/ Prusy

Poprzednicy Hohenzollernów w Prusach

Poprzednicy Hohenzollernów w Prusach

„Szkice z historii Prus” pióra francuskiego historyka Ernesta Lavisse’a (1842–1922) ukazały się po raz pierwszy po rosyjsku w 1915 roku nakładem moskiewskiego wydawnictwa Sabasznikowów. Pod koniec ubiegłego stulecia „Szkice” wznowiło Kaliningradzkie Zjednoczenie Wydawniczo-Poligraficzne. Na początku XXI wieku wydawnictwo „Jantarnyj skaz”, dostosowawszy dzieło do norm współczesnej ortografii i stylistyki, wydało własną wersję. Oryginalny tekst składa się z czterech ksiąg. Przedstawiona poniżej księga druga – „Poprzednicy Hohenzollernów w Prusach” – poświęcona jest historii Zakonu Niemieckiego (Krzyżackiego), który podbił pogańskie Prusy i władał nimi ponad dwa stulecia.

Podbój Prus przez rycerzy krzyżackich


Losy Zakonu Krzyżackiego

Jakub z Vitry opowiada, że „pewien uczciwy i pobożny Niemiec za natchnieniem Bożym zbudował w Jerozolimie, gdzie mieszkał ze swoją żoną, szpital dla swoich ziomków”. Było to w 1128 roku. Gdyby temu uczciwemu i pobożnemu Niemcowi, podobnie jak patriarsze Jakubowi czy wielu innym postaciom historycznym i legendarnym, przyszło ujrzeć proroczy sen, przed jego oczami rozwinąłby się zdumiewający widok. Słudzy szpitalni, nie poprzestając na pielęgnowaniu chorych, chwytają za broń i przekształcają się w wojskowy Zakon Krzyżacki. Nowy zakon szybko dorównuje swoim starszym towarzyszom, templariuszom i joannitom, i zyskuje sobie taką przychylność papieża, cesarza i rozmaitych królów, że otrzymuje przywilej za przywilejem i majątek za majątkiem. Wkrótce zamek jego wielkiego mistrza staje się jednym z najwspanialszych pałaców Palestyny. Lecz oto obraz nagle się zmienia. Jego Krzyżacy, w białych płaszczach z naszytymi na nie czarnymi krzyżami, walczą już nie nad brzegami Jordanu, lecz nad brzegami Wisły, i nie z Saracenem odzianym w białą wełnę, lecz z Prusem okrytym zwierzęcą skórą. Wytępiają w tej walce cały naród, aby w jego miejsce stworzyć nowy; budują miasta, wydają prawa i rządzą nieporównanie lepiej niż jakikolwiek władca na świecie. Długo kwitną, aż wreszcie, osłabieni i zniewieściali od bogactwa i szczęścia, padają ofiarą jednoczesnego ataku swoich poddanych i swoich wrogów. Wtedy założyciel jerozolimskiego szpitala ujrzałby smutny widok: ci niegdyś tak potężni rycerze stają się wasalami Polski. Nieraz próbują znów się podnieść, lecz wszystko na próżno; nic nie może ich ocalić, gdy reformacja uderza w starą wiarę średniowiecza i zaczyna prześladować kult Dziewicy, której zbrojnymi sługami byli. Sam ich wielki mistrz staje się wyznawcą Lutra i zamienia w dziedziczne księstwo tę ziemię, którą zdobyli na Prusach ku chwale Chrystusa i Jego Matki. Lecz dziwną grą losu ta uzurpacja otwiera nową epokę szczęścia, przy którym blednie cała przeszłość.

Ten wielki mistrz pochodzi z rodu Hohenzollernów, a jego spadkobiercami są brandenburscy kuzyni, którym sądzone jest przemienić książęcą koronę pruską w królewską, a następnie połączyć ją z cesarską.

Królowie pruscy, stawszy się cesarzami niemieckimi, nie zapomnieli o pochodzeniu swojej potęgi: na ich sztandarach widnieje rycerski orzeł; a w 1872 roku Wilhelm I, kładąc w Malborku kamień węgielny pod pomnik Fryderyka II, z przyjemnością słucha uczonego mówcy-patrioty,* który wykłada przed swoim „najjaśniejszym i najpotężniejszym cesarzem, najmiłościwszym królem i panem” cały bieg tej cudownej historii, która zaczęła się w Jerozolimie. Nieco później następca tronu pruskiego i niemieckiego był obecny przy odsłonięciu tego pomnika: stanął przed nim posąg Fryderyka II i posągi czterech wielkich mistrzów, którzy, umieszczeni po bokach cokołu, jakby dźwigają tego bohatera Prus. Syn cesarza Wilhelma najwidoczniej śledził z zainteresowaniem poszukiwania pomników i dokumentów dotyczących historii Zakonu Krzyżackiego, prowadzone obecnie w Ziemi Świętej. I to zrozumiałe. Osiągnąwszy szczyt szczęścia, ludzie chętnie zwracają wzrok ku jego kolebce, a kolebką monarchii pruskiej był niewątpliwie ów szpital, założony przez nieznanego Niemca, quadam Allemanus, jak mówi Jakub z Vitry.

Przedstawię tu jeden okres tej historii, od osiedlenia się rycerzy w Prusach aż po upadek założonego przez nich potężnego państwa**. To stara historia, która rozegrała się w zapadłym zakątku. Nie należy jednak lekceważyć starych historii: kto zacznie traktować je z góry, ten łatwo może przeoczyć wiele ważnych stron w największych współczesnych wydarzeniach.

* Pan Winter, burmistrz Gdańska, poseł do Reichstagu. Korzystam ze sposobności, aby wyrazić mu tu moją najżywszą wdzięczność za gościnność, jaką okazał mi w Gdańsku, którym zarządza, szanując jako historyk stare zabytki i ratując je przed zniszczeniem, będąc zarazem znakomitym administratorem, dbającym o zaspokojenie wszystkich potrzeb współczesnego miasta. Winter zaprosił mnie do swego majątku w Gelens, niedaleko Torunia, czyli w te strony, gdzie po raz pierwszy osiedlili się Krzyżacy. Wiele zawdzięczam memu gospodarzowi i przewodnikowi, znakomitemu znawcy dawnej historii kraju, który mi pokazywał.

**  I. Scriptores rerum Prussicarum, 5 vol., 1861–1874. II. Perlbach, Preussische Regesten bis zum Ausgange des dreizehnten Jahrhunderts, 1875–1876. III. A. L. Ewald, Die Eroberung Preussens durch die Deutschen, 1872–1875. IV. G. Freytag, Vom Mittelalter zur Neuzeit, 1867. V. Treitschke, Das Ordensland Preussen, 1871. VI. L. Winter, Festrede am Tage der westpreussischen Säcularfeer, 1872. VII. Toeppen, Historisch-comparative Geographie von Preussen, 1858. VIII. Lotar Weber, Preussen vor 500 Jahren, 1878.

Stare Prusy. Podróżnicy i misjonarze

Prusowie, wytępieni w XIII i XIV wieku przez rycerzy krzyżackich, byli ludem plemienia litewskiego z domieszką elementu fińskiego. Mieszkali na wybrzeżu Morza Bałtyckiego, między Wisłą a Pregołą, wychodząc nieco poza te rzeki. Położenie i przyroda tego kraju są takie, że jego ludność przez długi czas mogła żyć zupełnie spokojnie, z dala od sąsiadów. Na zachodzie Wisła, wówczas szersza niż dziś, co roku zalewała swoją deltę i zawalała ją lodem, który z nadejściem lata topniał, tworząc morze błota. Na północy, wzdłuż wybrzeży, w różnych odległościach ciągną się mierzeje, czyli wąskie i długie pasy lądu pokryte ruchomymi wydmami, wznoszącymi się stromo na 60–80 metrów wysokości między otwartym morzem a lagunami niemal słodkiej wody, zwanymi zalewami. To prawdziwe bastiony, i jeśli z niektórych punktów wybrzeża patrzeć na horyzont, wyłaniające się zza mierzei statki wydają się fantastycznymi budowlami wzniesionymi na szczycie odległych wzgórz. Gdzieniegdzie bastiony te się przerywają, ustępując miejsca kanałom, którymi przepływają statki; lecz kanały te łatwo zmieniają położenie – morze co chwila zasypuje jedne i drąży inne. Do takiego brzegu nie zaciągnie żadnego żeglarza! Na wschodzie Prusy są mniej osłonięte; lecz sąsiednią Litwę zamieszkiwał lud spokrewniony z Prusami, wyznający tę samą religię i będący ich sprzymierzeńcem w walce przeciwko cywilizacji zachodniej. Na południe, w kierunku Polski, teren wcale nie jest tak wolny od przeszkód, jak się zwykle sądzi, wyobrażając sobie północną równinę jako zupełnie płaską. Długi łańcuch wzniesień, wprawdzie niezbyt znacznych, ciągnie się od Holsztynu przez Meklemburgię, Pomorze i Prusy i, przeciąwszy cały europejski far-east, łączy się z Uralem. Przy lewym brzegu Wisły wzgórza te się podnoszą, a podróżny jadący z Berlina do Gdańska, zbliżając się do niego, widzi przed sobą nierówny teren, gdzie strumienie nabierają charakteru górskich potoków, a miejscami tworzą nawet wodospady. Wieżyca (Turmberg), której wysokość sięga 330 metrów, to całkiem duża, malownicza góra. Niższe wzgórza prawego brzegu Wisły okalają kraj pruski od południa. Dla tej okolicy szczególnie charakterystyczna jest obfitość jezior: spotyka się je tu na każdym kroku. Jeziora te najczęściej są bardzo niewielkie, lecz za to jest ich tyle, że prawie nie ma miejsca, z którego oko nie dostrzegłoby kilku z nich. Rzeczek też jest tu dosyć. A przy tym cała ta okolica, dziś zupełnie ogołocona, w dawnych czasach była gęsto porośnięta borem sosnowym, który chronił kraj przed wrogimi najazdami.

Historia jeszcze lepiej niż geografia wyjaśnia, dlaczego kraj Prusów pozostawał tak długo na uboczu świata.

Legiony rzymskie zatrzymały się nad brzegami Łaby, a potem cofnęły się nad Ren. Poważniejsze niebezpieczeństwo groziło Prusom ze strony Karola Wielkiego, gdyż chrześcijański cesarz, obrońca i sługa apostolskiego i powszechnego Kościoła, zamierzał podbić cały świat i nawrócić wszystkich niewiernych. Armia, co roku gromadząca się wokół niego ze wszystkich krańców cesarstwa, miała swoje stałe placówki nad Łabą: były to marchie, okręgi wojskowe zorganizowane do działań zaczepnych i obronnych przeciw ludności słowiańskiej i fińskiej, zajmującej wschód Europy. Lecz Karol Wielki zmarł, nie przekroczywszy Łaby, i fala groźnie wznosząca się nad Prusami i wszystkimi krajami wschodnimi cofnęła się. Niemcy wprawdzie pozostały chrześcijańskie, lecz były wówczas zbyt zajęte swoimi wewnętrznymi waśniami, które wstrząsały całym cesarstwem i doprowadziły je w IX wieku do rozpadu na trzy części. W późniejszych czasach cesarze Świętego Cesarstwa Rzymskiego Narodu Niemieckiego nie uznali za godne siebie kontynuowanie przedsięwzięć Karola Wielkiego przeciwko nieznanym ludkom, i Prusowie, oddzieleni od Łaby całą szerokością dorzecza Odry, uzyskali w ten sposób na długi czas odroczenie.

Pod koniec IX stulecia odwiedził ich pewien śmiały żeglarz, Wulfstan ze Szlezwiku. Wyruszywszy ze szlezwickiej osady Hedeby, Wulfstan płynął siedem dni i siedem nocy do tej nikomu wówczas nieznanej ziemi. Opowiada, że widział wiele grodów, a w każdym z nich był król – małe grody, rzecz jasna, z małymi królami. Potem, mieszając na naiwną modłę pierwotnych podróżników najrozmaitsze wiadomości, opowiada, że w kraju jest dużo miodu, że łowi się tam dużo ryb, że król i bogacze piją kobyle mleko, a biedacy i niewolnicy – miód, że często toczą się tam wojny wewnętrzne i zupełnie nie ma piwa. Najbardziej zdumiały go pruskie obrzędy pogrzebowe. Ciało zmarłego, mówi, zostawia się w domu na miesiąc, czasem na dwa, a jeśli zmarły był królem lub możnym – nawet na całe pół roku. Mieszkańcy przechowują ciała tym samym sposobem, jakim latem chłodzą swoje napoje. Lecz dom, w którym leży zmarły, nie zostaje opuszczony przez mieszkańców: krewni i przyjaciele spędzają tam czas na grach i pijatykach, urządzanych na koszt spadku. Gdy nadchodzi wreszcie czas, by nieść ciało na stos, zbiera się wszystko, co pozostało z majątku zmarłego, i dzieli na trzy nierówne części. Największą umieszcza się w odległości mili od grodu, najmniejszą zupełnie blisko niego, a średnią w połowie drogi między nimi. Następnie wszystkich jeźdźców w promieniu 5 czy 6 mil zawiadamia się o mających się odbyć gonitwach pogrzebowych. Jeźdźcy zbierają się i ścigają trzy razy o te trzy nagrody. Oto co widział Wulfstan w tym kraju, gdzie dobra część życia upływała na grzebaniu zmarłych.

Lecz do Prus gotowi są już wyruszyć zupełnie inni podróżnicy, których przyciąga tam nie ciekawość i nie żądza łupu. Chrześcijaństwo zaczęło czynić szybkie postępy wśród Słowian od dnia, gdy przybyli ze wschodu apostołowie Cyryl i Metody przynieśli na Morawy słowiański przekład Ewangelii i przekazali tym poganom Słowo Boże w zrozumiałym języku.

Pod koniec X stulecia Czechy i Polska przyjęły już chrzest i można było sądzić, że właśnie Polacy przekażą nową wiarę i zachodnią cywilizację Prusom. Gdyby to uczynili, historia Europy Wschodniej przybrałaby może zupełnie inny obrót. Ale przynajmniej pierwszym misjonarzem Prus był jednak Słowianin, św. Wojciech.

Wojciech pochodził ze znakomitego rodu czeskiego. Przez dziewięć lat uczył się w Magdeburgu u słynnego Otryka, którego współcześni nazywali saskim Cyceronem. Jako całkiem młody człowiek został wyniesiony na tron biskupi niedługo przedtem założonej diecezji praskiej: Wojciech był drugim biskupem czeskiej stolicy. Jego owczarnia, nienawykła jeszcze do posłuszeństwa, źle znosiła jego surowość, i biskup, porzuciwszy mitrę i pastorał, odszedł od niej do Rzymu, gdzie osiadł na Awentynie w klasztorze św. Aleksego. Tam zaprzyjaźnił się z oryginalną postacią, cesarzem Ottonem, wychowankiem trzech uczonych kobiet – swojej matki, babki i ciotki – oraz Gerberta, tego ucznia Arabów i głębokiego znawcy filozofii, matematyki, astronomii i wszystkich nauk swoich czasów; pisarza, mechanika, zegarmistrza, przyrodnika, który tak zdumiewał współczesnych swoją wiedzą, że widzieli w nim czarownika i uważali, że potrafi wnikać do domów, nie przechodząc ani przez drzwi, ani przez okna; najprzebieglejszego polityka, umiejącego przygotować kilka zdrad naraz; służalca z ambicji, a w końcu papieża, dumnego z wielkości rzymskiego arcykapłana i marzącego wraz ze swoim uczniem o jakimś zdumiewającym odrodzeniu starożytnego Cesarstwa Rzymskiego. Porwany tymi marzeniami, Otto nazywa Rzym „głową świata” i „złotym miastem”, a siebie dostojnym cesarzem rzymskim, przyjmuje tytuł konsula i zwraca się w swoich edyktach do rzymskiego senatu i ludu. Przy rozdawaniu urzędów, z którymi wiąże się władza sądownicza, wręcza każdemu nowemu dostojnikowi zbiór praw Justyniana, mówiąc: „Sądź według tej księgi Rzym i świat i strzeż się w czymkolwiek naruszyć prawa Justyniana, mego najświętszego poprzednika”. Lecz zarazem Otto jest żarliwym chrześcijaninem; marząc o cesarstwie powszechnym, pała pragnieniem wyrzeczenia się świata. Od czasu do czasu opuszcza palatium romanum i mieszka to w jakiejś celi w Subiaco, to w pustelniczej grocie. Chodzi boso na groby męczenników. Lecz byłoby o wiele lepiej, gdyby służył Chrystusowi z bronią w ręku na granicy niemieckiej, gdzie Duńczycy, już niemal całkiem nawróceni na chrześcijaństwo, powrócili do pogaństwa za syna Haralda Sinozębego, podczas gdy margrabiowie nadłabscy, ci Karolowi strażnicy, zapomniani przez następcę Justyniana, z trudem bronili się przed Wendami.

Taki był ten świat, w którym Wojciech żył w Rzymie; świat bez fundamentów, bez życia, gdzie ludzie pedantycznie pogrążali się w kontemplacji ruin przeszłości, jakby niczego nie oczekując od przyszłości. Być może właśnie pod wpływem panującego tu nastroju i myśli o bliskim końcu świata Wojciech postanowił pójść do Prusów, o których słyszał w Czechach, aby zdobyć sobie koronę męczeńską, a wraz z nią zbawienie wieczne. W 997 roku Wojciech przeszedł przez Niemcy do Polski. Wyprosił u księcia polskiego kilku ludzi do eskorty i barkę, spłynął Wisłą do morza, popłynął wzdłuż brzegu i po kilku dniach żeglugi przybił do wschodniego wybrzeża Prus. Razem z nim wyruszyli kapłan Benedykt i mnich Gaudenty. Im zawdzięczamy dwa rozdziały opowieści o męczeństwie św. Wojciecha, w których jaskrawo odbija się uczucie grozy, jakie pozostawiło w ich duszy wspomnienie o Ziemi Pruskiej. Ledwie barka zdążyła przybić, a już żeglarze, wysadziwszy w pośpiechu swoich towarzyszy, natychmiast puścili się w drogę powrotną, aby jak najprędzej, pod osłoną ciemności, oddalić się od tych bezbożnych Prus. Misjonarze również ulegli uczuciu strachu i przez kilka dni mieszkali na brzegu, nie odważając się pójść do pogan. Lecz oto poganie usłyszeli, że jacyś dziwni ludzie zjawili się w ich ziemi „z tamtego świata”, i sami poszli odszukać naszych apostołów. Wojciech siedział i czytał Psałterz, gdy nagle stanęła przed nim gromada tubylców, „zgrzytających coś dzikiego”. Najzajadlejszy z tych złoczyńców z wyzwiskami zamachnął się „swoją stwardniałą ręką” na biskupa i uderzył go wiosłem. Księga wysunęła się z rąk Wojciecha, a on upadł, szepcząc: „Niech będzie błogosławiony Pan w swoim miłosierdziu! Jeśli nawet nie przyjdzie mi już więcej cierpieć ku chwale Ukrzyżowanego, to przecież dane mi było przyjąć ten drogocenny cios!” Cios nie był śmiertelny, dzicy chcieli tylko nastraszyć cudzoziemców. „Wynoście się! – mówili. – Bo inaczej was zabijemy!”

Trzej towarzysze wyruszyli w drogę i trafili do osady, w której był targ. Na targu tłoczył się lud, a ledwie święty mąż zdążył się tam pojawić, natychmiast otoczyła go gromada tych psich głów, rozwierając swoje straszne paszcze. Zaczęli go wypytywać, skąd jest, kim jest, czego szuka i po co do nich przyszedł, skoro go nie wołali.

Te wilki łaknęły krwi i groziły śmiercią temu, kto przyniósł im życie. Nie dając mu powiedzieć słowa, już go przedrzeźniają i drwią z niego... „Mów!” – krzyczą wreszcie, potrząsając głowami. Biskup w niewielu słowach mówi to, co zwykle mówią w podobnych przypadkach misjonarze katoliccy: przyszedł wyrwać swoich braci z rąk diabła i z paszczy piekła, objawić im prawdziwego Boga i obmyć ich w kąpieli zbawienia. Prusowie śmieją się z boskich słów, uderzają kijami o ziemię, napełniają powietrze rykiem, lecz nie tykają cudzoziemców i tylko każą im odejść. Bojownik Chrystusowy uważał życie za ciężar, a jednak jego ciało drżało na myśl o śmierci. Pewnego razu szedł brzegiem morza, gdy nagle wyrosła przed nim ogromna fala, jakby podniesiona przez jakiegoś morskiego potwora, i z hukiem rozbiła się u jego stóp. Biskup cały zbladł, jak lękliwa kobieta. Innym razem w nocy Gaudenty miał sen, że wysłuchawszy mszy odprawionej przez Wojciecha, chciał przystąpić do komunii z kielicha, gdy nagle kościelny zatrzymał go i rzekł: „Nie twoim ustom dane jest pić z tego kielicha życia: przeznaczony jest dla biskupa”. Gdy mnich opowiedział mu swój sen, Wojciech zrozumiał, że chodziło o kielich męczeństwa. Wtedy „ten syn kobiety” zadrżał na myśl o czekających go cierpieniach i rzekł: „Bracie mój, daj Boże, by sen ten zwiastował tylko dobro!”

Kielich został mu wreszcie zesłany z nieba. Gaudenty odprawił mszę i trzej towarzysze po posiłku położyli się spać na trawie. Gromada Prusów pod wodzą człowieka, któremu Polacy zabili brata, pojmała ich podczas snu. „Przebudzenie nie należało do przyjemnych”. Wojciecha powleczono, „i ciało jego, któremu przyszło umrzeć, zmieniło swą barwę”. Ujrzawszy kata gotowego go uderzyć, Wojciech zdążył tylko wyszeptać: „Ojcze, bądź wola Twoja”. Jego towarzysze, których dzicy oszczędzili, opowiadali potem, że w chwili, gdy przebity siedmioma ciosami włóczni upadł, krępujące go powrozy same się rozerwały, a ręce męczennika złożyły się na krzyż. Był to pierwszy cud św. Wojciecha.

Z historii tego męczennika niczego nie dowiadujemy się o Prusach, a aby dowieść niezwykłej srogości tego ludu, potrzebni są inni świadkowie, nie Gaudenty i nie Benedykt. Historia misji w średniowieczu jest nader wdzięcznym tematem: trzeba tylko, aby historyk przyjął przy tym za zasadę nie stawać bezwarunkowo po stronie męczenników, lecz starać się uczciwie wyobrazić sobie, co mogło się dziać w duszy pogan na widok misjonarzy*.

Rozprzestrzenienie się religii chrześcijańskiej w Cesarstwie Rzymskim miało mnóstwo przyczyn i nietrudno jeszcze zrozumieć, dlaczego plemiona barbarzyńskie, które je podbiły, szybko przyjęły wiarę ludności, wśród której przyszło im żyć. Ale i tu trzeba już zauważyć, że jedynie Frankowie przyjęli tę wiarę w całej jej pełni, podczas gdy inne plemiona odrzuciły naukę o Trójcy Świętej jako niezgodną z dogmatem jedności Boga. Nic nie mogło ich zmusić do pochylenia głowy przed Kościołem rzymskim. Teodoryk wiedział, że nadal zaprzeczając równości Ojca i Syna, ryzykuje zgubę swego państwa, lecz uparcie przy tym trwał. W przededniu napaści Chlodwiga Gundobad, król Burgundów, którego biskupi, by tak rzec, przyparli do muru, każąc mu wybierać między uległością Kościołowi a wojną z Frankami, z głębokim smutkiem postanawia raczej wyjść naprzeciw niebezpieczeństwu, co do którego się nie łudzi, niż uwierzyć, jak mówi, w trzech bogów. A przecież królowie ci byli otoczeni katolikami: Kasjodor był przy Teodoryku, Awit przy Gundobadzie – i sami mówili językiem Kościoła, a przynajmniej go rozumieli. O ileż silniejszy musiał być opór dzikich, którzy pozostali w swoich dzikich krajach, gdy zaczęli do nich przychodzić jacyś cudzoziemcy z kazaniem katolicyzmu. Wyobraźcie sobie tych ludzi, którzy pozostawali wierni kultowi przyrody i nadal czcili jej tajemne moce: przerażający ich grom, dobroczynne wody źródeł, ziemię żywicielkę, odwieczny dąb, który co roku na nowo się zieleni i uchodzi za nieśmiertelny. Nagle przychodzą do nich misjonarze: bezczeszczą święte lasy, których cień i cisza są czczone przez dzikich; juczą białego konia, wróżebnika w świątyni Świętowita, boga świętego ognia; wbijają siekierę w korzenie dębu, którego gałęzie, kołysane wiatrem, objawiają ludziom wolę nieba. Ogłaszają ten uświęcony wiekami kult, który był kultem naszych przodków Ariów, dziełem piekła i szatana, a w zamian natychmiast zabierają się do wykładania najbardziej tajemniczych dogmatów Kościoła chrześcijańskiego – o upadku i odkupieniu, o niepokalanym poczęciu, o Trójcy Świętej itd. Można sobie wyobrazić, co musiało się przy tym dziać w głowach barbarzyńców!

Często ci misjonarze nie znają nawet języka tych, których zamierzają nawracać. Głoszą kazania znakami, objaśniają tajemnice religii chrześcijańskiej symbolicznymi wyobrażeniami i czynnościami. Takie poglądowe nauczanie było, rzecz jasna, niezbyt zrozumiałe.

Lecz i w tych przypadkach, gdy misjonarze władali językiem – czy zawsze umieli przyoblec swoje kazanie w odpowiednie formy? Oczywiście, przy rozwadze i umiejętnych przewodnikach, jak niezrównany papież Grzegorz VI, to im się udawało: warto poczytać pouczenia Grzegorza dla misjonarzy anglosaskich, w których uczy ich, jak ostrożnie trzeba przeprowadzać przejście od starych pogańskich obyczajów do nowej religii. Lecz bynajmniej nie wszyscy misjonarze mieli dość tolerancji i giętkości umysłu, by poradzić sobie z tak drażliwym zadaniem. Wojciech na przykład mówi Prusom, że przybył po to, by wyrwać ich z cieśnin Awernu; lecz Prusowie bynajmniej nie czuli się zagrożeni zgubą w tych cieśninach. Kazanie to przypomina napomnienia, z jakimi według Grzegorza z Tours Klotylda zwracała się do Chlodwiga. Usiłując nawrócić go na prawdziwą wiarę, wyrzucała mu cześć dla bożków – a Frankowie ich nie mieli; oddawanie czci Jowiszowi, temu stuprator vitorum, temu rozpustnikowi, kazirodcy, który ożenił się z rodzoną siostrą, skoro Junona mówi (u Wergiliusza), że jest „siostrą i małżonką władcy bogów” – a Chlodwig dopiero wtedy po raz pierwszy usłyszał, bez wątpienia, o samym Jowiszu. Dlatego, nic nie rozumiejąc, odpowiada Klotyldzie krótko: „Twój Bóg nie jest z rodu Azów, a więc nie jest Bogiem”. Teraz z kolei Klotylda nic nie rozumie. Tej rozmowy, o której opowiada biskup Tours, może wcale nie było w rzeczywistości; lecz w tych słowach, wkładanych przez historyka w usta Klotyldy, można widzieć jedną z formuł ułożonych dla misjonarzy, gdy mieli do czynienia z pogaństwem grecko-rzymskim, i pozostałych w użyciu przy nawracaniu pogan germańskich. Stare frazy są żywotne – może nawet nigdy nie znikają bez śladu – i gdyby się chciało, nietrudno byłoby przytoczyć mnóstwo przykładów, gdy nie tylko język, lecz i sposób rozumowania misjonarzy był zupełnie niezrozumiały dla ich słuchaczy.

