Uważa się, że właśnie w tym czasie, po zwycięstwie pod Fehrbellin (28.06.1675), Fryderyk Wilhelm zyskał przydomek „Wielki” przy tytule elektora brandenburskiego. Warto zauważyć, że w czasach nowożytnych miana „Wielkiego” nie dostąpił żaden z cesarzy niemieckich ani żaden z monarchów angielskich i francuskich (a przecież tam każdemu królowi nadawano celny przydomek). Spośród rosyjskich samodzierżców tylko dwojgu — cesarzowi Piotrowi I i cesarzowej Katarzynie II — udało się zasłużyć na taki przydomek. W samych Niemczech po raz drugi w historii przydomek „Wielki” otrzymał król pruski Fryderyk II, prawnuk Wielkiego Elektora. Wiernopoddańczego pochlebstwa oczywiście nikt nie zniósł, ale jeśli przydomek „Wielki” nie znajduje poparcia w narodzie, to nie zostaje też w historii.

W październiku 1678 roku wojska Wielkiego Elektora obległy główną cytadelę Pomorza Szwedzkiego — twierdzę Stralsund (u góry), która słynęła z tego, że w latach wojny trzydziestoletniej (1618–48) bezskutecznie oblegała ją armia Wallensteina.
Dlatego i tym razem król szwedzki liczył, że twierdza stawi zacięty, wielomiesięczny opór. Fryderyk Wilhelm miał jednak wobec niej inne plany. Pod jej murami skoncentrował potężne zgrupowanie artylerii, liczące 22 moździerze i 50 haubic. 10 października rozpoczął się ostrzał artyleryjski miasta, który z niewielkimi przerwami trwał do wieczora 11 października. Już pod koniec pierwszego dnia bombardowania wybuchły liczne pożary i władze miejskie wysłały do Wielkiego Elektora parlamentariuszy. Pod koniec dnia 11 października nie wytrzymał także garnizon twierdzy. 15 października podpisano honorową kapitulację twierdzy, a 20 października wkroczył do niej Fryderyk Wilhelm. Po upadku Stralsundu wynik wojny szwedzko-brandenburskiej nie budził już niczyich wątpliwości.
Wyrzucasz ich drzwiami — wchodzą oknem
Jednak jeszcze zanim Stralsund stanął w płomieniach, Szwedzi postanowili gwałtownie rozszerzyć teatr działań wojennych i przenieść wojnę na terytorium Brandenburgii-Prus. Strategiczny plan szwedzkiej operacji w Prusach polegał na energicznym marszu na Królewiec wobec braku w księstwie poważniejszych sił zdolnych go obronić. Zakładano użycie niewielkiego liczebnie, a przez to mobilnego związku, który wyruszywszy w październiku 1678 roku z Rygi, mógłby już w drugiej połowie grudnia stanąć pod Królewcem. W Kurlandii armia szwedzka liczyła 15–16 tys. żołnierzy. Nawet gdyby pod Królewiec dotarł dziesięciotysięczny korpus, wystarczyłoby to, by zmusić do kapitulacji pozostawiony tam nieliczny garnizon. Zajęcie stolicy Prus niewątpliwie zmusiłoby Fryderyka Wilhelma do zwinięcia oblężenia Stralsundu i wyruszenia w kierunku Królewca. Do tego czasu jednak Szwecja mogła już przerzucić pod Królewiec drogą morską dodatkowe siły i wojna toczyłaby się już nie o Pomorze, lecz o Prusy, przy czym pustoszone byłoby teraz terytorium przeciwnika.
15 listopada 1678 roku armia szwedzka, która wyruszyła z Rygi w sile 11 200 żołnierzy (według danych niemieckich; według szwedzkich — 11 547 żołnierzy), wkroczyła na terytorium Prus w rejonie Memla (Kłajpeda).
„Podwójny plakat” z XVII wieku z planami Królewca (u góry) i Rygi.
