Kto kontroluje przeszłość, ten kontroluje przyszłość; kto kontroluje teraźniejszość, ten kontroluje przeszłość.
Pruski kalejdoskop
Każdy, kto choć raz spojrzał w gasnące oczy żołnierza umierającego na polu bitwy, dobrze się zastanowi, zanim rozpocznie wojnę.
Za najsławniejszą ze wszystkich znajdujących się w Königsbergu budowli można uznać tak zwany Zamek, czyli pałac dawnych książąt pruskich. Ów ogromny i, z racji swej starożytności, okazały gmach wzniesiony jest na najwyższym pagórku, czyli wzgórzu, znajdującym się pośrodku samego miasta. Zbudowany jest na planie czworoboku, przewysoki, i ma wewnątrz czworoboczny, nader przestronny plac, a całemu miastu przydaje sobą ozdoby.
4(16) czerwca 1807 r. (219 lat temu) armia francuska wkroczyła do Königsbergu, nie napotkawszy niemal żadnego oporu. Zakwaterowani w mieście żołnierze Napoleona zachowywali się na ogół przyzwoicie, dlatego mimo pewnego napięcia codzienny bieg życia miejskiego praktycznie nie został zakłócony. Trwało to nieco ponad miesiąc: zgodnie z warunkami pokoju tylżyckiego pod koniec lipca zostali oni przeniesieni z miasta.
(329 lat temu) Wielkie Poselstwo z Piotrem I na czele przybyło do Königsbergu. Wjazd do miasta był maksymalnie uroczysty. Rezultatem pobytu nad brzegami Pregoły dwustu pięćdziesięciu członków rosyjskiej misji dyplomatycznej, w tym samego cara, był słynny traktat królewiecki. Wśród innych jego punktów znalazł się także ten, który gwarantował pomoc elektora brandenburskiego rosyjskim „wolontariuszom”, wysłanym za granicę „dla nauki”.
Dyrygentów już dawno trzeba wyprowadzić z sal koncertowych na ulice. Ulice są teraz w modzie. Kultura uliczna rządzi teraz wszystkim. Niech dyrygent staje na skrzyżowaniu przy pomniku Schillera i dyryguje. O tak, po prostu, w swoim porządnym fraku i z batutą. Po prostu staje na podwyższeniu i dyryguje samochodami, hamulcami, gawronami, żelaznymi drzwiami, wiatrami i rozmawiającymi ze sobą ludźmi. Choćby raz w tygodniu, w niedziele.
Nadzieja widzi niewidzialne, czuje nieuchwytne i dokonuje niemożliwego.
Dla mnie jest zupełnie oczywiste, że Königsberg żyje. Co więcej, jestem przekonany, że pozostanie żywy nawet wtedy, gdy jeszcze kilka razy przejdzie się po nim buldożerem, jak to zrobiono w czasach sowieckich. Co zaś do tego, czy należy odtwarzać centrum, czy nie, to i tutaj, moim zdaniem, szczególne argumenty nie są potrzebne. Wystarczy popatrzeć, co było, a co jest. Przecież nie jesteśmy wszyscy ślepi, doprawdy…
„Amalienau” na Marksa i „Altstadt” na Engelsa – to jest piękne.
Jeśli ktoś postanowił utonąć, uratować go już nie sposób.
Wracając do tematu zamku i otaczającej go tkanki miejskiej, powtórzę, że nie widzę racjonalnej alternatywy dla odtworzenia centralnej części miasta w takim kształcie, w jakim padła ona ofiarą działań wojennych i krótkowzroczności władz regionalnych w minionym stuleciu.
W tym, że świątynia przy ul. Komsomolskiej jest otoczona ulicami Czekistów i Karola Marksa, jest jakiś sens.
Są tu (w Königsbergu – red.) pokaźne ogrody, w których można z przyjemnością się przechadzać. W wielkich miastach bardzo potrzebne są miejsca ludowych przechadzek. Rzemieślnik, artysta, uczony odpoczywa na czystym powietrzu po skończonej pracy, nie mając potrzeby wychodzić za miasto. Ponadto wyziewy ogrodów odświeżają i oczyszczają powietrze, które w wielkich miastach zawsze bywa pełne zgniłych cząstek.