Z tej przyczyny większość misji pozostałaby bezskuteczna bez wsparcia polityki i siły. „Jestem zupełnie bezsilny – mówi apostoł Niemiec Bonifacy – bez opieki książąt frankijskich i budzonego przez nich strachu”. Trzydziestu czterech lat wojny, rzezi i masowych przesiedleń trzeba było, by nawrócić Sasów; a po ich ostatecznym uśmierzeniu potrzebny był Kapitularz saski, w którym kara śmierci figuruje w każdym artykule, i surowe rządy biskupów i hrabiów. Poganie instynktownie czuli, że broniąc swoich bogów, bronią swojej wolności, i że stając się chrześcijanami, musieliby stać się poddanymi. Na widok misjonarzy wiedzieli, że za nimi idzie książę i że książę niesie im niewolę. Wojciech mówi Prusom, że przysłał go książę polski; a właśnie polskiego jarzma Prusowie bali się najbardziej. Toczyli z księciem wojnę na granicy, a samo zabójstwo biskupa-misjonarza było krwawą zemstą, gdyż brata jego kata zabili Polacy. Barbarzyńcy chętnie zostawiliby misjonarzy przy życiu, by potem nie płacić za ich śmierć: dwukrotnie każą tym nieznanym „przybyszom z tamtego świata” odejść tam, skąd przyszli. Uważali ich za istoty szkodliwe, a kronikarz wkłada w usta tych dzikich znamienne słowa: „Przez tych ludzi nasza ziemia przestanie dawać plony, drzewa – owoce, zwierzęta – przychówek, a te, które się urodzą, zaraz pomrą”. Prusowie się mylili, gdyż ich ziemia mogła i potem dawać plony, i to niesłychane; lecz miał nadejść dzień, gdy nie został nikt z Prusów, by je zbierać. Cały ten lud zginął, stawszy się ofiarą cywilizacji katolickiej, pozostawił po sobie tylko imię, przywłaszczone przez jego zwycięzców. I miał rację, mówiąc poprzednikowi rycerzy krzyżackich: „Wynoś się!”

* Wzorem takich prac może być artykuł Migneta: La Germanie au huitième et neuvième siècle, w jego Notices et mémoires historiques.

Podbój kraju pruskiego przez Krzyżaków

Wojciech zmarł, nie zdążywszy nawrócić na wiarę chrześcijańską ani jednej pruskiej duszy; lecz cała Europa dowiedziała się, że jeden z jej biskupów, przyjaciel cesarza, znalazł koronę męczeńską wśród pogan, do tego czasu nikomu nieznanych, i imię Prusów wyszło z mroku niewiadomości. Odtąd Prusowie nie znają spokoju: z północy napadają na nich Duńczycy, z południa Polacy. Ani jedni, ani drudzy nie osiągnęli jednak trwałych rezultatów, a kryzysy bezkrólewia, okresowo powtarzające się w Polsce, stale ratowały Prusów. Sami zwykle trzymali się ściśle obronnego sposobu działania: gdy wróg na nich napadał, kryli się w lasach, czekali tam, aż zacznie się cofać, a potem puszczali się w pościg. W połowie XII wieku królowi Bolesławowi IV po jednej zwycięskiej wyprawie udało się nałożyć na nich daninę; lecz natychmiast znowu odmówili jej płacenia, a gdy jeszcze raz wyruszył na wojnę do ich kraju, prawie cała jego armia tam zginęła. Była to ostatnia wielka wojna, i na początku XIII stulecia Prusy wciąż jeszcze pozostawały niezależne i pogańskie.

Prusowie nie należeli do wrogów, których można lekceważyć. Wprawdzie byli podzieleni na jedenaście ludków, lecz łączyła ich wspólnota religii. Piotr z Dusburga podaje nam, że ten straszny lud miał swego papieża, Krywe, który mieszkał w osadzie Romowe – nazwa pochodząca od Rzymu, dodaje z tą śmiałością fantazji, która cechuje średniowiecznych pisarzy w ich konstrukcjach etymologicznych.

„Zaiste, podobnie jak pan nasz papież rządzi powszechnym Kościołem wiernych chrześcijan, tak rozkazom Krywe są posłuszni nie tylko Prusowie, lecz także Liwowie i Litwini. Wielki kapłan nie musi wszędzie zjawiać się osobiście: poseł, któremu da on swój kij albo jakiś inny umówiony znak, spotyka się wszędzie z tą samą czcią co on sam”. Zmarli byli mu oddani nie mniej niż żywi: zanim udali się do przyszłego życia, wszyscy oni „przechodzili” przez jego dom, i dlatego krewni zmarłych ustawicznie do niego przychodzili zapytać, czy nie widział takiego to dnia takiego to człowieka. Kapłan bez wahania opisywał zmarłego, jego szaty, jego konie i sługi, których spalono razem z nim, a nawet pokazywał dziurę, którą przebił swoją włócznią ten wędrowiec na tamten świat, przechodząc u niego. Ponieważ Prusowie byli bardzo pobożni i niczego nie przedsiębrali, nie zasięgnąwszy rady swoich bogów, autorytet tajemniczego zwierzchnika ich kapłaństwa był bardzo wielki. Krywe żył i kwitł w głębi świętego lasu w tym samym czasie, gdy wielki papież Innocenty III przewodniczył na Lateranie soborowi biskupów i posłów wszystkich państw chrześcijańskich. Niemcy pod rządami Hohenstaufów jaśniały blaskiem cywilizacji rycerskiej; w Paryżu wznosiła się Notre-Dame, św. Ludwik zamierzał budować Sainte-Chapelle i założono uniwersytet, do którego ze wszystkich krańców Europy ściągała żądna wiedzy młodzież, by słuchać profesorów rozprawiających de omni re scibili et guibustdam aliis; a Prusowie jeszcze nie rozumieli, że na kawałku pergaminu można przekazać swoją myśl człowiekowi przebywającemu zupełnie gdzie indziej, a tajniki arytmetyki były im tak obce, że do liczenia robili nacięcia na kawałku drewna albo wiązali węzły na swoich pasach.

Tymczasem cywilizacja chrześcijańska już napiera na nich ze wszystkich stron – powoli, lecz niepowstrzymanie. Państwa skandynawskie stają się chrześcijańskie od XI wieku. W XII wieku wspólnymi siłami margrabiów brandenburskich, książąt saskich i królów duńskich chrześcijaństwo zostaje ustanowione w Brandenburgii, Meklemburgii i na Pomorzu, a Pomorze to sąsiad Prus: dzieli je tylko Wisła. Polska, przylegająca do Prus od południa, dawno już przyjęła chrzest. Wreszcie w Inflantach Albrecht Buxhoeveden, ten biskup i rycerz, odbił poganom swoje biskupstwo ryskie i założył zakon Kawalerów Mieczowych, którego atrybutami były miecz i krzyż na białym płaszczu. Jakże więc Prusy miały zachować swoją niezależność i swoją religię? Żaden naród nie może bezkarnie tak ostro różnić się od swoich sąsiadów. Cywilizacja, czyli suma idei przyjętych przez większość narodów danego obszaru w danej epoce co do stosunku człowieka do Boga, form rządu i ustroju społecznego, nie odznacza się tolerancją wobec dysydentów, czy to pojedynczych osób, czy całych narodów. Stale dąży do stłumienia wszelkiego indywidualnego oporu w obrębie poszczególnego narodu i do sprowadzenia do wspólnego poziomu zbyt odrębnych plemion. Jej dzieło, szybkie w epokach szybkiego obiegu idei, w średniowieczu postępowało powoli, lecz się nie zatrzymywało. Posuwała się wówczas z zachodu na wschód: ze swojej ojczyzny, Italii i Francji, przeniknęła do Niemiec, do krajów północnych, do Polski i na odległe brzegi Morza Bałtyckiego, tak że w XIII wieku Prusy były już przez nią ogarnięte ze wszystkich stron i stanowiły wyjątek, którego nie można było dłużej tolerować.

Na początku XIII stulecia podjęto nową próbę nawrócenia Prusów. Mnich Chrystian, wyszedłszy z pomorskiego klasztoru w Oliwie, tej chrześcijańskiej placówki położonej zaledwie kilka wiorst od pogańskiej ziemi, przeprawił się przez Wisłę i zbudował na jej prawym brzegu kilka kościołów. To wystarczyło, by papież wziął cały kraj pod opiekę św. Piotra i Pawła i ustanowił Chrystiana biskupem Prus. Lecz nową diecezję trzeba było jeszcze zdobyć, a aby dostarczyć biskupowi żołnierzy, papież kazał głosić krucjatę przeciw północnym Saracenom. Dawny zapał krzyżowców ostygł już w tym czasie, a rycerze nieraz zdążyli pokazać, że bardziej podobają im się krucjaty bliższe. Choć papieże tego żałowali, chcąc nie chcąc musieli liczyć się z warunkami czasu i równie hojnie udzielać odpustów burgundzkim rycerzom-krzyżowcom idącym na albigensów czy rycerzom saskim, którzy podnieśli krzyż przeciw Prusom, jak niegdyś Gotfrydowi z Bouillon czy Fryderykowi Barbarossie. „Droga niedaleka i nietrudna – mówili kaznodzieje wypraw na albigensów – a łup bogaty”. Tak samo mówili kaznodzieje krucjaty przeciw Prusom.

Kilka wypraw wyruszało przeciw północnym Saracenom, lecz wyprawy te do niczego nie prowadziły: krzyżowcy przychodzili, palili i łupili wszystko, co napotkali po drodze, a potem odchodzili, zostawiając chrześcijańskie kościoły zemście doprowadzonych do rozpaczy Prusów.

W 1224 roku dzicy wyrzynają chrześcijan, burzą kościoły i przechodzą za Wisłę, by spalić klasztor w Oliwie, i za Drwęcę, by łupić Polskę. Królestwo Polskie było wówczas podzielone między synów króla Kazimierza; jeden z nich, Konrad, władał Mazowszem i jako sąsiad Prus musiał wziąć na siebie cały ciężar najstraszniejszej z wojen, jakie kiedykolwiek Polsce przyszło przeciw nim toczyć. Nie polegając już na nieregularnej i niebezpiecznej pomocy krzyżowców przybywających z daleka, przypomniał sobie, że biskup inflancki, założywszy u siebie zakon rycerski, otrzymał w ten sposób do swojej dyspozycji stałą armię krzyżową, i posłał prosić o pomoc wielkiego mistrza rycerzy krzyżackich.

Sprowadzenie rycerzy niemieckich przez księcia polskiego było wydarzeniem niezwykłej wagi w historii Polski. Na tym kraju najwyraźniej spoczywał obowiązek przekazania chrześcijaństwa ludom nad Odrą i Wisłą. Lecz aby i sama mogła przeżyć w pełni swój wiek, w swoich naturalnych granicach, między Górami Czeskimi a morzem, Polska musiała mocno trzymać w ręku Śląsk i Pomorze i w żadnym razie nie dopuścić, by Niemcy umocnili się w Prusach jak w twierdzy, pośród ludności słowiańsko-fińskiej. Lecz Polska w żadnym momencie swojej historii nie robiła tego, co powinna była robić. W średniowieczu miała swoje godziny wielkości i blasku; lecz nigdy nie starczało jej cierpliwości ani na to, by nauczyć się rządzić sobą, ani na to, by długo trzymać się jednego planu w swoich zaborczych dążeniach. Jej feudalna konnica, obozująca na otwartej wszystkim wiatrom równinie między Wisłą a Odrą, co chwila wypada ze swoich granic i pędzi to nad Łabę, to nad Dniepr, to nad Dźwinę. Byłoby o wiele lepiej, gdyby zamiast tego skupiła swoje siły na podboju samych Prus: albowiem dzień, w którym Konrad Mazowiecki, uznając swoją bezsilność, wezwał rycerzy krzyżackich przeciw Prusom, przygotował upadek Polski.

Wielkim mistrzem, do którego zwrócił się Konrad, był Hermann von Salza, najzręczniejszy polityk XIII stulecia, bez którego udziału nie obeszło się żadne większe wydarzenie. W tej epoce bezlitosnej walki między cesarstwem a papiestwem, gdy dwie głowy świata chrześcijańskiego tak okrutnie się nienawidziły, gdy papież ekskomunikował cesarza, a cesarz detronizował papieża, gdy jeden i drugi nie szczędzili obelg, porównując przeciwnika to z Antychrystem, to z najohydniejszymi apokaliptycznymi stworami, Hermann zdołał pozostać nie tylko przyjacielem, lecz nawet powiernikiem zarówno Fryderyka, jak i Grzegorza IX. Takiego człowieka zawsze niebezpiecznie jest zapraszać do udziału w jakimś politycznym przedsięwzięciu za udział w zyskach: zawsze postara się hojną ręką odmierzyć sobie ten udział – w przeciwnym razie na cóż byłaby mu potrzebna jego zręczność? Konrad Mazowiecki i Chrystian z Oliwy liczyli bez wątpienia, że rycerze krzyżaccy za swoje usługi zadowolą się odstąpieniem im jakiegoś skrawka ziemi, który przy okazji będzie można im odebrać; lecz wkrótce spostrzegli, że przeliczyli się. Konrad ofiarowywał zakonowi ziemię chełmińską, między Osą a Drwęcą. Była ona przedmiotem wiecznego sporu między Polakami a Prusami i trzeba ją było wówczas jeszcze zdobyć. Hermann ją przyjmuje, lecz prosi cesarza, aby dał swoje zezwolenie na przyjęcie tego daru, a przy okazji dodał do niego i całe Prusy.

Cesarz, jako władca świata, odstępuje wielkiemu mistrzowi i jego następcom odwieczne prawo cesarstwa do gór, równin, rzek, lasów i morza in partibus Prussiae. Następnie Hermann prosi o zgodę papieża, a papież ze swej strony nie tylko oddaje mu tę ziemię, do której jego zdaniem nikt prócz Boga dotąd nie miał prawa, lecz przy tym jeszcze każe głosić krucjatę przeciw niewiernym.

Nakazuje rycerzom podnieść na Prusów świętą broń i razić ich aż do całkowitego podboju ich kraju, a książętom – na wszelkie sposoby pomagać zakonowi. Później, po pierwszych zwycięstwach, papież ponownie ogłosi Prusy własnością św. Piotra i ponownie przekaże je zakonowi „na pełną i niczym nieograniczoną własność”, grożąc każdemu, kto ośmieli się targnąć na tę posiadłość, „gniewem Wszechmogącego i Jego apostołów św. Piotra i Pawła”*.

W 1230 roku wszystkie przygotowania zostały ukończone i wojna się zaczęła. Gdy Prusowie po raz pierwszy ujrzeli w szeregach Polaków tych jeźdźców odzianych w długie białe płaszcze z wyraźnie odcinającym się czarnym krzyżem, zapytali jednego z jeńców, co to za ludzie i skąd przyszli. Jeniec – opowiada Piotr z Dusburga – odpowiedział: „To pobożni i mężni rycerze, przysłani z Niemiec przez naszego pana, papieża, by walczyć z wami dopóty, dopóki wasze krnąbrne głowy nie pochylą się przed naszym świętym Kościołem”. Prusowie bardzo się śmiali z roszczeń tego pana-papieża. Rycerzom nie było tak wesoło. Wielki mistrz, wysyłając Hermanna Balka, którego obdarzył godnością „mistrza Prus”, do walki z poganami, rzekł mu: „Bądź śmiały i niezłomny, albowiem wprowadzisz synów Izraela, to jest twoich braci, do ziemi obiecanej. Bóg niech będzie z tobą!” Lecz smutna wydała się ta ziemia obiecana rycerzom, gdy ujrzeli ją po raz pierwszy z zamku położonego na lewym brzegu Wisły, niedaleko Torunia; zamek ten nosił dźwięczną nazwę Vogelsang (śpiew ptaków).

„Stojąc małym oddziałem wobec niezliczonego mnóstwa wrogów, śpiewali pieśń żałobną, porzucili bowiem drogą ojczyznę, ziemię spokojną i urodzajną, i szli do kraju grozy, na rozległe pustkowie, gdzie szalała straszliwa wojna”.

Ta straszliwa wojna trwała 53 lata. Do naszego planu bynajmniej nie należy przedstawianie jej historii we wszystkich szczegółach. Trzeba zauważyć, że byłoby to bardzo niełatwe zadanie, z którym sami Niemcy nie zdążyli się jeszcze uporać. W swoim znakomitym wydawnictwie Scriptores rerum prussicarum podają wprawdzie wszystkie zachowane do naszych czasów świadectwa o tym wielkim wydarzeniu. Lecz, na nieszczęście, najpełniejszy, najrozumniejszy i najbardziej szczegółowy ze starych historyków Prus, Piotr z Dusburga, żył o wiek później niż opisywane przez niego wydarzenia; a przy tym był kapłanem i członkiem zakonu – odbiło się to nie tylko w jego stronniczym stosunku do rycerzy, lecz i w samym spojrzeniu na sens całej walki: wierny wąsko kościelnemu duchowi, widzi w niej tylko święte przedsięwzięcie Bożych wojowników przeciw niewiernym. Jego legendy są piękne, a ponieważ cudowność nie może nas już wprowadzić w błąd, chętnie mu je wybaczamy. Lecz nie ceregieli się on także z faktami, rozdmuchując jedne i zupełnie pomijając inne, jeśli są dla niego niewygodne; na każdej stronie przesadza liczbę krzyżowców i pogan, przez co daje całkiem fałszywy obraz podboju Prus. Z drugiej strony porywa swoimi zaletami – lekkością, zajmującym tokiem i, można nawet powiedzieć, urokiem swojego wykładu. Oto dlaczego nawet współcześni historycy niemieccy poddają się jego autorytetowi, a podbój w ich opowieściach jawi się nam jako wielki dramat w kilku aktach, w którym ogromne siły zderzają się ze sobą w gigantycznej walce. Historycy ci wnoszą do swojego opisu koloryt pięknej i posępnej poezji północy, z zachwytem opowiadając o zimowych wyprawach, gdy lód trzeszczał pod kopytami rycerskich koni, i odmalowują ten mistyczny patriotyzm, który każe im samym zachwycać się wszystkim, co niemieckie, nawet niemiecką szorstkością i okrucieństwem.

Widzą w Niemcu narzędzie jakiejś nadprzyrodzonej siły, jakiejś szczególnej Opatrzności, otaczającej specjalną opieką Niemców, lecz nieobojętnej i dla reszty świata, gdyż całemu wszechświatu sądzone jest zostać przeobrażonym siłą niemieckiego geniuszu.

Nie ulega wątpliwości, że niemieccy rycerze i koloniści stali wyżej od podbitych lub wypartych przez nich Prusów, i trzeba być skrajnie uprzedzonym, by porównując kraj opisany przez Wulfstana z krajem rządzonym przez zakon, nie podziwiać niezwykłego dzieła, którego dokonali ci Niemcy, wywodzący się ze wszystkich krain Niemiec i ze wszystkich warstw jej społeczeństwa. Lecz w imię prawdy trzeba przyznać, że historia tego półwiecznego, powolnego podboju wcale nie jest tak poetyczna, jak się ją zwykle przedstawia.

W epoce największej potęgi zakonu, czyli około 1400 roku, Prusy liczyły 1000 rycerzy. W XIII stuleciu było ich znacznie mniej, zwłaszcza na początku podboju, gdy członkowie bardzo jeszcze słabego zakonu byli rozproszeni po Niemczech, Italii i Ziemi Świętej. „Kronika zakonu”, napisana najwidoczniej wcześniej niż dzieło Dusburga i przez ludzi lepiej od niego poinformowanych, mówi tylko o drobnych wojnach, podczas których nieliczni rycerze, nie otrzymując wsparcia od swoich współbraci z niemieckich komturii i nie polegając na kolonistach, zamykali się w warowniach i byli radzi, jeśli ich słabym załogom udawało się utrzymywać między sobą łączność po Wiśle. Dziesięć lat po rozpoczęciu wojny, gdy założono już wiele miast, rycerze z Chełmna trzy razy posyłali do Radzynia z prośbą, by j e d e n rycerz przybył im na pomoc. Potem wyprawili posłów do Niemiec, do swego wielkiego mistrza, do Czech i do Austrii, oświadczając, że wszystko przepadnie, jeśli nie dostaną odsieczy. W odpowiedzi przybyło do nich dziesięciu rycerzy z trzydziestoma końmi – i to wystarczyło, by Chełmno zaczęło się radować. Co zaś do wypraw krzyżowych, często wysyłanych do Prus bullami papieskimi, to nigdy nie bywały one tak liczne, jak opowiadają starzy kronikarze, dochodzący, z żywości swojej fantazji, do zabawnych przesad. Gdy Dusburg twierdzi, że król czeski Otokar wtargnął w głąb Sambii z armią liczącą 60 000 ludzi – takiej masie, rzecz jasna, nie sposób było się tam ani poruszać, ani wyżywić – to trzeba uznać, że dodaje dwa zbędne zera. Proporcjonalnie do tego niebywale zwiększa się i liczba wrogów. Pewna kronika inflancka mówi, że Sambowie mogli wystawić w pole 40 000 ludzi. Lecz cały ten kraj zajmował nie więcej niż 1700 wiorst kwadratowych i był gęsto porośnięty lasami, w których żyły bobry, niedźwiedzie i żubry; trudno przyjąć, by przypadało w nim więcej niż 20 mieszkańców na wiorstę kwadratową – całą ludność Sambii można by oszacować chyba na 34 000 ludzi. Tak więc podbój Prus, których ludność nie powinna była wówczas przekraczać 200 tysięcy dusz, był dziełem bardzo niewielkiej liczby rycerzy; pomagały im przy tym jeszcze małe oddziały krzyżowców i koloniści postawieni na stopie wojennej. Przewaga uzbrojenia, które czyniło z każdego rycerza coś w rodzaju ruchomej twierdzy, lepsza taktyka, sztuka fortyfikacji, rozbicie Prusów, ich beztroska i właściwa wszystkim dzikim niezdolność do przewidywania przyszłości i troszczenia się o nią – wszystko to tłumaczy ostateczny sukces podboju, a znikomość sił zaangażowanych w wojnę czyni zrozumiałym długotrwałość walki.

Podbój ten posuwał się naprzód jak fala przypływu, to nacierając, to znów się cofając. Gdy przychodziła armia krzyżowców, zakon rozwijał swój sztandar. W drogę ruszano ostrożnie, wysyłając przodem specjalnych, dobrze wyszkolonych w swoim rzemiośle zwiadowców. Wróg niemal zawsze bywał zaskoczony.

Wojsko zajmowało jakiś umiejętnie wybrany punkt na wzgórzu, z którego roztaczał się swobodny widok na okolicę, i zabierało się do kopania rowów i stawiania palisad. Tak powstawała warownia, u której podnóża sadowiła się wioska. W tej wiosce, w której każdy dom budowano jak blokhauz, osiedlali się koloniści, którzy przyszli z krzyżowcami. Byli to robotnicy lub rolnicy, którzy porzucili ojczyznę w towarzystwie swoich żon i dzieci i z krzyżem na piersi przybyli szukać szczęścia w nowej ziemi. Z pracami trzeba było się spieszyć, gdyż żadna taka wyprawa krzyżowa nie trwała dłużej niż rok. Gdy krzyżowcy odchodzili, warownia natychmiast stawała się celem ataku żądnych zemsty wrogów. Nierzadko udawało im się zdobyć ją szturmem i spalić, a wtedy, zniszczywszy wioskę, znów zajmowali dopiero co podbite przez Niemców terytorium. A rycerze, zamknąwszy się w swoich zamkach, z niepokojem czekali wieści o przybyciu nowej pomocy. Te przypływy i odpływy powtarzały się tak często, że chcąc nie chcąc trzeba było się do nich przystosować. Niemcy budowali na stromych wzgórzach i na wyspach schronienia, w których koloniści szukali przytułku na każdy sygnał alarmu, a te gwałtowne odwroty powtarzały się tak często, że karczmarze otrzymywali specjalne przywileje „dla siebie i s w o i c h p o t o m k ó w” na sprzedaż mocnych trunków w miejscach schronienia.

Pierwsze, a zarazem najtrwalsze swoje osady rycerze założyli nad Wisłą, w tym kącie, który tworzy ona między ujściami Drwęcy i Osy. Chełmno i Toruń założyli już w 1232 roku. I dziś jeszcze ziemia chełmińska pełna jest zabytków, wymownie świadczących o epoce podboju, a podróżnika czekają tam najbardziej uderzające wrażenia, o których rzadko kto nawet w samych Niemczech ma należyte pojęcie. W październiku 1877 roku, opuściwszy kolej w Terespolu, niedaleko lewego brzegu Wisły, szedłem do promu, którym przeprawia się przez rzekę naprzeciw Chełmna. Zmierzchało. Na wschodzie niebo pokrywały szare i czarne chmury, piętrzące się jedna na drugiej; lecz na zachodzie horyzont płonął przejrzystym złocistym światłem i tam aż do najdrobniejszych szczegółów rysowało się owo urwiste wzgórze, na którym wznoszą się dzwonnice Chełmna. Przeprawiwszy się przez rzekę, wspinacie się stromą drogą do miasta, które Wisła z jednym ze swoich dopływów tak obejmuje, że miasto wydaje się górzystą wyspą rzuconą pośród bezkresnej równiny. Okrążywszy część starych murów miejskich, trafiacie do długiego i wąskiego podziemnego przejścia o masywnych sklepieniach, które wyprowadza was do wnętrza miasta. Tam, nie posiadając się ze zdumienia, przechodzicie od starodawnych kościołów, dumnie wznoszących ku niebu swe wysokie czoła, do ratusza, który ze swoją ażurową wieżyczką jakby przybył tu z Italii, aż trafiacie wreszcie do nowej części miasta z jej ponuro jednostajnymi domami. Te kościoły i ratusz mówią wam o potężnych rycerzach, którzy przynieśli na pruską ziemię wspomnienia ze wszystkich krańców świata; a nowe domy, zbudowane za Fryderyka II według planu przysłanego z Berlina i wyrównane jak szereg żołnierzy, przedstawiają, obok poetyckiej wielkości obdarzonego potężną fantazją dawnego wieku, pruską prozę i dyscyplinę. I takich przeciwieństw pełen jest cały ten kraj między Chełmnem a Toruniem, który zjeździłem po zupełnie niemożliwych drogach, gdzie konie muszą kopytami ugniatać żywe błoto: rząd pruski niezbyt troszczy się o swoje wschodnie prowincje, co z jego strony może nie jest całkiem rozsądne. Gdy stoicie na tej lekko pofałdowanej równinie, usianej małymi jeziorami i ogromnymi głazami, pod którymi dawni Prusowie grzebali prochy swoich zmarłych, to prawie zawsze wasze oko dostrzega gdzieś na rozległym i posępnym horyzoncie sylwetkę dzwonnicy lub ruiny. Będą to bądź masywne kamienne mury Papowa z obłożonymi cegłą ostrołukowymi arkadami; bądź Chełmża, mała wioska u stóp dwóch kolosalnych kościołów z potężnymi wieżami wznoszącymi się nad portalami; bądź wreszcie Toruń. W Toruniu podziwia się pozostałości zamku z jego cyklopowym fundamentem i potężnymi murami, które do dziś zachowują ślady pożaru, który zniszczył zamek w XV wieku; ratusz, będący jednym z najdumniejszych zabytków niemieckiej architektury miejskiej; trzy kościoły, w których cegła czyni cuda. Filolog i historyk zainteresują się w nich dwoma nader ciekawymi napisami: jeden uchodzi za pruski, lecz do dziś nie został odczytany, drugi jest napisany po arabsku i służy za ornament jednego z portali.

I jakże żałosna wydaje się teraźniejszość, gdy patrzy się na te potężne pomniki przeszłości, które tak samo pasują do otaczających je miast i wiosek, jak pasowałaby zbroja rosłego na sążeń rycerza do wątłego dziecka.

