzień, posmutniałem, wyobraziwszy sobie po raz pierwszy żywo, że przyjdzie mi rozstać się z najmilszymi dla mnie ludźmi na świecie i ze wszystkim, co, że tak powiem, składało się na moje bytowanie moralne. Na cokolwiek spojrzałem — na stół, przy którym przez kilka lat przelewałem na papier swe niedojrzałe myśli i uczucia, na okno, pod którym przesiadywałem zasmucony w napadach melancholii i gdzie tak często zastawało mnie wschodzące słońce, na gotycki dom, miły przedmiot moich oczu w godzinach nocnych — słowem, wszystko, co trafiało mi przed oczy, było dla mnie drogocenną pamiątką minionych lat mego życia, nieobfitego w czyny, ale za to obfitego w myśli i uczucia.
Z rzeczami bez duszy żegnałem się jak z przyjaciółmi; i właśnie w chwili, gdy byłem tak rozczulony i wzruszony, przyszli moi ludzie, zaczęli płakać i prosić, bym ich nie zapomniał i wziął znów do siebie, gdy wrócę. Łzy są zaraźliwe, moi drodzy, a zwłaszcza w takim wypadku.
Lecz wy jesteście mi zawsze milsi, a z wami trzeba się było rozstać. Serce moje tyle czuło, że zapominałem mówić. Ale cóż wam opowiadać! — Chwila, w której się żegnaliśmy, była taka, że tysiąc miłych chwil w przyszłości ledwie mi ją wynagrodzi.
Kochany Ptrw. odprowadził mnie do rogatki. Tam uściskaliśmy się i po raz pierwszy ujrzałem jego łzy; tam wsiadłem do kibitki, spojrzałem na Moskwę, gdzie zostawało dla mnie tyle miłego, i rzekłem: żegnaj! Dzwoneczek zadzwonił, konie pomknęły... i przyjaciel wasz osierociał na świecie, osierociał w duszy swojej!
Wszystko, co minęło, jest snem i cieniem: ach! gdzie, gdzie są godziny, w których tak dobrze bywało memu sercu pośród was, moi drodzy? — Gdyby człowiekowi, nawet najszczęśliwszemu, nagle odsłoniła się przyszłość, serce jego zamarłoby z przerażenia, a język oniemiałby w tej samej chwili, w której zamierzał nazwać siebie najszczęśliwszym ze śmiertelnych!..
Przez całą drogę nie przyszła mi do głowy ani jedna radosna myśl; a na ostatniej stacji przed Twerem smutek mój tak się wzmógł, że w wiejskiej karczmie, stojąc przed karykaturami królowej francuskiej i cesarza rzymskiego, chciałbym był, jak mówi Szekspir, wypłakać swoje serce. Tam właśnie wszystko, co pozostawiłem, ukazało mi się w tak wzruszającej postaci. — Ale dość, dość! Znów robi mi się nadmiernie smutno. — Bywajcie! Daj wam Boże pociechę. — Pamiętajcie o przyjacielu, lecz bez żadnego żałosnego uczucia!
St. Petersburg, 26 maja 1789
Spędziwszy tu pięć dni, moi przyjaciele, za godzinę wyjeżdżam do Rygi.
W Petersburgu nie było mi wesoło. Przyjechawszy do swego D*, zastałem go w skrajnym przygnębieniu. Ten godny, miły człowiek {Nie ma go już na tym świecie.} otworzył przede mną swoje serce: jest ono czułe — on jest nieszczęśliwy!.. „Moje położenie jest zupełnie przeciwne twojemu — rzekł z westchnieniem — twoje największe pragnienie się spełnia: jedziesz, by się rozkoszować i weselić; ja zaś pojadę szukać śmierci, która jedna może zakończyć moje cierpienie”. Nie śmiałem go pocieszać i poprzestałem na serdecznym współczuciu w jego zgryzocie. „Ale nie myśl, mój przyjacielu — rzekłem mu — że widzisz przed sobą człowieka zadowolonego ze swego losu; zyskując jedno, tracę drugie i żałuję”. — Obaj razem z całego serca żaliliśmy się na nieszczęsny los rodzaju ludzkiego albo milczeliśmy. Wieczorami przechadzaliśmy się po Ogrodzie Letnim i zawsze więcej myśleliśmy, niż mówiliśmy; każdy myślał o swoim. Przed obiadem bywałem na giełdzie, by widywać się ze znajomym Anglikiem, przez którego miałem otrzymać weksle. Tam, patrząc na okręty, wpadłem na myśl, by jechać wodą, do Gdańska, Szczecina albo Lubeki, aby prędzej znaleźć się w Niemczech. Anglik radził mi to samo i wyszukał kapitana, który za kilka dni zamierzał płynąć do Szczecina. Sprawa zdawała się załatwiona; wyszło jednak inaczej. Należało zgłosić mój paszport w admiralicji; tam jednak nie chciano go podpisać, ponieważ wydano go w moskiewskim, a nie w petersburskim zarządzie guberni i nie powiedziano w nim, jak pojadę; to znaczy, nie powiedziano, że pojadę morzem.
Moje zastrzeżenia nie odniosły skutku — nie znałem przepisów i pozostawało mi jechać lądem albo wziąć inny paszport w Petersburgu.
Zdecydowałem się na pierwsze; wziąłem podorożną — i konie gotowe. A zatem bywajcie, kochani przyjaciele! Kiedyż to będzie mi weselej! A do tej chwili wszystko smutne. Bywajcie!
Ryga, 31 maja 1789
Wczoraj, najmilsi moi przyjaciele, przyjechałem do Rygi i zatrzymałem się w „Hotel de Petersbourg”. Droga mnie zmęczyła. Nie dość było smutku serdecznego, którego przyczyna jest wam znana: musiały jeszcze padać ulewne deszcze; musiało mi, na nieszczęście, przyjść do głowy, by jechać z Petersburga na zmiennych koniach, i nigdzie nie znajdowałem dobrych kibitek. Wszystko mnie złościło. Wszędzie, zdawało się, brano ode mnie za dużo; na każdej zmianie zatrzymywano mnie zbyt długo. Ale nigdzie nie było mi tak gorzko jak w Narwie. Przyjechałem tam cały mokry, cały w błocie; ledwie zdołałem kupić dwie rogoże, by choć trochę osłonić się przed deszczem, i zapłaciłem za nie co najmniej jak za dwie skóry. Kibitkę dano mi lichą, konie paskudne. Ledwie ujechaliśmy pół wiorsty, złamała się oś: kibitka upadła w błoto, a ja razem z nią. Mój Ilja pojechał z woźnicą z powrotem po oś, a biedny wasz przyjaciel został na rzęsistym deszczu. To jeszcze mało: przyszedł jakiś policjant i zaczął hałasować, że moja kibitka stoi pośrodku drogi. „Schowaj ją do kieszeni!” — rzekłem z udaną obojętnością i owinąłem się płaszczem. Bóg wie, jak mi było w tej chwili! Wszystkie przyjemne myśli o podróży przyćmiły się w mej duszy. O, gdybym mógł się wtedy przenieść do was, moi przyjaciele! W duchu przeklinałem ten niepokój serca ludzkiego, który ciągnie nas od przedmiotu do przedmiotu, od pewnych przyjemności do niepewnych, skoro tylko pierwsze nie są już nowe, — który nastraja naszą wyobraźnię do marzeń i każe nam szukać radości w niewiadomej przyszłości!
Wszystko ma swoją granicę; fala, uderzywszy o brzeg, wraca albo, wzniósłszy się wysoko, znów opada — i w tej samej chwili, gdy serce moje się przepełniło, zjawił się dobrze ubrany chłopiec, lat około trzynastu, i z miłym, serdecznym uśmiechem rzekł do mnie po niemiecku: „Złamała się panu kibitka? Szkoda, wielka szkoda! Proszę do nas — oto nasz dom — ojciec i matka kazali pana do siebie prosić”. — „Dziękuję panu, łaskawy panie! Tylko nie mogę odejść od swojej kibitki; poza tym jestem zbyt podróżnie ubrany i cały mokry”. — „Do kibitki postawimy człowieka; a kto patrzy na strój podróżnych? Proszę, panie, proszę!” Uśmiechnął się przy tym tak przekonująco, że musiałem strząsnąć wodę z kapelusza — rzecz jasna, po to, by z nim pójść. Wzięliśmy się za ręce i pobiegliśmy pędem do dużego murowanego domu, gdzie w sali na parterze zastałem liczną rodzinę siedzącą wokół stołu; gospodyni nalewała herbatę i kawę. Przyjęto mnie tak życzliwie, częstowano tak serdecznie, że zapomniałem o całym swoim zmartwieniu. Gospodarz, starszy człowiek, któremu dobroduszność wypisana była na twarzy, ze szczerym współczuciem wypytywał mnie o moją podróż.
Młody człowiek, jego bratanek, który niedawno wrócił z Niemiec, opowiadał mi, jak najwygodniej jechać z Rygi do Królewca. Spędziłem u nich około godziny. Tymczasem przywieziono oś i wszystko było gotowe.