Kaliningrad jest drugą stolicą Rosji. Drugą i tajną.
Zamek Königsberg jest tak samo nieodłączną częścią naszego miejskiego krajobrazu, samego wizerunku miasta, jak wieża Eiffla w Paryżu czy posąg Chrystusa nad Rio. Nie można go zapomnieć, nie można go niczym zastąpić. Proszę spojrzeć na miejskie pamiątki! Nawet jeśli przyjdzie nam przeżyć bez niego sto, dwieście, trzysta lat, on i tak wróci na swoje miejsce.
Tożsamość kaliningradzka to wzór zawierający segmenty tożsamości rosyjskiej, europejskiej i regionalnej. Nie zwalczając się nawzajem, dążą one do harmonijnego współbrzmienia.
Musimy zachować mosty komunikacji i współpracy tam, gdzie to możliwe. Różnice zdań pojawiają się i znikają. Natomiast praca dyplomaty polega na tym, by zachować to, co najlepsze między nami.
Nigdy nie uważaj się za nie takiego, za jakiego nie uważają cię inni, a wtedy inni nie uznają cię za nie takiego, jakim chciałbyś im się wydawać.
Gdy przyjdzie przedstawić do krzyżyka czy do posadki, jakże nie dopomóc swemu krewniaczkowi!
499 lat temu książę Albrecht założył w Königsbergu pierwszą w mieście bibliotekę. Początkowo mieściła się ona w zamku i dlatego nazywano ją Zamkową. Później stała się Królewską, a następnie przekształciła się w ogólnodostępną bibliotekę miejską.
Dla mnie jest zupełnie oczywiste, że Königsberg żyje. Co więcej, jestem przekonany, że pozostanie żywy nawet wtedy, gdy jeszcze kilka razy przejdzie się po nim buldożerem, jak to zrobiono w czasach sowieckich. Co zaś do tego, czy należy odtwarzać centrum, czy nie, to i tutaj, moim zdaniem, szczególne argumenty nie są potrzebne. Wystarczy popatrzeć, co było, a co jest. Przecież nie jesteśmy wszyscy ślepi, doprawdy…
Jeśli w Rosji zaczynają mówić o patriotyzmie, wiedz: gdzieś coś ukradli.
„Zające strychowe” (niem. Bönhasen, Bodenhasen) – rzemieślnicy spoza cechów, chałupnicy pracujący w pojedynkę, potajemnie i bez zezwolenia, po strychach, ścigani przez prawo.
Musicie wymyślić legendę. Prawdziwą legendę, jak w Transylwanii – legendę o Drakuli. Choćby nie było żadnego Drakuli, wszyscy tam jeżdżą, żeby zobaczyć jego zamek. Albo choćby Sherlock Holmes... I wtedy wszystko wam się uda. Przyjadą do was wszyscy. Legenda jest cenniejsza niż jakakolwiek infrastruktura.
Najłatwiejszy charakter mają cynicy, najbardziej nieznośny – idealiści. Czy nie wydaje się to panu dziwne?
VI
Uczta... uczta bombowców ucichła.
Z portali marzec zmywa płaty sadzy.
Tu i tam sterczą ogony fajerwerków,
stoją, na wieki skamieniałe, pióropusze.
I jeśli tu trochę pogrzebać (dla mnie
rozbity dom jest jak stóg siana pełen igieł),
to można całkiem szczęście odnaleźć
pod czwartorzędowym całunem odłamków.
VII
Klon wypuszcza pierwszy lepki liść.
W katedrze słychać piły tartacznej świst.
I kaszlą gawrony w opustoszałym parku.
Ławki mokną. I szeroko otwartymi oczami
zza ogrodzenia patrzy w dal koza,
tam, gdzie zieleń rozwinęła się na folwarku.
W 2024 roku przypada 300. rocznica urodzin Immanuela Kanta (22 kwietnia 2024 r.) i tyleż samo lat od dnia, w którym Altstadt, Kneiphof i Löbenicht zostały oficjalnie połączone w jedno miasto – Königsberg (13.06.24).