Po podboju ziemi chełmińskiej podbój posunął się wzdłuż Wisły, nad którą powstały warownie panujące nad całym jej biegiem: Toruń, Chełmno, Kwidzyn i Elbląg. Zarazem rycerze uzyskali możliwość utrzymywania łączności z Niemcami drogą morską. Było to dla nich ważne, gdyż na lądzie odcięte były od nich księstwem słowiańskim – Pomorzem, które stanowiło niepewnego sąsiada. Pomorzanie patrzyli na umacnianie się niemieckich zdobywców na słowiańskiej ziemi z niepokojem, który miał swoje podstawy. Wojna wypowiedziana zakonowi przez księcia Świętopełka w 1241 roku stała się sygnałem do powstania Prusów; trwało ono jedenaście lat i było straszne. Rycerze zwyciężyli, a wrzawa tej zwycięskiej walki przyciągnęła nowych krzyżowców, wśród których pojawił się w 1254 roku król czeski Otokar. Wtedy po raz pierwszy chrześcijanie wtargnęli do świętego lasu Romowe; wtedy też zbudowano Królewiec – herb miejski, na którym przedstawiony jest rycerz w hełmie z koroną, podobnie jak sama nazwa miasta, do dziś przechowują pamięć o czeskim królu. Otokar opowiadał potem o sobie, że ochrzcił cały naród i przesunął granice swojego państwa aż do Bałtyku. Lecz była to tylko przechwałka, za którą w ogóle nie szły czyny u hałaśliwych, lecz leniwych średniowiecznych Słowian. Za to rycerze, wykorzystując jak najlepiej przychodzącą im pomoc, prowadzili dzieło podboju w najbardziej wytrwały i poważny sposób. Ledwie stłumiono pierwsze powstanie, a już wysłali kolonistów za Zalew Kuroński i założyli tam Kłajpedę. W 1237 roku wcielają do siebie zakon Kawalerów Mieczowych, który podbił Inflanty, i zaczynają marzyć o panowaniu nad całym wschodnim wybrzeżem Morza Bałtyckiego, wzdłuż którego ich posiadłości ciągną się już na niemal 100 mil**.

Lecz ziemia pruska wcale nie była jeszcze uspokojona i w siedem lat po wyprawie Otokara wszystko tam znów było gotowe do nowego powstania. W lasach odbywały się tajne narady, wielki kapłan znów dał znać o swoim istnieniu i dęby przemówiły. Dzieci znakomitych Prusów, oddane przez zakon na wychowanie do klasztorów, uciekają potajemnie do ojczyzny. Rycerze czują zbliżającą się burzę i mają nadzieję zapobiec jej okrucieństwem. Jeden z dostojników zakonu zaprasza do siebie na obiad liczne grono znakomitych Prusów, którzy wydawali mu się podejrzani, upija ich do nieprzytomności, potem wychodzi, zamyka za sobą drzwi i, jak mówi Dusburg, obraca w popiół i zamek, i Prusów. Lecz wszystko to na nic, bunt wybucha jeszcze straszliwiej niż za pierwszym razem. Mistrz Inflant zostaje pobity przez Litwinów, Kurlandia się wyzwala, książęta pomorscy, zapomniawszy o swoim chrzcie, pomagają Prusom przeciw Niemcom. Zamki zakonu padają jeden po drugim i przez dziesięć lat nieszczęścia następują po nieszczęściach. Wreszcie, zmęczeni i poniósłszy ogromne straty, buntownicy zaczynają słabnąć. Lecz rycerzom potrzeba było jeszcze dziesięciu lat, by odzyskać utracone terytoria. Wybijanie Prusów trwa przy tym bez przerwy, a walka skończyła się dopiero wtedy, gdy Jaćwingowie – mały ludek żyjący w samej głębi lasów za głównymi jeziorami tej okolicy – uznali się za pokonanych i, nie chcąc poddać się jarzmu rycerzy, przeszli ze swoim wodzem, groźnym Stardo, na Litwę. Nad tym zakątkiem ziemi, gdzie Słowianie stawili ostatni, rozpaczliwy opór wrogowi, i tam, gdzie niegdyś tłoczyły się wioski Jaćwingów, rozpościera się dziś Puszcza Piska.

Epoka tej walki jest heroicznym wiekiem zakonu. W tych strasznych latach rycerzy podtrzymywała wiara. Ich zamek jest oblężony, znikąd nie mogą oczekiwać pomocy i biją się z rozpaczą w sercu; głód zmusza ich do jedzenia koni i uprzęży – lecz tym żarliwsze są modlitwy, które zanoszą do Bogarodzicy.

Zanim rzucą się na wroga, czynią pokutę, poddając się przy tym bezlitosnemu biczowaniu. Ogarnięci ekstazą, błagają niebo o cuda. A cuda nie każą na siebie czekać – cały Dusburg pełen jest opowieści o nich. W przededniu jednej z najkrwawszych bitew ze zbuntowanymi Prusami Panna Maria ukazuje się pewnemu rycerzowi, który szczególnie gorliwie jej służył, i mówi: „Hermannie, wkrótce będziesz z Synem Moim”. Nazajutrz Hermann, rzucając się w najgęstsze szeregi wrogów, rzekł do towarzyszy: „Żegnajcie, bracia, już się nie zobaczymy! Matka Boża wzywa mnie do świata wiecznego!” Pewien chłop pruski, który widział tę bitwę, w której rycerze zostali zmuszeni do ucieczki i stosami padali pod ciosami wrogów, tak zakończył swoją opowieść o niej: „Wtedy ujrzałem niewiasty i aniołów, którzy nieśli do nieba dusze braci; najjaśniej ze wszystkich świeciła dusza Hermanna w rękach Świętej Dziewicy”. Innym razem, wieczorem po bitwie, żona jednego z kolonistów, widząc, że mąż nie wraca do domu, poszła szukać go na pobojowisku. Znalazła go jeszcze żywego, lecz nie mogła go namówić, by wstał i poszedł z nią. „Dopiero co widziałem Świętą Dziewicę – rzekł – dwie niewiasty jej towarzyszyły, niosąc światła, a ona szła i okadzała ciała poległych; podszedłszy do mnie, rzekła: «Raduj się! Jeszcze trzy dni, a wzniesiesz się do życia wiecznego»”. I ranny chciał umrzeć na polu bitwy.

Twarde plemię stanowili ci zdobywcy. Pewien rycerz zdarł w swoim życiu kilka kolczug; a wielu nie zdejmowało z siebie włosiennicy ani w dzień, ani w nocy. Koloniści – mężczyźni i kobiety – byli z tej samej gliny co rycerze. Zgodnie z ogólną zasadą wdowy po poległych na wojnie musiały natychmiast ponownie wychodzić za mąż za pierwszego lepszego kawalera, gdyż ponad wszystko stawiano ocalenie kolonii. Pewnego razu w Chełmnie dwie kobiety, idąc do kościoła, ujrzały całkiem obdartego, lecz bardzo ładnego chłopca, grającego w kości. Obie zapragnęły go zabrać ze sobą. Wszczął się spór; wreszcie zręczniejsza zdołała go sobie wywalczyć, zaprowadziła do swego domu i przyzwoicie ubrała. Potem „kapłan zaręczył tę zajmującą parę, a z biegiem czasu wyprawiono i wesele”. Historia tych dwóch kobiet, odbijających sobie nawzajem męża w drodze do kościoła w opustoszałym miasteczku, stanowi jeden z najbardziej uderzających rysów całej historii tego kraju, gdzie wymogi „walki o byt” przywracają chrześcijan XIII wieku do warunków życia pierwotnego.

Pod koniec wieku koloniści i rycerze ostatecznie wygrali swoją sprawę. Ich zamki i miasta mocno osadziły się na pruskiej ziemi – a resztki pokonanych nigdy już nie miały się poruszyć. Początkowo zdobywcy oszczędzali Prusów, zostawiając chłopom ich wolność, a możnym – ich pozycję, jeśli tylko przyjmowali chrzest. Oddawali dzieci tubylców na naukę do klasztorów; lecz wychowani tam Prusowie stali się potem najniebezpieczniejszymi wrogami rycerzy. Za to w czasie powstań i po nich pokonani zostali postawieni zupełnie poza prawem. Ogromną ich liczbę Niemcy wytępili mieczem, a ocalałych rozsiedlili po różnych okręgach, gdzie podzielili ich na klasy już nie według stopnia znakomitości, lecz według ich dawnego zachowania wobec zakonu, zrywając w ten sposób od razu i ich więź z ziemią rodzinną, i dawny ustrój społeczny. Zakon okazywał pewne względy tym spośród znakomitych rodów pruskich, które nie uczestniczyły w powstaniach i tym zasłużyły sobie na prawo do wolności i czci. Brał też Prusów na niektóre urzędy publiczne; lecz liczba tych uprzywilejowanych osób była znikoma, masa zaś pokonanych znalazła się w położeniu bliskim niewoli.

Ci chrześcijańscy zdobywcy nie chcieli widzieć w pokonanych nawet po prostu ludzi z taką samą duszą jak ich własna, o której zbawieniu należałoby pomyśleć. Od samego początku wojny papież skarżył się, że rycerze pozostawiali Prusów w pogaństwie, i zakon zachował tę obojętność do końca.

Dusburg, opisując dawne obyczaje Prusów, opowiada, że gościnność uchodziła u nich za niepełną, jeśli cały dom – mąż, żona, synowie i córki – nie upił się do nieprzytomności razem z gościem; że żony były u nich niczym więcej jak kupionymi służącymi, które nie jadają nawet z mężami i codziennie myją nogi gospodarzowi i czeladzi; że ugoda w przypadku zabójstwa była dopuszczalna dopiero wtedy, gdy zabójca lub ktoś z jego bliskich sam padł pod ciosami krewnych ofiary.

Te obyczaje XIII wieku znajdujemy w mocy jeszcze w wieku XV. Po owej klęsce, która zmusiła zakon do stania się wasalem Polski, wielki mistrz Paul von Rusdorf przedsięwziął badanie przyczyn głębokiego upadku swego kraju i prosił wszystkie osoby znające rzecz o wyrażenie swojej opinii. Pewien mnich kartuz napisał wówczas coś w rodzaju napomnienia, w którym wyrzuca zakonowi jego grzechy, a przede wszystkim postępowanie wobec prostego ludu, zwłaszcza zaś Prusów, których nazywa biednymi Prusami. Prusowie – mówi ten świadek – zachowali swoje pogańskie obyczaje, a jakże mogłoby być inaczej? Ich panowie mówią kapłanom, którzy myślą nawrócić ich na chrześcijaństwo: „Niech Prusowie pozostaną Prusami”. Przeszkadzają im chodzić do kościoła, obciążają pańszczyzną nawet w święta i troszczą się tylko o to, by wycisnąć z nich jak najwięcej pieniędzy i pracy. Na każdym kroku odbierają od nich przysięgi i na każdym kroku wciągają ich w krzywoprzysięstwo, gdyż ten grzech, pociągający za sobą wieczne potępienie, odkupuje się znikomą grzywną. Dopuszczają w dni pruskich wesel szatańskie tańce, w których kobiety przebierają się za mężczyzn; z tego powodu mnożą się zabójstwa, „zwyczajne w Prusach”, wiara bowiem jest tak niska, że taniej jest zabić człowieka niż kupić konia. Zabójstwa najczęściej zdarzają się podczas orgii, gdy całe rodziny upijają się i wdają się ze sobą w bójki. Ten mnich kartuz, przyjaciel zakonu, mówi to samo co jego wrogowie. Mniej więcej w tym samym czasie biskup poznański oskarża rycerzy, że zostawiają dwie trzecie Prusów w błędach pogaństwa i wysyłają tych barbarzyńców na wojnę przeciw swoim chrześcijańskim sąsiadom. Rzeczywiście zakon stale brał Prusów na żołnierzy, a pobory nie mniej niż niewola przyczyniały się do wymierania ludności tubylczej. Trzeba do tego dodać, że Prusowie, jak zawsze bywa w podobnych przypadkach, zachowawszy wszystkie swoje barbarzyńskie przywary, bardzo szybko przejęli także wiele przywar zwycięzców. Pod wpływem tych rozkładowych czynników, do których w XV wieku dołączyły jeszcze niszczycielskie wojny, których główny ciężar spadał właśnie na tubylców, lud pruski zaczął bardzo szybko topnieć. Zdaje się, że aż do XVI wieku w niektórych wsiach kapłani potrzebowali jeszcze tłumaczy do przekładania swoich kazań na język ludowy. Co więcej, w tej epoce zastajemy jeszcze resztki pogaństwa: słyszymy o nocnych zgromadzeniach, na których pogańscy kapłani składali kozły w ofierze dawnym bóstwom. Lecz w XVI wieku język pruski zupełnie zanikł. To, co z niego obecnie zostało, stanowi taki sam przedmiot uczonych badań filologicznych jak resztki starogreckich dialektów. Cały naród został unicestwiony, by zrobić miejsce kolonii niemieckiej.

* Między przybyciem pierwszego poselstwa polskiego a początkiem podboju minęło kilka lat. Zwłokę tę po części tłumaczy złożoność zajęć wielkiego mistrza i jego udział w krucjacie Fryderyka II; lecz niewątpliwie i sam Hermann wcale nie chciał się spieszyć: każąc czekać na żądaną pomoc, liczył, że uczyni księcia Konrada i biskupa Chrystiana bardziej podatnymi na swoje warunki. Chrystian początkowo marzył o stworzeniu sobie z Prus takiego samego niezależnego księstwa, jakie miał Albert Buxhoeveden w Inflantach: Hermann chciał, by rycerze posłużyli mu tylko jako żołnierze potrzebni do podboju. W latach, które dzielą wysłanie poselstwa od początku podboju, próbował on stworzyć nowy zakon rycerski, bezpośrednio mu podległy – braci dobrzyńskich. Gdyby ten zakon przetrwał i nadal werbował członków, jak to było na początku, w ziemiach słowiańskich, los Prus mógłby się zupełnie zmienić: Prusy stałyby się kolonią nie niemiecką, lecz polską. Lecz zakon rozwijał się niedostatecznie szybko, niebezpieczeństwo uporczywie zagrażało, i Chrystian, zapewniwszy sobie bogate posiadłości i ważne prerogatywy, musiał całkowicie zrzec się wszelkich zwierzchnich praw nad Krzyżakami, wszelkiej nad nimi jurysdykcji i prawa pobierania dziesięciny w zdobytych ziemiach.

** Połączenie dwóch zakonów było również dziełem Hermanna von Salza. Biskup Albert i Kawalerowie Mieczowi bardzo szybko osiągnęli niezwykłe sukcesy w swoich przedsięwzięciach. Lecz jeszcze za życia Alberta istnieniu założonego przez niego zakonu zaczęły grozić wielkie niebezpieczeństwa. W Inflantach najwyższa władza należała do biskupa, a nie do zakonu. Niezadowoleni z tego Kawalerowie Mieczowi zaczęli domagać się dla siebie szczególnych przywilejów i części zdobytych ziem. Biskup musiał poczynić im ważne ustępstwa. Ponadto kolonii niemieckiej zagrażali Litwini i Rusini. Mocno przyciśnięty przez tych wrogów, Chrystian wezwał na pomoc Duńczyków. Skandynawom kraje te były już wcześniej znane, a przybywszy tam, wkrótce pod wodzą Waldemara stali się groźnymi rywalami zakonu. W 1219 roku Waldemar założył Rewel i opanował część Estonii. Po śmierci Chrystiana trudności jeszcze się zwiększyły: Litwini i Rusini zaczęli napadać ze zdwojoną siłą. Waldemar, który na pewien czas utracił był swoje posiadłości, ponownie zażądał dla siebie Estonii. W samym zakonie dyscyplina była zupełnie rozchwiana i zdawał się on stać na krawędzi rozpadu. Wtedy Kawalerowie Mieczowi wysłali poselstwo do rycerzy krzyżackich, proponując im połączenie. Hermann zwyczajem swoim się nie spieszył. Wcale nie chciał odziedziczyć po Kawalerach Mieczowych wszystkich ich zawikłanych stosunków. Szczególnie nie podobała mu się wojna z Danią. Czekał, aż jakaś wielka porażka Kawalerów Mieczowych w wojnie z Litwinami uczyni ich bardziej ustępliwymi, gdyż początkowo nie chcieli nawet słyszeć o odstąpieniu północnej Estonii Duńczykom. Po klęsce, jaką ponieśli Kawalerowie Mieczowi w 1236 roku, papież z Viterbo, gdzie przebywał przy nim Hermann, sam nakazał połączenie obu zakonów w jeden. Gdy sprawa została zakończona, Hermann zakomunikował Kawalerom Mieczowym, że wziął na siebie zobowiązanie zwrócenia Estonii Danii. Na protesty było za późno. Kawalerowie Mieczowi utworzyli osobny oddział w Zakonie Krzyżackim, a Inflanty otrzymały własnego mistrza. Połączenie dwóch zakonów było w ogóle wydarzeniem wielkiej wagi, a dla nas ma ono szczególne znaczenie, gdyż w tej starej historii występują na scenę i Niemcy, i Skandynawowie, i Rusini, czyli wszyscy główni uczestnicy walki o Morze Bałtyckie, która zaczęła się w średniowieczu, trwała w czasach nowożytnych i nie skończyła się jeszcze do dziś.

Epoka potęgi Zakonu Krzyżackiego

Wielki mistrz w Malborku

Całe pruskie miasto Malbork to jeden nieprzerwany pomnik dawnej wielkości rycerzy, lecz najbardziej uderzające są w nim dwa zamki Zakonu Krzyżackiego. Najstarszy z nich tworzy prostokąt o długości 60 metrów i szerokości 53 metrów. Jego wysokie mury przecinały niegdyś dwa rzędy ostrołukowych arkad, lecz na nieszczęście zamurowano je, przystosowując stary pałac do nowego przeznaczenia – służby jako spichlerz zbożowy. Nie mniej ucierpiał i kościół zamkowy: jezuici przyozdobili go wymyślną rzeźbą z pochodniami, płonącymi sercami i różnymi innymi katolickimi niedorzecznościami. Pośród tego rozpasanego rokoka zachowały się w chórze dębowe stalle rycerzy; jedna z nich, należąca do wielkiego mistrza, nakryta jest dębowym baldachimem. Z zewnątrz kościół, którego czysty styl gotycki pozostał nienaruszony, przedstawia się jako gigantyczny relikwiarz wpuszczony w budynek pałacu. Za ołtarzem ogromna mozaika olśniewających barw, wysoka na osiem metrów, przedstawia Dziewicę Maryję z Dzieciątkiem Jezus, które trzyma od niechcenia, jak piórko, na lewej ręce.

To potężna kobieta, tchnąca nie miłosierdziem, lecz groźną siłą, jak przystoi patronce tych Krzyżaków, od których przyjęła w ofierze cały naród, nie wlawszy ani kropli łaski w ich serca.

Drugi zamek ma kształt trapezu otwartego od strony pierwszego, do którego przylega swoim największym skrzydłem o długości 96 metrów. Przeciwległe skrzydło kończy się pawilonem wielkiego mistrza, zbudowanym bardzo osobliwie: nad ciężką dolną kondygnacją z kamiennych płyt z sześcioma przyporami i tylko jednymi bardzo niskimi drzwiami wznosi się sześć lekkich arkad na kolumienkach. W całej tej górnej części, aż po krenelażowe krawędzie ogromnego dachu z dachówki, ciemną cegłę ożywiają ozdoby z białego kamienia, które wchodzą w wycięcia dachu i go obrzeżają. Wzór budowli wzięto z Wenecji: to prawdziwa architektura wenecka, która czaruje swym wdziękiem nawet wtedy, gdy daje niedorzeczne połączenie kruchego z masywnym. Nowemu zamkowi poszczęściło się bardziej niż staremu: odrestaurowano go. Są w nim trzy przepiękne sale: w dwóch mniejszych całe sklepienie opada w postaci stalaktytów na jeden przysadzisty granitowy filar, i zdaje się, że ten filar tryska strumieniem wody, który wzlatuje w górę, rozpościera się sklepieniem i spływa po ścianach regularnymi zawojami. Trzy smuklejsze kolumny, zwieńczone sztukatorskimi kapitelami, podtrzymują sklepienie wielkiej sali, oświetlonej z jednej strony czternastoma wysokimi ostrołukowymi oknami.

Restauracja tego zamku jest dziełem miłośników ojczystej przeszłości. Można im zarzucić chyba to, że zbyt hojnie szafowali kitem i farbą. Trudno też nie żałować, że na szybach okien widnieją imiona i herby ofiarodawców, którzy uczestniczyli w pokryciu kosztów: zabytki historyczne nie po to powstały, by służyć za księgę rachunkową datków na rzecz historii. Należałoby również usunąć ze ścian rozwieszone na nich litografie i fotografie różnych panów w surdutach. Mały polowy ołtarz wielkich mistrzów jest w tym pałacu u siebie, lecz jakże nie pasują do niego obite dywanem fotele czy wyhaftowana przez pruską księżniczkę chusta, którą stróż wyjmuje z szafy i z oznakami głębokiego szacunku pokazuje zwiedzającym. Może z czasem urządzi się w tym zamku zbiór wszystkich przedmiotów, które dotrwały do nas z czasów rycerskich: byłoby to warte trudu. Z jakiejkolwiek strony spojrzeć na zamek – czy z dziedzińca, czy z nabrzeża Nogatu, skąd pawilon wielkiego mistrza wydaje się wysoką i posępną twierdzą z blankami, zwieńczoną wieżami, czy od stóp posągu Fryderyka, przed którym rozpościera się główna fasada – wywiera on głębokie wrażenie, każąc podziwiać, jak duch ludzki potrafi przeobrażać kamień. Albowiem rycerze krzyżaccy, ci wędrowcy, którzy wreszcie zatrzymali się nad brzegami Wisły, połączyli w swoim pałacu, stanowiącym mieszaninę architektury saraceńskiej, włoskiej i niemieckiej, echa Palestyny, Niemiec i Italii. Historią tych mnichów, którzy uzbroili się w obronie Kościoła i przemienili się we władców, tchnie cały ten gigantyczny pomnik – klasztor, twierdza i pałac jednocześnie.

Właśnie do tego zamku w Malborku przeniósł swoją rezydencję wielki mistrz krzyżacki w pierwszych latach XIV stulecia*. Niewierni odebrali chrześcijanom w Ziemi Świętej wszystkie posiadłości do ostatniej piędzi i zakony rycerskie musiały opuścić kraj, w którym powstały.

Jaki los ich czekał? Zrodziły je krucjaty, czyli wojna przedsięwzięta przeciw niewiernym posiadaczom Grobu Świętego przez cały świat chrześcijański bez różnicy narodowości na wezwanie głowy Kościoła, który był wówczas potężniejszy od cesarza i królów. Ci mnisi, którzy bywają to sługami szpitalnymi, to żołnierzami, to pielęgnują chorych i rannych, to dziarsko sieką Saracenów, byli prawdziwymi synami miłosiernego i wojującego Kościoła średniowiecza, jakim był i Ludwik Święty, który mył nogi ubogim i uważał, że w sporze z niewiernymi nie ma lepszego argumentu niż porządne cięcie mieczem. Zakony rycerskie przeniknięte były uniwersalnym duchem Kościoła: przynajmniej joannici i templariusze nie należeli do żadnego kraju, a jeśli mieli ojczyznę, to była nią Ziemia Święta. Po jej utracie nie brakowało im miejsc schronienia, gdyż należały do nich niezliczone posiadłości w Europie.

Lecz jakże Europa się zmieniła! W czasie, gdy powstawały zakony rycerskie, władza królewska we Francji skromnie zaczynała swoją karierę. Po Filipie I, królu – rabusiu kupców, nastąpił Ludwik VI, sędzia pokoju i żandarm, wiecznie przetrząsający góry i doliny, pocący się pod swoją zbroją przed warowniami i budzący zachwyt Sugera, który z dumą donosi nam, że jego króla bano się nawet w głębi Berry. W czasie, gdy gwiazda rycerzy zaczęła zachodzić, triumf władzy królewskiej we Francji był sprawą niemal zakończoną. Filip Piękny zajęty był odbieraniem Anglikom zagarniętych przez nich ziem królewskich, a feudałom – zagarniętego przez nich królewskiego autorytetu. Jego doradcy i on sam żywili zimną nienawiść do przeszłości i pogardzali jej przedstawicielami. Cesarzowi niemieckiemu zachciało się upomnieć o swoje dawne prawa do burgundzkich lenn i miast. Na ciężkie wywody niemieckiej kancelarii Filip odpowiada tak prostymi słowami – łacińskimi z brzmienia, francuskimi z ducha: „Nimis germanice – to zbyt po niemiecku”. Papieżowi zachciało się przywłaszczyć sobie niektóre prawa władzy królewskiej; wszystkim wiadomo, że odpowiedzią na to były niesłychane zniewagi i zamach na Bonifacego VIII. Zawierzywszy temu władcy, łaknącemu władzy i pieniędzy, i osiadłszy pośród świata legistów, tych „rycerzy prawa”, śmiertelnych wrogów prawdziwych rycerzy, mistrz templariuszy postąpił nader nierozważnie. Duch uniwersalności w świecie europejskim zniknął; z dwóch najwyższych wodzów chrześcijaństwa jeden, papież, był w niewoli, a drugi, cesarz, był po prostu książątkiem zajętym swoimi drobnymi sprawkami. O krucjatach mówiono tylko na ucztach i pijatykach. Lecz templariusze nieustannie myśleli o Ziemi Świętej, instynktownie czując, że z ustaniem krucjat zakony rycerskie muszą zginąć. Omawiali plan wyprawy do Palestyny, gdy kat położył na nich swoją rękę.

Los Krzyżaków był bynajmniej nie tak tragiczny. Należały do nich nie tylko rozproszone w różnych miejscach posiadłości, lecz podbój dał im ojczyznę. Założony przez Niemca dla Niemców, ich zakon nigdy nie był uniwersalny jak dwa pozostałe, a dzieło podjęte przez Krzyżaków w Prusach, gdzie ich współpracownikami byli niemieccy kupcy i osadnicy, było w tym samym stopniu niemieckie co chrześcijańskie. Nawet po wygnaniu z Palestyny ich istnienie nie straciło sensu i wszyscy rozumieli, po co widnieje na ich płaszczu krzyż, gdyż Litwa, sąsiadka ich Prus, pozostawała pogańska, a zatem podlegała podbojowi i nawróceniu na chrześcijaństwo. Oto dlaczego los Krzyżaków okazał się tak niepodobny do losu templariuszy: jedni opuścili Ziemię Świętą, by zginąć, drudzy – by panować. I pałac malborski wzniósł się ku niebu równocześnie ze stosem templariuszy.

Malbork stał się stolicą wielkiego państwa. Zakon nie zwlekał z przeniesieniem swego panowania poza granice Prus i Inflant: nabył Pomorze z Gdańskiem i zachował tę prowincję po trzydziestoletniej wojnie z Polską**, a podbój Estonii na Duńczykach przesunął aż do Pejpusu jego granice, sięgające na zachodzie do Łeby.

Na tym obszarze zakon dokonał bardzo ważnego nabytku na początku XV stulecia: niemiecka kolonizacja w Marchii Brandenburskiej rozprzestrzeniła się była aż do Wisły, lecz z wygaśnięciem dynastii askańskiej marchia podupadła i omal nie zginęła. Wtedy zakon kupił od margrabiów Nową Marchię, rozszerzając w ten sposób swoje posiadłości aż do Odry i zapewniając sobie łączność z Niemcami***. Żadne państwo w Europie Wschodniej nie mogło się równać doskonałością rządów z tym, na którego czele stała władcza korporacja Krzyżaków.

* W 1308 roku.