„Nie, jeszcze zaczekajcie!” — powiedziano mi, a gospodyni przyniosła na półmisku trzy bochenki chleba. „Nasz chleb, powiadają, jest dobry: niech pan go weźmie”. — „Z Bogiem!” — dodał gospodarz, ściskając moją rękę — z Bogiem!” Przez łzy dziękowałem mu i życzyłem, by i nadal swą gościnnością pocieszał smutnych wędrowców, którzy rozstali się z drogimi przyjaciółmi. — Gościnności, święta cnoto, zwykła w dniach młodości rodzaju ludzkiego i tak rzadka w dniach naszych! Jeśli kiedykolwiek cię zapomnę, niech zapomną mnie moi przyjaciele! Niech na wieki będę tułaczem na ziemi i nigdzie nie znajdę drugiego Kramera! {Jeden z moich przyjaciół, będąc w Narwie, czytał Kramerowi ten list — był zadowolony — ja jeszcze bardziej!} Pożegnałem się z całą miłą rodziną, wsiadłem do kibitki i pognałem, uradowany, że znalazłem dobrych ludzi! — Poczta od Narwy do Rygi nazywa się niemiecką, dlatego że komisarze na stacjach są Niemcami. Domy pocztowe są wszędzie jednakowe — niskie, drewniane, podzielone na dwie połowy: jedna dla podróżnych, a w drugiej mieszka sam komisarz, u którego można znaleźć wszystko, co potrzebne do zaspokojenia głodu i pragnienia. Stacje są małe; bywają po dwanaście i dziesięć wiorst. Zamiast woźniców jeżdżą dymisjonowani żołnierze, z których niektórzy pamiętają Münnicha; opowiadając bajki, zapominają poganiać konie, i dlatego przyjechałem tu z Petersburga nie wcześniej niż piątego dnia. Na jednej stacji za Dorpatem musiałem nocować: pan Z., jadący z Włoch, zabrał wszystkie konie. Rozmawiałem z nim z pół godziny i znalazłem w nim miłego człowieka. Nastraszył mnie piaszczystymi drogami pruskimi i radził jechać raczej przez Polskę i Wiedeń; nie chce mi się jednak zmieniać swego planu. Życzywszy mu szczęśliwej drogi, rzuciłem się na posłanie; ale nie mogłem zasnąć aż do chwili, gdy Czuchoniec przyszedł mi powiedzieć, że kibitka dla mnie zaprzężona.
Nie spostrzegłem żadnej różnicy między Estończykami a Inflantczykami prócz języka i kaftanów: jedni noszą czarne, a drudzy szare. Języki ich są podobne; mają w sobie mało własnego, wiele niemieckich, a nawet kilka słowiańskich słów. Zauważyłem, że wszystkie niemieckie słowa zmiękczają w wymowie: z czego można wnosić, że słuch mają delikatny; lecz widząc ich nierozgarnięcie, niezgrabność i niedomyślność, każdy musi pomyśleć, że są, mówiąc po prostu, głupawi. Panowie, z którymi udało mi się rozmawiać, skarżą się na ich lenistwo i nazywają ich ludźmi sennymi, którzy z dobrej woli niczego nie zrobią: a zatem trzeba ich bardzo przymuszać, bo pracują bardzo dużo, i chłop w Inflantach albo w Estlandii przynosi panu cztery razy więcej niż nasz kazański czy symbirski.
Ci biedni ludzie, pracujący Panu {na chwałę Pana (cerk.-słow.). — przyp. red.} z bojaźnią i drżeniem we wszystkie dni powszednie, za to bawią się bez pamięci w święta, których, co prawda, bardzo niewiele jest w ich kalendarzu. Droga usiana jest karczmami i wszystkie podczas mojego przejazdu były pełne bawiącego się ludu — świętowano Zielone Świątki.
Chłopi i panowie są wyznania luterańskiego. Kościoły ich podobne są do naszych, prócz tego, że na górze stoi nie krzyż, lecz kogut, który ma przypominać o upadku apostoła Piotra. Kazania głosi się w ich języku; jednak pastorzy wszyscy znają niemiecki.
Co się tyczy krajobrazów, to w tej stronie nie ma na co patrzeć. Lasy, piasek, bagna; nie ma ani wielkich gór, ani rozległych dolin. — Na próżno będziesz szukać i takich wsi jak u nas. W jednym miejscu widzisz dwie zagrody, w innym trzy, cztery i kościół.
Chaty są większe od naszych i podzielone zwykle na dwie połowy: w jednej mieszkają ludzie, a druga służy za chlew. — Ci, którzy nie jadą pocztą, muszą zatrzymywać się w karczmach. Zresztą prawie wcale nie widziałem podróżnych: tak pusta jest ta droga w obecnym czasie.
O miastach nie ma wiele do mówienia, bo się w nich nie zatrzymywałem. W Jamburgu, małym miasteczku, znanym ze swych fabryk sukna, jest porządny murowany budynek. Niemiecka część Narwy, czyli właściwie tak zwana Narwa, składa się przeważnie z domów murowanych; druga, oddzielona rzeką, nazywa się Iwangorod. W pierwszej wszystko jest na modłę niemiecką, a w drugiej wszystko na rosyjską. Tu była niegdyś nasza granica — o, Piotrze, Piotrze!
Gdy ukazał mi się Dorpat, rzekłem: piękne miasteczko! Tam wszystko świętowało i weseliło się. Mężczyźni i kobiety chodzili po mieście objęci, a w okolicznych gajach migały przechadzające się pary. Co miasto, to obyczaj; co wieś, to zwyczaj. — Tu właśnie mieszka brat nieszczęsnego L* {Lenza, autora niemieckiego, który przez pewien czas mieszkał ze mną w jednym domu. Głęboka melancholia, skutek wielu nieszczęść, pozbawiła go rozumu; ale nawet w szaleństwie zadziwiał nas niekiedy swymi poetyckimi ideami, a najczęściej wzruszał dobrodusznością i cierpliwością.}. Jest on głównym pastorem, przez wszystkich lubianym, i ma bardzo dobry dochód. Czy pamięta o bracie? Mówiłem o nim z pewnym inflanckim szlachcicem, człowiekiem miłym i zapalczywym. „Ach, łaskawy panie! — rzekł mi — to samo, co jednego wsławia i uszczęśliwia, drugiego czyni nieszczęśliwym. Któż, czytając poemat szesnastoletniego L* i wszystko, co napisał do dwudziestego piątego roku życia, nie ujrzy jutrzenki wielkiego ducha? Któż nie pomyśli: oto młody Klopstock, młody Szekspir? Lecz chmury przesłoniły tę piękną jutrzenkę i słońce nigdy nie zajaśniało. Głęboka uczuciowość, bez której Klopstock nie byłby Klopstockiem ani Szekspir Szekspirem, zgubiła go. Inne okoliczności — i L* byłby nieśmiertelny!”
Ledwie wjedziesz do Rygi, zobaczysz, że to miasto handlowe, — wiele sklepów, wiele ludzi — rzeka pokryta okrętami i statkami różnych narodów — giełda pełna. Wszędzie słychać język niemiecki — gdzieniegdzie rosyjski — i wszędzie żądają nie rubli, lecz talarów. Miasto nie jest zbyt piękne; ulice wąskie — ale wiele murowanych budowli i są dobre domy.
W oberży, w której się zatrzymałem, gospodarz jest bardzo usłużny: sam nosił mój paszport do rządu i do policji i wyszukał mi woźnicę, który za trzynaście czerwońców zgodził się dowieźć mnie do Królewca, razem z pewnym francuskim kupcem, który wynajął u niego do swojej kolaski cztery konie; ja zaś pojadę kibitką. — Ilję odeślę stąd prosto do Moskwy.
Drodzy przyjaciele! Zawsze, zawsze o was myślę, gdy mogę myśleć. Nie wyjechałem jeszcze z Rosji, ale od dawna jestem już na obczyźnie, bo dawno się z wami rozstałem.
Karczma kurlandzka, 1 czerwca 1789
Nie zdążyłem jeszcze skończyć listu do was, najmilsi przyjaciele, gdy konie były zaprzężone, a oberżysta przyszedł mi powiedzieć, że za pół godziny zamkną bramy miejskie. Trzeba było dokończyć list, zapłacić, spakować walizę i polecić to i owo Ilji. Gospodarz skorzystał z mojego pośpiechu i podał mi istny rachunek aptekarski; to znaczy, za jedną dobę wziął ode mnie około dziewięciu rubli!
Dziwię się jeszcze, jak w takim pośpiechu niczego nie zapomniałem w oberży. Wreszcie wszystko było gotowe i wyjechaliśmy z bramy. Tu pożegnałem się z dobrodusznym Ilją — pojechał do was, moi drodzy! — Zaczęło zmierzchać. Wieczór był cichy i chłodny. Zasnąłem mocnym snem młodego podróżnika i nie czułem, jak minęła noc. Wschodzące słońce obudziło mnie swymi promieniami; zbliżaliśmy się do rogatki, małego domku ze szlabanem. Paryski kupiec poszedł ze mną do majora, który przyjął mnie uprzejmie i po rewizji kazał nas przepuścić. Wjechaliśmy do Kurlandii — i myśl, że jestem już poza ojczyzną, wywarła w mej duszy zadziwiające wrażenie. Na wszystko, co trafiało mi przed oczy, patrzyłem z wyjątkową uwagą, choć przedmioty same w sobie były bardzo zwyczajne. Czułem taką radość, jakiej od czasu naszego rozstania, moi drodzy, jeszcze nie czułem. Wkrótce ukazała się Mitawa. Widok tego miasta nie jest piękny, ale dla mnie był pociągający! „Oto pierwsze cudzoziemskie miasto” — myślałem, a oczy moje szukały czegoś niezwykłego, nowego. Na brzegu rzeki Aa, przez którą przeprawiliśmy się na promie, stoi pałac księcia kurlandzkiego, dom niemały, zresztą z wyglądu wcale nie wspaniały. Szyby niemal wszędzie są wybite albo wyjęte; i widać, że wewnątrz przerabiają pokoje. Książę mieszka w letnim zamku, niedaleko od Mitawy. Brzeg rzeki porośnięty jest lasem, którym książę sam wyłącznie handluje i który przynosi mu niemały dochód. Żołnierze stojący na warcie wyglądali na inwalidów. Co do miasta, to jest ono duże, ale nieładne. Domy niemal wszystkie małe i dość niechlujne; ulice wąskie i źle wybrukowane; ogrodów i pustych placów wiele.