W skład armii, którą dowodził feldmarszałek Henrik Horn, wchodziło według danych niemieckich 14 pułków kawalerii, 6 dragonii i 12 piechoty. Według dokumentów szwedzkich w chwili wymarszu z Rygi armia liczyła 4136 piechurów, 5174 rajtarów i 2237 dragonów. Wojsko dysponowało artylerią złożoną z 36 dział. Armia szwedzka od razu, z marszu, spróbowała zdobyć Memel. Ostrzał artyleryjski wywołał w mieście wielki pożar, ale twierdza odparła pierwszy szturm. Horn nie miał czasu na gruntowne oblężenie Memla, dlatego poprzestał na spaleniu części zabudowań miejskich i kontynuował marsz na Królewiec.
Szwedzka ofensywa przebiegała dość dobrze znanym szlakiem przez Memel do Tylży (Sowieck), którą Szwedzi zajęli 6 grudnia. Wynika z tego, że w marszu armia szwedzka pokonywała średnio po 10 km dziennie. Po wkroczeniu do Prus, z powodu ogólnego zmęczenia, skracającego się dnia, konieczności posuwania się pod osłoną straży bojowej i rozbijania obozu według wszelkich reguł, tempo marszu armii spadło do 4 km na dobę. Mimo to, według obliczeń feldmarszałka Horna, wojska Fryderyka Wilhelma nawet forsownym marszem nie mogły dotrzeć do Królewca przed marcem 1679 roku. A biorąc pod uwagę praktykę przenoszenia wielkich kampanii na okres wiosenno-letni — w ogóle dopiero w połowie lata. Dlatego nie spieszył się z opuszczeniem Tylży, pozwalając swojej armii porządnie odpocząć.
To właśnie tutaj, w Tylży, dotarły do niego wieści ze Szwecji, że gdy szli z Rygi, twierdza Stralsund padła, a zatem cała operacja mająca odciągnąć siły Wielkiego Elektora od oblężenia straciła wszelki sens.
Horn otrzymał rozkaz umocnienia się na zajętych pozycjach i zapewnienia głównym siłom armii szwedzkiej przyczółka do inwazji na Prusy wiosną i latem 1679 roku. A Tylża nadawała się na takie leże zimowe najlepiej. Horn jednak z niewiadomych przyczyn niespodziewanie postanowił kontynuować marsz na Królewiec i wyruszył w kierunku Wystruci (Czerniachowsk), by następnie skręcić na Welawę (Znamiensk) i podążyć dalej do stolicy Prus. Jego armia nadal nie napotykała odczuwalnego oporu. Kolejny po Tylży dłuższy postój nastąpił w Wystruci. Sztab Horna rozlokował się w zamku Georgenburg (osiedle Majowka). 6 stycznia armia szwedzka wkroczyła do Welawy. Na odcinku z Tylży do Welawy tempo marszu armii szwedzkiej spadło do mniej więcej trzech i pół kilometra na dobę, co pokazuje, jak ciężkie były zimowe kampanie dla ówczesnych armii.
Najważniejsze — manewry!
Fryderyk Wilhelm świętował chwalebne zwycięstwo na Pomorzu, które zapowiadało długo oczekiwane terytorialne zjednoczenie ziem Brandenburgii i Prus, gdy w grudniu 1678 roku do Berlina dotarły wieści, że wojska szwedzkie wkroczyły do Prus. Wiadomości szły w tamtych czasach powoli. W samym Berlinie elektor dysponował armią liczącą 9000 żołnierzy, w tym 5000 kawalerzystów, z 30 działami. Siły przeciwnika oceniano w meldunkach na 12–15 tysięcy żołnierzy. Elektor rozumiał, że będzie musiał z marszu zaatakować przeważające siły nieprzyjaciela na przygotowanych pozycjach, co w starciu czołowym raczej nie wróżyło powodzenia. Dlatego opracowano plan, który przeszedł do legendy niemieckiej historii wojskowej. Zgodnie z nim zwarta armia w warunkach zimowych miała błyskawicznym marszem dotrzeć do Królewca. Tam cała kawaleria, nie czekając na piechotę i połączywszy się z oddziałami jazdy z garnizonu twierdzy, miała wiązać armię Horna w drobnych potyczkach, nie pozwalając jej bezkarnie wycofać się do Inflant. Główne siły — piechota i artyleria — dzięki manewrowi oskrzydlającemu miały przeciąć linie komunikacyjne, którymi zaopatrywano armię nieprzyjaciela. Następnie połączone wojska elektora miały dokończyć rozbicia wroga.