** O tym, jak dokonał się ten podbój, mówiliśmy wyżej.

*** Godne uwagi jest, że dwa państwa, z których połączenia w XVII stuleciu powstały Prusy, nieraz zbliżały się w ten sposób do siebie, oddając sobie wzajemne usługi. Gdy marchia podupadła, zakon nabył od niej Nową Marchię, która mogłaby zostać utracona dla Niemiec. Dalej zobaczymy, że gdy zakon z kolei popadł w rozstrój, wzmocniona pod rządami Hohenzollernów marchia odzyskała Nową Marchię. Jedność obu historii wynika z faktu, że margrabiowie i rycerze byli niemieckimi kolonizatorami na obcej ziemi.

Instytucje Zakonu Krzyżackiego

Ta korporacja przy naborze swoich członków jest wolna od wszelkich arystokratycznych przesądów. Założony przez zupełnie nieznanego człowieka, zawdzięczający wsparcie i środki do nowego wyniesienia, po upadku Królestwa Jerozolimskiego, kupcom lubeckim, sam będąc takim samym kupcem, a zarazem rolnikiem i przemysłowcem, zakon nie może odnosić się z pogardą do mieszczaństwa. W jego skład wchodzą bracia duchowni i świeccy. Bracia duchowni, służący jako kapłani w jego wspólnotach, są mu potrzebni, by jak najmniej zależeć od biskupów. Bracia świeccy dzielą się na rycerzy i zwykłych braci; tylko pierwsi noszą biały płaszcz z czarnym krzyżem i mają prawo do najwyższych stanowisk, drudzy zaś, tak zwane szare płaszcze, zajmują małe urzędy, na których oddają zakonowi wielkie usługi, gdyż rycerze są zupełnie niezdolni wnikać w szczegóły złożonej administracji, zużywającej mnóstwo pergaminu na raporty i sprawozdania. Lecz zwykli bracia nie chowają się w kancelarii i nikt na nich nie patrzy z góry: walczą na wojnie, wchodzą w skład straży honorowej wielkiego mistrza, zasiadają i oddają głosy w konsystorzu, który go wybiera.

Wybór głowy zakonu odbywa się z uroczystą prostotą. Gdy umiera wielki mistrz, gońcy zawiadamiają o tym wszystkie komturie Prus, Inflant i Niemiec, wzywając każdego komtura, by stawił się w Malborku w towarzystwie „najlepszego” z braci komturii.

W wyznaczonym dniu zbiera się konsystorz. Rycerz pełniący obowiązki wielkiego mistrza wyznacza „komtura-elektora”; ten zaś wybiera drugiego elektora, który wspólnie z nim dobiera sobie trzeciego itd., aż uformuje się całe kolegium. Łącznie jest w nim trzynastu elektorów: kapłan, ośmiu rycerzy i czterech zwykłych braci. Przy wyborach zwraca się uwagę na to, by każda prowincja zakonu miała swego przedstawiciela i żadna nie miała większości. Trzynastu elektorów składa przysięgę, że nie wybiorą ani dziecka z nieprawego łoża, ani rycerza, który został skazany na rok za przestępstwo przeciw czystości lub za kradzież. Następnie komtur wymienia swojego kandydata i każe pozostałym ogłosić swoich z całą szczerością i swobodą. Po zakończeniu wyborów biją dzwony, bracia duchowni śpiewają Te Deum, a nowy wybraniec udaje się do kościoła. Tam wygłasza się do niego mowę o obowiązkach, jakie nakłada jego godność, aby nie pozostał w niewiedzy i nie mógł się tą niewiedzą wymówić w dzień Sądu Ostatecznego. Następnie otrzymuje pierścień i insygnia wielkiego mistrza z rąk kapłana, którego całuje. Przy całej tej ceremonii nie ma ani prałata, ani nuncjusza, ani posła; zakon sam jest u siebie gospodarzem, sam, bez żadnych świadków, załatwia swoje sprawy, a ten wybór jest aktem najwyższej władzy, otoczonym takimi formami, że przypadek nie ma w nim prawie miejsca: wybrańca wyznacza się spośród najgodniejszych według ich własnego wyboru.

Wielki mistrz nie jest despotą, jest głową arystokratycznego rządu. Władza ustawodawcza należy do kapituły generalnej, za której zgodą wielki mistrz mianuje najwyższych dostojników zakonu. Najważniejsi z nich to mistrzowie Niemiec i Inflant. Wraz z kapitułą malborską wybiera dostojników pruskich: wielkiego komtura, wielkiego szpitalnika i innych, którzy tworzą przy nim coś w rodzaju rady ministrów. Jego jednoosobowej decyzji podlegają tylko najdrobniejsze sprawy. Tak na przykład w kwestii zbycia własności wartości 2000 grzywien konieczna jest już zgoda mistrzów Niemiec i Inflant; gdy chodzi o mniejszą sumę, wymagana jest zgoda najwyższych dostojników Prus. Wielki mistrz ma przy sobie tylko jeden z trzech kluczy od skarbca.

Terytorium zakonu dzieli się na komturie, które z kolei dzielą się na okręgi. Komtur mieszka w jednym z głównych zamków. Rycerze-urzędnicy zarządzający poszczególnym okręgiem nazywają się, zależnie od charakteru okolicy, przełożonymi lasów lub rybołówstwa. Zwołują swoją radę w każdy piątek, a komtur – w każdą niedzielę, gdyż zakon ściśle trzyma się zasady, że sprawy idą tym pomyślniej, im gruntowniej się je omawia. Dyscyplinę w zakonie zapewnia jego reguła zakonna. Bracia złożyli ślub czystości – reguła zabrania im całować nawet rodzone siostry i matki; złożyli ślub posłuszeństwa – na znak swojej uległości muszą nosić krótkie włosy; złożyli ślub ubóstwa – i nie mają nic własnego; nie noszą ani złota, ani srebra, ani jaskrawych barw, żadnych wyróżniających ozdób ani na tarczy, ani na zbroi; broń i konia można odebrać jednemu bratu i oddać drugiemu – i jakkolwiek rycerz kochałby swego rumaka, nie śmie zgłosić najmniejszego sprzeciwu. Najdrobniejsze szczegóły ubioru określa reguła, a każda minuta życia ma swoje przeznaczenie. Przy wspólnym stole po modlitwie bracia słuchają czytania, którego treścią są przeważnie opowieści o czynach wojowników z czasów Mojżesza i Jozuego albo o czynach wojownika Judy Machabeusza i jego braci. Trzy dni w tygodniu żywią się mlekiem i jajami; w piątek, jeden z tych dni, poszczą, a po postnej wieczerzy, między nieszporami a kompletą, aż do samego udania się na spoczynek muszą mówić półgłosem i tylko o budujących rzeczach.

Bracia śpią we wspólnej sypialni oświetlonej lampą. Kładą się do łóżka na wpół ubrani, mając miecz pod ręką. Bracia nie powinni mieć tajemnic przed swoimi przełożonymi i nie mogą ani pisać, ani otrzymywać wiadomości bez ich wiedzy.

Łatwo zrozumieć, jakimi siłami ta korporacja, w której pojedyncza wola każdego podporządkowana była najwyższej woli wielkiego mistrza i dostojników zakonu, rozporządzała przez cały ten czas, dopóki zachowywała religijny zapał i posłuszeństwo regule. Lecz czym tłumaczy się to, że Krzyżacy nie tylko dobrze rządzili sami sobą, lecz z nadzwyczajnym kunsztem rządzili i innymi? – Tym, że mieli ogromne doświadczenie: zaczęli je zdobywać w Ziemi Świętej, a skończyli w Prusach, dokąd ściągali koloniści i krzyżowcy ze wszystkich krain Niemiec i Europy. Należy do tego dodać szeroko rozgałęzione stosunki handlowe i regularną łączność z komturiami i mistrzostwami poza Prusami. Jeśli i dziś pozostaje prawdą, że podróż poszerza horyzont umysłowy i że z nauką nowego języka ludzie zyskują nową duszę, to jeszcze prawdziwsze było to w średniowieczu. Mamy książki, gazety i szkołę, za pomocą których promienie światła docierają do najciemniejszych zakątków; lecz w średniowieczu znali świat tylko ci, którzy widzieli go na własne oczy. Najkrótsze dla nas odległości wydawały się wówczas ogromne. Gdy za Ludwika VII biskup Gévaudan przybył do króla, by złożyć mu wyrazy oddania, król był tak zdziwiony, tak chwalił i tak gorąco dziękował biskupowi, że można było pomyśleć, iż Gévaudan leży na krańcu świata. Ojczyzna każdego jest tak mała – i ileż zdumiewających rzeczy czeka tych, którzy wychodzą poza jej granice! W drodze do Ziemi Świętej przed każdą miejską dzwonnicą chłopi od razu pytają, czy to nie sama Jerozolima. Joinville, trafiwszy do Egiptu, wyobraża sobie, że jest u bram raju ziemskiego, skąd wypływa Nil, niosąc na swoich wodach imbir, rabarbar, aloes i cynamon – owoce drzew strącane przez wiatr w raju. Biada temu, kto zechciałby odszukać źródła tej rzeki. Tam, na urwistej ze wszystkich stron stromiźnie, na którą nikt nie może się wspiąć, zgromadzone są wszelkiego rodzaju i wyglądu potwory – lwy, węże i olifanty, które spoglądają z góry na wodę rzeki. Tak mówi Joinville, a jest on jeszcze prawdziwym sceptykiem w porównaniu z Ludwikiem Świętym. Idee ludzi tamtych czasów były wąskie jak ich ojczyzna, a w średniowieczu Kościół był tak potężny właśnie dlatego, że posiadał największą sumę idei. Wielkość Krzyżaków wynikała z tych samych przyczyn: ich uniwersalność pomaga im w ich szczególnym zadaniu – rządzeniu Prusami, i ani jedna okruszyna ich różnorodnego doświadczenia nie mogła przepaść w żaden sposób. Korporacje nigdy nie rozstają się z tym, co raz trafiło w ich ręce.

Lud podlegający rządom Krzyżaków składał się z Prusów, Polaków i Niemców. Niemcom przypadało pierwsze miejsce pod względem liczby i znaczenia; przybywali ze wszystkich krain Niemiec, i w Prusach Niemiec mógł usłyszeć wszystkie narzecza swej ojczystej ziemi: dolnoniemieckie w Gdańsku i górnoniemieckie w Toruniu. Koloniści z różnych prowincji przynieśli ze sobą także swoje antypatie, które były bardzo silne w średniowieczu i nie zatarły się całkiem do dziś. Niemcy mają bardzo wysokie mniemanie o swoim narodzie, lecz niezbyt szanują jeden drugiego, a różne krainy niemieckie ustawicznie wymieniają między sobą grubiańskie drwiny. Niemiec z prowincji północnych jest niewyczerpany w szyderstwach ze Szwaba i Bawarczyka. Szwabami nazywa pluskwy i opowiada, że gdyby gruby Bawarczyk otrzymał od jakiejś wróżki prawo wypowiedzenia trzech życzeń, to przede wszystkim poprosiłby o piwo do syta, potem o kupę pieniędzy, a potem, chwilę pomyślawszy, o jeszcze więcej piwa. Taki stosunek do Bawarczyków istniał w Prusach już w XIV stuleciu, a stateczny Dusburg, który urodził się, jak się zdaje, nad Renem – tak przynajmniej można sądzić po jego nazwisku – wplata do swojej opowieści kiepskie anegdoty tylko po to, by mieć przyjemność wyśmiania Bawarczyków. Te drobne prowincjonalne waśnie staną się niebezpieczne, gdy zakon będzie bliski upadku, i w wojnach wewnętrznych XV wieku Bawarczyk i Szwab pójdą walczyć przeciw Niemcom znad Renu i Sasom. Lecz dopóki nie nadeszły czarne dni, ci ludzie, którzy ściągali do Prus ze wszystkich krańców Niemiec, okazywali się pożyteczni dla wspólnej sprawy swoimi umiejętnościami zawodowymi.

Zakon stworzył Prusy – na tym opierało się jego prawo do rozkazywania im. Biskupom, ludziom wolnym, feudalnym posiadaczom, mieszczanom i chłopom – wszystkim wskazał ich miejsce i obowiązki. Pojawił się wcześniej i stał wyżej od nich.

Papież i cesarz, którzy odstąpili Ziemię Pruską Hermannowi von Salza, byli do pewnego stopnia suzerenami zakonu; lecz cesarz nie był w stanie korzystać ze swoich praw, a kuria papieska ograniczała się do pobierania od zakonu dochodów. Przebywający w Rzymie prokurator zakonu nie skąpił pieniędzy; dawał hojne podarunki przy pewnych uroczystych okazjach, jak na przykład po wyborze wielkiego mistrza. Lecz jeśli Krzyżacy dużo płacili, to nie ustępowali ani jednego ze swoich praw. Nigdy nie pozwalali kurii rzymskiej pobierać od duchowieństwa zakonnego jednego procentu jego dochodów, jak to czyniono gdzie indziej; nigdy w Prusach nie zbierano świętopietrza. Należąc do Kościoła, ci rycerze się go nie boją; gdy trzeba, mężnie znoszą ekskomunikę, a jeśli wyrok papieski im się nie podoba, apelują od papieża, który popełnił błąd, do papieża lepiej poinformowanego. Roszczenia rzymskiego arcykapłana doprowadzały ich niekiedy do wściekłości, a wielki mistrz Wallenrode lubił powtarzać, że właściwie na każde państwo wystarczyłby jeden kapłan, i tego należałoby trzymać w żelaznej klatce, aby nikomu nie mógł szkodzić. U Krzyżaków było niewielu mnichów. Jedyne bogate klasztory, Oliwa i Pelplin, znajdowały się na Pomorzu Gdańskim, przyłączonej prowincji, i powstały jeszcze przed przyłączeniem. W samych zaś Prusach klasztory były małe i ubogie, a i tych było niewiele. Przy wszystkich podbojach dokonanych przez świeckich, na przykład w merowińskich i karolińskich Niemczech, biskup i mnich byli bardzo ważnymi osobami, o których przede wszystkim trzeba było myśleć – i rzeczywiście myślano – przy podziale majątków: pierwsze miasta północnych Niemiec powstały u stóp klasztorów albo kościołów biskupich. Lecz Krzyżacy byli jednocześnie mnichami i rycerzami, nie chcieli nawet słyszeć o dzieleniu się z „kapturnikami”, jak wyraził się pewien kapłan zakonny, drwiąc z obżarstwa i próżniactwa mnichów. „Kapturnik – mówi on – mógłby być dość szczęśliwy, gdyby brał do picia wodę z rzeki i chciał hodować warzywa, lecz opat rzuca półmisek fasoli, ledwie ujrzy rybę, a rzuca rybę, gdy tylko ujrzy mięso. Jego kaptur nie zaprowadzi go do nieba; cóż pomoże surowość reguły, jeśli dusza jest nieczysta?”

Trzy właściwie pruskie biskupstwa przy założeniu zostały bogato wyposażone w ziemie; lecz aby zapobiec nieskończonemu przyrostowi niezbywalnych majątków, prawo nakazywało kościołom sprzedawać każdy nowy majątek, który trafił w ich ręce, nie później niż w ciągu roku i jednego dnia. Wielki mistrz odnosi się do biskupów z szacunkiem i nie pozwala sobie wobec nich na ten rozkazujący ton, jakim mówi z dostojnikami zakonu. Niemniej w ziemiach biskupich rządzi on, nie wyłączając nawet Inflant, gdzie biskup – założyciel zakonu Kawalerów Mieczowych – przyznał Kościołowi ryskiemu wielkie przywileje. Na pewnym zjeździe w Gdańsku w 1366 roku biskupi inflanccy prosili, by nie zmuszano ich do stawiania się z pospolitym ruszeniem na wojnę, jeśli wojnę tę wypowiedziano bez ich zgody. Na to rycerze odpowiedzieli: „Czyni się tak nie z przymusu, lecz według chwalebnego obyczaju tej ziemi. Będąc jednakowo sąsiadami niewiernych, my i wasale Kościoła ryskiego mamy zwyczaj pomagać sobie nawzajem w walce z nimi, zarówno w razie napaści, jak i w razie obrony. Godzi się i trzeba, by tak zawsze pozostało”. Biskup ryski żąda dla siebie i dla swoich wikariuszy prawa wysyłania do Litwinów i Rusinów posłów, zwłaszcza misjonarzy z głoszeniem słowa Bożego. „Daj Boże – odpowiedzieli rycerze – byście jak najczęściej wysyłali tam swoich misjonarzy i sami chodzili głosić kazania niewiernym; lecz we wszystkich innych przypadkach wasi wysłannicy, udając się na Litwę, powinni iść z naszymi i jedynie po to, by wykonać to, co zostanie im nakazane: tak zawsze czyniono”. W Prusach zakon nie zostawiał biskupom cienia wątpliwości co do ich obowiązków. Pewnego razu, gdy oddział biskupstwa warmińskiego nie stawił się w wyznaczonym terminie, wielki mistrz, zwracając się do ludzi biskupa, rzekł: „Wiedzcie, że macie nam płacić służbą, którą jesteście nam winni, tak samo, jak czynią to nasi poddani, albowiem zakon stworzył biskupów, a nie biskupi zakon”.

Niezłomnie wymagając od biskupów wypełniania wszystkich zobowiązań wobec siebie, zakon z drugiej strony pozostawiał im pełną swobodę zarządu w ich bogatych posiadłościach, do których przyciągali kolonistów i gdzie zakładali, podobnie jak rycerze, wioski i miasta. Najbardziej godną uwagi cechą rządów Krzyżaków było właśnie to, że ściśle obstając przy prawach państwa, zarazem pozostawiali różnym klasom swoich poddanych szeroką niezależność.

Tak na przykład miasta pruskie były niemal republikami. Ta ich wolność tłumaczy się okolicznościami historycznymi: położenie kolonisty w Prusach w epoce podboju było niebezpieczne i dla przyciągnięcia osadników trzeba było obiecywać wielkie ulgi; zakon ich nie skąpił, a pierwsze założone przez niego miasta otrzymały przywileje, których mogłyby im pozazdrościć najbardziej wolne z niemieckich miast XIII stulecia. Przywilej chełmiński z 1233 roku przyznaje mieszczanom prawo samodzielnego wybierania swoich sędziów. Określa granice terytorium miejskiego, które później zostanie rozszerzone pod warunkiem, że mieszczanie sami będą dbać o obronę swego miasta. W granicach tego terytorium zakon nie może kupować domów, a jeśli otrzyma je w testamencie, musi, jak każdy inny właściciel, podporządkować się miejskim podatkom i porządkom. Obywatele władają swoim majątkiem na prawach pełnej własności, przekazują go potomkom w wieczyste dziedzictwo i mogą go sprzedawać, przy czym wymaga się jedynie, by nabywca był zdolny do pełnienia służby wojskowej, określonej przez prawo proporcjonalnie do wielkości własności, i płacenia niewielkiego czynszu gruntowego, który jest znakiem zwierzchnictwa zakonu – in recognitionem domini. Początkowo obywatele musieli pełnić służbę wojskową na każde żądanie zakonu, lecz z zakończeniem podboju zobowiązywali się bronić tylko ziemi chełmińskiej między Drwęcą a Osą. Miasto nie było zobowiązane przyjmować u siebie załogi, było wolne od kwaterunku i mogło nawet odmawiać przepuszczenia przechodzących wojsk. Tylko jedna moneta miała być w obiegu w Chełmnie i w całych Prusach, a jej wartość miała pozostawać niezmienna. Targi miały być wolne od wszelkich opłat drogowych i celnych. Takie są główne postanowienia tej Kulmische Handfeste, której ulgi rozciągnęły się w Prusach na większość miast i wolnej ludności wsi i które stały się w ten sposób niejako wielką kartą pruskich wolności. Największe miasta – Gdańsk, Elbląg, Toruń, Chełmno, Braniewo, Królewiec – korzystały, rzecz naturalna, i z największych przywilejów. Przystąpiły do Hanzy, wysyłały swoich deputowanych na zjazdy hanzeatyckie, a nawet miały własne zjazdy i własne stosunki, w których zakon nie brał żadnego udziału; prowadziły wojny z państwami, z którymi zakon był w pokoju. Pewnego razu zwróciły się do wielkiego mistrza o pośrednictwo w sporze z królem duńskim; innym razem zaproponowały mu swoje pośrednictwo, by zakończyć wojnę z Litwinami.

Poza miastami w Prusach mieszkało też sporo ludzi wolnych, swego rodzaju wasali zakonu. Byli to Niemcy, Prusowie, którzy zasłużyli na wolność swoją niezachwianą wiernością, i uprzywilejowani Polacy. Bezpośrednio za nimi szli chłopi wsi niemieckich.

W Prusach, podobnie jak w Brandenburgii, wsie zakładano na zasadzie umowy z zasadźcą. Zasadźca otrzymywał od wielkiego mistrza lub od jednego z komturów nadanie działki ziemi, zobowiązując się znaleźć kolonistów i zagwarantować uiszczanie należnego z działki czynszu gruntowego po upływie kilku lat wolnizny; sam korzystał z prawa chełmińskiego i po założeniu wsi stawał się w niej dziedzicznym sędzią i zarządcą. Chłopi otrzymywali swoje ziemie od niego, a nie bezpośrednio od zakonu, jak obywatele Chełmna, lecz przywilej dany zasadźcy określał warunki ich zależności od niego i chronił przed jego samowolą. Chłopi musieli płacić czynsz gruntowy i pełnić służbę wojskową, a wkrótce dołączyła do tego pańszczyzna państwowa. Tak więc ich własność nie była całkiem wolna, lecz korzystali z pełnej wolności osobistej. Chłopi niemieccy w Prusach popadli w poddaństwo dopiero po wielkich spustoszeniach XV wieku. Do tego czasu jedynie chłopi pruscy i polscy nie mieli żadnych praw: nie chroniła ich żadna umowa, rzeczywiście można było obciążać ich daninami i pańszczyzną według uznania.

Urzędnicy krzyżaccy pobierają w swoich okręgach czynsz gruntowy, określony przywilejami miejskimi i wiejskimi, a także dziesięcinę, która należy do zakonu na mocy umów zawartych z biskupami. Ponadto zakon, jak wszyscy władcy, ma prawa fiskalne do kopalń, wód i lasów, do łowów i rybołówstwa, a jego ogromne domeny przynoszą mu znakomite dochody. Urzędnicy zakonni są zarazem wojskowymi naczelnikami okręgów i zasiadają w sądach miejskich i ziemskich (Landgerichte), gdzie wolni ludzie żyjący według prawa chełmińskiego są sądzeni przez równych sobie pod przewodnictwem wybieralnego sędziego. Jednakże komturowie i inni pełnomocnicy zakonu mają prawo jedynie być obecni na sądzie, lecz nie brać w nim żadnego udziału; zakon może sądzić tylko swoich członków i należących do niego chłopów polskich i pruskich. Tu raz jeszcze ujawnia się nader zręczne pogodzenie praw suwerena z przywilejami poddanych.

W okresie rozkwitu zakonu, czyli w XIV wieku, jego rządy były lekkie dla rządzonych; ani daniny, ani powinności wojskowe nie były uciążliwe, ponieważ zakon miał własne wielkie środki i sam stanowił stałą armię.

Nakładane przez niego zobowiązania były uznaniem tych dobrodziejstw, które wyświadczył kolonistom, dając im ziemie i wolność, i które wyświadczał im codziennie swoimi rządami. Wynagradza swoim poddanym poniesione przez nich wskutek wojny straty, pomaga w razie głodu – a to jeszcze nie największe jego zasługi. Już sam ten artykuł przywileju chełmińskiego, w którym oświadcza się, że w całych Prusach będzie tylko jedna moneta o stałej wartości, wystarczał do przyciągnięcia kolonistów w czasach, gdy każdy książę, każde wielkie miasto miało swoją monetę, a kupiec musiał ustawicznie uciekać się do wymiany, narażając się przy tym na wielkie straty i niebezpieczeństwo ruiny z powodu fałszowania pieniędzy. Surowa policja komturii strzegła bezpieczeństwa dróg lądowych i wodnych, a polityka handlowa rycerzy otwierała kupcom pruskim rynki we wszystkich kierunkach. Wreszcie sam zakon dawał przykład pracy rolniczej i przemysłowej. Historia może powiedzieć niemal to samo, co powiedział pewien wielki mistrz w XIV wieku, wskazując na zasługi swoich rządów: „Wszystkie nasze miasta i prosty lud żyją pod dobrą ochroną; prałaci, wasale i pospólstwo nie mogą się nacieszyć pokojem i sprawiedliwością; nikogo nie uciskamy, na nikogo nie nakładamy bezprawnych ciężarów; nie żądamy tego, co do nas nie należy, i wszyscy, dzięki Bogu, są przez nas rządzeni z jednakową życzliwością i sprawiedliwością”.

Rozkwit ziem zakonnych

Trudno byłoby uwierzyć w zdumiewający rozkwit ziem krzyżackich, gdyby nie potwierdzało go mnóstwo świadectw i niezbitych faktów. Nieraz jeszcze spotkamy się z nimi w dalszym wykładzie, lecz najbardziej uderzający z tych faktów polega na tym, że właściwe Prusy liczą w tym czasie 85 miast, z których 60 założono w XIV wieku, i 1400 wsi niemieckich, nie licząc pruskich i polskich. Wszędzie wre zdumiewająca działalność. Zakon wszelkimi środkami wspiera rozwój rolnictwa. Jeszcze teraz wśród kamiennych posągów zdobiących most w Tczewie można zobaczyć posąg rycerza wspierającego się ręką na kole: postawiono go na pamiątkę wielkich prac melioracyjnych w tym bagnistym i zarośniętym lasem i trzciną okręgu, który ciągnął się między Wisłą a Nogatem. Zbudowano tam groble, a niezliczone wioski skupiły się na werderach, czyli osuszonych obszarach, które dawały i dziś dają bogate plony. Na całym obszarze terytorium pruskiego istniały osobne zarządy prac osuszających i nawadniających, powierzone zaprzysiężonym osobom. Każda wieś była zobowiązana dbać o czystość rzek, stawów i studzien, a nadzór nad tym powierzono specjalnym zaprzysiężonym dozorcom.

W Prusach siano pszenicę, żyto, jęczmień, owies, bób, groch i marchew, która odgrywała ważną rolę w wyżywieniu ludu. Rycerze wprowadzili nieznane wcześniej w kraju rośliny. Tak w ich księgach rachunkowych figurują pieprz i szafran, które wraz z chmielem uprawiano na bardziej urodzajnych obszarach Prus. I nie bez zdziwienia czytamy w kronice, że w surową zimę 1392 roku mróz zniszczył winorośl i drzewa morwowe.

W obiegu były wówczas wina toruńskie, chełmińskie i gdańskie, których beczki zakon przechowywał w swoich piwnicach; należy jednak sądzić, że wina te można było pić, nie popadając w grzech obżarstwa.

W tym żołnierskim i rolniczym kraju hodowla koni była przedmiotem szczególnej troski. Obok rodzimej rasy, niskiej i niezmordowanej, nadającej się do zaprzęgów pocztowych i lekkiej jazdy, koloniści wyhodowali konie do prac rolnych i ciężkiej jazdy. Zakon wprowadził w swoich ziemiach nową rasę bydła rogatego, sprowadzoną z Gotlandii. W Prusach było wówczas mnóstwo owiec, a jeśli wywóz wełny był zakazany, to nie dlatego, że było jej mało. Rzecz w tym, że Prusy same wywoziły sukno, a zakon chciał zachować surowiec dla rzemieślników swoich miast. Żołędziami z lasów dębowych żywiło się mnóstwo świń. Kóz również było bardzo dużo; ponieważ zajmują mniej miejsca i są mniej wymagające niż krowy, hodowano je przy zamkach jako prowiant na wypadek oblężenia. Drobiu było pod dostatkiem: wśród dochodów pobieranych przez zakon w naturze figuruje 60 tysięcy kogutów. Na podstawie oficjalnych danych krzyżackiej rachunkowości można sobie wyrobić pewne wyobrażenie o bogactwie kraju na początku XV stulecia. Zakon miał około 16 000 koni, 10 500 sztuk bydła rogatego, 61 000 owiec, 19 000 świń. Jego domeny zajmowały około 1100 kilometrów kwadratowych.