Zatrzymaliśmy się w oberży, która uchodzi za najlepszą w mieście. Natychmiast otoczyli nas Żydzi z rozmaitymi drobiazgami. Jeden proponował fajkę, drugi — stary luterański modlitewnik i „Gramatykę” Gottscheda, trzeci — lunetę, i każdy chciał sprzedać swój towar tak dobrym panom za najprzystępniejszą cenę.
Francuzka, jadąca z paryskim kupcem, kobieta lat około czterdziestu pięciu, zaczęła poprawiać przed lustrem swoje siwe włosy, a my z kupcem, zamówiwszy obiad, poszliśmy przechadzać się po mieście — widzieliśmy, jak młody oficer musztrował starych żołnierzy, i słyszeliśmy, jak podstarzała zadartonosa Niemka w czepku kłóciła się ze swoim pijanym mężem, szewcem!
Wróciwszy, zjedliśmy obiad z dobrym apetytem i po obiedzie mieliśmy czas napić się kawy, herbaty i sporo porozmawiać. Dowiedziałem się od mego towarzysza podróży, że jest rodem Włochem, ale w bardzo młodym wieku opuścił ojczyznę i handluje w Paryżu; wiele podróżował, a do Rosji przyjechał częściowo w swoich interesach, a częściowo po to, by poznać całą srogość zimy; i teraz wraca znów do Paryża, gdzie zamierza zostać na zawsze. — Za wszystko razem zapłaciliśmy w oberży po rublu od osoby.
Wyjechawszy z Mitawy, ujrzałem najprzyjemniejsze okolice. Ta ziemia jest o wiele piękniejsza od Inflant, przez które nie żal przejechać z zamkniętymi oczami. Spotkaliśmy niemieckich woźniców z Libawy i z Prus. Dziwne pojazdy! Długie wozy zaprzężone gęsiego; konie ogromne, a wiszące na nich grzechotki czynią nieznośny dla uszu hałas.
Ujechawszy pięć mil, zatrzymaliśmy się na nocleg w karczmie. Podwórze dobrze zadaszone; pokoje dość czyste i w każdym przygotowane łóżko dla podróżnych.
Wieczór jest miły. Kilka kroków od karczmy płynie czysta rzeka. Brzeg pokryty jest miękką zieloną trawą i ocieniony miejscami gęstymi drzewami. Zrezygnowałem z kolacji, wyszedłem na brzeg i przypomniałem sobie pewien moskiewski wieczór, w który, spacerując z Pt. pod monasterem Andronikowskim, z wyjątkową przyjemnością patrzyliśmy na zachodzące słońce. Czy myślałem wtedy, że równo za rok będę się rozkoszował urokami wieczoru w kurlandzkiej karczmie? Jeszcze inna myśl przyszła mi do głowy. Niegdyś zacząłem był pisać powieść i chciałem w wyobraźni objechać dokładnie te same kraje, do których teraz jadę. W myślowej podróży, wyjechawszy z Rosji, zatrzymałem się na nocleg w karczmie: i w rzeczywistej to samo się zdarzyło. Ale w powieści pisałem, że wieczór był jak najbardziej słotny, że deszcz nie zostawił na mnie suchej nitki i że w karczmie musiałem się suszyć przed kominkiem; w rzeczywistości zaś wieczór wypadł najcichszy i najpogodniejszy. Ten pierwszy nocleg okazał się nieszczęśliwy dla powieści; bojąc się, by niepogoda się nie przedłużyła i nie niepokoiła mnie w mojej podróży, spaliłem ją w piecu, w swoim błogosławionym mieszkaniu na Czystych Prudach. — Położyłem się na trawie pod drzewem, wyjąłem z kieszeni notes, kałamarz i pióro i napisałem to, co teraz przeczytaliście.
Tymczasem wyszło na brzeg dwóch Niemców, którzy osobną kibitką jadą z nami do Królewca; położyli się obok mnie na trawie, zapalili fajki i z nudów zaczęli łajać naród rosyjski. Przestawszy pisać, zapytałem ich chłodno, czy byli w Rosji dalej niż w Rydze. „Nie” — odpowiedzieli.
„A skoro tak, moi panowie — rzekłem — to nie możecie sądzić o Rosjanach, bywszy jedynie w mieście granicznym”. Nie uznali za stosowne się spierać, ale długo nie chcieli uznać mnie za Rosjanina, wyobrażając sobie, że nie umiemy mówić obcymi językami. Rozmowa trwała dalej. Jeden z nich powiedział mi, że miał szczęście być w Holandii i nagromadził tam wiele pożytecznej wiedzy. „Kto chce poznać świat — mówił — ten musi jechać do Rotterdamu. Tam to żyją wspaniale i wszyscy pływają na szalupach! Nigdzie nie zobaczysz tego, co tam zobaczysz. Proszę mi wierzyć, łaskawy panie, w Rotterdamie stałem się człowiekiem!” — „Dobry z ciebie ptaszek!” — pomyślałem — i życzyłem im dobrego wieczoru.
Połąga, 3/14 czerwca 1789
Wreszcie, przejechawszy przez Kurlandię ponad dwieście wiorst, wjechaliśmy w granice polskie i zatrzymaliśmy się na nocleg w bogatej karczmie. Dziennie przejeżdżamy zwykle dziesięć mil, czyli około siedemdziesięciu wiorst. W karczmach znajdowaliśmy dotąd co pić i jeść: zupę, pieczeń z sałatą, jaja; i płaciliśmy za to nie więcej niż po jakieś dwadzieścia kopiejek od osoby. Wszędzie jest kawa i herbata; co prawda, wszystko niezbyt dobre. — Droga jest dość pusta. Prócz woźniców, którzy trafili się nam ze trzy razy, i staromodnych berlinek, którymi szlachta kurlandzka jeździ do siebie w gości, nie spotkaliśmy żadnych podróżnych. Zresztą droga nie jest nudna: wszędzie widzisz żyzną ziemię, łąki, gaje; tu i ówdzie małe wioseczki albo rozproszone chłopskie domki.
Z francuskim Włochem dobrze się zgadzamy. Do Francuzki nie leży mi serce, bo jej fizjonomia i maniery mi się nie podobają. Zresztą można ją pochwalić za schludność. Ledwie się zatrzymamy, nasz woźnica Gawriła, którego ona nazywa Gabrielem, musi nieść za nią do izby jej szkatułkę z przyborami toaletowymi, i co najmniej godzinę ona się pomaduje, pudruje, naciera, tak że zawsze trzeba na nią czekać z obiadem. Długo naradzaliśmy się, czy sadzać z nami do stołu Niemców. Mnie polecono dowiedzieć się o ich stan. Okazało się, że są kupcami. Wszystkie wątpliwości znikły i od tego czasu jadają z nami obiady; a ponieważ Włoch z Francuzką nie rozumieją po niemiecku, a oni — po francusku, muszę im służyć za tłumacza. Niemiec, który w Rotterdamie stał się człowiekiem, zapewniał mnie, że dawniej doskonale znał francuski i zapomniał go całkiem niedawno; a żeby jeszcze bardziej przekonać o tym mnie i swego towarzysza, przy każdym ukłonie Francuzce mówi: „Oplisze, matam! Oblige, Madame!” {Pański uniżony sługa! (franc.) — przyp. red.}
Na granicy polskiej rewizja nie była surowa. Dałem strażnikom około czterdziestu kopiejek: po czym tylko zajrzeli do mojej walizy, wierząc, że nie mam niczego nowego.
Morze jest od karczmy nie dalej niż dwieście sążni. Około godziny siedziałem na brzegu i patrzyłem na przestwór falujących wód. Widok majestatyczny i posępny! Na próżno oczy moje szukały okrętu albo łodzi! Rybak nie śmiał pokazać się na morzu; porywisty wiatr przewróciłby jego czółno. — Jutro będziemy jeść obiad w Kłajpedzie, skąd wyślę wam ten list, moi przyjaciele!
Kłajpeda, 15 czerwca 1789
Spodziewałem się, że przy wjeździe do Prus zatrzymają nas na samej granicy; tak się jednak nie stało. Przyjechaliśmy do Kłajpedy po dziesiątej, zatrzymaliśmy się w oberży — i daliśmy kilka groszy rewizorom, żeby nie przetrząsali naszych rzeczy.
Miasto jest niewielkie; są murowane budowle, ale niewiele porządnych. Cytadela jest bardzo silna; nasi Rosjanie umieli ją jednak zdobyć w roku 57.
Kłajpedę można nazwać dobrym miastem handlowym. Zalew Kurlandzki, nad którym leży, jest bardzo głęboki. Przystań pełna jest rozmaitych statków, które ładuje się przeważnie konopiami i drewnem do wysyłki do Anglii i Holandii.