Plan był zadziwiająco nowatorski. Już sama wzmianka o przeciętych liniach komunikacyjnych przenosi nas do wydarzeń znacznie późniejszej epoki — ten manewr stał się klasyczny w latach II wojny światowej.
Wielki Elektor Fryderyk Wilhelm.
Jeśli dodać do tego zimowe przerzucenie armii na odległość setek kilometrów, można odnieść wrażenie, że w ogóle nie chodzi tu o XVII wiek. Jednak główna niespodzianka, „wisienka na torcie” tej kampanii, dopiero czekała na Szwedów.
Drogę z Berlina do Marienwerderu (Kwidzyn, Polska), który stał się pośrednim punktem zbornym wojsk, pokonano w średnim tempie 15 km na dobę. Było to półtora raza szybciej, niż maszerowali Szwedzi, ale wciąż niewystarczająco szybko. W każdym razie zdaniem elektora. Dlatego zawczasu wysłano do Marienwerderu gońców, którzy wręczyli magistratowi żądanie zebrania w mieście i we wszystkich okolicznych wsiach wszystkich dostępnych sań. Polecenie wykonano natychmiast. Nigdzie nie ma wzmianki o jakichkolwiek przeszkodach ze strony poddanych księcia-elektora w zaopatrywaniu wojsk w sanie. Poprzednie niemal 40 lat rządów Fryderyka Wilhelma przyzwyczaiło bowiem chłopów i mieszczan do tego, że: 1) nie warto sprzeciwiać się woli Wielkiego Elektora; 2) armia Fryderyka Wilhelma nigdy nie grabi własnej ludności, a zatem właściciele sań mogą słusznie liczyć na wykup lub godziwe odszkodowanie za swoje mienie. Łącznie czasowo zarekwirowano 1100 sań oraz, w uzupełnieniu kawalerii elektora, do 700 koni.

Kolumna sań, a właściwie cała saniowa armada, wyruszyła po Weichsel (Wiśle) i Frisches Haff (Zalewie Wiślanym) do Heiligenbeil (Mamonowo), a następnie dalej do Królewca (Kaliningradu).

Piechota na saniach przemieszczała się tak szybko, że kawaleria z elektorem na czele tylko nieznacznie ją wyprzedziła. W Królewcu piechota i kawaleria ponownie się rozdzieliły.
Kawalerzyści pod dowództwem generała Joachima Ernsta von Görtzkego ruszyli na poszukiwanie armii szwedzkiej, a piechota z samym elektorem na czele kontynuowała podróż saniami. Tym razem po Pregole i Dejmie do Labiawy (Polesk), a stamtąd po Kurisches Haff (Zalewie Kurońskim) do wsi Gilge (Matrosowo). Na odcinku z Marienwerderu do Królewca tempo marszu armii Fryderyka Wilhelma sięgnęło 30 km na dobę, a z Królewca do Gilge — 33 km na dobę. To tempo znakomite jak na czasy I wojny światowej i dobre jak na II wojnę światową. Oczywiście z poprawką na liczebność przerzucanych wojsk, gdyż cała armia elektora odpowiadała jednej dywizji z czasów II wojny światowej. A mimo to była to czysta fantastyka! Wyobraźnia z wielkim trudem odtwarza ten niezwykły obraz — mknący po lodzie tysiąc sań, w które wcisnęło się ponad osiem tysięcy żołnierzy i oficerów, porwanych pomysłowością i zdecydowaniem swojego wodza. W istocie było to pierwsze użycie piechoty mobilnej — pierwowzoru współczesnej piechoty zmotoryzowanej. Trzeba przyznać, że tak nieszablonowe rozwiązanie zniweczyło plany Szwedów, którzy zamierzali długo oczekiwać na przeciwnika.
Nawet gdy szwedzkiemu dowództwu zameldowano o przybyciu armii brandenbursko-pruskiej do Królewca, nikt nie mógł się jej spodziewać trzy dni później w Gilge. Szwedzi w swoim tempie dotarliby tam mniej więcej po miesiącu.

Cała armia z artylerią, przeprawiająca się na saniach po lodzie przez Zalew Kuroński — zapierający dech w piersiach widok, który długo rozpalał wyobraźnię malarzy batalistów i kartografów wojskowych. (W tym przypadku — francuskich.)