Wywóz zboża był jednym z głównych przedmiotów pruskiego handlu, ponieważ mimo gęstego zaludnienia kraj wytwarzał więcej chleba, niż spożywał. Tłumaczy się to przewagą drobnej własności ziemskiej, która powstała dzięki temu, że zakon bardzo wcześnie zrezygnował z nadawania wielkich posiadłości. O ile w naszych czasach zbyt drobna własność jest przeszkodą w rozwoju rolnictwa, o tyle wielka własność byłaby zgubna w epoce, gdy nie istniały maszyny, gdy rachunkowość gospodarstw była bardzo niedoskonała, a drogi komunikacji niedostateczne. Eksploatacja lasów była dochodowa. Drewno wywożono w postaci kołów do płotów lub łuków. Ponadto w lasach pozyskiwano smołę, potaż i popiół. Oprócz zwierzyny, którą spotyka się w pruskich lasach i dziś, myśliwi polowali tam na żubra, niedźwiedzia, wilka, bobra, wiewiórkę i kunę. Zwierzyny było tak wiele, że szła nawet na prowiant dla wojsk. W lasach wreszcie zbierano miód dzikich pszczół i z tego zajęcia żyło wiele wiosek położonych u wejścia do puszczy, jak nazywano wówczas rozległy, pokryty lasem obszar między Prusami a Litwą – niebezpieczną krainę, gdzie na myśliwego, rybaka i bartnika czyhali rozbójnicy. Wielki mistrz często udawał się tam z liczną eskortą i zapraszał sąsiednich książąt na wielkie polowania, które trwały niekiedy całe tygodnie.

W Prusach rzemiosło nie było przywilejem miast, ponieważ zamki zakonu potrzebowały rzemieślników. Liczne młyny służyły nie tylko do mielenia zboża: ich siła napędowa znajdowała najróżnorodniejsze zastosowania.

Do rycerzy należało 390 młynów, na które nie szczędzili wydatków. Niektóre z tych solidnych budowli kosztowały od 20 do 30 tysięcy talarów, a przemiał, jakiego w nich dokonywano, można oszacować na 300 000 hektolitrów – wystarczało to do wyżywienia 560 000 ludzi. Lista rzemiosł jest taka sama jak we wszystkich krajach: piekarze, rzeźnicy, szewcy, piwowarzy w ogromnej liczbie – w samym Gdańsku było ich 476; cyrulicy i chirurdzy, medycy, których wizyty były drogo opłacane i wśród których zdarzali się specjaliści od kamicy i chorób oczu; aptekarze-cukiernicy, wyrabiający słodycze, które rycerze zabierali ze sobą na wyprawy; szkutnicy – znane są przypadki sprzedaży statków Anglikom i Flamandom; przewoźnicy morscy i rzeczni. Do prac administracyjnych zakon utrzymywał pisarzy i mierniczych; na swoje święta – śpiewaków, mimów, błaznów, treserów niedźwiedzi, słowem, wszystkich średniowiecznych dworskich trefnisiów; dla swoich kościołów i zamków – budowniczych organów, rzeźbiarzy i malarzy, którzy otrzymywali niekiedy bardzo hojne wynagrodzenie: pewnemu malarzowi z Malborka zapłacono raz za obraz 2 880 talarów.

Handel pruski w XIV stuleciu był w stanie rozkwitu. Zakonowi nietrudno było skierować przez Prusy tranzyt towarów, które szły z Polski i południowej Rusi ku wybrzeżom Morza Bałtyckiego. Choć polskie i ruskie miasta dopiero zaczynały się rozwijać, zdążyło się tam już osiedlić mnóstwo rodzin niemieckich – na przykład we Lwowie było ich 1200. Niemieccy koloniści w Prusach i w Polsce łatwo doszli między sobą do porozumienia. Ponadto zakon znalazł najlepsze narzędzie handlowej propagandy w swojej jednolitej i pewnej monecie. W XIV wieku moneta ta przeniknęła do wszystkich północnych prowincji Polski i uzyskała tam pełne prawo obywatelstwa. W ten sposób Toruń, położony na południowej granicy Prus, nawiązał bardzo ożywione stosunki z Krakowem i Galicją, a szlak handlowy z zachodu na wschód poszedł przez Prusy. Miasta śląskie były pełne niemieckich kolonistów, którzy wysyłali towary na Ruś i wywozili stamtąd jej produkty. A gdy polski król Kazimierz zamknął mieszczanom wrocławskim drogę przez swoje państwo, ci, zawarłszy układ z zakonem, zaczęli jeździć przez Prusy. W średniowieczu najkrótsze drogi wcale nie były najdogodniejsze i objazdem można było znacznie skrócić podróż, jeśli prowadził przez kraj, w którym nie było ani wojen wewnętrznych, ani rozbójników. Król polski, skarżąc się, że zakon ściąga do siebie ruch handlowy i przez to uszczupla jego królewskie dochody, wystawia tym samym pochlebne świadectwo krzyżackiemu rządowi. Ale główny tranzytowy ruch handlowy szedł z południa na północ naturalną drogą – Wisłą. Zakon zabraniał cudzoziemcom żeglugi po tej rzece, a korporacja nadwiślańskich armatorów, założona za jego zgodą, otrzymała od niego wielkie ulgi pod warunkiem, że wszystkie przystanie zbuduje na prawym, czyli pruskim, brzegu rzeki. Ten monopol drażnił Polaków. Ale Wisła była najkrótszą, a zarazem najbezpieczniejszą drogą do Morza Bałtyckiego i polscy kupcy musieli powierzać swoje towary pruskim armatorom.

W epoce pogańskiej handel właściwego obszaru pruskiego – rzecz jasna, niemal znikomy – polegał na przywozie soli i żelaza oraz wywozie bursztynu i skórek kunich. Z przemianą Prus w kraj cywilizowany zaczął się szybko rozwijać. Początkowo Prusy żywiły się polskim zbożem, ale w XIV wieku same już wywoziły zboże, produkty leśne, a nawet niektóre wyroby rzemieślnicze – na przykład sukna malborskie. Wielki handel w Prusach znajdował się w rękach mieszczan należących do Hanzy*.

Ten rozległy związek, obejmujący wszystkie miasta krajów, których ludność mówiła dialektem dolnoniemieckim, dzielił się na cztery okręgi: nadreński, którego stolicą była Kolonia; saski, którego głównymi miastami były najpierw Magdeburg, a później Brunszwik; wendyjski, gdzie panowała Lubeka; pruski, gdzie Gdańsk szybko przyćmił Toruń. Te dwa ostatnie okręgi wzbogaciły się wcześniej od innych, ponieważ Morze Bałtyckie było wówczas najbardziej rybnym morzem Europy. Łososie i węgorze roiły się w ujściach rzek, a śledź co roku przepływał przez Sund w niezliczonych ilościach. Żądza przygód i zapał religijny odegrały bez wątpienia dużą rolę w kolonizacji wybrzeży Morza Bałtyckiego. Trzeba przyznać ważne miejsce w historii bullom papieskim, które nawoływały chrześcijan do podboju królestwa Najświętszej Panny. Nie należy jednak zapominać i o śledziu – on również był ważną historyczną „postacią”, o bardzo kapryśnym charakterze: jego kaprysy nieraz do głębi poruszały cały świat północy i kosztowały życie tysięcy ludzi. Do końca XII wieku płynął wzdłuż wybrzeży pomorskich, gdzie było go takie mnóstwo, że wystarczyło wrzucić do morza koszyk – i okazywał się pełen ryb. Wtedy wyrosły Lubeka, Wismar, Rostock i Stralsund. W XIII wieku ryba, zmieniwszy drogę, popłynęła obok Skanii i wybrzeży norweskich. Północni żeglarze podążyli za nią, a hanzeaci, stoczywszy szereg bitew z Anglikami, Szkotami i Holendrami, zburzywszy mnóstwo duńskich twierdz i posławszy na dno niemało obcych okrętów, utrzymali pole bitwy.

Połów śledzia dał początek zamożności miast pruskich. Były one właścicielami części słynnej osady rybackiej w Skanii, którą hanzeaci zdobyli dla siebie i przekształcili w miejsce umocnione.

Każde miasto lub każdy związek miast miał tam swoją dzielnicę, oddzieloną od innych ogrodzeniem i rządzoną według praw ojczystych. Był tam szereg kamiennych domów, w których solono i wędzono ryby, oraz mnóstwo drewnianych karczem i kramów. Kościół i cmentarz, umieszczone w środku, były wspólne. W czasie połowu, między świętami św. Jakuba i św. Marcina, flotylle z Morza Północnego i Bałtyckiego przybijały do Skanii. Wtedy dniem i nocą na całym wybrzeżu, w świetle słońca lub pochodni, rybak bez wytchnienia zarzucał sieci, a na brzegu tymczasem nieustannie stukał młotek bednarza. Skania służyła również jako targ, na który napływały wszelkiego rodzaju towary: przywożono tu południowe tkaniny i wina, wschodnie korzenie. Po zakończeniu sezonu koloniści znikali i w Skanii pozostawali jedynie garnizon żołnierzy oraz owe straszne psy, które hanzeaci tresowali do pilnowania swoich faktorii.

Pruskich hanzeatów spotyka się także w Nowogrodzie, gdzie Niemcy tłoczyli się w obwarowanych dzielnicach św. Olafa i św. Piotra, układając bele towarów wewnątrz samych kościołów w takiej ilości, że ledwie zostawało trochę wolnego miejsca przy ołtarzu. Podporządkowani regułom przypominającym ustawę klasztorną, koloniści ci jadali o określonych godzinach przy wspólnym stole, kładli się spać, gdy tylko stróż obwieścił, że pora gasić światła, i wychodzili z domu jedynie w interesach. Nie wolno im było odwiedzać cudzych karczem ani przyprowadzać wieczorem do dzielnicy nieznajomego – zresztą psy same nie wpuszczały do swojej dzielnicy nikogo obcego. Na drugim końcu Europy pruskie statki co roku wyprawiały się do zatoki Bourgneuf po sól, uważaną za najlepszą do solenia śledzi. Tu również kupcy przywozili z południa wina, owoce, jedwab i na wybrzeżu urządzano wielkie jarmarki. W Londynie na miasta pruskie przypadała trzecia część obrotów handlowych Hanzy. O ówczesnym bogactwie i potędze tych miast można sądzić po tym, że spoczywał na nich obowiązek wystawiania trzeciej części stanu wojska hanzeatyckiego w czasie okrutnych wojen z piratami i królami północy. Jeszcze dziś szereg zabytków świadczy o ich dawnej wielkości, a ratusze miast pruskich są nie mniej godne uwagi niż rycerskie zamki i kościoły.

Zakon bogacił się jednocześnie ze swoimi poddanymi i tymi samymi sposobami. Będąc wielkim konsumentem i producentem, był zarazem domem handlowym o rozległych stosunkach kupieckich.

Wielki szafarz, działający przy wielkim mistrzu, był swego rodzaju ministrem handlu, a każde komturstwo miało swojego szafarza. Urzędnicy ci wysyłali swoich komisantów do wszystkich ośrodków handlowych i dysponowali znacznym kapitałem obrotowym. W kasie szafarza malborskiego zbierało się niekiedy do 4 320 000 franków w przeliczeniu na nasze pieniądze. Szeroka niezależność przyznana komturom bardzo sprzyjała ich przedsiębiorczości handlowej. Komtur podlegał nadzorowi zakonnych wizytatorów i był odwoływalny. Ale dymisje zdarzały się rzadko, a dopóki komtur pozostawał na swoim stanowisku, był królikiem w swoim okręgu, miał własny skarb, wydawał z niego pieniądze na miejscowe wydatki i zatrzymywał w nim wszystkie oszczędności. Gdy umierał lub opuszczał służbę, oszczędności te przekazywano do Malborka. Skarb rycerski uchodził za najbogatszy w całym chrześcijańskim świecie, a krzyżowcy, zmierzając na Litwę przez Prusy, zdumiewali się rozkwitem tego kraju, gdzie wszyscy w spokoju pracowali, gdzie płace, jak to bywa w każdej nowej ziemi użyźnionej pracą, były bardzo wysokie i gdzie co roku wyrastało miasto za miastem i wieś za wsią. Rycerze, którzy przybyli w 1339 roku z Metzu, opowiadają, że widzieli w Prusach 3 007 miast! Rzecz w tym, że brali za miasta bogate wsie na Żuławach i w ziemi chełmińskiej. Zresztą nietrudno im było się pomylić. Zapisy strat poniesionych przez wsie spalone w czasie wojen 1411 i 1418 roku, gdzie podane są dokładne ceny bydła i zboża, mówią nam, że dla niektórych wsi straty obliczano, według dzisiejszej wartości pieniądza, na 200 000 franków!

* Handel niemiecki miał również swój heroiczny okres w epoce, gdy margrabiowie i rycerze zdobywali na wschodzie nowe prowincje dla Niemiec. Kupiec szedł nawet przed rycerzami i, podobnie jak oni, był żołnierzem Chrystusa. Zanim zakon przyniósł do Prus chorągiew Najświętszej Panny, wybrzeże bałtyckie zostało już oddane pod opiekę Matki Bożej, a gdy papiestwo po raz pierwszy zwróciło wzrok na północnych Saracenów, Innocenty III pisał do biskupa ryskiego, że jego sercu jednakowo bliskie są i królestwo Matki, i królestwo Syna, czyli i brzegi Morza Bałtyckiego, i Ziemia Święta. Statek niemiecki przypominał wówczas pływający klasztor. Gdy któryś z tych statków, wyruszając w daleki rejs, oddalał się na pół dnia drogi od portu, kapitan zbierał załogę i pasażerów i zwracał się do nich z taką mową: „Oto teraz jesteśmy zdani na Boga, wiatry i fale; przed Bogiem, wiatrem i falami wszyscy jesteśmy równi. Otaczają nas niebezpieczeństwa, grożą nam burze i rozbójnicy morscy, i nie osiągniemy wśród nich naszego celu, jeśli nie poddamy się surowej wspólnej ustawie. Zacznijmy od modlitwy i pieśni, prosząc Pana o pomyślny wiatr i szczęśliwą drogę, a potem wybierzmy sędziów, którzy będą nas bezstronnie sądzić”. Po zakończeniu modlitwy i wyborów odczytywano ustawę morską. W jej pierwszych artykułach stało, że „zabrania się bluźnić, wzywać diabła i spać podczas modlitwy”. Ci chrześcijańscy kupcy byli dla mglistych brzegów Morza Bałtyckiego tym samym, czym starożytni Grecy dla zalanych słońcem wybrzeży Morza Śródziemnego, czyli zwiastunami cywilizacji. Oni pierwsi wprowadzili prymitywnych pogan Europy Wschodniej we wspólnotę ludzką, zakładając na wybrzeżach kantory, które często przekształcały się potem w miasta. Pod koniec XII wieku kupcy bremeńscy, wylądowawszy na wybrzeżu inflanckim, zbudowali tam pod gradem kamieni, którymi obrzucali ich krajowcy, fort Üxküll. Przy kolejnym przyjeździe przywieźli ze sobą misjonarzy, potem kapłana ze swojej katedry – i Üxküll stał się miastem Rygą. Kupcy niemieccy założyli też Rewel pod osłoną cytadeli zbudowanej przez duńskiego króla Waldemara Zwycięskiego oraz Dorpat, założony na miejscu zburzonego przez nich zamku inflanckich i ruskich rozbójników morskich. Lubeczanie, wylądowawszy u ujścia Wisły, zbudowali obwarowaną faktorię w pobliżu chat miejscowych mieszkańców, którzy zajmowali się wydobyciem bursztynu i wędzeniem śledzi – z faktorii wyrósł Gdańsk.

Potęga militarna i znaczenie historyczne zakonu

Głównym przedmiotem podziwu cudzoziemców były bez wątpienia siły zbrojne Krzyżaków. Zakon miał flotę wojenną na Morzu Bałtyckim i kilka flotylli rzecznych. Armia zakonu składała się z chłopów, służących częściowo w taborach, częściowo zaś jako piechota na statkach i wozach bojowych, z lekkiej jazdy, w której służyli wolni Prusowie, oraz z ciężkiej jazdy, w której rycerze ze swoimi wasalami i najemnikami byli podzieleni na „kopie”. Artyleria zakonna bardzo wcześnie stała się groźną siłą. Zakon starannie śledził wszelkie wynalazki w dziedzinie uzbrojenia i natychmiast je u siebie przyjmował. Łuk, zapożyczony przez rycerzy w Ziemi Świętej od Saracenów, tak samo pomógł w ich pierwszych zwycięstwach nad Prusami, jak muszkiet – w zwycięstwach Cortésa nad Meksykanami. Nikt nie zgromadził w arsenałach tylu machin wojennych dawnego typu, przekazanych średniowieczu przez świat starożytny – taranów, balist, ruchomych wież itp. Zaledwie pojawia się pierwsza wzmianka o użyciu armaty w Europie (było to w 1324 roku) – a cztery lata później wiadomo już, że pewien wódz litewski został zabity krzyżackim pociskiem. Zakon miał artylerię polową, artylerię morską, artylerię oblężniczą. Szczególnym przedmiotem jego dumy było odlewanie dział potwornych rozmiarów: w 1408 roku w Malborku odlano działo o wadze 200 cetnarów, które kosztowało 135 000 franków. „Na próżno szukałoby się podobnego działa w Niemczech, w Polsce i na Węgrzech” – z dumą oświadcza jeden ze współczesnych. Gdy zaczęto przygotowywać kule dla tego potwora, okazało się, że w pobliżu nie można znaleźć kamieni dostatecznej wielkości, i robotnicy musieli udać się do Labiawy, gdzie ziemia pokryta jest olbrzymimi głazami. W następnym roku to „carskie działo” wypróbowano na Polakach – i w ciągu czterech dni mury Bobrownik nad Wisłą zostały rozbite w drobny mak. Taktyka rycerzy, nieustannie doskonalona doświadczeniem, w pełni dorównuje ich uzbrojeniu. Jeśli nie ma samego wielkiego mistrza, dowodzi wielki marszałek: wszyscy winni są mu posłuszeństwo – nie tylko najemnicy, którzy na to przysięgają, ale i krzyżowcy. Porządek, w jakim posuwają się „chorągwie”, jest ustalony z góry. Armię osłaniają straż przednia i straż tylna. Nikt nie śmie bez pozwolenia wyjść z szeregu ani zdjąć zbroi. W obliczu nieprzyjaciela zachowuje się największą ostrożność: Krzyżacy nie rozpoczynają bitwy, nie przeprowadziwszy rozpoznania i nie poznawszy dokładnie sił przeciwnika (pensare exercitum).

Trudno określić liczebność armii zakonnych, ale żadne sąsiednie państwo, zdane na własne siły, nie było w stanie wystawić w polu więcej wojowników. W szczególnie ważnych przypadkach zakon mógł powiększać swój kontyngent najemnikami. Tak, w 1411 roku wydał na nich 10 milionów franków.

Jak więc rycerze wykorzystali taką potęgę? Aby ocenić ich rolę w historii powszechnej, trzeba pamiętać, że losy Europy Wschodniej w XIV wieku jeszcze się nie rozstrzygnęły. Zachód Europy miał naturalne podziały, jakby przeznaczone do pomieszczenia narodów. I narody w nich żyły. Najpierw były sobie obce, potem zjednoczyły się w Cesarstwie Rzymskim, następnie znów rozdzieliły się po najeździe barbarzyńców i ponownie połączyły pod berłem Karola Wielkiego, by jeszcze raz rozpaść się w IX wieku. Ale i po rozpadzie zachowały jednak wspólne tradycje i wspólne uczucia. Inne jest oblicze Wschodu i inny jego los. Na niezmierzonej równinie, ciągnącej się od Łaby po Ural, nie ma kolebek dla narodów; ludy rozstawione są na niej jak oddziały wojska, a im dalej od Zachodu, tym są prymitywniejsze. Żaden z nich nie wznosi się nad innym, ponieważ żaden nie ma praw do panowania. Przewaga w Europie Wschodniej należy do rasy słowiańskiej, ale ona sama rozbita jest na plemiona, które prawie się nie znają. Nie ma tu ani wspólnego ducha, ani wspólnego języka, jakim była łacina na Zachodzie. Nie pojawił się tu Karol Wielki: aby mógł się pojawić pasterz narodów, trzeba, by same narody mogły połączyć się w jedno stado. Cały ten obszar był otwarty dla podboju. Niemieccy margrabiowie i kupcy dotknęli go na brzegach Morza Bałtyckiego, Łaby i Dunaju, a z drugiego końca szalały w nim najazdy hord, które niekiedy tylko przez niego przechodziły, a niekiedy osiedlały się tam – jak Mongołowie, Węgrzy i Turcy.

W tym ogromnym obszarze należy rozróżnić dwie części: graniczącą z Zachodem i sąsiadującą z Azją. W pierwszej wcześnie powstają trzy państwa – Węgry, Czechy i Polska. Przyjąwszy chrześcijaństwo, wchodzą one do społeczności narodów europejskich i jako sąsiedzi Świętego Cesarstwa Rzymskiego uważane są w epoce jego potęgi za jego wasali; po jego zaś upadku w XIII stuleciu roszczenia do Czech i Węgier zgłasza młody dom austriacki. Druga część tkwi w barbarzyństwie. Rozdrobniona Ruś płaci daninę Mongołom, jest bezlitośnie wyzyskiwana przez kupców niemieckich i skandynawskich i mocno uszczuplona podbojami Litwy. Litwini zajmowali obszary Wilna i Kowna. Przybyli w straży tylnej aryjskich przesiedleńców, a ich język bardziej niż wszystkie europejskie narzecza zbliżał się do sanskrytu i przechowywał w sobie wspomnienia Wschodu. Był to lud pierwotny i prymitywny w porównaniu z pruskimi Niemcami, ale bardzo uzdolniony, a na polu bitwy – postrach swoich wrogów. Osiedlał się rodami, w wioskach, w małych okrągłych chatkach; każda rodzina miała swoją chatę, a oprócz tego były wspólne chaty, w których mieszkańcy gotowali strawę, warzyli piwo i piekli chleby. Litwę można było wziąć za hordę dopiero co osiadłych koczowników. Litwin nie znał pieniędzy, a rolnictwo było u niego w powijakach: jadał sam czarny chleb, a i tego często brakowało. Jedyne bogactwo stanowiły tam konie – w XIV wieku wielki książę litewski Witold miał ich 20 000. Znakomici żołnierze, mistrzowie okopywania się i wspaniali jeźdźcy, Litwini żyli głównie z wojen, które nieustannie prowadzili ze wszystkimi swoimi sąsiadami – Polakami, pruskimi Niemcami, a zwłaszcza z Rusinami. Narodowa dynastia, która stworzyła jedność kraju, podbiła znaczną część Rusi; i dziwny widok przedstawiało to pogańskie państwo, które w epoce upadku starej średniowiecznej wiary na Zachodzie groziło pochłonięciem Europy Wschodniej i spierało się z Mongołami o kraj, który później nazwano Świętą Rusią.

Krzyżacy usadowili się na pograniczu tych dwóch części Europy Wschodniej, z których jedna była już mocno dotknięta niemieckim podbojem lub niemiecką polityką, podczas gdy druga nadal żyła mętnym życiem ludów pierwotnych. Tym tłumaczą się zarówno trudności, jak i wielkość historycznej roli zakonu.

Wyniesiony przez papieża i cesarza do godności, by tak rzec, margrabiego świata chrześcijańskiego, zakon musiał stanąć w szyku twarzą ku Wschodowi, a krzyż, który rycerze nosili na piersi, zobowiązywał ich do nieustannej wojny z Litwą. Zakon rzeczywiście prowadził tę wojnę, a rycerze, idąc na czele krzyżowców i poszukiwaczy przygód, okrutnie łupili swoich niewiernych sąsiadów; ale odebrać im zdołali tylko kawałek wybrzeża, który oddzielał Prusy od Litwy. Jedyne wielkie zwycięstwo nad Litwą odnieśli na krzyżackim właśnie terytorium. W 1369 roku rycerze i Litwini prowadzili, jak zwykle, wojnę nad Niemnem, zdobywali jeden drugiemu twierdze, tracili je, znów zdobywali – i zakończyli wreszcie kampanię wymianą jeńców, uzgodnioną na spotkaniu wielkiego marszałka z litewskim księciem Kiejstutem. Na pożegnanie Litwin powiedział: „Przyszłej zimy zamierzam odwiedzić wielkiego mistrza i poprosić go o gościnę”. – „Proszę się nie rozmyślić – odpowiedział marszałek – i być pewnym, że przyjmiemy was z należnymi honorami”. Kiejstut nie tracił ani chwili: zebrał pospolite ruszenie u siebie i u swoich sąsiadów – Rusinów, posłał prosić o pomoc swojego sojusznika Mamaja – wielkiego chana tatarskiego. Komtur granicznej twierdzy Ragneta śledził przygotowania wroga. Całe Prusy były w popłochu. Wielki mistrz z wielkim wojskiem udał się do Królewca, by przeszkodzić najazdowi Litwinów. Spodziewał się ich jednak dopiero na Wielkanoc, tymczasem Kiejstut i jego brat Olgierd oszukali zakonnych szpiegów i wielki mistrz był jeszcze w Królewcu, gdy nocą nadeszła tam wieść, że obaj książęta wtargnęli już do Prus – jeden przez puszczę galindzką, drugi po lodzie Zalewu Kurońskiego – i idą przez nie, oświetlając sobie drogę pożarami. Wielki mistrz wyszedł z miasta i wysłał marszałka na rozpoznanie przeciw wrogowi, który zatrzymał się pod Rudau. Bitwa rozpoczęła się wczesnym rankiem i do południa jej wynik był niejasny. A gdy pogańskie wojska musiały wreszcie ustąpić przed lepiej uzbrojoną jazdą zakonu i miast, całe pole bitwy było już usłane martwymi rycerzami, wśród których znajdował się i wielki marszałek. Dla upamiętnienia poległych postawiono trzy pomniki i zbudowano dwie kaplice, w których kapłani mieli stale odprawiać msze za spokój ich dusz. Ponadto wielki mistrz zechciał postawić kamienną kolumnę w miejscu, gdzie padł wielki marszałek; stoi ona tam do dziś.

Krzyżacy byli niezwyciężeni u siebie w domu, jak Litwini na Litwie. Jednak wielcy mistrzowie zapewniali, a i sami wierzyli, że nadejdzie dzień, gdy z Litwą zrobią to samo, co zrobili z Prusami. Zarzut, który stawiało im w XIV wieku wiele krajów chrześcijańskich, jakoby celowo przeciągali wojnę litewską, był, jak się wydaje, bezpodstawny. Każda siła ma swoje granice, nawet siła ekspansji rasy niemieckiej. I to już jest zadziwiające, jak ten naród, pozbawiony najwyższego kierownictwa, które miał w epoce Karola Wielkiego i Henryka Ptasznika, i posuwając się oddzielnymi oddziałami – tu pod wodzą margrabiów, tam pod przywództwem hanzeatyckich kapitanów lub pod sztandarem rycerzy – zdołał jednak skolonizować cały kraj między Łabą a Niemnem. Skąd u tych wschodnich kolonistów mógł się tak szybko pojawić nadmiar ludności, który pozwoliłby im wysyłać w dal nowe gromady? Poza tym zakon nie mógł oddawać wszystkich swoich sił walce ze wschodnimi poganami. Nie mógł pozostawać obojętnym świadkiem innej walki, która rozgorzała między Niemcami a Słowianami w pierwszej z wyróżnionych przez nas wyżej części europejskiego Wschodu. Choć Słowianie utracili na zawsze Łużyce, Śląsk i Brandenburgię, te odwieczne posiadłości swojej rasy, to bili się jeszcze na Pomorzu, a Polska chwilami stawała się prawdziwie groźną siłą.