Z Kłajpedy do Królewca są trzy drogi; brzegiem zalewu liczy się do Królewca 18 mil, a przez Tylżę — 30: wielka różnica! Ale woźnice prawie zawsze wybierają tę ostatnią drogę, oszczędzając swoje konie, które bardzo męczą straszliwe piaski nadbrzeżnego traktu. Wszyscy biorą tu bilety, płacąc za każdego konia i za każdą milę do Królewca. Nasz Gabriel zapłacił trzy talary, mówiąc, że pojedzie brzegiem. My zaś w istocie jedziemy przez Tylżę; ale Rosjanin połapał się, że za 30 mil wzięto by od niego więcej niż za 18! Trzecia droga, wodą przez zalew, jest przy dobrej pogodzie najkrótsza, tak że w siedem godzin można być w Królewcu. Nasi Niemcy, którzy najęli woźnicę tylko do Kłajpedy, jadą wodą, co obu będzie kosztować tylko dwa czerwońce. Gabriel namawiał i nas z Włochem — z którym zwykle rozmawia albo na migi, albo przeze mnie — byśmy jechali razem z nimi, co byłoby dla niego bardzo korzystne, ale woleliśmy spokojne i pewne od niespokojnego i niepewnego, a w razie burzy także niebezpiecznego.
Na obiad jedliśmy świeżą, smaczną rybę, w którą Kłajpeda obfituje; a ponieważ powiedziano nam, że pruskie karczmy są bardzo ubogie, zaopatrzyliśmy się tu w dobry chleb i wino.
Teraz, drodzy przyjaciele, czas zanieść list na pocztę; u nas zaprzęgają konie.
Co się tyczy mego serca... dzięki losowi! zrobiło się weselsze. To myślę o was, moi drodzy, — ale już nie z takim smutkiem jak dawniej — to pozwalam oczom błądzić po łąkach i polach, o niczym nie myśląc; to wyobrażam sobie przyszłość, i prawie zawsze w przyjemnych barwach. — Bywajcie! Bądźcie zdrowi, spokojni i wyobrażajcie sobie swego wędrującego przyjaciela jako rycerza wesołej postaci!
Karczma milę za Tylżą, 17 czerwca 1789, godz. 11 w nocy
Wszystko wokół mnie śpi. I ja już się położyłem; ale przez godzinę na próżno czekając na sen, postanowiłem wstać, zapalić świecę i napisać do was kilka linijek, moi przyjaciele!
Cieszę się, że nie zgodziłem się jechać z Kłajpedy wodą. Okolice, przez które przejeżdżaliśmy, są bardzo przyjemne. To rozległe pola z pięknym zbożem, to zielone łąki, to małe zagajniki i krzewy, jakby rozmieszczone w sztucznej symetrii, ukazywały się naszym oczom. Małe wioseczki w oddali tworzyły również miły widok. „Qu'il est beau, ce pays-ci!” {Jakaż piękna okolica! (franc.). — przyp. red.} — powtarzaliśmy z Włochem.
W ogóle, zdaje się, ziemia w Prusach jest jeszcze lepiej uprawiona niż w Kurlandii, a w dobre lata w całej tutejszej stronie zboże bywa bardzo tanie; ale w zeszłym roku urodzaj był tak marny, że rząd musiał zaopatrywać lud w zboże z założonych magazynów. Pięć, sześć lat zboże rodzi dobrze; w siódmym roku — źle, i wieśniak nie ma co jeść — dlatego, że zawsze nadmiernie liczy na przyszłe lato, nie wyobrażając sobie ani suszy, ani gradu, i sprzedaje wszystko ponad to, co niezbędne.
Tylża to bardzo porządnie zbudowane miasteczko i leży pośród najżyźniejszych dolin nad rzeką Niemen. Prowadzi znaczny handel zbożem i drewnem, wysyłając wszystko wodą do Królewca.
Zatrzymano nas przy bramie miejskiej, gdzie na warcie stali nie żołnierze, lecz mieszczanie, ponieważ pułki stanowiące tutejszy garnizon nie powróciły jeszcze z przeglądu. Gruby wartownik, któremu pod brzuchem dyndała mała szpadka, podniósłszy na ramię złamaną i powiązaną sznurkami strzelbę, z dumną miną postąpił trzy kroki naprzód i najstraszliwszym głosem krzyknął do mnie: „Wer sind Sie? Kim pan jest?” Zajęty przyglądaniem się jego niezwykłej fizjonomii i postaci, nie mogłem mu od razu odpowiedzieć. Nadął się, wykrzywił oczy i krzyknął jeszcze straszniejszym głosem: „Wer seyd ihr?” {Kim wy jesteście? (niem.). — przyp. red.} — już znacznie mniej grzecznie! Kilka razy musiałem podawać swoje nazwisko i za każdym razem kręcił głową, dziwiąc się dziwacznemu rosyjskiemu nazwisku. Z Włochem historia była jeszcze dłuższa. Na próżno tłumaczył się nieznajomością języka niemieckiego: grubobrzuchy wartownik koniecznie chciał, by odpowiadał na wszystkie jego pytania, zapewne z wielkim trudem wyuczone na pamięć.
W końcu wezwano mnie na pomoc i z trudem doprowadziliśmy do tego, że nas przepuszczono. — W mieście pokazywano mi wieżę, w różnych miejscach przestrzeloną rosyjskimi kulami.
W pruskich karczmach nie znajdujemy ani mięsa, ani dobrego chleba. Francuzka robi nam des oeufs au lait, czyli rosyjską jajecznicę, która z zupą mleczną i sałatą stanowi nasz obiad i kolację. Za to my z Włochem pijemy dziennie po jakieś dziesięć filiżanek kawy, którą wszędzie znajdowaliśmy.
Ledwie rozgościliśmy się w karczmie, w której teraz nocujemy, usłyszeliśmy tętent koni i po pół minucie wszedł człowiek w ciemnym fraku, w ogromnym kapeluszu i z długim batem; podszedł do stołu, spojrzał na nas — na Francuzkę, zajętą wieczorną toaletą; na Włocha, przyglądającego się mojej podróżnej mapie; i na mnie, pijącego herbatę — zdjął kapelusz, życzył nam dobrego wieczoru i, obróciwszy się do gospodyni, która dopiero co wystawiła czoło z drugiej izby, rzekł: „Witaj, Lizo! Jak się miewasz?”
Liza (chuda kobieta lat około trzydziestu). A, pan porucznik! Witamy! Skąd to?
Porucznik. Z miasta, Lizo. Baron von M* pisał do mnie, że mają u siebie komediantów. „Przyjeżdżaj, bracie, przyjeżdżaj! Hultaje ubawią nas za nasze grosze!” Niech mnie diabli wezmą! Gdybym wiedział, co to za kreatury ci komedianci, za nic bym nie pojechał.
Liza. Ależ, wasza wielmożność! Czyżby pan nie lubił komedii?
Porucznik. O! Lubię wszystko, co zabawne, i przepłaciłem w życiu sporo pełnowartościowych talarów za doktora Fausta z Hanswurstem {Doktor Faust, według zabobonnego podania ludowego, jest wielkim czarnoksiężnikiem i po dziś dzień bywa zwykle bohaterem głupich sztuk, grywanych po wsiach albo w miastach na jarmarcznych teatrach przez wędrownych aktorów. W rzeczywistości zaś Johann Faust żył jako uczciwy obywatel we Frankfurcie nad Menem około połowy piętnastego wieku; a gdy Guttenberg, rodem z Moguncji, wynalazł druk książek, Faust wraz z nim korzystał z dobrodziejstw tego wynalazku. Po śmierci Guttenberga Faust wziął sobie do pomocy swego pisarza, Petera Schöffera, który sztukę drukarską doprowadził do takiej doskonałości, że pierwsze wydane książki wprawiły ludzi w zdumienie; a ponieważ prostaczkowie owego wieku przypisywali działaniu sił nadprzyrodzonych wszystko, czego nie umieli wyjaśnić, Fausta ogłoszono wspólnikiem diabła, za jakiego uchodzi do dziś wśród gminu i w bajkach. — Hanswurst zaś oznacza na niemieckich teatrach jarmarcznych to samo, co u Włochów arlekin.}.
Liza. Hanswurst jest bardzo śmieszny, powiadają. — A co grali komedianci, panie poruczniku?
Porucznik. Komedię, w której nie było nic śmiesznego. Jeden krzyczał, drugi się wykrzywiał, trzeci wytrzeszczał oczy, a nic porządnego z tego nie wyszło.
Liza. Dużo było ludzi, panie poruczniku?
Porucznik. Czyż mało głupców w Tylży?
Liza. Czy pan burmistrz z małżonką raczył tam być?
Porucznik. A czyż on z ostatnich? Grubobrzuchy głupiec ziewał, a jego nadęta małżonka bezustannie tarła sobie oczy chusteczką, jakby jej wpadł do nich tabak, i szturchała go w bok, żeby nie zasnął i przestał rozdziawiać gębę.
Liza. A to prześmiewca!
Porucznik (siadając i kładąc kapelusz na stole obok mojego czajniczka). Um Vergebung, mein Herr! Przepraszam, łaskawy panie! — Zmęczyłem się, Lizo. Daj mi kufel piwa. Słyszysz?
Liza. Zaraz, panie poruczniku.