Kropka nad i, czyli wygrywa silniejszy
Wróćmy jednak nieco wstecz, do Szwedów i ich feldmarszałka Horna. Przebywając w Welawie, dowiedział się on od zwiadu, że Królewca broni nieco większy garnizon, niż początkowo zakładał. W szczególności oprócz oddziałów twierdzy znajdował się tam oddział kawalerii von Görtzkego liczący do 3000 jeźdźców. Mimo że armia Horna ponad 2,5-krotnie przewyższała przeciwnika, Horn wykazał się rozwagą i zrezygnował z marszu na Królewiec. Uznał też za słabą swoją pozycję w Welawie, dlatego rozpoczął odwrót do Tylży. O tym, że do Prus pędzi już co sił wojsko elektora, Horn jeszcze nie wiedział. I gdyby nie ten odwrót, plan Fryderyka Wilhelma zadziałałby w stu procentach. Horn wybrał jednak najrozsądniejszy z trzech możliwych wariantów działania, ale i ten nie wróżył Szwedom niczego dobrego. Każdy odwrót demoralizuje armię. Odwrót Horna odbywał się zaś tą samą drogą, wzdłuż której osady dopiero co zostały spustoszone. Brakowało prowiantu i paszy, rosła liczba żołnierzy wyeliminowanych z szeregów z powodu wycieńczenia. Zresztą w Tylży Horn mógł liczyć na tabor z Rygi, który uzupełniłby braki żywności, paszy i prochu. W Tylży można było przetrwać do wiosny, otrzymać posiłki i kontynuować kampanię.
Ciekawe, że Szwedzi do Tylży i główne siły Brandenburczyków do Gilge dotarli tego samego dnia — 29 stycznia 1679 roku. Fryderyk Wilhelm spieszył się ze wszystkich sił przez półtora miesiąca, a spóźnił się zaledwie o dzień lub dwa.
Jeśli wierzyć ówczesnemu artyście, gdy straż tylna armii Wielkiego Elektora dopiero ruszała po zalewie z Labiawy (Polesk), oddziały czołowe minęły już ujście Gilge (Matrosowka) i zagłębiły się po lodzie zamarzniętej rzeki na kilka kilometrów w zaśnieżone przestrzenie Elchniederung (Łosiej Doliny).
Gdyby nie to spóźnienie, jego lodowy przemarsz trafiłby do wszystkich podręczników historii jako najbardziej oszałamiające zwycięstwo militarne XVII stulecia. Należy jednak oddać sprawiedliwość także doświadczeniu feldmarszałka Horna — w trudnym momencie wyboru przedłożył ocalenie choćby części swoich wojsk nad efektowną i nieuchronną klęskę.
Tymczasem pod Tylżą Szwedów dogoniła kawaleria pruska. Aby nie pozwolić Hornowi się wymknąć, awangarda licząca 1000 jeźdźców, dowodzona przez pułkownika Joachima Hennigsa von Treffenfelda, z marszu zaatakowała pułki straży tylnej armii szwedzkiej. Następnego dnia, 31 stycznia 1679 roku, do walki ze Szwedami weszła cała kawaleria. Bitwa rozegrała się pod wsią Splitter (obecnie teren miasta Sowieck, okolice ul. Czapajewa). Zakończyła się pewnym zwycięstwem armii pruskiej. Szwedzi stracili w niej około tysiąca żołnierzy, kolejnych 300 dostało się do niewoli, zdobyto 5 dział. (Do 1945 roku w Tylży, która wchłonęła wieś Splitter, zachował się „cmentarz szwedzki”.) Piechota Fryderyka Wilhelma wychodziła w tym czasie na drogę do Memel (Kłajpedy), odcinając Szwedom zarówno drogę odwrotu, jak i możliwość przysłania posiłków i taborów. W bitwie pod Splitterem Horn znów stanął przed wyborem: gdyby zatrzymał cofającą się armię i ustawił ją w szyku bojowym, mógłby dać godny odpór pruskim kawalerzystom. Ale wtedy straciłby czas, a litewska furtka zatrzasnęłaby się przed jego armią ostatecznie. A tak wciąż pozostawała szansa.