Będąc strażą przednią kolonizacji germańskiej, Krzyżacy musieli zawracać, by osłaniać główną armię, i większa część ich siły poszła nie przeciw poganom, lecz przeciw chrześcijańskim wrogom rasy niemieckiej. Z tymi wrogami bili się godnie, a ich najsławniejsze bitwy zapewniły im zwycięstwa nad Polską.

Przypomnijmy, że słowiański książę Świętopełk Pomorski pomagał Prusom w czasie ich powstań w XIII wieku i naraził zakon na wielkie niebezpieczeństwo. Po śmierci jego następcy Mściwoja Polacy zajęli ten obszar, o który spierali się z nimi połączonymi siłami zakon i margrabiowie brandenburscy. Zakon działał tak skutecznie, że zdobywszy Pomorze Gdańskie, zaczął zagrażać samej Polsce. Kazimierz Wielki pospieszył rozpocząć rokowania i w 1343 roku w Kaliszu zrzekł się spornej prowincji na uroczystym spotkaniu, na którym król i wielcy mistrzowie przysięgli – jeden na koronę, drugi na krzyż – że będą strzec pokoju święcie i nienaruszalnie. To pojednanie, jak każdy wieczny pokój, trwało bardzo krótko. Rzecz w tym, że w tej wojnie między Niemcami a Słowianami walka o Pomorze Gdańskie miała znaczenie owych rozstrzygających bitew, które strona wojująca toczy z przeciwnikiem, by odciąć go od bazy operacyjnej i zablokować. Pomorze Gdańskie łączyło Prusy z Niemcami: o nie pierwsze chwyci się znów Polska w chwili swojego triumfu i jego pierwszego zażąda dla siebie Fryderyk Wielki przy rozbiorze Polski. Walka ta skończyła się dopiero zagładą jednego z przeciwników i już pięć wieków temu dla wielu było jasne, że niemiecka kolonia w Prusach i najpotężniejszy z narodów słowiańskich są nieprzejednanymi wrogami, z których jeden musi zniszczyć drugiego. Dowodem jest to, że już wtedy mówiło się o rozbiorze Polski.

Było to pod koniec XIV wieku, gdy na Węgrzech i w Czechach panowali dwaj niemieccy książęta z domu luksemburskiego – Zygmunt i Wacław. Pewien książę śląski, zaprzyjaźniony z tym domem, przyjechał do wielkiego mistrza do Torunia i wygłosił tam taką mowę: „Mój pan, król węgierski, margrabia morawski, książę zgorzelecki, książę austriacki i ja, starannie rozważywszy sprawę, zmówiliśmy się, by napaść na króla polskiego. Król czeski będzie nam pomagał. Sądzimy, że możecie wziąć udział w naszym przedsięwzięciu”. Wielki mistrz rzekł: „Prawdę mówiąc, nie wiem, co wam odpowiedzieć”. – „Poczekajcie – ciągnął książę – nie znacie jeszcze naszego planu. Chcemy, by w Polsce nie było już króla. Wszystko, co leży po tej stronie Kalisza, wraz z Mazowszem, ma przypaść Prusom; kraj za Kaliszem dostanie się Węgrom, a cała ziemia nad Wartą – Brandenburgii i królowi rzymskiemu Zygmuntowi”. Wielki mistrz nie zechciał przyjąć na siebie żadnych zobowiązań; oświadczył tylko, że pozostaje w pokoju z królem, ale że król wiele razy łamał układy, i jeśli Ojciec Święty ogłosi krucjatę, a król rzymski obnaży miecz przeciw temu krzywoprzysięzcy, to on ze swej strony również będzie się bił za słuszną sprawę, nie szczędząc życia. Plan ten pozostał bez następstw, ale nie ma wątpliwości, że gdyby korporacja krzyżacka żyła dłużej, pojawiłby się znów na scenie.

Oto dlaczego ta stara historia Krzyżaków tchnie dla nas życiem i wcale nie jest tak odległa od współczesności, jak mogłoby się wydawać. Krzyżacy mieli szerokie poglądy na politykę, jak zauważa przy tej okazji pewien pisarz pruski. Lepiej jednak powiedzieć po prostu, że byli uczestnikami dramatu, który trwa i teraz i jest jeszcze daleki od zakończenia – walki rasy słowiańskiej z germańską.

W tym dramacie była długa przerwa: sto lat temu nie można było nawet pomyśleć, że ma się on odnowić. Wschód XVIII wieku zupełnie nie był podobny do Wschodu XIV stulecia. Siła zaprowadziła tam porządek, wtłoczywszy w ścisłe granice rozpływające się na wszystkie strony po tej równinie ludki. Prusy, Austria, Turcja i Rosja podzieliły je między siebie. Wrogość plemienna przycichła, a polityka samowładnie rozporządzała narodami. Ale w XIX wieku znów żądają one prawa do stanowienia o sobie, ich wewnętrzne uczucie protestuje i buntuje się przeciw polityce – i rasa znów staje się ojczyzną. Wprawdzie udział Rosji w rozbiorze Polski i obecność państwa osmańskiego na kontynencie europejskim bardzo komplikują stosunki między narodami a rządami. Dotąd za grą kombinacji politycznych nie sposób wyraźnie rozróżnić poziomu patriotyzmu etnicznego. Ale im bardziej słabła Turcja, tym bardziej stawało się zrozumiałe, że na tym Wschodzie – obszarze przyszłych burz – spór toczy się wciąż między Germanami a Słowianami, tak jak w czasach, gdy rycerze cwałowali po lodzie litewskich rzek i jezior i ładowali swoje działa kulami wyciosanymi w morenach prehistorycznych lodowców.

Upadek zakonu krzyżackiego

Przyczyny upadku zakonu

Zakon krzyżacki osiąga na początku XV wieku zenit swojej potęgi, po czym bez żadnego przejścia od razu stacza się w otchłań. Nie wrogowie go powalili – w sobie samym nosił zarodki śmierci. Rzecz w tym, że był korporacją, a dlaczego losy korporacji tak bardzo różnią się od losów narodów, znakomicie wyjaśnił Freytag. Życie narodu, jego poglądy i czyny określa mnóstwo idei i namiętności: miewa on chwile przypływu sił i słabości, zdrowia i choroby; wiele razy może upadać i znów podnosić się na nogi aż do dnia, gdy jego droga dojdzie do fatalnej granicy i ostatecznie zniknie pod popiołem jego myśli i czynów. Ale i wtedy jeszcze pozostają po nim jednostki, które przenoszą jego cywilizację do innych narodów, poszerzając przez to ich narodowe horyzonty. Tak było z Żydami, tak było z Grekami. Korporacja natomiast żyje jedną ideą i w godzinie, gdy idea ta staje się obca światu, który nie zna przystanków w swoim ruchu, upada od razu, i upada nisko, niesławnie, wśród powszechnej obojętności, a nawet pogardy i nienawiści, historia bowiem ceni tylko te narody i osoby, które żyły ludzkimi namiętnościami, i odwraca się od stworzonych przez chłodny rozum organizmów, które wraz z ogólnym biegiem rozwoju utraciły wszelką rozumną podstawę istnienia.

Interesujące jest porównanie losu niemieckiej kolonii w Prusach z losem kolonii w Brandenburgii. Państwo założone przez zakon było tak samo sztuczne jak państwo założone przez margrabiów: i tam, i tu cały lud został wytępiony, by zrobić miejsce kolonii narażonej na wielkie niebezpieczeństwa. Ale kolonią brandenburską rządziła dynastia, czyli nieprzerwany szereg ludzi, którzy, nosząc to samo imię i zajmując się tym samym dziełem, byli jednak zdolni iść z duchem czasu i żyć życiem każdego nowego pokolenia ludzkiego już przez to samo, że następowali jeden po drugim, zachowując pełną swobodę działania. W średniowieczu królowie tworzą narody. Gdy tylko upadł ustrój feudalny, ustępując miejsca panowaniu niektórych rodów, państwa zaczęły ucieleśniać się w osobach władców. Ani władca, ani poddani nie czynią już różnicy między publicznymi a prywatnymi sprawami władcy. Rodzinne radości panujących domów cieszą i poddanych: powiększenie domen władcy jest powiększeniem samego państwa. Całe zarządzanie odbywa się w domu władcy: tam sprawuje się sąd, tam wydaje się prawa, tam bije się monetę. Prywatni słudzy władcy stają się urzędnikami publicznymi: jego koniuszy przemienia się w dowódcę jazdy, szambelan kieruje kancelarią królewską i zasiada w sądzie najwyższym. Gdy taki porządek zdążył zapuścić korzenie, narody przestają nawet wyobrażać sobie możliwość innego ustroju politycznego. Cały ich patriotyzm ucieleśnia się w wierności swojemu władcy, a ta wierność staje się częścią ich religii. Nie było człowieka, który w oczach innych ludzi stałby tak blisko bóstwa jak król francuski w oczach Francuzów XIV stulecia. Dziś większość starych dynastii królewskich zniknęła, a te, które jeszcze żyją, okupiły swoje istnienie ceną głębokich przemian: zstąpiły z nieba na ziemię, która też nie będzie ich wiecznie nosić. Historyk nie może żywić szalonej wiary w zmartwychwstanie tych zmarłych, ale na ich nagrobku powinien zapisać oddane przez nie usługi. Tylko te narody osiągnęły w czasach nowożytnych wielkość, które miały w średniowieczu powszechnie uznane dynastie.

Czechy, Polska, Węgry utraciły niepodległość dlatego, że zawierzyły przypadkom elekcji królewskiej, a państwo krzyżackie zginęło dlatego, że rządziła nim korporacja, która była, by tak rzec, nadbudowana nad kolonią niemiecką, a nie władcy, którzy zlaliby się z narodem w jedno ciało i krew.

Na początku XV wieku zakon pozostaje w oczywistej niezgodzie ze swoimi poddanymi. Ci poddani – chłopi i mieszczanie, ludzie wolni i wasale, żyjący w swoich miastach, wsiach i majątkach, określonych odrębnymi przywilejami – w końcu niemal zlali się w jeden nowy naród. Współżycie na tej samej ziemi, wspólna służba w wojskach zakonnych, wspólne interesy rzemieślnicze i handlowe zbliżyły ich do siebie. Pojawiły się dwie arystokracje: jedna miejska, druga wiejska – i obie były bardzo niezadowolone ze swojego władcy. Kupcy szemrali przeciw konkurencji największego w kraju kupca – samego zakonu, który niekiedy wykorzystywał swoją zwierzchnią władzę dla korzyści swojego handlu. Tak na przykład, zakazując wywozu zboża, sam nie uważał się za związanego tym zakazem. Wprawdzie wyższość polityki handlowej zakonu, która wzbogaciła i jego samego, i cały naród, wynikała właśnie z tego, że sam był kupcem. Ale jego poddani, zbierając owoce tej polityki, jeszcze bardziej gniewali się na jego konkurencję. Niezadowolenie wywołane okrucieństwem i nierozwagą rządu nie może się równać z niewdzięcznością, jaką rodzą jego dobrodziejstwa, jeśli nie są doprowadzone do pełnej miary. Ponadto mieszczanie i lennicy oburzali się, że rządzi nimi obca kasta. Dążyli do wejścia w skład zakonu, ale zakon nie mógł dać im tego zadośćuczynienia. Gdyby otworzył dostęp do swoich szeregów synom mieszczan i pruskich lenników, niedługo trzeba by czekać, aż staliby się i najwyższymi dostojnikami, i wielkimi mistrzami. A co powiedzieliby na to rycerze z Niemiec, Austrii i wszystkich krajów? Rozłam byłby wtedy nieunikniony. Dla samozachowania zakon musiał stać się narodową instytucją pruską; zarazem jednak koniecznie musiał pozostać instytucją o charakterze uniwersalnym albo przynajmniej ogólnoniemieckim, nierozerwalnie związaną z Niemcami, gdzie werbował swoich członków i gdzie posiadał wielkie majątki. Z takiego położenia nie było wyjścia.

Przeciw szemrzącym mieszczanom, przeciw lennikom zakładającym tajne związki zakon nie mógł szukać oparcia w niższych klasach. Monarchia może być demokratyczna, ale arystokracja nie może: te dwa słowa występują razem tylko jako przeciwieństwo. Król francuski kocha małych ludzi i mali ludzie kochają króla francuskiego, ponieważ wielcy ludzie stoją o tyle niżej od króla, o ile i mali, i ponieważ przed tronem postawionym tak wysoko powstaje coś w rodzaju powszechnej równości. Król i lud mają tego samego wroga – szlachtę, i nawet w chwilach buntów lud rzuca się na możnych, a nie na króla. „Gdy Adam orał, a Ewa przędła – śpiewają chłopi angielscy – gdzie był wtedy szlachcic?” Ale wystarczy, by król się przed nimi pojawił – a witają go radosnymi okrzykami. We Francji pasterze powstali na wieść, że Ludwik Święty jest w niewoli, i żądali uwolnienia króla. Po Poitiers gniew ludu spada na szlachtę za to, że na polu bitwy nie zdołała obronić króla, i lud oczekuje swojego ocalenia od uwolnienia króla Jana, który sam zgubił całą sprawę.

Korporacja rycerska, werbująca swoich członków za granicą, nie mogła wzbudzić w ludzie takiego żarliwego oddania i zakon w swojej obronie mógł liczyć tylko na siebie samego.

Ale czy starczy mu sił, by się ostać? W pełni swojej pomyślności słabł on wewnętrznie. Jakkolwiek szeroko rozpowszechnione były, jak się zdaje, w zakonie cnoty mnisze w czasach niedoli i walki, nie przetrwały one tych czasów. Waśnie, złożenie z urzędu Karola z Trewiru i Henryka von Plauen, zabójstwo Wernera von Orseln przez jednego z rycerzy pokazują, że ślub posłuszeństwa poszedł w zapomnienie. A czy można było dochować ślubu ubóstwa wśród takich bogactw albo choćby tylko przestrzegać reguł surowej wstrzemięźliwości wśród nieustannych uroczystości, którymi to Malbork, to inne komturstwa czciły znakomitych gości wyruszających na Litwę? Pewien poeta XIV wieku mówi, że w Malborku pieniądze są u siebie w domu. I niechby jeszcze bogaty był tylko sam zakon, a każdy rycerz pozostawał ubogi! Ale rycerze XV wieku sporządzają testamenty – a więc mieli własny majątek. Co do ślubu czystości, to łamano go na każdym kroku. W XIV wieku walka przeciw nauce o umartwianiu ciała i zniewoleniu ducha, która miała wkrótce przybrać podwójną postać odrodzenia i reformacji, już się rozpoczęła, a ciało wszędzie słuchało wezwań do wyzwolenia, najchętniej jednak właśnie w Niemczech. Niemiec lubi żyć przyjemnie i bardzo wcześnie zaczął wyśmiewać ascetów, nie skąpiąc drwin z rycerzy. Ci ostatni zresztą niezbyt dawali ku temu powód. Ślub czystości wydawał im się ciężki i już surowy Dusburg mówił, że do zachowania czystości potrzebna jest szczególna łaska Boża: „castus nemo potest esse, nisi Deus det”. Pewne przysłowie radzi chłopu, który ma córki, dobrze zamykać drzwi na widok rycerzy. I wiadomo nam, że przyjeżdżając do miast, ci ludzie, którym reguła zakonu zabraniała całować nawet matki, często pojawiali się w swoich białych płaszczach w takich dzielnicach, gdzie kolor niewinności był zupełnie nie na miejscu. Na początku

XV wieku nieładne przygody zdarzają się coraz częściej. W pewnym zamku rycerze zamknęli i zgwałcili polskie kobiety. Jeden komtur podarował swojej kochance dworek, za który zapłacił wielkie pieniądze; inny stracił niewinnego, by zawładnąć jego żoną. A wkrótce Długosz, kreśląc portret jednego z wielkich mistrzów, będzie opowiadał, że ten nieumiarkowanie służył Bachusowi i Wenus: in Bacchum et Venerem parum temperatus. Tak nieustannie rośnie skandaliczna kronika zakonu, ku wielkiej radości jego wrogów, którzy roznoszą ją po miastach i wsiach.

Innym przedmiotem drwin było to, że rycerze byli nieukami i uważali nieuctwo za warunek zbawienia duszy. Nigdy nie byli zbyt wykształceni i, jak się zdaje, wielu z nich wstępowało do zakonu, nie znając nawet „Ojcze nasz” i „Wierzę w Boga”. Przynajmniej reguła zakonu dawała nowym braciom sześć miesięcy na wyuczenie się najważniejszej z modlitw i wyznania wiary. Ale reguła nie zobowiązywała rycerzy do nauki, a jeśli pozwalała bratu, który wstąpił do zakonu z pewnym wykształceniem, podtrzymywać swoją wiedzę, to z drugiej strony ludziom nieuczonym nakazywała takimi pozostać – oczywiście po to, by rycerz, stawszy się uczonym, nie porzucił miecza i nie został kapłanem. Jeszcze mniej znosiła ona w nich ducha filozofii. Jeden z braci, książę nassauski, po tajnym śledztwie i sądzie został skazany na dożywotnie uwięzienie za to, że przezierał w nim „duch zwątpienia”.

Tymczasem pruski mieszczanin w miastach się kształcił. Uczęszczał na zagraniczne uniwersytety; wiedział, że wszędzie powstaje wielki ruch umysłowy odrodzenia i że jest on dumą Niemiec; z tą wyniosłością, jaką daje nowicjuszowi pierwsze zetknięcie z nauką, gardził nieuczonymi rycerzami i uważał za upokarzające dla siebie podlegać władzy takich wielkich mistrzów, którzy nie umieli ani czytać, ani pisać.

Na niedomagania, które wskazywali poddani Krzyżaków, nie było lekarstwa, ponieważ były to niedomagania organiczne. Podstawowa reguła nie pozwalała zakonowi przemienić się w Prusaka. Ona też zabraniała dopuszczać do rządów mieszczan i lenników, nie chcąc, by bracia naradzali się ze świeckimi. Ona też strzegła i podtrzymywała nieuctwo. Reguła krępowała zakon na rękach i nogach, nie pozwalała mu się poruszyć. I w takim stanie zakonowi przyszło zmierzyć się ze wszystkimi niebezpieczeństwami XV wieku – epoki ostatecznego upadku wielkich instytucji średniowiecza. Jego dawne zasługi zostały zapomniane, jak to zawsze bywa, i nie ma co z tego powodu przerażać się ludzką niewdzięcznością. Narody nie mogą być wdzięczne wbrew swoim interesom: muszą żyć, a jeśli napotykają w swoim życiu przeszkodę, nie mogą jej znosić. Był czas, gdy krzyżacka twierdza była obroną i schronieniem, ale w XV wieku służy kolonistom za miejsce rozrywki i rozpusty. Obywatele Gdańska nazywają zamek zakonny Lupanar. Był czas, w epoce wielkich niebezpieczeństw, gdy przybycie białych płaszczy z czarnymi krzyżami było znakiem bliskiego wybawienia od nieszczęścia, a teraz, gdy nie ma się już czego bać ze strony wroga, gdy sąsiedzi sami muszą się bronić, rycerz stał się osobą bezużyteczną, którą trzeba żywić, co kosztuje drogo. W pewnej pruskiej pieśni mówi się: „Ubierać się, rozbierać, pić, jeść, spać – oto cała praca panów rycerzy!”

Będąc kastą we własnej ziemi, zakon był cudzoziemcem w świecie chrześcijańskim. Dla wyjaśnienia przyczyn jego upadku trzeba, mimo niebezpieczeństwa powtórzenia się, przypomnieć raz jeszcze, czym stali się w owym czasie papież i cesarz, którzy w XIII wieku wysłali i pobłogosławili Krzyżaków na podbój. Na początku XV wieku w cesarstwie i w Kościele – schizma: papieży jest dwóch, a cesarzy trzech. Papieże-rywale rzucają jeden na drugiego anatemy i wyklinają się z Kościoła, ku wielkiej radości pogan. „Wychodzi na to – mówiono na Litwie – że teraz chrześcijanie mają dwóch bogów: jeśli jeden nie odpuści im grzechów, mogą się zwrócić do drugiego”. Zakłopotani takim położeniem przywódcy świata chrześcijańskiego sami żądają reformy Kościoła. Ale cóż za zamęt w umysłach prostych ludzi! Za grzechy bogaczy i możnych, mówią, zesłano na nas ten nastrój; za nie też spadają na nas i inne nieszczęścia, takie jak straszna czarna śmierć. A ona bezlitośnie tępiła wówczas ludność Europy i zasypywała trupami ulice miast, rozbrzmiewających żałosnym wołaniem: „Kyrie eleison!” W ludzie zniknęło wszelkie poczucie szacunku dla wyższych. W pewnym niemieckim mieście nierządnice wysyłają deputację do rady ze skargą, że córki rajców swoją rozpustą podkopują ich rzemiosło. Chłopi i komuny ruszają na rycerzy i biją ich. Flamandowie ozdabiają kościół w Courtrai ośmioma tysiącami złoconych ostróg zdjętych z rycerzy francuskich. Chłopi szwajcarscy, rozbiwszy rycerzy austriackich, śpiewają: „Dobrześmy ich wychłostali, i nie wyszło im to na zdrowie”. I nawet chłop pruski zaczyna się burzyć, tak że zakon jest zmuszony zakazać zbrojnych zgromadzeń. Duch czasu, który dawniej niósł Krzyżaków na swoich falach, odstąpił od nich i, przez osobliwą przewrotność losu, zakon w XV wieku znalazł się w tym samym położeniu, w jakim byli w XIII stuleciu wytępieni przez niego Prusowie: przedstawiał sobą zanikłą cywilizację pośród nowego świata, był pomnikiem przeszłości, ruiną gotową runąć przy najmniejszym wstrząsie.

Krucjaty na Litwę

Jednak zakon krzyżacki, jak się zdaje, aż do samego końca XV wieku nie tracił racji bytu: wojna przeciw pogańskiej Litwie wciąż jeszcze trwała. Warto o niej wspomnieć, ponieważ historia tej wojny nie tylko stanowi ciekawy rozdział w dziejach cywilizacji XV wieku, ale i odsłania całą złożoność położenia zakonu krzyżackiego, który dla podtrzymania swojego znaczenia w świecie musiał wykorzystywać szaleństwo umierającego rycerstwa. Z Niemiec i innych krajów chrześcijańskich mnóstwo książąt, baronów i znakomitych poszukiwaczy przygód ściąga w XIV wieku do Prus i stamtąd rusza na Litwę. O jakimkolwiek poważnym zamiarze nawrócenia Litwinów na chrześcijaństwo z ich strony nie ma tu nawet co myśleć: przyciągała ich ciekawość, by z bliska obejrzeć ten zakon, dumę rycerstwa, panujący na ziemi odebranej niewiernym, a najbardziej – pogoń za silnymi wrażeniami i interesującymi przygodami, opowieściami o których można by potem zabawiać damy. To rycerstwo, które nie utraciło jeszcze odwagi, ale było przepełnione samochwalstwem i strojnisiostwem i tak samo podobne do rycerstwa XIII wieku jak deklamacja do elokwencji, obrało Litwę za pole swoich turniejów, a Krzyżacy uroczyście otwierali przed gośćmi bramy areny.

Najsłynniejszymi z tych zmieniających się w Prusach gości byli: królowie czescy Ottokar i Jan, Ludwik Węgierski, królowie niemieccy Karol IV, Günther ze Schwarzburga, Ruprecht z Palatynatu; bohaterski Bolingbroke, który potem jako Henryk IV wstąpił na tron angielski, hrabia Warwick, dwaj książęta austriaccy, dwaj hrabiowie holenderscy, Francuz Boucicaut, Szkot Douglas i wreszcie niezwykły poszukiwacz przygód Oswald von Wolkenstein, który w wieku dziesięciu lat opuścił zamek ojca z trzema fenigami i kawałkiem chleba w torbie podróżnej i poszedł pieszo za rycerzami Albrechta Austriackiego, zarabiając na utrzymanie doglądaniem koni i czyszczeniem broni. Spędził osiem lat w Prusach, służąc w wojskach zakonnych, gdzie zabawiał rycerzy swoimi pieśniami. Potem wędrował po Europie i Azji, walczył pod Nikopolis, wrócił do Prus i znów wyruszył w podróż, śpiewając wszędzie i walcząc, gdzie się dało.

Trzeba sądzić, że te dalekie wyprawy głęboko wniknęły w obyczaje rycerskie. Wiele pieśni niemieckich zaczyna się od słów: „Był raz rycerz, który pojechał do Prus”. Wiele baśni francuskich przechowuje nam wspomnienie o żałosnym położeniu rycerza, który, wziąwszy udział „w najświętszej wyprawie do Prus”, okazywał się w położeniu zdradzonego małżonka; a król Karol V, który nie znosił żadnych szaleństw i który potrzebował swoich rycerzy w walce z Anglikami, zakazał chodzić do Prus pod karą śmierci.

Ale ci krzyżowcy XV wieku odgrywali prawdziwą parodię krucjat. Wilhelm IV Holenderski chodził trzy razy do Prus. Podczas drugiej wyprawy, w 1344 roku, miał w orszaku 38 rycerzy, 55 giermków i tłum rzemieślników i sług, wśród których znajdujemy heroldów, malarza, krawca i Żyda, wziętego do kupowania koni, suken i futer.

Wilhelm spotkał się w Prusach z Ludwikiem Węgierskim i Janem Czeskim, tym królewskim awanturnikiem, który później przyszedł umrzeć w naszych szeregach pod Crécy. Była jeszcze zima, a ponieważ trzeba było czymś zająć czas do wyprawy, grali w kości po królewsku. Jan wygrał od Ludwika Węgierskiego 600 florenów, czyli około 30 000 franków w przeliczeniu na nasze pieniądze. Gdy biedny król zaczął się martwić przegraną, Jan wziął dukaty i rzucił je ludowi, pokazując tym, z jaką pogardą prawdziwy rycerz powinien odnosić się do pieniędzy. W wojsku, z którym ci królowie wyruszyli na Litwę, było trzech minstreli, użyczonych na pewien czas przez wielkiego mistrza, a także gęślarze, trębacze, tancerze, błazny, herolodzi, kuglarze. Zresztą byli tam także kapłani. Czytamy, że Wilhelm Holenderski dobrze zapłacił swojemu kapelanowi Piotrowi za pozwolenie na nieprzestrzeganie postów.

Ściśle mówiąc, te wyprawy na Litwę były po prostu rozbojami, jak to widać z opisu wyprawy podjętej w 1377 roku przez księcia Albrechta Austriackiego, który pozostawił nam poeta Peter Suchenwirt. Przytaczamy go tu niemal dosłownie.

Roku Pańskiego 1377 dzielny książę Albrecht podniósł krzyż przeciw Litwie, by uzyskać godność rycerza: słusznie bowiem sądził, że złote ostrogi rycerza o wiele bardziej mu przystoją niż srebrne ostrogi giermka. Wraz z nim dosiadło koni pięciu hrabiów i mnóstwo rycerzy i giermków. Tak pięknego hufca nigdy nie widziano: broń i strój ludzi i koni oślepiały blaskiem. Żadnemu miastu, żadnemu krajowi na swojej drodze krzyżowcy nie czynią najmniejszej krzywdy. We Wrocławiu książę zaprasza do siebie na ucztę piękne damy; są strojne jak las w kwitnącym maju; i zamek pełen jest wesela, tańców i śmiechu. Drugie święto – w Toruniu, w Prusach, gdzie błyszczą szkarłatne usta i rumiane policzki, perły, wianki i wstążki. Tańcom nie ma końca i wszystko idzie jak należy. Stamtąd hufiec kieruje się do Malborka, gdzie mieszka wielki mistrz Winrych von Kniprode. Szlachetny gospodarz przyjmuje księcia z pełną paradą i hojnie raczy gości dobrymi trunkami i wystawnymi potrawami. Ale szczególnie swobodne i szerokie życie, zupełnie jak na dworach, zaczęło się w Królewcu. Szlachetny książę otwiera szereg uroczystości obiadem na zamku. Każdą zmianę dań obwieszcza dźwięk trąb. Na złotej zastawie roznoszą góry pieczeni i ciast, w złotych pucharach skrzą się wina francuskie i austriackie.