Porucznik (do swego służącego, który wszedł). Kasper! Nabij mi fajkę. (Obróciwszy się do Francuzki.) Ośmielę się zapytać z moim uszanowaniem, czy pani łaskawie znosi tytoń?
Francuzka. Monsieur! — Qu'est ce qu'il demande, Mr. Nicolas? {O co on pyta, monsieur Nicolas? (franc.). — przyp. red.} (Tak mnie nazywa.)
Ja. S'il peut fumer? {Czy może palić? (franc.). — przyp. red.} — Proszę palić, proszę palić, panie poruczniku. Ręczę panu za nią.
Francuzka. Dites qu'oui {Proszę powiedzieć, że może (franc.). — przyp. red.}.
Porucznik. A! Madame nie mówi po niemiecku. Żałuję, bardzo żałuję, madame. — Skąd pan jedzie, jeśli wolno zapytać, łaskawy panie?
Ja. Z Petersburga, panie poruczniku.
Porucznik. Cieszę się, cieszę się, łaskawy panie. Co słychać o Szwedach, o Turkach?
Ja. Stara piosenka, panie poruczniku; i jedni, i drudzy uciekają przed Rosjanami.
Porucznik. Niech mnie diabli wezmą! Rosjanie stoją mocno. — Powiem panu po przyjacielsku, łaskawy panie, że gdyby mój król mi tego nie odradził, dawno byłbym nie ostatnim oficerem sztabowym w służbie rosyjskiej. Wszędzie mam przyjaciół. Na przykład mój bratanek służy jako starszy adiutant u księcia Potiomkina. Pisze do mnie o wszystkim. Zaraz — pokażę panu jego list. Niech mnie diabli wezmą! Zapomniałem go w domu. Opisuje mi zdobycie Oczakowa. Piętnaście tysięcy padło na miejscu, łaskawy panie, piętnaście tysięcy!
Ja. Nieprawda, panie poruczniku.
Porucznik. Nieprawda? (Drwiąco.) Pan oczywiście sam tam był?
Ja. Choć nie byłem, to jednak wiem, że Turków zabito około 8000, a Rosjan 1500.
Porucznik. O! Nie lubię się spierać, łaskawy panie; a co wiem, to wiem. (Biorąc się do kufla, który tymczasem przyniosła mu gospodyni.) Rozumie pan, łaskawy panie?
Ja. Jak pan sobie życzy, panie poruczniku.
Porucznik. Pańskie zdrowie, łaskawy panie! — Pani zdrowie, madame! — (Do Włocha.) Pańskie zdrowie! — Piwo niezłe, Lizo. — Proszę posłuchać, łaskawy panie! — Teraz nazywa mnie pan panem porucznikiem: dlaczego?
Ja. Dlatego, że gospodyni tak pana nazywa.
Porucznik. Niech pan powie: dlatego, że ja (wkładając kapelusz) pokłoniłem się mojemu królowi — i przedwcześnie poszedłem w dymisję. Inaczej mówiłby pan teraz do mnie (uchylając kapelusza): „Panie majorze, dzień dobry!” (Dopijając kufel.) Rozumie pan? Niech mnie diabli wezmą, jeśli nie zakochałem się po uszy w mojej Aniucie! Prawda, była jak różowy pączek. I teraz jeszcze nie jest zła, łaskawy panie, choć urodziła mi już czworo. — Lizo! powiedz, jaka jest moja Aniuta?
Liza. Ach, panie poruczniku! Jakby pan sam tego nie wiedział! Cóż mówić, że ładna! — Opowiem panu zabawne zdarzenie, panie poruczniku. Kiedy pan w Wielkim Tygodniu wieczorem przejeżdżał do miasta, nocował u mnie młody pan z Królewca — prawdę mówiąc, pan dobry i zapłacił mi uczciwie za każdy drobiazg. Jeść wiele nie żądał.
Porucznik. Cóż w tym śmiesznego, Lizo?
Liza. Więc ten dobry pan stał na ganku i zobaczył panią porucznikową, która siedziała w kolasce po prawej stronie, — czy tak, panie poruczniku.
Porucznik. No i co on powiedział?
Liza. „To ci dopiero baba!” — powiedział. Cha! cha! cha!
Porucznik. Widać nie był głupi. Cha! cha! cha!
Ja. A zatem miłość kazała panu pójść w dymisję, panie poruczniku?
Porucznik. Przeklęta miłość, łaskawy panie. — Kasper, fajkę! — Prawda, liczyłem na dobry posag. Powiedziano mi, że stary von T* ma złote góry. „Dziewczyna dobra — pomyślałem — dalej, żenimy się!” Stary rad był wydać za mnie córkę: tylko ona za nic nie chciała iść za wojskowego. „Panno Aniuto! — rzekłem. — Kocham cię jak duszę; tylko kocham też służbę królewską”. Na jej miluchnych oczkach zakręciły się łzy. Tupnąłem nogą i — poszedłem w dymisję. I co z tego wyszło! Na drugi dzień po weselu mój kochany teściunio zamiast złotych gór obdarzył mnie trzema setkami talarów. Masz ci posag! — Nie było rady, łaskawy panie. Pomówiłem z nim ostro, a potem przy butelce starego reńskiego wina zawarliśmy wieczny pokój. Prawdę mówiąc, stary był poczciwy — świeć Panie nad jego duszą! Żyliśmy zgodnie. Umarł na moich rękach i zostawił nam w spadku szlachecki dom.
Ale przerwijmy rozmowę, która zajęła już ponad dwie strony i zaczyna nużyć moje srebrne pióro {Wszystkie swoje uwagi pisałem w drodze srebrnym piórem.}. Gadatliwy porucznik do dziesiątej nagadał trzy po trzy, czego ja, żałując koni Gabriela, nie zabiorę ze sobą. Między innymi, usłyszawszy, że z Królewca pojadę publiczną kolaską, radził mi: 1) zająć miejsce w środku i 2) jeśli będą ze mną damy, częstować je przez całą drogę herbatą i kawą. Na zakończenie życzył, bym podróżował z pożytkiem, tak jak znany baron Trenck, z którym jest rzekomo bardzo zaprzyjaźniony. — Pan porucznik, wsunąwszy fajkę do buta, wsiadł na konia i puścił się co koń wyskoczy, wołając do mnie: „Szczęśliwej drogi, łaskawy panie!”
Czegóż się nie napisze w chwilach bezsenności! — Bywajcie do Królewca!
Królewiec, 19 czerwca 1789
Wczoraj o siódmej rano przyjechałem tutaj, kochani przyjaciele, i zatrzymałem się wraz z moim towarzyszem podróży w oberży u Schenka.
Królewiec, stolica Prus, jest jednym z dużych miast w Europie, mając w obwodzie około piętnastu wiorst. Niegdyś należał do sławnych miast hanzeatyckich.
I dziś jego handel jest dość znaczny. Rzeka Pregoła, nad którą leży, choć nie szersza niż 150 czy 160 stóp, jest jednak tak głęboka, że mogą po niej pływać duże statki kupieckie. Domów liczy się około 4000, a mieszkańców 40 000 — jakże mało jak na wielkość miasta! Ale teraz wydaje się ludne, bo mnóstwo ludzi zjechało tu na jarmark, który zaczyna się od jutra. Widziałem sporo dobrych domów, lecz nie widziałem tak ogromnych jak w Moskwie czy w Petersburgu, choć w ogóle Królewiec jest zbudowany chyba nawet lepiej niż Moskwa.
Tutejszy garnizon jest tak liczny, że wszędzie rzucają się w oczy mundury. Nie powiem, by żołnierze pruscy byli ubrani lepiej od naszych; a szczególnie nie podobają mi się ich dwurożne kapelusze. Co się tyczy oficerów, to są bardzo schludni, a żołd otrzymują nieco mniejszy niż nasi. Słyszałem, jakoby w służbie pruskiej nie było tak młodych oficerów jak u nas; jednak widziałem tu co najmniej dziesięciu piętnastolatków. Mundury granatowe, błękitne i zielone z czerwonymi, białymi i pomarańczowymi wyłogami.
Wczoraj jadłem obiad przy wspólnym stole, gdzie było ze trzydziestu starych majorów, grubych kapitanów, postawnych poruczników, golowąsych podporuczników i chorążych. Treścią głośnych rozmów był miniony przegląd. Oficerskie żarty sypały się ze wszystkich stron. Na przykład: „Co za przyczyna, panie rotmistrzu, że ma pan teraz i za dnia zamknięte okna? Pewnie nie zajmuje się pan pisaniem? Cha! cha! cha!” — „Ano właśnie, von Krebs! Wszystko wie, co się u mnie dzieje!” — i tak dalej, i tak dalej. Są jednak uprzejmi. Ledwie pokazała się nasza Francuzka, wszyscy wstali i przy obiedzie usługiwali jej z wielką gorliwością. — Jakkolwiek by było, następnym razem uznałem za stosowne jeść obiad sam w swoim pokoju, otworzywszy okna na ogród, skąd do mojej niemieckiej zupy płynęły aromatyczne wyziewy soczystej zieleni.
Wczoraj też po obiedzie byłem u sławnego Kanta, głębokomyślnego, subtelnego metafizyka, który obala i Malebranche’a, i Leibniza, i Hume’a, i Bonneta, — Kanta, którego żydowski Sokrates, nieboszczyk Mendelssohn, nie nazywał inaczej niż der alles zermalmende Kant, to jest wszystko miażdżący Kant.