Wszystko wiedzą i wszystko rozumieją tylko głupcy i szarlatani.
Historia Königsbergu nie jest obca wam, obecnym mieszkańcom Kaliningradu.
Dwie rzeczy napełniają umysł coraz to nowym i wzmagającym się podziwem i czcią, im częściej i trwalej nad nimi się zastanawiamy – niebo gwiaździste nade mną i prawo moralne we mnie.
Przede wszystkim naszemu miastu bardzo się poszczęściło. Słynie ono nie z imienia jakiegoś sławnego tyrana czy wodza, ani wcale nie z imienia tego działacza, na którego wątpliwą cześć jest teraz nazwane. Jego główny mieszkaniec nie jest ulubieńcem fortuny, wyniesionym do sławy przez przypadek, lecz człowiekiem, który stworzył samego siebie i mozolną pracą myśli oraz konsekwentnym wysiłkiem woli wzniósł się na wyżyny ducha z pozycji wyjściowej, która niewiele zapowiadała. Kanta nie niepokoiła prowincjonalność miasta – on, syn rymarza, po prostu wziął je i umieścił na mapie światowej kultury.
Mogę dopuścić, że za dwieście–trzysta lat nadejdzie nowy poziom rozumienia Wszechświata i że będzie on wielokrotnie wyższy od obecnego.
Człowiek, którego młodość przypadła na początek lat 60., opowiadał, że on i jego rówieśnicy zarabiali na oddawaniu ołowianych rur kanalizacyjnych i wszelkiego rodzaju wyrobów z metali kolorowych. Mówiono, że i oryginał pomnika Kanta przepadł w czeluściach Wtorcwietmietu.
Książka „Zmierzch Königsbergu” powinna być w każdej kaliningradzkiej rodzinie.
687 lat temu główne ulice Altstadtu zaczęto brukować kamieniem. Początkowo były to wąskie „kamienne mosty”, które, stopniowo się poszerzając, przekształcały się w pełnoprawne nawierzchnie z kocich łbów. Z czasem kocie łby zastąpiła kostka brukowa. Im zamożniejsza była dzielnica, tym mniejsze były kamienie, a co za tym idzie – równiejsza i lepszej jakości nawierzchnia.
Zachęcam, by nie przygotowywać się do innego życia, lecz lepiej wykorzystać to jedyne, które zostało wam dane, aby godnie przyjąć, gdy nadejdzie, tę jedyną śmierć, której przyjdzie wam doświadczyć.
Skończyłem kurs szybkiego czytania i przeczytałem „Wojnę i pokój” w dwadzieścia minut. To coś o Rosji.
Zachowanie ruin Zamku Królewskiego w żaden sposób nie przeczy idei jego odtworzenia.
22 stycznia 1758 roku, po godzinie trzeciej po południu, dowódca armii rosyjskiej generał en chef Wilhelm Fermor uroczyście wjechał do Königsbergu (Kaliningradu) od strony Labiau (Polesska). Przejechawszy przez tłumy gapiów główną ulicą miasta, Königstraße (ul. Frunzego), Fermor wraz ze swoją świtą zatrzymał się przy Zamku Królewskim, gdzie przyjął od władz miasta symboliczne klucze do stolicy Prus Wschodnich. Już następnego dnia mieszkańców zaczęto zaprzysięgać na wierność rosyjskiej imperatorowej. Ceremonia trwała dwa miesiące. Jako pierwsi przysięgę złożyli najwyżsi urzędnicy, następnie – profesorowie, w tym Immanuel Kant, potem szeregowi urzędnicy, nauczyciele i inne osoby urzędowe.
rozpoczęła się procedura zaprzysięgania ludności Königsbergu na wierność rosyjskiej imperatorowej Elżbiecie.
Przy kontemplowaniu Königsbergu dusza w dziwny sposób popada w najsilniejsze wzburzenie! Jak wiele dokonało i jak wiele wycierpiało to miasto na przestrzeni wieków! Jakie piękne przykłady do naśladowania dało ono światu i jakich wielkich geniuszy zrodziło i przygarnęło!