W ogóle trzeba powiedzieć, że miernych feldmarszałków w armii szwedzkiej nie było. Horn najwyraźniej przejrzał plan Fryderyka Wilhelma, dlatego nie poprowadził swoich żołnierzy w zastawioną zasadzkę, wybierając odwrót litewskimi polnymi drogami.
To oczywiście ostatecznie spowolniło marsz i bynajmniej nie ułatwiało oderwania się od przeciwnika. Horn rzucał do śmiertelnych starć coraz to nowe bataliony straży tylnej. Trzeba jednak oddać mu sprawiedliwość — uniknął generalnej klęski. Poza tym należy oderwać się od realiów dnia dzisiejszego i wyobrazić sobie wodza prowadzącego tysiące ludzi drogami, których nie ma na żadnej mapie. Przez nieznane osady, przez zaśnieżone pola, przez zamarznięte rzeki. Drogami, na których z trudem mieści się obok siebie dwóch jeźdźców, przez co kolumna rozciąga się na wiele kilometrów, a idący na przedzie nawet się nie domyślają, co dzieje się na jej końcu. Zorganizowany odwrót w takich warunkach to niezwykle trudne zadanie. 130 lat po tych wydarzeniach wielki Napoleon zwycięsko przeprowadzi swoją armię przez całą Europę, ale to właśnie odwrót zniszczy ją niemal doszczętnie.
Po trzech dniach pościgu za przeciwnikiem Wielki Elektor zrozumiał, że jego armii grożą te same nieszczęścia, które doprowadziły armię szwedzką do opłakanego stanu. Tabory zostały w tyle, żołnierze padali ze zmęczenia, zaczęły się choroby. Postanowiono nie przyćmiewać zwycięstwa nadmiernymi własnymi stratami. Ostatnia bitwa głównego zgrupowania wojsk rozegrała się 2 lutego 1679 roku pod wsią Alt Weynothen (osada Oktiabrskoje w rejonie sławskim), gdzie rozbito jeden z maruderskich oddziałów szwedzkich. „Odprowadzić” Szwedów wysłano jedynie oddział 1500 kawalerzystów pod dowództwem generała majora Hansa Adama von Schöninga. Działania Schöninga budziły wówczas niejednoznaczne oceny. Tylko raz potarmosił szwedzką straż tylną pod wsią Telsze (Telšiai, Litwa), po czym nie podejmował już walki i towarzyszył szwedzkiemu odwrotowi niemal do samej Rygi, zatrzymując się 50 km przed nią.
Porywczy pruscy oficerowie uznali jego bierność w pościgu za tchórzostwo i niezdecydowanie. Sam Schöning tłumaczył swoje postępowanie brakiem amunicji i zmęczeniem żołnierzy. Całkiem możliwe, że widząc, jak szwedzcy żołnierze giną w marszu i bez jego kul, Schöning postanowił nie mnożyć rozlewu krwi w tej kampanii, doskonale rozumiejąc, że dla ostatecznego zwycięstwa nie ma już żadnego znaczenia, czy do Rygi dowlecze się 1000 Szwedów, czy 5000. A swoich żołnierzy należało oszczędzać.
Skoro już mowa o stratach szwedzkich: źródła szwedzkie podają, że do Rygi wróciło około 5000 żołnierzy spośród 11 547, którzy wyruszyli na wyprawę cztery miesiące wcześniej. Źródła niemieckie twierdzą natomiast, że wróciło 1000 kawalerzystów i 500 piechurów.
Sanie Wielkiego Elektora, na których odbył on Lodowy Manewr, były pieczołowicie przechowywane na zamku królewieckim, w tym samym słynnym muzeum „Prussia”, o którym niedawno szczegółowo opowiadaliśmy.
Najprawdopodobniej prawda leży bliżej danych szwedzkich, co pośrednio potwierdza fakt, że Schöning ze swoim półtoratysięcznym oddziałem nie odważył się zaatakować resztek armii. W każdym razie minimalne straty Szwedów wyniosły 6500 ludzi, a maksymalne — 9 700. Przy tym bezpośrednio w starciach zginęło około dwóch tysięcy. Pozostali padli ofiarą ciężkich warunków marszu, co po raz kolejny potwierdza niewesołą arytmetykę tamtych czasów, gdy straty poza polem walki 2–4 razy przewyższały liczbę poległych w bitwach. Jednak dla oceny tej operacji wojskowej, opracowanej przez Wielkiego Elektora, znacznie ważniejsze jest to, że w jej wyniku osiągnięto wszystkie zamierzone cele forsownego marszu do Prus. No i oczywiście elegancja wykonania oraz zupełnie niekonwencjonalne podejście do rozwiązania zadania — wydawałoby się niewykonalnego w tamtej epoce — błyskawicznego przerzutu wojsk na setki kilometrów.