Nie miałem do niego listów, ale śmiałość miasta zdobywa, — i otworzyły się przede mną drzwi do jego gabinetu. Przywitał mnie mały, chudziutki staruszek, nadzwyczaj biały i delikatny. Pierwsze moje słowa brzmiały: „Jestem rosyjskim szlachcicem, kocham wielkich mężów i pragnę złożyć wyrazy szacunku Kantowi”.
Natychmiast poprosił mnie, bym usiadł, mówiąc: „Pisałem takie rzeczy, które nie mogą się podobać wszystkim; niewielu lubi metafizyczne subtelności”. Z pół godziny rozmawialiśmy o różnych rzeczach: o podróżach, o Chinach, o odkrywaniu nowych lądów. Trzeba było podziwiać jego wiedzę historyczną i geograficzną, która, zdawało się, sama jedna mogłaby zapełnić magazyn ludzkiej pamięci; ale to u niego, jak mówią Niemcy, rzecz uboczna. Potem ja, nie bez przeskoku, skierowałem rozmowę na naturę i moralność człowieka; i oto co zdołałem zachować w pamięci z jego rozważań:
„Działanie jest naszym przeznaczeniem. Człowiek nigdy nie może być w pełni zadowolony z tego, co posiada, i zawsze dąży do zdobywania. Śmierć zastaje nas w drodze do czegoś, co jeszcze chcemy mieć. Daj człowiekowi wszystko, czego pragnie, a on w tej samej chwili poczuje, że to wszystko nie jest wszystkim. Nie widząc celu ani kresu naszego dążenia w tutejszym życiu, zakładamy przyszłe, gdzie węzeł musi się rozwiązać. Myśl ta jest dla człowieka tym przyjemniejsza, że tutaj nie ma żadnej proporcji między radościami a smutkami, między rozkoszą a cierpieniem. Pocieszam się tym, że mam już sześćdziesiąt lat i że wkrótce nadejdzie kres mego życia, bo mam nadzieję wstąpić w inne, lepsze. Myśląc o tych przyjemnościach, których zaznałem w życiu, nie czuję teraz zadowolenia, lecz wyobrażając sobie te sytuacje, w których postępowałem zgodnie z prawem moralnym, wypisanym w moim sercu, raduję się. Mówię o prawie moralnym: nazwijmy je sumieniem, poczuciem dobra i zła — ale one są. Skłamałem, nikt nie zna mojego kłamstwa, ale jest mi wstyd. — Prawdopodobieństwo nie jest oczywistością, gdy mówimy o życiu przyszłym; lecz rozważywszy wszystko, rozum każe nam w nie wierzyć. Zresztą cóż by się z nami stało, gdybyśmy, że tak powiem, ujrzeli je na własne oczy? Gdyby nam się bardzo spodobało, nie moglibyśmy już zajmować się obecnym życiem i trwalibyśmy w nieustannym utęsknieniu; w przeciwnym zaś razie nie mielibyśmy pociechy, by powiedzieć sobie w smutkach tutejszego życia: może tam będzie lepiej! — Lecz mówiąc o naszym przeznaczeniu, o życiu przyszłym itd., zakładamy już istnienie Przedwiecznego Rozumu Stwórczego, który wszystko czyni w jakimś celu i wszystko czyni dobrym. Co? Jak?.. Ale tu pierwszy mędrzec przyznaje się do swej niewiedzy. Tu rozum gasi swój kaganek i pozostajemy w ciemności; jedna tylko fantazja może unosić się w tej ciemności i tworzyć to, czego nie ma”. — Czcigodny mężu! Wybacz, jeśli w tych wierszach zniekształciłem twoje myśli! Zna on Lavatera i korespondował z nim. „Lavater jest bardzo miły z powodu dobroci swego serca — mówi — ale mając nadmiernie żywą wyobraźnię, często daje się zaślepić marzeniom, wierzy w magnetyzm itd.” — Dotknęliśmy jego nieprzyjaciół. „Pozna ich pan — rzekł — i przekona się pan, że wszyscy to dobrzy ludzie”.
Zapisał mi tytuły dwóch swoich dzieł, których nie czytałem: „Kritik der praktischen Vernunft” i „Metaphysik der Sitten” {„Krytyka praktycznego rozumu” i „Metafizyka moralności” (niem.). — przyp. red.} — i tę kartkę będę przechowywał jak świętą pamiątkę.
Wpisawszy moje imię do swojego kieszonkowego notesu, życzył mi, by rozwiały się wszystkie moje wątpliwości; potem się rozstaliśmy.
Oto macie, moi przyjaciele, krótki opis bardzo ciekawej dla mnie rozmowy, która trwała około trzech godzin.
Kant mówi szybko, bardzo cicho i niewyraźnie; dlatego musiałem słuchać go, wytężając wszystkie nerwy słuchu. Domek ma mały, a wewnątrz sprzętów niewiele. Wszystko proste, prócz... jego metafizyki.
Tutejszy kościół katedralny jest ogromny. Z wielką uwagą oglądałem tam dawną broń, zbroję i szyszak {rodzaj hełmu. — przyp. red.} najpobożniejszego z margrabiów brandenburskich i najmężniejszego z rycerzy swego czasu. „Gdzie jesteście — myślałem — gdzie jesteście, mroczne wieki, wieki barbarzyństwa i heroizmu? Blade wasze cienie przerażają trwożliwe oświecenie naszych dni. Jedynie synowie natchnienia ważą się wywoływać je z otchłani przeszłości — podobnie jak Ulisses, wzywający cienie przyjaciół z mrocznych siedzib śmierci — aby w smętnych swych pieśniach zachować pamięć cudownej przemiany narodów”. — Marzyłem około godziny, oparty o filar. — Na ścianie przedstawiona jest brzemienna małżonka margrabiego, która, zapominając o swoim stanie, rzuca się na kolana i z serdeczną żarliwością błaga niebo o zachowanie życia bohatera, idącego zwyciężać wrogów. Szkoda, że sztuka nie dorównuje tu wzruszającej wymowie tematu! — Tamże widać mnóstwo różnobarwnych chorągwi, trofeów margrabiego.
Francuz, najęty lokaj, który mnie oprowadzał, zapewniał, że stamtąd prowadzi podziemne przejście za miasto, do starego kościoła, odległego o jakieś dwie mile, i pokazywał mi małe drzwi ze schodami, które prowadzą pod ziemię. Czy to prawda, czy nie, nie wiem: wiem jednak, że w wiekach średnich na wszelki wypadek przekopywano takie przejścia, by chronić bogactwo i życie przed ręką silniejszego.
Wczoraj wieczorem pożegnałem się ze swoim towarzyszem, panem F*, którego przyjaźni nigdy nie zapomnę. Nie wiem, jak jemu, ale mnie było smutno się z nim rozstawać. Pojechał z Francuzką do Berlina, gdzie może jeszcze go zobaczę.
Dziś byłem u naszego konsula, pana I*, który przyjął mnie życzliwie. Opowiadał mi wiele rzeczy, których słuchałem z przyjemnością; i choć od dawna mieszka w niemieckim mieście i bardzo dobrze mówi po niemiecku, wcale się nie zniemczył i zachował w całości rosyjski charakter.
Dał mi list do poczmistrza, w którym prosił go, by przydzielił mi najlepsze miejsce w kolasce pocztowej.
Wczoraj los zapoznał mnie z pewnym młodym Francuzem, który nazywa siebie biegłym lekarzem zębów. Dowiedziawszy się, że do oberży u Schenka przyjechali cudzoziemcy — powiedziano mu, że Francuzi — zjawił się u pana F* z naręczem komplementów. Ja tam byłem — i tak się poznaliśmy. „W Paryżu są mi równi w sztuce — rzekł — dlatego nie chciałem tam zostać, pojechałem do Berlina, wyleczyłem, wyczyściłem niemieckie zęby; ale miałem do czynienia z wielkimi sknerami, i dlatego — wyjechałem z Berlina. Teraz jadę do Warszawy. Panowie polscy, słychać, umieją cenić zasługi i talenty: spróbujemy, podleczymy, wyczyścimy! A potem wybiorę się do Moskwy — do pańskiej ojczyzny, łaskawy panie, gdzie zapewne znajdę mądrych ludzi więcej niż gdziekolwiek”. — Dziś, gdy tylko uporałem się z obiadem, przyszedł do mnie z papierami i, oświadczywszy, że poznaje ludzi od pierwszego wejrzenia i że ma już do mnie pełne zaufanie, zaczął czytać... traktat o chorobie zębów.
Podczas gdy czytał, najęty lokaj przyszedł mi powiedzieć, że w sąsiedniej oberży zatrzymał się rosyjski kurier, kapitan gwardii. „Allons le voir!” {Chodźmy, popatrzmy na niego! (franc.). — przyp. red.} — rzekł Francuz, chowając do kieszeni swój traktat. Poszliśmy razem — i zamiast kapitana znalazłem wachmistrza gwardii konnej, pana ***, młodego, miłego człowieka, który jedzie do Kopenhagi. Po raz pierwszy wysłano go jako kuriera i nie zna niemieckiego, czemu pruscy oficerowie, którzy otoczyli nas na ganku, bardzo się dziwili. W istocie niewygodnie jest jeździć po obcych krajach, znając tylko język francuski, którym nie wszyscy mówią. — Gdy rozmawialiśmy, jeden ze stojących na ganku otrzymał list z Berlina, w którym piszą mu, że w pobliżu tej stolicy napadnięto na pocztę, zarżnięto pocztyliona i zrabowano kilka tysięcy talarów: przykra wieść dla tych, którzy tam jadą! — Życzyłem rodakowi szczęśliwej drogi.