Wyjście jest tylko jedno — odbudować zamek. Nie przeżyjecie bez tego zamku, i tak go odbudują, a jeśli nie za tego rządu, to za następnego. Jest tam potrzebny dla waszej turystyki. Musicie go odbudować według dawnego planu i urządzić tam pięciogwiazdkowy hotel; jeśli chcecie — szereg restauracji albo sale koncertowe. Ale zewnętrzne formy muszą być tamte — będziecie mieć wszystkie fotografie świata i będziecie najbogatszym regionem.
Są zapewne i inne punkty widzenia w tej sprawie, ale Rosja to jednak Europa i jeszcze przyjdzie jej wrócić do wspólnej rodziny narodów, kiedy znudzi jej się dąsanie na uboczu.
699 lat temu Kneiphof otrzymał prawa miejskie. W tych odległych czasach wzdłuż obwodu wyspy stał mur obronny, a bramy w nim prowadziły do mostów na stały ląd. Kneiphof był samodzielnym miastem przez prawie 400 lat – do 1724 roku, kiedy król Fryderyk Wilhelm I połączył Kneiphof, Altstadt i Löbenicht w jedno miasto Königsberg.
Ludziom podoba się, że można po prostu wsiąść do samochodu i w kilka godzin dojechać do Warszawy albo do Berlina. Wychodzi na to, że te miasta niejako dzielą się z naszym cząstką swojego uroku.
Za pomocą rewolucji można wprawdzie doprowadzić do obalenia osobistego despotyzmu i ucisku ze strony ludzi chciwych lub żądnych władzy, lecz nigdy nie można za pomocą rewolucji dokonać prawdziwej reformy sposobu myślenia; nowe przesądy, podobnie jak stare, będą służyć za pasy prowadzące bezmyślny tłum.
Jeśli wszyscy, którzy chcieli wyjechać, zostaną, to będzie u nas weselej niż w Moskwie-Petersburgu-Berlinie-Londynie.
Zabudowa plombowa zabiła miasto w dość poważnym stopniu. Ci, którzy budują, nie myślą ani o ludziach, którzy będą mieszkać w tym domu, ani o ludziach, którzy będą mieszkać wokół.
Sądzę, że wszelkie ograniczenie wolności, nawet w celu zapobieżenia jej nadużywaniu, jest nie do zniesienia, przytłacza duszę, albowiem jaskrawo przeczy naturze człowieka.
Prowincja to zapadły region, otoczony podobnymi do siebie, w którym procesy całkowicie określa metropolia. Dla Rosji to zwyczajna historia: jakiś obwód otoczony takimi samymi obwodami. A to zupełnie nie to, co jest tutaj, w Kaliningradzie. Kaliningrad to nie „prowincja nad morzem”, lecz region peryferyjny, ściśle stykający się z innymi kulturami; zachodzą tu procesy niecharakterystyczne dla innych regionów.
Nie sposób nie brać pod uwagę, że tą ziemią przez prawie siedemset lat władali Germanie: najpierw zakon krzyżacki, potem Królestwo Prus, Druga i Trzecia Rzesza. A tylko od siedemdziesięciu lat obwód kaliningradzki należy do Rosji. Fakt ten wywiera poważny wpływ na cały krajobraz historyczny, na świadomość żyjących tu ludzi.
...przeszedłem przez most nad rzeką Pregołą, która płynie na południe od Domu Sowietów, i przeszedłem na Wyspę Kanta kładką dla pieszych. Wszystko jest zorganizowane tak samo jak w Hiroszimie: tam, dochodząc do połowy mostu Aioi, skręca się na południe w stronę Parku Pamięci Pokoju (kierunek różni się tylko o 90 stopni). Ironia polega na tym, że w miejscu, gdzie w Hiroszimie jest Pomnik Pokoju, tutaj stoi Dom Sowietów.
Ludzie mówią bardzo dużo i bardzo głośno po to, by powiedzieć jak najmniej. To bardzo hałaśliwe milczenie. Naprawdę istotne i interesujące są przy tym jedynie zakulisowe układy, o których nie wspomina się ani jednym słowem.
Najbardziej radykalni rewolucjoniści stają się konserwatystami nazajutrz po rewolucji.