Logiczne rezultaty i płonne nadzieje
Zwycięstwo w „polowaniu na Zalewie Kurońskim” zakończyło długą wojnę. Szwecja nie miała już możliwości obrony swoich interesów na południowych wybrzeżach Bałtyku. Sojusznicy Brandenburgii-Prus również wyczerpali potencjał do prowadzenia działań wojennych i rozpoczęli rokowania pokojowe. Nieprzystąpienie do rokowań oznaczałoby dla Fryderyka Wilhelma wojnę z Francją w pojedynkę. W trakcie rozmów pokojowych poznał on cały „urok” sojuszy wojskowych zawieranych z wyrachowania — Francja zażądała zwrotu Szwecji zdobytych terytoriów na Pomorzu, a sojusznicy nie poparli dążenia elektora do przeciwstawienia się temu. Nie poparł go nawet cesarz niemiecki, co ostatecznie przekonało Wielkiego Elektora i wszystkich jego następców, że udział Brandenburgii w Świętym Cesarstwie Rzymskim powinien być jedynie nominalny, gdyż przynależność do cesarskiego konglomeratu jest bardziej ciężarem niż przedsięwzięciem przynoszącym korzyści. Francja uzasadniała konieczność zwrotu zdobytych ziem westfalskim systemem w Europie — swego rodzaju aktem, który ustanowił istniejące granice. W zamian Brandenburgii-Prusom należała się pokaźna kontrybucja, co oczywiście też było dobre, ale nie tak upragnione przez Fryderyka Wilhelma jak ziemie Pomorza. Później zdobyli je jego potomkowie, lecz kierunek tych nabytków wyznaczył właśnie Wielki Elektor.
Najwyraźniej po tym błyskotliwym zwycięstwie militarnym i następującym po nim politycznym fiasku Fryderyk Wilhelm zrozumiał, że za jego panowania połączenie Prus i Brandenburgii się nie powiedzie.

Do II wojny światowej pomnik Wielkiego Elektora stał obok latarni morskiej na nabrzeżu w Piławie (Bałtijsk). Rzeźba została ewakuowana przez Niemców do Hamburga, skąd przewieziono ją do nadmorskiego miasteczka Eckernförde, gdzie do dziś zdobi miejscowy park (po prawej).
Siły przeciwstawiające się temu dążeniu były zbyt potężne. Państwo brandenbursko-pruskie musiało dopiero nabrać politycznego i gospodarczego znaczenia, pomnożyć swoją potęgę militarną i zyskać silnych, zainteresowanych sojuszników. Tylko tak można było przezwyciężyć naturalną niechęć czołowych mocarstw do ujrzenia na mapie Europy nowego państwa, zdolnego stać się dla nich konkurencją.
„Polowanie na Zalewie Kurońskim” (ów słynny „Lodowy Manewr”) stało się swoistym szczytem chwały wojskowej Wielkiego Elektora. I tu w naturalny sposób nasuwa się pytanie: jak to się stało, że jeszcze 30 lat wcześniej obce armie wkraczające do Brandenburgii lub Prus łupiły miejscowe wsie, rozbijały obozy, gdzie chciały, dyktowały warunki swojego pobytu na tym terytorium lub przemarszu przez nie, zupełnie nie spodziewając się jakiegokolwiek oporu zbrojnego? A oto w ciągu jednego pokolenia państwo brandenbursko-pruskie przekształciło się w siłę, z którą trzeba było się nie tylko liczyć, ale którą warto było mieć wśród swoich sojuszników. Porozmawiamy o tym następnym razem, a naszym głównym bohaterem znów będzie Wielki Elektor Fryderyk Wilhelm.
Przetłumaczono z języka rosyjskiego przy pomocy AI (Claude, Anthropic), październik 2026 r.