W starym zamku, czyli w pałacu zbudowanym na wzniesieniu, podróżni oglądają zbrojownię i bibliotekę, w której znajdziecie kilka foliałów i kwartantów okutych srebrem. Jest tam też tak zwana Sala Moskiewska, długa na 166 kroków, a szeroka na 30, której sklepienie zbudowano bez filarów i gdzie pokazują stary ośmiokątny stół wartości 40 000 talarów.
Dlaczego ta sala nazywa się Moskiewską, nie zdołałem się dowiedzieć. Jeden powiedział, jakoby dlatego, że siedzieli tu niegdyś rosyjscy jeńcy; ale to niezbyt prawdopodobne.
Są tu porządne ogrody, w których można z przyjemnością spacerować. W wielkich miastach bardzo potrzebne są publiczne miejsca przechadzek. Rzemieślnik, artysta, uczony odpoczywa na świeżym powietrzu po skończonej pracy, nie musząc chodzić za miasto. Poza tym wyziewy ogrodów odświeżają i oczyszczają powietrze, które w wielkich miastach zawsze bywa pełne zgniłych cząstek.
Jarmark się zaczyna. Wszyscy wkładają najlepsze stroje i tłum za tłumem spotyka się na ulicach. Gości przyjmuje się na ganku, gdzie podaje się herbatę i kawę.
Wysłałem już swoją walizę na pocztę. Jadący publiczną kolaską mogą mieć sześćdziesiąt funtów bez opłaty; ja mam mniej niż sześćdziesiąt.
Adieu! {Żegnajcie! (franc.). — przyp. red.} Mój ziomek Gabriel, który, mówiąc jego słowami, nie znalazł jeszcze pracy, przyszedł mi powiedzieć, że kolaska pocztowa wkrótce będzie gotowa.
Kocham was tak samo, moi przyjaciele, jak dawniej; ale rozłąka nie jest już dla mnie tak bolesna. Zaczynam rozkoszować się podróżą. Czasem, myśląc o was, westchnę; ale lekki wietrzyk marszczy wodę, nie mącąc jej przejrzystości. Takie jest serce ludzkie; w tej chwili dziękuję losowi za to, że takie jest. — Bądźcie tylko szczęśliwi, moi przyjaciele, i nigdy się o mnie nie niepokójcie! W Berlinie mam nadzieję otrzymać od was list.
Malbork, 21 czerwca, w nocy
Pruska tak zwana kolaska pocztowa wcale nie jest podobna do kolaski. Nie jest niczym innym jak długim krytym wozem z dwiema ławkami, bez pasów i bez resorów. Wybrałem sobie miejsce na przedniej ławce. Miałem dwóch towarzyszy, kapitana i podporucznika, którzy usiedli z tyłu na walizach. Myślałem, że moje miejsce jest korzystniejsze; ale dalszy bieg rzeczy dowiódł, że ich wybór był lepszy od mojego. Służący kapitana i tak zwany szyrmistrz, czyli konwojent, usiedli do nas do kolaski na drugiej ławce. Smutne myśli, którymi napełniła się moja głowa na widok gotyckiego wyglądu naszego pojazdu, wkrótce się rozwiały. W mieście widziałem wszędzie miły obraz święta — wszędzie weselących się ludzi; moi oficerowie byli bardzo uprzejmi, a rozmowa, która się między nami zawiązała, dość mnie zajmowała. Mówiliśmy o wojnie tureckiej i szwedzkiej, a kapitan od dobrego serca chwalił męstwo naszych żołnierzy, którzy jego zdaniem ledwie ustępują pruskim. Opowiadał anegdoty z ostatniej wojny, które wszystkie przynosiły chwałę pruskim wojakom. Bardzo pragnął, by królowi pokój się sprzykrzył. „Pora znów się bić — mówił — nasi żołnierze wyleżeli sobie boki; potrzeba nam egzercycji, egzercycji!” Moje pokojowe serce poczuło się urażone.
Uzbroiłem się przeciw wojnie całą swoją wymową, opisując jej okropności: jęk, wołanie nieszczęsnych ofiar, unoszonych krwawą rzeką na tamten świat; pustoszenie krajów, rozpacz ojców i matek, żon i dzieci, przyjaciół i krewnych; osierocenie muz, które kryją się w mroku, podobnie jak w czas burzy biedne rudziki i sikorki chowają się po krzakach, itd.
Mój niemiłosierny kapitan śmiał się i wołał: „Potrzeba nam egzercycji, egzercycji!” Wreszcie spostrzegłem, że zabrałem się do pracy Danaid; umilkłem i zwróciłem całą uwagę na miłe okolice drogi. Nasz pocztylion nie żałował koni; i w ten sposób niepostrzeżenie dojechaliśmy do zmiany, gdzie zdążyliśmy tylko naprędce zjeść kolację.
Noc była przyjemna. Kilka razy zasypiałem, ale nienadługo, poczułem przewagę, jaką mieli moi towarzysze. Oni mogli leżeć na walizach, a ja musiałem drzemać na siedząco. O świcie przyjechaliśmy na następną stację. By choć trochę się orzeźwić po niespokojnej nocy, wypiliśmy z kapitanem po jakieś pięć filiżanek kawy — co mnie istotnie ożywiło.
Okolice zrobiły się zupełnie nieprzyjemne, a droga zła. Heiligenbeil, małe miasteczko o siedem mil od Królewca, przywodzi na myśl czasy pogaństwa. Wznosił się tu niegdyś majestatyczny dąb, milczący świadek narodzin i śmierci wielu wieków, — dąb święty dla dawnych mieszkańców tej ziemi. W jego mrocznym cieniu czcili bożka Kurcho, składali mu ofiary i sławili go w swoich dzikich hymnach. Wieczny półmrok tej przyrodzonej świątyni i szum liści napełniały serce grozą, w którą kapłani pogaństwa przyoblekali cześć bogów. Tak druidzi w gąszczu lasów ukrywali swą religię; tak głos greckich wyroczni wychodził z głębi mroku! — Rycerze niemieccy w trzynastym wieku, podbiwszy mieczem Prusy, zburzyli ołtarze pogaństwa i na ich ruinach wznieśli świątynię chrześcijaństwa. Dumny dąb, czcigodny starzec w królestwie roślin, zapora dla burz i wichrów, padł pod niszczycielską ręką zwycięzców, którzy niszczyli wszystkie pomniki bałwochwalstwa: niewinna ofiara! — Zabobonne podanie mówi, że długo nie mogli ściąć dębu; że wszystkie topory odskakiwały od jego grubej kory jak od twardego diamentu; lecz w końcu znalazł się jeden topór, który zniweczył czar, oddzieliwszy drzewo od korzenia; i że na pamiątkę zwycięskiego topora nazwano to miejsce Heiligenbeil, to znaczy topór świętych. Dziś ten topór świętych słynie z jakiegoś wyjątkowego piwa i białego chleba.
Braniewo, gdzie jedliśmy obiad i po raz trzeci zmienialiśmy konie, to dość ludne miasteczko. „Tu żył i umarł Kopernik” — powiedział mi kapitan, gdy przejeżdżaliśmy przez pewną małą mieścinę. — „A więc to Frombork?” — „Tak jest”.
Jakże przykro mi było, że nie mogłem zobaczyć tych pokojów, w których mieszkał ten sławny matematyk i astronom i gdzie on, według swych obserwacji i obliczeń, określił ruch ziemi wokół jej osi i słońca — ziemi, która w mniemaniu jego poprzedników stała nieruchomo w środku planet i którą po nim Tycho de Brahe chciał był znów zatrzymać, lecz na próżno! — I tak oto idee Pitagorasa, z których śmiali się Grecy, wierzący swoim zmysłom bardziej niż filozofowi, zmartwychwstały w systemie Mikołaja Kopernika? — Ten astronom był szczęśliwszy od Galileusza: zabobon — choć żył on jeszcze pod jego berłem — nie zmusił go, by pod przysięgą wyrzekał się nauki prawdy. Kopernik zmarł spokojnie w swym zacisznym mieszkaniu, Tycho de Brahe zaś musiał opuścić swój filozoficzny zamek i ojczyznę. Nauki, podobnie jak religia, miały swoich męczenników.
Przed wieczorem przyjechaliśmy do Elbląga, niewielkiego, ale handlowego i bardzo porządnie zbudowanego miasta, gdzie stoją dwa lub trzy pułki. Poczta miała tu stać ponad godzinę. Poszliśmy do oberży, gdzie, prócz gospodarza i gości, wszystko było dość czyste. Wyjechawszy z Królewca, nie widziałem jeszcze porządnie ubranego człowieka. Dwóch grało w bilard: jeden — w zielonym kaftanie, płowej kamizelce i w zatłuszczonej peruce, człowiek po czterdziestce, a drugi — młody człowiek w pstrym, kusym fraku; pierwszy grał bardzo źle i się złościł, a drugi chciał z niego żartować, śmiał się na całe gardło przy każdym jego chybieniu, zerkał na nas i w lustro i bezustannie poprawiał swój gruby, zabrudzony halsztuk. Karykatura za karykaturą wchodziła do oberży i każda karykatura żądała piwa i fajki. Bardzo się nudziłem. Na dodatek czułem silne wzburzenie krwi od kawy i od trzęsącego ruchu kolaski pocztowej.