Wreszcie zaczynają się przygotowania do wyprawy na Litwę – przecież to dla niej goście się zjechali. Marszałek radzi wszystkim zaopatrzyć się w żywność na trzy tygodnie i wszyscy, nie żałując pieniędzy, kupują nawet więcej, niż trzeba. Wielki mistrz ogłasza wyprawę na cześć Austriaków i Matki Bożej. Na brzegu Niemna przygotowano 610 barek i przewoźnicy muszą pracować nie zważając na zmęczenie, od południa do wieczora. Na drugim brzegu tysiąc ludzi rusza przodem, torując siekierami drogę wśród zarośli, a wojsko posuwa się za nimi po równinie poprzecinanej rowami, strumieniami i bagnami. Ach, o ileż lepiej cwałować po równinie węgierskiej! A tu tylko złaź z konia i znów na niego wsiadaj, skacz przez rowy i pochylaj się do łęku w lesie, gdzie gałęzie tylko czyhają, by chwycić jeźdźca za kołnierz. Tu już nikomu nie do żartów ani do śmiechu. Nadeszła noc; trzeba rozłożyć się na nocleg. Nie ma co mówić, że spać przychodziło gdzie popadnie. Ale następnego dnia rycerze wkraczają do ziemi pogan i radośnie puszczają konie kłusem. Na przedzie jest, wedle zwyczaju, chorągiew ragnecka, potem chorągiew św. Jerzego, za nią styryjska, wielkiego mistrza i austriacka. I jeszcze wiele innych chorągwi powiewa w powietrzu. Dumni bohaterowie chrześcijańscy przyozdobili hełmy wieńcami i kitami; złoto, srebro, drogie kamienie i perły – dary szlachetnych dam dla ich wiernych sług – lśnią w słońcu. Ale oto wreszcie i wieś. Rycerze rzucają się na nią jak goście, których nie zaproszono na wesele, i otwierają z poganami „bal”. Pół setki tych nieszczęśników zabito, wieś podpalono i płomień wznosi się wysoko ku niebu. Wtedy hrabia Herman Cilli wyjmuje swój miecz z pochwy, potrząsa nim w powietrzu, mówi do księcia: „Lepiej być rycerzem niż giermkiem” – i pasuje go na rycerza. Książę ze swej strony wyjmuje swoją szpadę i na cześć świętego chrześcijaństwa i Zawsze Dziewicy Maryi pasuje na rycerzy wszystkich, którzy mu się przedstawiają. Potem zaczyna się grabież kraju. Bóg okazał chrześcijanom taką łaskę, że poganie dali się zaskoczyć. Drogo ich to kosztuje: kłują ich i rżną. W okolicy było wielu ludzi i wiele dobra: ileż strat dla pogan, ileż łupu dla chrześcijan! Ach, jakże tu było dobrze!

Noc okazała się nie tak wesoła. Litwini przypuścili napad: trzeba było przyjmować ciosy, nie widząc wrogów. Za to słychać było, jak ryczeli niczym dzikie zwierzęta. Następnego dnia marszałek ustawił wojsko; każdy stanął pod swoim sztandarem w swoim szeregu. Poganie nadal krzyczeli w zaroślach, ale nic im to nie pomogło. Wielu ich wybito, wiele zabrano im kobiet i dzieci.

I śmiesznie było patrzeć na te kobiety, które miały przywiązanych po dwoje dzieci – jedno z przodu, drugie z tyłu, i na tych mężczyzn, którzy szli gromadami, powiązani ze sobą jak psy na smyczy. Dzień był udany i dlatego wieczorem urządzono wesołą ucztę. Podawano tam bez końca gęsi, kury, barany, krowy i miód. Uczta trwała aż do udania się na spoczynek. Aby nie powtórzyła się ta sama historia co poprzedniej nocy, marszałek kazał zbudować mocne ogrodzenie i rozstawił warty, dzięki czemu tej nocy można było spać spokojnie.

Trzeciego dnia hufiec wkracza do innego okręgu. Tu te same czyny: pogan szczuje się jak lisy czy zające, a wieczorem hrabia Herman Cilli podejmuje księcia austriackiego i nowych rycerzy. Prowiant na tę wieczerzę dostarczono z niemałej odległości. Podano jelenia upolowanego 200 mil od obozu, a wina były wszystkie z Wippachu, Luttenbergu i Reisalu.

Tak minął tydzień. Całe trzy okręgi zostały spustoszone. Dym spalonych wsi zasnuwał cały horyzont. Ale wtedy nastała niepogoda: spadły deszcze z gradem, prowiant zaczął się psuć, a zatem o przyjemności nie mogło już być mowy. Wtedy hufiec rusza z powrotem, ku Niemnowi, przez jary i bagna. W Królewcu rycerze i Austriacy, pogratulowawszy sobie nawzajem powodzenia, rozstają się, i przyjemnie pomyśleć, jak wszystko dobrze się kończy! W Prabutach książę otrzymuje od księżnej wiadomość, że urodził im się syn. Cóż za radość dla Albrechta, dla którego to pierwsze dziecko! Znów zaczynają się bale. W Świdnicy księżna, sama rodem z Austrii, urządza po królewsku hojne przyjęcie: wszystko darmo, za własne pieniądze nie można kupić nawet jajka. Damy i panny – szczyt uprzejmości, i trzy dni mijają czarująco. Ale oto wreszcie i Austria. „Każdemu szlachetnemu człowiekowi radzę służyć św. Jerzemu i pamiętać o słowach: lepiej być rycerzem niż giermkiem – jeśli chce, by chwała ozdobiła jego imię. Oto rada, którą daję ja, Peter Suchenwirt”.

Opowieść starego poety w pełni zgadza się ze świadectwami, które pozostawili nam historycy. Ta wojna, którą rycerze i ich goście prowadzili na Litwie, była całkowicie bezpieczna dla nich i bezlitosna dla Litwinów. Przeciw poganom wszystko jest dozwolone. Zabijać nie tylko mężczyzn, ale i kobiety, i dzieci; palić zbiory i domostwa – to znaczy, według ówczesnego wyrażenia, prowadzić wojnę na cześć św. Jerzego, exercere militiam in honorem sancti Georgii.

Po tych wyprawach następuje prawdziwy handel poganami: szlachetni krzyżowcy uprowadzają jeńców do siebie do domu, by pokazywać ich tam jak niewidziane zwierzęta, a komturowie, a nawet wielki mistrz, puszczają swoich jeńców na sprzedaż. Niektórzy urzędnicy pograniczni wprost żyją z tego handlu. Trzeba powtórzyć, że ci krzyżowcy wcale nie myślą o nawracaniu niewiernych. Książę austriacki przyjechał na Litwę tylko po to, by zasłużyć na rycerskie ostrogi, a jakimi czynami – to właśnie widzieliśmy. Co do Krzyżaków, to choć niesprawiedliwie jest zarzucać im, że celowo nie chcieli podbić Litwy, nie sposób jednak nie przyznać, że bardzo się cieszyli, mając po sąsiedzku łowisko do polowania na pogan. Od czasu do czasu, raz lub dwa razy w roku, częściej latem, ale niekiedy i zimą, zapraszają do siebie z całego świata chrześcijańskiego miłośników przygód, by wspólnie zapolować. Biorą na siebie troskę o wszystko, nie zapominając i o myśliwskiej przekąsce: jedzie z nimi prowiant, wino i zastawa. Zakon kieruje wyprawą, utrzymuje dyscyplinę, wysyła zwiadowców, którzy torują drogi przez lasy, i oddziały pontonowe, które budują mosty przez rzeki. Każda krucjata drogo go kosztuje: gości trzeba przyjmować na szeroką skalę – dawać im podarki, pożyczać pieniądze, gdy w kieszeni okazuje się pusto, i wykupywać ich z niewoli. Ale Krzyżacy chętnie gotowi są na wszystkie te ofiary, byle tylko Europie nie otworzyły się oczy, byle nadal wierzyła, że zakon stoi na straży granic świata chrześcijańskiego. Najskuteczniejszym środkiem służyły przy tym owe wystawne uroczystości, które urządzał dla szlachetnych podróżnych po ich powrocie z wypraw na Litwę. We wspaniałym namiocie nakrywano okrągły stół, przy którym przy dźwiękach trąb i cymbałów zasiadało dziesięciu rycerzy uznanych za najdzielniejszych, a ich imiona sławili potem poeci w całym świecie chrześcijańskim. Te rymowane opowieści tak samo rozpalały męstwo, jak w dawnych czasach kazania Piotra Pustelnika czy św. Bernarda. Dzięki całej tej komedii istnienie zakonu nadal wydawało się potrzebne. Ale gdy wraz z nawróceniem Litwy na chrześcijaństwo musiał zakończyć to aktorstwo, całej Europie przyszła do głowy myśl, którą wypowiedział Luter: „Na co potrzebni krzyżowcy, którzy nie chodzą na krucjaty?”

Wojny i waśnie. Upadek zakonu

Litwa przyjęła chrześcijaństwo w 1386 roku. W tym osobliwym kraju był wówczas księciem niezwykły człowiek, imieniem Jagiełło. Był to swego rodzaju pogański filozof, surowy przyjaciel sprawiedliwości, namiętny myśliwy, miłośnik lasów i śpiewu słowików, a zarazem dzielny i biegły wojownik. Nie szukał jednak wojny i żył w pokoju ze wszystkimi swoimi sąsiadami, z wyjątkiem zakonu, który nieustannie zmuszał go do chwytania za broń. W tym poganinie nie było ani krzty fanatyzmu, nie podnosił ręki na misjonarzy i utrzymywał stosunki dyplomatyczne z kurią rzymską. Jego to los uczynił wielkim władcą, który pomścił Litwę. Po śmierci króla Ludwika Polacy, nie chcąc uznać za króla Zygmunta Luksemburskiego, wysłali poselstwo do swojego sąsiada Jagiełły, ofiarowując mu koronę, jeśli zgodzi się przyjąć chrześcijaństwo. 15 lutego 1386 roku ten poganin przyjął chrzest. Trzy dni później poślubił Jadwigę, córkę zmarłego króla, a po kilku tygodniach został koronowany. Wróciwszy do ojczyzny, zgasił święty ogień płonący w Wilnie, wybił święte węże i zajął się nawracaniem swojego ludu na chrześcijaństwo. Z Litwinami sprawa poszła tak jak niegdyś z Sasami: wielu dawało się chrzcić dla samych koszul, które darowano nowo nawróconym, i trzeba było pilnować, by zbyt gorliwi nie chrzcili się po kilka razy dla uzupełnienia garderoby.

Dla Litwy nadszedł czas, gdy bogowie znikają sami z siebie, i Jagiełło – czyli Władysław Jagiełło, jak się nazwał, stawszy się chrześcijaninem i królem polskim – nie napotkał poważnego oporu w swoim ludzie. Kazał swoim poddanym tłumnie wchodzić do strumieni, gdzie ich chrzczono, dając jedno i to samo imię wszystkim mężczyznom i jedno i to samo wszystkim kobietom.

Takim to sposobem Litwa weszła do społeczności chrześcijańskiej. Kilka lat później Jagiełło uczynił wielkim księciem litewskim swojego brata stryjecznego Witolda, który był jego wiernym namiestnikiem i sojusznikiem. Polska i Litwa utworzyły jakby jedno państwo, a ich połączone siły zwróciły się przeciw Krzyżakom*.

Nie ma żadnej wątpliwości, że wielka wojna 1410 roku była wojną nienawiści i zemsty przeciw Niemcom. Witold pragnie ich zguby i otwarcie to oświadcza. Ten książę, którego władza nad plemionami ruskimi i tatarskimi sięga daleko w głąb ruskich równin, jest raczej chanem wschodniej hordy niż wodzem ludu chrześcijańskiego. Chce zepchnąć Krzyżaków do Morza Bałtyckiego i tam ich potopić. Co do nowego króla polskiego, to musi on na nowo podjąć stary spór o Pomorze Gdańskie. Na dodatek zamieszki, które ujawniły się w państwie krzyżackim, podsycają jego ambicję. Jagiełło nie przepuszcza przez swoje ziemie ani kupców, ani żołnierzy idących do Prus, a mnóstwo nieustannie wybuchających drobnych starć zapowiada rozstrzygającą walkę. Wreszcie w lipcu 1410 roku król i wielki książę wyznaczają Prusy na miejsce swojego spotkania i tam łączą się ich armie. Jesteśmy w przededniu prawdziwej bitwy narodów: obok Litwinów, Polaków i najemników z Czech i innych ziem spotykamy w armii Jagiełły jeszcze Tatarów pod wodzą ich chana, jak gdyby cały europejski Wschód, dotknięty niemieckim podbojem, powstał teraz przeciw Niemcom. Poganie Tatarzy prowadzą wojnę bezlitośnie i budzą grozę okrucieństwem swoich grabieży. Jagiełło utrzymuje dyscyplinę, jak może; dwaj Litwini, którzy złupili kościoły, zostają skazani, według obyczaju kraju, na to, by sami się powiesili. W miarę zbliżania się nieprzyjaciela ostrożność się podwaja. Rada wojenna zabrania komukolwiek wyprzedzać straż przednią, idącą pod wodzą marszałka Zyndrama, i trąbić w róg; w armii ma rozbrzmiewać tylko dźwięk rogu królewskiego: na pierwszy sygnał wszyscy wstają, na drugi – dosiadają koni, na trzeci – wyruszają. Rankiem 15 lipca w drodze do Tannenbergu (Stębarka) król polski dowiaduje się, że stoi przed nim armia krzyżacka. Słucha mszy do końca, podczas gdy Zyndram i Witold ustawiają armię w szyku bojowym, dzieląc Polaków na 50 chorągwi, a Litwinów, Rusinów i Tatarów – na 40 oddziałów. Na litewskich sztandarach widnieje wizerunek konia, który był niegdyś świętym zwierzęciem Litwinów, a na tatarskich – wizerunek słońca, któremu oddają cześć do dziś.

Po zakończeniu mszy Jagiełło wjeżdża na wzgórze, by obejrzeć nieprzyjacielskie wojsko. Tu pasuje na rycerzy kilku Polaków, przepasując ich złoconym pasem, spowiada się, nie zsiadając z konia, i wkłada hełm. W tym czasie przybywają do niego dwaj heroldowie zakonu z obnażonymi mieczami i żądają od króla, by wybrał pole bitwy. Król odpowiada, że przyjmuje to, które wskazał Pan, i każe trąbić w rogi.

Litwini, stojący na prawym skrzydle, z furią rzucają się na armię krzyżacką. Krzyżacy mężnie wytrzymują natarcie, a ogień ich dział sieje straszne spustoszenie w szeregach nieprzyjaciół, tak że po godzinnej walce ci muszą się cofnąć. Litwini rozpraszają się na różne strony; wielu ucieka aż na Litwę, gdzie rozpowszechnia wieść o klęsce Jagiełły. Niewielka część armii polskiej również dała się porwać do ucieczki. Chorągiew św. Jerzego cofnęła się, a nawet chorągiew królewska padła na ziemię, ale zaraz się podniosła. Zachwiane centrum wytrzymało, a lewe skrzydło w ogóle nie zostało naruszone. Tymczasem Krzyżacy rozproszyli się w pościgu za Litwinami. Widząc ucieczkę wrogów Chrystusa, zaintonowali z radości hymn zwycięstwa. Ale skierowawszy swoje główne wysiłki przeciw oddziałom litewskim, Krzyżacy rozstroili swój szyk bojowy i zgubili całą sprawę. W chwili gdy, przerwawszy pościg, wracali na swoją pozycję, Jagiełło uderzył z flanki i zmiażdżył ich. Wkrótce wielki mistrz musiał wprowadzić do walki szesnaście chorągwi odwodowych. Sam poprowadził je na środek armii polskiej, gdzie król, jak postanowiono na radzie wojennej, stał w umocnieniu z wozów taborowych. Jagiełło chciał rzucić się w wir walki, ale jeden z dworzan chwycił jego konia za uzdę. Król odsunął śmiałka kopią, ale potem przypomniał sobie, że nie powinien się ruszać, i pozostał na miejscu. Chciał przynajmniej ruszyć swoją gwardię liczącą 60 „kopii”, ale jego gwardia pozostała przy nim. Krzyżacy nie mogli przełamać umocnień; jeden z nich przebił się był aż do króla, ale celnym ciosem kopii królewski notariusz i przyszły arcybiskup Zbigniew powalił tego śmiałka martwego do stóp króla. Wtedy padł rozkaz wielkiego mistrza, by ruszyć w prawo, gdzie znajdowała się chorągiew królewska. Mały bohaterski oddział rzucił się tam i został ze wszystkich stron otoczony. Wielki mistrz nie prosił o łaskę i poległ niemal ze wszystkimi swoimi oficerami.

Armia krzyżacka była tak rozbita, że nikt nie wsparł tego rozpaczliwego ataku. Uciekinierzy zapełnili umocnienie z wozów położone nad wsią Tannenberg. Jagiełło zabronił rozpoczynać pościg, zanim nie zostanie zdobyta ta ostatnia twierdza. Po kwadransie i ona padła. Wtedy król polski przejechał na wzgórze, na którym poprzedniego dnia stał wielki mistrz, i przed nim roztoczył się obraz bezładnej ucieczki Krzyżaków, na których broni igrały ostatnie promienie zachodzącego słońca. Wielu rycerzy wzięto do niewoli, wielu utonęło w jeziorach. Kanonik krakowski Długosz, najprawdomówniejszy z historyków tego pamiętnego dnia, mówi, sam zresztą niezbyt w to wierząc, że armia pruska straciła wtedy 50 000 ludzi zabitych i 40 000 jeńców. Liczby te są przesadzone, ale klęska Krzyżaków była okrutna. Wieczorem po bitwie zmęczony Jagiełło rzucił się pod drzewo w oczekiwaniu, aż przygotują mu namiot, i wydał rozkaz pochowania w małym kościele w Tannenbergu ciał komturów.

Następnego dnia, podczas mszy, wokół polowego ołtarza króla polskiego powiewały zdobyte sztandary krzyżackie. Przez cały dzień sześciu sekretarzy sporządzało listę jeńców, podczas gdy zwycięscy żołnierze liczyli swoje łupy i wśród morza rozlanego wina wyprawiali stypę po zakonie krzyżackim.

Cios był straszny; ale nie od tej klęski zakonowi sądzone było umrzeć. Wprawdzie dalszy pochód zwycięzcy był z początku podobny do pochodu triumfalnego. Jagiełło, unikając gwałtów, starał się przybrać postać wyzwoliciela i wielu poddanych Krzyżaków chętnie godziło się w to uwierzyć. Przykład uległości dali biskupi, którzy nie lubili zakonu. Szlachta przyjęła dar obiecanych jej „wolności polskich”, a w Gdańsku posła Jagiełły powitano triumfalnie, przy dźwiękach trąb i bębnów. Ale wystarczyło, by jeden energiczny człowiek stawił zdecydowany opór, aby zmienić wynik kampanii. Henryk von Plauen stał ze swoim korpusem obserwacyjnym na granicy pomorskiej, gdy doszła go wieść o klęsce, która się wydarzyła. Nie tracąc ani chwili, rzucił się do Malborka i zamknął się w zamku, spaliwszy uprzednio miasto. Jagiełło nie mógł nic zdziałać przeciw tym bohatersko bronionym murom. Po dwóch miesiącach blokady, ostrzału i daremnych szturmów zwinął oblężenie i powrócił do swoich posiadłości. Polska okazała raz jeszcze swoją niezdolność do długotrwałego wysiłku. Obawiając się wojny z Zygmuntem Węgierskim, zawarła z Krzyżakami pokój tak dla nich zaszczytny, na jaki wcale nie mogli liczyć**. Ale przyjęcie, jakie zgotowali zdobywcom poddani pokonanych, ujawniło, że stara korporacja nosiła w sobie samej przyczyny swojego upadku, który został jedynie przyspieszony przez wojnę zewnętrzną.

Henryk von Plauen, zostawszy wielkim mistrzem, odważył się na bardzo śmiały krok dla ratowania zakonu. Siły zbrojne rycerzy skrajnie się zmniejszyły; najlepsza ich część pozostała pod Tannenbergiem i podczas pierwszego swojego przeglądu wojsk nowy wielki mistrz ujrzał przed sobą garstkę zmęczonych starców i młodzież, która, nie widziawszy lepszych dni, wnosiła w przerzedzone szeregi ducha niepokoju i nieładu. A tymczasem zakon, tak dalece osłabiony, musiał żądać od swoich poddanych wielkich ofiar. Na wykup jeńców i wypłatę żołdu wojskom zaciężnym trzeba było nałożyć ogromne podatki na kraj na wpół zrujnowany najazdem. Rachunki krzyżackie pokazują, że zyski z bicia monety niesłychanie wzrosły po bitwie pod Grunwaldem: a zatem nowa moneta była złej jakości. I to stało się ciężkim dodatkiem do wszystkich innych oskarżeń, jakie wysuwali przeciw rycerzom ich pruscy poddani. Wielki mistrz postanowił złagodzić niezadowolenie, uprzedzić opór i zainteresować lud losem władcy tym, że wbrew regule, zakazującej braciom narad ze świeckimi, zaproponował deputowanym miast i szlachty utworzenie zgromadzenia stanów pruskich. Ale wkrótce przekonał się, że lud pruski zgodzi się na proponowany mu sojusz nie wcześniej, niż doczekawszy się zaspokojenia wszystkich swoich żądań. Gdy wyszło zarządzenie o poborze pogłównego, Gdańsk odmówił płacenia i zbudował przed zamkiem wieżę, z której wysokości mieszczanie obserwowali, co się w nim działo. Wieża ta nazywała się Kiek in de Kök, czyli okno do kuchni. Komtur gdański, brat wielkiego mistrza, musiał pojmać i stracić kilku członków rady. Tego okrucieństwa mieszczanie nigdy rycerzom nie wybaczyli. Przy tym wszystko jakby sprzysięgło się przeciw Henrykowi von Plauen: zaraza szaleje, plony giną, a lud, nieufnie odnosząc się do nowinek, podejrzewa wielkiego mistrza o husytyzm. Rzecz w tym, że Plauen nie lubił klechów. Gdy biskupi pruscy, którzy uciekli po odwrocie króla polskiego, prosili go o pozwolenie na powrót, na mocy obiecanej amnestii, odmówił im, mówiąc, że nie chce grzać na swojej piersi węży.

Tymczasem Jagiełło i Witold nie tracili z oczu tych nieporządków. Pierwszy łupi pruskie pogranicze i ogołaca schwytanych na drogach kupców; drugi buduje zamek na terytorium krzyżackim, a gdy zakon protestuje, odpowiada, że uważa się za uprawnionego do swobodnego rozporządzania na ziemi, która od wieków należała do jego ludu. Znamienne słowo, które warto zapamiętać. Pokazuje ono, że straszna przeszłość nie została zapomniana i że Witold dokonuje dzieła narodowej zemsty.

Rozdrażniony wszystkimi trudnościami położenia i wyzwaniami wrogów, Plauen chce znów rozpocząć wojnę, ale nie ma władzy nawet nad rycerzami. Wielki marszałek Sternberg nie pozwala armii iść za wielkim mistrzem. Plauen zwołuje kapitułę, by złożyć buntownika z urzędu; ale zamiast tego buntownik składa z urzędu wielkiego mistrza i zajmuje jego miejsce. Bohater dni klęski został zdegradowany do rangi zwykłego komtura i nie mógł znieść swojego nieszczęścia. Wkrótce wyszło na jaw, że prowadzi korespondencję z królem polskim. Plauen został wtrącony do więzienia, gdzie spędził 16 lat, skarżąc się, że strażnicy nie karmią go do syta nawet chlebem i jęczmieniem***.

O jakiejże dyscyplinie może być mowa tam, gdzie podwładny przepędza przełożonego, a bohater kończy zdradą? Dalsza historia zakonu przedstawia sobą jedynie widowisko długiej agonii. Na próżno szuka on obrony u cesarza, u papieża i u soborów, które w tym czasie pracowały nad zaprowadzeniem pokoju w Kościele. Monarchiczna Europa XV wieku nie rozumiała już tej starej arystokratycznej instytucji. Papież zakazał napadać na Litwę od czasu, gdy Litwa przyjęła chrzest. Była mowa o tym, by przenieść tych krzyżowców, którzy zostali bez zajęcia, na Cypr albo nad Dunaj, przeciw Turkom. A tymczasem Słowianie spokojnie kontynuowali swoją walkę przeciw Niemcom. Król polski zawarł sojusz z książętami pomorskimi, a nawet z czeskimi husytami, powołując się na pokrewieństwo krwi. Polacy głosili w Prusach herezję Jana Husa; twierdzili, że Prusy są krajem polskim, i przywołując sobie na pomoc filologię, dowodzili tego nazwami prowincji i miast. Gromady husytów, z zaciekłością tępiących rycerstwo i wszystko, co niemieckie, rozsypały się po terytorium krzyżackim. Klasztor w Oliwie, z którego w XIII stuleciu mnich Chrystian wyszedł, by nawracać Prusy, został złupiony i spalony, jakby w ofierze cieniom poległych Prusów. Husyci witali Morze Bałtyckie czeskimi pieśniami i napełniali swoje manierki wodą z tego morza na znak, że znów należy ono do Słowian. Najlepszym dowodem nieuchronności rozpadu zakonu jest to, że nawet takie niebezpieczeństwa nie mogły przywrócić mu wewnętrznej zgody. Wielki mistrz był na noże z mistrzem niemieckim, który chciał zająć jego miejsce. Rycerze z Dolnych Niemiec nie zgadzali się ze szwabskimi i bawarskimi. Im dalej, tym bardziej lud odwracał się od tych władców, którzy nie umieli rządzić nawet sami sobą i nie dawali żadnej obrony swoim poddanym. Drogi nie były strzeżone i roiły się od rozbójników. Do tego doszły jeszcze nieszczęścia, za które zakon nie mógł już odpowiadać. Hanza, w stanie zupełnego rozkładu, dopuściła do unii kalmarskiej i pozwoliła Skandynawii wymknąć się ze swoich rąk. Wreszcie w 1425 roku śledź opuścił wybrzeże Skanii i przeszedł do brzegów Holandii, gdzie miał rozkwitnąć Amsterdam.

Kolonia niemiecka postanowiła zrzucić z siebie jarzmo niewoli. Wielki mistrz Paweł von Rusdorf próbował, podobnie jak Plauen, oprzeć się na szlachcie i na miastach. Miasta oświadczyły gotowość poparcia go pod warunkiem, że obroni ich prawa i wolności przed roszczeniami urzędników zakonnych. Rusdorf nie odważył się przyjąć na siebie takiego zobowiązania. Wtedy miasta zaproponowały mu swoją pomoc w zaprowadzeniu dyscypliny w zakonie; ale nie mógł podjąć żadnej decyzji, obawiając się dać mistrzowi niemieckiemu upragniony pretekst do zajęcia miejsca wielkiego mistrza. Zakon krzyżacki był w zupełnym rozkładzie. Wtedy w lutym 1440 roku miasta i część szlachty pruskiej utworzyły związek w samym Malborku. Jego członkowie początkowo mówili tylko o zachowaniu praw każdego, potem wybrali spośród siebie radę i założyli własny skarb. W ten sposób wyrosło państwo w państwie. Związkowcy ujawnili swoje zamiary tym, że po wyborze Konrada von Erlichshausen złożyli wyraz uległości już nie zakonowi, lecz osobiście wielkiemu mistrzowi. Jego bratu i następcy Ludwikowi von Erlichshausen chcieli jej w ogóle odmówić, tak że musiał obiecać rozszerzenie przywilejów stanów. W takiej ostateczności papiestwo i cesarstwo wzięły wreszcie udział w gorzkim losie zakonu. Ale ci starzy, zgrzybiali władcy nie znaleźli niczego poza słowami do obrony swojego ginącego rówieśnika. Papież i cesarz ogłosili związek sprzecznym z prawami boskimi i ludzkimi. W odpowiedzi na to powołanie się na prawo dawnych czasów związek głośno proklamował swoje prawo – nowe prawo narodów do stanowienia o sobie według własnego uznania. 4 lutego 1454 roku szlachta i miasta podpisały akt swojego wyzwolenia, a woźny Rady Toruńskiej niezwłocznie zawiózł go do Malborka.

Zaraz potem zaczyna się wojna mieszczan przeciw zamkom. Mieszkańcy Torunia biorą szturmem i palą swoją czcigodną twierdzę, jedną z pierwszych zbudowanych w Prusach, odwieczną obrończynię miasta.

W ciągu kilku tygodni 54 słabo bronione zamki wpadają w ręce buntowników, którzy dla dokończenia dzieła zwracają się do króla polskiego. Kazimierz IV świętował w Krakowie swoje wesele, gdy przybyli do niego deputowani od zakonu i od związku. W debatach, które otworzyły się przed królem, deputowani krzyżaccy, za którymi stali również legaci papiescy, powoływali się na to, że według ostatniego traktatu zakon i król obiecali sobie nawzajem nie popierać buntów swoich poddanych. Ale członkowie związku zaproponowali uznanie zwierzchnictwa króla polskiego i zagrozili, że w razie jego odmowy oddadzą się królowi czeskiemu. Kazimierz w obecności arcybiskupa gnieźnieńskiego przyjął od deputowanych pruskich przysięgę, ustanowił województwa w Toruniu, Elblągu, Gdańsku i Królewcu, zwolnił miasta i szlachtę od wszelkich powinności, zakazał odbudowywać zburzone zamki i wypowiedział wojnę Krzyżakom. 23 maja 1454 roku uroczyście wjechał do Torunia; potem udał się do Elbląga, by przyjąć przysięgę od biskupów, szlachty i miast. Można by sądzić, że zakon zakończył swoje istnienie. Jednak wojna trwała jeszcze 13 lat. Ciągnęła się bez rozstrzygających działań, będąc zarazem wojną domową, ponieważ w każdym mieście były wrogie stronnictwa. W Królewcu trzy dzielnice biły się na rzece, która je dzieliła; w Gdańsku patrycjusze bezlitośnie tępili rzemieślników. Związek oskarżał Polaków o opieszałość i tracił cierpliwość, patrząc, jak długo trzymają się Krzyżacy i ich najemnicy. Rycerze rzeczywiście trzymali się tylko z pomocą tych żołnierzy, werbowanych ze wszystkich krajów świata. Wreszcie, gdy rycerzom zabrakło pieniędzy na wypłatę, musieli oddać najemnikom w zastaw zamek malborski. Wszedłszy tam, ci bandyci, w większości husyci, nacieszyli się tam do woli. Wdarli się do cel, obcięli długie brody starym rycerzom, których tam znaleźli, i popędzili ich batami na cmentarz.

Wielki mistrz uratował się w łodzi i Nogatem uciekł do Królewca, gdzie rada, za okazane miastu zaufanie, przysłała mu w podarunku beczkę piwa. Najemnicy wydali zamek królowi Kazimierzowi – przybył tam, by świętować Zielone Świątki.

Pora było zacząć mówić o pokoju. Dawniej najbogatszy kraj był tak zrujnowany, że według słów jednego ze współczesnych z wysokości murów miejskich nie było nigdzie widać drzewka, do którego można by przywiązać krowę. Sami „zdrajcy Pani naszej Najświętszej Panny Maryi” żalili się królowi polskiemu na nędzę, do której zostali doprowadzeni. Gdy rozpoczęły się rokowania, zakonowi odebrano już Pomorze Gdańskie i prowincje zachodnie. Rokowania pokazały raz jeszcze, że państwo krzyżackie zgubiły jego wewnętrzne waśnie, a nie siła zewnętrzna. Na zjeździe na Mierzei Wiślanej debaty toczyły się nie między zakonem a królem, lecz między wrogami zakonu a jego stronnikami. Baysen, stronnik króla, spiera się ze Steinhauptem, burmistrzem Królewca, który pozostał wierny Krzyżakom. Ciekawie jest widzieć, z jakim napięciem ci bracia-wrogowie szukają środków porozumienia po to, by zapewnić kolonii niemieckiej przynajmniej wspólny zarząd. Pozostańmy wszyscy razem pod władzą jednego władcy, mówił Baysen; król stanie się opiekunem i suzerenem zakonu, który zachowa część swoich posiadłości. Steinhaupt odpowiadał, że ci, którzy przelewali krew za zakon, nie pozwolą się od niego oddzielić. Radził członkom związku nie polegać zbytnio na królu, który od razu zapomni wszystkie swoje obietnice, gdy tylko rycerze stracą swoje posiadłości. W odpowiedzi na to członkowie związku radzili przyjaciołom zakonu nie lekceważyć opieki króla, ponieważ wielkiemu mistrzowi może być potrzebna jego pomoc, by utrzymać w posłuszeństwie samych dostojników zakonnych. Przedmiotem długich narad była następująca propozycja: królowi polskiemu wypłaca się odszkodowanie za koszty wojenne; zakon zachowuje swoją niezależność i zwierzchnią władzę, ale przyjmuje inny ustrój, przy którym koloniści otrzymują równe prawa z rycerzami, aż do udziału w wyborze wielkiego mistrza. Państwo krzyżackie pozostałoby wtedy niemieckie i byłoby to szczęśliwe wyjście po tylu nieszczęściach, „albowiem – mówili stronnicy Krzyżaków – niedobrze jest być rządzonym przez ludzi, którzy nie urodzili się Niemcami”.

To zaklinanie imieniem ojczyzny dowodzi, że koloniści, którzy rozważali swój los, rozumieli całą wagę czekającej ich decyzji. Wahali się między patriotyzmem a miłością niezależności. To ostatnie uczucie wzięło górę. Gdy w 1466 roku w Toruniu wznowiono przerwane na krótko narady, imieniem wieczystego pokoju uświęcono wyniki wojny trzynastoletniej, czyli klęskę zakonu i podział kraju. Polska otrzymała w pełne posiadanie kraj na zachód od Wisły i Nogatu, gdzie leżały Malbork, Elbląg i Gdańsk, następnie ziemię chełmińską z Toruniem i Chełmnem oraz Warmię, wcinającą się klinem w prowincje pozostawione zakonowi jako lenno polskie. Traktat stanowił, że wielki mistrz, zakon i jego terytorium na zawsze łączą się z Królestwem Polskim, tworząc z nim jedno ciało, jedną rodzinę i jeden lud, żyjący w przyjaźni, miłości i serdecznej zgodzie; że wielki mistrz będzie zasiadał w sejmie polskim po prawicy króla jako książę i doradca polski. Trudno znaleźć inny traktat, który brzmiałby z taką ironią. I ze łzami w oczach przybył wielki mistrz do ratusza toruńskiego składać przysięgę swojemu królowi.

* Jagiełłę i Witolda zbliżyła głównie ich wspólna walka przeciw zakonowi krzyżackiemu. W innych sprawach byli, jak wiadomo, przez długi czas najpierw nieprzejednanymi wrogami, a potem zazdrosnymi rywalami; Witold siłą wydarł Jagielle godność wielkiego księcia litewskiego, nie cofając się w tym celu nawet przed sojuszem z zakonem, a pod koniec życia marzył o przekształceniu Litwy w niezależne królestwo. (Przypis tłumacza).

** Na mocy pierwszego pokoju toruńskiego (1 lutego 1411 r.) król polski zwrócił zakonowi wszystkie zdobyte zamki. Zakon ze swej strony odstąpił Witoldowi ziemię żmudzką, jednak pod tym warunkiem, że po śmierci Witolda i Jagiełły znów przejdzie ona do zakonu, i zobowiązał się zapłacić Polsce 100 000 marek za wykup jeńców i koszty wojenne. (Przypis tłumacza).

*** Został wreszcie uwolniony z więzienia przez wielkiego mistrza Rusdorfa. Po śmierci pochowany w kaplicy malborskiej obok swojego szczęśliwego rywala Sternberga. (Przypis tłumacza).

Powtórny triumf żywiołu germańskiego w Prusach

Jeśli weźmiemy pod uwagę, że Polska rozpoczęła działania wojenne przeciw zakonowi w 1454 roku, w chwili gdy Turcy dopiero co zatknęli półksiężyc na Hagii Sophii, i że jedno z państw chrześcijańskich prowadziło tak bezlitosną wojnę z krzyżackimi krzyżowcami w tym samym czasie, gdy papież Pius II na próżno rozgłaszał po Italii swoje wezwania do władców i narodów, zachęcając ich do powstania przeciw mahometanom, staje się jasne, że nieszczęścia zakonu i powszechna wobec niego obojętność są jednym z licznych znaków końca średniowiecza. Zrodzony w czasie, gdy chrześcijaństwo było silne, jednoczyło się pod władzą swojego duchowego zwierzchnika i samo prowadziło działania zaczepne przeciw niewiernym, zakon upada, gdy niewierni przemagają podzielonych chrześcijan, którzy muszą myśleć tylko o obronie swoich odwiecznych posiadłości. Ale szczególnie ważną datą jest upadek zakonu w historii walki Niemców ze Słowianami. Polska wygrała wreszcie bitwę o Pomorze Gdańskie. Przerwała łączność między germańską strażą przednią a centrum. Niemcy jednocześnie cofają się wszędzie: na prawym brzegu Łaby szlachta szlezwicka uznała króla duńskiego za księcia Szlezwika-Holsztynu; handel na Morzu Bałtyckim odbierają Hanzie Skandynawowie, obok których występuje następnie naród rosyjski.

Moskwa opanowuje Nowogród, a naprzeciw niemieckiego miasta Narwy powstaje Iwangorod. Węgry i Czechy, które zaplątały się były w sieci polityki niemieckiej, wyzwalają się z nich i za Podiebrada i Korwina rozpoczynają swoje życie narodowe.

Aby zrozumieć dalszą historię tej walki dwóch ras, trzeba ze szczególną uwagą przyjrzeć się temu, jak zachowywał się wśród tak zawikłanych okoliczności elektor brandenburski Fryderyk Hohenzollern. Tu znajdą uzasadnienie słowa, które powiedzieliśmy na początku naszych szkiców, że znajomość tej starej historii jest niezbędna temu, kto chce zrozumieć przyczyny najważniejszych współczesnych wydarzeń. Brandenburgia odnalazła wreszcie na nowo to, co utraciła wraz z wygaśnięciem domu askańskiego, czyli narodową dynastię. Spadek askański bardzo się uszczuplił, ale Hohenzollernowie żywili niezłomną wolę, by go zebrać i pomnożyć. Przypomnijmy, że Krzyżacy w okresie swojej potęgi i rozkwitu przyłączyli do siebie Nową Marchię i zachowali w ten sposób dla Niemiec ten nabytek niemieckiego oręża. Celem ambicji Fryderyka było odzyskanie tego kraju, któremu teraz zagrażała Polska. On jeden pozostawał sojusznikiem zakonu w chwili jego niedoli. Wielki mistrz i margrabia czuli się związani wspólnotą swoich interesów; wobec jednakowego niebezpieczeństwa ze strony sukcesów Słowian obaj byli prawdziwymi patriotami niemieckimi. Stojąc na krawędzi zguby, wielki mistrz zaklina margrabiego, by okrył się niewiędnącą chwałą wśród całej szlachty, nie pozwalając wrogom wypędzić rycerzy z Prus. I tego samego dnia, gdy król Kazimierz wypowiedział zakonowi wojnę, krzyżacki goniec wyruszył do Fryderyka z układem, na mocy którego ten otrzymywał Nową Marchię jako zabezpieczenie pożyczki w wysokości 40 000 florenów. I był już najwyższy czas. Polska propaganda zaczęła się już i tam: Kazimierz obiecywał miastom i szlachcie wolności polskie. A gdy poseł zakonu przybył do kościoła we Friedbergu, gdzie zebrano stany dla zatwierdzenia układu, szlachta i mieszczanie jeszcze się namyślali, zanim opowiedzieli się za swoim przyłączeniem do Brandenburgii, czyli do Niemiec.

Fryderyk był zbyt słaby i ubogi, by uratować Krzyżaków. Próbował zaproponować swoje pośrednictwo i doprowadził do tego, że cesarz wysłał go jako swojego pełnomocnika do Prus. Ale jego starania o pojednanie stanów z zakonem były daremne i musiał zawrócić do swojego elektoratu, przy czym najemnicy przeszukali jego powozy, by upewnić się, że nie wywozi ze sobą skarbu malborskiego. Wtedy zaczął zabiegać o pożyczki dla zakonu. Król duński, na jego usilne prośby, obiecał wysłać flotę do ujścia Wisły, by zmusić miasta pruskie do odłączenia się od związku polskiego. Elektor błagał cesarza, by posłał 3000 jeźdźców, do których chciał dołączyć swoje wojska, aby przeprowadzić dywersję w Polsce. Cesarz go nie wysłuchał, król duński nie dotrzymał obietnicy i losy się dopełniły. Ale ta troskliwość niemieckiego margrabiego o niemieckich rycerzy dawała nadzieje na przyszłość.

Istotnie, Brandenburgii sądzone było pomścić Krzyżaków. Już w pierwszych wierszach tych szkiców odnotowano ciekawe powiązanie faktów. Mówiono tam, jak jeden z Hohenzollernów, Albrecht Brandenburski, wybrany w 1511 roku na wielkiego mistrza, przyjął reformację, sekularyzował posiadłości pozostawione rycerzom na mocy pokoju toruńskiego i został dziedzicznym księciem pruskim; jak po wygaśnięciu tej nowej dynastii książęcej, mniej więcej w sto lat po jej założeniu, brandenburscy Hohenzollernowie odziedziczyli spadek po swoich pruskich krewnych; i jak wreszcie historia ziemi krzyżackiej zlała się z historią państwa pruskiego. Znaczna część historii tego nowego państwa niemieckiego polega na żądaniu zwrotu ziem zagarniętych przez Polskę. Ale aby to żądanie zostało uwzględnione, trzeba było wiele czasu i wysiłków. Długo książę pruski był bardzo mało znaczącą osobą w gronie panujących. Zaraz po swoim wyborze na wielkiego mistrza Albrecht Hohenzollern próbował zrzucić z siebie zależność wasalną od króla polskiego, uważając, że księciu Rzeszy nie przystoi być wasalem cudzoziemca. Liczył przy tym na pomoc, którą obiecał mu cesarz niemiecki Maksymilian Austriacki, i miał nadzieję obudzić w starej korporacji niemieckiej dumę i patriotyzm dawnych czasów. Rachuby te jednak się nie sprawdziły. Austria była zbyt zajęta własnymi sprawami, a Niemcy przysłały na pomoc wielkiemu mistrzowi w jego wojnie z Polską tylko kilka band awanturników, wśród których znajdował się syn Franza von Sickingena, „ostatniego z rycerzy”. Poniósłszy klęskę, Albrecht Brandenburski pojechał szukać nowej pomocy. Wtedy to spotkał się z Lutrem i od samego reformatora usłyszał głoszenie nowej nauki.

Tymczasem reformacja sama z siebie czyniła takie same postępy w Prusach, jak i w rdzennych ziemiach niemieckich. W Boże Narodzenie 1523 roku w katedrze królewieckiej biskup obwieścił wiernym „radosną nowinę, że Pan narodził się po raz drugi!”

Rok później w Prusach pojawiła się pierwsza drukarnia. Powiew nowych czasów przynosił szybkie sukcesy. Sami rycerze przychodzili na protestanckie kazania, a gdy na wielkiego mistrza spłynęło światło – tyleż z kazań Lutra, co z własnej ambicji – i postanowił sekularyzować swoje posiadłości, z niczyjej strony nie napotkał poważnych przeszkód. Ale wielki mistrz nie stał się przez to niezależny: książę musiał uzyskać zatwierdzenie w swojej nowej godności od króla polskiego, który był kimś więcej niż zwykłym suzerenem, nawet po tym, jak elektorzy brandenburscy zostali książętami pruskimi. Ten suzeren zażądał, by na piersi czarnego orła w herbie książęcym – tego orła, którego niegdyś cesarz Fryderyk nadał wielkiemu mistrzowi Hermannowi von Salza i który budził tak wielkie wspomnienia – widniała początkowa litera imienia króla polskiego. Tak swobodnie rozporządzał w księstwie, którego szlachta była mu oddana, że zwoływał nawet sejmy, nie pytając książąt. Na życzenie tej szlachty, która trzymała się ścisłego luteranizmu, objął w Prusach niełaską kalwinizm, nie zważając na to, że elektorzy-książęta sami byli kalwinistami. Gdy w 1640 roku zmarł książę Jerzy Wilhelm, jego syn musiał prosić dwór polski o szczególne pozwolenie na pochowanie ojca według obrządku kalwińskiego. A synem tym był Fryderyk Wilhelm, Wielki Elektor, czyli władca, który założył współczesne państwo pruskie, zniszczywszy ducha dzielnicowej odrębności w swoich posiadłościach rozrzuconych między Wisłą a Renem. Po nim Kleve, Brandenburgia i Prusy stały się członkami jednego ciała, kierowanego jedną głową. Pokonana przez niego Polska musiała zrzec się zwierzchniej władzy nad Prusami. A gdy syn Wielkiego Elektora zapragnął zostać królem, głównym argumentem na rzecz swoich praw do tego wysunął wskazanie, że poza Rzeszą Niemiecką miał posiadłości, w których nie stał nad nim żaden inny suzeren prócz Boga.

W ten sposób po upływie dwóch wieków część ziemi krzyżackiej znów weszła w skład jednego z państw germańskich. Ale dwa wielkie jej odcinki pozostawały w obcych rękach: były to prowincje wschodnie, czyli dawne posiadłości kawalerów mieczowych, którzy, oddzieliwszy się od zakonu po wstrząsach XV wieku, zostali stopniowo pochłonięci przez niezmierzone państwo moskiewskie, oraz prowincje zachodnie, które na mocy pokoju toruńskiego przypadły Polsce. Te ostatnie wkrótce zupełnie się spolonizowały.

Gdańsk, który pozostał niemal zupełnie wolnym miastem, otrzymuje od króla w drodze łaski prawo umieszczenia w swoim herbie korony królewskiej. W innych miejscach kraj jeszcze szybciej utracił swój niemiecki charakter. Ludzie i miasta przyjmują polskie nazwy: Kulm staje się Chełmnem, a Marienburg – Malborkiem.

Z przywilejów, zapewnionych im na mocy pokoju toruńskiego, prowincje te prawie nie korzystają, a pod koniec XVI wieku w ogóle wchodzą w skład Królestwa Polskiego. Ich deputowani nie tworzą już odrębnego zgromadzenia, lecz zasiadają w sejmie polskim.

Ale wszystko to nie przeszkodziło Fryderykowi II znów położyć ręki na starej ziemi krzyżackiej. Wprawdzie gdy zażądał jej dla siebie w 1772 roku, nie powoływał się przy tym na żadne prawa przejęte po zakonie, a w memoriale usprawiedliwiającym, ogłoszonym przez niego po zajęciu polskich Prus, o zakonie nie wspomina się ani słowem. Nie wspominano o nim ani w dniu, gdy generał Thadden stanął przed bramami Malborka, ani w dniu, gdy król przyjął w tym mieście przysięgę od deputowanych prowincji. Fryderyk nie lubił średniowiecza; jego instytucje i jego zabytki były mu jednakowo wstrętne, a zamek malborski popadł za jego panowania w ostateczną ruinę. Ten kraj był dla niego po prostu ziemią orną, której posiadanie zapewniało mu ujście Wisły i swobodę komunikacji między jego niemieckimi i pruskimi prowincjami. Ale chcąc nie chcąc filozof z Sanssouci stał się kontynuatorem tych barbarzyńców-rycerzy. Tylko dzięki temu, że skolonizowali oni prawy brzeg Wisły, Fryderyk I został królem, a Fryderyk II wziął udział w rozbiorze Polski. Mają rację współcześni historycy niemieccy, mówiąc, że między wielkimi mistrzami dawnych czasów a królami pruskimi naszych dni istnieje ciągłość i wewnętrzne pokrewieństwo i że monarchia pruska, mimo swojego zdumiewająco szybkiego wzrostu w ostatnich latach, nie może być uważana za państwo-dorobkiewicza. Tym dwóm ostatnim wiekom poprzedzał długi rozwój historyczny i, jak mówi Treitschke, na którego piękną pracę powoływaliśmy się już wcześniej, dla zrozumienia głębokich wewnętrznych właściwości pruskiego narodu i państwa niezbędne jest dobre poznanie dopiero co opowiedzianej przez nas historii bezlitosnych wojen. Prusak, często sam o tym nie wiedząc, zachował ich ślady w całym swoim charakterze, przyzwyczajeniach i życiu.

Jednak zadanie odebrania ziem skolonizowanych niegdyś przez Niemców, które, jak się zdaje, postawiło sobie państwo pruskie, nie zostało jeszcze doprowadzone do końca: prowincje nadbałtyckie pozostają jeszcze w rękach Rosji.

Nie od rzeczy będzie zauważyć przy tej okazji, że wspomniany przez nas wyżej pisarz, który był zarazem bardzo wpływowym działaczem politycznym, jednym z koryfeuszy partii narodowo-liberalnej w literaturze i w parlamencie, dość ostro wyraża uczucie patriotycznego żalu, gdy zdarza mu się mówić o prowincjach nadbałtyckich. Przeklina straszną wojnę Iwana Groźnego z rycerzami inflanckimi i wyraźnie daje do zrozumienia, że na Piotra Wielkiego i Katarzynę, którzy poddali rosyjskiemu berłu „niemiecką zasiedlinę”, trzeba patrzeć jak na uzurpatorów. Żałuje, że Inflanty i Estonia nie nazywają się po dawnemu księstwami i że ludność niemiecka w nich ubywa: z ogólnej liczby dwóch milionów stu tysięcy przypada na nią teraz tylko dwieście tysięcy. Wprawdzie w jego oczach te dwieście tysięcy są warte więcej niż cała reszta. „Z tych prowincji – mówi – co roku wyrusza mnóstwo ludzi w głąb Rosji, niosąc ze sobą tam kulturę niemiecką”. Wreszcie jego skryte myśli prześwitują w radości, z jaką wskazuje, że w ostatnich latach niemiecka pedagogika i Kościół luterański znów zaczęły dokonywać podbojów w Inflantach. Czy nie myśli on, że dzieło Albrechta Brandenburskiego, Wielkiego Elektora i Fryderyka Wielkiego nie zostało doprowadzone do końca i należy je dokończyć? Że po dziedzictwie Krzyżaków pozostaje do odzyskania i spuścizna kawalerów mieczowych? Tak, oczywiście, i prowincje bałtyckie są w jego oczach „kolonią niemiecką, której zagrażają Rosjanie”. Ale to tylko fantazja uczonego: następcy margrabiów i wielkich mistrzów dawno przestali stać piersią ku wschodowi i zanim zaczną odzyskiwać prowincje nadbałtyckie, powinni by zwrócić więcej uwagi na sam obszar pruski, który był kolebką ich monarchii. Treitschke skarży się, że kraj ten nigdy już nie zdołał osiągnąć takiego dobrobytu, jakim cieszył się przed Grunwaldem, a Weber w zakończeniu swojej książki „Prusy przed 500 laty” powtarza tę samą skargę z jeszcze większym żarem. Okazuje nawet niewdzięczność samemu Fryderykowi Wielkiemu, zapominając o staraniach tego władcy o zaludnienie Prus. Ale słusznie zarzuca rządowi berlińskiemu, że po wojnach napoleońskich zostawił ten okrutnie doświadczony kraj, by dusił się pod ciężarem wywołanych przez nie nadmiernych podatków. Wielkie miasta, mówi, i dziś jeszcze nie zdążyły całkiem spłacić swoich długów; prowincja długo stała na krawędzi bankructwa; ziemia straciła swoją wartość – do 1807 roku była w Prusach droższa niż w Brandenburgii i na Pomorzu, teraz ceni się ją taniej, choć jakościowo jest niewątpliwie lepsza. Zły stan gospodarczy kraju daje o sobie znać w emigracji, która porywa mnóstwo ludzi z tych prowincji i stanowi ostry kontrast z imigracją dawnych czasów.

Żałować, że Prusy nie poszły dalej drogą odzyskiwania terytorium dawnych kolonii niemieckich, a zarazem przyznawać, że zupełnie nie troszczą się o przyłączone części tego terytorium – czyż to nie jawna sprzeczność? Czyż dla Treitschkego nie jest jasne, dlaczego prowincje nadbałtyckie pozostały przy Rosjanach i dlaczego ziemia zakonna jest tak zaniedbana? Oba zjawiska mają jedną przyczynę.

Słuszna jest uwaga, że ze starym krajem krzyżackim jego władcy zaczęli gorzej się obchodzić od czasu przemiany Prus w królestwo. Rzecz w tym, że Prusy, stawszy się wielkim mocarstwem europejskim, opuściły wąskie pole swojej dawnej działalności i dumnie i chwalebnie rzuciły się na arenę polityki europejskiej.

Postąpiły tak samo jak Austria w XVI wieku. Austria również zaczęła się od marchii; broniła granicy niemieckiej przed Słowianami i Węgrami, jak margrabiowie i wielcy mistrzowie bronili jej przed Słowianami i Litwinami, i podobnie jak oni przesunęła tę granicę na wschód. Osiągnąwszy wcześniej niż margrabiowie brandenburscy wielkie znaczenie polityczne, władcy austriaccy zostali cesarzami niemieckimi i zarazem wyszli poza swoje dawne granice, by z wysokości swojej wieży Babel, zbudowanej przez różnojęzyczne narody, rządzić Niemcami i całym światem. Ale wyczerpali wszystkie swoje siły i utracili panowanie i nad Niemcami, i nad światem.

Ciekawie jest teraz historykowi obserwować, jak musieli powrócić do swojej dawnej roli obrońców interesów germańskich w dolinie Dunaju. Doprowadziła ich do tego wszechmoc Prus. Ale same Prusy od dnia, gdy ich królowie pojawili się na głównej scenie politycznej, również odwróciły wzrok od wschodu, kierując go na Niemcy i na dolinę Renu. Od końca ubiegłego stulecia następcy północnych margrabiów stali się margrabiami zachodnimi, a ich głównymi wrogami są nie Słowianie, lecz my, Francuzi.

Nikt oczywiście nie będzie twierdził, że Prusy nieuchronnie czeka los Austrii. Ich budowa jest prostsza i mocniejsza, niż była kiedykolwiek budowa ich rywalki. I daleki jest, bez wątpienia, ten czas, gdy pożałują, że opuściły dawny grunt, na którym powoli, lecz pewnie rozwijał się ich wzrost. Ale ten, kto sięga tak daleko w przeszłość, jak to przed chwilą uczyniliśmy, może spojrzeć ponad obecny stan rzeczy w daleką przyszłość, a ta znajomość przeszłości pozwala przypuszczać, że przyjdzie dzień, gdy następcom margrabiów i wielkich mistrzów trudno będzie rządzić Niemcami i zarazem skutecznie strzec i Mozeli, i Niemna.



_________________
Wszystkie trzy wydania „Szkiców z historii Prus” Ernesta Lavisse’a można znaleźć i kupić na antykwarycznej stronie alib.ru.


Przetłumaczono z języka rosyjskiego przy pomocy AI (Claude, Anthropic), październik 2026 r.