Wyszedłszy, by wsiadać, zastaliśmy przy kolasce młodego oficera i starą kobietę, którzy polecili się naszej łaskawości i oznajmili, że jadą z nami. W ten sposób zrobiło się nam znacznie ciaśniej. Moi oficerowie radzi byli nowemu towarzyszowi, z którym mogli rozmawiać o minionym przeglądzie. Kobieta, rodem z Pomorza Szwedzkiego, usłyszawszy, że jestem Rosjaninem, wzniosła ręce do nieba i krzyknęła: „Ach, złoczyńcy! Gubicie naszego biednego króla!” Oficerowie się śmiali i ja się śmiałem, choć nie całkiem od dobrego serca.
Tymczasem piękny wieczór nastroił moją duszę do miłych wrażeń. Po obu stronach drogi rozciągały się bogate łąki; powietrze było świeże i czyste; liczne stada beczeniem i rykiem świętowały zachód słońca.
Wieśniaczki doiły krowy, wdychając zdrowotną parę mleka, które stanowi bogactwo wszystkich tamtejszych wsi. Mieszkańcy należą, jeśli się nie mylę, do sekty anabaptystów, Wiedertaufer. Chwalą ich obyczaje, miłość pokoju i uczciwość.
Ręka ich nie podnosi się na bliźniego. „Krew ludzka — mówią — woła o pomstę do nieba”. — Cisza zapadłej nocy zamknęła mi oczy.
Teraz jesteśmy w Malborku, gdzie miałem czas napisać do was tyle stron. To miasto godne jest uwagi tylko tym, że jego stary zamek był niegdyś stolicą wielkich mistrzów zakonu krzyżackiego.
Od starej kobiety, mojej nieprzyjaciółki, tu się uwolniliśmy; ale jej miejsce zajmie wysoki oficer, który teraz siedzi obok mnie, czekając na odjazd poczty. — Świta. Bywajcie! Z Gdańska mam nadzieję jeszcze coś dopisać.
Gdańsk, 22 czerwca 1789
Przejechawszy przez przedmieście Gdańska, zatrzymaliśmy się w pruskim miasteczku Chełm, leżącym na wysokiej górze tego imienia. Gdańsk mamy pod stopami jak na talerzyku, tak że można liczyć dachy. To pięknie zbudowane miasto, morze, port, okręty w przystani i inne, rozsiane po falującym, niezmierzonym przestworze wód, — wszystko to razem tworzy taki obraz, najmilsi moi przyjaciele, jakiego jeszcze nie widziałem w życiu i na który patrzyłem przez dwie godziny w milczeniu, w głębokiej ciszy, w słodkim zapomnieniu o sobie.
Ale blask tego miasta od pewnego czasu przygasł. Handel, który kocha wolność, coraz bardziej się kurczy i upada pod uciskającą ręką silniejszego. Podobnie jak mnisi najsurowszego zakonu, spotykając się w posępnym mroku swych siedzib, zamiast wszelkiego pozdrowienia mówią gasnącym głosem: „Pamiętaj o śmierci!”, tak mieszkańcy tego miasta w głębokim przygnębieniu wołają do siebie nawzajem: „Gdańsku! Gdańsku! Gdzie twoja chwała?” — Król pruski nałożył nadmierne cło na wszystkie towary wysyłane stąd na morze, od którego Gdańsk leży o jakieś pięć czy sześć wiorst.
Szkoci, którzy przysyłają tu swoje śledzie, korzystali w Gdańsku ze wszystkich praw obywatelskich, dlatego że niegdyś Szkot Douglas oddał miastu ważną przysługę. Ci z mieszkańców, z którymi rozmawiałem, nie potrafili mi powiedzieć, na czym dokładnie polegała przysługa Douglasa. Taki dowód wdzięczności przynosi temu miastu zaszczyt.
Nie wiedziałem, że poczta zabawi tu tak długo, bo inaczej zdążyłbym obejrzeć w Gdańsku niektóre godne uwagi rzeczy. Teraz już za późno: chcą zaprzęgać konie. Najbardziej chciałbym był zobaczyć sławny obraz Eichela w głównym kościele luterańskim, przedstawiający Sąd Ostateczny. Król francuski — nie wiem, który — dawał za niego sto tysięcy guldenów. — Chciałbym też był zobaczyć profesora Trendelenburga, by podziękować mu za ułożoną przez niego gramatykę grecką, z której korzystałem i nadal mam nadzieję korzystać {Autor zaczynał wtedy uczyć się greki; ale potem nie miał już czasu o niej myśleć.}. — Największą budowlą w mieście jest ratusz. W ogóle wszystkie domy mają pięć kondygnacji. Wyjątkowa czystość szyb zdobi ich wygląd.
Gdańsk ma własne pieniądze, które jednak poza miastem nie są w obiegu; a i w samym mieście woli się pruskie.
Na zachód od Gdańska wznoszą się trzy piaszczyste góry, których szczyty są znacznie wyższe od miejskich wież; jedną z tych gór jest Chełm. W razie oblężenia nieprzyjacielskie baterie mogą stamtąd zburzyć miasto. Na Grodzisku stał niegdyś zamek rozbójniczy; echo grozy, jaką siał, rozlegało się daleko po okolicy. Pokazują tam mogiłę Rosjan poległych w 1734 roku, gdy hrabia Münnich szturmował miasto. Oblężeni wiedzieli, z której strony nastąpi szturm, dlatego garnizon i mieszkańcy skierowali tam wszystkie swoje siły i bili się jak desperaci. Wiadomo, że miasto trzymało stronę Stanisława Leszczyńskiego przeciw Augustowi III, za którym ujęła się Rosja. W końcu Gdańsk się poddał.
Moi towarzysze oficerowie chcieli obejrzeć miejskie umocnienia, ale wartownicy nie przepuścili ich i grozili strzałem. Wyśmiali nadmierną surowość i wrócili. Żołnierze są przeważnie starzy i niechlujnie ubrani. Magistrat powierza urząd komendanta zwykle jakiemuś cudzoziemskiemu generałowi za wysoki żołd.
Pierwsza stacja za Gdańskiem
W Gdańsku przyłączyli się do nas oficer, młody kupiec francuski i magister. Dla nich i dla służącego kapitana szyrmistrz wziął tam otwarty wóz. Oficer wsiadł do nas do kolaski, gdzie zostawało jeszcze jedno miejsce, które chciał zająć magister; ale Francuz podniósł krzyk, dowodząc swego pierwszeństwa, i szyrmistrz rozstrzygnął sprawę na jego korzyść, dowiedziawszy się, że istotnie zapisał się na poczcie wcześniej. Magister usilnie nas prosił, byśmy jakoś się ścieśnili i dali mu miejsce w kolasce, wywodząc uczenie, że ze szyrmistrzem i ze służącym będzie mu nudno; ale prawił, jak mówią Niemcy, głuchym uszom. Francuz, po podróżnemu bardzo dobrze ubrany, triumfalnie zasiadł na ławce między dwoma oficerami, z drwiną żałując, że biednego magistra zmoczy deszcz, który zaczynał kropić. Nasz nowy towarzysz, oficer, chcąc siedzieć wygodniej, spoglądał na niego bardzo krzywo i zaczął go gnieść. Francuz bardzo grzecznie oznajmił, że robi mu się trochę ciasno. „Tym gorzej dla pana” — odparł mu oficer ze złością; zapalił fajkę i zaczął puszczać mu w nos i w usta dymne obłoki. Francuz kichał, kaszlał i w końcu zapytał, co by to miało znaczyć? — „To, żeby się pan zabrał do wozu, do magistra”. — „Łaskawy panie!” — rzekł Francuz z dumną miną. — „Łaskawy panie! — odparł oficer z irytacją. — Mówią panu, żeby się pan od nas zabrał”.
Francuz z powagą zapewniał, że ma równe z nim prawo siedzieć w kolasce; ale oficer, kiepski prawnik, zaczął sypać na niego popiół z ogniem, mówiąc, że Wezuwiusz po dymie wyrzuca płomień. To jeszcze mało: wbił mu w bok rękojeść swojej szabli.
Biedny Francuz, widząc, że cierpliwością się nie wykpi, przez łzy prosił oficera, by zostawił go w spokoju do pierwszej zmiany, obiecując, że tam przesiądzie się do wozu. Moi starzy towarzysze, uśmiawszy się do syta, zlitowali się nad męczennikiem i namówili swego kolegę, by zadowolił się jego obietnicą. I ja się śmiałem, jednak szczerze żałowałem Francuza, choć on natychmiast o wszystkim zapomniał i zrobił się wesoły.
Teraz zmieniają konie i szykują nam lekką kolację.
Wyjechawszy z Gdańska, patrzyłem na morze, które błękitniało po prawej stronie. Nic więcej zajmującego nie rzuciło mi się w oczy, prócz rozległego gdańskiego miejsca przechadzek, gdzie było bardzo mało ludzi, bo niebo ze wszystkich stron zasnuwało się chmurami...
Całą książkę Nikołaja Karamzina „Listy podróżnika rosyjskiego” można przeczytać na wielu stronach. Na przykład tutaj.
Przetłumaczono z języka rosyjskiego przy pomocy AI (Claude, Anthropic), październik 2026 r.

